Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński

 

OCALIĆ  POLSKOŚĆ

 

 

Wydawnictwo Instytut Edukacji Narodowej

Lublin 2001

 

 

Spis treści

Wprowadzenie
Ocalić polskość! (Kultura narodowa wobec globalizmu)
Nauka w kulturze chrześcijańskiej
Kultura chrześcijańska schyłku II tysiąclecia - dziedzictwo czy deformacja?
Od imperializmu do globalizmu
Skarb kultury polskiej
Skarb Niepodległości
Czy w liberalistycznej koncepcji wolności jest miejsce na odpowiedzialność?
Edukacja dla socjalizmu

 

 


Wprowadzenie

W dzisiejszych czasach dominuje kulturowo nad Europą pragnienie budowy jednolitego społeczeństwa globalnego. Możliwość błyskawicznej komunikacji pomiędzy ludźmi, gdzie znikają praktycznie bariery odległości, dostępności komputerów i internetu, powszechności mediów - prowadzi do dominacji obrazu i ruchu nad myśleniem i kontemplacją. Wciąż powtarzane, zwielokrotnione te same wzorce, sprzyjaj ą upadkowi i negacji zasad moralnych, a przez swą powszechność stwarzają pozorne wrażenie poprawności i normalności, co usypia sumienie i gasi przenikliwość myśli. To wszystko wywołuje nowe nieznane dotąd problemy cywilizacyjne. Jednak pokusy totalitarne rodzą się te same co niegdyś, lecz obecnie zyskują większy rozmach, opierają się bowiem na dużych możliwościach nowoczesnej techniki. Taka sytuacja powoduje, iż zarówno sterowanie psychologiczne, jak i manipulacje wielkimi grupami ludzi poprzez środki masowego przekazu są wygodnym narzędziem władzy.
U progu trzeciego tysiąclecia mogliśmy poznać i doświadczyć trzech największych ideologii XX wieku: nazizmu, komunizmu i liberalizmu. Ostatnia z nich na naszych oczach przeobraża się właśnie w globalizm, który ogarnia swym wpływem wszystkie dziedziny kultury, powodując rozbicie narodowej tożsamości. A czyni to w taki sposób, że wielu ludzi wcale nie dostrzega nadchodzącego zagrożenia. Globalizm, opierając się na ideale powszechnej równości, prowadzi do jednego zasadniczego wniosku, że suwerenność państw i narodów nie może już być odniesieniem działań politycznych. Celem głównym jest jedno wszechświatowe społeczeństwo obywatelskie.


Prezentowany zbiór esejów profesora Piotra Jaroszyńskiego, który stanowi kontynuację pracy sprzed dwóch lat Polska i Europa, pokazuje dalsze etapy przemian społecznych i kulturowych na tle światowej tendencji do wymazania z ludzkiej świadomości fundamentów narodowych. Dlatego już w samym tytule książki zawarte jest szczególnego rodzaju wezwanie, mające stanowić na dziś motyw naszego działania na rzecz budowania dobra wspólnego w Ojczyźnie. Ocalić polskość - to rozszerzać i niejako rzeźbić własnym wysiłkiem oblicze narodowej kultury. Tym bardziej naglące to zadanie dzisiaj - bowiem jak wskazuje Autor - dziejący się na naszych oczach zamach na kulturę Polski, obejmuje wszelkie dziedziny życia społecznego. Rozważając, na tle suwerenności naszego narodu, tak fundamentalne dla kultury zagadnienia, jak: nauka, edukacja czy religia, musimy pamiętać, że to od nas zależy ich powodzenie. Nie wolno poddawać się zewsząd ogarniającej bezsilności, ta bowiem rozbija człowieka, a za nim cały naród.


Ze szczególną uwagą podkreśla Autor rolę nauki i edukacji jako tych obszarów, które są podstawą kształtowania się w człowieku rozumienia świata. Upada dziś ideał wiedzy dążącej do prawdy, pielęgnowany przez ponad 2500 lat, począwszy od starożytnej Grecji. Dzisiejsze rozumienie nauki to produkt nieskrępowanych badań, których wyniki są jedynie prowizoryczne. W konsekwencji prowadzi to do anarchii w badaniach naukowych i postulatu wolności bez granic, co widać także w życiu społecznym. Ujawnia się to z całą mocą w systemie edukacji, w którym nie liczy się kształcenie i wychowanie, rozumiane jako doskonalenie osoby poprzez wysiłek nabywania cnót, lecz socjalizacja, czyli takie urabianie ucznia, by w przyszłości był przydatny do celów politycznych, gospodarczych, a więc uległy, dys­pozycyjny, nie przywiązany do tradycyjnej katolickiej moralności. Socjalizacja przywołuje uniwersalny system wartości i postępowanie zgodnie z przyjętymi normami, lecz milczy o tym, że źródła tego systemu i tych norm nie są obiektywne, lecz opierają się na doraźnych celach i decyzjach.
Warto zauważyć, iż "polskość" - nasza Ojczyzna i jej kultura - od tysiąca lat przekazywana, rozwijana i broniona z pokolenia na pokolenie, domaga się dziś od każdego Polaka z osobna pełnej pieczołowitości i ofiarności postawy. Każdy z nas uwikłany w różnorodne relacje społeczne może skierować do samego siebie pytanie, w jaki sposób próbuje ocalić i zachować na rzecz następnych pokoleń przekazane mu dziedzictwo przeszłości. Nasze działanie, nawet to najbardziej błahe, jest nierozerwalnie związane z odpowiedzialnością za jego skutek i nic nie zwolni nas od tej odpowiedzialności. Dlatego ocalenie polskości nie jest zadaniem skierowanym do jakiejś wąskiej grupy osób, ale stawia nas wszystkich w obliczu spełnienia tego obowiązku.

 

Paweł Gondek

Ocalić  Polskość!   (Kultura narodowa wobec globalizmu)

 

Globalizm to trend cywilizacyjny, którego celem jest utworzenie na naszym globie jednego społeczeństwa sterowanego przez jeden rząd. Wprawdzie w każdej wielkiej cywilizacji władcy aspirowali do panowania nad światem, niemniej jednak dopiero w XX wieku projekty te stały się realne.
W średniowieczu i w czasach nowożytnych podstawowymi strukturami politycznymi były monarchie. Rozpoczęty pod koniec XVIII wieku ich demontaż utorował drogę do budowania suwerennych państw narodowych, jako państw obywatelskich. Między państwami tymi toczyła się w wielu dziedzinach rywalizacja, nie zawsze też udawało się utrzymać równowagę sił, co prowadziło do licznych wojen, których kulminacją były dwie wojny światowe w wieku XX. Kolejna, ale już tzw. zimna wojna, oparta była na konfrontacji dwóch supermocarstw, USA i ZSRS, przy współudziale mniej lub bardziej podległych im państw. Upadek komunizmu pozostawił na arenie politycznej jedno supermocarstwo. Wówczas ostro ruszyła kampania proglobalistyczna.
Przy istotnym wpływie i zaangażowaniu Stanów Zjednoczonych globalizm nie jest w sposób formalny związany z jakimś określonym państwem czy narodem, jawi się raczej jako twór ponadpaństwowy i ponadnarodowy. Pewne jest natomiast, że globalizm w sposób zasadniczy wpływa na politykę, ekonomię, media, edukację etc., wkraczając w sposób mniej lub bardziej jawny w dziedziny, które warunkują i kształtują niepodległy byt państwowy. Ostatnim aktem suwerennych państw jest zgoda na ograniczenie lub wręcz rezygnację z własnej nie­zawisłości; przypomina to do złudzenia legalizację rozbiorów przez polski sejm. W "oczach świata" wszystko dzieje się zgodnie z prawem, w oczach narodu nic nie budzi podejrzeń, legalizacja dokonuje się za sprawą demokratycznie wybranych parlamentarzystów. Są to jednak tylko pozory.


Wśród wielu dziedzin dotkniętych wpływem globalizmu znalazły się także kultury narodowe. Wpływ ten nie jest odczuwany zbyt boleśnie, trudno się zatem dziwić, że tak naprawdę tylko nieliczni zdają sobie sprawę z zachodzenia tego procesu. Masy przyzwyczajone do uznawania za rzeczy ważne (a wręcz istniejące!) tylko tego, co jest odpowiednio spreparowane i nagłośnione przez media, nie dostrzegają problemu utraty własnej kultury narodowej; o tym masowe media nie mówią, a więc tego jakoby nie ma. Aby dostrzegać ten proces, trzeba mieć jakąś skalę porównawczą. 

Brak jest rozpoznawalny przez porównanie z całością bez braków, zatem obcując wyłącznie z rzeczami wybrakowanymi możemy sądzić, że taka jest ich natura, a więc że braków nie posiadają. Kto widzi tylko psy bez ogonów, ten będzie przekonany, że zwierzę to z natury nie ma ogona, że pies z ogonem to jakieś dziwadło; kto zna klasykę polską tylko z wersji filmowej, ten ma zdeformowany obraz polskiej kultury (niestety, jesteśmy obecnie świadkami mocno niepokojącego zjawiska w skali masowej, bowiem to właśnie ten zdeformowany obraz jest uznawany za "normalny"). 

Trzeba zaznaczyć, że kultura narodowa nigdy nie była w pełni zasymilowana przez cały naród czy wszystkich obywateli danego państwa. 

Kultura narodowa jest raczej kulturą elitarną, choćby z tego tytułu, że wymaga zdobycia odpowiedniego poziomu wykształcenia - i to w wielu różnych dziedzinach - aby można było z nią obcować i nią żyć. Stąd też stosunkowo niewielki procent narodu zdaje sobie w pełni sprawę z tego, co naród jako całość traci. A ponieważ wielu sądzi, że na polityce, na medycynie i na kulturze zna się każdy, więc publiczna dyskusja nad potrzebą i wagą kultury narodowej z reguły prędko staje się jałowa.


Dlaczego globalizm z całą premedytacją niweluje wpływ kul­tur narodowych na poszczególne społeczeństwa? W wymiarze społeczno-politycznym kultura narodowa umacnia dane społeczeństwo wewnętrznie, czyni je bardziej zwartym, silnym, a więc i odpornym na zakusy obcych. Parafrazując znaną klasyczną sentencję możemy powiedzieć, że miastem bez murów jest społeczeństwo bez własnej kultury. Jeżeli więc globaliści dążą do utworzenia jednego światowego społeczeństwa, to muszą zdruzgotać mury kultur narodowych. W wymiarze politycznym skruszenie murów kultury narodowej otwiera swobodną drogę do realizowania wizji nowego społeczeństwa, które już nie będzie narodem, a kto wie, czy jednostki wchodzące w jego skład zdołaj ą wówczas ocalić swe człowieczeństwo.

Ponieważ przekaz kultury narodowej przez wieki opierał się na tradycji, obejmującej krąg domu, szkoły, państwa i Kościoła, więc niszczenie kultur narodowych musi polegać na opanowywaniu tych właśnie newralgicznych punktów. 

Najpierw więc podważa się wartość samej tradycji jako nośnika kultury, tradycję ukazuje się w najgorszym świetle -jako coś zacofanego, anachronicznego, pozbawionego wartości.  Liczy się tylko przyszłość i postęp. Następnie trzeba wkroczyć do domów. Dziś jest to nad wyraz łatwe. Globaliści nie muszą kolbami wyważać drzwi ani wkradać się przez okno. Praktycznie w każdym domu stoi jeden lub kilka telewizorów, który niczym czołg otoczony piechotą kolorowych pism dyktuje rytm dnia, opinie, nastroje, oceny. Dom dzięki masowym mediom jest już zdobyty. A co ze szkołą?

Programy szkolne opracowywane są i finansowane przez zachodnich "specjalistów" i zachodnie instytucje, takie jak OECD czy Unia Europejska. W związku z tym bardzo precyzyjnie usuwa się z treści nauczania, choć stopniowo, materiał, który rozbudza poczucie narodowe. Eliminuje się klasykę literatury (wieszczów narodowych) bądź w całości, bądź przez pozostawienie jak najmniejszej ilości narodowych utworów, bądź poprzez rekomendację surogatu, namiastki dzie­ła literackiego, czyli obejrzenia wersji filmowej (czyt.: zastępczej). Młodzież angielska nie czyta Szekspira, młodzież grecka nie czyta Platona, młodzież polska... ogląda Trylogią, Pana Tadeusza i Przedwiośnie w kinie lub w telewizji. Bo jak tu obcować z tekstem, którego... nawet poprawnie i pięknie się nie przeczyta, połowy słów już się nie rozumie? Szkoła ukierunkowuje uczniów na zdobycie umie­jętności praktycznych, bez rozwijania zdolności do refleksji i mądrości. Wzorem jest umysł ścisły, czyli wąski (skoro ściśnięty), ale za to zarozumiały, bo wierzący w potęgę techniki. Kultura narodowa zaś jako dobro niewymierne traktowana jest jak sprawa pozbawiona wartości (bo niemierzalna).


Instytucje państwowe zachowują z kulturą narodową związek symboliczny, zewnętrzny. Gdzieniegdzie flaga, skromny orzeł, rzadko hymn narodowy, i to co najwyżej jego pierwsza zwrotka. Instytucje państwowe są urzędami, które urzędują, ale nie reprezentuj ą majestatu sukcesji władzy ponad 1000-letniego państwa i nie zabiegając jego dobro. Kultura urzędu nie jest kulturą narodową, jest wyrazem kultury biurokratycznej różnicowanej poziomem techniki i mentalności (socjalistyczna, sowiecka, azjatycka, zachodnia). Jakże często wchodząc do urzędu nie czujemy, aby to był urząd naszego kraju, urząd, który nam służy, który chce nam pomóc, który broni naszych praw. W polskich urzędach Polacy czują się petentami odgrodzonymi od władzy labiryntem korytarzy, pokoi, nieżyczliwych urzędników, sztucznych sekretarek... Przepaść ta powiększa się za granicą, gdzie w wielu wy­padkach nasze placówki dyplomatyczne postrzegane są nie jako instytucje nakierowane na udzielanie pomocy Polakom, co raczej zoriento­wane na penetrowanie polonijnych środowisk dla bliżej nie określonych celów.

Kurczy się też mecenat państwa nad dziedzictwem narodowym, które - z małymi wyjątkami - albo przechodzi w ręce obce, albo też ulega likwidacji. Państwo w sensie instytucjonalnym przestaje być depozytariuszem zainteresowanym kultywowaniem wielowiekowego dziedzictwa narodowego. W grę wchodzi brak równomiernego rozlokowania placówek kulturalnych na terenie całego kraju, tak aby mogły być żywym odniesieniem całości narodu i państwa dla dzieci, młodzieży i tych, którzy z kulturą polską chcą obcować. Jakże nieliczne i jak rzadko rozsiane są muzea, teatry, sale koncertowe, biblioteki. Instytucji tych było nieco więcej w okresie PRL-u ze względu na rolę propagandową, której nie mogły jeszcze spełniać masowe media; propaganda jednak nie zasłaniała wszystkiego co narodowe, stąd można było odnaleźć ślady kultury polskiej. 

Ale przy dzisiejszej socjotechnice przekaz masowy można w całości wyjałowić z treści narodowych, nic więc dziwnego, że globaliści z Banku Światowego nakazali Polsce już w 1989 roku likwidację 30 tysięcy placówek kulturalnych, w tym głównie bibliotek

Człowiek globalny ma oglądać obrazy i słu­chać słów podawanych przez media, a nie czytać książki, które sam sobie wybierze.
Państwo wreszcie przestało być zainteresowane ukazywaniem wzorcowej kultury polskiej. Instytucje, których nazwy wskazują na wyjątkową rolę w przekazywaniu pokoleniom bogatego kanonu pol­skiej kultury (Teatr Wielki, Teatr Narodowy, Teatr Polski, Galeria Na­rodowa), coraz częściej stają się polem prywatnych eksperymentów nie najwyższych lotów, a często o charakterze wręcz antynarodowym, demoralizującym i szyderczym (vide: głośny ostatnio casus warszawskiej "Zachęty").


Nic więc dziwnego, że wskutek takich działań wygaszony zostaje duchowy i materialny związek obywateli z własnym państwem jako główną formą społecznego organizowania się ludzi. Nie dzieje się to samoczynnie, lecz jest promowane przez instytucje globalistyczne, które w ten sposób zmieniają ukierunkowanie działań instytucji tradycyjnie państwowych. Administracja państwowa jest nie tylko polem dla załatwiania prywatnych interesów, ale nade wszystko jest coraz częściej firmą do wynajęcia, jest przedłużeniem firm międzynarodowych czy ponadnarodowych. Ma to swoje konsekwencje w kulturze, ponieważ przedsięwzięcia ukazujące bogactwo i głębię wielu dzieł wymagają przepotężnego wsparcia instytucjonalnego, na które prywatnie nikogo nie stać. Nie wystarczy wynająć salę i zapłacić za prąd, trzeba jeszcze wykształcić ludzi zdolnych do tworzenia i przekazy­wania arcydzieł w ich najgłębszym wymiarze. Jeśli własne państwo nie jest zainteresowane promowaniem kultury ojczystej, to trudno się spodziewać, aby były tym zainteresowane państwa lub organizacje obce. Jest im raczej na rękę, że dane społeczeństwo staje się coraz bardziej bezmyślnym konsumentem i nie jest suwerennym narodem. 

Ktoś zapyta, a po co być "suwerennym narodem"?  W odpowiedzi nasuwają się na myśl słowa, które wypowiedział ponoć Arystoteles, gdy zapytano go, po co człowiek tyle obcuje z pięknem? Trzeba być ślepym, żeby zadawać takie pytanie - odpowiedział filozof. Trzeba być pozbawionym, przynajmniej od czasu do czasu, rozumu, aby pytać, po co człowiekowi rozum. Trzeba być nie w pełni dojrzałym psychicznie, aby pytać, po co kultura narodowa. Jeżeli bowiem przy­chodzę na świat "goły i bosy", nie umiem myśleć, nie umiem pisać, nie umiem mówić, nie umiem rozumnie słuchać i patrzeć - to mój rozwój osobowy, a więc rozwój wrażliwości, umysłu, woli, charakte­ru, pozwalający mi na osiągnięcie właściwej sylwetki fizycznej i du­chowej, na zdrowy kontakt z innymi ludźmi, na odczytywanie rzeczywistości - dokonuje się przez najbliższy i najpełniejszy krąg świata, którym jest moja rodzina, moi rodacy, moja ojczyzna. Jak nie istnie­je język w ogólności, lecz są języki narodowe, tak nie ma kultury w ogóle, lecz są kultury narodowe. 

Ucząc się języka, który pozwoli mi na kontakt z innymi ludźmi, na wyrażanie siebie, na sięganie do dzieł pisanych przed wiekami, uczę się w pierwszym rzędzie języka ojczystego, jako dla mnie najbliższego i najłatwiejszego. Po co mam w Polsce, gdzie mieszka 40 milionów Polaków, uczyć się najpierw chińskiego lub angielskiego? Jeżeli zaś to język polski wprowadza mnie do mojej społeczności i do mojego dziedzictwa, to jest jasne, że muszę ten język opanować nie byle jak, ale w stopniu doskonałym. Potrzebuję tego nie tylko jako Polak, ale jako człowiek, ponieważ swoje człowieczeństwo realizuję po polsku. Dlatego troska o opanowanie ojczystego języka jest podstawowym zadaniem domu i szkoły. Jeżeli natomiast już w latach 60. wprowadzono reformę edukacji, w której ramach zredukowano bądź wyeliminowano przedmioty humanistycz­ne ze szkolnictwa zawodowego (przymusowo objęto nią ponad po­łowę młodych Polaków), to jest jasne, że chodziło o "wyhodowanie" ludzi, którymi łatwo można sterować. W dobie globalizacji proces dehumanizowania kształcenia poszedł jeszcze dalej, ponieważ dziś główna umiejętność "literacka" młodych ludzi polega na poprawnym pisaniu podań i stawianiu krzyżyka w odpowiedniej kratce. A cóż mówić o gęganiu, jakie wydobywa się z gardeł niektórych polityków i dziennikarzy, które dopiero po głębokim namyśle można nazwać dźwiękami artykułowanymi i zakwalifikować jako przynależące do języka polskiego?


