Kronika wyprzedaży Polski

cykl artykułów Wiesławy Mazur


[Drukowany w Tygodniku  NASZA POLSKA w Roku 2002]

 

 

Kronika wyprzedaży Polski (4)

 

Import zostawił zgliszcza

 

To nie “Solidarność”, ale gabinet Mieczysława Rakowskiego (ostatniego premiera PRL) rozpoczął reformy gospodarcze, po weryfikacji kontynuowane przez obecny rząd – oświadczyła Barbara Blida posłanka z ramienia SdRP (przedtem PZPR) podczas debaty parlamentarnej na początku sierpnia 1990 r. Wypowiedź Blidy, dzisiaj zamożnej businesswoman, wywołała na sali gorączkę wielu posłów – uważali oni, że rządu Rakowskiego nie wolno porównywać do rządu Mazowieckiego, bo to dla rządu Tadeusza Mazowieckiego profanacja. Oliwy do ognia dolał partyjny kolega Blidy, poseł Bogdan Łukaszewicz, który stwierdził, że wizja rozwoju gospodarczego na najbliższe lata realizowana przez rząd Mazowieckiego wygląda jak plagiat programu Rakowskiego. Rozpalona do białości część posłów nie wytrzymała i zaczęła tupać. Riposta z mównicy Ryszarda Bugaja była jednak dość spokojna; powiedział on, że tamten rząd nie posiadał akceptacji społecznej, a temu społeczeństwo ufa i zezwala. To zupełnie coś innego!

Dzisiaj wiemy, że Bugaj miał stuprocentową rację. Rzeczywiście, większość Polaków przygryzła wargi i cierpliwie czekała na bieg wydarzeń.

Liberał Janusz Lewandowski w tym czasie brylował w środkach przekazu: opowiadał w telewizji i w gazetach, że dwa lata wcześniej z Janem Szomburgim zaprojektowali prywatyzację przedsiębiorstw państwowych przy pomocy emisji bonów majątkowych. Jak widać, niejeden “wielki mózg” przyznawał się do tej koncepcji (patrz poprzedni odcinek “Kroniki wyprzedaży”). Oto nadchodzi zwycięstwo: to, co do niedawna uważano za sciente fiction (masowa prywatyzacja majątku narodowego), o której marzył i którą planował, lada dzień powinna się przerodzić w rzeczywistość. Lewandowski informował szeroko o korzyściach mutual funds (funduszów inwestycji wspólnych), sposobie prywatyzacji określanej przez niego też po angielsku słowami case by case – to jest takiej, która pozwala wybrać do sprzedaży kilkanaście dobrych, wyselekcjonowanych zakładów, a ludzie tego wszystkiego słuchali z otwartymi ustami. Czy wielu z nich wgłębiało się w to, o co Lewandowskiemu chodziło - można mieć wątpliwości. A on spokojnym, przyciszonym głosem nakłaniał m. in. do szybszej małej prywatyzacji, choć – jak sam stwierdził - budzi dużo podejrzeń.

I bez nacisków liberałów “mała prywatyzacja” galopowała naprzód. W Łodzi wystawiono na sprzedaż 4700 państwowych placówek handlowych i ponad 500 lokali gastronomicznych. Przejmował je często kapitał zagraniczny, który już zajął bez mała całą ulicę Piotrkowską. Teresa Białecka-Krawczyk, ówczesna dyrektor Wydziału Gospodarki w Urzędzie Miasta Łodzi, tak skomentowała obawy łodzian z tym związane: dobrze się dzieje, ponieważ chodzi nie o zmianę szyldu, ale o głębokie zmiany jakościowe, podniesienie poziomu handlu, wydźwignięcie go z upadku i rozkładu. W Gdańsku kierownictwo Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Handlu Wewnętrznego uwłaszczało się na zabój. Szatkowano WPHW na spółki, a następnie ich właścicielami zostawali byli dyrektorzy jednostek organizacyjnych tego państwowego przedsiębiorstwa. Kapitał zakładowy do nowopowstałych spółek wnoszony był wtedy, kiedy wyciśnięto z nich potrzebne pieniądze. Spółki często nie prowadziły takiej działalności, jaką zadeklarowały, wiele po prostu poddzierżawiło przejęte obiekty i na tym robiło "kasę". Przy przejmowaniu jednostek WPHW zaniżana była wartość składników majątkowych lub też w ogóle nie zawracano sobie głowy jakąkolwiek wyceną. Spółki wykazywały bezzasadne koszty. Po przyjrzeniu się przez Najwyższą Izbę Kontroli “gdańskiej przedsiębiorczości” okazało się, że “mała prywatyzacja” rysuje się tam “z prokuratorem w tle”.

