ROK 1984

GEORGE ORWELL

 

 

 CZĘŚĆ PIERWSZA


1


Był jasny, zimny dzień kwietniowy i zegary biły trzynastą. Winston Smith, z głową wtuloną w ramiona dla osłony przed tnącym wiatrem, wślizgnął się przez szklane drzwi do Bloku Zwycięstwa, ale nie dość szybko, by powstrzymać tuman ziarnistego pyłu, który wtargnął za nim do środka.

Klatka schodowa cuchnęła gotowaną kapustą i starymi, butwiejącymi wycieraczkami. Na jednym jej końcu wisiał barwny plakat, zbyt wielki do eksponowania w ciasnym wnętrzu. Przedstawiał tylko ogromną twarz, przeszło metrowej szerokości: przystojną, czerstwą twarz mniej więcej czterdziestopięcioletniego mężczyzny z sutym czarnym wąsem. Winston skierował się w stronę schodów. Sprawdzanie, czy winda działa, nie miało żadnego sensu. Nawet w najlepszych okresach rzadko bywała czynna, obecnie zaś, w ramach oszczędności związanych z przygotowaniami do Tygodnia Nienawiści, nie włączano prądu przed zmrokiem. Winston mieszkał na siódmym piętrze, a ponieważ miał już trzydzieści dziewięć lat i owrzodzenia żylakowe na prawej nodze powyżej kostki, wspinał się wolno, kilka razy odpoczywając po drodze. Na każdym piętrze, na wprost drzwi windy, spoglądał ze ściany plakat z ogromną twarzą. Była tak namalowana, że oczy mężczyzny zdawały się śledzić każdy ruch przechodzącego. WIELKI BRAT PATRZY, głosił napis u dołu plakatu.


W mieszkaniu przejęty głos czytał kolumny cyfr dotyczące wytopu surówki. Wydobywał się z podłużnej metalowej płyty przypominającej matowe lustro, wmontowanej w ścianę po prawej. Winston obrócił pokrętło i głos nieco przycichł, lecz mimo to każde słowo dobiegało wyraźnie. Urządzenie (nazywane teleekranem) można było ściszyć, ale nie wyłączyć. Winston podszedł do okna: drobna, mizerna postać, której chudość podkreślał jeszcze granatowy kombinezon, ubiór członka partii. Mężczyzna miał bardzo jasne włosy, cerę z natury rumianą, a skórę szorstką od chropowatego mydła, tępych żyletek i niedawnych mrozów.

Świat na zewnątrz, nawet oglądany przez zamknięte okno, tchnął chłodem. W dole, na ulicy, podmuchy wiatru wprawiały w wir kurz i skrawki papieru, a choć świeciło słońce, niebo miało barwę stali; wszystko było jakby pozbawione koloru - z wyjątkiem porozlepianych wszędzie dookoła plakatów. Wąsata twarz patrzyła z każdej lepiej wyeksponowanej powierzchni. Jeden plakat wisiał na fasadzie domu dokładnie naprzeciwko. WIELKI BRAT PATRZY, głosił napis, a ciemne oczy wwiercały się w oczy Winstona. Niżej, na poziomie ulicy, inny plakat, z naderwanym rogiem, trzepotał bezładnie na wietrze, to odkrywając, to zasłaniając pojedyncze słowo ANGSOC. W oddali helikopter zniżył się pomiędzy dachy, zawisł na moment niczym mucha mięsna, po czym poderwał się i odleciał, zataczając łuk. Był to patrol policji, szpiegujący mieszkańców przez okna. Ale zwykła policja to pestka. Prawdziwą grozą napawała Policja Myśli.

Za plecami Winstona głos płynący z teleekranu wciąż trajkotał o wytopie surówki i przekroczeniu Dziewiątego Planu Trzyletniego. Teleekran służył równocześnie za odbiornik i nadajnik, dostatecznie czuły, żeby wychwycić każdy dźwięk głośniejszy od zniżonego szeptu; co więcej, jak długo Winston pozostawał w zasięgu metalowej płyty, był nie tylko słyszalny, lecz także widoczny. Nikt oczywiście nie wiedział, czy w danym momencie jest obserwowany. Snuto jedynie domysły, jak często i według jakich zasad Policja Myśli prowadzi inwigilację. Nie sposób też było wykluczyć, że przez cały czas nadzoruje wszystkich. Tak czy inaczej, mogła się włączyć w dowolny kanał, kiedy tylko chciała. Pozostawało więc żyć z założeniem - i żyło się, z nawyku, który przeszedł w odruch - iż każde słowo jest podsłuchiwane, a każdy ruch pilnie śledzony, chyba że w pomieszczeniu panuje akurat mrok.

Winston stał tyłem do teleekranu. Tak było bezpieczniej, choć - jak wiedział - z pleców też można wiele wyczytać. Kilometr dalej potężny biały gmach Ministerstwa Prawdy, jego miejsce pracy, górował nad ponurym krajobrazem. I to jest Londyn, pomyślał z niejasną odrazą, główne miasto Pasa Startowego Jeden, trzeciej pod względem zaludnienia prowincji Oceanii. Usiłował wydobyć z pamięci jakieś wspomnienia z dzieciństwa, żeby się przekonać, czy Londyn zawsze wyglądał tak samo. Czy zawsze widziało się tu tylko rzędy sypiących się dziewiętnastowiecznych czynszówek o ścianach podpartych stemplami, oknach pozatykanych kawałkami dykty, dachach łatanych blachą falistą oraz rachityczne, walące się murki między ogródkami? I te porośnięte wierzbówką gruzy zbombardowanych domów, nad którymi unoszą się tumany białego pyłu, lub tereny doszczętnie zniszczone przez bomby, gdzie zaraz wyrosły kolonie nędznych drewnianych chat, istnych kurników? Wysiłki Winstona były jednak daremne, nie potrafił sobie nic przypomnieć; z dzieciństwa pozostała mu w pamięci tylko seria świetlistych obrazów, pozbawionych tła i sensu.

Gmach Ministerstwa Prawdy - w nowomowie Miniprawd - odbijał zdecydowanie od wszystkich innych budowli w okolicy. Była to ogromna piramida z lśniącego białego betonu, pnąca się tarasami w górę na wysokość trzystu metrów. Z okna swojego mieszkania Winston widział wyraźnie trzy hasła Partii, wymalowane starannie na białej fasadzie:

WOJNA TO POKÓJ
WOLNOŚĆ TO NIEWOLA
IGNORANCJA TO SIŁA


Mówiono, że gmach Ministerstwa Prawdy ma trzy tysiące pomieszczeń nad ziemią i tyleż samo pod ziemią. W Londynie istniały jeszcze tylko trzy budynki o podobnych rozmiarach i zbliżonym wyglądzie. Tak górowały nad resztą miasta, że z dachu Bloku Zwycięstwa dostrzegało się je wszystkie równocześnie. Mieściły cztery ministerstwa, składające się na aparat rządowy: Ministerstwo Prawdy, któremu podlegała prasa, rozrywka, oświata i sztuka, Ministerstwo Pokoju, które zajmowało się prowadzeniem wojny, Ministerstwo Miłości, które pilnowało ładu i porządku, wreszcie Ministerstwo Obfitości, sprawujące pieczę nad gospodarką. Ich nazwy, w nowomowie, brzmiały następująco: Miniprawd, Minipax, Minimiło i Miniobfi.

Największą grozę budziło Ministerstwo Miłości. Gmach ten w ogóle nie miał okien. Winston nigdy nie był ani w środku gmachu, ani też bliżej niż pół kilometra od niego. Na teren Ministerstwa wpuszczano jedynie w sprawach służbowych, lecz nawet wówczas interesant musiał pokonywać labirynt zasieków, stalowych bram i ukrytych stanowisk karabinów maszynowych. Także ulice w pobliżu patrolowali gorylowaci strażnicy w czarnych mundurach, uzbrojeni w rozsuwane pałki.

Winston odwrócił się gwałtownie. Wcześniej przybrał wyraz spokojnego optymizmu, jaki najbezpieczniej było przyjąć, stojąc przodem do teleekranu. Przemierzył pokój i wszedł do maleńkiej kuchni. Chcąc wrócić do mieszkania w czasie przerwy obiadowej, zrezygnował z posiłku w stołówce ministerstwa, chociaż wiedział, iż w domu nie ma nic do jedzenia oprócz kawałka ciemnego chleba, który musi sobie zostawić na jutrzejsze śniadanie. Zdjął z półki butelkę bezbarwnego płynu ze zwykłą białą etykietą opatrzoną napisem DŻIN ZWYCIĘSTWA. Trunek wydzielał mdłą, oleistą woń, niczym chińska wódka pędzona z ryżu. Winston nalał sobie prawie pełną filiżankę i pokonując wstręt, opróżnił ją jednym haustem, jakby pił lekarstwo.

Twarz natychmiast mu spurpurowiała, oczy zaszły łzami. Dżin miał smak kwasu azotowego, a w dodatku człowiek po każdym łyku czuł się tak, jakby dostał w łeb gumową pałką. Jednakże w następnej chwili palenie w żołądku nieco zelżało i świat wydał się Winstonowi weselszy. Wydobył papierosa z pomiętej paczki z napisem PAPIEROSY ZWYCIĘSTWA i niebacznie uniósł go pionowo, co sprawiło, że cały tytoń wysypał się na podłogę. Z następnym poszło mu lepiej. Wrócił do pokoju i usiadł przy stoliku na lewo od teleekranu. Wyjął z szuflady obsadkę, butelkę atramentu oraz czysty gruby zeszyt o marmurkowej okładce i czerwonym grzbiecie.

Z niewiadomego powodu teleekran znajdował się w dziwnym miejscu. Zamiast, jak w innych mieszkaniach, tkwić na ścianie bocznej, skąd roztaczał się widok na cały pokój, wmontowany był pośrodku najdłuższej ściany, dokładnie na wprost okna. Po jednej jego stronie mieściła się płytka wnęka, w której teraz siedział Winston, a którą - gdy budowano blok - przeznaczono zapewne na regał z książkami. Siedząc we wnęce, cofnięty jak najgłębiej, Winston znajdował się poza polem widzenia teleekranu. Wciąż, oczywiście, było go słychać, lecz dopóki się nie podnosił, pozostawał niewidoczny. W pewnej mierze to niezwykły układ pokoju podsunął mu pomysł, do którego realizacji właśnie się zabierał.

Głównie jednak podsunął mu go zeszyt wyjęty przed chwilą z szuflady. Był to wyjątkowo piękny zeszyt, choć o kartkach nieco pożółkłych ze starości. Takiego gładkiego, kremowego papieru nie produkowano od ponad czterdziestu lat. Winston podejrzewał nawet, że zeszyt jest znacznie starszy. Dostrzegł go na wystawie ubogiego sklepiku z rupieciami w jednej z bardziej obskurnych dzielnic miasta (gdzie dokładnie, już teraz nie pamiętał) i natychmiast zapragnął go mieć. Członkowie partii nie powinni zaopatrywać się w zwykłych sklepach (czyli "dokonywać transakcji wolnorynkowych"), lecz rozporządzenia tego nie przestrzegano zbyt surowo, gdyż wielu artykułów, takich jak sznurowadła i żyletki, nie sposób było zdobyć w żaden inny sposób. Rozejrzał się szybko po ulicy, a następnie wślizgnął do sklepiku i kupił zeszyt za dwa i pół dolara, nawet nie zastanawiając się po co. Niosąc go w teczce do domu, czuł się jak winowajca. Samo posiadanie czystego zeszytu mogło bowiem budzić podejrzenia.

Teraz zabierał się do pisania pamiętnika. Nie było to zakazane (nic nie było zakazane, gdyż wszelkie prawa dawno już zniesiono), ale nie wątpił, że jeśli go nakryją, dostanie karę śmierci lub przynajmniej dwadzieścia pięć lat ciężkich robót. Włożył do obsadki stalówkę i possał przez chwilę, żeby ją oczyścić. Pióra, archaicznego narzędzia, rzadko używano nawet do składania podpisów, ale zdobył je - potajemnie i z pewnym trudem - ponieważ uznał, że piękny kremowy papier zasługuje na coś lepszego niż drapanie kopiowym ołówkiem. Prawdę mówiąc, nie nawykł do ręcznego pisania. Poza krótkimi notatkami na ogół dyktowało się wszystko do mowopisu; teraz jednak Winston z oczywistych względów nie mógł wykorzystać tego urządzenia do swoich celów. Zanurzył stalówkę w atramencie i zawahał się. Poczuł skurcz kiszek. Skreślenie pierwszego słowa to decydujący krok. Drobnymi, niezgrabnymi literami napisał:

4 kwietnia 1984

Odchylił się do tyłu. Ogarnęło go poczucie totalnej bezradności. Wcale nie był przekonany, czy rzeczywiście jest rok 1984. Wydawało mu się to całkiem prawdopodobne, gdyż raczej nie wątpił, że ma trzydzieści dziewięć lat, a wiedział, że urodził się albo w 1944, albo w 1945; jednakże w obecnych czasach nie dało się określić żadnej daty z większą dokładnością niż do roku lub dwóch.

Dla kogo, zaczął się nagle zastanawiać, piszę ten pamiętnik? Dla przyszłości, dla jeszcze nie narodzonych pokoleń. Jego myśli wirowały przez moment wokół niepewnej daty zapisanej na kartce, aż naraz wyłoniło się spośród nich jedno z ulubionych pojęć nowomowy: dwójmyślenie. Po raz pierwszy pojął ogrom swojego przedsięwzięcia. Jak można porozumieć się z przyszłością? Jest to z natury rzeczy niemożliwe. Albo przyszłość okaże się podobna do teraźniejszości, a wówczas nie zechce go słuchać; albo okaże się całkiem inna, a wtedy jego problemy będą dla niej zupełnie niezrozumiałe.

Przez pewien czas wpatrywał się tępo w otwarty zeszyt. Z teleekranu rozbrzmiewały teraz przenikliwe tony marsza wojskowego. Najdziwniejsze było to, że nie tylko utracił zdolność formowania myśli, lecz wręcz zapomniał, co zamierzał napisać. Przez długie tygodnie szykował się do tej chwili i nigdy mu nie przyszło do głowy, że będzie potrzebował czegokolwiek poza odwagą. Samo pisanie wydawało się łatwe. Miał jedynie przelać na papier nieprzerwany, gorączkowy monolog, który brzęczał mu w głowie od wielu lat. Ale teraz ucichł zupełnie. W dodatku skóra na nodze wokół owrzodzeń zaczęła Winstona nieznośnie swędzić. Bał się podrapać, bo wówczas zawsze wdawała się infekcja. Mijały sekundy. Nie był świadom niczego oprócz pustej kartki, swędzenia nad kostką, grzmotu muzyki i lekkiego rauszu wywołanego dżinem.

Nagle, ogarnięty panicznym strachem, zaczął pisać, tylko częściowo zdając sobie sprawę z tego, co notuje. Nierówne wiersze, kreślone drobnym, dziecinnym pismem, zapełniały stronę, gubiąc najpierw duże litery, a w końcu i znaki przestankowe.

4 kwietnia 1984. Wczoraj wieczorem byłem w kinie. Same kroniki wojenne, jedna znakomita, pokazywała bombardowanie statku z uchodźcami, gdzieś na Morzu Śródziemnym. Widownię ubawiły najbardziej ujęcia olbrzymiego tłuściocha uciekającego wpław przed helikopterem, najpierw pokazywano go, jak pluszcze się w wodzie niczym morświn, potem przez celowniki helikoptera, a potem podziurawionego jak sito, woda wokół niego zaczerwieniła się i nagle zaczął iść na dno, jakby przez te dziury woda wlewała mu się do środka, widownia wyła ze śmiechu, kiedy tonął, potem pokazano łódź, ratunkową z dziećmi, nad którą zawisł helikopter, na dziobie siedziała kobieta w średnim wieku, chyba żydówka, trzymając w ramionach chłopczyka, może trzyletniego, wył z przerażenia i chował głowę między jej piersi, jakby chciał się tam skryć niczym zwierzę w norze, a ona, ta kobieta, tuliła go i uspokajała, choć sama była zielona ze strachu, cały czas zasłaniając go rękoma, jakby mogła ochronić przed kulami, potem helikopter zrzucił na nich 20-kilową bombę;- niesamowity błysk i łódź, rozpadła się w drzazgi. Potem było świetne ujęcie dziecięcej rączki wylatującej w górę, hen hen w górę, helikopter z kamerą na dziobie musiał to filmować. Z rzędów dla partyjnych posypały się rzęsiste oklaski, ale w części dla proli jakaś kobieta zaczęła się nagle awanturować i wydzierać, że nie powinni tego pokazywać, nie przy dzieciach, że tak nie można, nie przy dzieciach, nie wolno, aż w końcu policjanci musieli ją wyrzucić z sali, wyrzucili, ale pewnie nic jej się nie stanie nikogo nie obchodzi co gadają prole typowa reakcja prolki tacy nigdy...

Winston przerwał pisanie, bo chwycił go skurcz w dłoni, Nie miał pojęcia, co go skłoniło do wypisywania podobnych bzdur. Ale stało się coś dziwnego: podczas gdy relacjonował kronikę filmową, zupełnie inne wydarzenie stanęło mu w pamięci, i to tak wyraźnie, że niemal poczuł się na siłach utrwalić je również. Uświadomił sobie, że właśnie z powodu tego wydarzenia nagle zdecydował się wrócić w przerwie do domu i akurat dziś rozpocząć pisanie pamiętnika.

Do wydarzenia tego - jeśli coś tak nieuchwytnego można w ogóle nazwać wydarzeniem - doszło dziś rano w ministerstwie. Zbliżała się jedenasta zero zero i w Departamencie Archiwów, gdzie zatrudniony był Winston, w przygotowaniu do Dwóch Minut Nienawiści wyciągnięto już krzesła z poszczególnych przegród i ustawiono na środku sali naprzeciwko wielkiego teleekranu. Winston właśnie zajmował miejsce w jednym ze środkowych rzędów, gdy na salę weszły niespodziewanie dwie osoby. Znał je z widzenia, lecz nigdy nie zamienił z nimi słowa. Pierwszą z nich była dziewczyna, którą często mijał na korytarzu. Nie miał pojęcia, jak się nazywa, ale wiedział, że pracuje w Departamencie Literatury. Prawdopodobnie - ponieważ czasem widywał ją z narzędziami i z rękoma powalanymi smarem - była mechanikiem obsługującym jedną z maszyn piszących powieści. Wyglądała na zuchwałą dziewczynę, na oko dwudziestokilkuletnią, i miała gęste, ciemne włosy, piegowatą twarz oraz szybkie ruchy sportsmenki. Wąska czerwona szarfa, emblemat Młodzieżowej Ligi Antyseksualnej, oplatała ją ciasno w pasie, uwypuklając kształtność sylwetki ukrytej pod kombinezonem. 

Winston nie cierpiał jej, nienawidził od pierwszego wejrzenia. Doskonale wiedział dlaczego: drażnił go zapał do pieszych wędrówek, hokeja na trawie, zimnych pryszniców i prawomyślność, które zdawały się z niej promieniować. Nie cierpiał wszystkich kobiet, a zwłaszcza młodych i ładnych. Z reguły właśnie kobiety, szczególnie te młode, były najbardziej fanatycznymi zwolennikami Partii, wierzącymi ślepo w budujące slogany, ochoczo szpiegującymi wszystkich dookoła i węszącymi najdrobniejsze przejawy nieortodoksyjności. Ta zaś sprawiała wrażenie bardziej niebezpiecznej od innych. Raz, kiedy mijali się na korytarzu, posłała mu z ukosa szybkie spojrzenie, które przewierciło go niemal na wylot i przejęło panicznym lękiem. Przyszło mu do głowy, że dziewczyna jest agentką Policji Myśli. Chociaż było to mało prawdopodobne, zawsze odczuwał dziwny niepokój, w którym strach mieszał się z wrogością, ilekroć znajdowała się w pobliżu.

Drugą osobą był mężczyzna nazwiskiem O'Brien, członek Wewnętrznej Partii, piastujący tak ważną i wysoką funkcję, że Winston miał jedynie mgliste pojęcie, na czym ona polega. Na widok zbliżającego się czarnego kombinezonu członka Wewnętrznej Partii wśród osób zgromadzonych przy krzesłach momentalnie zapanowała cisza. O'Brien, postawny, tęgi mężczyzna o byczym karku i pospolitej, wyrazistej, wiecznie nasrożonej twarzy, mimo swego groźnego wyglądu nie pozbawiony był pewnego uroku. Sposób, w jaki poprawiał na nosie okulary, miał w sobie coś autentycznie rozbrajającego, a zarazem niezwykle kulturalnego. Gdyby ktoś jeszcze rozumował w podobnych kategoriach, gest ten przywodziłby na myśl szlachcica z osiemnastego wieku, częstującego znajomych tabaką. 

Winston widział O'Briena z dziesięć razy w ciągu tyluż lat. Coś go przyciągało do niego, i to nie tylko ów dziwny kontrast między uprzejmym sposobem bycia a wyglądem zawodowego zapaśnika. Chodziło raczej o skryte przeświadczenie - nawet nie tyle przeświadczenie, ile nadzieję - że polityczna ortodoksyjność O'Briena jest daleka od doskonałości. Coś w jego twarzy sugerowało to nieodparcie. Możliwe jednak, iż na obliczu O'Briena nie malował się brak ortodoksyjności, lecz po prostu inteligencja. W każdym razie sprawiał wrażenie człowieka, z którym można by porozmawiać, gdyby udało się oszukać teleekrany i znaleźć z nim sam na sam. Winston nie uczynił nigdy najmniejszej próby, by sprawdzić swoje podejrzenia; zresztą nie miał jak. O'Brien spojrzał na zegarek i widząc, że dochodzi jedenasta zero zero, postanowił zostać w Departamencie Archiwów na Dwie Minuty Nienawiści. Zajął miejsce w tym samym rzędzie co Winston, kilka krzeseł dalej. Między nimi siedziała drobna rudawa blondynka, która pracowała w przegrodzie sąsiadującej z przegrodą Winstona. Dziewczyna o ciemnych włosach usiadła bezpośrednio za Winstonem.

W następnej sekundzie z wielkiego teleekranu na końcu sali popłynął ohydny zgryźliwy głos, przypominający warkot jakiejś potwornej nie naoliwionej maszyny, głos tak koszmarny, że słuchaczy bolały zęby i ciarki przechodziły im po grzbiecie. Zaczęła się Nienawiść.

Jak zwykle, na ekran wypłynęła twarz Emmanuela Goldsteina, Wroga Ludu. Wśród widowni rozległy się syki. Drobna rudawa blondynka wydała pisk strachu i obrzydzenia. Goldstein, renegat i odstępca, niegdyś, dawno temu (jak dawno, tego nikt dokładnie nie pamiętał) był jednym z przywódców Partii, równym niemal samemu Wielkiemu Bratu, ale później wdał się w działalność kontrrewolucyjną i został skazany na karę śmierci; w tajemniczych okolicznościach udało mu się jednak zbiec, a następnie zniknąć. Program Dwóch Minut Nienawiści zmieniał się codziennie, lecz za każdym razem koncentrował się na Goldsteinie. Był głównym zdrajcą - on pierwszy skalał czystość Partii. Wszystkie następne zbrodnie przeciwko Partii, wszystkie zdrady, sabotaże, herezje, dewiacje, wywodziły się bezpośrednio z jego nauk. Wciąż knuł coraz to nowe spiski: zza morza, gdzie żył pod ochroną swoich zagranicznych mocodawców, albo nawet - bo krążyły i takie pogłoski - z ukrycia w samej Oceanii.

Winston czuł ucisk przepony. Ilekroć widział twarz Goldsteina, targały nim sprzeczne emocje. Była to szczupła, żydowska twarz z niewielką kozią bródką, otoczona ogromną aureolą kręconych siwych włosów - bystra twarz, lecz zarazem mająca w sobie coś, co zasługiwało na najwyższą pogardę: jakaś starcza głupkowatość cechowała długi wąski nos, na którego końcu sterczały okulary. Przywodziła na myśl pysk owcy, a głos także kojarzył się z owczym bekiem. Goldstein wygłaszał swój zwykły jadowity atak na doktryny Partii - atak tak przesadny i przewrotny, że nawet dziecko powinno się na nim poznać, jednocześnie zaś na tyle przekonujący, aby w każdym wzbudzić lęk, iż inni, mniej rozważni słuchacze, mogą dać się nabrać. 

Szkalował Wielkiego Brata, wyszydzał dyktaturę Partii, domagał się natychmiastowego zawarcia pokoju z Eurazją, opowiadał się za wolnością słowa i druku, prawem do zgromadzeń, wolnością myśli, krzyczał histerycznie, że zdradzono rewolucję - wszystko to w szybkiej, wielozgłoskowej mowie, swoistej parodii stylu partyjnych mówców, a nawet zawierającej zwroty z nowomowy - w rzeczy samej, zawierającej więcej takich zwrotów, niż jakikolwiek członek Partii używał na co dzień. I przez cały ten czas, żeby nikt nie miał wątpliwości, czyim interesom mają faktycznie służyć zwodnicze enuncjacje Goldsteina, za jego głową maszerowały przez ekran niezliczone kolumny eurazjatyckich wojsk - szereg za szeregiem krzepko wyglądających żołnierzy o pozbawionych wyrazu azjatyckich twarzach, które podpływały do samego ekranu i nikły, a na ich miejscu pojawiały się następne. Głuche, miarowe dudnienie żołnierskich butów tworzyło podkład dla bekliwego głosu Goldsteina.

Nienawiść nie trwała jeszcze trzydziestu sekund, gdy mimowolne okrzyki wściekłości wyrwały się z gardeł obecnych na sali. Nie sposób było znosić cierpliwie widoku zadowolonego z siebie owczego pyska i przerażającej potęgi eurazjatyckiej armii maszerującej w tle; co więcej, nie tylko jego widok, lecz nawet myśl o Goldsteinie automatycznie wywoływała lęk i gniew. Stanowił obiekt nienawiści znacznie trwalszy niż Eurazja czy Wschódazja, bo kiedy Oceania prowadziła wojnę z jednym mocarstwem, zwykle zawierała pokój z drugim. A najdziwniejsze było to, że choć darzono go taką pogardą i nienawiścią, choć codziennie po tysiąc razy - z mównic i teleekranów, w gazetach i książkach - zbijano, druzgotano, ośmieszano i demaskowano jego teorie jako żałosne brednie - wpływy Goldsteina wcale nie malały. 

Zawsze znajdowali się nowi naiwniacy dający się okpić. Niemal codziennie Policja Myśli demaskowała szpiegów i sabotażystów działających pod jego kierunkiem. Dowodził wielką tajną armią, podziemną organizacją spiskowców dążących za wszelką cenę do obalenia ustroju. Podobno zwała się Braterstwem. Chodziły też słuchy o strasznej księdze, kompendium wszystkich herezji, autorstwa Goldsteina, która krąży potajemnie. Była to książka bez tytułu. Jeśli ktoś w ogóle o niej wspomniał, nazywał ją po prostu Księgą. Ale wiedziano o niej tylko z niejasnych pogłosek. Zarówno Braterstwo, jak i Księga należały do tematów, których nie poruszał - jeśli mógł je ominąć - żaden szeregowy członek Partii.

W drugiej minucie Nienawiści zebranych ogarnął szał. Zrywali się z krzeseł i wrzeszczeli ile sił w płucach, żeby tylko zagłuszyć ohydne beczenie płynące z ekranu. Twarz drobnej rudawej blondynki nabiegła krwią, jej usta zamykały się i otwierały niczym paszcza wyrzuconej na brzeg ryby. Nawet tłuste policzki O'Briena pokryły się rumieńcem. Członek Wewnętrznej Partii siedział wyprostowany, a jego potężna klatka piersiowa unosiła się i drżała, jakby tamował nią napór wzburzonej fali. Ciemnowłosa dziewczyna za Winstonem zaczęła krzyczeć: "Świnia! Świnia! Świnia!", po czym nagle chwyciła opasły Słownik nowomowy i cisnęła nim w ekran. Trafił Goldsteina w nos, ale odbił się i spadł na ziemię; głos zdrajcy perorował nieubłaganie. W chwili opamiętania Winston zdał sobie sprawę, że krzyczy wraz z innymi i z furią bębni piętami w poprzeczkę krzesła. Najgorsze w Dwóch Minutach Nienawiści było nie to, iż człowiek czuł się zmuszony do takiego zachowania, ale że nie umiał się wręcz powstrzymać od przyłączenia do zbiorowego obłędu. Już po trzydziestu sekundach udawanie stawało się zbędne. 

Ohydna ekstaza strachu i mściwości, pragnienie mordu, zadawania tortur, miażdżenia kilofem twarzy płynęły przez całą grupę jak prąd elektryczny, przemieniając wszystkich wbrew ich woli w toczących pianę, rozwrzeszczanych szaleńców. Ta przemożna furia była abstrakcyjnym, nie ukierunkowanym uczuciem, które z łatwością skupiało się na tym lub innym celu niby płomień lampy lutowniczej. Zdarzało się, że nienawiść Winstona wcale nie była zwrócona przeciwko Goldsteinowi, lecz wręcz odwrotnie, przeciwko Wielkiemu Bratu, Partii i Policji Myśli; w takich chwilach całym sercem współczuł samotnemu, wyszydzanemu odszczepieńcowi na ekranie, jedynemu strażnikowi prawdy i rozsądku w świecie kłamstw. Lecz już w następnej sekundzie jednoczył się z otaczającym go tłumem i wszystko, co mówiono o Goldsteinie, traktował jak najświętszą prawdę. Jego skrywana nienawiść do Wielkiego Brata przeradzała się w uwielbienie: Wielki Brat jawił mu się jako potężny, niepokonany, nieustraszony obrońca, żelazna opoka powstrzymująca azjatyckie hordy, Goldstein zaś, mimo osamotnienia, bezradności oraz wątpliwości co do samego faktu jego istnienia, zdawał mu się złowrogim czarownikiem, zdolnym siłą głosu zburzyć fundamenty cywilizacji.