Globalizm w pełni podbije świat dopiero po całkowitej likwidacji kultur narodowych. Albowiem kultura narodowa jest tym najgłębszym fundamentem, który chroni suwerenność poszczególnych osób w wy­miarze wewnętrznym. Jest ona również swoistym kodem, nieczytelnym dla obcych, który spaja naród, nawet pozostający w niewoli. Dlatego liczyć się musimy z tym, że proces pozbawiania nas naszej kultury ojczystej będzie trwał aż do czasu całkowitego zniszczenia w nas polskości. Stosowane są i będą różne metody. Kultura narodowa będzie puszczana w niepamięć, będzie zawłaszczana i deformowana, będzie wyszydzana... To dzieje się dziś.
Ponieważ kultura narodowa stoi na straży naszego człowieczeństwa, dlatego każdy Polak musi poważnie zastanowić się nad stanem obecnym i nad tym, co może zrobić w skali osobistej, rodzinnej, społecznej, aby się nie dać wyzuć z własnej tradycji i tożsamości, aby czerpiąc soki z ojczystego dziedzictwa, obronić w sobie człowieka, w społeczeństwie - naród, a w państwie - ojczyznę.

 

Nauka w kulturze chrześcijańskiej

 

Zastanawiając się nad rolą nauki w kulturze chrześcijańskiej musi­my najpierw wziąć pod uwagę samego człowieka. Jeśli bowiem nauka jest dziełem człowieka, to rodzi się pytanie: czy i jakiej nauki potrzebuje człowiek?
Chrześcijańska koncepcja człowieka ma swój wymiar teologiczny i filozoficzny. Z punktu widzenia teologicznego człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boga. Słowo "obraz" nosi po grecku miano PRóSOPON, a po łacinie - PERSONA. Człowiek nie jest ani zwierzęciem, ani maszyną, ale personą, człowiek jest OSOBĄ. Posia­damy wprawdzie ciało - a szereg funkcji, jakie spełniamy, to funkcje, które znajdujemy w świecie przyrody, zwłaszcza na poziomie fizjolo­gicznym i zmysłowym: człowiek oddycha i pies oddycha, człowiek patrzy i pies patrzy - ale człowiek oddycha i patrzy jak człowiek, a nie jak pies.
Jest coś, co sprawia, że człowiek nawet w niższych czynnościach wyrasta ponad świat przyrody. A są przecież czynności wyższe, w ogóle nie spotykane w świecie zwierzęcym. Powstaje wobec tego pytanie: co jest takiego w człowieku, że mówimy nie tylko o jego po­dobieństwie do Boga, ale również o tym, że jest on stworzony "na obraz Boga" (ad imaginem Dei)?
Św. Tomasz z Akwinu precyzyjnie odpowiada: - "... człowiek został stworzony na obraz Boga nie wedle ciała, lecz wedle tego, dzięki czemu góruje nad zwierzętami. Dlatego w Księdze Rodzaju napisane jest: Uczyńmy człowieka na obraz i na podobieństwo nasze; a niech panuje nad rybami morskimi, etc. Góruje zaś człowiek nad wszystki­mi zwierzętami ze względu na rozum i intelekt; dlatego właśnie: ze względu na intelekt i rozum, które są niematerialne, człowiek został stworzony na obraz Boga"1.


Jeżeli więc mówimy o wyjątkowej pozycji człowieka wśród stworzeń, jeśli mówimy, że jest osobą, to nie ze względu na ciało i zmysły, ale z uwagi na umysł. To jest ten szczególny atrybut człowieka-osoby. Powstaje jednak wątpliwość: w jakim stanie jest nasz umysł? Czy przychodząc na świat wszystko wiemy i rozumiemy, bo posiadamy wiedzę wrodzoną, czy też droga do rozumienia jest długa i żmudna? Sw. Tomasz wyjaśnia: "... primus homo sic institutus est a Deo, ut haberet omnium scientiam, in ąuibus homo natus est instrui -... pierwszy człowiek, przed grzechem pierworodnym tak został ustanowiony przez Boga, że posiadał wszelką wiedzę, jakąż natury mo­że posiąść. Ale wskutek grzechu pierworodnego człowiek tę wiedzę stracił"2.
Nie oznacza to, że człowiek utracił człowieczeństwo. Nie, nadal jesteśmy ludźmi-osobami. Ale w naszym poznaniu powstały szkody spowodowane przez grzech pierworodny, przychodzimy na świat i nic nie rozumiemy. Te szkody trzeba naprawić. I to jest właśnie zadanie kultury, której jedną z podstawowych dziedzin jest nauka. Zadaniem nauki jest "naprawa" i uformowanie intelektu w taki sposób, aby był sprawnym narzędziem poznania i rozumienia. Przedsięwzięcie to ma wymiar ludzki, bo rozumiejąc, stajemy się coraz bardziej ludźmi i coraz bardziej jesteśmy "na obraz Boży". Bycie na obraz Boży to zadanie człowieka w wymiarze ludzkim i nadprzyrodzonym.
Chrześcijański obraz człowieka to obraz człowieka rozumnego, zdolnego do odczytywania rzeczywistości. Tu powstaje kolejne pytanie: jaką drogą podążać ma ludzki rozum, żeby poznawać i rozumieć?
Chrześcijaństwo pojawiło się w kręgu wysoko rozwiniętej kultury grecko-rzymskiej. Było to zastane dziedzictwo, w którego ramach od kilku już wieków uprawiano naukę. Celem nauki było poznanie prawdy dla samej prawdy. Taki ideał przyświecał zwłaszcza Grekom i dlatego mieli w tej materii wielkie osiągnięcia. Są twórcami wielu nauk, jak filozofia, fizyka, biologia czy matematyka. Czy ten dorobek chrześ­cijanin powinien zlekceważyć i odrzucić? Były takie zakusy. Niektórzy, jak Tacjan czy Tertulian, mówili: po co nam wiedza Greków i pogan, skoro mamy Pismo św.?

Po co mamy szukać prawdy, skoro Najwyższa Prawda, sam Bóg, nam się objawił? Po co nam rozum, skoro mamy wiarę? Sytuacja była dramatyczna, ale dziedzictwo Greków nie zostało odrzucone. Ci natomiast, którzy zachęcali do potępienia rozumu i nauki, zmarli poza Kościołem.
Na czym polega problem? Nauka, której zadaniem jest odkrywanie prawdy, jest dziełem ludzkiego rozumu. Ale sam rozum nie jest dziełem człowieka. Rozum ludzki pochodzi od Boga; został stworzony przez Boga, i to niezależnie od tego, czy jest to rozum człowieka wierzącego, poganina czy ateisty. Potępiając rozum potępilibyśmy dzieło Boże. Potępilibyśmy to, co najbardziej jest w człowieku "na obraz Boży". Rozumu jako takiego nie wolno potępiać, bo to równałoby się z potępieniem naszego człowieczeństwa. Zwraca na to uwagę św. Augustyn: "Niech daleką będzie od nas myśl, że Bóg gani w nas to, dzięki czemu uczynił nas wyższymi od innych stworzeń. Niech dalekie będzie od nas przypuszczenie, że musimy wierzyć w ten sposób, aby wykluczyć konieczność uznania czy potrzeby rozumu; nie moglibyśmy przecież nawet wierzyć, gdybyśmy nie posiadali rozumnych dusz"3. 

Poprzez rozum Bóg nas wywyższył, wiara spełnia się za pomocą rozumu, bez rozumu nie będzie wiary. Nie można wierzyć, nie mając rozumu. Kto potępia rozum, ten odrzuca wiarę. Kult wiary za cenę bezrozumności jest nieporozumieniem.
Stając wobec faktu Objawienia można jednak zapytać, czy potrzebna jest nauka, czy człowiekowi nie wystarczy samo Objawienie? Zwróćmy uwagę na te dwa problemy. Objawienie obejmuje przede wszystkim sprawy dotyczące religii i moralności w wymiarze nad­przyrodzonym. Jest szereg dziedzin nie objętych Objawieniem, w których sam ludzki rozum wystarczy, aby wyrobić sobie właściwy sąd. Nie potrzebujemy Objawienia, aby uznać prawdę zdania: 2+3=5. Nie potrzebujemy Objawienia, aby zobaczyć słońce, księżyc i drzewa.


Potrzebujemy oczu i rozumu, które pochodzą od Boga. I właśnie nauka jest usprawnieniem, wychowaniem, uszlachetnieniem rozumu, aby umiał poznawać prawdę tam, gdzie może ją poznać. Nauka jest kulturą, czyli uprawą rozumu (słowo "kultura" pochodzi od łac. colo, colere - uprawiam), przysposobieniem go do poznawania prawdy. Dlatego człowiek potrzebuje nauki, aby prawidłowo rozwinąć w sobie dar rozumu.
Rozumu potrzebujemy nie tylko dla poznania świata, ale również dla poznania samego Objawienia. Treści wiary trzeba rozpoznać i pra­widłowo zrozumieć. Bóg przemawia do człowieka za pomocą proroków, którzy posługują się językiem ludzkim.
Treść tego języka dotyczy spraw Bożych, ale przez odniesienie do spraw ludzkich, zawartych w ludzkim świecie. Jak w nauce mylne poznanie prowadzi do błędu, tak mylne odczytanie treści Objawienia prowadzi do herezji. Uszlachetnione poznanie, którego celem jest prawidłowe odczytanie treści wiary ma charakter naukowy i nosi miano teologii. Tym różni się teologia od mitologii, że w odczytanie treści nadprzyrodzonych zaangażowany jest wykształcony przez naukę rozum.
A zatem potrzebujemy nauki po to, aby poznać prawdę o świecie, jak i po to, by poznać przekazaną nam w sposób nadprzyrodzony prawdę o Bogu.


Nauka jest poznaniem racjonalnym, metodycznym, uzasadnionym i intersubiektywnie komunikowalnym. Chodzi o to, aby w poznaniu było jak najmniej pomyłek i błędów. Przyczynia się do tego dobrze wyselekcjonowany aspekt, opracowana metoda i wspólny wysiłek społeczny. Nauka jest bowiem efektem pracy osobistej, ale w porozumieniu i kontakcie z ludźmi.
Właśnie ta współpraca pozwala odkrywać prawdę, jak i rozpoznawać błędy.
Rozpoznanie roli nauki w kulturze, już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, pozwoliło na to, aby chrześcijanie weszli w krąg kultury zachodniej, czerpiąc z jej dziedzictwa. Z kolei samo chrześcijaństwo wobec upadku świata grecko-rzymskiego mogło wkrótce stać się spadkobiercą tej wielkiej kultury. U jej fundamentów leżało poszanowanie nauki, do której droga biegnie od najmłodszych lat poprzez szkołę. Obok nauki edukacja zajęła w chrześcijaństwie poczesne miejsce.

Najpierw klasztory, potem szkoły przyparafialne, a następnie szko­ły katedralne otworzyły drogę do coraz szerszego przekazywania i pielęgnowania różnych nauk. Jest przykładem jakże perfidnej propagandy, która do dziś pleśnieje w umysłach wielu ludzi, obwinianie chrześcijaństwa za to, że średniowiecze było ciemne. Było "ciemne" w pewnych okresach4 i w pewnych miejscach, tam, gdzie nie dotarło jeszcze światło chrześcijaństwa, gdzie panowało jeszcze pogaństwo nie objęte ani wcześniejszym wpływem Rzymu, ani wiary Chrystusowej. Gdzie zaś pojawił się klasztor albo kościół, tam powstawała szkoła, aby oświecać umysły ludów nie znających szkoły, tam przepisywano starożytne księgi, aby przekazać je potomności. Aż wreszcie w XI wieku powstają pierwsze uniwersytety.
To w wiekach średnich, za sprawą chrześcijaństwa, powstaje taka instytucjonalna forma kształcenia i prowadzenia badań, bez której trudno sobie wyobrazić dzisiejszy, nie tylko zachodni, ale cały świat. Uniwersytety to wiekopomne cywilizacyjne dzieło chrześcijaństwa.
Chrześcijaństwo skupiło w sobie model kształcenia zapoczątko­wany przez grecką Akademię i Lykeion, przez Islam i Bizancjum, ale dla Europy i później dla świata szkołą wyższą z należnym jej miejscem w społeczeństwie stał się średniowieczny uniwersytet. To była najbardziej znacząca odpowiedź chrześcijaństwa na pytanie o miejsce nauki w samym chrześcijaństwie i w całej kulturze.


12 maja roku 1364 Kazimierz Wielki - za zgodą papieża Urbana V - wystawia dyplom założenia Uniwersytetu w Krakowie. 26 lipca 1400 roku król Władysław Jagiełło wydaje dokument dotyczący zreformowa­nego Uniwersytetu, w którym król powtarza za swoim poprzednikiem, Kazimierzem Wielkim: "Niech więc tam będzie nauk przemożnych perła, aby wydawała męże dojrzałością rady znakomite, ozdobą cnót świetne i w różnych umiejętnościach biegłe. Niechaj otworzy się orzeź­wiające źródło nauk, z którego pełności niech czerpią wszyscy, nauka­mi napoić się pragnący". Tekst ten to jest znak kultury, chrześcijańskiej i zarazem polskiej. Kult nieuctwa nie należy zatem do naszej tradycji. Skąd zatem mimo wszystko bierze się nieufność do rozumu i do nauki? Powodów jest wiele: rozum może przecież pobłądzić, może wbić się w pychę, może także wystąpić przeciwko samemu sobie, a nawet przeciwko Bogu.

Obserwując dzieje nauki na przestrzeni ostatnich wieków widzimy, jak nauka stawała się, zwłaszcza od czasów reformacji, narzędziem najpierw walki religijnej, a później walki przeciwko religii. Po raz pierwszy użyto nauki przeciwko religii w okresie oświecenia. Przejściowo była to walka ideologiczna, ale wkrótce przerodziła się w krwawy czyn za sprawą rewolucji francuskiej, której głównym celem było zniszczenie chrześcijaństwa. Posypały się głowy ścinane przy pomocy naukowo skonstruowanej gilotyny.
Jakże trafnie pisze o użyciu nauki przeciwko Bogu nasz wieszcz, Adam Mickiewicz:
"Kiedy nad naukami bezbożnik pracuje, Strzeż się go: jest to zbójca, który broń kupuje".
(Nauka bezbożnych)

W XX wieku, w świecie opanowanym przez komunizm rozpoczęła się walka z religią na wszystkich frontach. Lew Trocki, i dziś jeden z idoli socjalistycznej pseudointeligencji w Polsce, wyznawał z całą szczerością: "Nienawidzę Boga". W tej walce z Bogiem wielką rolę odgrywała nauka. W uchwale KC KPZR z roku 1923 sformułowano tezy dotyczące antyreligijnej propagandy. Miała być prowadzona w imię światopoglądu naukowego. Rozpowszechnianie osiągnięć naukowo-przyrodniczych w szkołach, klubach i bibliotekach miało cele nie poznawcze, ale antyreligijne. Angażowano do niej najlepszych partyjnych i komsomolskich propagandystów, inteligencję i uczonych. Trwało to przez dziesięciolecia. Nawet po śmierci Stalina do naukowego wsparcia ateizmu angażowano wszystkie wyższe uczelnie, a kurs ateizmu musiała obowiązkowo przechodzić młodzież szkół średnich.
Tzw. dowody naukowe miały obalić wiarę i zamienić całe społe­czeństwo w gorliwych ateistów. Nic więc dziwnego, że dziś wiele terenów po byłym Związku Sowieckim to nie tylko zrujnowane świątynie, ale nade wszystko wypalona z wiary ziemia, ateizm gorszy od pogaństwa.
Zastanówmy się zatem: czy rzeczywiście nauka obala wiarę? Co robić, żeby wiarę przywrócić? Czy należy od nauki się odciąć? Aby na te pytania odpowiedzieć, nie można być nieukiem, trzeba rozumieć, co to jest nauka. I już dla chrześcijanina wyłania się zasadniczy obowiązek, aby nie uciekać od nauki, lecz przeciwnie - poznawać ją i wykorzystywać w celu szerzenia prawdy, dobra i piękna, a także (jeżeli zajdzie taka potrzeba) obrony własnej wiary.

Okazuje się, że tzw. naukowy światopogląd to było intelektualne fałszerstwo, a nauka do której się odwoływano, to nie była nauka, lecz ideologia, która posługiwała się fragmentami nauki nie dla prawdy, lecz dla propagandy. Tzw. nauka komunistyczna była zwykłą blagą, przy pomocy której tumaniono miliony ludzi. Znaleźli się nawet "profesorowie", którzy ją propagowali. A jak czują się dziś? Jak patrzą na swoje dzieła, podpisane ich imieniem? W jaki sposób naprawią intelektualne krzywdy wyrządzone bezbronnej młodzieży? Chodzi o profesorów nie tylko w Związku Sowieckim, również o tych w naszym kraju. Odeszli od oficjalnego komunizmu, ale czy zaprzestali posługiwania się nauką dla bezbożnych celów?
Te pytania, to nie są pytania retoryczne, to są pytania wręcz dramatyczne, gdy ateistycznych profesorów przyjmują dziś z wszelkimi honorami i splendorami uczelnie katolickie.
Nie każdy człowiek i nie każdy chrześcijanin musi być naukowcem, ale jest ludzkim naturalnym pragnieniem znać prawdę. Drogę do poznania toruje nauka, jeśli jej celem jest autentycznie prawda. Na tej drodze pojawią się pomyłki, ale wierność prawdzie i wspólny wysiłek pozwalają na dostrzeżenie i poprawienie błędu. To ten sam rozum, który rozumie świat, zaczyna rozumieć, że są tajemnice wiary, których sam przy pomocy własnych sił nie jest w stanie zrozumieć. Rozum w sposób naturalny i racjonalny pragnie prawdziwej wiary, która przybliży go do ostatecznej i pełnej Prawdy.


W encyklice Fides et ratio Jan Paweł II pisze: "... Tomasz z Akwinu uznaje, że natura - właściwy przedmiot badań filozofii - może przyczynić się do zrozumienia Bożego Objawienia. Wiara zatem nie lęka się rozumu, ale szuka jego pomocy i pokłada w nim ufność. Jak łaska opiera się na naturze i pozwala jej osiągnąć pełnię, tak wiara opiera się na rozumie i go doskonali. Rozum oświecony przez wiarę zostaje uwolniony od ułomności i ograniczeń, których źródłem jest nieposłuszeństwo grzechu, i zyskuje potrzebną moc, by wznieść się ku poznaniu tajemnicy Boga w Trójcy Jedynego" (43).
Potrzebujemy wykształconego przez naukę rozumu, aby być bardziej ludźmi, aby poznając prawdę, odróżniać ją od fałszu i od pseudonauki. Potrzebujemy wiary, która udoskonalając rozum, pozwala nam zbliżać się do tajemnicy Boga. Rozum i wiara dopełniają się, zaś nauka, która szuka prawdy, nie może być zagrożeniem dla wiary. Natomiast wiara bez rozumu traci ludzkie oblicze.
Dlatego będąc ludźmi wiary, nie bójmy się być ludźmi rozumnymi, by poznać prawdę i by jej bronić.


1 "... homo dicitur esse ad imaginem Dei, non secundum corpus, sed secundum id, quo homo excellit alia animalia... Unde sequitur Genes. 1. postquam dictum est: Faciamus hominem ad imaginem, et similitudinem nostram, Ut praesit piscibus maris, etc.: excellit autem homo omnia animalia, ąuantum ad rationem, et intellec-tum; unde secundum intellectum, et rationem, quae sunt incorporea, homo est ad imaginem Dei." (Sw. Tomasz z Akwinu, Suma teologiczna I, q. 3, a. l, ad 2).
2 Ś w. Tomasz z Akwinu, Suma teologiczna I, 94, 3.
3 Ep. 120, 3; zob. Ch. N. Cochrane, Chrześcijaństwo i kultura antyczna, tłum. G. Pianko, Warszawa 1960, s. 391.
4 ang. określenie the Dark Ages - dosł. ciemne wieki - oznacza okres wczesnego średniowiecza, natomiast termin Middle Ages - średnie wieki (stąd "średniowiecze") - odnosi się zazwyczaj do przedziału czasowego między 1100 a 1500 r.

 


Kultura chrześcijańska schyłku II tysiąclecia - dziedzictwo czy deformacja?




