|
|
|
Kronika wyprzedaży Polski (2)
Dyskusja parlamentarna nad rządowym projektem prywatyzacji nabiera rumieńców i wywołuje emocje, nie ograniczając się do budynku na Wiejskiej napisał w ”Rzeczpospolitej” (2 lipca 1990 r.) Hubert Janiszewski. Raczej chodziło o gniew i bunt niż o rumieńce, gdyż - jak dalej dowiadujemy się z notatki - różne organizacje samorządowców nawołują gromko do odwołania pełnomocnika rządu ds. przekształceń własnościowych. Był nim Krzysztof Lis (współautor rządowego projektu prywatyzacyjnego) ludzie zarzucali mu, że zaplanował powołanie Agencji ds. Prywatyzacji, która ma działać poza wszelką kontrolą społeczną i stać się nie znanym dotąd nigdzie na świecie superministerstwem do spraw sprzedaży państwowego mienia; groźnym gospodarczym i politycznym państwem w państwie. Janiszewski szydził w gazecie, że w opinii ciemniaczków o zgrozo, urząd ten (w ich mniemaniu) w tzw. obcugach przeprowadzi w majestacie prawa wyprzedaż majątku narodowego, naturalnie w ręce zagranicznych krwiopijców – kapitalistów, pewnie Żydów, masonów i Niemców. A tymczasem tego rodzaju wypowiedzi odnotowuje się skrzętnie na Zachodzie i pozycja Polski, jako kraju, w którym można inwestować traci. Majątek zaś można sprzedać tylko za tyle, za ile zechcą go kupić – powtórzył (ciemniakom) lansowaną przez liberałów tezę. Radził odrzucić przy prywatyzacji demagogię i szowinizm, bo jak Polski nie sprywatyzujemy, to będziemy biedni. Jedynie prywatyzacja miała wybić nasz kraj na gospodarczą niezależność, poprawę bytu państwa i społeczeństwa. Premier Tadeusz Mazowiecki (UD, UW) niezadowolenie z planów wielkiej prywatyzacji skwitował stwierdzeniem, że zaczyna się u nas swojskie piekiełko, w którym możemy pozostać bezpowrotnie i na zawsze. Następnego dnia wzrosły ceny energii elektrycznej o 80 proc, gazu o 100 proc., energii cieplnej o 100 proc., usługi pocztowe zdrożały o 60 proc., nie było wiadomo co i o ile może zdrożeć jutro. Ludziom na pewien czas odechciało się wystąpień i pyskówek, trzeba było myśleć, jak przeżyć. Kongres Liberalno-Demokratyczny stał się partią. Delegaci, którzy jakimś cudem pośród szalejącej polskiej nędzy reprezentowali środowiska biznesu, a więc byli zamożni, do kierownictwa partii wybrali 24 osoby. Przewodniczącym KLD został Janusz Lewandowski, późniejszy ostry prywatyzator naszego wspólnego majątku. Trudno nie wspomnieć, że zaledwie kilkanaście dni temu w “Gazecie Wyborczej” z dnia 12-13 stycznia Lewandowski br., napomykając jak to od malowania kominów, doszedł do teki “solidarnościowego” ministra, opowiada, że w czasach "okrągłego stołu" uświadomił sobie, że prócz sentymentalnych wspomnień z “Solidarnością” nic go już nie łączy. To właśnie Lewandowski walnie się przyczynił do tego, że po kilku latach wprowadzony został w życie program Narodowych Funduszy Inwestycyjnych, którego realizacja okazała się wielkim, oszustwem całego narodu (patrz tekst powyżej). W lipcu 1990 r. odbył się też zjazd Ruchu Obywatelskiego Akcja Demokratyczna (ROAD), na którego czele stali m.in. Adam