Chwilami można było świadomie zwracać swoją nienawiść w tę lub w inną stronę. Nagle, z gwałtownym wysiłkiem, z jakim podczas nocnego koszmaru odrywa się głowę od poduszki, Winstonowi udało się skierować gniew z twarzy na ekranie ku ciemnowłosej dziewczynie. Żywe, wspaniałe obrazy rozbłysły w jego myślach. Okłada ją gumową pałką, aż pada martwa. Przywiązuje do pala tak jak oprawcy świętego Sebastiana i szpikuje strzałami. Gwałci ją i w chwili orgazmu podrzyna jej gardło. Znacznie jaśniej niż kiedykolwiek przedtem zdał sobie sprawę, dlaczego tak bardzo jej nienawidzi. Nienawidzi jej, ponieważ jest młoda, ładna i aseksualna, ponieważ chce z nią pójść do łóżka, a nigdy nie będzie mógł, ponieważ jej rozkoszną, gibką kibić, która aż się prosi, żeby otoczyć ją ręką, opasuje obmierzła szkarłatna szarfa, agresywny symbol wstrzemięźliwości płciowej.

Nienawiść osiągnęła apogeum. Głos Goldsteina przeszedł w autentyczne beczenie i na moment zamiast jego twarzy pojawił się barani łeb, który wnet zastąpiła sylwetka eurazjatyckiego żołnierza. Zbliżał się, rosnąc w oczach, potężny i straszny, z terkoczącym pistoletem maszynowym w dłoniach, jakby zaraz miał wyskoczyć z ekranu, aż niektórzy siedzący w pierwszym rzędzie szarpnęli się ze strachu do tyłu. Lecz w tej samej chwili głębokie westchnienie ulgi wyrwało się ze wszystkich piersi, gdyż miejsce wrogiej sylwetki zajęła twarz Wielkiego Brata, o ciemnych włosach i wąsach, promieniująca potęgą i tajemniczym spokojem, tak ogromna, że wypełniła niemal cały ekran. Nikt nie słyszał, co mówi Wielki Brat. Lecz znać było po tonie, że to słowa pokrzepienia, jakie zwykle wypowiada się w zgiełku bitwy: ich sens jest nieważny, bo przywracają otuchę przez sam fakt wypowiedzenia. Potem twarz Wielkiego Brata zaczęła znikać, a na jej miejsce pojawiły się trzy hasła Partii wypisane tłustymi wersalikami:

WOJNA TO POKÓJ
WOLNOŚĆ TO NIEWOLA
IGNORANCJA TO SIŁA

Wąsate oblicze majaczyło jeszcze przez kilka sekund na ekranie, jakby tak mocno odcisnęło się w umysłach patrzących, iż nie mogli go od razu zapomnieć. Drobna rudawa blondynka wychyliła się gwałtownie ponad oparciem stojącego przed nią krzesła. Drżącym szeptem zawołała coś, co brzmiało jak: "Mój zbawco!" i wyciągnęła ręce w stronę ekranu. Następnie ukryła twarz w dłoniach. Nie ulegało wątpliwości, że przeżywa wręcz religijną ekstazę.

W tym samym momencie wszyscy zebrani zaczęli głośno i rytmicznie skandować: "Wu-Be!... Wu-Be!... Wu-Be!" - raz po raz, bez pośpiechu, pozostawiając wyraźną przerwę między pierwszą zgłoską a drugą - głuche zawodzenie, tak autentycznie dzikie, że w tle niemal słyszało się tupot bosych stóp i łoskot tamtamów. Trwało to dobre pół godziny. Pieśń ta rozbrzmiewała wówczas, gdy chciano dać upust nazbyt silnym emocjom. W pewnej mierze stanowiła pean na cześć mądrości i majestatu Wielkiego Brata, ale przede wszystkim był to rodzaj autohipnozy, świadome zagłuszanie myśli rytmicznym wrzaskiem. Winston czuł, że wywracają mu się wnętrzności. Choć podczas Dwóch Minut Nienawiści nie umiał się powstrzymać od udziału w zbiorowym szaleństwie, prymitywne wycie ,,Wu-Be!... Wu-Be!" zawsze przejmowało go grozą. Oczywiście krzyczał wraz z innymi; nie sposób było postąpić inaczej. Ukrywanie prawdziwych uczuć, kontrolowanie mimiki, robienie tego samego co wszyscy stało się reakcją odruchową. Ale właśnie wtedy, przez kilka sekund, wyraz oczu mógł zdradzać jego najskrytsze myśli. I właśnie wtedy nastąpiło to niezwykłe wydarzenie - jeśli rzeczywiście nastąpiło cokolwiek.

Na chwilę skrzyżowały się spojrzenia jego i O'Briena. O'Brien akurat wstał. Zdjął okulary i ponownie je zakładał charakterystycznym gestem. Lecz w ułamku sekundy, kiedy ich oczy się spotkały, i gdy tak patrzyli na siebie, Winston wiedział - tak, wiedział! - że O'Brien myśli to samo co on. Porozumieli się wzrokiem, zupełnie jakby ich umysły otworzyły się i myśli płynęły z jednego do drugiego za pośrednictwem oczu. "Jestem z tobą - zdawał się mówić O'Brien. - Wiem doskonale, co czujesz. Wiem wszystko o twojej pogardzie, nienawiści, obrzydzeniu. Ale nie trać otuchy, jestem po twojej stronie!" Potem kontakt duchowy się urwał, a twarz O'Briena stała się tak samo nieprzenikniona jak twarze pozostałych.

To wszystko, co zaszło; Winston już nie był nawet pewien, czy ta znacząca wymiana spojrzeń nastąpiła rzeczywiście. Takie sytuacje nigdy nie miały dalszego ciągu, ale przynajmniej podtrzymywały w nim wiarę - lub nadzieję - że Partia liczy więcej wrogów niż on jeden. Może pogłoski o potężnych tajnych spiskach są prawdziwe - może Braterstwo istnieje naprawdę! Bo mimo ciągłych aresztowań, publicznych spowiedzi i egzekucji nie sposób było wykluczyć, że Braterstwo to wyłącznie mistyfikacja. Winston czasem wierzył w jego istnienie; kiedy indziej znów nie. Nie dysponował żadnymi dowodami, swoje podejrzenia opierał na błahostkach, które mogły nic nie znaczyć, na strzępach zasłyszanych rozmów, zatartych gryzmołach na ścianach toalet, a raz - obserwując spotkanie dwóch nieznajomych - na drobnym ruchu ręki, który sprawiał wrażenie znaku rozpoznawczego. Była to jednak wyłącznie zabawa w zgadywankę; zresztą całkiem prawdopodobne, że miał po prostu zbyt bujną wyobraźnię. Wrócił do swojej przegrody nie patrząc więcej na O'Briena. Nie przyszło mu do głowy, żeby po wymianie porozumiewawczych spojrzeń uczynić następny krok. Nawet gdyby wiedział, jak się do tego zabrać, byłoby to zbyt niebezpieczne. Przez sekundę lub dwie spoglądali na siebie znacząco, ale na tym musiało się zakończyć. Lecz w ciasnej samotności, w jakiej przyszło wszystkim wegetować, nawet tak drobny incydent był pamiętnym wydarzeniem.

Winston otrząsnął się z zadumy i wyprostował na krześle. Beknął. Wypity dżin podchodził mu do gardła.
Znów spojrzał na otwarty zeszyt. Stwierdził, że kiedy tak siedział pogrążony w bezradnych rozmyślaniach, równocześnie - jakby automatycznie - pisał. I to nie tym samym ścieśnionym, krzywym pismem co wcześniej. Pióro ślizgało się zmysłowo po gładkim papierze, kreśląc dużymi, zgrabnymi literami:

PRECZ Z WIELKIM BRATEM
PRECZ Z WIELKIM BRATEM
PRECZ Z WIELKIM BRATEM
PRECZ Z WIELKIM BRATEM
PRECZ Z WIELKIM BRATEM

 

- raz za razem, raz za razem, zapełniając pół strony.
Nie mógł opanować dreszczu trwogi. Absurdalna reakcja, bo napisanie tych konkretnych słów nie stwarzało większego niebezpieczeństwa niż sam fakt otwarcia zeszytu; przez moment miał jednak ochotę wyrwać zapisane strony i w ogóle zrezygnować z prowadzenia pamiętnika.

Nie uczynił tego, gdyż wiedział, że to nic nie da. Nie robi różnicy, czy będzie dalej pisał PRECZ Z WIELKIM BRATEM, czy przestanie. Nie robi różnicy, czy będzie dalej prowadził pamiętnik, czy zrezygnuje. Policja Myśli i tak go dopadnie. Popełnił - i popełniłby nawet wówczas, gdyby nie napisał ani słowa - zasadniczą zbrodnię, z której brały się wszystkie pozostałe. Myślozbrodnię. Myślozbrodni nie da się ukrywać wiecznie. Przez pewien czas, nawet przez lata, winowajca może unikać kary, ale prędzej czy później musi mu się powinąć noga.

Aresztowania następowały nocą - zawsze nocą. Nagłe wyrwanie ze snu, brutalna dłoń szarpiąca cię za ramię, oślepiający blask latarki, wokół łóżka krąg surowych twarzy. Na ogół nie było procesów, żadnych komunikatów o aresztowaniu. Ludzie po prostu znikali - zawsze nocą. Twoje nazwisko usuwano z ksiąg metrykalnych, wymazywano każdy ślad tego, co robiłeś w życiu, twoje krótkie istnienie zostawało zdementowane i zapomniane. Likwidowano cię, unicestwiano; mówiono o tobie, że zostałeś ewaporowany. 
Na moment ogarnęła go histeria. Zaczął czym prędzej pokrywać kartkę niechlujnymi bazgrołami:

zastrzelą mnie co z tego strzelą mi w tył głowy co z tego precz z wielkim bratem zawsze strzelają w tył głowy co z tego precz z wielkim bratem...

Trochę zawstydzony, odchylił się do tyłu i odłożył pióro. W następnej chwili podskoczył gwałtownie na krześle. Ktoś stukał do drzwi.

Tak szybko! Siedział cicho jak mysz, w daremnej nadziei, że stukanie się nie powtórzy. Ale nie, rozległo się ponownie. Zwlekając mógł tylko pogorszyć sytuację. Serce waliło mu jak młotem, lecz jego twarz, na skutek wieloletniego przyzwyczajenia, była pozbawiona wszelkiego wyrazu. Podniósł się i ciężkim krokiem ruszył w stronę drzwi.


2


Z dłonią na klamce spostrzegł, że zostawił na stoliku pamiętnik. Przez całą stronę biegły słowa PRECZ Z WIELKIM BRATEM, wypisane tak dużymi literami, że niemal dawały się odczytać z drugiego końca pokoju. Pozostawienie zeszytu na wierzchu było szczytem głupoty, ale - jak zdał sobie sprawę - nawet ogarnięty strachem nie chciał go zamknąć przed wyschnięciem atramentu, żeby nie poplamić kremowego papieru.
Wziął głęboki oddech i otworzył drzwi. Natychmiast zalała go fala ulgi. Na korytarzu stała bezbarwna, zahukana kobiecina o rzadkich włosach i poznaczonej bruzdami twarzy.

- A, jesteście, towarzyszu - zaczęła żałobnym, skomlącym głosem. - Zdawało mi się, że słyszę, jak wracacie. Czy moglibyście wpaść do nas obejrzeć zlew? Zatkał się i...
Była to pani Parsons, sąsiadka z tego samego piętra. (Partia nie pochwalała stosowania zwrotu "pani" - należało do każdego zwracać się per "towarzyszu" lub "towarzyszko" - ale w wypadku niektórych kobiet wyraz ten sam cisnął się na usta.) Miała około trzydziestki, wyglądała jednak znacznie starzej. Odnosiło się wrażenie, że w jej zmarszczkach osiadł kurz. Winston ruszył za nią korytarzem. Konieczność dokonywania drobnych napraw stanowiła niemal codzienną bolączkę lokatorów. Blok Zwycięstwa był starym budynkiem, wzniesionym około 1930 roku, i dosłownie się sypał. Tynk odpadał z sufitów i ścian, rury pękały przy silniejszych mrozach, dach przeciekał, ilekroć padał śnieg, a kaloryfery były zwykle letnie, chyba że dla oszczędności w ogóle je wyłączano. Naprawy, jeśli nie zdołano ich wykonać we własnym zakresie, wymagały zatwierdzenia przez odległe komisje, które zwykłe wstawienie szyby potrafiły przeciągać dwa lata.
- To oczywiście dlatego, że Toma nie ma w domu - dodała pani Parsons.

Mieszkanie Parsonsów, większe niż Winstona, także wyglądało obskurnie, lecz w nieco inny sposób. Wszystko było poobijane i poniszczone, jak gdyby przed chwilą przeszło tędy jakieś ogromne zwierzę, tratując przeszkody na swej drodze. Po podłodze walał się sprzęt sportowy - kije hokejowe, rękawice bokserskie, rozpruta piłka nożna - i para przepoconych szortów wywróconych na lewą stronę, a na stole piętrzyły się brudne naczynia oraz postrzępione podręczniki szkolne. Na ścianach wisiały szkarłatne proporce Ligi Młodych i Kapusiów, oraz duży plakat Wielkiego Brata. Tutaj również unosił się w powietrzu zapach gotowanej kapusty, jednakże wymieszany z ostrzejszą wonią potu, który - nie wiadomo jak, ale czuło się to zaraz po wejściu do środka - wydzielała osoba chwilowo nieobecna w mieszkaniu. W innym pokoju ktoś usiłował akompaniować na grzebieniu, przykrytym skrawkiem papieru toaletowego, orkiestrze wojskowej; dźwięki marsza nadal płynęły z teleekranu.

- To dzieci - oznajmiła pani Parsons, rzucając wylęknione spojrzenie w stronę zamkniętych drzwi. - Przez cały dzień nie wychodziły z domu. I oczywiście...
Zwykła nie kończyć rozpoczętych zdań. Zlew kuchenny wypełniony był niemal po brzegi brudną, zielonkawą wodą, która obrzydliwie cuchnęła kapustą. Winston ukląkł, żeby obejrzeć kolanko syfonu. Nie cierpiał pracy fizycznej i nie lubił się schylać, bo prawie zawsze dostawał wtedy ataku kaszlu. Pani Parsons obserwowała go bezradnie.

- Oczywiście, gdyby Tom był w domu, naprawiłby to w mig - powiedziała. - Uwielbia takie zajęcia. Tom to złota rączka!

Parsons tak samo jak Winston pracował w Ministerstwie Prawdy. Był tłustawym, lecz pełnym wigoru mężczyzną wręcz paraliżującej głupoty, zlepkiem idiotycznych entuzjazmów, jednym z tych ślepo posłusznych i całkowicie oddanych wołów roboczych, na których - bardziej niż na Policji Myśli - opierała się stabilność Partii. Ostatnio, w wieku trzydziestu pięciu lat, został niemal siłą usunięty z Ligi Młodych, a nim przeszedł do Ligi, zdołał przedłużyć swoje członkostwo w Kapusiach o rok ponad wiek statutowy. W ministerstwie zajmował jakieś podrzędne stanowisko nie wymagające żadnej inteligencji, należał za to do najbardziej czynnych członków Komitetu Sportowego oraz innych zespołów zajmujących się organizowaniem wspólnych pieszych wycieczek, spontanicznych manifestacji, kampanii oszczędnościowych i innych dobrowolnych akcji. Między pyknięciami fajki z cichą dumą informował każdego, że przez ostatnie cztery lata nie opuścił ani jednego wieczoru w świetlicy osiedlowej. Zapierający dech odór potu, jakby podświadome świadectwo jego pracowitości, towarzyszył mu wszędzie i unosił się w powietrzu długo po jego wyjściu.
- Czy ma pani żabkę? Takie narzędzie? - spytał Winston zbadawszy zakrętkę przy kolanku.
- Żabkę? - powtórzyła pani Parsons, natychmiast tracąc resztki wiary w siebie. - Nie wiem, nie jestem pewna. Może dzieci...

Rozległ się tupot butów, kolejny przenikliwy świst na grzebieniu i dzieci wpadły do salonu. Pani Parsons przyniosła żabkę. Winston wypuścił wodę i z obrzydzeniem wyciągnął zlepek włosów, który zatykał odpływ. Umył ręce najlepiej jak mógł w zimnej wodzie płynącej z kranu i wrócił do pokoju.
- Ręce do góry! -ryknął bezlitosny głos.

Dorodny dziewięcioletni urwis wyskoczył zza stołu, grożąc Winstonowi dziecinnym pistoletem maszynowym, podczas gdy jego o dwa lata młodsza siostrzyczka celowała w Winstona z kawałka patyka. Oboje mieli na sobie granatowe spodenki, szare bluzy i czerwone chusty - umundurowanie Kapusiów. Winston podniósł ręce nad głowę, ale zrobiło mu się nieswojo, gdyż zachowanie malców było tak zajadłe, jakby wcale nie chodziło o zabawę.

- Zdrajca! - wrzeszczał dzieciak. - Myślozbrodniarz! Eurazjatycki szpicel! Zastrzelę cię, ty łajdaku, ewaporuję, wyślę do kopalni soli!
Nagle oboje - dziewczynka naśladowała każdy gest brata - zaczęli skakać wokół niego i krzyczeć: "Zdrajca! Myślozbrodniarz!" W ich zachowaniu było coś przerażającego, tak jak w igraszkach tygrysich szczeniąt, które niegdyś wyrosną na ludojady. Z oczu chłopca biła jakaś rozmyślna zaciekłość, całkiem wyraźna chęć uderzenia lub kopnięcia Winstona i świadomość, że już wkrótce będzie dość duży, aby to uczynić. Winston czuł ulgę, iż pistolet chłopaczka jest tylko zabawką.

Pani Parsons spoglądała nerwowo to na Winstona, to na dzieci. W lepszym świetle pokoju przekonał się ze zdumieniem, że jej zmarszczki naprawdę wypełnia kurz.

- Czasami rzeczywiście bywają bardzo hałaśliwe - stwierdziła. - Są zawiedzione, że nie zobaczą wieszania, i to pewnie dlatego. Ja jestem zbyt zajęta, żeby je zabrać, a Tom nie zdąży wrócić na czas z pracy.
- Dlaczego nie możemy zobaczyć wieszania? - ryknął chłopiec na cały głos.

- Chcemy zobaczyć wieszanie! Chcemy zobaczyć wieszanie! - darła się mała, wciąż skacząc dookoła.
Winston przypomniał sobie, że wieczorem grupa jeńców eurazjatyckich, winnych zbrodni wojennych, ma zostać powieszona w parku. Egzekucje odbywały się zwykle raz w miesiącu i zawsze cieszyły się dużą popularnością. Zwłaszcza dzieci uważały je za wspaniałą rozrywkę. Pożegnał się z panią Parsons i wyszedł na korytarz. Ale ledwo się oddalił o kilka kroków, nagle coś trafiło go w tył głowy; uderzenie było wyjątkowo bolesne, zupełnie jakby ktoś go dźgnął rozpalonym do czerwoności drutem. Kiedy okręcił się na pięcie, ujrzał, jak pani Parsons wciąga siłą do mieszkania swoją latorośl, chowającą do kieszeni procę.

- Goldstein! - wrzasnął malec, zanim zatrzasnęły się drzwi.
Najmocniej jednak poruszył Winstona wyraz bezradnego strachu na szarej twarzy pani Parsons.
Wróciwszy do mieszkania, przeszedł szybko obok teleekranu i rozcierając kark znów usiadł przy stoliku. Muzyka umilkła. Z ekranu dobiegał teraz szczekliwy wojskowy głos: z wyraźną krwiożerczą satysfakcją czytał opis uzbrojenia nowej pływającej fortecy, którą właśnie zakotwiczono między Islandią a Wyspami Owczymi.

Z takimi dziećmi, pomyślał Winston, ta nieszczęsna kobieta musi żyć w ustawicznym strachu. Jeszcze rok lub dwa, a zaczną ją szpiegować dwadzieścia cztery godziny na dobę, wypatrując przejawów nieprawomyślności. Niemal wszystkie dzieci to potwory. Najgorsze, że choć za pośrednictwem takich organizacji jak Kapusie chowano je na małych barbarzyńców nie do okiełzania, im nawet się nie śniło, aby buntować się przeciwko władzy Partii. Wręcz przeciwnie, uwielbiały Partię i wszystko, co z nią związane.

Piosenki, pochody, transparenty, wycieczki, musztra z drewnianymi karabinami, skandowanie haseł, gloryfikowanie Wielkiego Brata - dla nich równało się to wspaniałej zabawie. Całą swoją furię kierowały na zewnątrz, przeciwko wrogom Państwa, przeciwko cudzoziemcom, zdrajcom, sabotażystom, myślozbrodniarzom. Było niemal normalne, że ludzie powyżej trzydziestki bali się własnych dzieci. I nie bez powodu, bo prawie co tydzień "The Times" poświęcał akapit jakiejś wścibskiej małej gnidzie - zwykle używano określenia "małoletni bohater" - która podsłuchała coś kompromitującego i złożyła Policji Myśli donos na rodziców.

Ćmienie po pocisku z procy ustąpiło. Winston bez przekonania wziął do ręki pióro, zastanawiając się, czy przyjdzie mu jeszcze do głowy coś wartego zapisania w pamiętniku. Nagle zaczął znów rozmyślać o O'Brienie.

Przed laty - jak dawno? Chyba ze siedem lat temu - śniło mu się, że idzie przez pokój zatopiony w ciemnościach. I kiedy mijał kogoś siedzącego nieco na uboczu, ten rzekł: "Spotkamy się tam, gdzie nie ma mroku". Powiedział to bardzo cicho i jakby od niechcenia - zabrzmiało nie jak polecenie, lecz stwierdzenie faktu. Winston nie zatrzymując się poszedł dalej. Rzecz dziwna, wówczas, we śnie, słowa te nie zrobiły na nim większego wrażenia. Jednakże z czasem zyskały na znaczeniu. Teraz już nie pamiętał, czy to przed tym snem, czy dopiero później po raz pierwszy ujrzał O'Briena; nie pamiętał też, kiedy uświadomił sobie, że głos ten należał do niego. W każdym razie nie miał żadnych wątpliwości. To właśnie O'Brien przemówił w ciemnościach.

Winston nie potrafił się zdecydować - i nawet po dzisiejszej wymianie spojrzeń wciąż nie był pewien - czy O'Brien jest jego przyjacielem, czy wrogiem. Nie wydawało mu się to też specjalnie istotne. Łączyła ich nić porozumienia, ważniejsza od sympatii i osobistych przekonań. Powiedział: "Spotkamy się tam, gdzie nie ma mroku". Winston nie wiedział, co oznaczają te słowa, ale był przekonany, że się kiedyś sprawdzą, w ten czy inny sposób.


Głos płynący z teleekranu umilkł. Sygnał trąbki, czysty i piękny, przeciął zatęchłe powietrze. Po czym spiker podjął chrapliwie:
- Uwaga! Uwaga! Przed chwilą otrzymaliśmy komunikat z frontu malabarskiego. Nasze siły w południowych Indiach odniosły druzgocące zwycięstwo. Zostałem upoważniony do zakomunikowania telewidzom, że ofensywa, o której przebiegu za moment poinformujemy, może przybliżyć nas do widocznego kresu działań wojennych. Oto treść komunikatu...

Zaraz podadzą jakieś złe nowiny, pomyślał Winston. I rzeczywiście; po krwawym opisie unicestwienia eurazjatyckich wojsk i odczytaniu nieprawdopodobnej liczby zabitych i jeńców, ogłoszono, że od przyszłego tygodnia przydział czekolady będzie zmniejszony z trzydziestu do dwudziestu gramów.
Winston znów czknął. Działanie dżinu mijało, pozostawiając uczucie przygnębienia. Z teleekranu - albo w celu uczczenia zwycięstwa, albo zatarcia pamięci o odebranej czekoladzie - popłynęły huraganowe tony hymnu "Gwiazdo, zachowaj Oceanię". Należało stanąć na baczność, ale w miejscu gdzie siedział, Winston był niewidoczny.

"Gwiazdo, zachowaj Oceanię" ustąpiło miejsca lżejszej muzyce. Winston podszedł do okna, wciąż zwrócony plecami do teleekranu. Dzień nadal był zimny i przejrzysty. Gdzieś w oddali z głuchym łoskotem wybuchł pocisk rakietowy. Obecnie spadało na Londyn od dwudziestu do trzydziestu pocisków tygodniowo. 
W dole na ulicy wiatr szarpał naderwanym plakatem, na zmianę to zasłaniając, to odkrywając napis ANGSOC. Angsoc. Nienaruszalne zasady angsocu. Nowomowa, dwójmyślenie, zmienność przeszłości. Wydawało mu się, że wędruje przez dżunglę porastającą morskie dno, zagubiony w potwornym świecie, w którym on także jest potworem. Czuł się zupełnie sam. Przeszłość była martwa, przyszłość niewyobrażalna. Jaką miał pewność, że po jego stronie stoi choć jeden żywy człowiek? I skąd mógł wiedzieć, czy panowanie Partii nie będzie trwało wiecznie? Zamiast odpowiedzi ujrzał trzy hasła wypisane na białej fasadzie Ministerstwa Prawdy:

WOJNA TO POKÓJ
WOLNOŚĆ TO NIEWOLA
IGNORANCJA TO SIŁA

 

Wyjął z kieszeni dwudziestopięciocentówkę. Na niej również, wyraźnymi, maleńkimi literkami, wypisano te same hasła; rewers zdobiło oblicze Wielkiego Brata. Nawet z monety jego oczy śledziły każdy ruch. Ta sama podobizna widniała na monetach, znaczkach, okładkach książek, opakowaniach papierosów - wszędzie. I zewsząd obserwowały cię oczy, a głos napominał. We śnie czy na jawie, w pracy, podczas posiłków, w budynku czy na powietrzu, w kąpieli czy w łóżku - nie miałeś dokąd uciec. Nic nie było twoje oprócz tych kilku centymetrów sześciennych zamkniętych pod czaszką.

Słońce przesunęło się i teraz, gdy nie odbijały się w nich jego promienie, niezliczone okna Ministerstwa Prawdy wyglądały równie groźnie jak strzelnice warowni. Na widok ogromnego gmaszyska w kształcie piramidy serce podeszło Winstonowi do gardła. Budowla była zbyt potężna, by można ją zdobyć szturmem. Nawet tysiąc pocisków rakietowych nie zdołałoby jej zdruzgotać. Znów zaczął się zastanawiać, dla kogo pisze pamiętnik. Dla przyszłości, dla przeszłości - dla urojonej przez siebie epoki. Czekała go nie śmierć, lecz unicestwienie. Pamiętnik zostanie spopielony, on sam ewaporowany. Tylko Policja Myśli przeczyta jego bazgroły, zanim wymaże go ze świata żywych i z ludzkiej pamięci. Jak tu przemawiać do przyszłości, skoro nie przetrwa po tobie żaden ślad, choćby jedno anonimowe słowo nagryzmolone na skrawku papieru?
Teleekran wybił czternastą. Za dziesięć minut Winston powinien wyjść. O czternastej trzydzieści musi być z powrotem w pracy.

O dziwo, transmitowane bicie zegara dodało mu otuchy. Był samotnym duchem głoszącym prawdę, której nikt nigdy nie usłyszy. Dopóki jednak będzie ją głosił, w jakiś niejasny sposób ciągłość nie zostanie zerwana. To nie przez fakt, że ktoś cię słyszy, ale dlatego, że nie dajesz się ogłupić, trwa kulturowe dziedzictwo. Wrócił do stołu, zanurzył pióro w atramencie i napisał:

Do przyszłości czy przeszłości, do czasów, w których myśl jest wolna, w których ludzie różnią się między sobą i nie żyją samotnie - do czasów, w których istnieje prawda, a tego, co się stało, nie można zmienić.

Z epoki identyczności, z epoki samotności, z epoki Wielkiego Brata, z epoki dwójmyślenia - pozdrawiam was!

Uzmysłowił sobie, że właściwie jest już trupem. Zrozumiał, iż dopiero teraz, kiedy odzyskał zdolność formułowania myśli, zrobił prawdziwy początek. Następstwa każdego czynu są z góry w nim zawarte. Napisał:

Myślozbrodnia nie pociąga za sobą kary śmierci: myślozbrodnia JEST śmiercią.

Teraz, gdy uświadomił sobie, że jest trupem, najważniejsze było jak najdłużej utrzymać się przy życiu. Dwa palce miał poplamione atramentem. Właśnie taki drobiazg mógł go zdradzić. Jakiś wścibski gorliwiec w ministerstwie (najprawdopodobniej kobieta, ktoś taki jak ta drobna rudawa blondynka albo ciemnowłosa dziewczyna z Departamentu Literatury) może zacząć się zastanawiać, dlaczego pisał podczas przerwy obiadowej, dlaczego posługiwał się staromodnym piórem, no i co pisał - a potem szepnąć słówko komu trzeba. Poszedł do łazienki i dokładnie zmył atrament grudowatym, brunatnym mydłem, które drapało skórę jak papier ścierny, więc znakomicie nadało się do tego celu.

Schował pamiętnik do szuflady. Żadna próba ukrycia go nie miała najmniejszego sensu, ale powinien przynajmniej coś zrobić, żeby wiedzieć, czy grzebano mu w szufladzie. Położenie włosa na krawędzi było zbyt oczywistą sztuczką. Czubkiem palca podniósł charakterystyczny jasny paproch i umieścił na okładce, z której musiał spaść, jeśli ktoś ruszyłby zeszyt.


3


Winstonowi śniła się matka.

Miał nie więcej niż dziesięć lub jedenaście lat, kiedy zniknęła. Była wysoką, postawną, dość małomówną kobietą o powolnych ruchach i wspaniałych jasnych włosach. Ojca widział we wspomnieniach mniej wyraźnie: smagły, szczupły mężczyzna w okularach, zawsze starannie ubrany na ciemno (najsilniej wryły mu się w pamięć ojcowskie buty na cienkich podeszwach). Najwidoczniej oboje pochłonęła jedna z pierwszych wielkich czystek w latach pięćdziesiątych.
W tej chwili matka siedziała gdzieś daleko pod nim, tuląc w ramionach jego siostrę. Siostry właściwie nie pamiętał wcale; tylko tyle, że była maleńkim, słabym, cichym dzieckiem o dużych, czujnych oczach. Obie patrzyły w górę na niego. Tkwiły gdzieś w dole - może na dnie studni, może głębokiego grobu - i miejsce to, choć znajdowało się daleko pod nim, ciągle się obniżało. 