Przełom tysiącleci to okazja do zrobienia pewnego bilansu. Chrześcijaństwo trwa od dwóch tysięcy lat, w Polsce od ponad tysiąca. Co faktycznie zawiera kultura chrześcijańska? Jakim podlega dziś ograniczeniom? W jaki sposób jej obraz jest deformowany?
Patrząc na chrześcijaństwo w perspektywie dwóch tysiącleci możemy zaobserwować następujące po sobie dość zróżnicowane fazy, i trzeba mieć świadomość zachodzących między nimi relacji oraz powiązań, aby zrozumieć to, co dzieje się dziś. Chrześcijaństwo jest religią, która przychodzi niejako ze Wschodu (pojawia się w środowisku judaistycznym), ale inkubacja chrześcijaństwa dokonuje się w łonie kultury Basenu Morza Śródziemnego, zwanej kulturą zachodnią. Wraz ze zmierzchem świata grecko-rzymskiego chrześcijaństwo umacnia się najpierw w Cesarstwie Wschodnim (Bizancjum), potem na terenach obejmujących Cesarstwo Zachodnie, by stać się wreszcie dziedzicem kultury antycznej. 

Na Zachodzie politycznym zwornikiem świata chrześcijańskiego jest najpierw imperium Karola Wielkiego, a następnie dominium cesarzy germańskich. Okres chrystianizacji Europy trwa do XV w., by już w XVI w. nawrócona Pomoc stała się powodem rozpadu jedności zachodniego chrześcijaństwa (reformacja). W wieku XVII rozpoczyna się proces sekularyzacji Europy, życie społeczno-polityczne urządzane jest niezależnie od religii. Z końcem wieku XVIII wraz z rewolucją francuską sekularyzacja przybiera ostrzejszą postać zorganizowanego antyklerykalizmu i ateizmu, państwo ma być urządzane nie tylko bez Boga, ale przeciwko Bogu i przeciwko Kościołowi. Wątek ten podejmie "twórczo" rewolucja bolszewicka, niszcząc kościoły i cerkwie, mordując duchownych, indoktrynując społeczeństwo.


W XX w. ateistyczny komunizm w Związku Sowieckim i liberalistyczny socjalizm w Europie Zachodniej na różne sposoby sekularyzują nasz kontynent. Zwracał na to uwagę Ojciec św. w Orędziu do uczestników Europejskiego Forum Laikatu (l 980): "Europa, tak ściśle związana z wiarą i kulturą chrześcijańską, stała się także kolebką ateizmu i nie jest obecnie w stanie odnaleźć swej duchowej tożsamości". Ateizm ideologiczny stanowiący podstawę działalności państw i instytucji międzynarodowych konsekwentnie realizuje wizję społeczeństwa zsekularyzowanego. Jest to nie tyle powrót do pogaństwa, ponieważ poganie wyznawali rozmaite, choć nieprawdziwe religie; w Europie pojawiła się nowa jakość w wymiarze cywilizacyjnym - społeczeństwo bez religii lub wprost antyreligijne.

Pod koniec II tysiąclecia z uwagi na systematyczną walkę antyreligijną dziedzictwo chrześcijańskie skurczyło się niepomiernie; również jego obraz został w międzyczasie w wieloraki sposób zniekształcony.
Zastanawiamy się czasem nad Polską i Polakami.  W ponad 90% jesteśmy katolikami i... nie za wiele z tego wynika. Dlaczego? Ponieważ posługując się (a nierzadko egzaltując) tą statystyką, bierzemy jedynie pod uwagę procentową liczbę ludzi ochrzczonych, zapominając przy tym, że ci ochrzczeni żyli przez pół wieku w systemie społeczno-politycznym antychrześcijańskim, bo takim był komunizm. Chrzest nie niweluje wpływów cywilizacji antychrześcijańskiej. Dzisiejszy postkomunistyczny liberalizm utrzymał swe antychrześcijańskie oblicze, choć zmienił metody. Warto wobec tego zobaczyć, jakim ograniczeniom i jakim deformacjom ulegał i ulega obraz chrześcijaństwa.

Przeciętny człowiek ma niewielkie pojęcie o chrześcijaństwie nie tyle jako o religii, ile jako typie kultury. A przecież to właśnie chrześcijaństwo było spadkobiercą kultury zachodniej (grecko-rzymskiej), która została dopełniona przez Objawienie. Dla Polski przyjęcie chrześcijaństwa było nie tylko zmianą religii, z pogańskiej na chrześcijańską, była to zmiana całej cywilizacji we wszystkich jej dziedzinach: w edukacji i nauce (których przed chrześcijaństwem w ogóle w Polsce nie było), w moralności i obyczajach, w życiu rodzinnym, w prawie i powstaniu miast. Ale dziś nasze pojęcie o pełni blasku kultury chrześcijańskiej jest niewielkie. Wypływa to nie tylko ze zwykłego lenistwa, ale nade wszystko z kierunku, jaki wyznaczony został przez ogólnoświatowy (globalistyczny) trend cywilizacyjny lub po prostu: współczesną cywilizację.

W nauce paradygmat, czyli wzorzec poznania naukowego, zostaje zawężony do takiego typu poznania, w którym nie ma miejsca na Boga ani na człowieka jako osobę (pozytywizm). Miejsce teologii, filozofii i humanistyki zajmuje technologia i kult nauk przyrodniczych. Nauka nie pyta już DLACZEGO i PO CO, ale podporządkowana jest wyłącznie praktycznym korzyściom i szukaniu odpowiedzi na pytanie JAK czegoś użyć. Edukacja upowszechniając ten wzorzec jest syste­matycznie odcinana od dziedzictwa klasycznego, czego najdotkliwszym wyrazem jest eliminacja greki i łaciny z kształcenia. Odcina to możliwość źródłowego kontaktu z liczącym prawie 3 tysiące lat dziedzictwem zachodnim.

W moralności odchodzi się od etyki wychowawczej (cnoty) na rzecz swobody obyczajów; życie rodzinne traci najgłębszy sens rodzinności, jakim jest ciągłość i więź międzypokoleniowa w ramach kultury narodowej; z polityki eliminowane są zasady chrześcijańskie, a tym samym i moralne.
Sztuka oderwana zostaje od jej nadprzyrodzonego wymiaru i zamienia się w płytki estetyzm, a nawet tandetną dewocjonalność.
A wreszcie religia zawężana jest coraz bardziej do sfery prywat­nej, pozbawionej instytucjonalnego i społecznego wsparcia, o niewielkim wachlarzu propozycji wyboru modelu życia.
Chrześcijaństwo postrzegane przez pryzmat takich zmian kulturowych przestaje być atrakcyjną społecznie propozycją. W starciu z agresywną pop-kulturą i wzorami lansowanymi przez media, chrześcijanin zaczyna uchodzić za człowieka niemodnego, a nawet zacofanego, albo po prostu nudnego.

Do tych ograniczeń dochodzą deformacje ideologiczne, których ostrze ma wymiar zdecydowanie antychrześcijański. Paradygmat nauki jest tak sformułowany, aby można było dowieść, że Boga nie ma (materializm dialektyczny), a człowiek od Boga nie pochodzi, lecz jest "kuzynem" małpy (ewolucjonizm). W edukacji promuje się albo styl życia nastawiony na tzw. konsumpcjonizm, czyli zaszczepia się pragnienie posiadania bez granic, albo pod płaszczykiem duchowości do szkół wkraczaj ą metody i programy sekciarskie (np. R. Steiner, Montessori).

W moralności następuje groźna w skutkach zamiana chrześcijańskiego miłosierdzia na tolerancję. Prowadzi to do etyki akceptacji zła.  Miłosierdzie jest pochyleniem się nad człowiekiem osłabionym przez zło, ale który zła nie chce, natomiast tolerancja jest przyzwoleniem na zło.  Różnica jakże istotna!  

W życiu rodzinnym przystąpiono do konfliktowania pokoleń i płci w imię indywidualnej wolności. Rodzina przestaje być gniazdem i schronieniem dla jej członków, a także oazą przed natarczywością świata. Dom staje się hotelem lub świetlicą, w której główne zajęcie mieszkańców polega na wspólnym oglądaniu telewizji. W polityce chrześcijanie określani są mianem fundamentalistów; wskutek tego znajdują coraz mniejsze poparcie wśród tzw. elektoratu (katolickiego!), a będąc u władzy mają wąskie pole działania; ich środowisko jest nieliczne i z uwagi na osaczenie - mało skuteczne. Tymczasem fundamentalizm bliższy jest islamowi czy judaizmowi, gdzie rządzą lub bezpośredni wpływ na rządy mają duchowni, w katolicyzmie duchowni nie zajmują stanowisk państwowych, zaś Ewangelia nie jest traktatem o ustroju politycznym chrześcijańskiego państwa.

Przy tak potężnych ograniczeniach i deformacjach w skali cywilizacyjnej trudno jest dziś żyć po chrześcijańsku, pracować, wychowywać dzieci, kształcić je, tworzyć środowiska. Złe lub zniekształcone wzory, brak świadomości i wiedzy, przerwany ciąg tradycji - to wszystko sprawia, że życie chrześcijańskie w pełni blasku chrześcijańskiej kultury jest rzadko spotykane i jest raczej dość rachityczne. Łatwo przerodzić się może w sekciarstwo albo w towarzystwa wzajemnej adoracji. A przecież to w średniowieczu powstają uniwersytety, bez których dziś trudno jest wyobrazić sobie życie cywilizowane, to w średniowieczu opracowany jest program zakładania miast w skali europejskiej, to średniowiecze zostawia po sobie jedną z najszlachetniejszych i najczystszych odmian muzyki, jaką jest śpiew gregoriań­ski, to w średniowieczu powstają zakony, które wypełniają luki życia społecznego pozostawione przez państwo, a wreszcie, to dzięki średniowieczu uratowane zostały dla Europy i świata skarby kultury grecko-rzymskiej. Architektura renesansowa, tak dziś podziwiana, wybucha dzięki odkryciu Traktatu o architekturze Witruwiusza, w jednym ze... średniowiecznych klasztorów. 

Sztuka Michała Anioła, Jana Sebastiana Bacha i niezliczonej plejady mistrzów - to sztuka chrześcijańska, przykład najwyższych wzlotów ludzkiego geniuszu.  Parafrazując słowa Jana Karola Chodkiewicza, wielkiego hetmana litewskiego, skierowane do jego syna, chciałoby się doprawdy powiedzieć: "Dla chrześcijanina nieukiem być, to rzecz sprośna". 

Chrześcijanin, nie znając pełni własnego przepotężnego dziedzictwa, zaczyna żyć dziwacznie, nie mówiąc już o tym, że łatwo go wodzić za nos. Potrzebujemy wielkiej pracy, aby ponownie się odnaleźć na swoim miejscu, w Polsce i w Kościele.

 

"Pracy wszelkiej, fizycznej czy umysłowej, trzeba się uczyć... pracując. Pływać można się nauczyć tylko w wodzie. Tylko w niepodległym państwie może ogół nabierać zmysłu politycznego i społecznego. Jesteśmy nowicjuszami pod wieloma względami. Jesteśmy termina­torami w terminie państwowym, toteż napsujemy trochę materiału i narobimy sporo galimatiasu, zanim się czegoś nauczymy. Skróciłby się wielce czas terminowania, gdybyśmy mieli nauczycieli nie tylko w zbieranych doświadczeniach! Spod czerwonego znaku pędzi cała rzesza nauczycieli, całe hordy instruktorów życia publicznego - a jak­żeż nieśmiało jeszcze stąpają obok nich katoliccy nasi nauczyciele!"5 Tak pisał przed ponad 70. laty Feliks Koneczny. Brak nam doświadczenia politycznego, bo naród nasz ledwie uczy się niepodległości. Ale uwaga! - uczy się pod kierunkiem czerwonych nauczycieli.
"Jeżeli Kościół polski trafi w te wyżłobione tradycją narodowe koleje, nie na opokę trafi zaiste. Jeżeli nie trafi, utrudni sobie wielce sytuację. Wiemy na przykład wszyscy, że nie załatwi się kwestii społecznej poza Kościołem, i przekonanie o tym staje się coraz powszechniejsze; ale i to pewne, że nie załatwi się jej w Polsce bez tła patriotycznego, poza Ojczyzną. Lecz czyż duchowieństwo polskie potrzebuje, żeby mu przypominać miłość Ojczyzny? Doprawdy, byłoby to samo, co nosić sowy do Aten!"6
A jednak za mało już sów w naszych Atenach lub może ukryły się gdzieś na poddaszach. Warto, aby dały o sobie znać. "Jest w naturze polskiej sporo czynników tego rodzaju, iż otwierają się Kościołowi w Polsce prawdziwie wspaniałe możliwości. Ku szczytom prowadzić trzeba i śmiało iść!"7
Pomni wielkiego dziedzictwa idźmy śmiało, byle roztropnie. Dobre intencje nie zaopatrzone w przenikliwy rozum więcej przynieść mogą szkody niż pożytku. Iść jednak trzeba. "Precz z potulnością!"

5 F. Koneczny, Kościół w Polsce wobec cywilizacji, "Ateneum Kapłańskie" 1914, t. 22, s. 424.
6 ibid., s. 426.
7 ibid., s. 426.

 

Od imperializmu do globalizmu

 


W dziejach ludzkości zaobserwować można różne formy politycznej ekspansji. Na dużą skalę tendencja taka jest widoczna w większości państw będących nośnikami wielkich historycznie cywilizacji. Nad czterema stronami świata pierwszy miał panować Egipt. Później prawo do panowania przypisane zostało Asyrii i Babilonii1. Władcami świata chcieli być Persowie, Żydzi, Macedończycy, Rzymianie, następnie Arabowie, Mongołowie i Chińczycy, potem Normanowie, Rosjanie, Anglicy, Niemcy.
Obserwując to dążenie do ekspansji i dominacji zauważyć możemy, że przybierało ono różne formy. Mogło być oparte na władcy, na państwie, na narodzie (rasie), na religii, na cywilizacji, na ideologii. Zaborczość miała charakter imperialny - gdy państwo systematycznie powiększało swoje granice o tereny sąsiednie, miała zaś charakter kolonialny - gdy nowe tereny nie graniczyły z nim bezpośrednio, lecz znajdowały się gdzie indziej, dzieliło je morze (kolonie fenickie czy greckie) albo morze i ląd, gdy dla pozyskania nowych terenów wpływano rzeką w głąb lądu (Waregowie).
Każdej ekspansji towarzyszy chęć zysku czy władania, i w takim świetle najczęściej zjawisko to jest interpretowane, niemniej jednak - na co rzadko zwraca się uwagę - głębszy powód uzasadniający, a wręcz usprawiedliwiający podbój opiera się na bazie ideowej. Można wyodrębnić dwie główne linie sankcjonujące ekspansję: religia i ideologia. Linie te czasem się pokrywają, czasem krzyżują, ale czasem wykluczają. Nie ma tu jakiegoś jednego prawa, przy którego pomocy można byłoby wyczerpująco określić relację między religią i ideologią jako racjami uzasadniającymi (usprawiedliwiającymi) dokonywanie podbojów.

Dawne cywilizacje orientalne opierały swój ekspansjonizm przede wszystkim na religii: władca danego państwa uznawany był za boga albo przynajmniej za kogoś stojącego bliżej boga niż wszyscy poddani. Jego prawo do panowania nad ludźmi, nad ich dobytkiem i nad ziemiami miało uzasadnienie religijne. Również religijny wymiar imperializmu i kolonializmu sprawiał, że chęć podbojów przekraczała zwykłe ludzkie potrzeby, a wręcz wydawać by się mogło i możliwości. Gdy patrzymy na mapę i widzimy zakres kształtowania się poszczególnych imperiów, to uderza nas niesamowity rozmach podejmowanych działań tylko przy użyciu pieszych i konnicy, jeszcze bez czołgów i bez samolotów. Ten rozmach inspirowany był religią, która, niezależnie od możliwości "technicznych" dokonania podboju (co zależało od stopnia rozwoju cywilizacyjnego), od razu wyznaczała perspektywę całościową: opanowanie ziemi, oczywiście wedle posiadanego obrazu świata.
W przypadku Macedonii i Rzymu dążenie do ekspansji oparte było na przekonaniu o wyjątkowej misji cywilizacyjnej tych państw. Misji tej nadawano wymiar sakralny poprzez ubóstwiania wybitniejszych władców. Aleksandra Wielkiego wyrocznia uznała za syna Jowisza2. Jakże znamienne dla retoryki imperialnej wątki zawiera przemówienie Aleksandra pod Issem przed zwycięską bitwą z Persami, gdy zwracając się do Macedończyków, wedle Kwintusa Rufusa (I w. przed Chr.), "przypominał o ich znanym z dawien dawna męstwie. Odnieśli przecież tyle zwycięstw w tak wielu wojnach w Europie, a wyruszyli z nim na podbój Azji i odległych krajów Wschodu raczej nie z jego rozkazu, lecz z własnej woli; mówił, że są wyzwolicielami całego świata, a gdy przemierzą ziemie, do których dotarł Herkules i Ojciec Liber, ujarzmią nie tylko Persów, lecz także wszystkie inne narody. 

Zapewniał, że Baktria i Indie staną się prowincjami macedońskimi. To wszystko, na co teraz patrzą, to niewiele, lecz zwycięstwo otwiera drogę do wszy­stkiego"3. A zatem Macedończycy panować maj ą wszędzie (nad całym światem) i nad wszystkimi narodami, ich panowanie będzie dla podbitych ludów wyzwoleniem4. Oczywiście, przekonanie o doniosłej roli cywilizacyjnej Macedonii oparte jest ostatecznie na poczuciu wyższości kultury nie tyle macedońskiej, co greckiej nad kulturami Wschodu i wszelkimi barbarzyńcami5.
Rzymianie mieli poczucie wielkiej misji religijno-cywilizacyjnej. Mowa Anchizesa w Eneidzie Wergiliusza miała na celu utwierdzić Rzymian w ich greckim dziedzictwie i roztaczać równocześnie przed nimi bezmierne horyzonty panowania:
"Niech inni życiem tchnące zręczniej kują spiże -Nie bronim! Niech w marmurze żywo rzeźbią lica, Niech mowy głoszą lepiej, przemiany księżyca Mierzą i wschody gwiazdy, co w przestworze płynie -Ty władać nad ludami pomnij, Rzymianinie! To twe sztuki: - Nieść pokój, jak twa wola samać Nakaże, szczędzić kornych, a wyniosłych łamać." (IV, 847-854)
" Tu regere imperia populos, Romane, memento! - Pamiętaj, Rzymianinie, że nad ludami ty masz panować!"  Historia Rzymu, jak zauważa Barrow, to świadomy (zaplanowany) rozwój od miasta na sied­miu wzgórzach aż po Panią świata. Ta Pani świata potrafiła z wrogów uczynić przyjaciół, a nawet ich zromanłzować. Źródeł potęgi rzymskiej dopatrywano się w woli bogów (Polibiusz, Cyceron, Horacy, Symmachus). Z tym przekonaniem walczył św. Augustyn, twierdząc, że moc ustanawiania państwa i władzy posiada tylko jedyny Bóg prawdziwy, i że to On dał państwo Asyryjczykom, Persom i Rzymianom6.
Islamski ekspansjonizm najwyraźniej oddaje idea świętej wojny (dżihad). Zawiera ona w sobie szereg aspektów: religijne, militarne, ekonomiczne, polityczne. Z punktu widzenia religijnego Koran wzywa do bezwzględnej walki z tymi, którzy nie uznająjednego Boga. "Kiedy więc spotkacie tych, którzy nie wierzą, to uderzcie ich mieczem po szyi; a kiedy ich całkiem rozbijecie, to mocno zaciśnijcie na nich pęta (XLVII,4)"7. Walczyć należy również z przeciwnikami Koranu8. Gdy muzułmanin poniesie w walce śmierć, to tak naprawdę nie umarł, lecz żyje zjednoczony w Bogu9. Ekspansja religijna dokonuje się przy po­mocy miecza, ma więc charakter wybitnie militarny. Z biegiem czasu żydzi i chrześcijanie uzyskują status protegowanych hołdowników, którzy zobowiązani są do płacenia daniny, ale mogą zostać przy swoim kulcie; system ten rozwinął się w okresie kalifatów10.