Wokół przedsiębiorstw państwowych tworzyły się wieńce spółek i spółeczek, których właścicielami stawała się była kadra zarządzająca w tych fabrykach. Prywatne firmy wykorzystywały państwowe przedsiębiorstwa ile wlezie. Jest tajemnicą poliszynela, że “pozyskiwały zaopatrzenie” nader tanio, kosztem państwowych fabryk. One też dostarczały spółkom części do maszyn, a nieraz – po niezwykle okazyjnych cenach - całe maszyny. Z państwowych zakładów prywatne firemki “podbierały” najbardziej uzdolnionych i solidnych pracowników, płacąc im parę groszy więcej. Musiało potrwać, żeby również z tego powodu państwowe przedsiębiorstwa zaczęły padać – w ten sposób zginęła m.in. jedyna w Polsce Fabryka Jedwabiu w Milanówku. Życie spółek odciętych od pępowiny też nie może trwać wiecznie. Oto także jedna z przyczyn dzisiejszego bezrobocia.

"Solidarnościowy" Marszałek Senatu Andrzej Stelmachowski nie bardzo chyba wiedział, co się dzieje poza gmachem na Wiejskiej. Latem 1990 r. dodawał w najlepsze otuchy pracownikom Huty Warszawa, sprzedanej potem Włochom: tak, jak w dziewiętnastym wieku uwłaszczano chłopów, należy dzisiaj uwłaszczyć pracowników – mówił do nich z wiarą. Wtórował mu prof. Hubert Izdebski: należy przygotować własne koncepcje prywatyzacyjne i je przeforsować. Szef zawiązanej w Hucie Warszawa organizacji o nazwie Unia Własności Pracowniczej Jacek Lipiński jęczał: Solidarność” przespała debatę prywatyzacyjną. Rozkradają nam Polskę.

Załoga kombinatu “Igloopol” uważała, że przedsiębiorstwo po to tylko przekształcono w spółkę, żeby chronić wąską, nomenklaturową grupę. Świadczy o tym niezbicie lista akcjonariuszy i podział akcji – pod takim protestem podpisało się siedemnaście komisji zakładowych “Solidarności”. Wpływ załogi i organizacji pracowniczych został kompletnie zredukowany. O wszystkim decyduje prezes spółki i były wicepremier oraz minister rolnictwa (w rządzie PRL) pan Kazimierz Olesiak przy pomocy całkowicie ubezwłasnowolnionego zarządu i rady pracowniczej. Przecież nie tak miało być!

Przedsiębiorstwa państwowe, poza daninami, jakie musiały płacić, przygniotło otwarcie granic przed importem. Na mocy rozporządzenie Rady Ministrów do końca 1990 r. zawieszone zostało pobieranie cła na 2600 (sic!) towarów. Od marca na przykład zawieszono cła na maszyny i urządzenia dla rolnictwa, środki ochrony roślin i pasze, ponieważ w Polsce miała zapanować zdrowa konkurencja. Blady strach ogarnął liczne załogi, m. in. Zakładów Mechanicznych Ursus, Fabryki Maszyn Żniwnych w Płocku. Zawieszono cło na uran zubożony U 235 i tor oraz ich związki, ulgowo postanowiono clić statki kosmiczne, gdyby ktoś je chciał importować do Polski – mogło to budzić wzruszenie ramion, ale nie budziło już uśmiechu zarządzenie, że całkowicie zwolniony zostaje z cła import pasty do obuwia i do podłóg – zwłaszcza jeśli ktoś pracował w zakładzie produkującym te dobra. Bezcłowym importem objęto drzwi, okna, żaluzje. Można było sprowadzać nie płacąc grosza ramy do luster i obrazów (wspaniałe ramy oferowało nasze rzemiosło, ale drożej), palety, skrzynie i pudła, odpadki drewniane i drewno opałowe. Producenci pieców i kuchni węglowych zaczęli się liczyć z tym, że wkrótce nie będą potrzebni, ponieważ kuchnie i piece zezwolono sprowadzać bez jakichkolwiek opłat celnych. Bez cła “szedł” import pralek i lodówek, suszarek do rąk, a także akumulatorów, młotków, śrubokrętów, hebli, dłut. Za odkurzacze, młynki do kawy należało uiścić tylko 10 proc. cła, podobne ulgowe cło obowiązywało na rowery (kilka dni temu syndyk wkroczył do poznańskiego “Rometu”). Polskich rowerów już nie ma - zjadł je import. Guziki, grzebienie, wsuwki do włosów (też produkcja polskiego rzemiosła) objęte zostały cłem “resztówkowym” w wysokości 10,5 proc. Zakłady rzemieślnicze, najczęściej rodzinne – padły. Import obrabiarek sterownych numerycznie całkowicie zwolniono z cła – być może fabryka w Pruszkowie wytwarzała gorsze obrabiarki (eksportowane także na Zachód), jednak dlaczego ulgowym, 30 proc. cłem objęto import gwoździ i najzwyczajniejszych krawieckich szpilek - trudno wytłumaczyć. Bardzo interesujące, kto imiennie sporządzał te bonusowe dla importu listy i jak się tym ludziom dzisiaj wiedzie...