Były w salonie tonącego statku i spoglądały w górę przez coraz ciemniejszą wodę. W salonie jeszcze nie brakło powietrza, nadal go widziały, i on też je widział, lecz cały czas pogrążały się w zielonej toni, która za chwilę miała je skryć na zawsze. On stał w świetle, na powietrzu, one zaś opadały nieustannie ku śmierci, a znajdowały się tam dlatego, że on przebywał na górze. Wiedział o tym, i one również, tę wiedzę miały wypisaną na twarzach. Ale nie było w ich oczach ani sercach wymówki, jedynie świadomość, że muszą umrzeć, aby on mógł żyć, i że należy to do nieodwracalnego porządku rzeczy.

Nie mógł sobie przypomnieć, co się stało, wiedział jednak we śnie, że w jakiś sposób matka i siostra poświęcają dla niego życie. Był to jeden z owych snów, które mimo typowo sennej scenerii stanowią kontynuację wcześniejszych rozmyślań śpiącego: podczas snu dokonuje on spostrzeżeń, a te nawet po przebudzeniu pozostają odkrywcze i cenne. Winston zdał sobie nagle sprawę, że śmierć matki przed blisko trzydziestu laty była wydarzeniem tragicznym i smutnym w sposób dziś już całkiem nierealny. Uprzytomnił sobie, iż rozpacz należy do minionych czasów, gdy istniało jeszcze życie osobiste, miłość, przyjaźń, a członkowie rodziny trzymali ze sobą w każdej sytuacji. Serce krwawiło mu na wspomnienie matki, bo umarła kochając go, podczas gdy on był zbyt samolubny, aby odwzajemniać jej uczucie, i ponieważ w jakiś sposób, choć nie pamiętał w jaki, poświęciła życie dla osobistego, niezmiennego pojęcia wierności ideałom. Wiedział, że obecnie takie postępowanie nie jest możliwe. Dziś istnieją strach, nienawiść i ból, nie ma zaś godności uczuć ani żadnych głębokich, skomplikowanych tragedii. Wyczytał to wszystko z wielkich oczu matki i siostry, które patrzyły na niego przez zieloną wodę, setki sążni od powierzchni i wciąż spadając coraz głębiej w otchłań.

Nagle stał w letni wieczór na krótkiej, sprężystej murawie, pozłoconej ukośnymi promieniami słońca. Krajobraz, pośród którego teraz się znajdował, tak często powracał w jego snach, że Winston nie był do końca pewien, czy rzeczywiście ani razu nie widział go na jawie. W myślach nazywał go Złotą Krainą. Było to opuszczone pastwisko z trawą wyskubaną przez króliki i krętą ścieżką, która wiodła między kopczykami kretowisk. W nierównym szeregu drzew po drugiej stronie pastwiska gałęzie wiązów kołysały się łagodnie na wietrze, poruszając gęstwiną liści podobną do kobiecych włosów. Gdzieś nie opodal, choć poza zasięgiem wzroku, wił się przejrzysty strumyk, a w rozlewiskach pod wierzbami pływały klenie.

Ciemnowłosa dziewczyna szła w tę stronę przez murawę. Nagle jednym ruchem zdarła z siebie ubranie i pogardliwie cisnęła na ziemię. Ciało miała białe i gładkie, ale nie wywołała w nim pożądania, właściwie nawet na nią nie spojrzał. Ogarnął go natomiast podziw dla gestu, jakim odrzuciła ubranie. Ta swoboda i wdzięk przekreśliły cały kulturowy i myślowy dorobek ustroju, aż człowiek gotów był uwierzyć, że wystarczy jeden wspaniały ruch ręki, by unicestwić Wielkiego Brata, Partię i Policję Myśli. Ten gest również należał do minionych czasów. Winston obudził się ze słowem "Shakespeare" na ustach.

Z teleekranu wydobywał się ogłuszający gwizd, który trwał nieprzerwanie przez trzydzieści sekund. Była siódma piętnaście, pora pobudki dla urzędników. Winston gwałtownie poderwał się z łóżka - nagi, bo członek Zewnętrznej Partii rocznie otrzymywał zaledwie trzy tysiące kartek odzieżowych, a na piżamę trzeba było zużyć sześćset - i chwycił z krzesła znoszony podkoszulek oraz kalesony. Za trzy minuty miały się rozpocząć Podrygi Poranne. W następnej chwili wstrząsnął nim gwałtowny atak kaszlu, który zawsze nachodził go tuż po przebudzeniu. Tak mu później brakowało tchu, że musiał się położyć na plecach i kilka razy wciągnąć głęboko powietrze, aby znów normalnie oddychać. Od intensywnego kaszlu żyły nabiegły mu krwią, a owrzodzenia na nodze zaczęły swędzić.

- Trzydziesto-czterdziestolatki! - wrzasnął świdrujący kobiecy głos. -

 Trzydziesto-czterdziestolatki! Proszę na miejsca! Trzydziesto-czterdziestolatki!
Winston stanął na baczność przed teleekranem, na którym pojawiła się postać młodej kobiety, chudej, lecz muskularnej, w stroju gimnastycznym i tenisówkach.

- Zgięcia i wyrzuty ramion! - zakomenderowała.
- Uwaga, podaję tempo! Raz, dwa, trzy cztery! Raz, dwa, trzy, cztery! No, z życiem, towarzysze, z życiem! Raz, dwa, trzy, cztery! Raz, dwa, trzy, cztery!...

Bolesny atak kaszlu nie zdołał wymazać z pamięci Winstona wrażenia, jakie wywarł na nim sen; powrócił do niego podczas rytmicznych ćwiczeń. Z twarzą ułożoną w ponury grymas zadowolenia, najwłaściwszy w czasie Podrygów Porannych, wyrzucał mechanicznie ramiona, usiłując przywołać we wspomnieniach mglisty okres wczesnego dzieciństwa. Było to wyjątkowo trudne. Nie sięgał pamięcią dalej niż do późnych lat pięćdziesiątych. W braku jakichkolwiek zewnętrznych punktów odniesienia nawet zarysy własnego życia tracą ostrość. Pamięta się doniosłe wydarzenia, jakie prawdopodobnie nigdy nie nastąpiły, pamięta się szczegóły pewnych sytuacji, ale nic z ich nastroju, i zostają długie, puste okresy, z których nie pamięta się nic. Wiedział, że wtedy wszystko było inne. Nawet nazwy państw i ich kontury na mapach. Na przykład Pas Startowy Jeden nazywał się przed laty Anglią lub Brytanią, choć Londyn - co do tego raczej nie miał wątpliwości - zawsze nazywał się Londynem.

Nie przypominał sobie takiego okresu, kiedy ojczyzna nie prowadziłaby wojny, lecz w latach jego dzieciństwa musiał przez pewien czas panować pokój, gdyż jedno z najwcześniejszych wspomnień dotyczyło nalotu, który wszystkich zaskoczył. Może to właśnie wtedy zrzucono bombę atomową na Colchester. Nie pamiętał samego nalotu, ale pamiętał dłoń ojca zaciśniętą na swojej dłoni, gdy biegli w dół, coraz niżej i niżej, krętymi schodami, które dzwoniły pod ciężarem ich kroków, schodami prowadzącymi do schronu głęboko pod ziemią; od tego biegu tak rozbolały go nogi, że zaczął płakać i musieli się zatrzymać, żeby odpoczął. Matka, jak zawsze powolna, jakby senna, podążała daleko w tyle. Niosła w beciku jego siostrę - a może tylko stertę koców; nie miał pewności, czy siostra już była na świecie. Wreszcie znaleźli się w hałaśliwym, zatłoczonym schronie; rozpoznał stację metra.

Na kamiennych płytach posadzki wszędzie siedzieli ludzie, a inni, ciasno stłoczeni, zajmowali miejsca na piętrowych pryczach. Winston i jego rodzice ulokowali się na ziemi tuż obok pary starców przycupniętych na pryczy. Mężczyzna, w porządnym ciemnym garniturze i zepchniętej na tył głowy czarnej płóciennej czapce, spod której sterczały kosmyki całkiem siwych włosów, twarz miał czerwoną, a niebieskie oczy zapłakane. Zalatywał dżinem, jakby to dżin wydobywał się z jego porów i spływał z oczu zamiast łez. Chociaż starzec był mocno wstawiony, czuło się, że jego rozpacz jest głęboka i szczera. Mimo młodego wieku Winston pojął, że zdarzyło się coś strasznego, coś nie do wybaczenia. I chyba wiedział, co takiego. Zginął ktoś, kogo starzec bardzo kochał - może jego mała wnuczka. Co kilka minut starzec powtarzał:
- Nie wolno im było ufać. Ostrzegałem, prawda, kobieto? I oto mamy skutek! Powtarzałem od samego początku, że nie wolno ufać tym zbójom!

Ale jakim zbójom nie wolno było ufać, tego Winston nie wiedział.


Mniej więcej od tamtego momentu wojna trwała właściwie bez przerwy, chociaż ściśle mówiąc, nie była to cały czas ta sama wojna. Kiedy Winston miał kilka lat, w samym Londynie toczyły się przez parę miesięcy chaotyczne walki uliczne, z których pewne sceny wyraźnie wryły mu się w pamięć. Gdyby jednak chciał poznać dokładnie historię tego okresu, dowiedzieć się, kto w danej chwili walczył z kim, byłoby to zupełnie niemożliwe, gdyż nie istniał żaden zapis, żadna wzmianka o jakimkolwiek układzie sił innym od aktualnego. Na przykład obecnie, w roku 1984 (jeśli faktycznie był rok 1984), Oceania w sojuszu ze Wschódazją prowadziła wojnę z Eurazją. 

W żadnej oficjalnej czy też prywatnej wypowiedzi nigdy nie przyznawano, że między trzema mocarstwami panowały kiedykolwiek odmienne stosunki. W rzeczywistości, jak Winston doskonale wiedział, zaledwie przed czterema laty Oceania, wspólnie z Eurazją, walczyła ze Wschódazją. Ale zachował tę tajną wiedzę tylko dlatego, że jego pamięć niedostatecznie poddawała się regulacji. Oficjalnie zmiana sojuszy nigdy nie miała miejsca. Skoro Oceania prowadzi wojnę z Eurazją, przeto zawsze prowadziła wojnę z Eurazją. Wróg aktualny ucieleśniał zło najwyższe, a zatem żadne wchodzenie z nim w układy nie było możliwe: teraz, w przyszłości i nawet w przeszłości.
Najtragiczniejsze, pomyślał po raz dziesięciotysięczny, wyginając się boleśnie do tyłu (z rękami na biodrach wykonywali skręty tułowia, ćwiczenie podobno świetne na wzmocnienie kręgosłupa) - najtragiczniejsze jest to, że wszystko, co twierdzi Partia, staje się prawdą. Czyż świadomość faktu, iż Partia może wetknąć łapę w przeszłość i oznajmić, że jakieś wydarzenie nigdy nie miało miejsca, nie jest bardziej przerażająca niż najsroższe tortury lub śmierć?

Partia utrzymuje, jakoby nigdy nie było przymierza między Oceanią i Eurazją. On, Winston Smith, wie, że Oceanię zaledwie cztery lata temu łączył z Eurazją sojusz. Ale skąd czerpie tę wiedzę? Istnieje wyłącznie w jego świadomości, która i tak wkrótce zostanie unicestwiona. A jeśli wszyscy poza nim akceptują kłamstwo narzucone przez Partię - i powtarzają je również wszystkie dokumenty - wówczas wchodzi ono do historii i staje się prawdą. "Kto rządzi przeszłością - głosił jeden ze sloganów Partii - w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość". Zarazem jednak przeszłość, choć z natury podatna na zmiany, nigdy zmieniana nie była. Co stanowiło prawdę teraz, stanowiło prawdę od zawsze i wiecznie. Zasada była dziecinnie prosta. Wymagała jedynie ciągłych zwycięstw nad własną pamięcią. Nazywano to "regulacją faktów", a w nowomowie "dwójmyśleniem".
- Dosyć! - burknęła instruktorka nieco łagodniejszym tonem.

Winston opuścił ręce wzdłuż tułowia i powoli nabrał w płuca powietrza. W swoich rozważaniach zagłębiał się coraz bardziej w labirynt świata dwójmyśli. Wiedzieć i nie wiedzieć; mieć poczucie absolutnej prawdomówności, a jednocześnie wygłaszać umiejętnie skonstruowane kłamstwa; wyznawać dwa zupełnie sprzeczne poglądy na dany temat i mimo świadomości, że się wzajemnie wykluczają, wierzyć w oba; używać logiki przeciwko logice; odrzucać moralność i zarazem rościć sobie do niej prawo; wierzyć, że demokracja jest niemożliwa oraz że Partia stoi na jej straży; zapomnieć wszystko, czego nie należy wiedzieć, po czym przypominać sobie, kiedy się staje potrzebne, a następnie znów szybko wymazywać z pamięci; przede wszystkim zaś stosować ten proces do samego procesu. To była największa sztuka: świadomie wprowadzać się w stan nieświadomości, po czym stawać się nieświadomym dopiero co dokonywanego aktu autosugestii. Nawet samo zrozumienie słowa "dwójmyśl" wymagało stosowania dwójmyślenia.
Instruktorka znów poleciła wszystkim stanąć na baczność.

- A teraz przekonamy się, kto potrafi dotknąć palcami podłogi! - zawołała z entuzjazmem. - Schylamy się, towarzysze! Nogi proste! Raz-dwa, raz-dwa!...


Winston nie znosił tego ćwiczenia, gdyż podczas każdego skłonu przeszywał go ból od pięt po pośladki, a w dodatku często dostawał ataku kaszlu. Prysł na wpół przyjemny nastrój, który towarzyszył jego rozważaniom. Przeszłość, pomyślał, nie tylko była zmieniana, ale wręcz niszczona. Bo jak można ustalić choćby najprostszy fakt, skoro nie istnieje żadne świadectwo oprócz własnej pamięci? Usiłował sobie przypomnieć, w którym roku po raz pierwszy usłyszał o Wielkim Bracie. Chyba dopiero w latach sześćdziesiątych, ale pewności nie miał. W partyjnych podręcznikach historii Wielki Brat figurował jako Wódz i Strażnik Rewolucji od samych jej początków. Jego bohaterskie czyny stopniowo cofano w czasie, tak iż obecnie sięgały mitycznych lat czterdziestych i trzydziestych, kiedy to ulicami Londynu jeździli jeszcze - rozparci wygodnie w ogromnych lśniących samochodach lub oszklonych powozach - kapitaliści w dziwnych walcowatych kapeluszach. Skąd jednak można wiedzieć, co wydarzyło się naprawdę, a co po prostu zmyślono. Winston nie znał nawet daty powstania Partii. 

O ile pamiętał, z terminem "angsoc" również zetknął się po 1960 roku, ale możliwe, że samo pojęcie funkcjonowało znacznie wcześniej w tej postaci, jaką miało w staromowie: "socjalizm angielski". Wszystko spowijała mgła. Czasami rzeczywiście udawało się nakryć Partię na wyraźnym kłamstwie. Nie było na przykład prawdą, że - jak twierdziły partyjne podręczniki historii - to Partia wynalazła samolot. Samoloty pamiętał z najwcześniejszego dzieciństwa. Nie sposób było jednak niczego udowodnić. Nie istniały żadne świadectwa. Tylko raz w życiu miał w ręku niewątpliwy dowód sfałszowania historycznego faktu. Ale wówczas...

- Smith! - wrzasnął jędzowaty głos z teleekranu.

- 6079 Smith W.! Tak, wy! Proszę schylić się niżej! Stać was na więcej, towarzyszu! 

Nie staracie się! Niżej! Właśnie, towarzyszu, już lepiej. 

A teraz wszyscy spocznij i proszę mnie obserwować!

Nagły gorący pot wystąpił na całym ciele Winstona. Jednakże wyraz jego twarzy pozostał nieprzenikniony. Nigdy nie zdradzaj lęku! Nigdy nie okazuj złości! Nawet jedno drgnienie powiek może cię zdradzić! Stał i patrzył, jak instruktorka podnosi ręce nad głowę, po czym - bez odrobiny wdzięku, ale za to niebywale zręcznie i sprawnie - pochyla się i zahacza palce o stopy.


- O właśnie, towarzysze! Tak macie ćwiczyć. Przyjrzyjcie się jeszcze raz. Mam trzydzieści dziewięć lat i urodziłam czworo dzieci. Patrzcie! - znów wykonała skłon. - Czy widzicie, żebym zginała kolana? Wszyscy dacie radę poprawnie wykonać to ćwiczenie, jeśli się tylko bardziej przyłożycie! Każdy poniżej czterdziestu pięciu lat powinien bez trudu dotykać palcami podłogi. Ominął nas przywilej walczenia na pierwszej linii frontu, ale powinniśmy przynajmniej dbać o sprawność fizyczną. Pamiętajcie o naszych chłopcach na froncie malabarskim! I o marynarzach w pływających fortecach! Pomyślcie tylko, jakich bohaterskich dokonują czynów! 

Spróbujcie znowu. Lepiej, towarzyszu, znacznie lepiej - pochwaliła Winstona, który, schyliwszy się z gwałtownym zamachem, zdołał po raz pierwszy od kilku lat dotknąć podłogi bez zginania kolan.


4

Z głębokim, bezwiednym westchnieniem, od którego - mimo bliskości teleekranu - nie umiał się powstrzymać na początku dnia pracy, Winston przyciągnął do siebie mowopis, zdmuchnął kurz z mikrofonu i włożył okulary. Następnie rozwinął i spiął razem cztery nieduże rolki papieru, które wypadły z rury pneumatycznej na prawą stronę biurka.

W ścianach przegrody były trzy otwory. Na prawo od mowopisu niewielki wylot rury pneumatycznej przeznaczonej na pisemne notatki; na lewo wylot większej rury, przeznaczonej na gazety; na bocznej ścianie, w zasięgu ręki Winstona, spora, podłużna szpara osłonięta drucianą siatką. Ten ostatni otwór przeznaczony był na brudnopisy i zbędne dokumenty. W budynku znajdowały się dosłownie tysiące podobnych szpar, nie tylko w każdym pomieszczeniu, lecz również w niewielkich odstępach na wszystkich korytarzach. Nie wiadomo dlaczego nazywano je lukami pamięci. Kiedy jakiś dokument należało zniszczyć lub gdy spostrzegło się na ziemi skrawek papieru, niemal odruchowo unosiło się klapę najbliższej luki pamięci i wrzucało skrawek do środka, gdzie natychmiast porywał go strumień ciepłego powietrza i unosił w stronę ogromnych pieców ukrytych w trzewiach budynku.

Winston obejrzał cztery kartki, które przed chwilą rozwinął. Każda zawierała zwięzłą notatkę, długości zaledwie jednego lub dwóch wierszy, sporządzoną w skrótowym żargonie - nie tożsamym z nowomową, lecz w znacznej mierze na niej opartym - którym posługiwano się w ministerstwie dla celów wewnętrznych. Ich treść była następująca:

times 17.3.84 przemówienie wb mylrel afryka sprost
times 19.12.83 prognoza 3 let 4 kwart 83 błędruk skoryg wg najnowy nr 
times 14.2.84 miniobfi mylcyt czekolada sprost 
times 3.12.83 rel rozdn wb dwaplusbezdobrze
wzm nieobywatele nowa wersja przedłprzeł antearchw

Z uczuciem pewnego zadowolenia Winston odłożył na bok czwartą notatkę. Było to odpowiedzialne i trudne zadanie i dlatego wolał je zostawić na koniec. Trzy pozostałe zalecenia miały charakter rutynowy, choć drugie mogło wymagać żmudnego przekopywania się przez długie kolumny cyfr.

Winston nastawił tarczę teleekranu na "stare numery" i zamówił właściwe egzemplarze "The Times", które po zaledwie kilku minutach wysunęły się z rury pneumatycznej. Otrzymane przez niego notatki dotyczyły artykułów i komunikatów uznanych obecnie, z takich lub innych względów, za wymagające przerobienia czy też - jak to urzędowo określono - "sprostowania". Na przykład z relacji w "The Times" z siedemnastego marca wynikało, że dzień wcześniej Wielki Brat przepowiedział w swoim wystąpieniu, iż na froncie południowoindyjskim będzie panował spokój, a ofensywa eurazjatycka rozpocznie się w Afryce Północnej. 

Tak się jednak złożyło, że Eurazjatyckie Dowództwo Naczelne zdecydowało się przeprowadzić natarcie nie w Afryce, lecz w południowych Indiach. Należało więc odpowiednio przerobić akapit przemówienia Wielkiego Brata, aby przewidział to, co się rzeczywiście wydarzyło. Z kolei "The Times" z dziewiętnastego grudnia opublikował oficjalną prognozę na temat produkcji szerokiego asortymentu artykułów konsumpcyjnych w czwartym kwartale 1983 roku, czyli w szóstym kwartale Dziewiątego Planu Trzyletniego. 

W dzisiejszym numerze gazety znalazły się dane o faktycznej produkcji, z których wynikało, że prognoza była całkowicie błędna. Zadanie Winstona polegało na "sprostowaniu" oryginalnych liczb, aby zgadzały się z aktualnymi. Co do trzeciej notatki, dotyczyła bardzo prostego błędu, którego usunięcie zajęło dosłownie minutę. Zaledwie w Iutym Ministerstwo Obfitości złożyło solenną obietnicę (w języku urzędowym "kategoryczne zaręczenie"), że do końca roku 1984 przydział czekolady nie ulegnie redukcji. Tymczasem, jak ogłoszono wczoraj, pod koniec bieżącego tygodnia miał zostać zmniejszony z trzydziestu gramów do dwudziestu. W tym wypadku wystarczyło zmienić obietnicę na uprzedzenie, że już w kwietniu zajdzie prawdopodobnie konieczność ograniczenia przydziału.

Zaraz po wykonaniu każdego polecenia Winston przypinał nową, sporządzoną na mowopisie wersję do właściwego egzemplarza "The Times" i wsuwał gazetę do rury pneumatycznej. Następnie niemal odruchowo miął otrzymaną notatkę oraz wszelkie swoje brudnopisy i wrzucał do luki pamięci, na pastwę płomieni.

Nie orientował się w szczegółach, ale w ogólnych zarysach wiedział, co dzieje się w niewidzialnym labiryncie, do którego prowadzą rury pneumatyczne. Kiedy wszystkie poprawki, jakie należało wnieść do danego numeru gazety, były już gotowe, numer kolacjonowano i drukowano ponownie, po czym wydanie oryginalne niszczono, a w archiwach umieszczano nowe. Ten proces wprowadzania ciągłych zmian odbywał się nie tylko w wypadku gazet, lecz także książek, czasopism, plakatów, ulotek, filmów, nagrań, rysunków, fotografii - każdego typu literatury i dokumentacji o jakimkolwiek znaczeniu politycznym lub ideologicznym. 

Z dnia na dzień i niemal z minuty na minutę uaktualniano przeszłość. Tak preparowana dokumentacja potwierdzała słuszność każdej partyjnej prognozy; pilnowano, by nie ostało się choć jedno zdanie sprzeczne z potrzebą chwili. Całą historię przemieniano w palimpsest, zeskrobywany i zapisywany tak często, jak to uważano za konieczne. Gdy już raz dokonano zmian, nie sposób było udowodnić, że nastąpiła najmniejsza falsyfikacja. Jedyne zadanie personelu największego działu Departamentu Archiwów, znacznie większego od działu Winstona, polegało na wynajdywaniu i usuwaniu wszystkich egzemplarzy książek, gazet i innych dokumentów, które należało podmienić i zniszczyć. 

Numer "The Times", przerabiany kilkanaście razy z powodu zmian w sojuszach politycznych lub błędnych prognoz Wielkiego Brata, figurował w katalogach pod oryginalną datą, a z jego wcześniejszych wydań nie ostawał się ani jeden egzemplarz, który mógłby posłużyć za dowód mistyfikacji. Książki także wycofywano i przerabiano raz po raz, po czym niezmiennie wydawano znów, nie przyznając się do wprowadzenia jakichkolwiek poprawek. Również pisemne instrukcje otrzymywane przez Winstona, które niszczył natychmiast po wypełnieniu zawartych w nich poleceń, nigdy nie stwierdzały, ani nawet nie sugerowały, że ma nastąpić fałszerstwo: zawsze mowa w nich była wyłącznie o pomyłkach, błędach drukarskich i mylnie cytowanych wypowiedziach, wymagających sprostowania w trosce o ścisłość.

Choć właściwie trudno to nawet nazwać fałszerstwem, pomyślał korygując liczby Ministerstwa Obfitości. Po prostu zastępuje się jedne bzdury innymi. Większość materiałów, które przechodziły przez jego ręce, nie miała żadnego związku z rzeczywistością, nawet takiego, jakie na ogół ma zwykłe kłamstwo. Wszystkie dane statystyczne były czystą fantazją, tak samo w wersji oryginalnej, jak i skorygowanej. Nowe liczby brał po prostu z głowy, zgodnie zresztą z tym, czego od niego oczekiwano. Na przykład, według zapowiedzi Ministerstwa Obfitości, produkcja obuwia w czwartym kwartale miała wynieść sto czterdzieści pięć milionów par. Według ostatnich danych wyprodukowano sześćdziesiąt dwa miliony. Jednakże Winston, korygując zapowiedź, zmniejszył tę liczbę do pięćdziesięciu siedmiu milionów, aby można było jak zwykle twierdzić, że planowa produkcja została przekroczona. 

Zresztą liczba sześćdziesiąt dwa miliony nie miała więcej wspólnego z prawdą niż pięćdziesiąt siedem milionów czy sto czterdzieści pięć. Bardzo możliwe, że nie wyprodukowano ani jednej pary butów. A jeszcze bardziej prawdopodobne, że nikt nie miał pojęcia, ile par wyprodukowano, i absolutnie nikogo to nie obchodziło. Każdy wiedział tylko, iż na papierze co kwartał produkowano ich astronomiczną liczbę, podczas gdy połowa obywateli Oceanii chodziła boso. Dokładnie tak samo przedstawiały się informacje dotyczące innych spraw, od najdrobniejszych po najważniejsze. Wszystko rozmazywało się w świecie ułudy i w końcu nawet to, który jest rok, nie było już pewne.


Winston spojrzał w kierunku przejścia. Tillotson, urzędnik zajmujący przegrodę po przeciwnej stronie, nieduży, wyglądający na pedanta mężczyzna z cieniem zarostu na brodzie, siedział trzymając na kolanach złożoną gazetę i przytknąwszy usta do mikrofonu szeptał coś pilnie do mowopisu. Zachowywał się tak, jakby to, co mówił, było tajemnicą między nim a teleekranem. Kiedy podniósł wzrok, jego szkła błysnęły złowrogo w stronę Winstona.

Winston znał go bardzo słabo i nie miał pojęcia, czym się zajmuje. Urzędnicy Departamentu Archiwów niechętnie mówili o swoich obowiązkach. W długiej hali bez okien, podzielonej na jednoosobowe boksy ciągnące się wzdłuż ścian i wypełnionej nie milknącym szelestem papierów oraz gwarem głosów mruczących do mowopisów, pracowało co najmniej kilkanaście osób, których nawet nie znał z nazwiska, choć co dzień widział, jak przemierzają pospiesznie korytarze lub gestykulują wściekle podczas Dwóch Minut Nienawiści. Wiedział, że jedynym zadaniem drobnej rudawej blondynki zajmującej sąsiednią przegrodę jest mozolne tropienie i usuwanie z prasy nazwisk ludzi, których ewaporowano, a więc którzy jakby nigdy nie istnieli. Była to czynność o tyle stosowna w jej wypadku, że przed paru laty ewaporowano jej męża. 

Kilka boksów dalej łagodny safanduła nazwiskiem Ampleforth, marzyciel o wyjątkowo włochatych uszach i niesłychanej umiejętności żonglowania rymem i metrum, produkował przeinaczone wersje - zwane ostatecznymi - wierszy, które uznano za niewłaściwe ideologicznie, lecz z takich czy innych względów postanowiono zostawić w antologiach. Jednakże hala ta, miejsce pracy blisko pięćdziesięciu osób, była zaledwie podsekcją czy też jedną komórką ogromnego Departamentu Archiwów. Na tym samym piętrze, a także wyżej i niżej, roje innych pracowników zajmowały się wykonywaniem tysięcy przeróżnych czynności. 

W gmachu mieściły się ogromne drukarnie zatrudniające sztaby redaktorów i fachowców od typografii, a także doskonale wyposażone pracownie fotograficzne wyspecjalizowane w podrabianiu zdjęć. Istniała sekcja teleprogramów mająca własnych inżynierów i kierowników produkcji oraz zespoły starannie dobranych aktorów posiadających dar naśladowania głosów. Obok pracowała cała armia urzędników, których jedynym obowiązkiem było sporządzanie spisów książek i czasopism przeznaczonych do wycofania. Znajdowały się tu również rozległe magazyny, gdzie przechowywano poprawioną dokumentację, a w podziemiach stały piece służące do palenia oryginałów. Ponadto gdzieś na terenie gmachu, choć nikt nie wiedział gdzie, urzędował zespół anonimowych mózgów, który kierował całym przedsięwzięciem: nie tylko koordynował prace poszczególnych działów, lecz przede wszystkim ustalał kurs określający, co z przeszłości należy zachować, co sfałszować, a co wymazać i unicestwić.