Michnik, Jan Rokita, Henryk Wujec, Władysław Frasyniuk i Zbigniew Bujak. ROAD zmienił rychło nazwę i nazwał się Unią Demokratyczną, potem połączył się z KLD i znów się przechrzcił - tym razem na Unię Wolności (obecnie wielu członków UW jest w Platformie Obywatelskiej; pewna grupa zasiliła szeregi SLD). Zarówno ludzie UW, jak i PO nie kryją dzisiaj tego, że grupują liberałów, którzy na pytanie, dlaczego w Polsce w dwunastym roku transformacji dzieje się tak źle, odpowiadają bez zająknienia: bo spowolniona została prywatyzacja. A wówczas, w 1990 r., prywatyzację poparł cały bez mała Obywatelski Klub Parlamentarny. Podczas obrad OKP 3 lipca wystąpił wicepremier i minister finansów Leszek Balcerowicz i wygłosił mowę, której motywem przewodnim było to, że prywatyzacji niezbędny jest impuls rozruchowy, bo bez tego nic się nie da zrobić (w domyśle: ludzie się nie zgodzą). Trzeba narodowi podsunąć jakąś kiełbaskę, nie ważne, czy ją zje, czy nie, aby ją dostrzegł. Proponował wręczenie wszystkim obywatelom zamieszkałym w kraju bonów prywatyzacyjnych o znacznej wartości. Uważał, że należy powołać ministerstwo zmian własnościowych. Poparcie dla prywatyzacji zgłosiła koalicja OKP-PSL-SD w dniu 11 lipca 1990 r. Dzień wcześniej Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów zaaprobował przejęcie elbląskiego “Zamechu” zatrudniającego wtedy 4300 osób (produkcja elektromaszynowa, m.in. turbin) przez międzynarodowy koncern Asea Brown Boven. ABB objęło 76 proc. akcji zakładu. Pani Kux z zurichskiego oddziału koncernu wyraziła się, że to jest dla polskiej fabryki z ich strony działalność ratunkowa, czyli jak można było zrozumieć: dobroczynna, dodając, że koncern jest zainteresowany także innymi zakładami w Polsce. Widać tak bardzo potężny ABB chciał się u nas zaangażować w akcje charytatywne. Ustawy o prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych jeszcze nie było. Wraz z ustawą o utworzeniu Ministerstwa Przekształceń Własnościowych została uchwalona 13 lipca 1990 r. Od jej omówienia zacznie się następny odcinek. cdn.
Kronika wyprzedaży Polski (3)
Taczki dla Lisa i Balcerowicza
Długo rozbrzmiewały oklaski w sali plenarnej Sejmu 13 lipca 1990 r., kiedy na tablicy świetlnej ukazał się wynik głosowania ustawy prywatyzacyjnej. Aż 328 posłów było “za”, wstrzymało się od głosu 38, przeciwnych było dwóch. Prywatyzacja przedsiębiorstw państwowych oraz utworzenie Ministerstwa Przekształceń Własnościowych gładko przeszły także w Senacie 26 lipca stosunkiem głosów: 60 “za”, przeciw 7, przy dwóch wstrzymujących się. Prezydent Wojciech Jaruzelski ustawę podpisał. Istnieją siły zainteresowane powolnym przebiegiem procesu zauważył w starym stylu Piotr Aleksandrowicz w “Rzeczpospolitej” z 14-15 lipca 1990 r. Poinformował, że (te siły) przejawiają skłonność do wyłączenia spod działań prywatyzacyjnych przemysłu ciężkiego, górnictwa, linii lotniczych, telekomunikacyjnych itd. Ale furda, dla procesu zmian własnościowych dobrze wróżą oczy Balcerowicza, w których dziennikarz zauważył błysk determinacji.
