|
|
|
|
Kronika wyprzedaży Polski (1)
Kto co szykuje pod młotek? Przez kilka miesięcy 1990 r. o konieczności prywatyzacji mówiło i pisało się codziennie, do znudzenia. Uporczywa akcja propagandowa była niezbędna po to, żeby dzisiaj w Ministerstwie Skarbu Państwa mogły istnieć różne departamenty nadzoru prywatyzacyjnego: numer jeden, numer dwa i spółek strategicznych. Dużo tego, bo zadania są ogromne. I tak departament numer jeden zajmuje się prywatyzacją m.in. hutnictwa, chemii ciężkiej, budownictwa, przemysłów spirytusowego, farmaceutycznego, elektronicznego, stoczniowego, petrochemicznego, metalowego, mięsnego, cukrowni, portów lotniczych, mediów. Departament numer dwa prywatyzuje: kopalnie, energetykę, siarkę, surowce skalne, transport, przedsiębiorstwa handlowe, przemysły – elektrotechniczny, drzewny i papierniczy, meblowy, ceramiczny, materiałów budowlanych. Urzędnicy departamentu spółek strategicznych i instytucji finansowych zajęli się m.in. Telekomunikacją Polską, Ruchem, KGHM Polska Miedź, Polskimi Liniami Lotniczymi LOT, Metalexportem, Impexmetalem, PZU, bankami. O rozmiarze wyprzedaży świadczy, że procesy prywatyzacyjne zostały zakończone lub trwają w tej chwili w około 5 tysiącach przedsiębiorstw. Łatwiej dzisiaj powiedzieć, czego jeszcze nie sprzedano niż co sprzedano. Będą trudne decyzje, bo skala przekształceń strukturalnych nie ma precedensu. Jednak tylko dogłębne przekształcenia własnościowo-strukturalne mogą Polsce zapewnić asekurację ze strony Międzynarodowego Funduszu Walutowego i potęg ekonomicznych. Gdybyśmy się zawahali, czy rozpocząć przemiany, czy też nie, pod znakiem zapytania mogłaby stanąć redukcja zadłużenia zagranicznego – pisał na początku 1990 r. z Waszyngtonu korespondent “Rzeczpospolitej” Aleksander Perczyński. Ludzie biedowali, słuchali i wierzyli, że to, co robią “tam, na górze”, będzie dla dobra kraju i ich samych. Zapowiadano, że Polacy zostaną rzuceni na głęboką wodę. Cofnąć się przed tym nie można - informował rząd – bo wzbudzilibyśmy niezadowolenie nie tylko wymienionego wyżej MFW, ale i Banku Światowego – a do tego dopuścić nie wolno, bo Polska nie przeżyje. Gazety przypominały, że gospodarka finansowa przedsiębiorstw państwowych jest bardzo zła i proces przekształceń własnościowych należy rozpocząć natychmiast.
Pierwsza dziesiątka uznana za godną sprzedaży Tak naprawdę mało kto wiedział, co to są te “przekształcenia własnościowe”, które mają się rozpocząć. Robotnicy, członkowie “Solidarności” mówili, że z tego, co im wiadomo, chodzi o własność akcjonariacką, przy czym większość akcjonariuszy mają stanowić pracownicy prywatyzowanego przedsiębiorstwa. Ale przede wszystkim liczyli na to, że po nędznych zarobkach otrzymywanych “za komuny” w końcu zaczną jakoś zarabiać. Obiecywano utworzenie Rady Majątku Narodowego (nigdy nie powstała), czuwającej nad prawidłowością prywatyzacji. Rzeczywistość wyglądała czarno: rosło bezrobocie, w przedsiębiorstwach państwowych płacono bardzo marnie, gdyż wicepremier Leszek Balcerowicz wprowadził "popiwek" (podatek od wzrostu płac), obciążając jeszcze państwowe przedsiębiorstwa dywidendą od posiadanego majątku. Przedsiębiorstwa nie miały pieniędzy na działalność bieżącą, coraz częściej zdarzały się przestoje. Rynek wewnętrzny nie kupował, bo nie miał za co, eksport na wschód zanikł, a na zachód stał się nieopłacalny, bo wartość dolara głęboko spadła. Przypomnijmy, że trochę wcześniej, w 1988 r., wzrost cen wynosił ok. 60 proc., a w 1989 r. ceny wręcz oszalały: skoczyły aż o 300 proc. Naród został doprowadzony do granic wytrzymałości. Janusz Lewandowski, minister przekształceń