Firm zagrożonych upadłością pojawiało się coraz więcej. W Sanockiej Fabryce Autobusów “Autosan” rentowność spadła do 13 proc. Żyrardowskie Zakłady Tkanin Technicznych walczyły o przetrwanie. Bank Światowy wytypował 30 fabryk do restrukturyzacji, deklarując w niej swój udział. Do prywatyzacji nadaje się każde przedsiębiorstwo – informował w trzeciej dekadzie sierpnia 1990 r. pełnomocnik rządu ds. przekształceń własnościowych Krzysztof Lis. Dobre zakłady od razu pójdą do sprzedaży, gorsze będą prywatyzowane przez likwidację: w takim przypadku zajmiemy się wyprzedażą zgliszcz po bankrucie.

cdn.

 

Kronika wyprzedaży Polski (5)

 

Bankructwa i grabież aptek

 

Teraźniejszość gospodarcza nie wzięła się znikąd, jest pochodną polityki gospodarczej z przeszłości dawnej i bliższej. Oto polskie sądy na początku br. zasypane zostały tyloma wnioskami o upadłość przedsiębiorstw, że grozi im paraliż. Już w połowie 2001 r. napłynęło 2861 wniosków o upadłość, a do rozpatrzenia czekało 3835. Ilu należało mieć pracowników, żeby to wszystko dało się przerobić? W tym roku wniosków napływa jeszcze więcej. Dlaczego tak wiele firm musi bankrutować i jak temu powinno się przeciwdziałać - nikt sobie nie zawraca głowy. Trwa natomiast dysputa, w jaki sposób mają się ratować niedoinwestowane sądy, którym na wszystko tak dramatycznie brakuje pieniędzy, że same mogą popaść w bankructwo? Pomysł jest następujący: trzeba jak najszybciej we wszystkich sądach okręgowych utworzyć wydziały upadłościowo–układowe.

My zastanówmy się natomiast, kiedy sąd gospodarczy ogłasza upadłość przedsiębiorstwa i kiedy po raz pierwszy w okresie transformacji mieliśmy do czynienia z falą zaplanowanych upadłości.

Upadłość orzekana jest w chwili, gdy przedsiębiorstwo ma się źle, nie spłaca długów, a wierzyciele domagają się ich bezwzględnej regulacji. Sąd orzeka upadłość i na teren przedsiębiorstwa wkracza syndyk, rozpościerając swe czarne skrzydła nad tzw. masą upadłościową. Zadaniem syndyka, w pierwszej kolejności jest zaspokojenie wierzycieli, rzecz jasna w miarę możliwości, kiedy z “masy upadłościowej” zdoła się coś wycisnąć. Syndyk może próbować uratować przed zagładą przedsiębiorstwo, albo jego część, ale nie zdarza się to często. Syndyk w gruncie rzeczy przybywa po to, żeby rozważyć, co można sprzedać i tym sposobem uregulować choć część zobowiązań. Pierwsze upadłości przedsiębiorstw nastąpiły u schyłku lata 1990 r.