Poszerzenie obszaru wpływu religijnego wiąże się z poszerzeniem dominacji politycznej i ekonomicznej. Zdobycze terytorialne wcielane są do państwa arabskiego, otwarta jest droga dla handlu i coraz wyższej zamożności. Nieprzyjaciół Boga należy zniszczyć albo sobie podporządkować11. Proces podporządkowywania podbitych ludów rozwija się od momentu utrwalenia politycznej dominacji arabskiej na określonym terytorium.
Cesarstwo bizantyńskie powstało jako Cesarstwo Wschodnie ze stolicą w Bizancjum (330), zwanym Konstantynopolem lub Nowym Rzymem (Nea Romd). Już od samego początku wywiązała się walka z Persją o prymat nad znanym wówczas światem12.
Cesarze bizantyńscy przejęli od Persów wzór złotej korony, symbolizującej boga-Słońce (od VII w.). Persowie uważali, że bóg-Słońce koronuje ich władcę; Słońce i Księżyc, widoczne na obrazach władców, były symbolami panowania króla perskiego nad światem. Bizantyńczycy, u których cesarze byli początkowo wynoszeni do władzy przez armię, później rolę taką przypisali samemu Chrystusowi. Cesarz bizantyński, podobnie jak król perski, miał prawo do symbolu Słońca i Księżyca, co oznaczało jego prawo do panowania nad światem13. Określano cesarza, idąc śladem zorientalizowanych władców hellenistycznych, mianem władcy-zbawiciela (basileus soter) i naśladowcy Bo­ga (mimetes theou). Symbolem panowania nad światem był też cesarski orzeł, przejęty z symboliki rzymskiej (orzeł był atrybutem Jowisza)14.
W odróżnieniu od cesarzy bizantyńskich Karol Wielki uznawał siebie za rządzącego tylko Imperium Rzymskim, a nie wszystkimi Rzymianami; tym bardziej więc Karol Wielki nie uzurpował sobie prawa do rządzenia światem15. Sytuacja uległa zmianie, gdy Otton II ożenił się z księżniczką bizantyńską, Teofano. Przejęto wówczas bizantyńską symbolikę władzy, a wraz z nią i aspiracje do panowania nad światem. Fryderyk Barbarossa w jednym ze swych postanowień oświadczał, że dzierży rządy nad światem z boskiego zrządzenia16. Jednak w odróżnieniu od cesarza bizantyńskiego, który pełnił na równi funkcje świeckie (polityczne) i duchowne (cezaropapizm), cesarz zachodni był tylko władcą świeckim, ponieważ władza duchowna pozostawała w rękach papieża. Słynna walka cesarstwa z papiestwem w średniowieczu płynęła z chęci zdobycia przez cesarzy takiej władzy, jaką posiadał cesarz bizantyński.

Państwo Bułgarów również posiadało swojego cesarza, który uzna­wał się nie tylko za chrześcijańskiego władcę wszystkich Słowian, ale również pragnął zastąpić cesarza bizantyńskiego. Cesarze bizantyńscy traktowali jednak innych cesarzy jako podległych sobie synów, uznając niekiedy za braci tylko kalifów arabskich (wcześniej tak traktowali królów perskich)17.
W początkach drugiego tysiąclecia zaczyna niepomiernie wzrastać potęga Mongołów. Ich władcy również posiadają aspiracje globalistyczne. Jakże charakterystyczna jest treść pieczęci jednego z chanów (Gujuka, XIII w.): "Mocą Wiecznego Nieba. Rozkaz panującego nad świa­tem władcy wielkiego państwa mongolskiego. Kiedy dotrze do ludzi poddanych i ludzi nie poddanych, niechaj go słuchają i boją się"18. 

W tekście tym warto wyeksponować trzy rzeczy: moc władcy nie pochodzi ani od ludzi, ani od niego samego (nie jest on tyranem, samozwańcem), ale pochodzi od bogów ("Mocą Wiecznego Nieba"); władza panującego rozciąga się nie tylko nad jego własnymi poddanymi, ale nad wszystkimi ludźmi, czyli nad całą ludzkością ("kiedy dotrze do lu­dzi poddanych i nie poddanych"); a wreszcie stosunek ludzi do władcy opierać się musi na bezgranicznym posłuszeństwie ("niechaj go słuchają i boją się"). Ani względy militarne, ani ekonomiczne, ani nawet poli­tyczne nie mogły wystarczająco uzasadnić tak niesłychanego roszczenia do panowania nad światem. Takim powodem mogła być tylko religia, ponieważ religia posługuje się kategoriami, w ramach których Ziemia jest tylko jednym z elementów układu kosmicznego. Z tego tytułu wiel­kość Ziemi (nawet w ramach obrazu świata) nie odgrywa specjalnej roli, ponieważ, większa, mniejsza, i tak pozostaje we władaniu bogów. Jeśli zaś władca uznany zostaje za wybrańca bogów, to jemu przypada w udziale panowanie nad światem. 

Faraonowie w Egipcie, władcy Asyrii i Babilonii, królowie perscy przypisywali sobie boskie prawo panowania nad ziemią i ludźmi, to właśnie sankcjonowało nie tylko ich władzę we własnym państwie, ale również było powodem ekspansjonizmu. Z tym wiązało się charakterystyczne odwrócenie toku myślenia: co napadnięci odbierali jako gwałt i przemoc, boski władca uznawał za należne mu prawo, więcej, jako obowiązek odzyskania tego, co jest jego własnością. On nie napadał, on odzyskiwał! Z punktu widzenia boskiego władcy poszerzanie granic imperium nie było więc napaścią, ale przywracaniem stanu posiadania, choćby określone tereny nigdy wcześniej doń (lub danego państwa) nie należały. Ten stan posiadania miał wynikać z praw religijnych: religia panująca nad światem ma mieć swój odpowiednik polityczny - władcę panującego nad światem. Wyrazistym przykładem takiego usankcjonowania imperializmu jest histo­riozoficzne podniesienie Moskwy do rangi trzeciego Rzymu, po którym nowego Rzymu nie będzie, a Moskwa definitywnie zapanuje nad światem19.
Również dążenie Izraelitów, w ramach niektórych nurtów, do pa­nowania nad światem ma oparcie religijne: są narodem wybranym, uprzywilejowanym, pozostałe narody (goini), mają im służyć20.

Obok religijnych powodów ekspansjonizmu lub imperializmu pojawia się w czasach nowożytnych i współczesnych nowy czynnik. Jest nim ideologia. Ideologia jest tworem rewolucji francuskiej (Destutt de Trący), która wstrząsnęła podstawami świata zachodniego i stała się modelem dla kolejnych rewolucji już na całym świecie. Jej "ideały" patronują, po zdobyciu władzy przez rewolucjonistów, przemianom "demokratycznym", zwanym "rewolucją parlamentarną".
Ideologia jest owocem splotu przeróżnych czynników. Kształtuje się w opozycji do religii, a zwłaszcza do chrześcijaństwa. Stąd ideologia programowo jest antychrześcijańska albo antyreligijna, natomiast sama zawłaszcza pewne cechy religii. Ideologia jest nie tylko programem politycznym czy społecznym, ale ma wymiar cywilizacyjny. Oznacza to, że zakres jej działań obejmuje całe życie prywatne, rodzinne, społeczne, ekonomiczne i polityczne. Tak rozumiana ideologia staje się fundamentalizmem a rebours, jak w cywilizacji arabskiej lub żydowskiej wszystko jest religijne, tak w społecznościach zdominowanych przez jakąś ideologię, wszystko jest polityczne (czyli właśnie ideologiczne). Najbardziej wyrazistym elementem ideologizacji życia społecznego jest przepotężna sekularyzacja, a więc skrupulatna eliminacja religii z każdej sfery życia publicznego. Ideologia stanowi ramy dla budowania światowej cywilizacji antychrześcijańskiej. Jej głów­nym nurtem jest SOCJALIZM. Posiada on wiele twarzy, nawet takie, które wzajemnie się zwalczają. Socjalizm komunistyczny na wschodzie, narodowy socjalizm w Niemczech i socjalizm liberalistyczny na zachodzie.

W 1920 roku (19.07-17.08) przyjęto podczas II Kongresu Międzynarodówki Komunistycznej manifest zredagowany przez Leona Trockiego (podpisany również przez Lenina, Zinowiewa i Bucharina). Znajdują się tam następujące sformułowania, które uwidaczniają docelowe plany rewolucji bolszewickiej: "Międzynarodówka Komunistyczna oświadcza, że problem Rosji Sowieckiej jest jej sprawą. Międzynarodowy proletariat nie schowa mieczy do pochew do czasu, kiedy Rosja Sowiecka nie stanie się ogniwem łączącym nas z sowiecką federacją republik całego świata"21. A zatem docelowo komunistom chodziło o utworzenie światowej Republiki Sowieckiej, sama Rosja była natomiast dogodnym, bo wówczas najłatwiejszym do opanowania państwem, od którego miał się rozpocząć marsz ku władzy nad światem. Wstępem do tego światowego imperium miały być Stany Zjednoczone Europy22.

Tragicznym epizodem w dziejach XX-wiecznej Europy był narodowy socjalizm w wydaniu niemieckim. Oparty był na apoteozie rasy germańskiej pojętej jako rasa nadludzi, której jedne narody mają słu­żyć, inne mają być w ogóle eksterminowane (sukcesywnie: Żydzi, Słowianie, Cyganie). Rasa germańska jako rasa panów miała zdobyć należną sobie władzę nad światem. Albert Speer, naczelny architekt III Rzeszy, wspomina: "Pewnego dnia, na początku lata 1939 roku, [Hitler] wskazał na orła Rzeszy, trzymającego w szponach insygnia władzy, któ­ry miał wznosić się nad kopulastą budowlą na wysokości 290 metrów: "To tutaj zostanie zmienione. Tutaj orzeł nie powinien już stać nad swastyka, będzie panował nad kulą ziemską! Ukoronowaniem tej największej budowli świata musi być orzeł nad kulą ziemską"23. Te aspiracje Hitlera potwierdza Goebels, który w swoim dzienniku pod datą 8 maja 1943 pisał: "Fuhrer daje wyraz swej niewzruszonej pewności, że Rzesza opanuje kiedyś całą Europę. Będziemy musieli w rym celu stoczyć jeszcze bardzo wiele walk, ale doprowadzą one niewątpliwie do najwspanialszych sukcesów. Od tego momentu wytyczona jest praktycznie droga do zdobycia panowania nad światem. Kto posiada Europę, ten zdobędzie przewodnictwo nad światem"24.

Upadł narodowy socjalizm, załamał się też socjalizm w wydaniu sowiecko-komunistycznym, ale nie skończył się liberalistyczny socja­lizm. Socjaldemokraci w Europie i demokraci w Stanach Zjednoczonych Ameryki posiadają istotny wpływ na kierunek prowadzonej polityki, kształtując również zachodnią cywilizację. Aby wprowadzić masy w błąd zastosowano w Ameryce dość przebiegłe metody. Mówił o tym w roku 1948 Norman Thomas: "Naród amerykański nigdy nie przyjmie świadomie socjalizmu, ale pod nazwą liberalizmu przyjmie każdy fragment programu socjalistycznego, aż pewnego dnia Ameryka stanie się narodem socjalistycznym, nie zdając sobie sprawy, jak to się stało"25. 

Elity globalistyczne realizują plan syntetyzowania zachodniego kapitalizmu ze wschodnim komunizmem. Za eksperymentalny model służy Hongkong, który przeszedł w ręce komunistów, zacho­wując kapitalistyczny status ekonomiczny26. W Ameryce Północnej następuje proces nacjonalizacji wielu sektorów życia gospodarczego, natomiast ośrodki naukowe od wielu dziesiątków lat przeniknięte są wpływami lewicowych profesorów27.
Skąd bierze się "światowy rozmach" ideologii? W przypadku religii związane to było z perspektywą teologiczno-kosmiczną, która w ramach religii jest zrozumiała, albowiem religia wykracza "ponad" ziemię. Nie ma jednak transcendentnego Boga ideologii; co w takim razie umożliwia, a ponadto sankcjonuje działania ogólnoświatowe?

Możliwości działań w skali światowej płyną z rozwoju techniki. Coraz sprawniejsze środki komunikacji ułatwiające szybkie przemieszczanie się, jak też rozwój mediów umożliwiają myślenie, projektowanie a następnie działanie w skali globalnej. I właśnie ideologia rodzi się na gruncie nowożytnego obrazu świata połączonego z rozwojem nowożytnej techniki posiadającej wymiar globalny. To opanowywanie Ziemi i społeczności ludzkich Ziemię zamieszkujących jest oczywiście pewnym procesem, nie dokonuje się od razu, ale sukcesywnie. Rozwój techniki zdecydowanie wpłynął na przyspieszenie tego procesu.
Powstaje szereg kwestii: z jakiej racji? kto? komu daje władzę, żeby on właśnie panował nad Ziemią? Problem ten w cywilizacjach sakralnych był rozwiązywany przez domniemane wybraństwo lub emanacjonizm (władca jest pośrednikiem między Bogiem i ludźmi). A jak jest w dzisiejszym zsekularyzowanym świecie? Dziś funkcję sankcjonowania władzy posiada DEMOS - LUD. Demos jest tym nowym bogiem, który daje władzę.
Jaki lud może dać władzę globalną? Gdy w starożytnej Grecji w Attyce prawa obywatelskie miało ok. 40 tyś. osób głosowanie (a raczej losowanie) było stosunkowo łatwe do przeprowadzenia, jeśli natomiast "lud" liczy kilka miliardów to bez wysoko rozwiniętej elektroniki głosowanie jest niemożliwe. Tylko elektronika może ludzkość w skali globalnej połączyć. Nie ma innej fizycznej ani technicznej możliwości zorganizowania milionów czy wręcz miliardów ludzi tak, aby zachowana została procedura wyborcza posiadająca przynajmniej znamiona demokracji. Dlatego przyszłość globalizmu zależy od rozwoju elektroniki, która za pomocą komputerów połączonych ogólnoświatową siecią Inter- j netu pozwoli na wyrażanie "woli ludu".

Elektroniczny głos oddany będzie na kandydata wirtualnego. Jak nie można bowiem głosować w tak wielkiej skali bez pośrednictwa Internetu, tak też nie można poznać kandydatów inaczej niż poprzez j media, wśród których najszybciej i najszerzej dostępnym jest właśnie Internet. Elektroniczny elektorat będzie sankcjonował władzę elektronicznych kandydatów. Kto nie weźmie udziału w "wyborach", ten rezygnuje z wpływu na wynik wyborczy. A wynik jest "legalny".
Obowiązkowe szkolenie młodzieży w obsłudze komputera, w tym Interentu, ma na celu coraz szersze łączenie społeczeństwa w jedną i światową społeczność przyszłości. Eksperymentalne głosowania inter- netowe przeprowadza UNICEF w Kanadzie. Młodzi ludzie w wieku od 6 do 17 lat przekazują drogą internetową swoje zdanie na temat najważniejszych praw młodzieży (Rights of Youth); to z kolei służyć będzie za podstawę dla legalizacji takich praw jako demokratycznie zaproponowanych (wola ludu-młodzieży). Prawa takie przypuszczal­nie naruszą podstawowe prawa rodziców do wychowywania własnych dzieci. Legalną furtkę do sukcesywnego pozbawiania rodziców ich praw rodzicielskich otwiera art. 14 traktatu ONZ, w którym stwierdza się, że młodzież ma "prawo wolności myśli, sumienia i religii"; następnie art. 17, który stwierdza, że młodzież może otrzymywać jakiekolwiek informacje, a także że ma prawo do odpoczynku wedle własnego zdania (art. 31). 

Rodzice nie będą więc mogli kształtować myśli, sumienia i wiary swoich dzieci, ponieważ zostało to uznane za prywatną sprawę młodych ludzi. Wzniosie brzmiące artykuły umożliwiają demoralizowanie dzieci i młodzieży, a rodziców czynią bezbronnymi, tzn. pozbawionymi praw rodzicielskich28. Co więcej, poszerzanie przywilejów dzieci i młodzieży uzbraja młode pokolenie w prawo do denuncjowania własnych rodziców. Młodzi ludzie otrzymają prawa, które dodatkowo potwierdzą swoją wolą, nie zdając sobie sprawy ze skali zagrożenia i ostatecznych konsekwencji, jakie wynikają z demoralizacji czy uwikłania w sektę. Łatwy dostęp do Internetu powoduje, że rodzice nie są w stanie zapanować nad tym, z czym styka się ich dziecko, jakiej podlega manipulacji i jakim ulegnie moralnym zwyrodnieniom. Internet jako pośrednik dla przepływu niekontrolowanych informacji i obrazów jest poza jakąkolwiek odpowiedzialnością, natomiast jako droga do wyrażania "woli ludu" czyni społeczeństwo wy­borców pozbawionym ludzkiego oblicza.

A przecież ktoś rzeczywiście rządzi i ktoś rzeczywiście jest rządzony (wykorzystywany, sterowany, opodatkowany). Jednak nawarstwione obrazy (image) pozornej (wirtualnej) rzeczywistości zasłaniają prawdzi­wą rzeczywistość w skali globalnej w stopniu praktycznie niemożliwym do rozkodowania dla masowego odbiorcy i wyborcy. Globalny DEMOS - hołubiony przez polityków, dziennikarzy i finansistów - okazuje się najsłabszym, najbardziej bezbronnym i najbardziej zmanipulowanym ze wszystkich bogów. Jest po prostu - bałwanem.

Nie znamy dokładnie grup interesów, które na różne sposoby przecinają w poprzek granice państw, tworząc dla siebie przeolbrzymie fortuny. Nie wiemy, jakie mają przełożenia na sfery władzy, mediów, przedsiębiorców, prawników. Jakoś cicho o tym, ile zarabia np. Rotschild, jakie płaci podatki, jakie filie banków mu podlegają i czy czasem nie są one głównymi udziałowcami w najpoczytniejszej prasie, radio i telewizji, które z kolei pod pozorem pluralizmu (mediów) lansują tego, a nie innego kandydata na prezydenta i tę, a nie inną partię do parlamentu. A ten kandydat i ta partia ma swoje międzynarodowe powiązania realizujące cele ponadpaństwowe (np. Międzynarodówka Socjalistyczna).

Globalizm w sposób nieomal nieskończony oddala wpływ jednostki na władzę, tworząc równocześnie niezwykle sugestywną iluzję współudziału we władzy.  Globalizm sprzyja tworzeniu się światowej oligarchii, która w coraz większym stopniu uniezależnia się od państw, narodów i prawa; raczej podporządkowuje sobie państwa, rozbija narody i dyktuje prawo. 

Poprzez wpływ na media i edukację globaliści znie­walają ludzi od wewnątrz, odbierając na dużą skalę umiejętność obiektywnego myślenia i międzyludzkiej komunikacji.  W porównaniu z dawnymi imperiami i uzurpatorami władzy nad światem globalizm jawi się jako pierwsze imperium, które nie tylko formalnie czy tytularnie, ale realnie posiadać będzie władzę nad światem, nad narodami i nad świa­domością poszczególnych ludzi. Dopiero globalizm da to, do czego tak tęskni zwyrodniała władza: rząd dusz.
Globalizm leży na antypodach personalizmu i cywilizacji łacińskiej, do których musimy wracać. Zadanie to jest jednak niewyobrażalnie trudne. Globaliści opanowują na coraz większą skalę ośrodki wpływu gospodarczego, medialnego, edukacyjnego w poprzek państw, ponad narodami, sami stają się przezroczyści, niewidzialni. Trzeba jednak ogarniać skalę zagrożeń i rozumieć mechanizmy ich działania, broniąc się oddolnie, jak tylko jest to możliwe. 

Globalizm to ultratotalitaryzm ukryty za fasadą demokracji pozbawionej zasad moralnych i opacznie pojętych praw człowieka.