własnościowych w rządach Jana Krzysztofa Bieleckiego i Hanny Suchockiej, nie kryje dzisiaj ("Gazeta Wyborcza" z dnia 12-13 stycznia br.), że jego liberalna opcja polityczno-gospodarcza wykorzystała ten fakt, dopingując wicepremiera słowami: Balcerowicz, prywatyzuj szybciej. Balcerowicz miał szansę, a rząd przeżywał okres miodowy, mógł robić co chciał. W połowie stycznia dwanaście lat temu w Ministerstwie Przemysłu znajdowało się kilkanaście zgłoszeń podpisanych przez pracowników różnych zakładów domagających się przyspieszenia działań organizacyjnych i legislacyjnych w celu dokonania jak najszybszych przekształceń własnościowych w ich fabrykach. W zakładach wyczekiwano na werdykt resortu z niecierpliwością, ale na razie na próżno (i o to chodziło!), bo do rozpoczęcia prywatyzacji potrzebne było odpowiednie oprzyrządowanie prawne. Warto przypomnieć, że w niecierpliwej kolejce wyczekującej na “przekształcenie” znalazły się jako pierwsze: Dom Mody “Telimena” w Łodzi, Fabryka Syntetyków Zapachowych “Aroma” z Warszawy, Czechowickie Zakłady Przemysłu Zapałczanego, Zakłady Wyrobów Sanitarnych w Krasnymstawie, Żagańskie Przedsiębiorstwo Budowlane, Zakłady Tkanin Technicznych w Środzie Wielkopolskiej i Jeleniogórska Kopalnia Surowców Mineralnych w Szklarskiej Porębie. Na początku lutego 1990 r. “Rzeczpospolita” podała, że w końcu są dobre wiadomości - przekształcenia własnościowe ruszą w kilku znaczących przedsiębiorstwach. Za dwa miesiące w Biurze Pełnomocnika Rządu ds. Przekształceń Własnościowych, które powołano, leżało ok. 100 podań z zakładów, które nie mogły doczekać się prywatyzacji. Opinia publiczna uważała, że będą prywatyzowane te przedsiębiorstwa, które mają kłopoty, tymczasem z setki zgłaszających taką chęć wybrano kilka najlepszych. Które to z nich miały być - okrywała tajemnica; ale natychmiast pojawił się “przeciek”, że zaszczytu dopuszczenia do prywatyzacji mogą dostąpić: warszawski “Wedel”, kielecki “Exbud”, Zakłady Przemysłu Odzieżowego z Bytomia, bydgoska "Eltra", Śląskie Fabryki Kabli z Czechowic i łódzki “Próchnik”.
Ci co pomagali – na bruku Polska prywatyzacja rozpoczęła się i rozwinęła w morzu niejasności i niejasnych, nierzadko zadziwiających informacji. Janusz Lewandowski wkrótce zaczął przekonywać, że tak być musi ze względu na tajemnicę handlową, a majątek narodowy (takiego określenia na początku lat 90. używali wszyscy dziennikarze) należy sprzedawać nie za tyle, ile on jest rzeczywiście wart, lecz za tyle, za ile chcą go kupić. Tajemniczość na linii rząd – nabywca w transakcjach kupieckich dotyczących polskiego majątku narodowego wytworzyła wokół prywatyzacji paskudną aurę. Zanim zapał do prywatyzacji zaczął w przedsiębiorstwach i społeczeństwie zdecydowanie maleć, Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów rozpatrzył ramowy zestaw dokumentów. W ich tworzenie włączył się żwawo, tylko pozornie z trudem poruszający się, minister przemysłu Tadeusz Syryjczyk. Głosił on wtedy, że fundament ideologiczny ustawy prywatyzacyjnej to równy dostęp dla wszystkich do emitowanych udziałów przedsiębiorstw, z preferencjami dla akcjonariatu pracowniczego i swobodą zarówno ich kupna, jak i sprzedaży, a także pełna transferowalność akcji. Ponieważ brak zmian własnościowych miał się objawiać bankructwami, te zakłady pracy, które dawały zatrudnienie wielu mieszkańcom małych miasteczek, w projekcie ustawy prywatyzacyjnej zezwolono sprzedawać ze stratą, a nawet dopłatą budżetową. Ministrowie zgodzili się na szybką, zdecydowaną prywatyzację, nawet jeżeli nie zostanie osiągnięta dobra cena (z obrad KERM 3 lutego 1990 r.). Straty miały zostać wyrównane