Jerzy Robert Nowak 


Przemilczane
Zbrodnie


[Cykl Drukowany w Tygodniku  NASZA POLSKA w Roku  1999]

 

Jerzy Robert Nowak

Przemilczane Zbrodnie  (2)

 

Jawni wrogowie Polaków

Dziś po ponad półwieczu przemilczeń prawdy o kolaboracji przeważającej części Żydów na Kresach z sowieckimi najeźdźcami niewiele osób pamięta, jak bardzo pamięć o tej kolaboracji była silna w czasie wojny. Jan Błoński zdumiewał się, że nawet tak wielka orędowniczka pomocy dla Żydów w czasie wojny pisarka Zofia Kossak równocześnie uważała ich za wrogów polskich. Czy Błoński tylko udaje głupiego, czy naprawdę nie wie, jak bardzo Polacy po 1939 r. zostali wstrząśnięci nagłym zaprezentowaniem się wielkiej części Żydów jako jawnych, nieubłaganych wrogów Polski. Przecież nawet brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych jednoznacznie uznało, że Żydzi byli głównymi kolaborantami ze Związkiem Sowieckim w latach 1939-1940 (według książki żydowskiego autora Harveya Sarnera General Anders and the Soldiers of the Second Polish Corps, Brunswick Press, Cathedral City 1997, s. 4).

Jeszcze 27 lipca 1944 r. Delegat Rządu RP powiedział w toku dyskusji z reprezentantami "Żegoty" (Rady Pomocy Żydom), że: Pamięć o zachowaniu się Żydów na terytoriach okupowanych przez Sowietów również wpłynęła na wrogą postawę wobec nich. (Cyt. za tekstem żydowskiego historyka Kermisha The Activities of "Żegota" w Rescue Attempts during the Holocaust. Procededings of the Second Yad Vashem International Historical Conference, Jerusalem April 8-11, 1974, Jerusalem 1977, s. 389.) Żydowski Joseph Kermish stwierdził uogólniająco, iż: Nawiasem mówiąc, skargi na ścisłą kolaborację między sowieckimi władzami a Żydami i oskarżenia, że "Żydzi aktywnie uczestniczyli w komunistycznych ciałach rządzących ustanowionych przez najeźdźcę (Związek Sowiecki)" była podnoszona za każdym razem, gdy dochodziło do spotkań między żydowskimi przywódcami podziemia, a ich polskimi odpowiednikami. A więc przez cały czas podczas wojny polscy patrioci nie zapominali o zdradzieckiej postawie żydowskich kolaborantów z Sowietami. Dziś zapomina o tym z wygody, koniunkturalizmu czy ze strachu przed podpadnięciem jako "niepoprawni politycznie" ogromna część polskich historyków, dotykająca w ten czy inny sposób problematyki stosunków polsko-żydowskich w czasie wojny. Oczywiście są i tacy, którzy milczą o tych sprawach tylko ze względu na swą skrajną filosemicką tendencyjność (np. Garlicki, Friszke, Borodziej).

Ani jednego goja w tłumie kolaborantów

Ogromna ilość relacji o sytuacji na Kresach po wkroczeniu wojsk sowieckich we wrześniu 1939 r. zgodnie przeciwstawiała panującą wśród Polaków atmosferę przygnębienia i żałoby nastrojom wielkiej radości i fety, powszechnie panującym wśród żyjących na Kresach Żydów. Polacy z prawdziwym zaszokowaniem reagowali na wszechobecne obrazy fraternizacji rzesz żydowskich z najeźdźczymi wojskami sowieckimi, probolszewickiej ekstazy Żydów. Na wzajemnych stosunkach Polaków i Żydów w tym czasie strasznym cieniem położyły się bardzo liczne wówczas objawy lżenia pokonanej Polski przez Żydów, wykorzystujących swą uprzywilejowaną pozycję w oczach sowieckiego okupanta do spychania dyskryminowanych Polaków na margines życia.