A przecież Departament Archiwów stanowił zaledwie jedną z komórek Ministerstwa Prawdy, którego podstawowym celem była nie przebudowa przeszłości, lecz dostarczanie obywatelom Oceanii gazet, filmów, podręczników, teleprogramów, sztuk, powieści; wszelkich możliwych materiałów informacyjnych, oświatowych i rozrywkowych, od pomnika po slogan, od poematu lirycznego po rozprawę naukową z zakresu biologii, od elementarza po słownik nowomowy. Co więcej, ministerstwo musiało zaspokoić nie tylko wielorakie potrzeby członków Partii, lecz również dublować swoją działalność produkując materiały adresowane do proletariatu. Istniała ogromna sieć odrębnych departamentów zajmujących się proletariacką literaturą, muzyką, teatrem, i w ogóle rozrywką. W nich właśnie redagowano szmatławe gazety przynoszące prawie wyłącznie wiadomości sportowe, opisy zbrodni i horoskopy; tu powstawały sensacyjne powieścidła, filmy ociekające seksem oraz sentymentalne śpiewki komponowane mechanicznie na specjalnym kalejdoskopie zwanym wersyfikatorem. Była nawet cała podsekcja - w nowomowie Pornosek - wydająca najohydniejszą pornografię, którą rozsyłano w zaklejonych opakowaniach, a której żaden członek Partii nie związany z jej produkcją nie miał prawa oglądać.

Podczas gdy Winston pracował, trzy dalsze notatki wypadły z rury pneumatycznej, ale ponieważ dotyczyły prostych spraw, uporał się z nimi, zanim Dwie Minuty Nienawiści oderwały go od zajęć. Wróciwszy do swojej przegrody, zdjął z półki Słownik nowomowy, odsunął na bok mowopis, przetarł okulary i zabrał się do najtrudniejszego ze zleceń.

Praca była największą radością w życiu Winstona. Przeważająca część jego obowiązków sprowadzała się do nudnej rutyny, lecz czasem zdarzały się sprawy tak złożone i trudne, że pochłaniały go bez reszty niczym zadania z wyższej matematyki - subtelne fałszerstwa, przy których zdany był wyłącznie na swoją znajomość zasad angsocu i własne wyczucie tego, czego Partia od niego oczekuje. Z takich zadań wywiązywał się znakomicie. Niekiedy powierzano mu nawet korygowanie artykułów wstępnych z "The Times", pisanych od początku do końca w nowomowie. Rozwinął notatkę, którą wcześniej odłożył na bok. Jej treść była następująca:

times 3.12.83 rel rozdn wb dwaplusbezdobrze nieobywatele nowa wersja przedłprzeł antearchw

W staromowie można by to oddać w ten sposób:

Relacja o rozkazie dziennym Wielkiego Brata zawarta w,, The Times" z 3 grudnia 1983 roku jest wielce niezadowalająca i zawiera wzmianki na temat nie istniejących osób. Należy napisać nową wersję i przedłożyć przełożonemu przed odesłaniem do archiwum.

Winston w całości przeczytał zakwestionowany artykuł. Wynikało z niego, że ów rozkaz dzienny Wielkiego Brata wynosił pod niebiosa działalność organizacji znanej pod skrótem ZPF, która zajmowała się zaopatrywaniem marynarzy z pływających fortec w papierosy i inne niezbędne artykuły. Niejaki towarzysz Withers, ważny członek Wewnętrznej Partii, został wyróżniony imienną pochwałą i odznaczony Orderem Najwyższej Zasługi drugiej klasy.


Trzy miesiące później rozwiązano ZPF bez podania przyczyny. Zgadywano, że Withers i jego współpracownicy znaleźli się w niełasce, choć ani prasa, ani teleekrany nie podały na ten temat żadnych wiadomości. O tyle nikogo to nie dziwiło, że przestępcom politycznym tylko wyjątkowo wytaczano procesy lub publicznie ich demaskowano. Wielkie czystki obejmujące tysiące osób, z publicznymi procesami zdrajców i myślozbrodniarzy, którzy we łzach przyznawali się do swoich zbrodni, a następnie szli na stracenie, były specjalnymi pokazówkami, odbywającymi się nie częściej niż raz na dwa lata. Normalnie ludzie, którzy ściągnęli na siebie niezadowolenie Partii, po prostu znikali i nikt o nich więcej nie słyszał. Nie wiadomo, co się z nimi działo. Część może nawet wciąż żyła. Ze znanych Winstonowi osób co najmniej trzydzieści, nie licząc rodziców, znikło na przestrzeni lat.

Podrapał się lekko po nosie spinaczem. W przegrodzie po drugiej stronie przejścia towarzysz Tillotson wciąż coś dyktował, konspiracyjnie pochylony nad mowopisem. Na sekundę uniósł głowę: szkła znów błysnęły złowrogo. Winstonowi przeszło przez myśl, że może towarzysz Tillotson pracuje nad tym samym co on. Było to całkiem prawdopodobne. Wykluczone, aby tak odpowiedzialne zadanie zlecono tylko jednej osobie; z kolei powierzenie go komitetowi nie wchodziło w grę, gdyż stanowiłoby to jawne przyznanie się do fałszerstwa. 

Pewnie przynajmniej z dziesięć osób pracowało teraz nad konkurencyjnymi wersjami tego, co naprawdę powiedział Wielki Brat. I już wkrótce jakaś tęga głowa z Wewnętrznej Partii wyselekcjonuje jedną z nich, zredaguje, po czym wprawi w ruch zawiły proces wnoszenia niezbędnych poprawek do reszty dokumentacji, aż w końcu wybrane kłamstwo wejdzie do archiwów i stanie się prawdą.


Winston nie znał przyczyny nagłej niełaski Withersa. Może chodziło o korupcję lub nieudolność. Może Wielki Brat chciał się pozbyć zbyt popularnego podwładnego. Może Withersa albo kogoś z jego najbliższego otoczenia podejrzewano o rewizjonizm. A może - co było najbardziej prawdopodobne - podpadł po prostu dlatego, że czystki i ewaporacje okazały się niezbędnym składnikiem mechanizmu sprawowania władzy. Jedynej wskazówki dostarczało sformułowanie ,,wzm nieobywatele", świadczące, że Withers już nie żył. Nie można było mieć tej pewności co do wszystkich aresztowanych. Niektórych czasem wypuszczano, przez rok albo dwa pozwalano im przebywać na wolności i dopiero później wykonywano wyrok. Niekiedy, choć zdarzało się to rzadko, ktoś od dawna uważany za nieżyjącego pojawiał się nagle jak duch na publicznym procesie, składał zeznania obciążające setki innych osób, po czym znów znikał, tym razem na zawsze. Lecz Withers był nieobywatelem. Nie istniał; nigdy nie istniał. Winston doszedł do wniosku, że nie wystarczy zmienić tonu przemówienia Wielkiego Brata. Najlepiej napisać tekst od nowa, w całości poświęcając go sprawie zupełnie nie związanej z prawdziwym tematem.

Mógł przerobić przemowę na kolejny atak na zdrajców i myślozbrodniarzy, ale takie rozwiązanie wydało mu się zbyt oczywiste; z kolei wymyślenie zwycięstwa na froncie lub triumfalnego przekroczenia Dziewiątego Planu Trzyletniego w jakiejś dziedzinie produkcji nadmiernie skomplikowałoby przerabianie reszty dokumentacji. Potrzebne było coś całkiem wyssanego z palca. I nagle ujrzał w myślach gotową, w pełni ukształtowaną postać: niejakiego towarzysza Ogilvy'ego, który poniósł bohaterską śmierć w jednej z ostatnich bitew. Zdarzało się, że Wielki Brat czcił swoim rozkazem dziennym pamięć skromnego, szeregowego członka Partii, stawiając jego życie i śmierć za wzór godny naśladownictwa. Dziś uczci pamięć towarzysza Ogilvy'ego. Wprawdzie kogoś takiego nigdy nie było, lecz parę wierszy druku i kilka podrobionych fotografii wystarczy, aby zaistniał.


Winston zastanawiał się przez chwilę, po czym przysunął mowopis i zaczął dyktować, posługując się swoistym stylem Wielkiego Brata; stylem wojskowym i pedantycznym, a przez manierę stawiania pytań i natychmiastowego udzielania na nie odpowiedzi ("Jaką naukę czerpiemy z tego faktu, towarzysze? Taką naukę, która jest również jedną z fundamentalnych podstaw angsocu, iż...", itd. itd.), zarazem niezwykle prostym do naśladowania.

W wieku trzech lat towarzysz Ogilvy nie uznawał żadnych innych zabawek oprócz bębna, pistoletu maszynowego i modelu helikoptera. W wieku lat sześciu, na rok przed czasem (specjalnie uczyniono dla niego wyjątek od przepisów) wstąpił do Kapusiów; w wieku dziewięciu lat został drużynowym. W wieku jedenastu zadenuncjował wuja Policji Myśli, podsłuchawszy rozmowę, która jego zdaniem świadczyła o przestępczych tendencjach. W wieku lat siedemnastu został dzielnicowym organizatorem Młodzieżowej Ligi Antyseksualnej. W wieku dziewiętnastu zaprojektował granat ręczny, który - zaakceptowany przez Ministerstwo Pokoju - już w czasie pierwszego próbnego wybuchu położył trupem trzydziestu jeden jeńców eurazjatyckich. 

W wieku dwudziestu trzech lat poległ na polu chwały. Ścigany nad Oceanem Indyjskim przez nieprzyjacielskie odrzutowce, gdy leciał jako kurier z ważnymi rozkazami, obciążył się karabinem maszynowym, wyskoczył z helikoptera do wody, zabierając dokumenty ze sobą - wspaniała śmierć, która - jak wyraził się Wielki Brat - powinna budzić najwyższy podziw i zazdrość. Wielki Brat dodał jeszcze kilka słów o wstrzemięźliwym stylu życia i nieskazitelnej postawie moralnej towarzysza Ogilvy'ego. Ten całkowity abstynent i człowiek niepalący nie uznawał żadnych rozrywek oprócz codziennej godziny ćwiczeń gimnastycznych, a w dodatku ślubował celibat, uważając małżeństwo i obowiązki rodzinne za niemożliwe do pogodzenia z ciągłą, całodobową gotowością służenia ojczyźnie. Nie uznawał innych tematów rozmów niż zasady angsocu, a jego jedynym celem było pokonanie armii eurazjatyckiej oraz wybicie co do nogi szpiegów, sabotażystów, myślozbrodniarzy i zdrajców wszelkiego autoramentu.

Winston wahał się, czy przyznać towarzyszowi Ogilvy'emu Order Najwyższej Zasługi; ostatecznie porzucił ten zamiar, gdyż pociągnęłoby to za sobą konieczność dokonania wielu zbędnych poprawek w reszcie dokumentacji. Ponownie zerknął na swojego rywala po drugiej stronie przejścia. Coś mu mówiło, że Tillotson pracuje nad tym samym zadaniem. Nie sposób było zgadnąć, czyja wersja zostanie ostatecznie przyjęta, ale miał głębokie przekonanie, że jego. Towarzysz Ogilvy, nie wymyślony jeszcze przed godziną, teraz stał się faktem. Winstonowi wydawało się dość osobliwe, iż można tworzyć trupy, ale nie żywych ludzi. Towarzysz Ogilvy, który nigdy nie istniał w teraźniejszości, teraz zaistniał w przeszłości, a gdy samo fałszerstwo ulegnie zapomnieniu, jego istnienie stanie się równie autentyczne i nie gorzej udokumentowane niż Karola Wielkiego lub Juliusza Cezara.


5

W niskiej stołówce głęboko pod ziemią kolejka drgnęła i przesunęła się wolno do przodu. W wypełnionym po brzegi pomieszczeniu panował ogłuszający zgiełk. Znad garów gulaszu, przez kratę nad kontuarem, buchały kłęby pary przesycone kwaśną, metaliczną wonią, która jednak nie dawała rady zabić odoru Dżinu Zwycięstwa. Na drugim końcu stołówki mieścił się barek - zwykły otwór w ścianie - gdzie sprzedawano dżin po dziesięć centów za porcję.


- Właśnie cię szukam! - zawołał ktoś za plecami Winstona.
Winston obejrzał się. Stał za nim jego przyjaciel Syme, pracownik Departamentu Badań. Może "przyjaciel" nie było najwłaściwszym określeniem. W obecnych czasach nie miało się przyjaciół, lecz towarzyszy; jednakże pewnych towarzyszy darzyło się większą sympatią niż innych. Syme, filolog i specjalista od nowomowy, należał do ogromnego zespołu ekspertów redagujących jedenaste wydanie Słownika nowomowy. 

Był maleńkim człowieczkiem, sporo niższym od Winstona, o ciemnych włosach i wielkich, wyłupiastych oczach, smutnych, a zarazem szyderczych, które zdawały się pilnie śledzić każde drgnienie twarzy rozmówcy.

- Chciałem cię spytać, czy może masz żyletki?
- Ani jednej! - odparł szybko Winston, trochę zawstydzony. - Obszedłem wszystkie sklepy. Nigdzie nie znalazłem!

Wszyscy pytali o żyletki. Tak naprawdę miał jeszcze dwie, które trzymał na czarną godzinę. Deficyt żyletek trwał już od miesięcy. W sklepach dla partyjnych ciągle brakowało jakiegoś niezbędnego artykułu. Czasem włóczki, czasem guzików, innym razem sznurowadeł; obecnie brakowało żyletek. Można je było kupić tylko na "wolnym rynku", bardziej lub mniej ukradkiem, ale i to nie zawsze.

- Od sześciu tygodni używam tej samej - skłamał.
Kolejka znów drgnęła. Przesunąwszy się o kilka kroków, Winston znów odwrócił się do Syme'a. Obaj wzięli zatłuszczone metalowe tace ze stosu na skraju kontuaru.

- Byłeś wczoraj na wieszaniu jeńców? - spytał Syme.
- Pracowałem - odparł obojętnie Winston. - Pewnie wkrótce i tak pokażą to w kinie.
- Słaba namiastka! - zawyrokował Syme. Szyderczym wzrokiem omiótł twarz Winstona. "Znam cię - zdawał się mówić - przejrzałem cię na wylot. Dobrze wiem, dlaczego nie poszedłeś na wieszanie jeńców". Na swój intelektualny sposób Syme był zajadle ortodoksyjny. Potrafił rozprawiać z niesmaczną satysfakcją o nalotach na nieprzyjacielskie wioski, procesach i spowiedziach myślozbrodniarzy, o egzekucjach w lochach Ministerstwa Miłości. Rozmawiając z nim należało czym prędzej odciągać go od podobnych tematów i kierować na zawiłości nowomowy, o których umiał mówić fachowo i interesująco. Winston odwrócił nieco głowę, żeby uniknąć badawczego spojrzenia dużych, ciemnych oczu.

- Była to udana egzekucja - stwierdził z zadowoleniem Syme. - Moim zdaniem wiązanie nóg psuje cały efekt. Lubię widzieć, jak wierzgają. Ale najbardziej mi się podoba, gdy na końcu wywalają języki, takie sine, że aż fioletowe! Ten moment cieszy mnie najbardziej.
- Następny, proszę! - wrzasnęła prolka z warząchwią, odziana w biały fartuch.
Winston i Syme wsunęli tace pod kratę. Na każdą szybko wrzucono regulaminowy obiad - blaszaną miskę różowoszarego gulaszu, pajdę chleba, kostkę sera, kubek Kawy Zwycięstwa (bez mleka) i jedną pastylkę sacharyny.

- Tam, pod teleekranem, jest wolny stolik - powiedział Syme. - Ale po drodze weźmy dżin.
Dżin wydano im w kubkach bez uchwytów. Przeszli przez zatłoczoną salę i zestawili miski na stolik z metalowym blatem, na którego brzegu ktoś pozostawił kałużę rozlanego gulaszu: ohydną płynną maź podobną do rzygowin. Winston uniósł kubek z dżinem, przez chwilę zbierał się na odwagę, po czym jednym haustem wypił oleistą ciecz. Oczy zaszły mu łzami, zamrugał więc kilka razy i nagle odkrył, że jest głodny. Zaczął przełykać pełne łychy błotnistego gulaszu, w którym gdzieniegdzie pływały gąbczaste różowe sześciany, prawdopodobnie jakiś preparat mięsny. Ani Winston, ani Syme nie odzywali się, dopóki nie opróżnili misek. Przy stoliku na lewo i nieco z tyłu ktoś trajkotał szybko i nieprzerwanie; przykry dźwięk, podobny do kwakania kaczki, wznosił się nad ogólny gwar.

- Jak się posuwa praca nad słownikiem? - spytał Winston usiłując przekrzyczeć hałas.
- Powoli - odparł Syme. - Zajmuję się przymiotnikami. Fascynująca rzecz!
Na wzmiankę o słowniku natychmiast się rozochocił. Odsunął miskę, w jedną delikatną dłoń ujął pajdę chleba, w drugą kostkę sera i pochylił się nad stolikiem, żeby nie podnosić głosu.

- Jedenaste wydanie będzie w pełni normatywne - rzekł. - Nadajemy językowi ostateczny kształt: taki, jaki będzie miał, gdy wszyscy zaczną posługiwać się wyłącznie nowomową. Kiedy skończymy, ty i inni będziecie musieli powtórnie jej się uczyć. Pewnie uważasz, że naszym głównym zajęciem jest wymyślanie nowych słów. Otóż nic bardziej błędnego! My niszczymy słowa. Setkami, i to dzień w dzień! Redukujemy język, plewimy ze wszystkiego, co zbędne. W jedenastym wydaniu będą wyłącznie słowa, które mają zostać w użyciu po roku dwa tysiące pięćdziesiątym.


Ugryzł potężny kęs chleba, przełknął parę razy, po czym znów zaczął perorować z pedantycznym żarem. Jego śniada, szczupła twarz ożywiła się, a oczy straciły szyderczy wyraz i stały się niemal rozmarzone.

- Niszczenie słów to coś pięknego. Najwięcej, oczywiście, wyrzucamy czasowników i przymiotników, ale setki rzeczowników też są zupełnie zbędne. Usuwamy nie tylko synonimy, lecz także wyrazy przeciwstawne. Bo jaką rację bytu mają słowa, których znaczenie jest po prostu przeciwieństwem innych? Każde słowo zawiera w sobie swoje przeciwieństwo. Weźmy na przykład przymiotnik "dobry". Jeśli mamy "dobry", po co nam taki przymiotnik jak "zły"? "Bezdobry" wystarczy w zupełności; jest nawet o tyle lepszy, że stanowi dokładne przeciwieństwo przymiotnika "dobry", czego nie można powiedzieć o "zły". A gdy z kolei chcemy coś wzmocnić, czy ma sens stosowanie mętnych i w sumie bezużytecznych określeń typu "wspaniały" lub "znakomity"? "Plus-dobry" adekwatnie spełnia każdy wymóg, jeśli natomiast zachodzi potrzeba jeszcze większej emfazy, można użyć "dwaplusdobry". Akurat tymi formami posługujemy się już dzisiaj, lecz w swoim ostatecznym kształcie cała nowomowa będzie taka. Z czasem pojęcie dobra i zła ograniczy się do zaledwie sześciu słów, a naprawdę do jednego. Czyż to nie wspaniałe, Winston? Oczywiście był to pomysł W. B. - dorzucił jakby po namyśle.

Na wzmiankę o Wielkim Bracie Winston uśmiechnął się gorliwie, lecz jakby z przymusem. Syme natychmiast dostrzegł ten jego brak entuzjazmu.

- Nie potrafisz docenić nowomowy, Winston - powiedział niemal ze smutkiem. Nawet kiedy piszesz, wciąż myślisz w staromowie. Czytam niekiedy artykuły, które pisujesz do "The Times". Nie są złe, ale to przekłady. W głębi serca wolałbyś pozostać przy staromowie, jej mętnych i bezużytecznych odcieniach znaczeniowych. Nie pojmujesz piękna niszczenia słów. 

Czy zdajesz sobie sprawę, że nowomowa jest jedynym językiem na świecie, którego słownictwo kurczy się z roku na rok?

Winston oczywiście zdawał sobie sprawę. Bał się odezwać, bo nie ufał swojemu głosowi, więc uśmiechnął się tylko - miał nadzieję, że przyjaźnie. Syme tymczasem ugryzł następny kęs szarego chleba, pożuł go przez chwilę, po czym ciągnął dalej:

- Czy nie rozumiesz, że nadrzędnym celem nowomowy jest zawężenie zakresu myślenia? W końcu doprowadzimy do tego, że myślozbrodnia stanie się fizycznie niemożliwa, gdyż zabraknie słów, żeby ją popełnić. Każde pojęcie da się wyrazić wyłącznie przez jedno słowo o ściśle określonym znaczeniu, natomiast wszystkie znaczenia uboczne zostaną wymazane i zapomniane. W jedenastym wydaniu jesteśmy już bardzo blisko tego celu. Lecz proces ten będzie postępował długo po naszej śmierci. Z roku na rok będzie coraz mniej słów i coraz węższy zakres świadomości. Nawet teraz, oczywiście, nie ma żadnych podstaw ani usprawiedliwień dla myślozbrodni. To jedynie kwestia samodyscypliny, regulacji faktów. Ale w końcu technika ta stanie się zbędna. Rewolucja zwycięży ostatecznie, gdy język osiągnie doskonałość. Nowomowa to angsoc, angsoc to nowomowa - stwierdził z niemal mistyczną satysfakcją. 

- Czy przyszło ci kiedy do głowy, Winston, że najpóźniej w roku dwa tysiące pięćdziesiątym nie będzie na ziemi ani jednego człowieka, który potrafiłby zrozumieć taką rozmowę jak nasza?
- Oprócz... - zaczął Winston, ale się zawahał.

Zamierzał powiedzieć: "Oprócz proli", lecz ugryzł się w język, ze strachu, że słowa te będą poczytane za objaw nieprawomyślności. Syme jednak domyślił się, o co mu chodzi.
- Prole to nie ludzie - rzucił niedbale. - Do roku dwa tysiące pięćdziesiątego, a przypuszczalnie wcześniej, prawdziwa znajomość staromowy zaniknie całkowicie. Literatura przeszłości ulegnie zniszczeniu. Chaucer, Shakespeare, Milton i Byron znani będą tylko z adaptacji na nowomowę, nie tylko innych, a wręcz sprzecznych z oryginałami. Nawet literatura partyjna nie uniknie zmian. I partyjne hasła. Bo jak może istnieć hasło "wolność to niewola", skoro zniknie pojęcie wolności? Myślenie ludzkie ulegnie przeobrażeniu. Tego, co my rozumiemy jako myślenie, nie będzie w ogóle. Ortodoksyjność oznacza niemyślenie, brak potrzeby myślenia. Ortodoksyjność to nieświadomość.

Słuchając tego wywodu Winston nabrał głębokiego przekonania, że Syme'a czeka ewaporacja. Jest zbyt inteligentny. Widzi wszystko zbyt wyraźnie i mówi zbyt jasno. Partia nie lubi takich ludzi. Pewnego dnia zniknie. Ma to wypisane na twarzy.


Winston zjadł chleb i ser. Przesunął się nieco na krześle i sięgnął po kawę. Przy stoliku z lewej mężczyzna o nieprzyjemnym głosie trajkotał bez chwili wytchnienia. Młoda kobieta siedząca tyłem do Winstona, zapewne sekretarka gaduły, słuchała go pilnie, gorliwie przytakując. Od czasu do czasu dobiegały Winstona takie zwroty, jak "zgadzam się z wami całkowicie, towarzyszu" lub "macie absolutną rację, towarzyszu", wypowiadane naiwnym, jeszcze dziewczęcym głosem. Mężczyzna jednak nie przerywał ani na moment, nawet kiedy ona coś komentowała. 

Winston znał go tylko z widzenia, ale wiedział, że piastuje ważne stanowisko w Departamencie Literatury. Był to gość około trzydziestki, o muskularnej szyi i dużych ruchliwych ustach. Siedział z głową odchyloną do tyłu pod takim kątem, że jego szkła odbijały światło, toteż zamiast oczu Winston widział dwa ślepe krążki. Zdumiewające, lecz z potoku słów, które facet bezustannie z siebie wylewał, nie można było rozróżnić ani jednego. Raz tylko udało się Winstonowi wyłowić zbitkę "całkowite i ostateczne wyplenienie goldsteinizmu", wyszczekaną tak szybko, że niemal wyplutą w jednym kawałku, niczym odlany wiersz druku. Reszta była tylko hałasem, kwakaniem, kwa-kwa-kwa. 

Jednakże mimo kłopotów ze zrozumieniem poszczególnych słów, Winston nie miał żadnych wątpliwości co do ogólnego charakteru wywodu. Może facet potępiał Goldsteina i żądał bardziej zdecydowanych działań przeciwko myślozbrodniarzom i sabotażystom, może oburzał się na zbrodnicze okrucieństwo wojsk eurazjatyckich, może wychwalał Wielkiego Brata albo bohaterów z frontu malabarskiego - nie miało to znaczenia. Cokolwiek mówił, była to najczystsza ortodoksja, najczystszy angsoc. Wpatrzony w bezoką twarz z poruszającą się gwałtownie szczęką, Winston miał dziwne uczucie, że obserwuje nie człowieka, lecz kukłę. 

Mówił nie mózg mężczyzny, tylko jego krtań. Wydobywające się z niej dźwięki składały się ze słów, ale nie tworzyły prawdziwej mowy; był to bezmyślny hałas, zupełnie jak kwakanie kaczki.
Syme zamilkł na chwilę i końcem łyżki zaczął rozmazywać po stole rozlany gulasz. Głos przy sąsiednim stoliku kwakał nieustannie, bez trudu wzbijając się nad gwar stołówki.
- Istnieje takie słowo w nowomowie - rzekł Syme - którego pewnie jeszcze nie znasz: kwakmowa, czyli mówienie podobne do kwakania kaczki. Jest to jedno z tych ciekawych słów, które mają dwa przeciwstawne znaczenia. W odniesieniu do wroga stanowi obelgę; w odniesieniu do kogoś, z kim się zgadzasz, komplement.

Nie ma dwóch zdań, że Syme'a czeka ewaporacja, pomyślał znów Winston. Pomyślał z pewnym smutkiem,. aczkolwiek dobrze wiedział, że Syme nim gardzi i bez wahania zadenuncjowałby go jako myślozbrodniarza, gdyby tylko miał ku temu podstawy. Z Syme'em coś było nie w porządku. Czegoś mu brakowało: rozwagi, rezerwy, zbawczej głupoty. Nie żeby był nieprawomyślny. Wierzył w zasady angsocu, uwielbiał Wielkiego Brata, radował się ze zwycięstw, nienawidził rewizjonistów - wszystko nie tylko szczerze, lecz także z gorączkowym zapałem; co więcej, jego rozeznanie w aktualnej sytuacji politycznej znacznie przewyższało wiedzę innych szeregowych członków Partii. 

A jednak nie cieszył się dobrą sławą. Mówił to, co lepiej było przemilczeć, zbyt wiele czytał, przesiadywał w kawiarni Pod Kasztanem, uczęszczanej przez malarzy i muzyków. Nie obowiązywał żaden zakaz, nawet niepisany, odwiedzenia tego lokalu, lecz bywanie tam nie wróżyło nic dobrego. Dawni, skompromitowani przywódcy partyjni zbierali się Pod Kasztanem często, dopóki nie objęła ich czystka. Podobno przed wielu, wielu laty widywano tam nawet samego Goldsteina. Tak więc los Syme'a łatwo było przewidzieć. A jednak Winston wiedział ponad wszelką wątpliwość, że gdyby choć na sekundę obnażył przed nim swoje prawdziwe uczucia, Syme natychmiast wydałby go Policji Myśli. Oczywiście, tak samo postąpiłby każdy; ale Syme jako pierwszy. Lecz sama gorliwość nie wystarczy. Ortodoksyjność to nieświadomość.


Syme uniósł głowę.

- A oto i Parsons - rzucił.
Ton jego głosu niemal dopowiadał "ten zasrany kretyn". Parsons, współlokator Winstona z Bloku Zwycięstwa, tęgawy, średniego wzrostu blondyn o żabiej twarzy, istotnie szedł w ich stronę, klucząc między stolikami. Jak na trzydziestopięciolatka miał już pokaźne fałdy tłuszczu pod brodą i na biodrach, lecz jego ruchy nadal były zwinne i chłopięce. Właściwie sprawiał tak silne wrażenie małego chłopca w powiększeniu, że choć nosił regulaminowy kombinezon, trudno go było sobie wyobrazić w innym stroju niż granatowe spodenki, szara koszula i czerwona chusta Kapusiów. 

Myśląc o nim widziało się kolana z dołeczkami i podwinięte rękawy na pulchnych ramionach. Zresztą Parsons rzeczywiście wkładał chętnie szorty, ilekroć tylko nadarzała się ku temu okazja - piesza wycieczka lub inna rozrywka związana z wysiłkiem fizycznym. Przywitał Winstona i Syme'a wesołym "Czołem, czołem!", po czym usiadł obok, roztaczając intensywną woń potu. Jego różową twarz pokrywały gęsto krople. Miał wręcz nieprawdopodobny dar pocenia się. W osiedlowej świetlicy zawsze można było poznać, kiedy grał w ping-ponga, po mokrej rączce rakietki. Syme wyjął pasek papieru z długą kolumną słów i, z kopiowym ołówkiem w ręku, zaczął je studiować.

- Patrz, pracuje nawet w przerwie obiadowej! - zawołał Parsons, szturchając łokciem Winstona. - Ten się przykłada, co? Powiedz, stary, nad czym tak ślęczysz? Ech, dla mnie to pewnie i tak za mądre! Smith, stary druhu, dobrze, że cię dopadłem. Chodzi o tę dobrowolkę, którą zapomniałeś mi dać.

- Na co tym razem? - spytał Winston, automatycznie sięgając po pieniądze.
Prawie jedną czwartą pensji pochłaniały dobrowolne składki, tak liczne, że łatwo było w nich się pogubić.

- Na Tydzień Nienawiści. Wiesz, na fundusz osiedlowy. Jestem skarbnikiem naszego bloku. Staramy się jak nigdy, więc będzie na co popatrzeć. Osobiście robię wszystko, żeby Blok Zwycięstwa miał najwięcej flag na całej ulicy. Obiecałeś dwa dolary.

Winston wysupłał i wręczył mu dwa zmięte, brudne banknoty, a Parsons odnotował kwotę w niewielkim kajecie równym, starannym pismem półanalfabety.