Fundamenty ustawy prywatyzacyjnej Realizację programu sprzedaży majątku narodowego oddano w ręce ministra prywatyzacji. Ustalono, że przedsiębiorstwa państwowe można będzie komercjalizować, czyli przekształcać w spółki akcyjne, czyli takie, wobec których znajdą zastosowanie przepisy prawa handlowego. Przedsiębiorstwa będzie też można likwidować, po czym udostępnić lub sprzedać ich mienie, lub jego część. W przedsiębiorstwie skomercjalizowanym, czyli przekształconym w jednoosobową spółkę skarbu państwa, jedna trzecia rady nadzorczej mieli wybierać pracownicy. Pierwotnie sprzedaż akcji skarbu państwa spółki (jest ich po skomercjalizowaniu przedsiębiorstwa 100 proc.) musiała nastąpić w ciągu dwóch lat po rejestracji spółki. Zbyt akcji przedsiębiorstw przewidziano, jak już pisaliśmy * w drodze przetargu * publicznej oferty * rokowań z nabywcą. Prywatyzację zainicjować mógł * dyrektor i rada pracownicza * organ założycielski (tj. minister – jeśli uzyska po zapoznaniu się z opinią dyrektora i rady pracowniczej; wojewoda). Decyzję o likwidacji przedsiębiorstwa przyznano organowi założycielskiemu, który mógł o to wystąpić z własnej inicjatywy lub radzie pracowniczej – rada pracownicza mogła złożyć wniosek prywatyzacyjny po otrzymaniu zgody ministra przekształceń. Dzierżawa mogłaby nastąpić, wówczas gdy większość pracowników wykazałaby taką, popartą wniesionym do spółki kapitałem – nie mniejszym niż 20 proc. wartości likwidowanej firmy. Ministrowi przekształceń własnościowych przyznano prawo sprzeciwienia się prywatyzacji, gdyby uznał, że kondycja firmy jest zła i nie gwarantuje nabywcom dobrej lokaty kapitału. Przed udostępnieniem akcji inwestorowi minister powinien więc zalecić firmom consultingowym ustalenie wartości przedsiębiorstwa. Szef resortu przekształceń, za zgodą ministra finansów mógł przejąć w imieniu skarbu państwa część lub całość długów przedsiębiorstwa. Pracownicy przedsiębiorstwa otrzymali przywilej kupna na warunkach preferencyjnych do 20 proc. akcji prywatyzowanej spółki, a jeśli chodzi o większą ilość akcji mogli je nabywać po cenie rynkowej. Preferencja zakupu polegała na tym, że akcje pracownicze sprzedawano po połowie ceny rynkowej w pierwszym dniu ich sprzedaży na rynku. Wszystko byłoby pięknie, gdyby ludzie w Polsce posiadali oszczędności, ale oni ich nie mieli, o czym autorzy ustawy musieli dobrze wiedzieć, bo wiedziały o tym nawet dzieci w przedszkolach. Część majątku obiecywano oddać darmo, chociaż jednocześnie wiele się mówiło, że prywatyzacja będzie się odbywała na zasadach komercji. “Rozdawnictwu” sprzeciwił się ostro m.in. ówczesny lider Unii Pracy Ryszard Bugaj. Sejm na wniosek Rady Ministrów, został upoważniony do emisji bezpłatnych bonów kapitałowych, którymi można byłoby * płacić za akcje prywatyzowanych przedsiębiorstw państwowych * nabywać udziały w Towarzystwach Inwestycji Wspólnych (nigdy takie nie powstały) albo też * nabywać wystawione na sprzedaż zakłady, albo ich części. Bony miały zostać przydzielone w równej ilości wszystkim obywatelom RP zamieszkałym w kraju. W parlamencie na wniosek Rady Ministrów corocznie po uchwaleniu ustawy budżetowej planowano wyznaczać podstawowe kierunki prywatyzacji oraz ustalać, na co należy przeznaczyć pieniądze pochodzące ze sprzedaży wspólnego majątku. Rada Ministrów miała określić przedsiębiorstwa o szczególnym znaczeniu, których prywatyzacja byłaby ograniczona lub w ogóle niemożliwa. Niewiele z tego, co obiecywano, ostało się później. W tym dniu, w którym Senat zatwierdzał ustawę o prywatyzacji przed Sejmem odbyła się demonstracja. Na wielkim transparencie umieszczone zostało hasło “Uwłaszczyć pracowników – tak, ograbić naród – nie”. Ktoś