1 F. Koneczny, Państwo i prawo w cywilizacji łacińskiej, Komorów 1997, s. 48-49.
2 "Pielgrzymowanie Aleksandra do wieszczbiarni Jowisza Ammona w Libii nadarzyło mu dotąd nieznane synostwa Jowiszowego dostojeństwo. Tam, gdy badał się o zabój­ców ojca swego, takową uczynny bożek dał odpowiedź: "Nie bluźnij Aleksandrze; synem człowieka nie jesteś." Jak się więc domyślać można, hojnie i wieszczbiarnię i wieszczbiarzów udarowawszy, wrócił bożkiem do domu." (Plutarch z Cheronei, Żywoty stawnych mężów, tłum. F. N. Golański, Kraków, b.d., s. 315).
3 Kwintus Kurcjusz Rufiis, Historia Aleksandra Wielkiego, Warszawa 1976, s. 70n.
4 Ta "retoryka" jest wykorzystywana przez większość imperializmów.
5 Jakże symboliczną wymowę ma gest, który opisuje Plutarch: "Jak szacował uczone dzieła, stąd znać, iż gdy mu przyniesiono nieskończonego szacunku skrzynkę, która się była znalazła w skarbach Dariusza, pytał się obecnych, co by sądzili być godnym, aby w nią włożyć? Różne różnych były zdania, on rzekł: "Włożę w nią Iliadę Homera." Jakoż tak uczynił i w tym ją zamknięciu miał zawsze przy sobie.", Żywoty..., dz. cyt., s. 314n.
6 Św. Augustyn, O państwie Bożym, tłum. W. Kornatowski, Warszawa 1977, t. l, s. 295n.
7 Charakterystyczne jest wezwanie skierowane do uczestników pielgrzymki z r. 632: "Kiedy miesiące święte się skończą, zabijajcie zwolenników wielobóstwa wszędzie, gdzie ich znajdziecie; chwytajcie ich; otaczajcie; zastawiajcie na nich wszelkie sidła." Cyt. za: Narodziny islamu, M. Gaudefroy-Demombynes, tłum. H. Olędzka, Warszawa 1988, s. 406n.
8 "Zwalczajcie na drodze Boga tych, którzy was zwalczają... I zabijajcie ich, gdzie­kolwiek ich spotkacie, i wypędzajcie ich, skąd oni was wypędzili..." (II, 189); ibid., s. 405.
9 "Jeżeli zostaniecie zabici na drodze Boga, czy umrzecie... zostaniecie zjednoczeni w Bogu", "I nie mówcie na tych, którzy zostali zabici na drodze Boga: <Umarli!> Przeciwnie, oni są żyjący! Lecz wy nie jesteście świadomi." (II, 154); ibid., s. 406.
10 Chociaż żydzi i chrześcijanie cieszyli się prawnym zabezpieczeniem, to jednak nie było to równouprawnienie; w "domie islamu" muzułmanie mieli być zwycięzcami. Z innego wyznania można było przejść na islam, ale za odejście od islamu groziła kara śmierci. Zob. A. Mez, Renesans islamu, tłum. J. Danecki, Warszawa 1980, s. 58n.
11 "Człowiek walczy dla łupu; człowiek walczy dla chwały; człowiek walczy, aby pokazać wyższość swojego męstwa; kim jest ten, który walczy na drodze Boga? Ten, który walczy, aby wychwalano słowo Boga, jest na drodze Boga." Narodziny..., dz. cyt, s. 405.
12 H.-W. Haussig, Historia kultury bizantyńskiej, tłum. T. Zabłudowski, Warszawa 1980,s.39.
13 ibid., s. 193.
14 ibid., s. 205.
15 Formuła królewska Karola Wielkiego brzmiała: " Carolus Magnus Paciflcus Impe­rator, Romanorum Gubernans Imperium", ibid., s. 210.
16 "Quia divina prwidente clementia urbis et orbis gubernacula tenemus", ibid., s. 211.
17ibid., s. 210-212.
18 S. Kałużyński, Dawni Mongołowie, Warszawa 1983, s. 211.
19 Po upadku Konstantynopola najpierw metropolita Moskwy Zozimus, a później mnich z Pskowa, Filoteusz ukazali carom religijno-polityczną wizję Moskwy jako trzeciego Rzymu, który ma panować nad całym światem. Zob. M. Reeves, W. Gould, Joachim of Fiore and the Myth ofthe Eternal Evangel in the Nimteenth Century, Oxford 1987.
20 Zob. F. Koneczny, Cywilizacja żydowska, Londyn 1974, t. 1-3. 40
21 D. Wołkogonow, Trocki, tłum. S. Głąbiński, Warszawa 1996, s. 219-220.
22 Artykuł napisany dla "Prawdy" nosił jakże znamienny tytuł: O aktualności hasła Stanów Zjednoczonych Europy, ibid., s. 227.
23 A. Speer, Wspomnienia, tłum. zbiór., Warszawa 1973, s. 224.
24 ibid., s. 226n.
25 D. L. Cuddy, The Road to Socialism and the New World Order, Highland City,
Florida 1998, s. i.
26 ibid., s. ii.
27 ibid., s. 5.
28 K. Toth, UNICEF's latest ploy, [w:] "Catholic Insight", 9, VII, November 1999, s. 11. Warto przypomnieć, że UNICEF powstał w roku 1947, aby pomóc dzieciom -ofiarom wojny. W ostatnich latach organizacja ta tak mocno włączyła się do działań przeciwko rodzinie i dzieciom, że spotkała się z oficjalną krytyką ze strony Watykanu. W roku 1990 podczas spotkania zarządu UNICEF'u w Nowym Jorku przedstawiciele niektórych państw europejskich żądali, aby UNICEF był propagatorem aborcji w krajach, w których prawo na aborcję nie zezwala.


Skarb kultury polskiej

 

Polska leży w Europie Środkowej. Jest państwem, które powstało ponad 1000 lat temu (966 r.). Polacy należą do plemion słowiańskich. W ciągu owego tysiąca lat społeczeństwo zamieszkujące Polskę wytworzyło swoisty typ kultury, który zawiera zarówno elementy lokalne i narodowe, jak również uniwersalne, ogólnoeuropejskie, a nawet światowe.
Interesować się (lub okazywać brak zainteresowania) można kultu­rą danego narodu z różnych powodów. Jedni zamknięci są we własnej kulturze i dlatego pozostałe narody ich nie interesują. Drudzy wręcz nimi pogardzają. Innym wystarcza w miejsce kultury narodowej kultura masowa. Jeszcze inni, znając własną kulturę, specjalizują się w poznawaniu niektórych kultur obcych. Są wreszcie tacy, którzy znając kulturę własną, ciekawi są bogactwa innych kultur w tym, na ile wzbogacić mogą ich kulturę. Sądzę osobiście, że każdy człowiek inteligentny, reprezentujący pewien poziom wykształcenia i wychowania, powinien dzielić ten ostatni pogląd: wiem, kim jestem, ale chętnie dowiem się i skorzystam z tego, co dobre u innych.

Może najpierw kilka słów o tym, co to jest kultura i co to jest naród. Słowo "kultura" pochodzi z łaciny i oznacza uprawę. Początkowo była to uprawa ziemi (agri culturd), później zaczęto mówić metaforycznie o kulturze duszy (animi cultura, Cyceron). Kultura to było odpowiednie wychowanie człowieka (gr. paideid). Słowo "naród" (natio) pochodzi etymologicznie od słowa "rodzić" (nascere), niemniej znaczenie głębsze opiera się przede wszystkim na przynależności do jednej kultury. Naród to pewna wspólnota dziedzicząca i rozwijająca w ciągu pokoleń tę samą kulturę. Kultura narodowa jest to więc materialny i duchowy dorobek (dziedzictwo) pewnej wspólnoty.
Gdy mówimy o skarbie kultury polskiej, to chodzi nam właśnie o to bogate dziedzictwo wypracowywane w ciągu pokoleń.
Na kulturę składają się 4 dziedziny: THEORIA, PRAXIS, POIESIS i RELIGIO.
THEORIA obejmuje naukę i edukację, PRAXIS zawiera etykę, ekonomikę i politykę, POIESIS dotyczy rzemiosła, sztuk pięknych i techniki, RELIGIO obejmuje wiarę. Stopień i kierunek rozwoju tych dziedzin kultury pozwala danej społeczności na szerszy i wyższy rozwój cywilizacyjny. Nie chodzi tu o ocenę różnych cywilizacji, która lepsza, a która gorsza, ale o to, co ma do zaoferowania człowiekowi w niej żyjącemu: czy pozwala mu na bogaty rozwój, czy też skazuje na wegetację albo prowadzi do niebezpiecznych schorzeń. Przecież od społeczności i cywilizacji w jakiej człowiek żyje, bardzo wiele zależy, przede wszystkim to, kim będzie.

Skarb kultury polskiej, będącej efektem wysiłku wielu pokoleń i geniuszu wybrańców, jest skarbem dla Polaków, dla których ta kultura była najbliższa; ale był to również skarb dla pokrewnych narodów słowiańskich, które nie posiadały jeszcze tak wysokiej kultury; a wreszcie był to skarb dla pozostałych narodów europejskich, a zwłaszcza ich elit, które otwarte były na różnorodne przejawy kultury wyższej. Był to skarb, który poprzez niektóre dzieła nadawał ton i kierunek rozwoju cywilizacji.
Polska jako państwo i naród pojawia się na arenie dziejowej w drugiej połowie X wieku. Decydującym momentem jest tu chrzest Miesz­ka, pierwszego władcy Polski, dzięki czemu powstałe państwo uzyskuje uznany status polityczny w Europie, z drugiej zaś strony plemiona za­mieszkujące Polskę zostają włączone do dziedzictwa kultury grecko-rzymsko-chrześcijańskiej. Chrzest posiada znaczenie nie tylko religijne (wiara), ale cywilizacyjne - włączenie Polski w krwioobieg starszej cywilizacji zachodniej. Obejmowało ono takie sfery, jak: oświatę, naukę, prawo, moralność, sztukę, obyczajowość. Ukonstytuowanie się z różnych plemion słowiańskich jednego narodu polskiego dokonuje się poprzez asymilację cywilizacji łacińskiej. W tej cywilizacji poprzez twórcze jej przetrawienie w ciągu wieków przez mieszkańców ziem Polski, rodzi się swoista kultura polska.

Niektóre aspekty kultury polskiej

Choć nie zawsze każdy naród posiada odrębny język, bo są narody mówiące tym samym językiem (np. językiem angielskim lub hiszpańskim), albo z kolei jest jeden naród mówiący wieloma językami (Szwajcarzy) to w większości wypadków, przynajmniej genetycznie, język jest swoisty dla określonego narodu. Wielość języków w jednym narodzie mogła powstać poprzez polityczne zjednoczenie różnych narodów (Szwajcarzy), albo z kolei wielość narodów mówi jednym językiem wskutek ekspansji (kolonialnej) jednego narodu (Hiszpanie, Anglicy). Polacy posiadają własny język, jest to język polski. Odnotował to z dumą jeden z pierwszych wielkich polskich poetów XVI w., pisząc: "A niechaj narodowie wżdy postronni znają,/ Iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają." Znaczy to, że Polacy mówią nie w języku gęsim, nie gęgają, ale mówią po ludzku własnym językiem. Literacki język polski kształtował się przez kilka wieków w łonie łaciny. Wiadomo, że średniowieczna kulturalna Europa mówiła i pisała po łacinie. 

W różnych pisanych dokumentach łacińskich pojawiają się sporadycznie słowa zapisane po polsku (najczęściej imiona i nazwy miejscowości), aż w XIII wieku, a może na przełomie wieku XII i XIII wybucha przepiękna pieśń Bogurodzica, którą dawniej śpiewało rycerstwo, a dziś wykonywana jest przy bardzo szczególnych uroczystościach. W wieku XIV i XV pojawiają się rozliczne wiersze i pieśni, religijne i świeckie. Aż wreszcie w wieku XVI jaśnieje blask dwóch wielkich poetów polskich, Mikołaja Reja i Jana Kochanowskiego. Ten drugi, gruntownie wykształcony (pobierał nauki także na uniwersytetach zachodniej Europy), posiadający
biegłą znajomość łaciny i greki oraz zapewne kilku języków nowożytnych, tłumaczy dzieła obce na polski, pisze poezję łacińską, aż wreszcie odkrywa w sobie wartość pisania po polsku dla Polaków. Daje temu wyraz w przepięknej elegii do Piotra Myszkowskiego napisanej... jeszcze po łacinie:

Muzo, porzućmy brzegi Anienu śliczne...
Dawno mię zwą Karpatów szczyty niebotyczne...
Dawno już zwą mię góry rodzinnej krainy
w swoje rozkoszne groty i wdzięczne doliny
i każą abym śpiewał cudnej polskiej ziemi
przy lutni złotostrunnej rytmy ojczystemi
Zaśpiewam, jeśli Polszcze pieśnią zrobię sławę.
Niechże Łaski, druh mój, toczy boje krwawe,
Niech on Ojczyznę stroi w suty łup dobyty
z którymi nie masz zgody bijąc wraże Scyty.
W piórze i w Muz dobroci jest nadzieja moja.
To mój łup, to mój rydwan i oręż, i zbroja.

(III, 13, tłum. Julian Ejsmond)

Język Kochanowskiego w odróżnieniu od języka Reja był językiem bardziej wykształconym, stojącym na olśniewająco wysokim poziomie, gdy chodzi o zakres słownictwa i pojęć. Język ten wyznaczył kierunek rozwoju języka polskiego. W ówczesnej Europie Kochanowski zaliczany był do plejady najwybitniejszch poetów.
Mówiąc o języku polskim zwrócić musimy uwagę na wielkie dzieło dokonanych tłumaczeń z języków obcych. Przekłady pełnią wielką i wieloraką rolę w życiu każdego narodu. Pozwalają zapoznać się z dorobkiem innych narodów w wiekszej skali, dzieła obce dostępne w języku ojczystym są asymilowane w szerszym zakresie niż oryginał. Dla języka, który dopiero się formuje, tłumaczenia pełnią rolę kształtującą i twórczą. Trzeba nie lada wysiłku, aby słabiej rozwinięty język oddał treści zawarte w języku wyżej rozwiniętym, zachowując względ­ną autonomię. Język polski dzięki pracy tłumaczeniowej rozwijał się pod względem zarówno syntaktycznym, jak i konceptualnym. Stał się środkiem otwierającym szeroki dostęp do wielkiej kultury klasycznej. Pod tym względem wyprzedziliśmy wiele innych narodów słowiań­skich, które sięgały do tłumaczeń polskich, jako bliższych i łatwiejszych do zrozumienia, niż oryginały. Tak rozwinięty język polski miał istotny wpływ na urabianie kultury i smaku narodów ościennych. 

Jeden z wybitnych znawców kultury polskiej pisał: "Tak więc nie ustawała kultura polska, europejska, w pochodzie zwycięskim. Już w XV wieku zaczynał Rusin zaspokajać swój głód duchowy u źródeł polskich; nie zważając na różnice wyznaniowe, na dogmaty przeciwne, tłumaczył so­bie pisma budujące polskie, a za nimi w końcu i wcale niebudujące, na język własny. Zachowując język i pismo ruskie, pstrzył je przymie-szkami polskimi; wcześnie i rychło spotykamy się z coraz liczniejszy­mi polonizmami w języku urzędowym białoruskim ("litewskim") już w wieku XV; później przybiera to zjawisko rozmiary wręcz potworne; tekst bywa ruski, bo formy i litery ruskie, ale myśl i wysłowienie są polskie; polszczyzna to pod zewnętrzną, narzuconą szatą ruską, co do ducha, treści, stylu, formy"1.I dalej: "Materyalna [kultura do Moskwy] szła drogą inną: wprost z Anglii i z Holandyi, z Francyi, a szczególniej z Niemiec trafiała do słobody moskiewskiej, lecz umysłowa z Polski na Litwę i Małą Ruś do samej Moskwy, na dwór carski i patryjarszy docie­rała. Tak powstała np. liczna, różnorodna literatura XVII w. moskiew­ska z tłumaczeń polskich"2.

Upadek niepodległości Polski z końcem XVIII w., gdy na oczach świata dokonano dziejowej zbrodni pozbawiając suwerenne państwo politycznego bytu, nie przerwał ciągłości kulturowej. Co więcej, jak zwrócił na to uwagę w ONZ papież Jan Paweł II, to kultura pozwoliła zachować nam suwerenność duchową. Ojciec św. mówił: Jestem sy­nem narodu, który przetrwał najstraszliwsze doświadczenia dziejów, którego wielokrotnie sąsiedzi skazywali na śmierć - a pozostał przy życiu i pozostał sobą. Zachował własną tożsamość i zachował pośród rozbiorów i okupacji własną suwerenność jako naród - nie biorąc za podstawę przetrwania jakichkolwiek innych środków fizycznej potęgi jak tylko własna kultura, która się okazała w tym przypadku potęgą większą od tamtych potęg"3. Dzięki tej suwerenności Polska po 123 la­tach niewoli odzyskała niepodległość polityczną. Otóż właśnie w okre­sie zaborów, w wieku XIX, zaświecili swym geniuszem literackim naj­więksi po Kochanowskim poeci polscy: 

Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Zygmunt Krasiński i Cyprian Kamil Norwid. Określono ich mianem narodowych wieszczów. Po nich przyszli wielcy prozaicy: Henryk Sienkiewicz, Bolesław Prus, Władysław Reymont, Stefan Żeromski. Słowo polskie skupiło w sobie wszystkie wątki życia narodowego i państwowego. Znalazło uznanie w Europie i w świecie. Do­wodem na to, niezliczone tłumaczenia i naśladownictwa, a wreszcie nagrody. W sumie zdobyliśmy za literaturę w języku polskim kilka Nagród Nobla (Henryk Sienkiewicz, Władysław Reymont i in.).
Język polski osiągnął taki pułap rozwoju, który pozwala na wyrażanie ducha narodu w sprawach wielkich i małych, w tym języku posiadamy własną literaturę we wszystkich gatunkach, na ten język przetłumaczony jest zasadniczy dorobek literatury światowej. Henryk Sienkiewicz nie wahał się nawet powiedzieć, że mowa polska to wyjątkowy dar Boga, dar, z którym tylko język grecki może się porównać. To jest ten wielki skarb Polaków, z którego w dalszym ciągu korzystają bratnie narody słowiańskie, rozumiejąc i czytając po polsku.
Skarbem narodu jest mądrość i wiedza oraz jej upowszechnianie. Nauka i edukacja.

Polska dzięki przyjęciu chrześcijaństwa otwiera się na szkolnictwo. Polska pogańska nie znała szkół. Stosunkowo szybko powstają szkoły parafialne. Aż wreszcie w roku 1364, a więc prawie sześć i pół wieku temu powstaje szkoła wyższa, Akademia Krakowska, wcześniej niż uniwersytety w Wiedniu, Lipsku, 300 lat (!) przed powołaniem uniwer­sytetu w Berlinie, a 400 lat przed uniwersytetem w Petersburgu. Ten polski uniwersytet ściągał już w XV w. rzesze studentów z całej Euro­py, w tym również z Italii. Zasłynął też wielkimi uczonymi tej miary co Kopernik i Paweł Włodkowic. Królowie, Kazimierz Wielki, a później Władysław Jagiełło w akcie erekcyjnym tak pisali: "Niech więc tam będzie nauk przemożnych perła, aby wydawała męże dojrzałością rady znakomite, ozdobą cnót świetne i w różnych umiejętnościach biegłe. Niechaj otworzy się orzeźwiające źródło nauk, z którego pełności niech czerpią wszyscy, naukami napoić się pragnący".

Polska może też poszczycić się wspaniałą Komisją Edukacji Narodowej (1773). Było to pierwsze w Europie ministerstwo oświaty. Komisja ta, po rozwiązaniu w tymże samym roku przez papieża zakonu jezuitów zajmującego się edukacją, nie dopuściła do upadku oświaty i zmarnotrawienia dorobku Kościoła. Ale w odróżnieniu od Francji upaństwowiona edukacja nie została wykorzystana do walki z Kościołem i tradycją, nie stała się narzędziem ideologizacji młodzieży. Przeciwnie, wobec zagrożeń zaborczych, a później pod zaborami, szkoły Komisji Edukacji Narodowej, umacniały świadomość narodową i kulturową Polaków. 

Poseł (a później i znany pisarz) Julian Ursyn Niemcewicz tak zwracał się do króla: "Lud wolny, Najjaśniejszy Panie, oświeconym być powinien, inaczej wolności niewart. W samowładztwie, gdzie nie masz prawa, ale tylko rozkazy, gdzie nie ma innego podziału, tylko pan i niewolnicy, rządzący na ciemnotach gruntuje zasady nieograniczonej swej władzy, poniża zatem własne człowieka jestestwo, ścieśnia okręg jego wiadomości, przytłumia światło, człowieka tylko do bojaźni i posłuszeństwa sposobi, ani chce, żeby umiał rozważać, bo gdyby rozważał, poprzestałby ślepo słuchać. Człowiek na wolnej zrodzony ziemi depcze kajdany, dusza jego, wolna więzów, śmiało się wznosi, bo zna swą godność, zna swą szlachetność; człowiek wolny, przeznaczony do wszystkiego, mogący sięgać po najpierwsze w kraju dostojeństwa, mogący wpływać we wszystkie części rządu, powinien przez wychowanie stać się godnym tych tak wysokich zaszczytów, bo losy Ojczyzny od niego zawisły; prawu tylko podległy - powinien być oświeconym, żeby stanowił zbawienne prawa, powinien być cnotliwym, żeby stanowione szanował i pełnił"4. Czy ten tekst nie jest aktualny i dziś? Przecież kult demokracji, pozbawiony oparcia w rzetelnej edukacji, jest ukrytą formą zniewolenia. Równocześnie, człowiek nie może być odpowiedzialny za sprawy publiczne, jeśli nie jest odpowiednio wykształcony (kompetencja) i wychowany (odpowiedzialność).