Żydowski historyk Dov Lewin pisał: Różne świadectwa dowodzą, że niemal wszędzie Armia Czerwona spotykała się z radosnym przyjęciem. Gdy Żydów z Kowla (na Wołyniu) poinformowano, że Armia Czerwona zbliża się do miasta, oni świętowali całą noc. Gdy Armia Czerwona faktycznie weszła do Kowla - Żydzi przywitali ją z nie dającym się opisać entuzjazmem (por. D. Levin The Lesser of Two Evils. Eastern European Jewry under Soviet Rule, 1939-1941, Philadelphia 1995, s. 33).

Takich opinii i takich świadectw na temat zachowania wielkiej części Żydów wobec Sowietów po 17 września 1939 r. jest bardzo dużo. Przytoczę jeszcze kilka przykładów relacji tego typu, podkreślając, że jest to cząstka z ogromnej ilości świadectw o identycznej wymowie. Żydowski świadek wydarzeń w Wilnie - Gershon Adiv tak wspominał w wiele lat później: Trudno jest opisać emocję, jaka ogarnęła mnie, gdy zobaczyłem na ulicy, naprzeciw naszych wrót - rosyjski czołg z uśmiechniętymi młodymi ludźmi, mającymi jaskrawe gwiazdy czerwone na swych piersiach. Jak tylko maszyny stanęły, ludzie stłoczyli się tłumnie wokół nich. Ktoś wykrzyknął: "Niech żyje rząd sowiecki!" i wszyscy wiwatowali. Trudno było znaleźć jednego goja w tym tłumie (tamże, s. 33).

W Baranowiczach: Ludzie całowali zakurzone buty żołnierzy. Dzieci pobiegły do parku, narwały jesiennych kwiatów i zasypały nimi żołnierzy... Czerwone flagi znaleziono dosłownie w mgnieniu oka i całe miasto zostało zakryte czerwienią. Miasto Kobryń również zostało zalane czerwonymi flagami, które przygotowali miejscowi komuniści przez oddarcie białego pasa z dwukolorowej flagi polskiej. Wiwatujący tłum rozrzucał ulotki piętnujące faszystowski reżim Polski i wychwalający Armię Czerwoną (tamże, s. 34).

Podobnego typu świadectwa o prosowieckim zachowaniu ogromnej części Żydów, budowaniu przez nich powitalnych bram triumfalnych dla wkraczających wojsk najeźdźczych, można by długo mnożyć, przytaczając opisy z przeróżnych miast od Brześcia nad Bugiem po Brasław, Ciechanowiec, Różany, Pińsk czy Równe.

Wizja Stalina jako "nowego Mesjasza"

Jednym ze świadectw, bardzo charakterystycznych dla prosowieckich oczekiwań wielkiej części młodzieży żydowskiej, była zarejestrowana po latach w 1980 r. na taśmie magnetofonowej relacja Celiny Konińskiej, która w 1939 r. jako uczennica szkoły średniej należała do KZM (Komunistycznego Związku Młodzieży) we Lwowie: Muszę powiedzieć, że jeśli kiedyś człowiek doznał pełnego szczęścia, to był ten dzień wkroczenia Armii Czerwonej. Tak sobie wyobrażam, że Żydzi, którzy czekają Mesjasza, tak się będą czuli, jak przyjdzie kiedyś ten Mesjasz. Trudno znaleźć słowa, które by określiły to uczucie. To jakieś oczekiwanie, jakieś wielkie szczęście. I wreszcie doczekaliśmy się, przyszli do Lwowa. Pierwsze tanki zajechały, zastanawialiśmy się, jak to zrobić, jak to wyrazić: kwiaty rzucać, śpiewać?... (cyt. za J.T. Gross Upiorna dekada. Trzy eseje o stereotypach Żydów, Polaków, Niemców i komunistów 1939-1948, Kraków 1998, s. 68).

