Kronika wyprzedaży Polski

cykl artykułów Wiesławy Mazur


[Drukowany w Tygodniku  NASZA POLSKA w Roku 2002]

 

 

Kronika wyprzedaży Polski (10)

 

Meksyk czy Peru?

 

Nie twierdzę, że prywatyzacja nie jest potrzebna, ale nie taka, jaką nam proponują! Prywatyzacja to nie jest jakieś magiczne zaklęcie. Nie wystarczy, że pojawi się prywatny właściciel, a już wszystko gra. Prywatne przedsiębiorstwo jest efektywne nie dlatego, że jest prywatne, ale jest prywatne bo jest efektywne. Gdyby nie było efektywne, nie mogłoby istnieć – mówił w listopadzie 1990 r. prof. Stefan Kurowski. Co naprawdę da prywatyzacja w najbliższych latach? Niewątpliwie powstanie elita bogaczy, a sytuacja zdecydowanej większości społeczeństwa pogorszy się. Bardzo wzrośnie bezrobocie. Podstawowa masa ludności otrzymywać będzie dużo mniej, pozbawiona też zostanie źródła swej siły: samorządów pracowniczych – wtórował Kurowskiemu doc. Jan Dziewulski. Antoni Potocki, związany z ROAD, był tym oburzony. - Co słyszę! Jak możecie twierdzić, że prywatna gospodarka nie poprawi efektywności. My jesteśmy za powszechną i szybką prywatyzacją. Dziewulski na to: przyspieszenie prywatyzacji to jest Meksyk w Polsce.

Inni ekonomiści uważali m.in., że przyspieszenie prywatyzacji jest możliwe na drodze swoistej kolonizacji z zewnątrz i że to, co się dzieje, jest odreagowaniem tragicznej w skutkach próby urzeczywistnienia utopii komunistycznej, próbą urzeczywistnienia utopii liberalnej. Polska dostała się w ręce liberalnych utopistów, jakich świat nie widział – stwierdził Ryszard Bugaj.

A do Polski zawitał, na razie, nie Meksyk, lecz człowiek z Peru. Był to Stan Tymiński, który zabrał ze sobą w podróż swoją żonę Gracielę. Zamierzał zostać u nas prezydentem. Członek warszawskiego sztabu wyborczego Tymińskiego, pracownik drugiego programu telewizyjnego Tadeusz Kraśko, mówił o swoim pryncypale, że jest człowiekiem trudno dostępnym, ale świetnie się kontroluje. Stan utrzymywał, że chce wyznaczać ducha narodu, który bezczelnie okradają. Mazowieckiego i Wałęsy znaczna część Polaków miała już serdecznie dosyć. Zamiast poprawy sytuacji materialnej, transformacja gospodarcza przyniosła obniżenie stopy życiowej, postępującą likwidację zabezpieczeń społecznych i szybkie bogacenie się elity. Liberałowie uważali, że idzie im nieźle. Minister przekształceń własnościowych Waldemar Kuczyński wypowiadał się z brawurą o tym, że podjął się zadania (prywatyzacji gospodarki), które go ekscytuje i przeraża. Mówił: - Mam dobrą ekipę, same “młode wilki”. Pieniędzy nie dostaję wielkich, ale przygoda jest niepowtarzalna. Minister uważał, że w roku 1991 jest szansa sprywatyzowania 15 proc. majątku narodowego, w 1992 r. – 20 proc., zaś rok później państwo straciłoby dominującą pozycję w gospodarce. Kuczyński przyznawał szczerze, że to, co z tego wyniknie, jest dla niego wielką niewiadomą. Tak wielką, że nawet identyfikacja wszystkich następstw i zagrożeń nie jest dla niego jasna. Rozniosły się pogłoski, że zagraniczne firmy konsultacyjne – przygotowujące prywatyzację przedsiębiorstw państwowych - przejmują w nich garściami udziały. Na przykład podobno firma konsultacyjna Śląskiej Fabryki Kabli miała przejąć 40 proc. udziałów tej fabryki. Dziennikarze pytali ministra: czy to prawda? Odpowiedź składała się z dwóch zdań, pierwszego; - To są wiadomości prosto z magla; i drugiego: - Owszem, firmy konsultacyjne biorą standardowe opłaty od oszacowanej wartości majątku prywatyzowanych przedsiębiorstw, jako wynagrodzenie za usługę, to normalne.