wyższymi wpływami podatkowymi od przedsiębiorstw zarządzanych już po prywatyzacji efektywnie. Piotr Aleksandrowicz wówczas zastępca redaktora naczelnego “Rzeczpospolitej”, wkrótce wojujący liberał - w numerze gazety - z dnia 3-4 lutego 1990 r. domagał się przy prywatyzacji kryteriów sprawiedliwości społecznej, gdyż jest to majątek niewątpliwie wypracowany przez naród. Zmienił się Aleksandrowicz i to co najmniej kilka razy. To on przecież nalegał m.in., żeby państwowa rządowa gazeta najpierw została sprzedana (49 proc. udziałów) francuskiemu Hersantowi, a potem żeby Francuzom odsprzedano jeszcze 2 proc., oddając im władzę w spółce, nie oglądając się na żaden naród. Kiedy tak się stało, wywianowany w ten sposób Hersant sprzedał 51 udziałów koncernowi norweskiemu Orkla. Norwegom Aleksandrowicz się nie spodobał, więc został wyrzucony i dobija się teraz w sądzie o powrót do pracy. To jest pouczająca historia: co dzieje się z tymi, którzy z bielmem na oczach zabiegają o prywatyzację i co z tego dla nich wynika. Takich historyjek można przytoczyć wiele. Należy do nich historia pani dyrektor ze sprywatyzowanej fabryki rzeszowskiej “Alima” produkującej odżywki dla dzieci. Dyrektorka wspomagała prywatyzację, a gdy fabrykę kupił zachodni koncern Gerber i wyrzucił panią dyrektor; zmieniła ona zdanie o prawidłowym przekształceniu polskiego, nowoczesnego, państwowego zakładu, przynoszącego wpływy podatkowe, na fabrykę prywatną, zagraniczną, która takich wpływów nie przynosi, zredukowała zatrudnienie i zrezygnowała z usług setek polskich plantatorów owoców i warzyw.
Jak osiągnąć efektywność? Likwidując przedsiębiorstwa państwowe! Nie ma czasu na prywatyzowanie krok po kroku – namawiały media przed rozpoczęciem wyprzedaży naszego wspólnego mienia. Trzeba szybko, bez biurokracji. Operacja powinna mieć charakter - choćby w niewielkiej części - powszechnego uwłaszczenia za skromną, czy symboliczną opłatą. Tego wymaga absolutny wymóg uzyskania społecznego poparcia. Wicepremier Balcerowicz wystąpił w Sejmie i oznajmił, że tworzy gospodarkę ludzi zaradnych, zapowiadając zniesienie wielu ograniczeń w eksporcie i obniżenie stawek celnych w imporcie. Namawiał do tworzenia małych firm, których jest tyle w innych krajach kapitalistycznych. Jednocześnie ośmiokrotnie podniesiony został podatek dla rzemiosła, które łudziło się, że weźmie udział w prywatyzacji. Zakłady rzemieślnicze zatrudniające od kilku do kilkudziesięciu osób zostały zaduszone i fiskalnie, i przez konkurencję, kiedy importowi otworzono u nas szeroko drzwi. Z blisko 900 tysięcy została ich wkrótce mniej niż połowa i dalej likwidowały bądź zawieszały działalność. Te, które zaciągnęły kredyty na rozbudowę i maszyny, bankrutowały natychmiast, ponieważ kredyt z dnia na dzień kilkakrotnie zdrożał. Możliwość wejścia do prywatyzacji kapitału polskiego została zredukowana do zera. Nowe, najczęściej jednoosobowe firmy prywatne powstające jak grzyby po deszczu - to był handel z łóżek i tzw. szczęk obsługiwanych przez tych, którzy stracili pracę. Już bez owijania w bawełnę głoszono wówczas hasło: efektywną gospodarkę będziemy mieć w Polsce wtedy, kiedy zlikwidujemy przedsiębiorstwa państwowe. Rząd zatwierdził, że przedsiębiorstwa państwowe mogą być prywatyzowane drogą: 1. drogą publicznej oferty akcji; 2. sprzedaży wybranym inwestorom krajowym i zagranicznym; 3. sprzedaży pracownikom; 3. prywatyzacji przez likwidację; 5. zmieszanie tych czterech metod. Jedynym realnym kanałem finansowania zmian strukturalnych okazał się kapitał zagraniczny, wspomagany pożyczkami z Banku Światowego. cdn. Wiesława Mazur > > > Ciag dalszy
|
|