Taki prosowiecki fanatyzm nie ograniczał się jednak tylko do młodszych, ogłupionych sowiecką propagandą pokoleń Żydów. Żydowski autor F. Zerubawel wspominał, jak spotkał w shtetl starego Żyda, który stwierdził: To są czasy Mesjasza i Stalin jest sam Mesjaszem (cyt. za N. Davies, A. Polonszky Jews in Eastern Poland and the USSR, 1939-1946, Londyn 1991, s. 16).

Jawni wrogowie Polaków

Sam w sobie ten prosowiecki entuzjazm Żydów nie byłby może zbyt groźny, gdyby nie to, że bardzo często łączył się z nienawiścią do Polaków, ich poniżaniem przez dużą część Żydów, donoszeniem na Polaków, wyłapywaniem polskich oficerów etc. Znamienne było świadectwo Władysława Siemiaszko, w 1939 r. pracownika urzędu gminnego w Werbie, powiat Włodzimierz Wołyński. Siemaszko tak wspominał po latach w relacji spisanej w 1990 r.: Wielu Żydów z miejsca związało się z władzą sowiecką i współpracowało z tą władzą. Występowali jawnie jako wrogowie Polaków (...). Specjalne względy władze sowieckie okazywały Żydom. Propaganda sowiecka na każdym kroku obrażała uczucia Polaków (cyt. za wyborem dokumentów w książce R. Szawłowskiego Wojna polsko-sowiecka 1939, Warszawa 1997, t. 2, s. 211-212).

Bardzo ponurą wizję symbiozy prosowieckiego entuzjazmu z nienawiścią do Polski znajdujemy w opublikowanych w 1999 r. wspomnieniach zmarłego w 1946 r. dyrektora gimnazjum w Przemyślu i kustosza Archiwum Ziemi Przemyskiej, Jana Smolki. Z nieukrywaną goryczą tak pisał on o fali żydowskiej kolaboracji z Sowietami we wrześniu 1939 r. w Przemyślu: Wieczorem, gdy się już ściemniło, wyszedłem na miasto i skierowałem się w stronę Placu na Bramie. Panował tam nieopisany zgiełk i ścisk, jakiego Przemyśl chyba nie przeżywał. Masy żydostwa przewalały się na wszystkie strony i nie można było się przez te tłumy przecisnąć. A wszystko to było rozradowane, butne i aroganckie. Zniechęcony zawróciłem do domu. Po drodze aż do ulicy Grodzkiej widziałem wszędzie podobny obraz. Wszelka kanalia, kryminaliści itp. hołota powychodziła z ukrycia i rozpychała się bezceremonialnie, obok mnie przesuwały się katylinarne postacie, których przedtem nikt nie widywał. Był to naprawdę koszmarny widok, który mógł mniej odpornych ludzi moralnie zmiażdżyć. Wystawy sklepowe oświetlone i udekorowane portretami, nawiasem mówiąc marnymi, Lenina, Stalina, Mołotowa, Woroszyłowa i innych dygnitarzy bolszewickich. W następne dni widziało się ten sam obraz. Żydzi się cieszyli. Po sklepach wykrzykiwali pod adresem polskiej publiczności nieparlamentarne wyrazy na Polskę, nawet młode Żydóweczki dawały upust swojej radości. "Ach nie masz pojęcia, jak ja się cieszę, że Sowiety przyszli" mówiła jedna Żydóweczka do drugiej na ul. Franciszkańskiej. Inne znowu wieczorem codziennie przychodziły przed gmach Kasy Skarbowej i wyśpiewywały bolszewikom "jodlery". Kiedy się zaczęły organizować urzędy bolszewickie, wszystkie biura zalali Żydzi (por. J. Smolka Przemyśl pod sowiecką okupacją. Wspomnienia z lat 1939-1941, Przemyśl 1999, s. 34).