Infantylne peany o prywatyzacji wypisywali niektórzy dziennikarze “Rzeczpospolitej”. W rządowej gazecie można było przeczytać coś takiego: na scenie pięciu aktorów: “Exbud”, “Tonsil”, Kable”, “Próchnik”. Wszyscy na piątkę. Marzą o przejściu w prywatne ręce. Kampanie reklamową przygotowywała firma “Creapriv” wspólnie z firmą “Eurofi”. Kandydaci na kapitalistów stoją w kolejkach, tworzą listy społeczne i komitety kolejkowe. Wiceminister przekształceń sam pragnie kupić po 10 akcji każdej z wymienionych firm, nie wie tylko, czy pracownicy ministerstwa będą mieli do tego prawo... Jeśli tak, to minister na ten cel przeznaczy 3 mln 762 tys. zł.

Jak grom z jasnego nieba spadła wiadomość, że w pierwszej turze wyborów przepadł Mazowiecki. Nie było wątpliwości: druga odbędzie się w obsadzie Wałęsa - Tymiński! To było plaśnięcie Polaków na odlew w środowisko ROAD. Musiało się ono wypowiedzieć za zeszmaconym przez nie w kampanii prezydenckiej Wałęsą, nie było rady. Zdzisław Najder oświadczył, że propaganda, jakoby Wałęsa rozbijał “Solidarność” była nieprawdziwa i niepotrzebnie zachwiała zaufanie do przewodniczącego. W telewizji z poparciem dla Wałęsy wystąpił Adam Michnik, w związku z czym notowania Lecha spadły natychmiast o 10 proc.

Wałęsa dla swojego (wyborczego) Komitetu Obywatelskiego z różnych względów był kandydatem trudnym. Ludzie domagali się, od niego wymiany rządu i odrzucenia planu Balcerowicza, tymczasem "Lechu" usiłował porozumieć się z Mazowieckim. Cóż z tego, że obiecywał oddać Polakom, jako prezydent III RP już w pierwszej kadencji 60 proc. majątku narodowego, jeśli zapowiadał kontynuację programu Balcerowicza, z korektami w tych dziedzinach, w których plan nie jest akceptowany społecznie? Szanowany publicysta Stefan Kisielewski mocno się tym zdenerwował: Kiedy usłyszałem, że Wałęsa dopuszcza możliwość, że Leszek Balcerowicz może zostać premierem poczułem, że już nic nie rozumiem i że jestem robiony w konia czy w balona. Zaproponował, żeby Wałęsa podał nazwisko ewentualnego przyszłego premiera, bo pójście do wyborów z Balcerowiczem i ezopowym językiem Lecha będzie ryzykowne.

Balcerowicz niewzruszenie wyjaśniał w grudniu 1990 r. uczestnikom Walnego Zgromadzenia Krajowej Izby Gospodarczej w Gdańsku, że uciekając przed gospodarczą klęską, należy dążyć do trwale stabilnej i sprawnej gospodarki, ale żeby ona taka była, musi się opierać na trzech filarach: mocnym, wymienialnym pieniądzu, dominacji własności prywatnej, otwarciu na świat. Przewodniczącym KIG został Andrzej Arendarski, napuszony biznesmen z Kongresu Liberalno-Demokratycznego, który w 1989 r. chodził w wytartych spodniach.

Środki przekazu znajdujące się w rękach ROAD podjęły zmasowane zohydzanie Stana Tymińskiego, człowieka znikąd. W “Gazecie Wyborczej” wypowiedziała się żona (?) psychoterapeuty Andrzeja Samsona w publikacji pt. Czy Tymiński to wariat. Według niej maskowata twarz, skandowany sposób mówienia i odlotowość – to jest to – mówiła - co w psychologii określane jest jako mechanizm persewerencji, świadczący o głębokich zmianach osobowości. Czegóż można się spodziewać po kimś, kto w Peru zajmował się oswajaniem dzikich węży? W innym numerze tej gazety podano, że Tymiński zażywał ayahuasca, wywar z liany, halucynogenny narkotyk, którym odurzają się Indianie nad Amazonką – jest to możliwe, ponieważ “Gazeta Wyborcza" wie, że przez pewien czas żył wśród plemienia Iivaros. Graciela, którą bije – podała gazeta - nie jest jego pierwszą żoną. W 1970 r. Stan ożenił się z Finką Pulmu i rozwiódł z nią w 1984 r. Kiedy poznał Gracielę, ona miała męża - Rafaela Elesperu. Tymińscy mają w Iquitos restaurację, założyli stację telewizji kablowej i kradną zagraniczne programy. Posiadają niewielką firmę Transduction, w której wytwarzane są urządzenia automatyki przesyłowej – na coś mu się przydała nauka w Technikum Radiowym im. Kasprzaka, które ukończył zanim wyjechał z Polski. Ten cały Stan Tymiński - to jest taki american dream dla ubogich, ale nie dla ROAD. Dziennikarz “Gazety Wyborczej” tak podsumował swój wywód: Głosuję na Wałęsę, bo nie chcę obudzić się w Peru. Ludzie jednak bardziej przejęli się czymś innym. Tym, że człowiek z Peru otoczył się starą nomenklaturą oraz licznymi podobno podróżami kandydata na polskiego prezydenta do Moskwy i Trypolisu w przeszłości. Trudno było nie zauważyć, kiedy wszystko o nim się wiedziało, że oczy ma jakieś dziwne.