Sądy gospodarcze żyły jeszcze jak pączki w maśle, bo upadłości było mało, chociaż nadal trwały naciski, żeby szybciej kończyć z tym polskim złomem, przynoszącym zamiast zysku straty. Ogłoszono upadłości likwidacyjne, jedną ze ścieżek dokonywania prywatyzacji. O nominacjach przedsiębiorstw do czekającej ich upadłości poinformowano w gazetach “z imienia i nazwiska”, to jest podając nazwę zakładu i kto o taką ścieżkę prywatyzacji dla konkretnego zakładu wystąpił. Upadłość likwidacyjną nazywano upadłością ozdrowieńczą, stosowaną szeroko w cywilizowanych krajach. W powyższym przypadku organizatorem procesu nie jest syndyk, ale likwidator powołany przez organ założycielski przedsiębiorstwa (np. ministra, wojewodę). Likwidator przejmuje obowiązki i uprawnienia wszystkich organów przedsiębiorstwa. Ogłoszenie list upadłości niemal się zbiegło z uroczyście obchodzoną pierwszą rocznicą rządu Tadeusza Mazowieckiego (powołany został 24 sierpnia 1989 r.). Premier frasował się z trybuny: jaka będzie ta nowa polska demokracja, którą budujemy? Czy otwarta i tolerancyjna, czy też nie? Przeszłość odkreślmy grubą linią.

W Hucie im. Sendzimira pod Krakowem Wojciech Daniel z komisji do spraw przekształceń własnościowych huty nawoływał gromko do bogacenia się pracowników dobrze prosperujących zakładów przez udział w kupowaniu akcji przedsiębiorstw, żeby potem przedstawiciele związku zawodowego (bogaci robotnicy i inżynierowie) uczestniczyli w radach nadzorczych spółek po prywatyzacji i bronili interesów pracowniczych. Do upadłości likwidacyjnej wyznaczone zostały m.in. następujące fabryki, dla których organem założycielskim był minister przemysłu * Zakłady Przemysłu Wełnianego im. A. Struga w Łodzi * Zakłady Mechaniczno- Budowlane “Zremb” w Warszawie * Zakłady Przemysłu Bawełnianego w Żarach koło Zielonej Góry * Zakłady Przemysłu Obrabiarek “Ponar-Remo” w Tłuszczu * Zakłady Przemysłu Odzieżowego “Bielkan” w Bielsku Białej.

Zakłady Przemysłu Bawełnianego to była największa fabryka nie tylko w czterdziestotysięcznym mieście, ale i w całej okolicy. Uznano ją za niezdolną do egzystencji w dotychczasowej formie, ponieważ produkowała tkaniny surowe, a na taki towar zbyt się skończył. Wymówienia otrzymało 1507 osób i nie miał to być koniec.

Prawdopodobnie pierwszy wielki płacz z powodu nagłego masowego bezrobocia miał miejsce w Żarach. Plotka głosiła, że fabrykę kupi pewien Niemiec i reaktywuje produkcję, ale Niemiec się ociągał, czekał na niższą cenę. Byli pracownicy modlili się, żeby Niemcowi jak najszybciej zakład sprzedano. Niechby brał go i za bezcen, byle były dla nich praca i chleb. Likwidator Julian Szafraniec chciał robić to, co powinien, ale nie zawsze mógł. Nie wiedział, czy może sprzedać budynki, bo ustawa prywatyzacyjna miała liczne dziury i luki. W tej sytuacji nie wiadomo, czego człowiek ma się trzymać. Wydaje mi się, że wolno mi je sprzedawać. Co też czynił.

Bielski “Bielkan” natomiast przekształcony został w półkę joint-veture z udziałem kapitału niemieckiego. “Stronę niemiecką” reprezentowało w spółce czterech udziałowców Haehnlein, Christopf, Borenebusch i Pam. Spółka zgłosiła rozszerzenie działalności na gastronomię i turystykę. Zdenerwowani ludzie “Bielkanu” zastanawiali się, czy to aby nie koniec produkcji? Czuli się pokrzywdzeni i oszukani, bo obiecywano im, że po sprywatyzowaniu przedsiębiorstwa będą zarabiać lepiej, tymczasem zarabiali tyle samo co dawniej i zaczęli żyć w niepewności, co ich może spotkać jutro.

Minister gospodarki przestrzennej i budownictwa zarządził likwidację “Transbudu” w Kielcach i katowickiego “Zrembu” oraz zaproponował likwidację pięciu dalszych firm.

Minister transportu i gospodarki morskiej wszczął postępowanie w sprawie likwidacji Oświęcimskich Zakładów Naprawy Samochodów, a także Sądeckich Zakładów Naprawy Samochodów. W gazetach ukazały się jak zwykle artykuły z informacjami, że te przedsiębiorstwa nic nie są warte. Znów pytano: kto takie firmy, które nie przynoszą zysków, w ogóle zechce kupić? Efekt był taki, że potencjalni nabywcy, a tacy byli, zaczęli rozważać, czy nie warto trochę poczekać i przejąć zakłady za pół darmo, a kto wie - może im do tej transakcji nawet dopłacą?