- I jeszcze jedno, stary. Żona powiedziała mi, że ten mój szczeniak przysolił ci wczoraj z procy. Porządnie go obsztorcowałem. I nawet zagroziłem, że jeśli to się powtórzy, zabiorę mu procę.

- Chyba był trochę nie w sosie, że ominęła go egzekucja - rzekł Winston.

- Cóż, bywa... Ale jak mówią, nastawienie ma słuszne, sam przyznasz. Psotne szczeniaki, jedno i drugie, za to jakie gorliwe! W głowie im tylko Kapusie, no i wojna, oczywiście. Wiesz, co ta moja mała zrobiła w zeszłą sobotę, kiedy poszli całą drużyną na wycieczkę w okolice Berkhamsted? Namówiła dwie koleżanki, żeby też odłączyły się od reszty, i przez całe popołudnie śledziły jakiegoś faceta. Szły za nim bite dwie godziny, lasem, a gdy w końcu dotarli do Amersham, nasłały na niego patrol.

- Dlaczego? - spytał zdezorientowany Winston. Parsons zaraz mu wyjaśnił triumfalnym tonem:
- Mała była pewna, że to szpieg. Może zrzucono go na spadochronie? Ale nie o to chodzi. Wiesz, stary, po czym zgadła? Spostrzegła, że ma dziwne buty, jakich nigdy jeszcze nie widziała. Więc od razu wykombinowała, że to cudzoziemiec. Smarkula ma dopiero siedem lat, a patrz, jaka cwana!

- Co się stało z tym człowiekiem? - spytał Winston.
- Nie wiem. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby...
Uniósł ręce, jakby celował z karabinu, po czym cmoknął głośno, naśladując wystrzał.
- I bardzo dobrze - pochwalił machinalnie Syme, nie odrywając oczu od paska papieru.
- Oczywiście, nie możemy ryzykować - przyznał z poczucia obowiązku Winston.
- Jak to mówią, trwa wojna, no nie?

Jakby na potwierdzenie tych słów z teleekranu tuż nad ich głowami rozległ się sygnał trąbki. Tym razem nie chodziło jednak o ogłoszenie kolejnego militarnego zwycięstwa, lecz o komunikat Ministerstwa Obfitości.

- Towarzysze! - zawołał ochoczo młodzieńczy głos. - Uwaga, towarzysze! Mamy dla was wspaniałe nowiny! Odnieśliśmy wielki sukces na froncie produkcyjnym! Z najnowszych kompleksowych zestawień statystycznych dotyczących produkcji artykułów konsumpcyjnych wynika, że w porównaniu z rokiem ubiegłym stopa życiowa obywateli wzrosła aż o dwadzieścia procent. Dziś rano w całej Oceanii odbyły się spontaniczne masowe manifestacje; ludzie wylegli z biur, z fabryk, defilowali ulicami niosąc transparenty i wznosząc okrzyki na cześć Wielkiego Brata, aby wyrazić mu wdzięczność za nowe, szczęśliwe życie, jakie wiodą pod jego światłym kierownictwem. A oto niektóre z uzyskanych danych. Artykuły żywnościowe...
Zwrot "nowe, szczęśliwe życie" powtarzał się kilkakrotnie. Należał ostatnio do ulubionych określeń Ministerstwa Obfitości. 

Parsons, którego uwagę przykuł sygnał trąbki, siedział zasłuchany, z poważną miną i z rozdziawioną gębą; nudził się, ale w budujący sposób. Nie rozumiał przytaczanych liczb, wiedział jednak, że z jakichś względów są powodem do radości. Wyciągnął wielką, cuchnącą faję do połowy nabitą zwęglonym tytoniem. Tygodniowy przydział tytoniu wynosił zaledwie 100 gramów, rzadko więc kiedy można było nabić fajkę po brzeg główki. Winston palił Papierosa Zwycięstwa, trzymając go ostrożnie w pozycji poziomej. Zostały mu już tylko cztery, a nową kartkę mógł zrealizować dopiero nazajutrz. Skupił się, żeby nie słyszeć gwaru rozmów, i wsłuchał w głos płynący z teleekranu. Okazało się, że manifestowano również, by podziękować Wielkiemu Bratu za zwiększenie przydziału czekolady do dwudziestu gramów tygodniowo. 

A przecież zaledwie wczoraj, jak pamiętał Winston, nadano komunikat o zmniejszeni u przydziału do dwudziestu gramów. Czy możliwe, że wystarczą dwadzieścia cztery godziny, aby wszyscy przełknęli to kłamstwo? Tak, wystarczyły. Parsons przełknął je gładko, ze zwierzęcej głupoty. Bezoki stwór przy sąsiednim stoliku przełknął je fanatycznie, z zapałem, natychmiast pałając gwałtowną chęcią wyśledzenia, zadenuncjowania i ewaporowania każdego, kto twierdziłby, że w ubiegłym tygodniu przydział wynosił trzydzieści gramów. Syme również - w sposób bardziej złożony, dwójmyślowy - ale też je przełknął. Czyżby więc tylko on jeden, Winston, obdarzony był pamięcią?

Fantastyczne dane wciąż lały się z teleekranu. W porównaniu z ubiegłym rokiem więcej było żywności, więcej odzieży, więcej domów, więcej mebli, więcej garnków, więcej paliw, więcej statków, więcej helikopterów, więcej książek, więcej noworodków-więcej wszystkiego oprócz chorób, przestępstw i szaleńców. Z roku na rok, wręcz z minuty na minutę, wszyscy i wszystko pięło się na coraz wyższe szczyty. Winston podniósł łyżkę i, tak jak wcześniej Syme, zaczął rozmazywać nią po blacie stołu jedną z odnóg gęstniejącej kałuży gulaszu. 

Rozmyślał z goryczą o materialnym poziomie życia. Czy zawsze było tak źle? Czy jedzenie zawsze miało tak podły smak? Rozejrzał się po stołówce. Niskie, zatłoczone pomieszczenie o ścianach szarych od dotyku niezliczonych ciał; poobijane metalowe stoły i krzesła, ustawione tak ciasno, że wszyscy niemal stykali się łokciami; pogięte łyżki, wyszczerbione tace, toporne białe kubki; każda powierzchnia zatłuszczona, każda szczelina wypełniona brudem; a wszędzie zatęchła, przemieszana woń podłego dżinu, kiepskiej kawy, kwaśnego gulaszu i nieświeżych ubrań. 

Ciało wzdrygało się, a kiszki skręcały na znak protestu, któremu towarzyszyło poczucie, że człowieka wykiwano pozbawiając go czegoś, do czego miał niezbywalne prawo. Winston nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek było inaczej. Jak daleko sięgał pamięcią, zawsze się nie dojadało, nosiło dziurawe skarpety i łataną bieliznę, meble były poobijane i krzywe, mieszkania niedogrzane, metro zatłoczone, domy w rozsypce, chleb szary, kawa ohydna; herbata uchodziła za rarytas, papierosów nie wystarczało; niczego nie można było kupić tanio i bez ograniczeń z wyjątkiem syntetycznego dżinu. Oczywiście, im człowiekowi przybywało lat, tym gorzej to wszystko znosił, ale skoro wzdrygał się na niewygody, brud i niedostatek, na nie kończące się zimy, lepkie od brudu skarpety, zepsute windy, chropowate mydło, rozpadające się papierosy i obrzydliwe, dziwne w smaku jadło, czyż nie był to właśnie znak, iż nie taki jest naturalny porządek rzeczy? Gdyby nie istniał w pamięci genetyczny zapis o innym, lepszym życiu, czy obecny świat wydawałby się aż tak obrzydliwy?

Znów rozejrzał się po stołówce. Niemal wszyscy byli brzydcy i tacy by pozostali, nawet gdyby ubrać ich w co innego niż identyczne granatowe kombinezony. Na drugim końcu sali niski mężczyzna, niezwykle podobny do pluskwy, siedział samotnie przy stoliku i pił kawę, co rusz zerkając podejrzliwie na boki maleńkimi oczkami. Jakże łatwo jest uwierzyć, pomyślał Winston, zwłaszcza jeśli ktoś nie rozgląda się dookoła, że typ fizyczny uważany przez Partię za ideał - wysocy, muskularni młodzieńcy i piersiaste dziewoje, wszystko jasnowłose, żywotne, opalone, beztroskie - istnieje, a nawet dominuje. W rzeczywistości, o ile mógł ocenić, większość mieszkańców Pasa Startowego Jeden była drobna, ciemna i nieurodziwa. Aż dziw, jak typ pluskwy pienił się w ministerstwach: mali, przysadziści mężczyźni bardzo wcześnie nabierający tuszy, krótkonodzy, o chyżych, owadzich ruchach i nalanych, nieprzeniknionych twarzach z maleńkimi oczkami. To właśnie ten typ prosperował pod kierownictwem Partii. 

Komunikat Ministerstwa Obfitości zakończył się również sygnałem trąbki; po nim rozległy się blaszane dźwięki muzyki. Parsons, w którym bombardowanie liczbami wzbudziło niesprecyzowany entuzjazm, wyjął fajkę z ust.

- No, Ministerstwo Obfitości rzeczywiście spisało się w tym roku na medal - rzekł kiwając z uznaniem głową. - Przy okazji, Smith, stary druhu, nie masz przypadkiem żyletki, którą mógłbyś mi odstąpić?
- Niestety - odparł Winston. - Sam od sześciu tygodni używam tej samej.
- Trudno. Ale wolałem się upewnić.
- Przykro mi.

Kwaczący głos przy sąsiednim stoliku, na krótko uciszony przez ministerialny komunikat, teraz wzbił się ponownie, donośny jak uprzednio. Nie wiedzieć czemu, Winstonowi stanęła przed oczyma pani Parsons ze swoimi rzadkimi włosami i zmarszczkami wypełnionymi kurzem. Jeszcze dwa lata, a dzieciaki zadenuncjują ją Policji Myśli. Pani Parsons zostanie ewaporowana. Syme również. I Winston. I O'Brien. Za to Parsons ostanie się na pewno. Tak samo bezoki stwór z głosem kaczki. Ostaną się mali urzędnicy podobni do pluskiew, pomykający tak zwinnie labiryntem ministerialnych korytarzy. Oraz ciemnowłosa dziewczyna z Departamentu Literatury. Zdawało mu/się, że intuicyjnie wie, kto zginie, a kto przetrwa, chociaż nie umiałby jasno określić, jakie cechy gwarantują przetrwanie.

Nagle coś gwałtownie wyrwało go z zadumy. Dziewczyna przy sąsiednim stoliku obróciła się nieco i popatrzyła na niego. Była to brunetka z Departamentu Literatury. Przyglądała mu się spod oka z dziwną intensywnością. Zaledwie ich spojrzenia się spotkały, odwróciła wzrok.
Zimny pot zrosił plecy Winstona. Poczuł dreszcz panicznego strachu. Opanował się prawie natychmiast, lecz uporczywy niepokój pozostał. Dlaczego go obserwowała? Dlaczego za nim chodziła? Jak na złość nie pamiętał, czy siedziała już przy tym stoliku, kiedy się zjawił, czy usiadła tam dopiero później. W każdym razie wczoraj, podczas Dwóch Minut Nienawiści, zajęła miejsce tuż za nim, choć było wiele wolnych krzeseł. Najprawdopodobniej chciała sprawdzić, czy krzyczy odpowiednio głośno.

Znów pomyślał, że chyba jednak nie jest agentką Policji Myśli, ale cóż z tego, skoro właśnie szpicle amatorzy są najbardziej gorliwi. Nie wiedział, jak długo mu się przyglądała; mogła przecież obserwować go od pięciu minut, a nie miał pewności, czy przez cały ten czas dostatecznie panował nad mimiką. Oddawanie się rozmyślaniom w miejscu publicznym lub w zasięgu teleekranu było straszliwie niebezpieczne. Każdy drobiazg mógł człowieka zdradzić. 

Nerwowy tik, podświadomy wyraz troski, zwyczaj mamrotania do samego siebie - cokolwiek, co wyglądało na odstępstwo od normy i mogło sugerować, że ma się coś do ukrycia. Zresztą niewłaściwy wyraz twarzy (na przykład niedowierzająca mina, gdy ogłaszano sukces militarny) stanowił sam w sobie przestępstwo, na które w nowomowie istniało odpowiednie określenie: gębozbrodnia.

Dziewczyna znów odwróciła się plecami do Winstona. Może wcale go nie śledziła; może to czysty przypadek, że dwa dni z rzędu usiadła tak blisko. Papieros mu zgasł, położył go więc ostrożnie na krawędzi blatu, zamierzając dopalić po pracy, o ile niechcący nie wysypie tytoniu. Nawet jeśli dziewczyna przy sąsiednim stoliku jest agentką Policji Myśli - a zatem nim miną trzy dni, Winstona zamkną w lochach Ministerstwa Miłości - to jeszcze nie powód, by marnować spory niedopałek. Syme złożył i schował do kieszeni pasek papieru. 

Parsons znów się odezwał:
- Czy opowiadałem ci, stary - spytał chichocząc przez zęby zaciśnięte na cybuchu fajki - jak to kiedyś te moje zuchy podpaliły kieckę babie na bazarze, bo zobaczyły, że zawija kiełbaski w plakat W. B.? Podkradły się od tyłu i podpaliły zapałkami! Nieźle była poparzona! Psotne szczeniaki, co? Ale jakie cwane! Przechodzą w Kapusiach pierwszej klasy trening, lepszy nawet niż za moich czasów. Wiesz, w co ich teraz wyposażają? W trąbki do podsłuchiwania przez dziurkę od klucza! Moja mała przyniosła taką do domu przed paroma dniami i wypróbowała na drzwiach do naszego pokoju; oznajmiła, że słyszy dwa razy lepiej, niż kiedy przykłada ucho. Oczywiście, to tylko zabawka. Ale sam przyznasz, że szkoli się ich w słusznym kierunku, nie?

W tym momencie teleekran wydał przejmujący gwizd. Był to znak, że pora wracać do pracy. Kiedy wszyscy trzej poderwali się na nogi, by dobiec do wind, zanim zrobi się przy nich ścisk, reszta tytoniu wysypała się z niedopałka.


6

Napisał w pamiętniku:

Wydarzyło się to trzy lata temu. Natknąłem się na nią ciemnym wieczorem w wąskiej bocznej uliczce w pobliżu dworca kolejowego. Stała przy bramie, pod latarnią, która rzucała tylko nikłe światło. Miała młodą twarz pokrytą grubo makijażem. To właśnie ten makijaż tak na mnie podziałał: twarz zupełnie biała, jak maska, usta jaskrawoczerwone. Kobiety należące do Partii nigdy się nie malują. Oprócz nas nie było nikogo, nie było też teleekranów. Powiedziała, że dwa dolary. Więc...

Przez chwilę nie mógł pisać dalej. Zamknął oczy i przycisnął palcami powieki, żeby wymazać obraz, który powracał w pamięci. Miał ochotę wykrzykiwać najgorsze przekleństwa, walić głową w ścianę, przewrócić kopniakiem stół, cisnąć kałamarz przez okno - zrobić coś gwałtownego, wywołać jakiś hałas lub nawet zadać sobie fizyczny ból, byleby tylko zatrzeć dręczące wspomnienie.

Najgroźniejszym wrogiem człowieka, pomyślał, jest jego układ nerwowy. Napięcie wewnętrzne może w każdej chwili ujawnić się poprzez zewnętrzne objawy. Przypomniał sobie mężczyznę, którego widział na ulicy przed kilkoma tygodniami: był to zupełnie zwyczajny jegomość, na oko poniżej czterdziestki, członek Partii, szczupły, dość wysoki, z teczką w ręce. Dzieliło ich zaledwie kilka metrów, gdy nagle jakiś skurcz wykrzywił lewą połowę twarzy tamtego. I po chwili znowu, kiedy się mijali; było to tylko drgnienie, w dodatku szybkie jak migawka, ale najwyraźniej zupełnie mimowolne. Winston pomyślał wtedy: dni tego biedaka są policzone. Najstraszniejsze, że gość pewno wcale nie zdawał sobie sprawy ze swojego tiku. 

Jednakże największym niebezpieczeństwem było mówienie przez sen. A Winston nie wiedział, jak się przed tym ustrzec. Wziął głęboki oddech i znów podjął pisanie:

Więc wszedłem za nią do bramy i dałem się zaprowadzić podwórce do kuchni w suterenie. Pod ścianą stało łóżko, a na stole przyćmiona lampa. Kobieta...

W gardle czuł suchość. Miał ochotę odplunąć. Myśląc o kobiecie z sutereny miał też przed oczami swoją żonę, Katherine. Winston bowiem był kiedyś żonaty - i prawdopodobnie nic się nie zmieniło, bo o ile wiedział, Katherine wciąż żyła. Znów poczuł w nozdrzach ciepły, duszny fetor sutereny, w którym smród pluskiew i odór brudnej odzieży mieszały się z wonią tanich perfum, obrzydliwą, lecz mimo to podniecającą, gdyż kobiety partyjne nie stosowały żadnych pachnideł; było wręcz niewyobrażalne, by któraś mogła to uczynić. Tylko prolki używały perfum. W jego umyśle zapach ten kojarzył się nierozerwalnie z kopulacją.

Pójście z tą kobietą stanowiło jego pierwszy występek tego typu od blisko dwóch lat. Oczywiście obowiązywał niepisany zakaz zadawania się z prostytutkami, lecz - zebrawszy się na odwagę - raz na pewien czas można go było złamać. Ryzykowało się wiele, ale za zbrodnię tę nie groziła kara śmierci. Przyłapani - chyba że mieli na sumieniu coś jeszcze - mogli się spodziewać kary pięciu lat ciężkich robót. Jeśli wiedziało się, jak uniknąć wpadki, sprawa nie nastręczała trudności. Ubogie dzielnice roiły się od kobiet gotowych sprzedawać swoje wdzięki. Czasami wystarczyła butelka dżinu, normalnie niedostępnego prolom. 

Po cichu Partia aprobowała nawet prostytucję, jako umożliwiającą zaspokojenie popędu, który nie dawał się całkowicie stłumić. Rozwiązłość nie przeszkadzała aż tak bardzo, o ile uprawiano ją potajemnie, bez radości i wyłącznie z kobietami należącymi do ujarzmionej i pogardzanej klasy. Zbrodnią niewybaczalną był stosunek pozamałżeński między członkami Partii. Ale - choć także i do tej zbrodni z reguły przyznawali się oskarżeni podczas wielkich czystek - trudno sobie wyobrazić, aby coś takiego naprawdę się zdarzyło.

Partia postawiła sobie za cel nie tylko powstrzymanie mężczyzn i kobiet od tworzenia związków, nad którymi nie miałaby żadnej kontroli. Uparcie, acz skrycie, dążyła do odarcia stosunku płciowego z wszelkiej przyjemności. Za wroga uważano nie tyle miłość, ile zmysłowość, zarówno w małżeństwie, jak i poza nim. Każdy związek małżeński między członkami Partii musiał zyskać akceptację specjalnej komisji i - choć nie istniał na to specjalny paragraf - nie udzielano zgody kandydatom, którzy sprawiali wrażenie, że czują do siebie pociąg fizyczny. Jedynym akceptowanym celem małżeństwa było płodzenie przyszłych członków Partii. Sam stosunek płciowy należało, traktować jako coś wzbudzającego odrazę, niczym lewatywa. Tego również nie mówiono wprost, lecz w pośredni sposób wpajano od dzieciństwa każdemu członkowi Partii.

Działały nawet takie organizacje jak Młodzieżowa Liga Antyseksualna, które zalecały pełną wstrzemięźliwość płciową. Kobiety miano poddawać sztucznej inseminacji (w nowomowie sztuczsem), a urodzone przez nie dzieci wychowywać w specjalnych zakładach. Winston zdawał sobie sprawę, że projekt ten nie jest traktowany serio, aczkolwiek pasuje do ogólnej ideologii Partii. Partia usiłowała zabić popęd płciowy, a jeśli jej nie wychodziło, próbowała go przynajmniej spaczyć i zohydzić. Nie rozumiał dlaczego, ale ze strony Partii wydawało mu się to naturalne. I jeśli chodzi o kobiety, wysiłki te przynosiły pożądany rezultat.

Znów pomyślał o Katherine. Minęło dziewięć, dziesięć - blisko jedenaście lat, odkąd się rozstali. To dziwne, jak rzadko o niej myślał. Na długie tygodnie zapominał o tym, że jest żonaty. Byli razem tylko przez piętnaście miesięcy. Partia nie zezwalała na rozwody, ale małżeństwa bezdzietne na ogół zachęcano do separacji.

Katherine była prostą jak trzcina, wysoką, jasnowłosą dziewczyną o wspaniałych ruchach. Miała śmiałą, pociągłą twarz, która wydawała mu się uduchowiona - czysta iluzja, gdyż zaraz na samym początku małżeństwa Winston doszedł do wniosku, że ma do czynienia z najgłupszym, najprymitywniejszym i najbardziej pustym umysłem, z jakim dotąd się zetknął. Chociaż może wynikało to po prostu stąd, że poznał Katherine lepiej niż kogokolwiek. Głowę miała nabitą wyłącznie partyjnymi sloganami i zdolna była przełknąć każdą, dosłownie każdą bzdurę wymyśloną przez Partię. W myślach przezywał ją ludzkim gramofonem. Ale zniósłby jej towarzystwo, gdyby nie jedno - ich życie płciowe.

Ledwo jej dotknął, wzdrygała się i sztywniała. Obejmując ją czuł się tak, jakby obejmował drewnianą kukłę z ruchomymi kończynami. Najdziwniejsze, że nawet gdy leżał w jej ramionach, miał wrażenie, iż równocześnie odpycha go z całej siły. Uczucie to wywoływała sztywność jej członków, gdyż Katherine leżała z zamkniętymi oczami, ani się nie opierając, ani nie współuczestnicząc, lecz jakby biernie wszystko znosząc. Ich zbliżenia były nieprawdopodobnie żenujące, a z czasem stały się po prostu okropne. Ale mimo wszystko Winston wytrzymałby z żoną, gdyby się tylko zgodziła, by żyli w celibacie. 

Jednakże, ku jego zdumieniu, ta propozycja okazała się dla niej nie do przyjęcia. Oświadczyła, że muszą mieć dziecko. Tak więc powtarzali ten sam przykry rytuał regularnie raz na tydzień, chyba że akurat było to niemożliwe. Katherine nawet przypominała mu rano o czekającym ich akcie jak o czymś, co trzeba wykonać wieczorem i czego nie wolno zaniedbać. Posługiwała się dwoma określeniami. Pierwsze to "produkowanie dziecka", a drugie "nasz obowiązek wobec Partii" (tak jest, używała dokładnie tych słów!). Wkrótce Winston z coraz większym lękiem oczekiwał wyznaczonego dnia. Na szczęście Katherine nie zaszła w ciążę i w końcu zgodziła się zrezygnować z dalszych prób, a niedługo potem rozstali się na dobre.


Winston westchnął cicho, po czym znów ujął pióro i napisał:

Kobieta rzuciła się na lóżko i natychmiast bez żadnych ceregieli, najbardziej ordynarnym, wstrętnym gestem, jaki sobie wyobrazić, zadarła spódnicę. Wówczas ja...

Ujrzał siebie, jak stoi w bladym świetle lampy, wciągając w nozdrza woń pluskiew i tandetnych perfum, ogarnięty poczuciem klęski i urażonej godności, co nawet tam, w suterenie, wiązało się z myślą o białym ciele Katherine, obróconym w bryłę lodu przez hipnotyczną moc Partii. Dlaczego wszystko musiało zawsze źle się kończyć? Dlaczego, zamiast tych obmierzłych szamotanin powtarzających się w kilkuletnich odstępach, nie mógł mieć kobiety, którą by kochał? Ale prawdziwy romans nie mieścił się w głowie. Kobiety partyjne były wszystkie takie same. 

Czystość seksualną miały zakorzenioną równie głęboko jak lojalność wobec Partii. Poprzez umiejętne wczesne warunkowanie, przez gry i zimne prysznice, poprzez bzdury, które wpajano im w szkole, w Kapusiach i w Lidze Młodych, przez wykłady, pochody, piosenki, skandowanie haseł i wojskową muzykę udawało się stłumić w nich popęd naturalny. Rozum podpowiadał mu, że muszą istnieć wyjątki, lecz serce nie chciało w to wierzyć. Wszystkie znane mu kobiety były nie do zdobycia, tak jak tego oczekiwała od nich Partia. Bardziej jeszcze niż miłości pragnął obalić ten mur cnoty, choćby tylko raz w życiu. Udane spółkowanie było buntem. Pożądanie równało się myślozbrodni. Nawet rozbudzenie Katherine, jego własnej żony, oznaczałoby występek przeciwko Partii, gdyby mu się powiodło.

Ale musiał dokończyć swoją opowieść. Napisał:

Wówczas ja podkręciłem lampę. Kiedy ujrzałem kobietę w świetle...

Niewielki płomień lampy naftowej, kiedy rozbłysł w półmroku, wydał się niezwykle jasny. Winston dopiero teraz mógł się dobrze przyjrzeć kobiecie. Postąpił krok w jej stronę i przystanął, ogarnięty pożądaniem i lękiem. Był boleśnie świadom ryzyka, które podjął przychodząc tutaj. Istniało duże prawdopodobieństwo, że patrol złapie go, kiedy będzie wychodził; bardzo możliwe, że policjanci już czekają za drzwiami. I tak go zwiną; nie może więc wyjść, nie zrobiwszy tego, po co wszedł...!

Musiał to napisać, musiał wyznać. Otóż w świetle zobaczył nagle, że kobieta jest stara. Warstwa makijażu na jej twarzy była tak gruba, że mogła pęknąć niczym tekturowa maska. Widział włosy kobiety poprzetykane siwizną, lecz co najokropniejsze, gdy rozchyliła usta, ujrzał tylko czarną, jamę. Prostytutka w ogóle nie miała zębów.

Nabazgrał szybkim, niestarannym pismem:

Kiedy ujrzałem kobietę w świetle, przekonałem się, że to stara baba, przynajmniej pięćdziesięcioletnia. Lecz nic nie mogło mnie powstrzymać: zrobiłem to, po co tam poszedłem.

Znów przycisnął palce do oczu. Wreszcie napisał wszystko, ale wcale mu nie ulżyło. Terapia nie odniosła skutku. Wciąż miał ochotę wrzeszczeć i kląć na całe gardło.

Jeśli jest jakakolwiek nadzieja, napisał Winston, spoczywa w prolach.

Jeśli jest jakakolwiek nadzieja, musi spoczywać w prolach, bo tylko pośród nich, w tej kotłującej się, lekceważonej masie stanowiącej 85% mieszkańców Oceanii, może się zrodzić siła zdolna obalić Partię. Partii nie sposób zniszczyć od wewnątrz. Jej wrogowie, o ile w ogóle istnieją, nie tylko nie potrafią się zjednoczyć, lecz także rozpoznawać. Nawet jeśli legendarne Braterstwo nie jest wyłącznie fikcją, trudno sobie wyobrazić, aby więcej niż dwóch lub trzech jego członków mogło spotykać się naraz. Wyrazem buntu było porozumiewawcze spojrzenie, modulacja głosu, albo - co najwyżej - szeptem wypowiedziane słowo. Ale prole, gdyby tylko stali się świadomi własnej siły, nie musieliby spiskować. Wystarczyłoby, aby się podnieśli i otrząsnęli, niczym koń strącający muchy. Gdyby zechcieli, już jutro mogliby roznieść Partię w pył. Przecież chyba musi im to przyjść do głowy prędzej czy później! A jednak...


Przypomniał sobie, jak pewnego razu szedł rojną ulicą, gdy naraz potężny krzyk setek głosów - kobiecych głosów - buchnął z bocznej alejki nieco przed nim. Był to potężny, przeraźliwy krzyk rozpaczy i wściekłości, głębokie, głośne "Och-o-o-o-och", które wstrząsnęło powietrzem niczym bicie dzwonu. Serce kołatało mu mocniej. "Zaczęło się! - pomyślał. - Wybuchł bunt! Prole wreszcie zrzucają więzy!". Kiedy dotarł do rogu, ujrzał tłum, jakieś dwieście lub trzysta kobiet tłoczących się wokół straganów ulicznego kiermaszu, z twarzami tak przygnębionymi jak twarze pasażerów tonącego statku. Lecz w tej samej chwili wspólna rozpacz rozpadła się na dziesiątki pojedynczych kłótni. 

Okazało się, że na jednym straganie sprzedawano rondle, nędzne i z blachy cienkiej jak papier, ale i tak cenne, gdyż wszelkiego rodzaju garnki i sprzęty kuchenne były z trudem osiągalne. Teraz zapas się nagle skończył. Kobiety, które zdołały dokonać zakupu, popychane i potrącane przez resztę, usiłowały odejść ze swoją zdobyczą, podczas gdy dziesiątki innych tłoczyły się wokół straganu, oskarżając sprzedawcę o kumoterstwo i ukrywanie towaru. Znów rozległy się wrzaski. Dwie tłuste baby, jedna strasznie rozczochrana, uczepiły się blaszanego rondla i próbowały wyrwać go sobie z rąk. Przez chwilę walczyły zajadle, aż nagle odpadł uchwyt. Winston obserwował je z niesmakiem. A jednak, przez moment, z jakąż przerażającą mocą brzmiał krzyk zaledwie dwustu gardeł! Dlaczego prole nigdy nie krzyczą tak głośno o czymś naprawdę istotnym? Zanotował:

Dopóki nie połączy ich świadomość, nigdy są nie zbuntują; dopóki są nie zbuntują, nie staną się świadomi.

To zdanie, pomyślał, wygląda jak żywcem przepisane z partyjnego podręcznika. Partia oczywiście utrzymywała, że wyzwoliła proli. Przed Rewolucją byli okrutnie ciemiężeni przez kapitalistów, głodzono ich i karano chłostą, kobiety zmuszano do pracy w kopalniach węgla (co prawda nadal w nich pracowały), a dzieci w wieku lat sześciu sprzedawano do fabryk. Równocześnie jednak, zgodnie z zasadami dwójmyślenia, Partia nauczała, że prole są gatunkiem z natury podlejszym, i należy - niczym zwierzęta - przymuszać ich do posłuszeństwa za pomocą pewnych nieskomplikowanych metod. W sumie bardzo mało wiedziano o prolach. Ale więcej nie trzeba było wiedzieć. Jak długo rozmnażali się i pracowali, nikogo nie obchodziło, co robią poza tym. 