Moralność obejmuje życie osobiste, rodzinne i polityczne. Etyka osobista zaowocowała u Polaków pewnymi bardzo charakterystycznymi cechami czy właściwie cnotami. Należą do nich: honor, ofiarność i szlachetność, gościnność oraz... grzeczność. O grzeczności nasz wielki poeta, Adam Mickiewicz, tak pisał:
"Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą. Niełatwą, bo nie na tym kończy się, jak nogą Zręcznie wierzgnąć, z uśmiechem witać lada kogo; Bo taka grzeczność modna, zda mi się kupiecka, Ale nie staropolska, ani też szlachecka. Grzeczność wszystkim należy, lecz każdemu inna; Bo nie jest bez grzeczności i miłość dziecinna, I wzgląd męża dla żony przy ludziach, i pana Dla sług swoich, a w każdej jest pewna odmiana.
Trzeba długo się uczyć, ażeby nie zbłądzić I każdemu powinna uczciwość wyrządzić." (Pan Tadeusz, I, 361 -371)
Życie rodzinne było specjalnością polską, która w czasie zaborów skupiła w sobie życie narodowe. Rodzina była gniazdem wychowy­wania następnych pokoleń, ale również miejscem tworzenia się na­rodu poprzez kulturę ojczystą i odpowiedzialność za państwo. Żyjący pod zaborami autor pisze: "Mawiano, że Polska stała jednostkami. Rzec by raczej można, że stała rodziną. [...] Najsurowszy nawet sędzia przeszłości przyznać musi, że rodzina polska spełniała ten wielki obowiązek, że była najsilniejszym fundamentem obywatelskim i narodo­wym i że w najgorszych nawet czasach być nim nie przestała. Kiedy wszystko poszło w gruzy, na niej budowało się nowe życie, przechowała w sobie wiernie wszystko, co było warunkiem i rękojmią odrodzenia"5. Jaka szkoda, że dziś to życie domowe zamiera, rodzina się kurczy, a wszechpanującym intruzem stał się telewizor.

W życiu politycznym warto podkreślić kilka punktów. Polska była obok Anglii najstarszym państwem demokratycznym. Rozwój demo­kracji szlacheckiej rozpoczął się od połowy XV w., natomiast Konsty­tucja 3 Maja (1791) poszerza prawa na pozostałe stany, lud i mieszczaństwo. W tejże Konstytucji możemy przeczytać: "Zawarowawszy tym sposobem Dziedziców przy wszelkich pożytkach od Włościan im należących, a chcąc jak najskuteczniej zachęcić pomnożenie ludności krajowej, ogłaszamy wolność zupełną dla wszystkich ludzi, tak nowo przybywających, jako i tych, którzy by, pierwej z Kraju oddaliwszy się, teraz do Ojczyzny powrócić chcieli, tak dalece: iż każdy Człowiek do Państw Rzeczypospolitej nowo z którejkolwiek strony przybyły, lub powracający, jak tylko stanie nogą na ziemi polskiej, wolnym jest zupełnie użyć przemysłu swego, jak i gdzie chce, wolny jest czynić umowy na osiadłość, robociznę lub czynsze, jak i do póki się umówi, wolny jest osiadać w mieście lub na wsiach, wolny jest mieszkać w Polszcze, lub do Kraju, do którego zechce, powrócić, uczyniwszy zadość obowiązkom, które dobrowolnie na siebie przyjął". 

Polska była państwem wielonarodowym (nie było nacjonalizmu). Rzeczpospolitą zamieszkiwali: Polacy, Litwini, Białorusini, Rusini, Żydzi, Niemcy, Łotysze, Tatarzy, Ormianie, Cyganie. Równoprawnych politycznie było kilka języków. Unikatowy jak na owe i dzisiejsze czasy był typ unii politycznej z Litwą, unii, która przetrwała ponad 300 lat, a którą zniszczyli obcy zaborcy. Gdy dziś różnego rodzaju traktaty i organizacje międzynarodowe zdominowane są przez język interesów i polityki, to na tym tle widzimy wyraźnie, że Unia Polski z Litwą miała głębszy wymiar cywilizacyjny. W traktacie pieczętującym Unię w Horodle z r. 1413 tak czytamy: "Miłość jedna nie działa marnie: promienna sama w sobie, gasi zawiści, osłabia urazy, daje wszystkim pokój, łączy rozdzielonych, podnosi upadłych, gładzi nierówności, prostuje krzywizny, wspiera każdego, nie obraża nikogo, i ktokolwiek się schroni pod jej skrzydła, znajdzie się bezpiecznym i nie ulęknie się niczyjej groźby, miłość tworzy prawa, rządzi królestwami, zakłada państwa, prowadzi do dobrego stanu Rzeczpospolitej, a kto nią wzgardzi, ten wszystko utraci..."6.

Polska w czasach swej wielkości broniła Europę przed nawałnicą turecką, była tzw. przedmurzem chrześcijaństwa, co oznaczało obronę świata cywilizowanego. Król Władysław III, licząc zaledwie 20 lat, na prośbę cesarza bizantyńskiego, Jana Paleologa, wyruszył, aby go bro­nić przed Turkami, ale zginął pod Warną w 1444 roku. Jan III Sobieski ocalił w roku 1684 Wiedeń. Podczas zaborów i wojen Polacy walczyli na wielu frontach świata, a przyświecało im hasło: "Za wol­ność naszą i waszą". Za wolność Ameryki walczył Kościuszko i Pu­łaski, Anglii w czasie II wojny światowej bronili polscy lotnicy.
A wreszcie jako pierwszy, Paweł Włodkowic (XV w.), Polak, na Soborze w Konstancji uzasadniał, że każdy naród ma prawo do suwerenności, do jej łamania nie uprawnia żaden, nawet najwznioślejszy cel (choćby religijny).

Sztuka polska, poza wspomnianąjuż literaturą, zajaśniała również w architekturze, malarstwie, teatrze i muzyce. Muzyka Chopina zawierająca tyle elementów narodowych, a więc ludowych i szlacheckich, budzi podziw i jest komunikatywna nie tylko dla ludzi Zachodu, ale również należących do innych cywilizacji; zafascynowani są nią Japończycy i Chińczycy. Do światowego kanonu weszły polskie rytmy muzyczne, takie jak: polonez, mazur, krakowiak i oberek. W sztuce polskiej odbijała się polska dusza. Ignacy Jan Paderewski tak mówił: "Żaden z narodów na świecie nie może się poszczycić takim jak nasz, bogactwem uczuć i nastrojów. Na harfę narodu naciągnęła ręka Bo­ża strun bezmiar cichych i rzewnych, potężnych i głośnych. Mamy i miękkość kochania i dzielność czynu i liryzm szeroką płynący falą i siłę rycerską, waleczną; mamy i tęsknotę dziewiczą i męską rozwagę i smutek tragiczny starca i lekkomyślną młodzieńca wesołość. Może w tym tkwi czar nasz ujmujący, a może też to i wada wielka"7. Mamy wielkiej sławy malarzy, jak: Chełmoński, Matejko, Brandt, Kossakowie, których obrazy zdobią galerie świata, również Ameryki, a których tematyka jest związana z Polską, jej przyrodą, ludźmi, dziejami.

Religią dominującą w Polsce było chrześcijaństwo, ale rozkwitały też na jej ziemiach praktyki innych wyznań. Związane to było z tyrn, że Rzeczpospolita była państwem wielu narodów i wielu cywilizacji. W Polsce nie było prześladowań religijnych, zwłaszcza zaś w tak krwawym okresie jak reformacja w Zachodniej Europie. Wspomniany już Paweł Włodkowic mówił: "Fides ex necessitate esse non debet -wiara nie może być z przymusu". Słynęliśmy z tolerancji, dlatego tak wielu przedstawicieli różnych wyznań uciekało przed prześladowaniami do Polski. Nasz król, Zygmunt August (XVI w.), potrafił powiedzieć: Nie jestem królem ludzkich sumień. Już w XI wieku przybyli do Polski prześladowani w Niemczech Żydzi, którzy z biegiem czasu tworzyli w Polsce najliczniejszą społeczność żydowską w świecie, rządzącą się swoimi prawami, zachowującą swoje zwyczaje, swoją religię i swoje szkoły, w tym wyższe. Polskę określano nawet mianem paradisus ludaeorum (raj żydowski). W czasie II wojny tylko w Polsce obowiązywały przepisy, że za ukrywanie Żyda śmierć ponosi cała rodzina polska. Z tego tytułu zginęło ok. 3000 Polaków. W tym kontekście rozpowszechniane dziś opinie o Polakach jako antysemi­tach są dalece nieprawdziwe i wysoce niesprawiedliwe.
Kultury narodowe są skarbem dla tych społeczności, w których ramach powstały. Równocześnie kultury narodowe zawierać mogą wątki szczególnie piękne i uniwersalne. Wówczas wzbogacać mogą inne narody, ponieważ żadna z kultur nie jest sama w sobie doskonała i w pełni wystarczająca.

Pochwała, a nawet zachwyt nad kulturą danego narodu, nie ma nic wspólnego ani z szowinizmem, ani z nacjonalizmem. Szowinizm jest nienawiścią do innych narodów. Otóż miłość do pewnej kultury narodowej nie wyklucza podziwu dla innej kultury, tak jak zafascynowanie Mozartem nie przeszkadza lubić Beethovena i Vivaldiego. Słuchając z przejęciem Chopina, lubię znaleźć ukojenie w muzyce Sibeliusa. Nacjonalizm jest ubóstwieniem jednego tylko narodu. Z kolei brak identyfikacji z jakąkolwiek kulturą narodową prowadzić może do spłycenia życia psychicznego i duchowego, grozi roztopieniem się w masie. Kultura masowa nie pogłębia i nie uszlachetnia ludzkiego ducha.
Podziw i miłość dla kultury polskiej, jakie żywię, nie są idealizacją tej kultury, a tym bardziej narodu. Zawsze można bowiem doszukać się gdzieś braków i słabości. Chodzi natomiast o pewne ideały, pewne wzory, pewne ukierunkowanie życia ludzkiego, które wydają się być interesujące i piękne. Uczestnicząc głębiej w kulturze polskiej, człowiek może się ładnie i po ludzku rozwijać. A przecież o to właśnie chodzi, abyśmy dzięki kulturze mogli stawać się coraz bardziej ludźmi.

Powyższy tekst został wygłoszony do nauczycieli amerykańskich w Chicago, w październiku 2000 roku.


1 Aleksander Bruckner, Wpływy polskie na Litwie i w Słowiańszczyznę wschodniej, [w:] Polska w kulturze powszechnej, red. F. Koneczny, Kraków 1918, t. l, s. 162.
2 ibid., s. 164.
3 UNESCO, 2.06.1980. (14). 52
4 Komisja Edukacji Narodowej, Wrocław 1954, s. 426n. 54
5 Władysław Łoziński, Życie polskie w dawnych wiekach, Kraków 1958, s. 153.
6 M. Pawlikowski, Dwa światy, Londyn 1952, s. 188.
7I. J. Paderewski, Myśli o Polsce i Polonii, Paryż 1992, s. 65.



Skarb Niepodległości


Pamięć rocznicy odzyskania niepodległości wynika z obowiązku oddania hołdu tym wszystkim, którzy przez pokolenia krwią, ofiarą i duchem bili się o wolną Polskę. Byli wśród nich żołnierze, powstańcy, księża i artyści, była szlachta i lud. Wielkiej odwagi, ale i wytrwałości potrzeba, aby nie zwątpić, że dzień wolności nadejdzie, choć mijać będą dni, miesiące, lata, a nawet pokolenia.
Jakże wzruszające jest pierwsze oficjalne wystąpienia Ignacego Jana Paderewskiego na ziemi amerykańskiej. Mijała właśnie setna rocznica drugiego rozbioru Polski, a trzydziesta wybuchu powstania styczniowego. Był 8 kwiecień 1893 roku. Mistrz na obiedzie wydanym na jego cześć przez Lotus Club mówił: "Pokochałem Wasz kraj, zanim go jeszcze poznałem, a to z tej prostej przyczyny, pozwólcie mi powiedzieć, że ten kraj jest jedynym, w którym żyją swobodnie tysiące Polaków i cieszą się wolnością, a każdy mój rodak może powiedzieć to, co chce o przeszłości i przyszłości swego kraju bez obawy, że zostanie aresztowany. Niedawno, gdy toczyliście wspaniałą walkę przeciw niewolni­ctwu, nasz biedny naród uczynił ostatnią próbę odzyskania wolności. Nasze losy są odmienne - Warn się powiodło, nam nie, ale daliście nam dużo szczęścia: uwierzyliśmy, że nie jesteśmy sami"1. Polakom, mimo rozbiorów i mimo powstańczych klęsk, potrzebna była wiara, że nie są sami. 

Ta wiara dodawała im nadziei, a za nadzieją szła siła, tak potrzeb­na do kolejnych zrywów. Polonia w Ameryce dowiodła wówczas, że pamięta o Ojczyźnie, o swoich bliskich i rodakach, którzy zostali w kraju. Paderewski inicjował szereg akcji, których efektem było zebranie olbrzymich funduszy, a gdy nadszedł decydujący moment, tysiące ochotników czynem zbrojnym udowodniło swój gorący patriotyzm. Nie łudźmy się, Polska nie odzyskałaby niepodległości, gdyby nie jedność całego Narodu, jedność wyższa ponad waśnie i podziały politycz­ne, jedność, której nie oddzielały ani góry, ani oceany, była to jedność Polaków na całym świecie.

Oddając im hołd, tym znanym, jak Paderewski, Sienkiewicz, Modrzejewska, Piłsudski, Dmowski, Korfanty, Witos, i tym nieznanym, choć również w swej ofiarności wielkim, patrzymy na nich jako na wzór, który nas dziś zobowiązuje, abyśmy nie zaprzepaścili tego wielkiego dziedzictwa, jakiemu na imię Polska.
Obchodząc rocznicę odzyskania niepodległości, musimy wyraźnie rozumieć, co to znaczy niepodległość, zwłaszcza w naszej polskiej tradycji. Niepodległość to suwerenność, a suwerenność to samostano­wienie w wymiarze politycznym i narodowym. Jako Polacy wolność mierzymy nie anarchią, jaką fałszywie zarzucała nam propaganda zaborcza, zwłaszcza rosyjska, ani też władzą absolutną i despotyczną, jakiej nie brak było w Prusach - ale możliwością decydowania przez nas samych o sobie. Polski ideał, którego wyrazem była Konstytucja 3 Maja, a którąjednym pociągnięciem przekreślili zaborcy, polegał na upodmiotowieniu, czyli uszlachetnieniu całego narodu. Wolność to samostanowienie narodu, decydowanie o sobie za pośrednictwem wybranych władz. Ale władze te mają liczyć się z wolą narodu i służyć mu w granicach niepodległego państwa.

Patrząc dziś na kierunek przemian, jakim poddawana jest Polska, zarówno ten bliższy pod postacią Unii Europejskiej, jak i ten dalszy w wymiarze globalistycznym, z niepokojem obserwujemy, jak nie­podległość traci swoje realne kształty: nie ma niepodległości bez ziemi - wyprzedawana jest polska ziemia; nie ma niepodległości bez wła­snego przemyski - wyprzedawane są (i to za bezcen) polskie zakłady; nie ma niepodległości bez własnego prawa - sejm ustanawia tysiące praw, które mają udowodnić, że nie mamy już własnych praw; o kie­runku polityki polskiej nie decyduje naród, ale politycy posłuszni wytycznym przychodzącym z instytucji międzynarodowych. 

Niepodległość bez własnej ziemi, bez własnego przemysłu, bez własnego pra­wa i bez rodzimej władzy jest fikcją. Nie takie aspiracje ma polski Naród, nie o to walczyły pokolenia. Trzeba otworzyć szeroko oczy, trzeba patrzeć i rozumieć.
Powstaje pytanie: dlaczego publicznie nie wolno o tym głośno mó­wić? Dlaczego nie wolno mówić o zagrożonej niepodległości? Po­wstała jakaś publiczna zmowa milczenia.

Joseph Conrad, Polak, ale pisarz angielski, gdy zastanawiał się nad okolicznościami, w jakich Polska odzyskała niepodległość - a było to w pierwszą rocznicę tego wielkiego wydarzenia - zauważył: "Na tym świecie, gdzie wszystko przemija, nawet najbardziej uparte upiory znikają wreszcie ze starych domostw, z ludzkich sumień. Czy to postęp oświecenia, czy upadek wiary? W latach poprzedzających wojnę upiór Polski tak już się stawał niewidoczny, że niemożliwe było uzyskanie najmniejszej o nim wzmianki w gazetach. Młody Polak, przybywają­cy z Paryża, był tym ogromnie oburzony; ja wszakże - pisze dalej Conrad - pozwalając sobie na to poczucie dystansu, które jest wytworem starszego wieku, dłuższego doświadczenia i skłonności do medytacji, odmawiałem podzielania jego uczuć. Chodził, żebrząc o jakieś słowo na temat Polski, do wielu wpływowych ludzi - i wszyscy co do jednego odpowiadali mu, że to wykluczone"2. Tak, była wówczas światowa zmowa milczenia. 

Dziś coraz mocniej ta zmowa milczenia dotycząca realnej niepodległości Polski znów zaczyna nas osaczać. Ktoś chce nas uczynić obcymi na własnej ziemi, wrogimi wobec samych siebie. Do tego za żadne skarby nie wolno dopuścić.
Różne są koleje losów poszczególnych narodów i państw; ileż narodów zanikło, ile imperiów się rozpadło, ale Polska... Jaki los nas czeka?
Rok przed śmiercią i rok po wybuchu II wojny światowej, Igancy Jan Paderewski, ten sterany życiem 80-letni starzec z pełną werwą i siłą wypowiedział w Paryżu i w Szwajcarii do swoich rodaków te słowa: "... wszyscy wierzymy w jedno i wiary tej nic nam nie jest w stanie wydrzeć: zwyciężymy!... Polska jest nieśmiertelna!".
I my powtórzmy, oddając hołd bohaterom i przejmując na siebie odpowiedzialność za Polskę: zwyciężymy! Polska jest nieśmiertelna!

Powyższy tekst został wygłoszony w Chicago i we Wrocławiu w 82. rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę.

1 I. J. Paderewski, Myśli o Polsce..., dz. cyt, s. 51.
2 J. Conrad, The Crime of Partition (Zbrodnia rozbiorów), w: Dzieła, t. XXVIII [A], Londyn 1975. Tekst został pominięty w wydaniu polskiej edycji dziel J. Conrada.

 

Czy w liberalistycznej koncepcji wolności jest miejsce na odpowiedzialność?

 


Liberalizm, podobnie jak nominalizm, nie jest kierunkiem filozoficznym na wzór platonizmu, arystotelizmu czy tomizmu, jest to raczej pewien rozgałęziony nurt, który przecina w poprzek różne kierunki filozoficzne. Z tego tytułu trudno o jednolite określenie, czym jest liberalizm. Także analiza liberalizmu zorientowana być musi na poszczególnych myślicieli. Temat: czy w liberalistycznej koncepcji wolności jest miejsce na odpowiedzialność, dotyka jednej z kluczowych spraw mieszczących się w kręgu problematyki związanej z wolnością. Bez odpowiedzialności sama wolność stoi pod znakiem zapytania, a przecież liberalizm wolność uznaje za swe sztandarowe hasło1.
W niniejszym referacie spróbuję pokazać, jakim deformacjom ulega lub do jakich deformacji w rozumieniu odpowiedzialności może prowadzić koncepcja wolności u sztandarowych postaci liberalizmu, do jakich bez wątpienia należał John Locke i J. J. Rousseau. W obu wypadkach zanika pojęcie odpowiedzialności indywidualnej, pozostaje miejsce dla odpowiedzialności zbiorowej albo zanik jakiejkolwiek realnej odpowiedzialności.
Filozoficzni ojcowie liberalizmu uważali, że wolność jest najbardziej podstawowym atrybutem człowieka znajdującego się w stanie natury. John Locke pisał: "By właściwie zrozumieć władzę polityczną i wyprowadzić ja z jej źródła, musimy rozważyć stan, w jakim wszyscy ludzie znajdują się naturalnie, a więc stan zupełnej wolności w działaniu oraz rozporządzaniu swymi majątkami i osobami, tak jak oni uznają za właściwe, w granicach prawa natury nie pytając nikogo o zezwolenie, bez zależności od woli innego człowieka"2. Dopiero po wolności mowa jest o równości i o własności.