W Audytorium Maksimum Uniwersytetu Warszawskiego 2 grudnia 1990 r. ROAD przyjął nazwę Unii Demokratycznej. Władysław Frasyniuk zaproponował powołanie obozu politycznego UD, którego celem w dziedzinie gospodarki byłaby kontynuacja planu Balcerowicza, rzecz jasna, z prywatyzacją na czele. Liderem partii został Tadeusz Mazowiecki. Do tymczasowej rady UD weszli: Frasyniuk, Turowicz, Hall, Rokita, Nowina-Konopka, Wende, Michnik. Przemówił Rokita, oświadczając, że jeżeli chcą odnieść sukces, muszą odpowiedzieć na pytanie: interesy jakiej części społeczeństwa zamierzają artykułować? Odrzucenie przez naród Mazowieckiego, mimo uporczywie i nachalnie lansowanej jego “siły spokoju” musiało boleć, ale nie obnoszono się z tym. Znikła ROAD, wykluła się świeżutka UD.

Wybory prezydenckie 9 grudnia 1990 r. wygrał Lech Wałęsa, noblista, urodzony 29 września 1943 r. w Popowie koło wsi Lipno. Otrzymał 10,5 mln głosów. Stanisław Tymiński, urodzony 17 stycznia 1948 r. w Pruszkowie koło Warszawy, przegrał i wyjechał do Peru ze swoją czarną teczką, w której – jak mówił – miał zgromadzone kompromitujące papiery na Wałęsę. “Gazeta Wyborcza” napisała, że jednak nie jest wariatem, a może nawet nie jest esbekiem. Otrzymał 3,5 mln głosów. Do urn wrzuciło kartki 53 proc. Polaków uprawnionych do głosowania.

 

cdn.

 

Kronika wyprzedaży Polski (11)

 

Zabierzmy korytko!

 

12 grudnia 1990 r. prezydent-elekt Lech Wałęsa żegnał się z członkami Komisji Krajowej Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego “Solidarność”. Tego dnia przyjęto jego rezygnację z funkcji przewodniczącego. Już było wiadomo, że Jacek Merkel, szef sztabu wyborczego Wałęsy, zostanie desygnowany na stanowisko szefa Kancelarii Prezydenta RP. Na swoje miejsce w NSZZ “S” Wałęsa zaproponował związkowcom najpierw Bogdana Borusewicza, a kiedy Borusewicz odmówił, Wałęsa wpadł na pomysł, żeby na to stanowisko spróbować przesunąć jednego z wiceprzewodniczących związku – Lecha Kaczyńskiego. I ta propozycja przepadła, gdyż Kaczyński oświadczył, że nie chce być przesuwany. Uchwała KK NSZZ “S” uznała zmiany własnościowe za główny kierunek reform. Domagała się wprowadzenia bonów prywatyzacyjnych dla obywateli, a wypłaty z zysku powyżej 8,5 proc. miałyby się odbywać w postaci obligacji i akcji.

Niezły nastrój zmąciło oświadczenie, które na ręce Komisji Krajowej “S” złożyli przedstawiciele Sekcji Węgla Kamiennego, żądając natychmiastowego zajęcia się problemami górnictwa i górników – pod rygorem strajku generalnego. Nie zważając na fatalne nastroje społeczne, “Rzeczpospolita” 13 grudnia piórem redaktora naczelnego Dariusza Fikusa napisała euforycznie, że oto pogrzebana została stara, zmurszała struktura państwa wszechobecnego i wszechwładnego – teraz mamy państwo cacane funkcjonalne i demokratyczne. “Życie Gospodarcze” obiektywniej oceniało rzeczywistość. Dziennikarze tego tygodnika pisali, że wielu ludzi nabiera przekonania, że nie odzyska utraconego (nędznego) standardu życia. Społeczeństwo stało się bierne i zagubione. Po 40 latach rządów komunistycznych nie wiadomo już komu ufać, komu wierzyć. Ludzie mówią “stary system pozostał”.