Pozostawieni sobie, niczym bydło puszczone samopas na równinach Argentyny, powrócili do naturalnego dla nich stylu życia, odziedziczonego po przodkach. Rodzili się, wyrastali w rynsztokach, w wieku dwunastu lat szli do pracy, następnie przeżywali krótki okres rozkwitu urody i zmysłowości, w wieku lat dwudziestu żenili się, około trzydziestki wkraczali w wiek średni, a umierali na ogół około sześćdziesiątki. 

Ciężka praca fizyczna, prowadzenie domu i wychowywanie dzieci, sprzeczki z sąsiadami, filmy, piłka nożna, piwo, a przede wszystkim hazard zamykały ich horyzont myślowy. Utrzymanie proli w ryzach nie nastręczało trudności. Krążyła wśród nich garstka agentów Policji Myśli, rozprzestrzeniając fałszywe pogłoski oraz identyfikując i usuwając nieliczne jednostki, które uważano za potencjalnie groźne, lecz nie czyniono nic, by wszczepić im ideologię Partii. 

Było rzeczą wręcz niepożądaną, aby prole mieli zdecydowane poglądy polityczne. Wymagano od nich jedynie prymitywnego patriotyzmu, do którego można się było odwołać narzucając im wydłużony czas pracy lub zmniejszone racje żywnościowe. I nawet gdy wyrażali niezadowolenie, co się czasami zdarzało, nie prowadziło to do niczego, ponieważ żyli w nieświadomości politycznej i koncentrowali się wyłącznie na drobnych, pojedynczych bolączkach. Większe zło i jego przejawy niezmiennie umykały ich uwadze. Niewielu proli miało w domach teleekrany. Nawet policja obywatelska rzadko wtrącała się w ich sprawy. 

W Londynie przestępczość osiągnęła zastraszające rozmiary: roiło się od złodziei, rzezimieszków, prostytutek, handlarzy narkotyków i aferzystów wszelkiego autoramentu, ale ponieważ ich działalność ograniczała się do świata proli, nie uważano tego za istotne. W kwestiach obyczajowych pozwalano masom przejmować wzory przodków. Nie narzucano im partyjnej wstrzemięźliwości płciowej. Za rozwiązłość nie groziły kary, rozwody były dozwolone. Przypuszczalnie zezwolono by/im nawet na odbywanie praktyk religijnych, gdyby wyrazili taką potrzebę lub chęć. Byli poza zasięgiem podejrzeń. Jak to ujmowało jedno z haseł Partii: "Prole i zwierzęta są wolne".

Winston opuścił rękę i ostrożnie podrapał owrzodzoną nogę. Znów go swędziła. W jego rozważaniach wciąż powracał problem niemożności dowiedzenia się, jak naprawdę wyglądało życie przed Rewolucją. Wyjął z szuflady szkolny podręcznik historii, pożyczony od pani Parsons, i przepisał do pamiętnika następujący fragment:

W dawnych czasach, przed sławną Rewolucją, Londyn nie był tym pięknym miastem, które znamy dzisiaj. Był ponurym siedliskiem brudu i nędzy, w którym większość ludzi chodziła głodna, a setki i tysiące biedaków nie tylko nie miały butów, lecz, nawet dachu nad głową. Dzieci w waszym wieku musiały pracować przez, dwanaście godzin na dobę u okrutnych mocodawców, którzy bili je batami, jeśli pracowały zbyt wolno, karmili zaś wyłącznie suchymi skórkami od chleba i wodą. 

Pośród tej strasznej nędzy stało kilka ogromnych, wspaniałych domów. Mieszkali w nich bogacze, często obsługiwani aż przez trzydziestu służących. Ci bogacze nazywali się kapitalistami. Byli to tłuści, obmierzli ludnie o srogich obliczach, tacy jak ten że pojęcia na sąsiedniej stronie. Widzicie, że ubrany jest w długą czarną kurtkę, zwaną surdutem, oraz dziwaczny, lśniący kapelusz podobny do rury od pieca, zwany cylindrem. Tak właśnie wyglądały mundury kapitalistów i nikt inny nie mógł ich nosić. Cały świat nalegał do kapitalistów, a reszta ludzkości była ich niewolnikami. Kapitaliści posiadali wszystką ziemię, wszystkie domy, wszystkie fabryki i wszystkie pieniądze. Jeśli ktoś był im nieposłuszny, mogli go wtrącić do więzienia albo pozbawić pracy i zagłodzić na śmierć. Kiedy zwykły człowiek zwracał się do kapitalisty, musiał zdejmować z głowy czapkę, płaszczyć się przed nim, kłaniać i tytułować go "jaśnie wielmożnym panem". Przywódca wszystkich kapitalistów nazywał się król i...

Na pamięć znał resztę wywodu. Dalej była mowa o biskupach w szatach z batystowymi rękawami, o sędziach w gronostajach, o pręgierzu, dybach, kieratach poruszanych siłą ludzkich mięśni, o karze chłosty, o obiadach inauguracyjnych burmistrzów Londynu i zwyczaju całowania papieża w duży palec u nogi. Istniało też coś zwanego ius primae noctis, choć nie sądził, aby wspominano o tym w podręczniku dla dzieci. Tak zwało się prawo pozwalające każdemu kapitaliście sypiać ze wszystkimi kobietami zatrudnionymi w jego fabryce.

Jak tu stwierdzić, co z tego jest kłamstwem? Mogło być prawdą, że przeciętnemu człowiekowi wiodło się obecnie lepiej niż przed Rewolucją. Jedynym dowodem przeciw był niemy protest własnego ciała, instynktowna pewność, że warunki, w jakich się żyje, są nieznośne i kiedyś musiały być inne. To nie okrucieństwo i poczucie lęku najpełniej charakteryzowały współczesność, lecz ubóstwo, obskurność i apatia. Wystarczyło się rozejrzeć, aby stwierdzić, iż życie nie tylko nie przypomina kłamstw lejących się potokami z teleekranu, lecz także odbiega daleko od partyjnego ideału. 

Codzienność, nawet dla członków Partii, składała się w przeważającej mierze z zajęć apolitycznych i neutralnych, takich jak ślęczenie za biurkiem, tłoczenie się w metrze, cerowanie dziurawych skarpet, oszczędzanie niedopałków i próby wycyganienia od znajomych pastylki sacharyny. Ideał, do którego dążyła Partia, cechowały rozmach, monstrualność i połysk: był to świat ze stali i betonu, świat gigantycznych maszyn i straszliwej broni, świat wojowników i fanatyków maszerujących naprzód noga w nogę, identycznie myślących i skandujących te same hasła, wiecznie zapracowanych, walczących, triumfujących i szpiegujących się wzajem - trzysta milionów obywateli o jednej twarzy. 

Tymczasem na rzeczywistość składały się żałosne, sypiące się miasta, których ulice przemierzali niedożywieni ludzie w przemakających butach, ludzie z odrapanych dziewiętnastowiecznych czynszówek cuchnących gotowaną kapustą i pozatykanymi ustępami. Winston ujrzał w wyobraźni panoramę Londynu - jedną ogromną ruinę, miasto miliona śmietników, a na jego tle postać pani Parsons, kobiety o pomarszczonej twarzy i rzadkich włosach, bezskutecznie usiłującej przepchać rurę odpływową.

Znów podrapał się w kostkę. Dzień w dzień i noc w noc lały się z teleekranu, aż uszy puchły, dane statystyczne dowodzące, że obecnie ludzie mają więcej żywności, więcej odzieży, więcej rozrywek i lepsze domy - że żyją dłużej, pracują krócej, są roślejsi, zdrowsi, silniejsi, szczęśliwsi, inteligentniejsi i bardziej wykształceni niż ludzie pięćdziesiąt lat temu. Nie sposób było się przekonać, czy choćby jedna z tych informacji jest prawdziwa. Partia twierdziła na przykład, iż analfabetyzm wśród dorosłych proli spadł do 60%, podczas gdy przed Rewolucją wynosił aż 85 %; współczynnik śmiertelności niemowląt zmalał do 160 na 1000 urodzeń, podczas gdy przed Rewolucją wynosił 300 - i tak dalej. Przypominało to jedno równanie z dwiema niewiadomymi. Mogło się okazać, że dosłownie każde zdanie w podręcznikach historii, nawet dotyczące spraw bezspornych, jest od początku do końca zmyślone. Równie dobrze mogło przecież nigdy nie istnieć żadne prawo ius primae noctis, żadna istota zwana kapitalistą, żadne nakrycie głowy zwane cylindrem.


Wszystko rozmywało się we mgle. Przeszłość wymazywano, o fakcie wymazania zapominano, i kłamstwo stawało się prawdą. Tylko raz w życiu - i, co najistotniejsze, po całym wydarzeniu - miał w ręku konkretny, namacalny dowód fałszerstwa. Trzymał go w palcach przez trzydzieści sekund. Zdarzyło się to chyba w 1973 roku - w każdym razie mniej więcej wtedy, gdy rozstał się z Katherine. Ale znacząca data była o siedem czy osiem lat wcześniejsza.

Cała historia rozpoczęła się w połowie lat sześćdziesiątych, w okresie wielkich czystek, kiedy to raz na zawsze rozprawiono się z faktycznymi przywódcami Rewolucji. Do roku 1970 nie ostał się żaden oprócz Wielkiego Brata. Wszystkich zdemaskowano jako zdrajców i kontrrewolucjonistów. Goldstein zbiegł i gdzieś się ukrywał; z innych część po prostu znikła, a większość została stracona po jawnych pokazowych procesach, na których wszyscy przyznali się do zarzucanych im zbrodni. 

Wśród garstki ocalałych znajdowali się trzej działacze o nazwiskach Jones, Aaronson i Rutherford. Aresztowano ich chyba w 1965 roku. Jak to się często zdarzało, zniknęli na rok albo dłużej; nikt nie wiedział, czy jeszcze żyją, kiedy nagle pojawili się na sali sądowej, aby - zgodnie z przyjętą praktyką - złożyć inkryminujące ich samych zeznania. Przyznali się do wchodzenia w konszachty z wrogiem (w owym czasie, podobnie jak teraz, wrogiem była Eurazja), sprzeniewierzenia funduszy państwowych, zamordowania wielu wybitnych członków Partii, spiskowania przeciwko kierownictwu Wielkiego Brata na długo przed wybuchem Rewolucji oraz do prowadzenia akcji sabotażowej, w wyniku której setki tysięcy osób poniosły śmierć. 

Po tej spowiedzi amnestionowano ich, przyjęto z powrotem do Partii i przydzielono im ważne na pozór stanowiska, faktycznie będące tylko synekurami. Po kolei napisali do "The Times" sążniste, łzawe artykuły, w których roztrząsali przyczyny swojej zdrady i obiecywali naprawić wyrządzone zło.

W jakiś czas później Winston ujrzał wszystkich trzech w kafejce Pod Kasztanem. Pamiętał lękliwą fascynację, z jaką przypatrywał się im kątem oka. Byli o wiele starsi od niego - relikty dawnego świata, właściwie ostatnie legendarne postacie z wczesnych, bohaterskich lat Partii - i wciąż otoczeni lekko tylko zmurszałym nimbem sławy jako uczestnicy walki podziemnej i wojny domowej. Winstonowi zdawało się - choć już wówczas fakty i daty traciły ostrość - że znał ich nazwiska znacznie wcześniej, niż usłyszał o Wielkim Bracie. Ale byli również zbrodniarzami, wrogami, pariasami, których nie powinna ominąć likwidacja w ciągu najbliższego roku, może dwóch lat. Nikt, kto raz wpadł w ręce Policji Myśli, nie uchodził z życiem. Byli trupami czekającymi na odesłanie do grobu.


Sąsiednie stoliki stały puste. Nawet samo przebywanie w pobliżu takich ludzi było głupotą. Siedzieli w milczeniu nad szklankami dżinu zaprawionego goździkami, specjalnością lokalu. Największe wrażenie zrobił na Winstonie wygląd Rutherforda. Był to niegdyś głośny karykaturzysta, którego jadowite rysunki pomogły rozbudzić świadomość mas jeszcze przed Rewolucją. Nawet teraz ukazywały się z rzadka w "The Times". Jednakże te obecne, mimo iż stanowiły kontynuację dawnego stylu Rutherforda, były dziwnie martwe i nieprzekonujące. Wciąż powtarzały się w nich te same oklepane motywy: rudery, głodujące dzieci, walki uliczne i kapitaliści w cylindrach, z którymi nie rozstawali się nawet na barykadach - nieustająca, beznadziejna próba powrotu do przeszłości. 

Rutherford był monstrualnych rozmiarów człowiekiem z grzywą siwych, pozlepianych włosów, worami pod oczyma, o twarzy poznaczonej bruzdami i grubych, murzyńskich wargach. Kiedyś musiał odznaczać się niesamowitą siłą, lecz teraz jego potężne ciało garbiło się, wybrzuszało, rozlewało i rozłaziło na wszystkie strony. Patrząc na niego trudno się było oprzeć wrażeniu, że zaraz cały się rozpadnie niczym zwietrzały odłam skalny.

Dochodziła godzina piętnasta; spokojna pora. Winston nie pamiętał już, dlaczego znalazł się w kafejce tak wcześnie. Lokal był prawie pusty. Z teleekranów sączyła się jakaś metaliczna muzyka. Trzej mężczyźni siedzieli w rogu sali, niemal bez ruchu i nie odzywając się słowem. Kelner, nie proszony, podał im nowe szklanki dżinu. Przed sobą mieli szachownicę z rozstawionymi figurami, ale dotąd nie rozpoczęli partii. Wtem coś dziwnego stało się z teleekranem i trwało chyba z pół minuty. Zmieniła się nie tylko melodia, ale także charakter muzyki. Wkradła się w nią - aż trudno to opisać - jakaś dziwaczna, fałszywa, skrzecząca i szydercza nuta, dosłownie ociekająca żółcią, po czym jakiś głos zaśpiewał: 

Pod konarami kasztana
Pan sprzedał mnie, a ja pana;
Ich pogrzebano, a my od rana
Pod konarami kasztana.

 

Trzej mężczyźni ani drgnęli. Ale gdy Winston znów zerknął na zniszczoną twarz Rutherforda, zobaczył, że jego oczy są mokre od łez. I dopiero teraz dostrzegł, i aż się wzdrygnął, choć nie wiedział dlaczego, iż Aaronson i Rutherford mają złamane nosy.

Niedługo potem wszystkich trzech znów aresztowano. Podobno natychmiast po zwolnieniu zaczęli od nowa spiskować. W trakcie drugiego procesu raz jeszcze przyznali się do swoich dawnych zbrodni i do całego szeregu świeżo popełnionych. Zostali straceni, a ich los odnotowano w partyjnych kronikach jako ostrzeżenie dla przyszłych pokoleń. Mniej więcej pięć lat później, w 1973 roku, rozwijając rulon dokumentów, który wypadł na jego biurko z rury pneumatycznej, Winston znalazł wśród nich zwitek papieru; ktoś najwyraźniej dołączył go do innych, a później zapomniał usunąć. Jedno spojrzenie wystarczyło, aby Winston uświadomił sobie wagę odkrycia. 

Była to połowa strony wyrwanej z numeru "The Times" sprzed dziewięciu lat - górna połowa, a więc opatrzona datą - na której widniało zdjęcie delegacji przebywającej w Nowym Jorku w związku z jakąś partyjną uroczystością. W samym środku grupy stali Jones, Aaronson i Rutherford. Nie mogło być mowy o pomyłce; zresztą podpis pod zdjęciem wymieniał ich nazwiska.
Niezwykłość dokumentu polegała na tym, że podczas obu procesów wszyscy trzej zeznali, iż akurat tego dnia byli na terytorium Eurazji. Z tajnego lotniska w Kanadzie polecieli na Syberię, gdzie spotkali się z członkami Sztabu Generalnego Armii Eurazjatyckiej i zdradzili im ważne tajemnice wojskowe. Data utkwiła Winstonowi w pamięci, gdyż właśnie w ów dzień wypadało letnie przesilenie; te same informacje znalazły się zapewne w dziesiątkach innych źródeł. Wniosek nasuwał się jeden: zeznania były fałszywe.

To, samo w sobie, trudno uznać za rewelację. Winston dawno już przestał wierzyć, że ludzie likwidowani podczas czystek naprawdę popełnili zarzucane im zbrodnie. Ale po raz pierwszy miał w ręku namacalny dowód: skrawek zniszczonej przeszłości, który - podobnie jak skamielina znaleziona w niewłaściwej warstwie geologicznej może obalić naukową teorię - wystarczyłby, aby zniszczyć Partię, gdyby jakimś cudem udało się go ogłosić i wytłumaczyć światu jego sens.
Nie przerwał pracy. Ledwo ujrzał zdjęcie i zdał sobie sprawę z jego wagi, natychmiast przykrył je kartką papieru. Na szczęście, kiedy rozwijał skrawek przed teleekranem, trzymał go do góry nogami.

Oparł notatnik na kolanie i odsunął krzesło do tyłu, żeby znaleźć się jak najdalej od teleekranu. Utrzymanie nieprzeniknionego wyrazu twarzy nie nastręczało specjalnych trudności; nad oddechem też umiał panować, choć wymagało to pewnego wysiłku; nie potrafił jednak zwolnić przyspieszonego bicia serca, a wiedział, że teleekran jest dostatecznie czuły, aby je wychwycić. Odczekał dziesięć minut, cały czas cierpiąc katusze z obawy, że nagle wydarzy się coś, co go zdradzi - na przykład nagły przeciąg zdmuchnie papiery z biurka. Po czym zgarnął zdjęcie, nie oglądając go więcej, wraz z jakimiś brudnopisami i wrzucił do luki pamięci. Minutę później prawdopodobnie obróciło się w popiół.

Wydarzyło się to dziesięć czy jedenaście lat temu. Dziś najpewniej zachowałby zdjęcie. Dziwne, ale fakt, że trzymał je w palcach, nadal wydawał mu się istotny, choć zarówno zdjęcie, jak i to, co przedstawiało, były jedynie odległym wspomnieniem. Czyż pięść Partii słabiej zaciskała się na przeszłości tylko dlatego, że pewien zniszczony już dowód istniał przed laty?

Dziś zdjęcie, nawet gdyby udało się je wydobyć jakoś z popiołów, mogło nie stanowić żadnego dowodu. Już wówczas, kiedy dokonał swojego odkrycia, Oceania nie prowadziła wojny z Eurazją, a zatem według obowiązującej wersji trzej straceni działacze niewątpliwie zdradzili tajemnice swojej ojczyzny agentom Wschódazji. Od tego czasu nastąpiły kolejne zmiany sojuszy - dwie, trzy, sam nie był pewien ile. Zeznania, zapewne każdorazowo przerabiano, aż w końcu rzeczywiste fakty i daty straciły jakiekolwiek znaczenie. Przeszłość nie tylko się zmieniała, lecz zmieniała się nieustannie. Uczucie pogrążenia się w koszmarze potęgowała w Winstonie niemożność zrozumienia dlaczego podjęto się tego gigantycznego szalbierstwa. Natychmiastowe korzyści płynące z fałszowania przeszłości były ewidentne, lecz zasadnicza przyczyna fałszerstw pozostawała dla niego zagadką. Znów ujął pióro i napisał:

Rozumiem JAK; nie rozumiem DLACZEGO

Zaczął się zastanawiać, zresztą nie po raz pierwszy, czy przypadkiem nie postradał zmysłów. Może wariat to po prostu członek jednoosobowej mniejszości. Niegdyś oznaką szaleństwa było upieranie się, że ziemia obraca się wokół słońca; dziś wiara, że przeszłość jest niezmienna. Może tylko on jeden wierzył w niezmienność przeszłości; jeśli tak, był wariatem. Myśl ta nie sprawiła mu specjalnej przykrości - bardziej się lękał tego, że może nie mieć racji.

Wziął do ręki szkolny podręcznik historii i popatrzył na portret Wielkiego Brata na frontyspisie. Z miejsca przeszył go hipnotyzujący wzrok wodza. Miał wrażenie, jakby miażdżyła go potworna siła, jakby coś wdzierało się do jego mózgu, napawało ogłupiającym lękiem, niemal zmuszało do odrzucenia świadectwa zmysłów. Pewnego dnia Partia ogłosi, że dwa i dwa to pięć, i wszyscy będą musieli w to uwierzyć. Prędzej czy później właśnie do tego dojdzie; taki krok był logicznym następstwem dotychczasowej linii. Ideologia Partii negowała pośrednio nie tylko świadectwo zmysłów, lecz samo istnienie świata zewnętrznego. 

Za największą herezję uznawano zdrowy rozsądek. Najbardziej przerażało nawet nie to, że mogą zabić człowieka za odmienność poglądów, lecz że mogą mieć rację. Bo przecież skąd naprawdę wiadomo, że dwa i dwa to cztery? Lub że istnieje siła grawitacji? Albo że przeszłość jest niezmienna? Jeśli zarówno przeszłość, jak i świat zewnętrzny istnieją wyłącznie w naszym umyśle, a umysł można kontrolować - co wtedy?

Ależ nie! Nagle w Winstona wstąpiła nowa otucha. Twarz O'Briena, nie przywołana żadnymi skojarzeniami, stanęła mu w myślach. Czuł, z większą pewnością niż dotychczas, że O'Brien jest jego sprzymierzeńcem. Pisał dla O'Briena - do O'Briena: pamiętnik był jakby nie kończącym się listem, którego nikt nigdy nie przeczyta, lecz fakt, że adresowany jest do konkretnej osoby, wpływa na jego kształt.

Partia żądała, aby odrzucić świadectwo własnych oczu i uszu. Taki był jej podstawowy, najważniejszy rozkaz. Winstona ogarnęło przygnębienie na myśl o zwróconej przeciwko niemu ogromnej potędze Partii, o łatwości, z jaką każdy partyjny intelektualista pokonałby go w dyspucie, posługując się subtelnymi argumentami, których on nie potrafiłby nawet zrozumieć, a cóż dopiero odeprzeć. A jednak miał słuszność! To oni byli w błędzie, nie on. Należy bronić tego, co oczywiste i prawdziwe, mniejsza, że naiwne. Truizmy nie kłamią, na nich należy się opierać! Realny świat istnieje, jego prawa się nie zmieniają. Kamienie są twarde, woda jest mokra, przedmiot nie podtrzymywany spada w kierunku środka ciężkości Ziemi. Z poczuciem, że zwraca się do O'Briena i że zapisuje niezmiernie ważny aksjomat, zanotował: 

Wolność oznacza prawo do twierdzenia, że dwa i dwa to cztery. Z niego wynika reszta.


8

Z jakiejś klatki schodowej wydobywał się na ulicę zapach palonej kawy - prawdziwej kawy, nie Kawy Zwycięstwa. Winston zatrzymał się mimo woli. Przez kilka sekund znów przebywał w na pół zapomnianym świecie dzieciństwa. Potem drzwi zatrzasnęły się z hukiem i zapach znikł tak raptownie jak urywa się dźwięk.

Winston przemaszerował ulicami kilka kilometrów i owrzodzona noga dokuczała mu coraz silniej. Po raz drugi w ciągu trzech tygodni nie poszedł wieczorem do świetlicy osiedlowej - nierozważny krok, gdyż na pewno dokładnie sprawdzano, kto jest obecny. Uważano, że członek Partii nie powinien mieć wolnego czasu i dopóki nie położy się spać, ani chwili przebywać sam. Kiedy nie pracował, nie jadł lub nie spał, miał obowiązek uczestniczyć w życiu zbiorowym swojej społeczności; robienie czegokolwiek, co zdradzało zamiłowanie do samotnictwa - choćby pójście na spacer w pojedynkę - uchodziło za niebezpieczne. 

Nawet istniał na to w nowomowie odpowiedni termin: sobizm, oznaczający skłonność do indywidualizmu i ekscentryczności. Ale tego popołudnia, gdy Winston wyszedł z ministerstwa, skusiło go wonne kwietniowe powietrze. Niebo miało cieplejszy odcień błękitu niż kiedykolwiek w tym roku i nagle myśl o długim wieczorze w hałaśliwej świetlicy, o uczestniczeniu w nudnych, męczących grach i słuchaniu odczytów w sztucznej atmosferze koleżeństwa podsycanej dżinem, wydała mu się nie do zniesienia. Niewiele myśląc, minął przystanek i zagłębił się w labirynt londyńskich ulic: najpierw skierował się na południe, potem na wschód, potem znów na północ; gubił się w nie znanych dzielnicach i nawet nie zastanawiał nad tym, dokąd idzie.

"Jeśli jest jakakolwiek nadzieja - zanotował niedawno w pamiętniku - spoczywa w prolach". Słowa te wciąż powracały w jego myślach: stwierdzenie jakby mistycznej prawdy, a zarazem oczywisty absurd. Znajdował się pośród brunatnych slumsów ciągnących się na północny wschód od dawnego dworca Saint Pancras. Szedł po brukowanej kocimi łbami uliczce jednopiętrowych domków o odrapanych i dziwnie podobnych do mysich nor bramach wychodzących bezpośrednio na chodnik. Miejscami na bruku stały kałuże brudnej wody. 

Przez ciemne bramy i wąskie zaułki po obu stronach ulicy przelewały się zbite tłumy - dziewczyny w kwiecie wieku z wulgarnie umalowanymi ustami, uganiający się za nimi młodzieńcy, rozdęte, ociężałe baby, w jakie dziewczyny przeistoczą się za lat dziesięć, zgarbieni starcy powłóczący niemrawo nogami oraz obdarte, bose dzieciaki, które taplały się w kałużach i pierzchały na gniewny krzyk matek. Jedna czwarta okien była bez szyb i zabita deskami. Większość ludzi nie zwracała na Winstona uwagi; zaledwie parę osób przypatrywało mu się z ostrożnym zaciekawieniem. Dwie monstrualnych rozmiarów baby w fartuchach, z rękami barwy cegły złożonymi na piersiach, rozmawiały przed jedną z bram. 

Winstona doleciały strzępy ich rozmowy.
- Więc mówię tej idiotce, gadaj se zdrowa. Ale na moim miejscu zrobiłabyś to samo. Lepiej się nie wtrącaj. Ty masz własne kłopoty, a ja własne. Tak jej powiedziałam!
- Święta prawda! - zawołała druga. - Każdy ma własne kłopoty!

Podniesione głosy umilkły nagle. Kiedy przechodził obok, kobiety obserwowały go we wrogim milczeniu. Choć może ich milczenie było nie tyle wrogie, ile czujne; zesztywniałyby tak samo, gdyby mijało je obce zwierzę. Granatowy kombinezon członka Partii musiał przedstawiać rzadki widok w tej części miasta. Prawdę mówiąc, odwiedzanie takich miejsc nie było zbyt rozsądne, chyba że miało się jakiś konkretny interes. Winston wiedział, że gdyby natknął się na patrol, policjanci mogliby go zatrzymać. 

"Pokażcie dokumenty, towarzyszu. Co tu robicie? O której wyszliście z pracy? Którędy zwykle wracacie do domu?" - i tak dalej. Powrót do domu odmienną trasą nie był zabroniony, lecz ktoś przyłapany na tym niechybnie zwróciłby na siebie uwagę Policji Myśli. Nagle na całej ulicy wybuchł tumult. Ze wszystkich stron posypały się ostrzegawcze wrzaski. Ludzie pierzchali do bram niczym spłoszone króliki. Z bramy tuż przed Winstonem wyskoczyła jakaś młoda kobieta, porwała dziecko bawiące się w kałuży, zakryła je fartuchem i znów zniknęła w bramie, wszystko w ułamku sekundy. 

W tej samej chwili z bocznej alejki wyłonił się mężczyzna w czarnym ubraniu pofałdowanym jak harmonia i przebiegając obok Winstona krzyknął:

- Parówa! Człowieku, uważaj! Już leci! Padnij na ziemię! "Parówami" prole nazywali pociski rakietowe. Winston natychmiast rzucił się na bruk. Prole niemal nigdy się nie mylili w swoich ostrzeżeniach. Jakiś szósty zmysł podpowiadał im kilka sekund wcześniej, że nadlatuje pocisk, aczkolwiek rakiety poruszały się z ponaddźwiękową prędkością. Winston przykrył rękami głowę. Rozległ się huk, od którego aż zatrzęsła się ziemia; mężczyzna poczuł, jak coś drobnego spada mu na plecy. Kiedy wstał, przekonał się, że cały jest posypany odłamkami szkła z najbliższego okna.

Ruszył przed siebie. Dwieście metrów dalej pocisk zniszczył kilka domów. Pióropusz czarnego dymu piął się wysoko w niebo, a niżej rozpościerała chmura białego pyłu; Winston dojrzał w niej sylwetki ludzi gromadzących się wokół ruin. Na chodniku przed nim leżała kupka gruzu, pośrodku której coś się czerwieniło. Kiedy podszedł bliżej, ujrzał oderwaną ludzką dłoń. Z kikuta lała się krew, lecz sama dłoń była cała, i tak dokładnie pokryta białym pyłem, że wyglądała jak gipsowy odlew.

Kopnął paskudztwo do rynsztoku, po czym - dla ominięcia tłumu - skręcił w prawo w boczną uliczkę. Po kilku minutach znalazł się poza obszarem dotkniętym eksplozją; tu nędzne, rojne życie uliczne toczyło się tak, jakby nic się nie stało. Dochodziła dwudziesta i w uczęszczanych przez proli piwosklepach (zwanych przez nich "piwiarniami") panował tłok. Zza brudnych, rozkołysanych wahadłowych drzwi zalatywało moczem, trocinami i skwaśniałym piwem. W płytkim zaułku między domami stało trzech proli zbitych w ciasną gromadkę - ten w środku trzymał złożoną gazetę, którą wszyscy bacznie studiowali. Zanim Winston zbliżył się na tyle, aby ujrzeć twarze, domyślił się napięcia mężczyzn po układzie ich ciał. Musieli czytać jakieś niezwykle ważne wiadomości.
Kiedy dzieliło go od nich zaledwie kilka kroków, prole nagle odskoczyli od siebie; dwaj byli wyraźnie wściekli. Przez chwilę wyglądało nawet na to, że dojdzie między nimi do bitki.