Nadzorowanie aparatu przemocy

Zbolszewizowani Żydzi stali się najlepszymi pomocnikami władzy najeźdźczej, jej swoistymi janczarami. To oni nadzorowali przeważającą część aparatu przemocy, organizując aresztowania i deportacje Polaków na Kresach i rozwijając najróżniejsze formy walki z polskością. Żydzi kontrolowali wielką część nowych sowieckich sądów na Kresach, odgrywali bardzo dużą rolę w "czerwonej milicji", zwłaszcza w miastach i miasteczkach stanowili niemałą część sędziów śledczych oraz więziennych i obozowych katów. Tadeusz Piotrowski w gruntownie udokumentowanej monografii Poland's Holocaust pisał: Świadectwa, pamiętniki i prace historyczne tysięcy Polaków, którzy przeżyli wojnę mówią o żydowskim fetowaniu, o żydowskim nękaniu Polaków, o żydowskiej kolaboracji (donosach, obławach na ludzi i wyłapywaniu Polaków na deportacje), o żydowskiej brutalności i dokonywanych z zimną krwią egzekucjach, o żydowskich prosowieckich komitetach i milicjach, o wysokim procencie Żydów w sowieckich organach przymusu po sowieckim najeździe w 1939 r. Polacy postrzegali to wszystko jako niewdzięczność i zdradę. Żydzi widzieli w tym zemstę i rewolucję (por. T. Piotrowski Poland's Holocaust, Jefferson, North Carolina 1998, s. 51).

Warto przypomnieć w tym kontekście oceny żydowskiego historyka Ben-Cion Pinchuka, który akcentował: Według licznych polskich raportów, rewolucyjne komitety składały się niemal całkowicie z Żydów i z niewielkiej ilości Ukraińców. Wykonawczym narzędziem tych komitetów była milicja obywatelska. W obu tych organizacjach Żydzi grali dominującą rolę. Według polskich źródeł (...) Komitety zachowywały się tak, jakby były rządem do czasu wejścia Armii Czerwonej (por. Ben-Cion Pinchuk Shtetl Jews under Soviet Rule. Eastern Poland on the Eve of the Holocaust, Oxford 1991, s. 25).

Czesław Blicharski tak opisał rolę Żydów z "czerwonej milicji" w napisanej przez niego popularnej historii Tarnopolu w latach 1809-1954: Wkrótce na ulicach miasta pokazała się milicja, sformowana przeważnie z Żydów z ulicy Podolskiej Niższej, ubrana w lotnicze polskie płaszcze, uzbrojona w polskie karabiny, z czerwonymi opaskami na ramieniu. Przy jej pomocy zaczęła się penetracja domów, poszukiwanie proskrybowanych i zapełnianie więzień (por. C. Blicharski Tarnopol w latach 1809-1945 (od epizodu epopei napoleońskiej do wypędzenia), Biskupice 1993, s. 289).

Gdy rządziły "czerwone" męty

Wśród ogółu Żydów - "czerwonych milicjantów" na ogół dominowała skrajna agresywność i brutalność, połączona z poczuciem wszechwładzy i pogardy wobec Polaków, których uznawali za nieodwołalnie przegranych. Częstokroć przy tym były to osoby wywodzące się z najgorszych szumowin miejskich i wiejskich, tak jak przeważająca część UB-owców po 1945 r. Żydowski autor Henryk Reiss w swych ciekawych wspomnieniach Z deszczu pod rynnę dał jaskrawy obraz takiego młodego żydowskiego milicjanta-awanturnika. Jak się okazało, był to wiejski półgłówek, biedny i bez zajęcia, który nagle awansował do roli strażnika bolszewickiego "ładu" w okolicy (por. H. Reiss Z deszczu pod rynnę. Wspomnienia polskiego Żyda, Warszawa 1993, s. 17).