A więc wolność w stanie natury jest to stan zupełnej, czyli doskonałej wolności (a perfect freedom). Doskonała wolność obejmuje działanie i rozporządzanie własnym majątkiem i osobami. Działanie to mieści się w granicach praw natury, które obowiązują wszystkich ludzi. Działanie zależne jest od działającego wedle jego pojęcia o tym, co jest właściwe. Niezależne jest natomiast od woli i zezwolenia inne­go człowieka.
Wolność w stanie natury nie jest - mówiąc językiem dzisiejszym - permisywizmem, czyli zgodą na robienie czegokolwiek, co się komu podoba. Locke wyjaśnia: "Człowiek posiada w tym stanie niemożliwą do kontrolowania wolność dysponowania swą osobą i majątkiem, nie posiada jednak wolności unicestwienia samego siebie ani żadnej istoty znajdującej się w jego posiadaniu, jeżeli nie wymagają tego szlachetniejsze cele niż tylko jego samozachowanie. W stanie natury ma rzą­dzić obowiązujące każdego prawo natury. Rozum, który jest tym prawem, uczy cały rodzaj ludzki, jeśli tylko ten chce się go poradzić, że skoro wszyscy są równi i niezależni, nikt nie powinien wyrządzać drugiemu szkód na życiu, zdrowiu, wolności czy majątku"3. Prawa natury obejmują więc prawo do życia, zdrowia, wolności i własności. Z takim prawem wiąże się też prawo do sądzenia i karania łamiących te prawa, łącznie z możliwością pozbawienia ich życia4.

Pojawia się pytanie, czy i kto jest w stanie natury? Bo przecież człowiek przychodzi na świat w zorganizowanej już społeczności. Na to pytanie Locke odpowiada: "... obecnie wszyscy książęta i władcy niezależnych rządów na całym świecie znajdują się w stanie natury. Jasne jest, że na świecie nigdy nie brakowało ani nie będzie brakować dużej liczby osób znajdujących się w tym stanie"5. Stan natury obej­muje więc władców, którzy nie podlegając społeczeństwu, podlegają tylko prawom natury. Ale w stanie takim znajdują się wszyscy ci, którzy mocą własnej zgody nie stają się członkami jakiegoś społe­czeństwa. Gdy natomiast ktoś zgodzi się na wspólnotę, to dobrowolnie przyjmuje na siebie szereg ograniczeń (praw) ustanowionych przez tę wspólnotę. "Stąd też ustają wszystkie prywatne sądy, a wspólnota na mocy stałych i niezmiennych praw jest bezstronnym i jedynym rozjemcą dla wszystkich"6.
Wolność człowieka w społeczeństwie polega na podleganiu tylko władzy powołanej na mocy zgody przez daną wspólnotę, a niepodle-ganiu jakiejkolwiek obcej woli i obcemu prawu. Jak wolność w stanie natury podlega tylko prawom natury, tak wolność polityczna podlega prawom natury i prawom danej wspólnoty7.

Wspólnotą polityczną opartą na właściwych zasadach jest wedle Locke'a, nie monarchia absolutna, w której władca stawia się ponad społeczeństwem (i jest ciągle w stanie natury), ale społeczność obywatelska. "I tak każdy człowiek, zgadzając się z innymi na utworzenie jednego ciała politycznego pod władząjednego rządu, zaciąga wobec każdego człowieka w tym społeczeństwie zobowiązanie do podlegania postanowieniom większości. Ta pierwotna umowa, na mocy której połączył on się z innymi w jedno społeczeństwo, nie posiadałaby żad­nego znaczenia, nie byłaby żadną umową, gdyby pozostał on nadal wolny i nie zaciągał żadnych innych zobowiązań niż te, którym podlegał w stanie natury"8. Dobrowolne włączenie się do wspólnoty (umowa społeczna) pociąga za sobą dobrowolną zgodę na poddanie się głosom większości wyrażonym pod postacią uchwalonych praw. Ta zgoda większości ma znaczenie zgody wszystkich, ponieważ gdyby opierać społeczeństwo tylko na zgodzie wszystkich, to twór taki byłby bardzo krótkotrwały. A zatem człowiek w stanie społecznym ogra­nicza swą wolność, poddając się prawu stanowionemu. Następuje dobrowolne samoograniczenie własnej wolności.
Jak w tym świetle wygląda problem odpowiedzialności? Oddanie siebie pod władzę ogółu oraz traktowanie głosów większości jako wiążących mniejszość i poszczególne jednostki prowadzi do przekazania realnej odpowiedzialności osobistej na odpowiedzialność większości. W konsekwencji jedynym podmiotem odpowiedzialnym staje się władza, głównie władza polityczna. To następnie prowadzić może nawet do totalitaryzmu, a także do dominacji legalizmu. Totalitaryzm ten różnić się będzie od tyranii lub rewolucji sposobem dojścia do władzy. 

Totalitaryzm liberalny polega na dobrowolnym zrzeczeniu się wolności na rzecz władzy, podczas gdy tyran lub rewolucjonista do władzy dochodzi podstępem i przemocą. W zakresie sprawowania władzy władza liberalna i tyrańska traktuje społeczeństwo w sposób odpodmiotowiony, ponieważ tylko władza jest wolna i tylko władza ma władzę. 

Wolność społeczeństwa albo jest zawieszona (liberalizm), albo podeptana (tyrania), ale aktualnie społeczeństwu i jednostkom nie przysługuje. Dlatego w obu wypadkach, choć na różne sposoby, nie ma miejsca na aktualną odpowiedzialność indywidualną poszczegól­nych członków społeczeństwa. Niemniej jednak władza wyłoniona demokratycznie jest odpowiedzialna względem społeczeństwa, ponieważ jest aktualnie wolna, natomiast władza tyrańska jest samowolna, a więc przed nikim nie jest odpowiedzialna. Władza tyrańska jest wolna i nieodpowiedzialna, społeczeństwo żyjące pod władzą tyrańska jest zniewolone i nieodpowiedzialne. 

Władza liberalna jest wolna i odpowiedzialna; społeczeństwo znajdujące się pod władzą przez siebie wyłonioną jest aktualnie niewolne i nieodpowiedzialne, natomiast jest wolne i odpowiedzialne przy wybieraniu władzy.

O ile w sprawowania władzy w tyranii decydujące znaczenie ma wola władcy jakkolwiek wyrażona, to w przypadku liberalnej demokracji, decyduje wola większości wyrażona przy pomocy prawa (wówczas prawa stanowionego). Oderwanie prawa stanowionego od prawa natury, przy zachowaniu procedur demokratycznych, prowadzi następnie do legalizmu, czyli dyktatu prawa stanowionego, które może być przeciwne prawu naturalnemu i wówczas prawo staje się zalegalizowanym bezprawiem. Procedura (demokratyczna) rugować może obiektywne podstawy (prawo naturalne) i cel (dobro) stanowionego prawa.
Locke jednak mówi: "Społeczeństwo polityczne istnieje tam i tylko tam, gdzie każdy z jego członków zrezygnował ze swej naturalnej władzy i złożył ją w ręce wspólnoty nie wyłączając jednak tym samym możliwości odwołania się do ustanowionych przez nie praw"9 (podkr. P. J.). Takie odwoływanie się może mieć charakter albo pobożnego i bezsilnego życzenia, albo też przybierze postać zamachu stanu, ponieważ legalna władza posiada aktualnie całą wolność społeczeństwa i środki sprawowania władzy w skali całego państwa. Władza po wyborze jest już poza zasięgiem społecznego oddziaływania.

I takie właśnie mogą być konsekwencje liberalistycznej w sensie Locke'a koncepcji wolności. Prowadzą do statolatrii (kult państwa-władzy) i legalizmu (kult prawa stanowionego). Ze względu jednak na procedurę wyłaniania władzy (dobrowolność) państwo liberalne zazwyczaj przeciwstawiane jest w całości państwu totalitarnemu. Tymczasem państwo liberalne może być totalitarne w zakresie sprawowania władzy. Społeczeństwo liberalne jest wolne i odpowiedzialne w zakresie wyboru władzy, ale przestaje być odpowiedzialne po wyborze władzy, bo wówczas tylko władza jest wolna, a tym samym odpowiedzialna.

Jednak odpowiedzialność władzy liberalnej zależy od tego, czy uznaje ona coś, co leży poza zasięgiem jej wolności. Tym jest prawo naturalne. Jeżeli władza liberalna uznaje prawo naturalne, to w swoich postanowieniach wolność jej jest przez owo prawo związana, a tym samym pojawia się odpowiedzialność za zgodność postanowień z prawem naturalnym. Jeżeli jednak władza liberalna przestaje się liczyć z prawem naturalnym, to wówczas znika obiektywna podstawa odpowiedzialności. Władza "uwolniona" od obiektywnych podstaw prawa stać się może władzą totalitarną, kreującą prawo niezależnie od dobra i podmiotowości społeczeństwa. Jest to wówczas władza wolna (bo nie krępuje jej ani społeczeństwo, ani prawo naturalne) i nieodpowiedzialna (nie odpowiada za dobro społeczeństwa, które nie jest dla niej podmiotem). Społeczeństwo i poszczególne osoby są wolne do wybierania władzy, ale nie są wolne żyjąc pod określoną władzą, gdyż ich wolność przejęła władza. Społeczeństwo pozbawione aktualnej wolności przestaje być odpowiedzialne, tak jak zanika odpowiedzial­ność osobista.
Poglądy J. J. Rousseau są jeszcze bardziej radykalne niż Johna Locke'a. Rousseau uważał, że człowiek z natury jest doskonały. Zło bierze się ze społeczeństwa i cywilizacji, które popsuły doskonałego człowieka. Ideałem jest takie zorganizowanie społeczeństwa, które pozwoliłoby na odzyskanie pierwotnej doskonałości i wolności ludzkiej.

W poglądach Rousseau na temat wolności należy wyodrębnić dwa aspekty, jeden polityczny, drugi religijny. W aspekcie politycznym Rousseau staje przed dylematem: jaka forma zrzeszenia bronić będzie dobra poszczególnych osób tak, aby jednostka należąc do zrzeszenia pozostawała nadal wolna? Rozwiązanie jakie proponuje Rousseau bliskie jest w pierwszej fazie poglądom Locke'a, każdy dobrowolnie oddaje siebie ogółowi, ale w odróżnieniu od Locke'a Rousseau nie ceduje wolności jednostek na wybraną władzę polityczną. Władza ustawodawcza jest wyrazem woli wszystkich i dotyczy wszystkich. Oznacza to, że poszczególne osoby cedują swą wolność nie na jakąś władzę reprezentacyjną, ale na wolę powszechną, w której współuczestniczą. Tworzenie ustaw musi przebiegać poprzez referenda. Władza wykonawcza wydaje tylko przepisy szczegółowe i jest zależna od władzy wszystkich obywateli (ludu). Tak pojęta demokracja ma, zdaniem Rousseau, zabezpieczać równość i wolność wszystkich10.
Projekt Rousseau był projektem utopijnym, stąd próba jego urzeczywistnienia nie mogła się ziścić, natomiast droga do jego realizacji musiała być krwawa (rewolucja francuska). Na czym polegał błąd? Na tym, że osiągnięcie jednomyślności we wszystkich sprawach jest w większości wypadków niemożliwe, mniejszość ulec więc musi większości. W ten sposób zanika wolność. Równość staje się fikcją ze względu na zróżnicowanie kompetencji. Ludzie, mając równe prawo głosu, nie są w równy sposób odpowiedzialni, ponieważ nierówne są ich kompetencje. Odpowiedzialność obejmuje nie tylko zakres wolności, ale również treść wolności, która wkracza na teren wiedzy i umiejętności11.
Ale tu dotykamy głębszego problemu. O jakim "człowieku" mówi Rousseau? Jest to człowiek znajdujący się w stanie natury, którego odpowiednikiem nie tyle jest ktoś "dziki", żyjący poza społeczeń­stwem, ale biblijny Adam. Rousseau, mówiąc o człowieku w stanie natury, ma na myśli Adama przed grzechem pierworodnym. Ma to swoje ważkie konsekwencje. 

Zło w ludzkim działaniu jest skutkiem grzechu pierworodnego, jeśli jednak paradygmatem staje się Adam przed grzechem, stan do którego można dojść dzięki odpowiedniemu ustrojowi politycznemu, to pojawia się wówczas wizja nowego człowieka, który jest ponad dobrem i złem12. Do wizji takiej dojdzie później Nietzsche, ale jej zalążki są u Rousseau, a powstały na tle speku­lacji nie tyle filozoficznych, co teologicznych. Jeżeli człowiek w stanie natury jest poza grzechem, to pozostając w stanie wolności jest poza odpowiedzialnością, gdyż wręcz nie może uczynić nic złego. Apo­teoza wolności człowieka w stanie natury prowadzi w konsekwencji do kultu nieodpowiedzialności, jako nieodłącznej towarzyszki wolno­ści. Jest to uproszczona wersja poglądów Rousseau, ale takie staje się jej praktyczne oblicze. Ten liberalizm bardzo łatwo prowadzi do liber-tynizmu i permisywizmu. U jego źródeł leży błąd teologiczny, negu­jący obecność w ludzkim działaniu, z racji wewnętrznych (grzech), a nie zewnętrznych (społeczeństwo), skutków grzechu pierworodnego. 

Liberalistyczna koncepcja wolności, choć stawia w punkcie wyj­ścia ludzką wolność jako najważniejszą cechę człowieczeństwa, prowadzi do totalitaryzmu, libertynizmu i permisywizmu. Są to różne formy zniewolenia, czy to politycznego (totalitaryzm), czy moralnego (permisywizm, libertynizm). Tak pojęta wolność pozostawia bardzo małe pole dla odpowiedzialności zarówno indywidualnej, jak i społecznej oraz politycznej. Istnieje bowiem silna tendencja i pokusa, aby wola (indywidualna lub zbiorowa) kreowała dobro, wskutek czego owo dobro wykreowane samo się tłumaczy przez odniesienie do woli, a nie do obiektywnego, zastanego i odczytanego układu rzeczy. 

Liberalistyczna koncepcja wolności stanowi zagrożenie dla prawdziwej i odpowiedzialnej wolności ludzkiej tak w wymiarze osobistym, jak i społecznym.


1 Samo słowo "liberalizm" wskazuje na istotny związek tego nurtu z wolnością: liber - wolny. Jeżeli jednak liberalizm związać z najbliższym mu łacińskim liberalis, to niewielkie będzie tu pokrewieństwo, bo liberalis oznacza piękną cnotę szlachetności i wielkoduszności. Cnota ta charakteryzuje człowieka wolnego (w odróżnieniu od niewolnika), który potrafi wykorzystać swą wolność dla najszczytniejszych celów.
2 J. Locke, Dwa traktaty o rządzie, tłum. Z. Rau, Warszawa 1992, s. 165 (II, 2,4).
3ibid., s. 166(11,2,6).
4 Por. ibid., s. 222 (II, 7, 87). 5ibid., s. 172(11,2, 14).
6 ibid., s. 223 (II, 7, 87).
7 ibid., s. 258n (II, 11,135).
8 ibid., s. 232 (II, 97).
9 ibid., s. 222 (II, 7, 87).
10 A. Peretiatkowicz, Filozofia prawa J. J. Rousseau, Kraków 1913; M. A. Krąpiec, Człowiek i prawo naturalne, Lublin 1993, s. 75n.
11 Totalitarny aspekt demokracji w sensie Rousseau omawia J. L. Talmon, The Origins of Totalitarian Democracy, London, I, 3.
12 Zob. H. Gouhier, Les meditations metaphysigites de Jean-Jacques Rousseau, Paris 1984., s. 11-34.

 

Edukacja dla socjalizmu


Od ponad dziesięciu lat kraj nasz podlega tzw. restrukturyzacji praktycznie we wszystkich dziedzinach. Jedną z nich jest edukacja. W jakim kierunku idą te zmiany? Co one przyniosą? Kto za nimi stoi? Jakie będą następne pokolenia Polaków? Zanim odpowiemy na te pytania, warto najpierw przypomnieć, jak kształtowały się różne koncepcje edukacji na przestrzeni dziejów, w tym również w Polsce.
W tradycji klasycznej, stanowiącej ciąg kultury greckiej, rzymskiej i chrześcijańskiej, edukacja podporządkowana była nade wszystko rozwojowi osobowemu człowieka. Stąd na poziomie edukacji średniej akcent położony był na tzw. sztuki wyzwolone, natomiast na poziomie edukacji wyższej - na filozofię i teologię. W czasach nowożytnych, po reformacji, pojawia się nowa koncepcja edukacji, związana z przełomem cywilizacyjnym - na plan pierwszy wysuwa się teraz homo faber, inżynier, który znając tajniki przyrody, pozwala człowiekowi zapanować nad przyrodą, a dzięki wynalazkom i przemysłowi - czyni życie wygodnym i bezpiecznym; miejsce uniwersytetu zaczyna zajmować politechnika. Po rewolucji francuskiej pojawiła się nowa jeszcze funkcja szkoły: szkoła ma wychować obywateli państwa, zgodnie z obowiązującą ideologią, cel szkoły jest więc polityczny. I właśnie przez te dwa ostatnie trendy zdominowana była koncepcja edukacji XIX i XX wieku: przez trend POLITECHNICZNY i POLITYCZNY. Realizowanie takiego modelu kształcenia było ułatwione z tego względu, że od rewolucji francuskiej rozpoczął się proces masowego upań-stwawiania szkół w krajach zachodnich. Państwa więc odgórnie, dro­gą administracyjną mogły realizować swoje programy nauczania, nie pytając nikogo o zgodę.

W niniejszym wykładzie interesować nas będzie przede wszystkim aspekt polityczny edukacji. Polityka XIX i XX wieku rozwijała się w dwóch kierunkach: pierwszy był dośrodkowy i przybrał postać NACJONALIZMU. Niektóre narody europejskie przyjęły w spuściźnie doktrynę "narodu wybranego", uważając siebie za taki właśnie naród. Rozwojowi militarnemu i gospodarczemu towarzyszyło przekonanie o wyższości cywilizacyjnej, które znajdowało swoje odzwierciedlenie w apoteozie własnej kultury. Edukacja była narzędziem budowania nacjonalistycznej mentalności w najmłodszych pokoleniach. Drugi kierunek był odśrodkowy i miał charakter internacjonalistyczny, zwią­zał się przede wszystkim z ideologią SOCJALIZMU. Socjalizm miał być drogą prowadzącą do światowego KOMUNIZMU. Wariant połą­czenia tych dwóch przeciwstawnych sobie tendencji w postaci NA­RODOWEGO SOCJALIZMU wypalił się podczas II wojny światowej, po porażce Niemiec, podobnie jak trwający dłużej sowiecki socjalizm oparty nie na narodzie, ale instytucjonalnie na Związku Sowieckim, skończył się wraz z formalnym rozpadem tego państwa. Przetrwał natomiast socjalizm międzynarodowy, instytucjonalnie nie związany z żadnym państwem, ale przymocowany do wielu organi­zacji międzynarodowych mających wpływ na poszczególne państwa. Dość powiedzieć, że na 15 krajów Unii Europejskiej w 13 rządzą socjaliści. Komunistyczne resp. socjalistyczne partie rozsiane są po całym świecie. A w kwietniu 2000 r. w Brukseli miało miejsce kolejne spotkanie Międzynarodówki Socjalistycznej. 

Narodowy socjalizm nie przetrwał, bolszewizm nie przetrwał, ale socjalizm - przetrwał!  Jest dziś przewodnią siłą świata zachodniego.

Byłoby naiwnością sądzić że socjalizm, posiadając dominującą po­zycję polityczną, nie przenika do innych dziedzin, w tym do edukacji. Dalekosiężne plany opanowania świata, jakie od przynajmniej 200 lat towarzyszą socjalizmowi, za jeden z podstawowych elementów uznają właśnie edukację.
W krajach Unii Europejskiej edukacja w dalszym ciągu idzie je­szcze drogą sprzed Traktatu z Maastricht (1993). Przypomnijmy, że w powojennej historii Wspólnoty Europejskiej (EWG, Traktat rzymski 1957) współpraca miała charakter głównie ekonomiczny. W związku z tym edukacja pozostawała w gestii poszczególnych państw, realizu­jących w znacznej mierze kierunek obywatelski: ugruntowywanie świa­domości narodowo-państwowej. Również Traktat z Maastricht (1993) nie waży się jeszcze na odebranie poszczególnym państwom wpływu i odpowiedzialności za edukację swoich obywateli. Niemniej jednak art. 126 otwiera furtkę dla dużych wpływów Unii, która za pośredni­ctwem różnych funduszy programowych ukierunkowuje zmiany w edukacji1. W sposób bardziej zdecydowany wpływ ten zagwarantowany jest przez art. 130 f-p, dotyczący badań i rozwoju technicznego2. Unia Europejska przyjęła strategię wejścia w edukację poszczególnych państw od góry, czyli poprzez stworzenie takich programów, warunków formalno-prawnych i finansowych, które umożliwią posiadanie silnego wpływu na wyższe uczelnie i środowiska akademickie. Następna faza obejmuje zmianę programów edukacji na poziomie podstawo­wym i średnim. 