- Cholera jasna, głuchy jesteś czy co?! Ile razy mam ci powtarzać, że od czternastu miesięcy nie wygrał żaden numer zakończony siódemką!
- A właśnie że wygrał!
- Gówno! Od dwóch lat zapisuję każdy numer, regularnie jak w zegarku. I mówię ci, że nie padła żadna liczba...
- Właśnie że siódemka wygrała! Kurwa, pamiętam nawet końcówkę: cztery zero siedem. Było to w lutym, drugiej niedzieli lutego...
- W lutym?! Takiego wała! Mam zapisane wszystkie numery i mówię ci, że żaden...
- No już, dajcie spokój! - wtrącił trzeci.

Chodziło o Loterię. Uszedłszy jakieś trzydzieści metrów, Winston spojrzał za siebie. Mężczyźni z twarzami nabiegłymi krwią wciąż sprzeczali się zawzięcie. Loteria, w której co tydzień padały olbrzymie wygrane, była jedyną publiczną imprezą poważnie traktowaną przez proli. Prawdopodobnie dla iluś milionów stanowiła główny, jeśli nie jedyny sens życia. Była ich radością, szaleństwem, odtrutką na codzienność, intelektualną podnietą. 

Kiedy rzecz dotyczyła Loterii, nawet półanalfabeci dokonywali skomplikowanych obliczeń i niesamowitych wyczynów pamięci. Istniało całe zbiorowisko ludzi, którzy utrzymywali się wyłącznie ze sprzedaży systemów, prognoz i amuletów przynoszących szczęście. Winston nie miał nic wspólnego z prowadzeniem Loterii, jako że podlegała Ministerstwu Obfitości, ale orientował się, podobnie jak wszyscy członkowie Partii, iż wygrane są w większości ułudą. Tylko drobne sumki rzeczywiście wypłacano; główne nagrody przypadały fikcyjnym osobom. Pomiędzy prowincjami Oceanii nie istniała praktycznie żadna łączność, więc prawdę łatwo dawało się ukryć.

Lecz jeśli była jakakolwiek nadzieja, spoczywała w prolach. Tej myśli musiał się trzymać kurczowo. Ujęta w słowa, brzmiała rozsądnie; dopiero gdy patrzyło się na postacie spacerujące chodnikami, stawała się wyłącznie aktem wiary. Ulica, w którą skręcił, opadała w dół. Wydało mu się, że już kiedyś był w tej okolicy i że gdzieś w pobliżu biegnie jedna z głównych arterii. Skądś doleciał go zgiełk podniesionych głosów. Ulica znów skręciła ostro, po czym nagle zakończyła się schodami wychodzącymi na alejkę, w której stało kilka straganów ze zwiędłymi warzywami. Teraz dopiero zorientował się, gdzie jest. Alejka prowadziła do głównej arterii; za najbliższym rogiem, zaledwie pięć minut drogi stąd, mieścił się sklepik z rupieciami, w którym kupił zeszyt służący mu za pamiętnik. A kilka kroków dalej sklepik z przyborami piśmiennymi, gdzie nabył pióro i atrament.

Zatrzymał się na moment u szczytu schodów. Po drugiej stronie alejki ujrzał obskurną piwiarenkę z tak potwornie zakurzonymi szybami, że wyglądały niczym z matowego szkła. Zgarbiony, ale ruchliwy staruszek, o białych wąsach nastroszonych jak u raka, pchnął wahadłowe drzwi i wszedł do środka. Winstonowi przyszło do głowy, że staruszek, na oko co najmniej osiemdziesięcioletni, był już dorosłym człowiekiem, kiedy wybuchła Rewolucja. On i grono równie sędziwych dziadków byli ostatnimi łącznikami między światem obecnym a nie istniejącym światem kapitalizmu. Do Partii należało niewiele osób o poglądach ukształtowanych jeszcze przed Rewolucją. 

Starsze pokolenie zostało nieomal totalnie zlikwidowane podczas wielkich czystek w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, a tych nielicznych, którzy ocaleli, tak skutecznie sterroryzowano, że bali się pisnąć choć słowo sprzeczne z ideologią partyjną. Jeśli ktokolwiek mógł mu szczerze opowiedzieć, jakie warunki panowały na początku stulecia, to jedynie prol. Nagle Winston przypomniał sobie akapit, który przepisał z podręcznika historii, i powziął śmiały pomysł. Wejdzie do piwiarni, nawiąże znajomość ze starcem i wypyta go o wszystko. Poprosi: "Opowiedzcie mi o czasach, kiedy byliście chłopcem. Jak się wtedy żyło? Lepiej niż teraz czy gorzej?"

Szybko, żeby go nie ogarnął strach, zbiegł po schodach i przeszedł na drugą stronę alejki. Ten pomysł to czyste szaleństwo. Nie istniało, oczywiście, żadne prawo zabraniające rozmów z prolami i odwiedzania ich lokali, ale była to rzecz tak niesłychana, że nie mogła ujść uwagi. Wprawdzie gdyby zjawił się patrol, Winston mógłby się tłumaczyć, że nagle zrobiło mu się słabo, ale pewnie by mu nie uwierzono. Pchnął drzwi; ohydny, mdlący smród skwaśniałego piwa uderzył go w twarz. Kiedy postąpił naprzód, gwar głosów natychmiast przycichł. Czuł, że wszyscy wpatrują się w jego granatowy kombinezon. 

Mężczyźni rzucający strzałkami do tarczy na końcu pomieszczenia przerwali grę na dobre pół minuty. Starzec, za którym wszedł do środka, stał przy barze i spierał się o coś z barmanem, rosłym, tęgim młodzieńcem o haczykowatym nosie i potężnych, muskularnych rękach. Wokół zgromadziła się grupka klientów; ze szklankami w dłoniach obserwowali niezwykłą scenę.

- Pytam chyba grzecznie, no nie? - denerwował się
starzec, prostując wojowniczo ramiona. - Chcesz mi wmówić, że w całej tej zafajdanej dziurze nie ma ani jednego półkwartowego kufelka?
- A co to takiego, u licha, półkwartowy kufelek? - spytał barman, pochylając się do przodu i opierając czubkami palców o kontuar.

- Patrzcie, patrzcie! Pracuje jako barman, a nie wie, co to półkwartowy kufel! Taki, co mieści pół kwarty! Jedną ósmą galona! Cholera jasna, wszystkiego trzeba ich uczyć! Abecadła też pewnie nie znasz, co?

- Pierwszy raz słyszę o jakichś kwartach i galonach - stwierdził sucho barman. - Podajemy piwo w półlitrowych i w litrowych szklankach. Takich jak te na półce.
- Wolałbym wypić pół kwarty - upierał się starzec.
- Co za problem nalać komuś pół kwarty? Kiedy byłem młody, nikt nie stosował tych zasranych litrów.
- Kiedy byliście młodzi, my wszyscy jeszcze łaziliśmy po drzewach! - zażartował barman zerkając na innych klientów.

Gruchnęli śmiechem; prysł niepokój wywołany pojawieniem się Winstona. Rumieniec oblał pokrytą siwym zarostem twarz starca. Obrócił się, mrucząc coś pod nosem, i wpadł na Winstona. Ten ujął go łagodnie pod ramię.

- Pozwólcie, że postawię wam kolejkę, dziadku -rzekł.
- Czemu nie? - odparł starzec, znów się prostując. Chyba nie zauważył granatowego kombinezonu Winstona.
- Pół kwarty piwa! - krzyknął zaczepnie do barmana.
- Pół kwarty duplowego!

Barman napełnił brunatnym piwem dwie półlitrowe szklanice z grubego szkła, które wcześniej opłukał w wiadrze stojącym pod kontuarem. Piwo było jedynym trunkiem sprzedawanym w lokalach przeznaczonych dla proli. Obowiązywał ich zakaz picia dżinu, choć w praktyce mogli go zdobyć bez trudu. Gra w strzałki znów szła pełną parą, a gromadka przy barze zaczęła rozmawiać o kuponach loteryjnych. Chwilowo zapomniano o obecności Winstona. Pod oknem Winston zauważył stół zbity z surowych desek, przy którym mógł rozmawiać ze starcem bez obawy, że ktoś ich podsłucha. Groziło to surowymi konsekwencjami, ale przynajmniej w pomieszczeniu nie było teleekranu, o czym się upewnił zaraz po wejściu.

- Mógł mi łobuz nalać pół kwarty - narzekał starzec stawiając szklankę i siadając przy stole. - Pół litra to za mało. Nie starcza. A cały litr to za dużo. Pęcherz mi wtedy puszcza. I trzeba dwa razy tyle bulić!
- Musieliście być w życiu świadkiem wielkich zmian - zaczął go sondować Winston.
Starzec powiódł bladoniebieskimi oczami po sali; od tarczy, do której rzucano strzałkami, do baru, a następnie od baru do drzwi z napisem "WC", zupełnie jakby myślał, że Winston pyta o zmiany, jakże zaszły w piwiarni.
- Piwo było lepsze - oświadczył w końcu. - I tańsze! Kiedy byłem młody, za kufel lagrowego, zwaliśmy je leżakiem, płaciło się cztery pensy. To było jeszcze przed wojną, oczywiście.
- Przed którą wojną?
- Wszystkie wojny są jednakie. - Starzec podniósł szklankę i znów wyprostował ramiona. - Zdrowie szanownego pana!
Grdyka na chudej szyi poruszyła się raptownie w górę i w dół; szklanka opróżniła się. Winston poszedł do baru i przyniósł następną kolejkę. Starzec jakby zapomniał o swoim uprzedzeniu do picia całego litra.

- Jesteście o wiele starsi ode mnie - rzekł Winston. - Zanim ja się urodziłem, wyście już byli dorośli. Pamiętacie, jak żyło się w dawnych czasach, jeszcze przed Rewolucją. Ludzie w moim wieku właściwie nic nie wiedzą o tamtych latach. Znamy przeszłość tylko z książek, ale to, co w nich piszą, niekoniecznie musi pokrywać się z prawdą. Ciekaw jestem waszego zdania. Książki mówią, że warunki życia przed Rewolucją w niczym nie przypominały obecnych. Ponoć panował tak straszliwy ucisk, taka niesprawiedliwość i bieda, że trudno to sobie wyobrazić. Tu, w Londynie, większość mieszkańców rodziła się w głodzie i w głodzie umierała. Połowa z nich chodziła bez butów. Pracowali dwanaście godzin na dobę, w wieku dziewięciu lat kończyli naukę, spali po dziesięć osób w jednej izbie. A równocześnie żyła garstka ludzi, kilka tysięcy tak zwanych kapitalistów, którzy byli bogaci i wszechwładni. Należało do nich wszystko. Mieszkali w ogromnych, wspaniałych rezydencjach, mieli po trzydziestu służących każdy, jeździli samochodami i cztero-konnymi powozami, pili szampana, nosili cylindry...
Starzec nagle się ożywił.

- Cylindry! - ryknął. - Zabawne, że pan o nich wspomina. Bo właśnie wczoraj pomyślałem sobie, sam nie wiem dlaczego, że już od lat nie widziałem cylindra. Całkiem wyszły z mody. Ostatni raz miałem na głowie cylinder na pogrzebie bratowej. Było to, dokładnie nie pamiętam, z pięćdziesiąt lat temu. Oczywiście nie miałem własnego, musiałem wypożyczyć, sam pan rozumie.
- Nie tyle interesują mnie cylindry, ile ogólny obraz - wyjaśnił Winston, nie tracąc cierpliwości. - Z tego, co wiem, kapitaliści oraz grupa żerujących na nich prawników, księży i tym podobnych łotrów byli panami świata. Wszystko istniało dla ich użytku i wygody. Wy, zwykli ludzie, robotnicy, byliście ich niewolnikami. Mogli robić z wami, co im się żywnie podobało. Mogli wysłać was do Kanady niczym transport bydła. Jeśli naszła ich ochota, mogli sypiać z waszymi córkami. Mogli skazać was na chłostę tak zwanym batogiem. Musieliście zdejmować czapki, kiedy któryś z nich przechodził. Za każdym kapitalistą kroczyła banda lokajów, którzy... Starzec znów się ożywił.

- Lokaje! Ho, ho, tego słowa też już kopę lat nie słyszałem. Lokaje! Ile wspomnień nasuwa się od razu! Pamiętam, jak wiele, wiele lat temu zaglądałem czasem do Hyde Parku w niedzielne popołudnia, żeby posłuchać mówców. Przemawiali faceci z Armii Zbawienia, katolicy, Żydzi, Hindusi, najróżniejsze typy. Był tam jeden gość, nazwiska to już sobie teraz nie przypomnę, i ten dopiero miał gadane! Ani myślał przebierać w słowach. "Lokaje! - krzyczał. - Lokaje burżuazji! Pachołki klasy panującej! Pasożyty!" - tak też ich określał, l "hieny"; to jeszcze jedno z jego ulubionych określeń. Chodziło mu oczywiście o labourzystów, pan rozumie.

Winston pomyślał, że rozmawiają jak gęś z prosięciem.

- Chciałbym się tylko dowiedzieć jednego - rzekł. - Czy uważacie, że macie teraz więcej swobód niż przed laty? Czy czujecie się lepiej traktowani? W dawnych czasach bogacze, ci na górze...
- Izba Lordów - wtrącił starzec, któremu znów się coś przypomniało.
- Niech będzie Izba Lordów. Chciałbym wiedzieć, czy ci ludzie rzeczywiście mogli wami pomiatać tylko dlatego, że wy byliście biedni, a oni bogaci? Czy naprawdę musieliście tytułować ich "jaśnie wielmożnymi panami" i ściągać czapki, ilekroć się zbliżali?

Starzec jakby zamyślił się głęboko i wypił jedną czwartą szklanki, zanim odpowiedział.
- Tak. Lubili, żeby przynajmniej dotknąć palcami daszka. Okazać im szacunek. Nie bardzo mi to leżało, ale trudno, robiłem jak inni. Właściwie nie miałem wyboru.

- Czy rzeczywiście tak było - pytam o to, co wyczytałem w książkach historycznych - czy rzeczywiście tak było, że ci ludzie i ich służba spychali was z chodnika do rynsztoka?
- Raz jeden gość mnie pchnął - odparł starzec. - Pamiętam, jakby to wydarzyło się wczoraj. 

Było to w dniu regat na Tamizie; tego dnia zwykle tęgo sobie popijali. Na Shaftesbury Avenue trąciłem pewnego młodzika, eleganta, co się zowie: czarny płaszcz, cylinder, śnieżnobiała koszula. Szedł zataczając się od krawężnika do krawężnika, więc niechcący stuknąłem go ramieniem. A on z mordą: "Uważałbyś pan lepiej!" Więc ja na to: "A co, baranie, cały chodnik do ciebie należy?" "Nie bądź taki bezczelny, bo zaraz cię nauczę moresu!" - odszczeknął mi się. Wrzasnąłem: "Nie strugaj chojraka, pijaczyno, bo zaraz zawołam gliny!". Wtedy oparł mi dłoń na piersi i tak mnie pchnął, że o mało nie wpadłem pod autobus. Młody byłem, to i krew gorąca. Chciałem mu zaraz przysolić, ale...


Winstona ogarnęła bezsilność. Pamięć starego przypominała skład bezwartościowych rupieci. Można by go wypytywać cały dzień i nie dowiedzieć się nic konkretnego. A to, co mówił pokrywało się w pewnym stopniu z tym, co pisano w partyjnych podręcznikach; może więc wszystko w nich zawarte było prawdą? Winston postanowił spróbować jeszcze raz.
- Może nie wyraziłem się dość jasno. Chodzi mi o rzecz następującą. Żyjecie bardzo długo; połowa waszego życia przypada na lata przed Rewolucją. W tysiąc dziewięćset dwudziestym piątym byliście już dorosłym człowiekiem. Jak wam się wydaje, z własnego doświadczenia, czy w dwudziestym piątym żyło się lepiej niż teraz, czy gorzej? Gdybyście mogli wybrać, czy wolelibyście żyć wtedy, czy obecnie?

Starzec spojrzał w zamyśleniu na tarczę ze strzałkami. Opróżnił szklankę, pijąc znacznie wolniej niż przedtem. Kiedy się odezwał, w jego głosie brzmiała nuta wyrozumiałości, niemal filozoficznej zadumy, jakby złagodniał pod wpływem piwa.

- Wiem, czego pan oczekuje - rzekł. - Oczekuje pan, że powiem: "Znów chciałbym być młody". Większość starych ludzi tak właśnie by odpowiedziała. Chcieliby odzyskać zdrowie, siły. W tym wieku ciągle coś człowiekowi dolega. Nogi wciąż mnie bolą, pęcherz bez przerwy mi dokucza. W nocy siedem razy muszę zrywać się z łóżka. Ale, z drugiej strony, starość też ma swoje zalety. Odchodzi wiele zmartwień. Żadnych bzdur z babami, a to znaczna ulga. Wierzyć się nie chce, że minęło już trzydzieści lat, odkąd jakąś miałem. I nawet nie czułem przez ten czas potrzeby.

Winston oparł się plecami o parapet okna. Dalsze wypytywanie starca nie miało sensu. Właśnie zamierzał ponownie iść po piwo, gdy nagle starzec zerwał się i podreptał szybko w stronę drzwi cuchnącego ustępu. Dodatkowe pół litra zrobiło swoje. Winston siedział przez
dłuższą chwilę wpatrzony w pustą szklankę. Nawet się nie zorientował, kiedy wstał i znów znalazł się w alejce. 

Rozmyślał o tym, że za dwadzieścia lat już nikt nie zdoła odpowiedzieć na tak strasznie ważne, a zarazem tak szalenie proste pytanie: "Czy przed Rewolucją żyło się lepiej niż obecnie?" Lecz w rzeczy samej już teraz nie sposób było uzyskać na nie odpowiedzi, gdyż nieliczne, rozproszone niedobitki dawnego świata nie umiały porównać jednej epoki z drugą. Staruszkowie pamiętali miliony bezużytecznych szczegółów: kłótnię z kumplem, szukanie zgubionej pompki rowerowej, wyraz twarzy dawno zmarłej siostry, kurz wirujący w wietrzny poranek przed siedemdziesięciu laty; natomiast wszelkie istotne fakty znajdowały się jakby poza ich polem widzenia. Byli jak mrówki, które widzą małe przedmioty, lecz nie dostrzegają wielkich. Kiedy zaś zawodzi pamięć, a wszelkie zapisy podlegają sfałszowaniu - wówczas chcąc nie chcąc musi się zaakceptować oświadczenie Partii, że polepszyła wszystkim warunki bytowe, gdyż nie ma i już nigdy nie będzie sposobu, by sprawdzić jej prawdomówność.

W tym momencie tok jego myśli nagle się urwał. Winston zatrzymał się i uniósł wzrok. W wąskiej uliczce oprócz domów mieszkalnych spostrzegł kilka mrocznych małych sklepików. Tuż nad jego głową wisiały trzy zmatowiałe metalowe kule, niegdyś pewnie pozłacane. Miejsce to wydało mu się dziwnie znajome. Ależ oczywiście! Stał przed sklepem z rupieciami, w którym kupił swój pamiętnik.

Przeraził się. Już samo nabycie zeszytu było wyjątkowo nieroztropnym krokiem; obiecał sobie wtedy, że jego stopa nigdy więcej nie postanie w tym miejscu. Wystarczyła jednak chwila zamyślenia, a nogi same go tu przyniosły. Przed takimi właśnie samobójczymi odruchami miało go chronić prowadzenie pamiętnika. Mimo wzburzenia zauważył, że choć dochodzi dwudziesta pierwsza, sklep jest nadal otwarty. Przyszło mu do głowy, iż mniej się będzie rzucał w oczy, jeśli wejdzie do środka, zamiast tak sterczeć na środku ulicy, i z tym przekonaniem skierował się do drzwi. Jeśli nadejdzie patrol, może przecież udawać, że chciał kupić żyletki.

Właściciel akurat zapalał wiszącą lampę naftową, która wydzielała ostrą, lecz przyjazną woń. Był to mężczyzna około sześćdziesiątki, wątły i przygarbiony, o długim, dobrotliwie wyglądającym nosie i łagodnych oczach zniekształconych grubymi szkłami. Włosy miał niemal całkiem siwe, lecz brwi nadal czarne i krzaczaste. Jego okulary, miękkie, powolne ruchy oraz wytarta aksamitna marynarka, w którą był odziany, przywodziły na myśl intelektualistę, może literata albo muzyka. 

Głos miał cichy, jakby wyblakły, akcent zaś znacznie mniej prostacki niż większość proli.
- Rozpoznałem pana przez szybę! - zawołał na powitanie. - To pan kupił u mnie sztambuch pensjonarki. Piękny papier! Kiedyś zwał się czerpany. Takiego papieru nie produkuje się już... och, chyba z pięćdziesiąt lat!

Popatrzył na Winstona znad okularów.
- Czym mogę panu służyć? A może woli pan się sam rozejrzeć?
- Przechodziłem tędy, więc postanowiłem wstąpić - odparł Winston. - Nie szukam nic konkretnego.
- Może to i lepiej, bo zapewne trudno by mi było pana zadowolić. - Przepraszającym gestem delikatnej dłoni wskazał wnętrze sklepu. - Sam pan widzi: pustki. Prawdę mówiąc, handel antykami po prostu dogorywa. Nie ma klientów, brakuje towarów. Meble, porcelana, szkło - z czasem wszystko połamało się lub wytłukło. Z kolei metalowe przedmioty przetopiono. Od lat już nie widziałem mosiężnego lichtarza.

W rzeczywistości maleńki sklepik pękał w szwach, lecz nie było w nim nic, co miałoby jakąkolwiek wartość. Panowała straszliwa ciasnota, gdyż prawie całą podłogę zalegały dziesiątki opartych o ścianę zakurzonych ram. Na parapecie stały tace pełne śrubek i nakrętek, zdartych dłut, scyzoryków z połamanymi ostrzami, zaśniedziałych zegarków, które nawet nie próbowały utrzymywać pozorów, że chodzą, oraz innych rupieci. 

Jedynie na niewielkim stoliku w samym rogu leżał stosik emaliowanych tabakierek, broszek z agatami i podobnych drobiazgów, wśród których dałoby się wyszperać coś ciekawego. Kiedy Winston podszedł do stolika, jego uwagę zwrócił okrągły, gładki przedmiot, połyskujący łagodnie w blasku lampy naftowej. Wziął go do ręki.

Była to ciężka bryła szkła, zaokrąglona z jednej strony, zupełnie płaska z drugiej - prawie idealna półkula. Zarówno jej barwa, jak i faktura miały w sobie dziwną miękkość kojarzącą się z wodą deszczową. W samym środku bryły, powiększony przez jej półokrągłą powierzchnię, tkwił jakiś tajemniczy, poskręcany czerwony kształt podobny do róży lub morskiego polipa.

- Co to takiego? - spytał Winston urzeczony.
- Koral - odparł właściciel. - Pochodzi z Oceanu Indyjskiego. Niegdyś umiano wtapiać je w szkło. Ten przedmiot ma przynajmniej sto lat. A może nawet więcej.
- Piękna rzecz - zachwycił się Winston.
- Rzeczywiście piękna - potwierdził ze znawstwem właściciel. - Ale mało kto umie to teraz docenić. – Zakasłał cicho. - Gdyby przypadkiem miał pan ochotę ją kupić, kosztuje cztery dolary. Pamiętam, jak za takie cuda płaciło się osiem funtów, a osiem funtów to... nie przeliczę, ale całkiem sporo pieniędzy. Lecz kogo teraz obchodzą antyki? A tak niewiele ich się ostało!

Winston szybko zapłacił cztery dolary i wsunął upragniony przedmiot do kieszeni. Pociągało go nawet nie tyle jego piękno, ile fakt, że pochodził z epoki zupełnie innej niż obecna. Jeszcze nigdy nie widział szkła, które wyglądałoby tak miękko, zupełnie jak woda deszczowa. Bezużyteczność szklanej półkuli - przypuszczalnie służyła niegdyś za przycisk - tylko potęgowała jej atrakcyjność w oczach Winstona. Chociaż dość ciężka, na szczęście nie wypychała mu zbyt widocznie kieszeni. Posiadanie takiego przedmiotu przez członka Partii byłoby nie tylko dziwne, lecz również kompromitujące. Każda stara lub po prostu piękna rzecz wzbudzała podejrzenia. 

Właściciel wyraźnie poweselał, kiedy otrzymał zapłatę. Winston zdał sobie sprawę, że pewnie zgodziłby się sprzedać przycisk za trzy, a nawet dwa dolary.
- Na górze mam jeszcze jeden pokój; może chciałby się pan po nim rozejrzeć? - spytał sklepikarz. - Niewiele tam jest. Ot, trochę sprzętów. Wezmę tylko lampę.

Zapalił drugą lampę i, lekko przygarbiony, ruszył wolno po stromych, zniszczonych schodach i wzdłuż wąziutkiego korytarza, prowadząc Winstona do pokoju, którego okna wychodziły nie na ulicę, lecz na wybrukowane podwórze i las blaszanych kominów. Pokój był tak urządzony, jakby ktoś w nim mieszkał. Na podłodze leżał dywan, na ścianie wisiał obrazek, a przy kominku - na którym tykał staromodny zegar z dwunastocyfrową tarczą - stał brudny głęboki fotel; pod oknem
znajdowało się ogromne łóżko z materacem, zajmujące blisko jedną czwartą powierzchni pomieszczenia.

- Mieszkaliśmy tu z żoną do jej śmierci - powiedział właściciel, na wpół przepraszającym tonem. - Teraz wyprzedaję po kolei meble. Niech pan spojrzy, co za wspaniałe mahoniowe łoże! Trzeba je tylko odpluskwić. Ale podejrzewam, że dla pana byłoby trochę nieporęczne.

Trzymał lampę wysoko w górze, aby lepiej oświetlić cale wnętrze, i w jej ciepłym, nikłym blasku pokój wyglądał niezwykle zachęcająco. Winstonowi przemknęło przez myśl, że gdyby się tylko odważył, pewnie bez trudu mógłby go wynająć za kilka dolarów tygodniowo. 

Ten szalony, nierealny pomysł należało oddalić od siebie jak najprędzej; lecz pokój obudził w Winstonie jakąś tęsknotę, jakieś wspomnienie genetycznie zakodowane w pamięci. Wydało mu się, że dokładnie wie, jak to jest, kiedy przebywa się w takim pomieszczeniu, odpoczywa w fotelu przed kominkiem, dotykając nogami rozgrzanej kraty ochronnej i czekając, aż w czajniku zagotuje się woda na herbatę; słowem, kiedy siedzi się samotnie, z poczuciem pełnego bezpieczeństwa, bez obawy, że jest się obserwowanym, a zamiast natarczywego głosu, od którego aż puchną uszy, słychać jedynie syk wody w imbryku i przyjazne cykanie zegara.

- Nie ma teleekranu! - wyrwało mu się.
- A tak, nigdy sobie nie kupiłem. Za drogi. Poza tym jakoś nie czułem potrzeby. Ale proszę spojrzeć na ten rozkładany stół tam w rogu; czyż to nie piękny mebel? Trzeba tylko wstawić nowe zawiasy.

Winstona jednak bardziej zaciekawił niewielki regał z książkami stojący w przeciwnym rogu. Niestety, na półkach znalazł same śmiecie. Polowanie na książki i ich niszczenie przeprowadzono z taką samą sumiennością w dzielnicach proli, jak w pozostałych. Przypuszczalnie w całej Oceanii nie zachowała się ani jedna książka wydana przed 1960 rokiem. Sklepikarz oświetlił lampą obrazek w palisandrowej ramie wiszący po drugiej stronie kominka, dokładnie na wprost łóżka.

- A gdyby z kolei interesowały pana stare ryciny... - zaczął delikatnie.
Winston zbliżył się, by obejrzeć obrazek. Był to staloryt przedstawiający owalną budowlę z prostokątnymi oknami i niewielką wieżyczką. Wokół budynku biegł parkan, a z tyłu znajdował się jakiś pomnik. Winston przez chwilę przypatrywał się uważnie. Budowla wydawała mu się znajoma, choć pomnika na pewno nigdy nie widział.

- Rama jest przyśrubowana do ściany - oznajmił właściciel - ale gdyby pan chciał, mógłbym ją odkręcić.
- Poznaję ten budynek - przemówił wreszcie Winston.
- Teraz to ruina, stoi na samym środku ulicy, na wprost Pałacu Sprawiedliwości.
- Tak jest. Na wprost gmachu sądu. Został zbombardowany w... och, wiele lat temu. Kiedyś był to kościół. Kościół Świętego Klemensa. - Uśmiechnął się z zażenowaniem, jakby świadom, że trochę się ośmiesza, i dodał:
- "Pomarańcze za pensa, krzyczą dzwony Klemensa!"
- Słucham? - zdziwił się Winston.
- Och, "Pomarańcze za pensa, krzyczą dzwony Klemensa" to taki wierszyk, który się recytowało, kiedy byłem mały. Całości nie pamiętam, ale wiem, że kończył się następująco: "Oto ciastko, możesz zjeść połowę, a oto topór, który zetnie ci głowę". To była taka zabawa. Część dzieci stała parami naprzeciw siebie trzymając w górze złączone ręce, a pozostałe przechodziły pod nimi. Kiedy padły słowa "A oto topór, który zetnie ci głowę", ręce się opuszczały, zatrzymując kogoś z przechodzących. Wierszyk wymieniał wszystkie londyńskie kościoły; przynajmniej wszystkie ważniejsze.