Inny żydowski autor Mark Verstandig wręcz nazwał mętami ludzi dominujących w milicji i komitecie obywatelskim w mieście powiatowym Mościska w województwie lwowskim. Według Marka Verstandiga: Zmiany były wprowadzane przez milicję i komitet obywatelski, w których większość stanowili Żydzi. Ogólnie biorąc, były to takie męty z shtetl (małych miasteczek żydowskich - J.R.N.), kierowane przez kilku żydowskich komunistów, którzy stanęli na ich czele po uwolnieniu z więzienia (por. M. Verstandig I Rest My Case, Melbourne 1995, s. 98-99).

Krzysztof Czubara w artykule Pod sowiecką okupacją w "Tygodniku Zamojskim" z 18 września 1996 r. podał drastyczne wręcz fakty o zachowaniu żydowskich milicjantów w Zamościu we wrześniu 1939 r.: Milicjanci, szczególnie Żydzi, nie mieli żadnych skrupułów. Rozbrajali żołnierzy polskich, a rannych rozbierali do bielizny, zabierali im buty, zegarki, rowery, furmanki i inne cenne przedmioty (...). Niektórych jeńców zabijano. Np. w pobliżu Rotundy rozstrzelano kilku policjantów (cyt. za R. Szawłowski, op.cit., t. 2, s. 434).

Pułkownik Stanisław Karliński ps. "Burza" po wojnie na emigracji (między innymi dyrektor zarządu Kongresu Polonii Kanadyjskiej) pisał w relacji z marca 1992 r.: W 1939 r. 21 września dostałem się do niewoli sowieckiej. Już na drugi dzień jeńcy Wojska Polskiego byli nadzorowani w większości przez Milicję Żydowską, która była bardzo rygorystyczna, a czasem nieludzka, szczególnie w stosunku do kadry oficerskiej i policji. Były sytuacje, że żołnierze sowieccy interweniowali w naszej obronie (z relacji płk. S. Karlińskiego "Burzy", otrzymanej za pośrednictwem M. Paula z Kanady).

W książce Okrutna przestroga czytamy opisy zachowania się Żydów, którzy wstąpili do "czerwonej milicji" w Kątach w pobliżu Krzemieńca i, korzystając ze swego nowego statusu milicjantów, pobili kilku polskich oficerów za ich rzekome zbrodnie. Bardzo wielu Żydów stało się członkami milicji jako organu pomocniczego dla NKWD w Równem.

Feliks Jasiński, były mieszkaniec Kąt na Wołyniu, tak opisywał wydarzenia po 17 września 1939 r. w swojej miejscowości i pobliskich miasteczkach: Zaczęło się nowe życie. (...) Żydzi w miasteczkach lepsze towary pochowali i stosunek Żydów do Polaków z miejsca się zmienił: był ordynarny, obrażający. Wyśmiewali rządy polskie i instytucje społeczne, zatruwali życie Polakom. Młodzi Żydzi wstąpili do milicji i w tej randze przyjeżdżali do nas i bili niektórych strzelczyków (Romka Kucharskiego i innych) za rzekome przestępstwa (chodzi o byłych członków Przysposobienia Wojskowego "Strzelec") (...). W Szumsku powstał region obejmujący poprzednie trzy gminy. Utworzono nowe urzędy i bank, w których urzędnikami byli prawie sami Żydzi (cyt. za Okrutna przestroga, oprac. J. Dębski i L. Popek, Lublin 1997, s. 165).

Terror godził głównie w Polaków

Znamienne było przy tym, że terror "czerwonej milicji" i innych organów sowieckiej władzy był wymierzony, zwłaszcza w pierwszych miesiącach po 17 września 1939 r., głównie przeciwko Polakom. Jak pisał Zbigniew Romaniuk Nowy oficjalny aparat traktował wszystkich Polaków jako potencjalnych wrogów (por. Z. Romaniuk: Twenty-One Months of Soviet Rule in Brańsk w: The Story of Two Shtetl Brańsk and Ejszyszki, Toronto-Chicago 1998, cz. 1, s. 61).