“Mała prywatyzacja” kolejny miesiąc z impetem maszerowała przez kraj. Brano apteki. Prywatyzacja aptek rozpoczęła się już w sierpniu 1989 r. Trudno było nie zauważyć, że pośpiech przy prywatyzowaniu aptek był nadzwyczajny. A jeśli nastąpiło niezwykłe prywatyzacyjne przyspieszenie, to i z góry założone zostały prywatyzacyjne “błędy oraz wypaczenia ”. Nikt się nie zdziwił, że Najwyższa Izba Kontroli odkryła liczne “nieprawidłowości” w przekazywaniu państwowych aptek w dyspozycji Przedsiębiorstwa Zaopatrzenia Farmaceutycznego “Cefarm” w Warszawie w ręce prywatne. Zgodzono się, że prywatyzacja aptek była prywatyzacją chorą – tyle z tego wynikło. Tymczasem była to prywatyzacja aferalna, za którą nikomu włos nie spadł z głowy. Po pewnym czasie wybuchły wielkie afery, takie jak choćby afera z prywatyzacją Banku Śląskiego czy Domami Towarowymi “Centrum”; kto by sobie zaprzątał głowę aptekami!

A działo się tak: do 21 sierpnia 1990 r. prywatnym osobom przekazano 85 aptek, na przekazanie dalszych 14 już była zgoda. Nikt nie zapytał, czy czasem aptek nie chcą odzyskać ich byli właściciele (albo ich spadkobiercy), którym apteki zabrano prawem kaduka w 1951 r. Nikt nie podał do publicznej wiadomości, że apteki w ogóle są do wzięcia. Wnioski o “przydział aptek”, bo tak można nazwać tę przedziwną prywatyzację, składane były przez wtajemniczoną grupę ludzi, a rozpatrywała je jedna osoba – dyrektor stołecznego “Cefarmu”. Nie było zasad wyceny mienia ani żadnych kryteriów, jakim miałaby ta wycena podlegać - dotyczyło to zarówno wyceny lokali, jak i ich wyposażenia. Szum związany z prywatyzacją aptek trwał krótko, brzydka sprawa szybko przyschła.

Pełnomocnik rządu ds. przekształceń własnościowych zapowiedział prywatyzację dwóch dużych fabryk: Zakładów Radiowych “Eltra” w Bydgoszczy i Śląskiej Fabryki Kabli w Czechowicach-Dziedzicach. “Eltra” zatrudniała 5 tys. osób. Dzisiaj wiemy, że zarządzający gospodarką “szachiści” przygotowywali się do masowego bezcłowego importu elektroniki w określonym ściśle czasie, o którym mieli się dowiedzieć (i na tym zbić majątki) ludzie wybrani. Po co komuś “Eltra”, jeśli z zagranicy sprowadzi się tysiące ton sprzętu elektronicznego i rzuci na rynek? Ale w gospodarce nic nie odbywa się z dnia na dzień. Dyrektor do spraw ekonomicznych “Eltry” Wiesław Rożek udzielał wywiadów i informował, że zakład zostanie podzielony na mniejsze jednostki. W Śląskiej Fabryce Kabli w Czechowicach-Dziedzicach przerażona załoga dopytywała czy nie będą zwalniać z pracy, tych, którzy nie wykupią przysługującego im po preferencyjnych cenach pakietu akcji. Oni chcieliby te akcje kupić, ale nie mają na to pieniędzy. No proszę, jak z takim ekonomicznymi głuptasami można zmieniać gospodarkę! – denerwowali się politycy. Na seminarium o przekształceniach własnościowych do Bielska-Białej dyrektorów fabryk i działaczy “Solidarności” zaprosiła posłanka Grażyna Staniszewska związana z ROAD (a potem z UW). Powołano Społeczny Ruch Inicjatyw Gospodarczych, który miał skupiać ludzi zainteresowanych prywatyzacją i mieć swój udział w edukacji ekonomicznej społeczeństwa.

 

 

Wiesława Mazur                      >  >  >  Ciag dalszy

 

 

 

 

 



 

> > >   Kliknij -  do gory strony   < < <

 

 

 

Close this window - Zamknij to okno