Praktycznie wygląda to w ten sposób, że podręczniki z jakich korzysta młodzież szkół podstawowych i średnich (w krajach Europy Zachodniej), są tradycyjne, czyli takie, jakie obowiązywały przed Traktatem z Maastricht. W Niemczech w 9 klasie gimnazjalnej nie ma jeszcze żadnej lekcji na temat Unii Europejskiej. Ale już w me­diach toczą się dyskusje wybitnych "specjalistów", którzy proponują odejść od niepotrzebnego balastu historii i dziedzictwa kulturowego.
Dyskusje te wzmacniane są przez modę młodzieżową na tzw. antikulturel, w których ośmiesza się, a wręcz zohydza wielkie postacie, jak choćby Szekspir czy Goethe. Po Traktacie amsterdamskim (1998/9), który w większym stopniu niż Traktat z Maastricht czyni z Unii scentralizowane państwo ponadnarodowe, nie ulega wątpliwości, że Unia położy swą ciepłą dłoń na całej edukacji we wszystkich państwach Unii i na każdym szczeblu. Inaczej nie utworzy się bowiem nowej świadomości europejskiej i nie utworzy nowego europejskiego obywatela. Jest to jednak proces długofalowy, który po drodze będzie musiał pokonywać szereg barier wynikających z lokalnej tradycji.

Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę w 1918 roku, po 123 latach zaborów, uwaga rodziców, nauczycieli, pedagogów, polityków skupiła się na problemie właściwego ukierunkowania edukacji. Chodziło przecież o scalenie narodu rozbitego pomiędzy różne obce wpływy. Takie zadanie wziąć musiała na swoje barki szkoła. W jednym z przedwojennych periodyków pedagogicznych możemy przeczytać wypowiedź dra J. Dobrzyńskiego, oddającego dobrze nastawienie ówczesnego pokolenia: "Trzeba pomyśleć o państwie, jego przyszłości ł ideowości: Polska to bariera, której sąsiednie narody albo muszą się opłacić, albo ją rozwalić. Zadaniem Polski - osiągnąć stanowisko mocarstwowe, uczynić, aby się wszystkim w niej dobrze działo. Na­ród, który chce żyć, a nie wegetować, musi czegoś pragnąć; dalecy od zakusów zaborczych, jeżeli jednak nie będziemy niczego pragnąć, do niczego dążyć, to zapragną inni - zagarnąć Polskę"3. Młode pokolenie wychowywane było w tym właśnie duchu, miłości do Polski wielkiej i niepodległej.

Po II wojnie światowej kraj nasz utracił niepodległość i stał się częścią tzw. bloku sowieckiego.  Obowiązującą ideologią tego bloku był komunizm, który stanowił zasadę organizacji życia politycznego, ekonomicznego i kulturalnego.  Presji tej ideologii została poddana również edukacja.  Rzecz jednak interesująca!  Edukacja ta z jakichś nie do końca jasnych powodów zachowała stosunkowo wysoki po­ziom zarówno gdy chodzi o program nauczania, jak i o wymagania wobec uczniów. Natomiast wtręty ideologiczne były stosunkowo łatwe do identyfikacji. Wprawdzie obowiązywała zasada: "patriotyczny w formie - socjalistyczny w treści", to jednak elementy patriotyczne w edukacji były obecne. O poziomie nauczania mogli przekonać się emigranci z czasów PRL-u, których dzieci zazwyczaj nie miały kłopotu w szkołach zagranicznych, a raczej uderzał niski poziom szkół zachodnich, zwłaszcza publicznych w porównaniu z poziomem szkół polskich.

Po roku 1989 nadzieje milionów Polaków na budowanie suwerennego państwa objęły również edukację. 

Chodziło przede wszystkim o odzyskanie pięknych polskich wzorów, obyczajów, ocenzurowanej i zubożonej literatury, chodziło o przywrócenie w pełni polskiej szkoły z jej najlepszymi tradycjami. Tymczasem działania poszły w innym kierunku. 

Rozpoczął się proces kosmopolityzacji polskiej szkoły w stronę socjalistycznego europejskiego internacjonalizmu, i to nieza­leżnie od tego, czy u władzy była lewica czy prawica. Wynikało to z polityki podporządkowywania Polski strukturom europejskim. Proces integracji Polski z Unią Europejską od początku lat 90. objął w ramach fazy dostosowawczej również edukację. 

Realizowano pro­gramy dostosowywania polskiego szkolnictwa zawodowego i technicznego do standardów funkcjonujących w państwach Unii Europejskiej, co miało ułatwić integrację systemu i struktury polskiego szkol­nictwa ze strukturami szkolnictwa w państwach Unii. Realizowano te zmiany w ramach różnych programów, jak: TEMPUS, TESSA, TERM, SOCRATES etc. 

Programy te objęły całą reformę edukacji w Polsce zarówno co do treści, jak i kadr, a także metod. Reforma była realizowana za pieniądze Unii Europejskiej i pod jej dyktando 4.

W ten sposób władze państwowe, niezależnie od tego czy rządziła lewica czy prawica, realizowały i realizuj ą program Unii Europejskiej. Jest w tym jakaś niesłychana nadgorliwość i zupełny brak ambicji. Oddano edukację w ręce obce, to znaczy oddano duszę polskiego narodu obcym, bo edukacja kształtuje przecież duszę, a kształtując duszę tworzy albo nie tworzy narodu. Już nie własne państwo, ale międzynarodowa struktura przygotowuje nam edukację zarówno pod względem programu, jak i metod, kadry i mechanizmów administracyjnych. 

Rzecz paradoksalna, w krajach Unii Europejskiej wcale nie ma jednolitego systemu edukacji. Okazuje się bowiem, że "systemy oświatowe państw europejskich mają silnie zróżnicowane struktury organizacyjne uzależnione od warunków ekonomicznych, historycznych, politycznych i społecznych". Co więcej, przeważa tendencja decentralizacyjna5. Nie ma więc w krajach członkowskich Unii Europejskiej jednolitego, ponadpaństowego systemu edukacji, kraje te, jak dotychczas, mają własne systemy edukacyjne. Czy w takim razie Polska wyprzedziła "Europę" i dobrowolnie poddała się nowemu, ponadpaństwowemu modelowi jako królik doświadczalny? Może brukselscy projektanci chcą na Polsce wypróbować takie rozwiązania, które wcielać będą w innych krajach europejskich posiadających swoją własną, silną tradycję?

Unia Europejska budowana jest w oparciu o metody zaczerpnięte z cywilizacji bizantyńskiej. Na czoło wysuwa się tu przerost prawa i administracji. Jednak treść, która wypełnia te ramy nie jest bizantyńska, choćby ze względu na gwałtownie postępujący sekularyzm (zeświecczenie); Bizancjum natomiast było państwem religijnym. Jaka jest wobec tego treść ideowa promowana w Unii Europejskiej? Tą treścią jest - socjalizm.
Na czym polega istota socjalizmu? Przede wszystkim na zabsolu-tyzowaniu społeczeństwa. Jest ono czymś wyższym od poszczególnego człowieka, człowiek jest tylko częścią społeczeństwa, ale taką częścią, którą społeczeństwo po prostu tworzy. Stąd nazwa "socjalizm" od socius (społeczny). Gdy komunizm kładzie nacisk na wspólną (communis) własność, tak socjalizm kładzie nacisk na społeczeństwo. Społeczeństwo, zdaniem socjalistów, tworzy człowieka we wszystkim, a więc również niszczy wszystko, co dominacji społeczeństwa się przeciwstawia. Oczywiście przez społeczeństwo praktycznie należy rozumieć władzę. Władza społeczna staje się absolutem, nad którym nie może być nic wyższego.
Czy można się dziwić, że w socjalizmie najbardziej znienawidzony jest Bóg jako ten, od którego pochodzi każdy człowiek? Bóg jako konkurent władzy społecznej musi być wyeliminowany, czy to fizycznie i wprost (socjalizm sowiecki), czy pośrednio i w sposób wyrafinowany (zachodni liberalizm). Po Bogu znienawidzone jest to, co człowiek posiada wprost od Boga: sumienie, wedle którego człowiek odróżnia realne dobro od zła, i prawo naturalne, które skłania człowieka ku realizowaniu siebie poprzez rodzinę i naród. 

Socjalizm odrzuca Boga, sumienie, rodzinę i naród. Realizując ten sam program, choć przy pomocy różnych metod, socjalizm wschodni połączył się z zachodnim. Warto wobec tego zobaczyć, jak w wybranych punktach, edukacja zachodnia zarażona jest socjalizmem.
W szkole tradycyjnej były różne przedmioty, takie jak: chemia, fizyka, matematyka, język polski, geografia, historia, filozofia, religia etc. Reforma wprowadza nowy podział. Odchodzimy od przedmiotów, a stopniowo wprowadzane jest tzw. kształcenie blokowe oraz tzw. ścieżki edukacyjne. Ponieważ oba wyrażenia mają postać metafory (blok, ścieżka), a komentarz wyjaśniający jest zbyt ubogi - przez pewien czas trudno było zrozumieć, o co tu chodzi. Aż wreszcie udało się odnaleźć pewien interesujący ślad. Już to było, już było przerabiane! W "Przyjacielu szkolnym", rocznik 1928, znajduje się bardzo ciekawy artykuł dotyczący reformy szkolnictwa w pewnym sąsiednim kraju. Reforma ta miała miejsce w roku 1923, w jej ramach zlikwidowano tradycyjne przedmioty, a w ich miejsce wprowadzono tzw. kolumny (praca, natura, społeczeństwo). Metodę określono mianem złożonej, a jej celem było aktywizowanie ucznia tak, aby sam ułożył sobie obraz świata w pewien logiczny system. Skutkiem tej reformy była eliminacja wielu przedmiotów, poszatkowanie pozostałych, gwałtowne obniżenie poziomu edukacji. Reforma dała tak fatalne efekty, że wkrótce z niej zrezygnowano i przywrócono dawne przedmioty. Otóż krajem, w którym dokonano tej reformy był oczywiście ZSRS. Ale reforma nie była oryginalnym tworem sowieckim. Została importowana z Zachodu. Stała za nią myśl Ferriere'a, Cosineta, Decrolyego i Deweya.

W Związku Sowieckim już w roku 1918 wprowadzono takie eksperymentalne rozwiązania, jak eliminacja egzaminów i odejście od zadań domowych. W roku 1928 John Dewey był w ZSRS i stwierdził, że sowiecka oświata jest modelem dla Zachodu. W roku 1919 Artur Calhoun propagował ideę, że rodzina jest przestarzałą formą pierwotną, która musi być zastąpiona przez państwo, dlatego to państwowa edu­kacja powinna zastąpić rodzinę. W roku 1930 Charles Potter zauważył, że edukacja państwowa oparta na ideach humanizmu zwycięży religij­ną, dzięki temu że szkoła publiczna (pozostająca w gestii państwa) ma do dyspozycji więcej dni niż niedzielna szkoła parafialna. W roku 1934 pojawiło się hasło critical thinking, myślenia krytycznego. Chodziło o to, żeby kokietując dzieci i młodzież możliwością przeprowadzania samodzielnej krytyki zastanych poglądów podważyć to, co stanowi stabilność kultury klasycznej (w tym chrześcijańskiej). Krytycyzm pozbawiony głębszej wiedzy i poczucia odpowiedzialności ma niewielki poznawczy wymiar, pozwala natomiast na odrzucenie wszelkich, jakże ważnych dla wychowania i rozwoju dziecka, autorytetów: rodziców, nauczycieli, mistrzów, a nawet religii (Objawienie). Szczególną rolę w stosowaniu ideologii socjalistycznej w edukacji odegrał słynny matematyk i filozof Bertrand Russel. Pisał on w roku 1951: "... psycholog społeczny przyszłości będzie dysponował wieloma klasami, w których na dzieciach będzie wypróbowywał różne metody tworzenia niewzruszonych przekonań, np. że śnieg jest czarny. Wkrótce osiągnięte zostaną różne rezultaty, najpierw okaże się, że wpływy domu są zawadą... Gdy ta technika zostanie udoskonalona, każdy rząd, który będzie miał wpływ na edukację dłużej niż przez jedno pokolenie, będzie mógł kontrolować społeczeństwo bez wojska i bez policji." (The Impact of Science upon Society).

Natomiast William Glasser propagował niezwykle groźną z punktu widzenia moralnego, wychowawczego i społecznego metodę cognitive dissonance (dysonans poznawczy). Jej istota polega na stawianiu dziecka w sytuacji imaginatywnego wyboru, którego efektem ma być preferencja do zła, następnie relatywizm moralny, a później całkowity subiektywizm. Metoda ta czyni potworne spustoszenie zarówno w psychice dzieci, jak i w całym społeczeństwie, które traci wspólną orientację, co dobre, a co złe. Bez takiej zaś wspólnej orientacji nie można już mówić o społeczeństwie, które powiązane jest dobrowolny­mi i duchowymi relacjami. Metoda "dysonansu poznawczego" polega na postawieniu człowieka wobec zmyślonego wyboru, który rozszar­puje sumienie. Np. kogo z rodziny wyrzucisz z 3-osobowej łódki, jeśli w łódce przebywa 6 osób? Czy ukradniesz coś, co ocali ludzkość? itp.

Rozbite masy społeczne stają się łatwym narzędziem manipulacji, zwłaszcza dla międzynarodowych gigantów z dziedziny mediów, biznesu i polityki (globalizm). Masami tymi daje się sterować przy pomocy najnowszych osiągnięć nauki. 

Pisze o tym Zbigniew Brzeziński: "W społeczeństwie technetronicznym główny trend będzie biegł w kierunku skutecznego wykorzystania najnowszych technik komunikacji w celu manipulowania emocjami i kontrolowania rozumu... Ludzkie istoty będą coraz bardziej plastyczne i podatne na manipulację... coraz bardziej dostępne są biochemiczne środki umożliwiające kontrolowa­nie człowieka... a także chemiczna kontrola umysłu... rozwijana jest też sieć elektronicznej informacji państwowej. Projektowany model sieci informacyjnej najlepiej pasuje dla Japonii, Zachodniej Europy i Stanów Zjednoczonych, ale mógłby stanowić podstawę dla powszechnego programu edukacji, przyjęcia powszechnych standardów akade­mickich". (Between Two Ages).


Czasem niektórzy politycy zdobywają się na szczerość, mówiąc, że chodzi tu ostatecznie o walkę między socjalizmem i chrześcijaństwem. W oficjalnych dokumentach UNESCO możemy przeczytać, że chodzi o zastąpienie Boga i religii, pluralizmem wartości i dialogiem. Jeden z "humanistów" (P. Brandwein pisze, że każde dziecko, które wierzy w Boga jest chore umysłowo (1981). Inny "humanista" (J. Dunphy) twierdzi, że walka o przyszłość ludzkości musi być wygrana w szkole, jest to walka pomiędzy gnijącym chrześcijaństwem, a nową wiarą hu­manizmu, humanizm zwycięży (1983)6.
Ten międzynarodowy, ponadpaństwowy i ponadeuropejski socjalizm jest treścią wypełniającą programy i metody edukacji w Ameryce Północnej, wkracza do krajów Unii Europejskiej, jest w coraz więk­szym stopniu obecny w Polsce7.

Dla naszej tożsamości opartej na głębokim patriotyzmie i wierze najnowsza, globalna wersja socjalizmu działać będzie niezwykle wyniszczające. Bo właśnie destrukcji ulec mają te dwa podstawowe cywilizacyjne filary, które nam pozwalaj ą być nie tylko Polakami, ale po prostu ludźmi.

Co robić? Jak się bronić? Są różne drogi. Najpierw należy zacząć od własnego podwórka, czyli od własnej rodziny. Trzeba rozmawiać z dziećmi, czego i jak uczą się w szkole. Trzeba przeglądać zawartość podręczników, zwłaszcza z zakresu nauk humanistycznych (polski, historia, nauki społeczne etc.). Należy zmienić nauczycieli lub szkołę, jeśli demoralizuje i nie kształci dzieci. W miarę możliwości należy porozumieć się ze środowiskiem i zakładać własne szkoły, których celem jest wychowanie i solidna nauka. Należy również włączać się w prace społecznych gremiów mających wpływ na szkołę (rady rodzicielskie itp.). A wreszcie należy być aktywnym społecznie i politycznie. 

Wybory do samorządu czy do parlamentu to okazja do zdobycia szerszego wpływu na edukację w Polsce, czy to na poziomie lokalnym, czy też krajowym. Możliwości działania jest wiele, a sprawa jest pierwszej wagi. Jeżeli bowiem następnego pokolenia Polaków nie wychowamy i nie wykształcimy, jak na Polaków przystało, to nie będzie kto miał bronić Polski i naszego Narodu. Nasi wrogowie dawno już zorientowali się, że kto ma młodzież, ten ma przyszłość. I nie żartują. Dlatego dołóżmy wszelkich starań, aby im naszej młodzieży nie oddać, aby następne pokolenie Polaków... było Polakami.



1 "Wspólnota przyczynia się do podnoszenia poziomu oświaty zachęcając państwa członkowskie do współpracy i, jeśli jest to konieczne, wspierając i uzupełniając ich działalność, jednocześnie całkowicie respektując odpowiedzialność państw członkow­skich za treści nauczania, organizację systemów oświatowych i ich różnorodność kul­turową i językową", art. 126.

2 "...Wspólnota podejmuje następujące działania uzupełniające działalność państw członkowskich: a) realizowanie programu badań, programów rozwoju technicznego i programów doświadczalnych poprzez wspieranie programów współpracy z i po­między przedsiębiorstwami, ośrodkami badawczymi i szkołami wyższymi.", art. 130g.

3 "Przyjaciel szkoły", 5 marca 1928, VII, nr 5, s. 151. 76

4 W "Monitorze Integracji Europejskiej" wydawanym przez Biuro Pełnomocnika Rządu ds. Integracji Europejskiej oraz Pomocy Zagranicznej możemy zapoznać się ze sposobem korzystania z funduszy unijnych w sferze edukacji: "Tempus 1993 -wsparcie dla projektów dotyczących modernizacji programów nauczania i programów studiów, oraz podnoszenia kwalifikacji nauczycieli akademickich w dziedzinach o priorytetowym znaczeniu dla powodzenia rządowego programu reform gospodarczych (m.in. ekonomia i zarządzanie, nowe technologie, ochrona środowiska) oraz integracja Polski z krajami Unii Europejskiej (studia europejskie, nauczanie języków obcych). [...] wsparcie unowocześnienia programów edukacyjnych, wzbogacenia programów studiów w ramach wyższych uczelni oraz podwyższanie kwalifikacji nauczycieli akademickich w priorytetowych obszarach strategicznie waż­nych dla reform społeczno-ekonomicznych". "[Program TERM] - wsparcie dla przygotowania kadr i wzmocnienie instytucjonalne (program umożliwia pracowni­kom oświaty zdobycie odpowiednich umiejętności, wiedzy, doświadczeń oraz ko­rzystanie z doradztwa międzynarodowego i sprzętu technicznego); wzmocnienie instytucji zarządzających oświatą- Ministerstwa Edukacji Narodowej i kuratoriów; zdefiniowanie standardów i stworzenie systemu egzaminów państwowych w oparciu o normy europejskie", s. 183-4.

5 J. Osiecka, Mechanizmy funkcjonowania oświaty oraz nakłady rządowe na edukację w wybranych krajach europejskich, Warszawa 1995, s. In.

6 Zob. D. L. Cuddy, A Chronology of Education with Quotable Quotes, w: "The Florida Forum", May 1993.

7 Warto przypomnieć, że reforma edukacji była "konsultowana" z OECD.


 

 

> > >  Kliknij -  wróć do poczatku strony - Do Gory  < < <

 

 

 

 

Zamknij to okno