Warto przypomnieć również szczere wyznania jednego z ówczesnych żydowskich lokalnych nadzorców czerwonego terroru: Sowieckie władze organizowały lokalną milicję i radę miejską, zapełniając ich szeregi szeregiem moich przyjaciół, którzy byli członkami podziemnej Partii Komunistycznej. W ciągu następnych kilku dni uczęszczałem w wielu politycznych zebraniach i stałem się przywódcą młodych ludzi, którzy podziwiali Związek Sowiecki. (...) Polskie władze i militarny personel, pozostający w mieście, zostały aresztowane wraz z klerem wszelkich wyznań. Wielu obywateli, w tym i moi rodzice, potępiało te akcje, ale mnie się one wydawały logiczne i niezbędne, kler i polskie władze miały bowiem silne nastawienie antysowieckie i antykomunistyczne (por. J. Bardach i K. Gleeson Man is Wolf to Man. Surviving the Gulag, Berkeley and Los Angeles, University of California Press 1998, s. 26, 28).

Rządy Josielewiczowej w Zdzięciole

Zdominowane przez zbolszewizowanych Żydów tzw. komitety rewolucyjne w miastach i miasteczkach niejednokrotnie skrajnie wyżywały się w brutalności wobec miejscowych Polaków, grabiąc ich i aresztując. Bardzo plastyczny obraz działania typowego takiego komitetu rewolucyjnego, kierowanego przez Żydówkę Josielewiczową, znajdujemy we wspomnieniach byłego burmistrza miasta Zdzięcioł - Henryka Poszwińskiego. Pisał on: Agresor ze wschodu, podobnie jak ten z zachodu, niszczył wszystko, co polskie, a do Polaków odnosił się wrogo i bezwzględnie. W jego akcji zmierzającej do wytępienia narodu polskiego pomagały mu na wezwanie władz sowieckich miejscowe elementy przestępcze i wywrotowe, pośród których w miastach i miasteczkach było wielu młodocianych Żydów. Wezwania zrzucane masowo z bezkarnie krążących nad wsiami i miastami samolotów sowieckich. (...) W Zdzięciole na czele komitetu rewolucyjnego, zorganizowanego jeszcze przed przybyciem wojsk sowieckich, stanęła Żydówka o nazwisku Josielewicz. Policja zdzięciolska opuściła miasto zaraz po przekroczeniu granicy przez wojska Armii Czerwonej. Pod wieczór 17 września doszło do mej wiadomości, że bandy wypuszczonych z więzienia przestępców szykują się do rabunku sklepów. Zarządziłem zbiórkę straży pożarnej i obywatelskiej i obie te organizacje przystąpiły do pełnienia obowiązków bezpieczeństwa w mieście. Do rabunku sklepów nie doszło, ale bandy rzuciły się na bezbronną ludność, która przed Niemcami uciekła z zachodu na wschód kraju. Złoczyńcy obdzierali ludzi z odzieży, obuwia i wszystkiego, co przy sobie mieli. Przydrożne rowy, poza miastem, zasłane były zabitymi. Wielu pomordowanych leżało bez ubrań i obuwia. Komitet rewolucyjny, który wkrótce rozbroił straż pożarną i obywatelską i objął władzę w mieście, przypatrywał się temu bezczynnie. W godzinach rannych 18 września przejeżdżał jeszcze przez Zdzięcioł mały oddział wojska polskiego. Był to zespół szpitala polowego wieziony na kilkunastu wozach o konnym zaprzęgu. W skład transportu wchodziło 30 szeregowych pod dowództwem sierżanta. Komitet rewolucyjny usiłował transport ten zatrzymać i rozbroić. Żołnierze oddali salwę w górę, a komitet w popłochu uciekł za miasto i ukrył się w gąszczach miejskiego cmentarza. (...) W godzinach popołudniowych 18 września wojska sowieckie wkroczyły do Nowogródka, a pod wieczór tegoż dnia trzy pierwsze czołgi sowieckie wjechały do Zdzięcioła. Cały komitet rewolucyjny z przewodniczącą Josielewicz na czele wystąpił na powitanie najeźdźców. Wznoszono okrzyki: "Niech żyje wielki Stalin" (por. H. Poszwiński Spod Łowicza do Londynu, Londyn 1967, s. 112).