Gazety opublikowały projekt ustawy o przedłużenia życia podatku od ponadnormatywnych wynagrodzeń, tzw. popiwku. Z podatku miały być zwolnione zupełnie firmy prywatne, skomercjalizowane, czyli przekształcone w jednoosobowe spółki skarbu państwa, jako podążające drogą ku prywatyzacji zdecydowano obłożyć “popiwkiem” 50-proc., natomiast na przedsiębiorstwa państwowe podatek spadał pełnym 100-proc. kamieniem. W fabrykach, które w ten sposób zmuszano do prywatyzacji albo do upadku, zawrzało. Tadeusz Grochowski, dyrektor Warszawskiej Fabryki Pomp, słał petycje, że “popiwek” jest draństwem, nie ma nic wspólnego z ekonomią ani zasadami zdrowego rynku - to ohydny państwowy kaganiec narzucony na zakłady państwowe. Inni dyrektorzy fabryk próbowali dowodzić, że produkcja nie zależy od formy własności, tylko od tego, kto i w jaki sposób firmą kieruje, że gwałcone są zasady demokracji w gospodarce.

Rychło przedstawiciele KK NSZZ “S” przekonali się o tym, że pyskówki i protesty są bezskuteczne, kiedy “strona związkowa” zasiadła do rozmów ze “stroną rządową” w Sali Kościuszkowskiej Urzędu Rady Ministrów. Związkowcy przymierzali się do powiedzenia tego, co myślą o popiwku i rządowych poczynaniach w górnictwie. Rząd nie pozwalał ruszyć cen węgla, choć wszystko wokół drożało. Siłą rzeczy kopalnie wpadały w coraz większe długi. Jako podmioty państwowe musiały też płacić stuprocentowy “popiwek”. Na czele delegacji solidarnościowej stanął Lech Kaczyński, po tej samej stronie stołu zasiadł skromniutki Marian Krzaklewski – członek prezydium KK ds. sekcji branżowych, za nim nieogolony (dziś się goli i strzyże) Michał Boni reprezentujący w Komisji Krajowej Region Mazowsze, za nim niewielki Emil Wąsacz, przewodniczący “Solidarności” w Hucie Katowice, który na pewno nie marzył nawet, że kiedyś zasiądzie po drugiej stronie stołu w randze ministra.

Naprzeciwko “strony solidarnościowej” konstelacja mężczyzn była równie interesująca. Znajdował się tam wicepremier i minister finansów Leszek Balcerowicz, minister–kierownik Centralnego Urzędu Planowania Jerzy Osiatyński, minister pracy Jacek Kuroń wraz ze swoim doradcą w osobie Jana Lityńskiego, wkrótce supereksperta od spraw reformy emerytalnej. Nie zabrakło tuszy ministra przemysłu Tadeusza Syryjczyka. Ciekawe, czy gdzieś jest rodzinne zdjęcie z tej narady? Jeśli tak - na pewno wygląda malowniczo.

Panowie mówili - Kaczyński: formuła podatku o nazwie “popiwek” prowadzi do poważnych napięć. Jak długo może on funkcjonować? Wąsacz: popiwek nie sprzyja eksportowi, zmusza do różnych wybiegów. Zatrudniać trzeba w zakładach różne obce spółki, bo nie można przez popiwek dać zarobić własnym pracownikom. Obcym płaci się więcej, więc wypływ pieniędzy na rynek “de facto” jest większy. Osiatyński: formuła podatku jest dobra, napięcia należy łagodzić. Balcerowicz: od lipca do października płace wzrosły o 40 proc., w tym płaca realna o 20 proc. Wzrost płac przekraczający pewien poziom prowadzi do wzrostu popytu, wzrostu cen, następnie do spadku popytu i do bezrobocia. Popiwek w przyszłym roku ma być związany przede wszystkim z formą własności. Gdyby od razu go znieść, nie byłoby dostatecznego bodźca do prywatyzacji.