na ulice Wiejską w Warszawie przyciągnął taczki i umieścił na nich dwa krzesła: jedno – głosił napis – przeznaczone było dla pełnomocnika rządu ds. przekształceń Krzysztofa Lisa drugie dla wicepremiera i ministra finansów Leszka Balcerowicza. Za plecami demonstrantów pełną parą odbywała się tzw. mała prywatyzacja. Podlegały jej firmy niewielkie zatrudniające do 15 osób w usługach i do 50 w produkcji oraz zakłady średnie (dla wielu z nich organami założycielskimi byli wojewodowie), w których pracowało od 50 do 150 osób. Proces “małej prywatyzacji” rozpoczął się za premierowania Mieczysława Rakowskiego w PRL, w 1989 r. Najpierw w handlu detalicznym. W pierwszej połowie 1990 r. w prywatne ręce przeszło ok. 12 tys. sklepów, tj. blisko 10 proc. istniejących państwowych. Porozumienie Centrum wszczęło alarm, że uwłaszcza się nomenklatura. Może to zrazić społeczeństwo zrazić do idei gospodarki rynkowej. Trzeba przyspieszyć prywatyzację, ale poprzez uwłaszczenie znacznej części społeczeństwa, nie zaś nomenklatury. Rząd przewidywał, że w drugiej połowie roku, w stan likwidacji postawionych zostanie ok. 50 państwowych przedsiębiorstw handlowych m.in. Domy Książki i placówki Wojewódzkich Przedsiębiorstw Handlu Wewnętrznego. Uzasadnienie było następujące: trzeba kasować monopole. Minister transportu i gospodarki morskiej razem z ministrem przekształceń przygotowali listę blisko 100 przedsiębiorstw transportowych do prywatyzacji. Minister gospodarki przestrzennej i budownictwa z kolei sporządził długi wykaz przedsiębiorstw budowlanych do likwidacji i sprzedaży. “The Economist” zamieszczał artykuły, przeciwstawiając opieszałą prywatyzację w Polsce, wartkiej prywatyzacji na Węgrzech i w Czechosłowacji, w ciągu roku Czesi i Węgrzy mieli sprzedać majątek państwowy wart ok. 1 miliard dolarów. Szary polski obywatel nadal z najwyższym trudem wiązał koniec z końcem. Dziennikarka “Życia Gospodarczego” Irena Dryll opisała szamotaninę kobiet zatrudnionych w Zakładzie Przemysłu Bawełnianego “Morfeo” w Ozorkowie, które drżały przed zwolnieniami, co ich od nich nie uchroniło. Dyrektor Zakładów Akumulatorowych w Piastowie Jan Woźniak wypowiedział się o tragicznej sytuacji fabryki, obłożonej licznymi podatkami i przygniecionej zwiększonymi kosztami – obudowa akumulatorów okazała się droższa dziesięciokrotnie, bo kooperant zakładu też się zmagał z terapią szokową Balcerowicza. Tak wysoki wzrost kosztów produkcji uniemożliwił eksport i wyeliminował polskie akumulatory (1/3 krajowej produkcji) z polskiego rynku. W fabrykach mówiono: jeśli prywatyzacja stała się doktryną, tak, jak kiedyś nacjonalizacja o ile umożliwi ludziom przetrwanie to niech będzie. Z Urzędem Antymonopolowym zaczęły borykać się Zakłady Mechaniczne “Ursus” za to, że o 10 proc. podniosły ceny na ciągniki. Dyrektor “Ursusa” na próżno wyjaśniał, że podwyżka podniesie rentowność zakładu, który tylko w pierwszym półroczu 1990 r., jako fabryka państwowa, musiał zapłacić 124 miliardy złotych podatku i dywidendy. W prasie amerykańskiej ukazały się interesujące ogłoszenia spółki “Korona Corporation”, która reklamowała swoje usługi przy zakupie polskich dworków i pałacyków, sygnowane nazwiskiem Onyszkiewicz. Zrobiło się trochę szumu, ponieważ Janusz Onyszkiewicz z Unii Demokratycznej otrzymał ministerialne stanowisko w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, a urzędnicy państwowi mieli zakaz udziału w spółkach. Onyszkiewicz łamałby zatem prawo. Wypowiedział się więc w “Gazecie Wyborczej” inny współudziałowiec “Corony Co” Janusz Lipiński oświadczając, że robi interesy z Joanną Onyszkiewicz, żoną wiceministra, więc wszystko jest porządku.
Wiesława Mazur > > > Ciag dalszy
|