Poszwiński opisał później podstępny sposób, w jaki został aresztowany przez rewolucyjny komitet Josielewiczowej: W godzinach rannych 19 września przybył do magistratu Żyd, jeden z członków komitetu i oznajmił mi, że komitet prosi mnie o przybycie na zebranie w sprawie spędzonego do Zdzięcioła z zachodu kraju bydła, wśród którego wybuchła epidemia pryszczycy. Wierząc w prawdziwość tego, co mi zakomunikowano, wstałem i ubrany, tak jak siedziałem za biurkiem, udałem się z panem komitetowym na drugi koniec miasta do siedziby komitetu. Zanim dostałem się do pokoju przewodniczącej, czekałem około godziny. (...) Podłogi wewnątrz budynku zalane były papierami i aktami pozostawionymi przez polską policję. W kątach pokojów leżeli pobici dotkliwie ludzie, pośród których większość stanowili uciekinierzy przed Niemcami. Członkowie komitetu w cywilnych ubraniach, z czerwonymi opaskami na rękawach, z gwiazdą sowiecką na czapkach, z karabinami lub rewolwerami w ręku, prześcigali się nawzajem w brutalnym traktowaniu ludzi. To było trudne do zniesienia widowisko.

Po godzinnym blisko oczekiwaniu rozwarły się drzwi i polecono mi wejść do pokoju przewodniczącej. Wszedłszy, zobaczyłem trzy lufy karabinowe wymierzone w moim kierunku, a jeden z oprawców wykrzyknął: "Ręce do góry!".

Podniosłem ręce i zwróciłem się do przewodniczącej: "Co ja wam złego zrobiłem i dlaczego tak ze mną postępujecie?". Josielewicz, chociaż dobrze znała język polski, odpowiedziała po rosyjsku: "Przyjdzie czas, że wam wszystko będzie wiadome!" (...). (por. tamże, s. 113-114).

Przewodnicząca Josielewicz wyjaśniła oficerowi NKWD powody aresztowania Poszwińskiego, wskazując, że jest to polski oficer, polski patriota, były burmistrz miasta, a to już chyba wystarczy. I wystarczyło, by enkawudzista wypełnił odpowiednią rubrykę o Poszwińskim: Biezopasnyj eliment (niebezpieczny element). Wraz z mnóstwem innych aresztowanych Polaków: kierownikami szkół, wójtami gmin, sołtysami, urzędnikami, jakimś księdzem misjonarzem, Poszwiński został powieziony pod eskortą do więzienia w Nowogródku. Jak później wspominał: Przez cały czas tej jazdy, trwającej przeszło godzinę, leżeliśmy na dnie wozu od węgla, a czterech Żydów, członków komitetu rewolucyjnego, stało nad nami z karabinami w rękach, powtarzając co pewien czas ostrzeżenie: "Nie podnosić głowy, bo kula w łeb!".

Droga, po której wóz się zwolna posuwał, zatarasowana była w wielu miejscach armatami artylerii sowieckiej jadącej w przeciwnym kierunku. Żołnierze sowieccy zbliżali się w czasie tych zatorów do naszego wozu i zapytywali:

  • Kogo wy i dokąd wieziecie?

  • Wieziemy Polaków do więzienia - odpowiadali konwojenci.

  • A co oni wam złego zrobili?

  • Nic złego nie zrobili, ale wystarczy, że byli Polakami! (por. tamże, s. 115).

Cdn.

 

 

Jak długo będzie się to wszystko tolerować?!                 > > > Ciag dalszy

 



 

> > >  Klik -  do gory strony    < < <

 

 

 


 

 

Close this window - Zamknij to okno