Balcerowicz był szczery, ale nigdy nie udało mu się osiągnąć poziomu lidera Unii Polityki Realnej – Janusza Korwin-Mikkego, który po prostu już taki jest, że zawsze mówi to, co myśli. Szef UPR deklaruje, że Polską gospodarkę przed zagładą może uratować jedynie program konserwatywno-liberalny. W przeciwieństwie do Balcerowicza - Mikke był (i jest) przez tłumy lubiany. Ludzie patrzą na niego chętnie, ale czy go słyszą? Zapamiętują co najwyżej najbarwniejsze wypowiedzi, a nie program. I tak w 1990 r. Korwin–Mikke nawoływał, żeby ograniczyć rządowe korytko, bo wtedy świnek będzie się przy nim gromadziło mniej, a jak się korytko zlikwiduje, to nie będzie ich wcale. Czy to aby nie wydaje się prawdziwe, analizując ostatnie 12 lat? Ale czy taką ideę można wprowadzić w życie? Właśnie rząd SLD-UP-PSL likwiduje wiele urzędów, ale zobaczymy za dwa trzy lata, a może i znacznie wcześniej, czy urzędników nie będzie więcej? Bo tak to już jest, że gdzie od korytka odpędzają, niedługo odpędzanie się skończy, a zacznie zapraszanie... swoich - i trzody przybędzie.

Szef UPR jako konserwatywny liberał i legalista oświadczył, że szanuje uchwalone prawo, w tym ustawę o prywatyzacji, ale uważa, że należałoby uprościć struktury systemu gospodarczego, administracji i budżetu. Ministerstw powinniśmy mieć najwyżej pięć: Spraw Zagranicznych, Wojny i Pokoju, Gospodarki Terenami i Ochrony Środowiska, Skarbu i Sprawiedliwości. Po całkowitym sprywatyzowaniu sfery budżetowej, jak i gospodarki, zniesieniu zasiłków dla bezrobotnych i innych – według posła UPR Mikkego – szkodliwych wydatków, uproszczeniu uległby budżet. Podatki poseł Mikke proponował zredukować do pogłównego, gruntowego i od wartości nieruchomości. Znikłyby obrotowe, dochodowe, od wynagrodzeń, spadków, kupna-sprzedaży, wartości dodanej, konsumpcyjne; nie byłoby popiwku etc. Do tej pory po raz drugi konserwatywno-liberalna UPR w III RP nie zdołała wprowadzić do Sejmu ani jednego posła. Mimo że Korwin-Mikke obiecywał zadbać o stworzenie funduszu rentowego i emerytalnego (deklarował to w Filharmonii w Krakowie, będąc kandydatem na prezydenta) z 30 proc. akcji prywatyzowanych przedsiębiorstw. Pod koniec 1990 r. Janusz Korwin-Mikke otrzymał nagrodę Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich za swoje prowokacyjne, szczere do bólu felietony. Należało się.

Górnicy tymczasem dalej wykłócali się z rządem o popiwek nałożony na kopalnie. W podatek od ponadnormatywnych wynagrodzeń wpadło – tak się wówczas mówiło - 28 kopalń na 71 istniejących. Syryjczyk i Lityński postanowili, że górnikom nie popuszczą, szumieli “za komuny”, ale teraz, w demokracji, kiedy powalona został zmurszała struktura państwa redaktora Fikusa, od destrukcji tego państwa im wara. Z górnikami rozmawiał Syryjczyk, który umiał robić do Kuronia (a po kilku latach do Hanny Suchockiej) maślane oczka, ale do ludzi z dołów (kopalni) przemawiał oschle, w starym stylu jeśli nie ma wniosków konstruktywnych, to kończymy. Delegacja górniczej “Solidarności”, z lekka płaszcząc się przed ministrem, niezgrabnie oponowała na dywanach: - Chcielibyśmy, żeby wyrażenie woli odbyło się na najwyższym rządowym szczeblu. Syryjczyk: - Nie sądzę, żeby wymiana osób mogła coś zmienić. Jestem upoważniony do rozmów. Górnicy: - Ale faksy gdzieś utykają, informacja jest blokowana... Syryjczyk: - Do widzenia, do widzenia.

Na drugi dzień strajkowało 30 kopalń. Senat nie mógł sobie pozwolić, żeby dalej, milczeć w sprawie górnictwa i wysmażył epistołę: dając wyraz niepokojom w górnictwie, wzywamy rząd do podjęcia niezwłocznych działań zmierzających do zlikwidowania opóźnień w rozliczaniu dotacji oraz przyspieszenia reformy w górnictwie. Nie jest bowiem rzeczą sprawiedliwą obarczanie górników konsekwencjami działań, na które nie mają żadnego wpływu. Mimo tej mowy-trawy (tak apel Senatu określili górnicy) wypłaty tzw. barbórkowe miały miejsce tylko w niektórych kopalniach. W kopalni Kazimierz-Juliusz w Sosnowcu kontynuowano głodówkę.

 

 

Wiesława Mazur                       ... Koniec

 

 

 

 

 



 

> > >   Kliknij -  do gory strony   < < <

 

 

 

Close this window - Zamknij to okno