Winston zaczął się zastanawiać, ile lat może liczyć kościół przedstawiony na obrazku. Trudno było odgadnąć wiek jakiegokolwiek londyńskiego budynku. Wzniesienie wszystkich większych, imponujących gmachów, które nie wyglądały zbyt staro, Partia automatycznie przypisywała sobie; jeśli zaś jakaś budowla wyraźnie sprawiała wrażenie wcześniejszej, twierdzono, że powstała w odległym okresie zwanym średniowieczem. Według Partii, po erze kapitalizmu nie pozostało nic wartościowego. Tak więc z architektury, podobnie jak i z podręczników, nie można było nauczyć się historii. Pomniki, napisy, tablice pamiątkowe, nazwy ulic - wszystko, co mogło rzucić światło na przeszłość, skrupulatnie zmieniono.

- Nawet nie wiedziałem, że to był kościół - powiedział Winston.
- Jest ich wciąż bardzo wiele, choć służą teraz innym celom. Ale jak dalej szedł ten wierszyk? Ha! jednak sobie przypomniałem:
Pomarańcze za pensa, krzyczą dzwony Klemensa, Skradł cytryn pół tuzina, dudnią dzwony Marcina...
Reszty, niestety, nie pamiętam. A pens to taka dawniejsza moneta, odpowiednik centa.
- Gdzie był kościół Marcina?
- Kościół Świętego Marcina? Nadal stoi. Na placu Zwycięstwa, obok galerii sztuki. Gmach z trójkątnym frontonem, kolumnadą i szerokimi schodami.
Winston dobrze znał ten budynek. Było to obecnie muzeum, w którym organizowano różne propagandowe wystawy: eksponowano makiety pocisków rakietowych, modele pływających fortec oraz poustawiane w sugestywnych pozach figury woskowe, ukazujące zbrodnie nieprzyjacielskich żołnierzy.

Nie kupił ryciny. Byłby to nabytek jeszcze bardziej kompromitujący niż szklany przycisk; zresztą nie mógłby jej zabrać bez wyjmowania z ram. Ale ociągał się jeszcze przez kilka minut z opuszczeniem sklepu, rozmawiając z właścicielem, który - jak odkrył - wcale nie nazywał się Weeks, choć tak brzmiał napis na szyldzie sklepu, lecz Charrington. Pan Charrington był wdowcem, miał sześćdziesiąt trzy lata i mieszkał nad sklepem od trzydziestu lat. Przez cały ten czas zamierzał zmienić szyld, lecz jakoś nigdy się do tego nie zabrał. 

Podczas rozmowy Winstonowi wciąż rozbrzmiewał w myślach strzęp zapomnianego wierszyka. "Pomarańcze za pensa, krzyczą dzwony Klemensa, Skradł cytryn pół tuzina, dudnią dzwony Marcina!" Dziwne, ale kiedy powtarzał te słowa, miał wrażenie, iż naprawdę słyszy dzwony, dzwony dawnego Londynu, który - acz zmieniony i zapomniany - istniał nadal. Zdawało mu się, że słyszy, jak biją po kolei z widm kościelnych wież. A przecież, o ile pamiętał, nigdy nie słyszał kościelnego dzwonu.

Pożegnał się z panem Charingtonem i zaczął zbiegać po schodach, nie chcąc, aby starszy jegomość widział, jak rozgląda się na boki przed wyjściem na ulicę. Podjął już decyzję, że po pewnym czasie - na przykład po upływie miesiąca - zaryzykuje i ponownie odwiedzi sklep. Może wcale nie jest to bardziej niebezpieczne od nieobecności w świetlicy. Karygodną lekkomyślnością wykazał się przychodząc po raz drugi do sklepiku, mimo że nie miał pojęcia, czy może ufać właścicielowi; ale skoro to się już stało...

Tak, obiecał sobie, wrócę. I znów kupi jakiś piękny rupieć. Nabędzie też rycinę kościoła Świętego Klemensa; wyjmie ją z ram, schowa pod kurtkę kombinezonu i tak zaniesie do domu. Wyciągnie resztę strof wiersza z pamięci pana Charingtona. Jeszcze raz przemknął mu przez myśl szalony pomysł wynajęcia pokoju na piętrze. Radosne podniecenie sprawiło, że na moment zapomniał o ostrożności i wyszedł na ulicę nie zerknąwszy przez okno. Zaczął nawet nucić pod nosem na zaimprowizowaną melodię:

Pomarańcze za pensa, krzyczą dzwony Klemensa, Skradł cytryn pół tuzina, dudnią dzwo...

Nagle serce mu zamarło, a kiszki skręciły się ze strachu. Zaledwie dziesięć metrów przed sobą ujrzał zbliżającą się postać w granatowym kombinezonie. Była to ciemnowłosa dziewczyna z Departamentu Literatury. Mimo zmierzchu rozpoznał ją bez trudu. Spojrzała mu prosto w twarz, po czym przeszła obok, jakby go w ogóle nie widziała.

Przez kilka sekund stał w miejscu, dosłownie sparaliżowany strachem. W końcu ruszył ciężkim krokiem w prawo, nawet nie orientując się, że idzie w złym kierunku. Przynajmniej jedno się wyjaśniło. Teraz już nie miał żadnych wątpliwości, że dziewczyna go szpieguje. Musiała go śledzić, bo szansa spotkania jej na obskurnej uliczce odległej o kilka kilometrów od dzielnic przeznaczonych dla partyjnych była tak mikroskopijna, że przypadek po prostu nie wchodził w rachubę. To, czy faktycznie była agentką Policji Myśli, czy też szpiegowała go z nadmiaru gorliwości, nie robiło różnicy. Dość, że miała go na oku. Prawdopodobnie widziała również, jak wchodził do piwiarni.

Z trudem poruszał nogami. Ukryta w kieszeni szklana bryła przy każdym kroku waliła go w udo; miał ochotę ją wyjąć i wyrzucić. Najbardziej dokuczał mu skurcz żołądka. Bał się, że umrze, jeśli natychmiast nie znajdzie toalety. Ale wiedział, że w tak podłej dzielnicy nie ma publicznych szaletów. Po kilku minutach skurcz minął, pozostawiając tylko tępy ból.

Uliczka była ślepa. Winston przystanął i przez kilka sekund zastanawiał się, co robić, po czym zawrócił w stronę sklepu. Idąc pomyślał, że minął się z dziewczyną zaledwie trzy minuty temu, gdyby więc zaczął biec, pewnie zdołałby ją dogonić. Szedłby za nią do jakiegoś odludnego miejsca, a tam roztrzaskał jej czaszkę kamieniem. Zresztą wystarczyłby szklany przycisk. Szybko jednak zrezygnował z tego pomysłu, albowiem już sama myśl o najmniejszym wysiłku fizycznym była dla niego nie do zniesienia. Podbiegnięcie czy zadanie ciosu przekraczało w tym momencie jego możliwości. Poza tym dziewczyna, młoda i silna, na pewno stawiałaby opór. Przyszło mu też do głowy, że czym prędzej powinien udać się do osiedlowej świetlicy, aby zapewnić sobie choć częściowe alibi na dzisiejszy wieczór. Lecz to również przekraczało jego siły. Ogarnęła go straszliwa niemoc. Pragnął tylko jak najszybciej znaleźć się u siebie, usiąść, nic nie robić.

Kiedy wreszcie dotarł do swojego mieszkania, minęła już dwudziesta druga. Światło wyłączano w całym domu o dwudziestej trzeciej trzydzieści. Wszedł do kuchni i wypił duszkiem prawie pełną filiżankę Dżinu Zwycięstwa. Następnie usiadł przy stoliku we wnęce i wydobył z szuflady pamiętnik. Nie otworzył go jednak. Z teleekranu grzmiał kobiecy głos wywrzaskujący jakąś patriotyczną pieśń. Winston, utkwiwszy wzrok w marmurkowej okładce, bezskutecznie usiłował nie dopuścić śpiewu do swojej świadomości.

Przychodzą w nocy, zawsze w nocy. Najlepiej się zabić, zanim wpadnie się w ich ręce. Na pewno sporo osób tak właśnie postępuje. Wielu spośród tych, którzy znikali, po prostu popełniało samobójstwo. Lecz odebranie sobie życia w świecie, gdzie broń palna lub działająca szybko i niezawodnie trucizna były absolutnie nie do zdobycia, wymagało desperackiej odwagi. Pomyślał jakby ze zdziwieniem o biologicznym bezsensie istnienia bólu i strachu, o zdradliwości ludzkiego ciała, które ogarnia totalna inercja dokładnie wtedy, kiedy konieczny jest maksymalny wysiłek. 

Gdyby zmobilizował się do działania, mógłby raz na zawsze zamknąć usta ciemnowłosej dziewczynie; lecz właśnie z powodu grozy sytuacji zupełnie stracił zdolność sprawnego funkcjonowania. Uderzyła go myśl, że w chwilach kryzysu nigdy nie walczy się z wrogiem zewnętrznym, ale zawsze z własnym ciałem. Nawet teraz, pomimo wypitego dżinu, tępe kłucie w żołądku uniemożliwiało mu koncentrację. Podejrzewał, że tak samo dzieje się we wszystkich groźnych lub tragicznych sytuacjach. Na polu bitwy, w sali tortur, na tonącym okręcie zapomina się o najwznioślejszych ideałach, gdyż ciało pęcznieje, aż wypełnia sobą cały wszechświat; lecz przecież nawet wówczas, kiedy człowiek nie jest sparaliżowany strachem albo nie wyje z bólu, życie stanowi nieprzerwane pasmo zmagań z głodem, chłodem, bezsennością, ze zgagą lub rwącym zębem.

Otworzył pamiętnik. Ważne było, aby coś napisać. Kobieta na teleekranie rozpoczęła kolejną pieśń. Jej głos wbijał mu się w mózg jak odłamki szkła. Próbował myśleć o O'Brienie, dla którego pisał lub do którego adresował pamiętnik, ale na próżno; wyobraźnia zaczęła mu podsuwać obrazy tego, co go czeka, kiedy wpadnie w łapy Policji Myśli. Gdyby zabijali od razu, nie byłoby to takie straszne. Każdy więzień oczekiwał, że prędzej czy później zostanie stracony. Ale przed śmiercią (choć nikt o tym nie mówił, wiedzieli to wszyscy) przechodziło się przez rytuał przesłuchań, do którego należało czołganie się po ziemi i skamlenie o litość, trzask łamanych kości, wybijane zęby, skrzepy krwi we włosach. Dlaczego człowiek musiał tak strasznie cierpieć, skoro czekał go i tak identyczny koniec? Dlaczego nie można było umrzeć o te kilka dni lub tygodni wcześniej? Nikomu nie udawało się uniknąć wykrycia, wszyscy też w pełni przyznawali się do winy. Jeżeli ktoś dopuścił się myślozbrodni, mógł mieć pewność, że jego śmierć to tylko kwestia czasu. Dlaczego więc ten koszmar, który i tak niczego nie zmieniał, musiał się stawać jego udziałem?

Ponownie, tym razem z nieco większym powodzeniem, spróbował myśleć o O'Brienie. "Spotkamy się tam, gdzie nie ma mroku" - tak mu oznajmił. Winston wiedział, co to znaczy, a przynajmniej tak mu się zdawało. Miejsce, gdzie nie ma mroku, to następna epoka, której nigdy nie ujrzy, ale wierząc, że nadejdzie, może w niej duchowo uczestniczyć. Lecz natrętny głos dobiegający z teleekranu nie pozwolił pełniej rozwinąć tej myśli. Winston włożył do ust papierosa. Połowa tytoniu natychmiast wysypała mu się na język; gorzki pył nie dawał się wypluć. Nagle twarz Wielkiego Brata przysłoniła O'Briena. 

Tak jak przed kilkoma dniami, Winston wyjął z kieszeni monetę i podniósł do oczu. Patrzyło z niej to samo masywne, spokojne, opiekuńcze oblicze; ale jaki był uśmiech, który krył się pod czarnym wąsem? Niczym żałobne tony dzwonu rozdźwięczały się w mózgu Winstona wybite na monecie hasła:

WOJNA TO POKÓJ
WOLNOŚĆ TO NIEWOLA
IGNORANCJA TO SIŁA


CZĘŚĆ DRUGA

1

Minęła połowa poranka, kiedy Winston opuścił swoją przegrodę, żeby pójść do toalety.
Jakaś samotna postać szła ku niemu z przeciwnego końca długiego, jaskrawo oświetlonego korytarza. Była to ta sama ciemnowłosa dziewczyna. Upłynęły cztery dni, odkąd owego wieczoru natknął się na nią przed sklepem ze starociami. Z bliska zobaczył, że prawą rękę ma na temblaku, wcześniej niewidocznym, gdyż był tej samej barwy co kombinezon. Przypuszczalnie wybiła ją sobie przestawiając któryś z ogromnych kalejdoskopów używanych do "wypełniania" fabularnych zarysów powieści. Takie wypadki zdarzały się często w Departamencie Literatury.

Dzieliły ich mniej więcej cztery metry, gdy naraz dziewczyna potknęła się i upadła jak długa na ziemię. Wydała głośny okrzyk bólu - pewnie przygniotła sobie zwichniętą rękę. Winston przystanął. Dziewczyna tymczasem uniosła się na klęczki. Jej twarz przybrała żółto-mleczną barwę, a przez to usta wydawały się jeszcze czerwieńsze. W oczach, patrzących błagalnie na niego, malował się jednak nie tyle ból, ile strach.

W sercu Winstona zrodziło się współczucie. Oto widział przed sobą śmiertelnego wroga, lecz był to zarazem człowiek, który cierpiał, może nawet miał złamany nadgarstek. Niewiele myśląc Winston podszedł, żeby pomóc dziewczynie. Kiedy upadła na zabandażowaną rękę, ból przeszył także jego ciało.

- Bardzoście się potłukli? - spytał.
- Nie, nie. Tylko ręka. Zaraz mi przejdzie. Mówiła urywanym głosem, jakby serce wciąż waliło jej młotem. I wyraźnie zbladła.
- Nic sobie nie złamaliście?
- Nie, wszystko w porządku. Już przestało boleć. Wyciągnęła do niego zdrową rękę i pomógł jej wstać. Odzyskała rumieńce; wyglądała znacznie lepiej.
- Nic mi nie jest! - oświadczyła zdecydowanie. - Tylko się uderzyłam. Dziękuję wam, towarzyszu!

I z tymi słowy dziarskim krokiem ruszyła przed siebie, jakby rzeczywiście nic jej nie dolegało. Całe zajście trwało najwyżej pół minuty. Kontrolowanie mimiki było nawykiem, który już dawno przerodził się w odruch, a w dodatku znajdowali się bezpośrednio pod teleekranem. Mimo to Winston ledwo pohamował wyraz zdumienia, albowiem gdy pomagał dziewczynie wstać, wsunęła mu coś w dłoń. Nie ulegało wątpliwości, że świadomie. To coś było niewielkie i płaskie. Wchodząc do toalety włożył przedmiot do kieszeni i pomacał czubkami palców. Wyczuł złożony w kwadrat kawałek papieru.

Stojąc nad pisuarem z trudem rozprostował kartkę, posługując się tylko jedną ręką. Coś musiało być tam napisane. Miał ochotę wejść do kabiny i przeczytać od razu. Byłoby to jednak istne szaleństwo. Gdzie jak gdzie, ale w toaletach teleekrany nastawiano na ciągły podgląd.
Wrócił do swojej przegrody, usiadł, rzucił niedbale kartkę pomiędzy inne papiery na biurku, włożył okulary i przysunął mowopis. "Pięć minut - pomyślał. - Muszę wytrzymać przynajmniej pięć minut!" Serce waliło mu przeraźliwie głośno. Na szczęście zadanie, które wykonywał - wprowadzanie zmian w długiej kolumnie liczb - należało do rutynowych i nie wymagało specjalnej koncentracji.

Był przekonany, że wiadomość zapisana na kartce musi mieć znaczenie polityczne. W grę wchodziły jedynie dwie możliwości. Pierwsza, bardziej prawdopodobna, to że dziewczyna rzeczywiście jest agentką Policji Myśli, tak jak się tego obawiał. Nie rozumiał tylko, dlaczego Policja Myśli wybrała akurat ten sposób, żeby się z nim komunikować, ale pewnie miała swoje powody. Kartka mogła zawierać groźbę, wezwanie, rozkaz popełnienia samobójstwa; mógł też kryć się za nią podstęp, próba zdemaskowania. Ale była i inna możliwość, szalona i nierealna, która uporczywie domagała się rozpatrzenia, choć starał się ją od siebie odsunąć. Może autorem wiadomości wcale nie jest Policja Myśli, lecz jakaś podziemna organizacja! Może Braterstwo jednak istnieje! Może dziewczyna do niego należy! Pomysł niewątpliwie absurdalny, ale przyszedł mu do głowy, ledwie poczuł pod palcami szeleszczący papier. Dopiero po kilku minutach wpadł na bardziej racjonalne wytłumaczenie. Choć rozum mówił, że kartka najprawdopodobniej zawiera wyrok śmierci, wciąż nie chciał wierzyć, wciąż żywił niedorzeczną nadzieję, iż nie taki jest jej sens. Serce mu waliło i z trudem panował nad drżeniem głosu, dyktując liczby do mowopisu.

Zwinął otrzymany wydruk i wsunął do rury pneumatycznej. Minęło osiem minut. Poprawił okulary, westchnął i przysunął do siebie kolejny plik papierów - ten z leżącą na wierzchu kartką. Rozprostował ją. Wiadomość, skreślona dużym, dziecinnym pismem, brzmiała:

Kocham cię

Przez kilka sekund był tak oszołomiony, że zapomniał wrzucić kartkę do luki pamięci. Zanim to uczynił - chociaż wiedział, że zbyt wyraźne zainteresowanie jest bardzo podejrzane - przeczytał ją jeszcze raz, chcąc się upewnić, czy nic mu się nie przywidziało.

Przez resztę poranka nie miał serca do pracy. Jeszcze trudniej od skupienia się na serii nudnych drobiazgów przychodziło mu ukrywać podniecenie przed teleekranem. Czuł się tak, jakby ogień trawił jego trzewia. Obiad w gorącej, zatłoczonej i hałaśliwej stołówce był prawdziwą męczarnią. Liczył na chwilę spokoju, lecz jak na nieszczęście ten imbecyl Parsons klapnął przy jego stoliku, niemal zabijając wonią potu metaliczny, kwaśny zapach gulaszu, i zaczął rozwodzić się nad przygotowaniami do Tygodnia Nienawiści. 

Z ogromnym entuzjazmem mówił o dwumetrowej głowie Wielkiego Brata robionej na tę okazję z papier-mâché przez drużynę Kapusiów, do której należała jego córka. Najbardziej irytujące było to, że w zgiełku panującym w stołówce Winston ledwo słyszał, co Parsons mówi, i co chwila musiał go prosić o powtórzenie jakiegoś kolejnego idiotyzmu. Tylko raz spojrzał na dziewczynę; siedziała z dwiema koleżankami w drugim końcu sali. Chyba go wcale nie zauważyła. Więcej nie patrzył w jej stronę.

Popołudnie było znośniejsze. Tuż po obiedzie zlecono mu subtelne i trudne zadanie, które wymagało kilku godzin pracy i odłożenia innych zleceń na później. Chodziło o sfałszowanie pliku sprawozdań produkcyjnych sprzed dwóch lat w taki sposób, aby zdyskredytować ważnego członka Wewnętrznej Partii, który popadł w niełaskę. 

Winston miał dar do podobnych zadań i wciągnął się do tego stopnia, że przez dwie godziny ani razu nie pomyślał o dziewczynie. Ale potem jej twarz znów stanęła mu przed oczyma i ponownie ogarnęło go wściekłe, przemożne pragnienie, żeby znaleźć się w samotności. Dopiero wtedy mógłby przemyśleć sobie całą sytuację. Jednakże tego dnia musiał pokazać się w osiedlowej świetlicy. Po skończonej pracy przegryzł coś pospiesznie w stołówce i pognał do świetlicy, gdzie wziął udział w namaszczonej błazenadzie zwanej "kółkiem dyskusyjnym", rozegrał dwa mecze ping-ponga, wypił kilka szklanek dżinu oraz wysłuchał półgodzinnego referatu zatytułowanego "Angsoc a szachy". W środku aż skręcał się z nudy, lecz tym razem nawet nie przyszło mu do głowy, żeby się nie stawić w świetlicy. 

Na widok słów Kocham cię wezbrała w nim ochota do życia i podejmowanie zbędnego ryzyka wydawało mu się nagle idiotyczne. Dopiero o dwudziestej trzeciej, gdy już wrócił do domu i leżał w łóżku przy zgaszonym świetle - a więc wreszcie, dopóki się nie odzywał, bezpieczny - mógł się bez przeszkód oddać rozmyślaniom.

Miał do rozwiązania niełatwy problem: jak skontaktować się z dziewczyną i umówić na spotkanie. Nie obawiał się żadnego podstępu. Był pewien, że dziewczyna nic nie knuje, bo jej zdenerwowanie, kiedy przekazywała mu kartkę, wyglądało na jak najbardziej autentyczne. Dosłownie drżała ze strachu, i nie bez przyczyny. Nawet przez myśl mu nie przeszło, aby zignorować jej awanse.

Chociaż zaledwie pięć dni wcześniej chciał dziewczynie rozwalić głowę kamieniem, w tej chwili nie liczyło się to zupełnie. Wyobrażał sobie nagie młodzieńcze ciało, które dotąd widział tylko we śnie. Jeszcze niedawno uważał ją za taką samą idiotkę jak inne kobiety, o umyśle zatrutym bzdurami i nienawiścią, a łonie zimnym jak lód. Teraz myślał gorączkowo o tym, że może ją utracić, że to białe ciało może mu się wymknąć! Najbardziej lękał się tego, że dziewczyna po prostu zmieni zdanie, jeśli się szybko z nią nie skontaktuje. Ale umówienie się było właściwie rzeczą niewykonalną. Równie trudną jak zrobienie ruchu, kiedy już się dostało mata. 

Gdziekolwiek się człowiek obrócił, miał przed sobą teleekrany. Prawdę mówiąc, nim upłynęło pięć minut od przeczytania kartki, przyszło mu do głowy kilka pomysłów; teraz, w zaciszu domowym, rozważał je wszystkie po kolei, jakby zastanawiał się nad wyborem narzędzi przed przystąpieniem do skomplikowanej operacji. Powtórne zainscenizowanie ich porannego spotkania było oczywiście wykluczone. Gdyby pracowała w Departamencie Archiwów, nawiązanie kontaktu nie przedstawiałoby większych trudności; nie orientował się natomiast, gdzie dokładnie mieści się Departament Literatury, i nie miał żadnego powodu, aby tam pójść. 

Gdyby wiedział, gdzie dziewczyna mieszka lub o której kończy pracę, postarałby się ją spotkać, kiedy będzie wracała do domu; ale czekanie pod ministerstwem to zbyt wielkie ryzyko. Wysłanie listu też nie wchodziło w rachubę, gdyż dla nikogo nie było tajemnicą, że cała poczta jest kontrolowana. W ogóle mało kto korespondował. Jeśli czasem zachodziła konieczność przekazania jakiejś wiadomości listownie, istniały druczki z gotowym spisem sformułowań; należało jedynie skreślić niepotrzebne. Nie znał zresztą adresu dziewczyny ani nawet jej imienia i nazwiska. W końcu uznał, że najbezpieczniej będzie nawiązać kontakt w stołówce. Jeśli tylko uda mu się zastać ją samą przy stoliku gdzieś pośrodku sali, nie za blisko teleekranów, i jeśli wokół choć przez trzydzieści sekund będzie rozbrzmiewał zwykły gwar - zdołają zamienić kilka słów.

Przez cały tydzień jego życie przypominało niespokojny sen. Nazajutrz po przekazaniu kartki dziewczyna pojawiła się w stołówce dopiero gdy wychodził, już po dzwonku oznajmiającym koniec przerwy. Zapewne pracowała na późniejszej zmianie. Minęli się nawet na siebie nie patrząc. Następnego dnia była w stołówce o normalnej porze, lecz siedziała tuż pod teleekranem w towarzystwie trzech koleżanek. Przez trzy kolejne straszne dni w ogóle się nie zjawiła. Umysł i ciało Winstona stały się boleśnie nadwrażliwe; dziwne wyostrzenie zmysłów sprawiało, że każdy ruch, każdy dźwięk, każdy kontakt z drugim człowiekiem, każde słowo, które słyszał lub wypowiadał, stanowiły torturę. Obraz dziewczyny towarzyszył mu nawet we śnie. 

Przez cały ten czas ani razu nie otworzył pamiętnika. Jedyną ulgę dawała mu praca; czasami tak się wciągał, że na dziesięć minut udawało mu się zapomnieć o wszystkim. Nie miał bladego pojęcia, co się stało z dziewczyną, a pytać nie mógł. Może ją ewaporowano, może popełniła samobójstwo, może przeniesiono ją na drugi koniec Oceanii; najgorsze, a zarazem najbardziej prawdopodobne było to, że go unika, bo się rozmyśliła.

Lecz dzień później znów ją zobaczył. Nie miała już ręki na temblaku, tylko kawałek plastra na nadgarstku. Poczuł tak wielką ulgę, że przez kilka sekund gapił się wprost na nią. Następnego dnia prawie udało mu się do niej odezwać. Kiedy wszedł do stołówki, siedziała przy stoliku
z dala od ściany, i w dodatku zupełnie sama. Zjawił się wcześnie, wciąż było sporo wolnych miejsc. Kolejka przesuwała się do przodu, aż w końcu, gdy Winston doszedł prawie do samego okienka, stanęła na dwie minuty, bo ktoś zaczął się awanturować, że nie dostał pastylki sacharyny. Ale dziewczyna wciąż siedziała sama, gdy Winstonowi wydano obiad, ruszył więc z tacą w jej stronę. Szedł niedbale, niby to szukając wzrokiem wolnego miejsca. Dzieliły go od niej już tylko trzy metry. Jeszcze dwie sekundy i mu się powiedzie.

Wtem jakiś głos za nim zawołał:
- Smith! 
Udał, że nie słyszy.

- Smith! - Wołanie powtórzyło się, tym razem głośniejsze.
Nie miał innego wyjścia. Odwrócił się. Młody blondyn o nieco głupkowatym wyrazie twarzy, nazwiskiem Wilsher, którego znał bardzo słabo, zapraszał go z uśmiechem do swojego stolika. Niebezpiecznie było odmówić. Skoro znalazło się wolne miejsce, nie mógł pójść dalej i przy siąść się do samotnej dziewczyny. Za bardzo by to kłuło w oczy. Usiadł uśmiechając się przyjaźnie. Głupkowata twarz blondyna promieniała. Miał ochotę zmiażdżyć ją kilofem. Przy stoliku dziewczyny zajęto wszystkie miejsca.

Na pewno jednak widziała, że szedł w jej stronę, i powinna wyciągnąć z tego wniosek. I rzeczywiście; gdy nazajutrz zjawił się w stołówce, siedziała przy stoliku sama i podobnie jak wczoraj, z dala od teleekranu. W kolejce tuż przed Winstonem stał mały, zwinny, pluskwowaty człowieczek o płaskiej twarzy i maleńkich, podejrzliwych oczkach. Kiedy Winston odwrócił się z tacą od kraty, zobaczył, że tamten kieruje się prosto do stołu dziewczyny.

Znów stracił nadzieję. Przy następnym stoliku było wprawdzie jedno wolne miejsce, lecz coś w wyglądzie człowieczka sugerowało, że za bardzo ceni sobie wygodę, aby się tłoczyć z trzema osobami. Winston szedł za nim ze ściśniętym sercem. Musi znaleźć się z dziewczyną sam na sam, bo inaczej nic z tego nie wyjdzie. W tym momencie rozległ się potężny łoskot. Człowieczek padł na ziemię jak długi, wypuszczając z rąk tacę i rozbryzgując zupę i kawę po posadzce. Podniósł się i spojrzał gniewnie na Winstona, którego najwyraźniej podejrzewał o podstawienie nogi. Ale wszystko zakończyło się szczęśliwie. Pięć sekund później Winston, z walącym sercem, siedział przy stoliku dziewczyny.

Nie spojrzał na nią. Zestawił naczynia z tacy i zabrał się do jedzenia. Wiedział, że powinien przemówić jak najrychlej, zanim ktoś się dosiądzie, lecz nagle zdjął go blady strach. Minął tydzień, odkąd dała mu kartkę. Mogła się rozmyślić, na pewno się rozmyśliła! Nie wierzył w pomyślny rozwój tej historii; w życiu takie rzeczy po prostu się nie zdarzały. Może w ogóle nie wykrztusiłby słowa, gdyby naraz nie ujrzał Amplefortha, poety o owłosionych uszach, sunącego niemrawo po sali w poszukiwaniu wolnego miejsca. Na swój ślamazarny sposób Ampleforth lubił Winstona, było więc pewne, że się do niego dosiądzie, jeśli tylko go zauważy. 

Winston miał najwyżej minutę na działanie. Oboje z dziewczyną siedzieli wpatrzeni w miski, jedząc rzadki gulasz, a właściwie zupę - zupę fasolową. Winston zaczął mówić cichym, przytłumionym głosem. Żadne z nich nie podniosło głowy; jedli wodnistą breję, między jedną łyżką a drugą monotonnym szeptem wymieniając niezbędne informacje.
- O której kończysz pracę?
- O osiemnastej trzydzieści.
- Gdzie się możemy spotkać?
- Na placu Zwycięstwa, obok pomnika.
- Tam jest pełno teleekranów.
- Jeśli jest tłum, to nic nie szkodzi.
- Dasz mi jakiś znak?
- Nie. Po prostu podejdź do mnie wówczas, kiedy będę w tłumie. I nie patrz na mnie. Ale podejdź blisko.
- O której?
- O dziewiętnastej.
- Dobrze.

Ampleforth nie dostrzegł Winstona; usiadł przy innym stoliku. Ale i tak nie odzywali się już więcej i - na tyle, na ile było to możliwe w wypadku dwóch osób siedzących naprzeciwko siebie - unikali się wzrokiem. Dziewczyna szybko skończyła obiad i odeszła, a Winston został i zapalił papierosa.

Na placu Zwycięstwa zjawił się przed wyznaczonym czasem. Obszedł cokół ogromnej, żłobionej kolumny, z której szczytu posąg Wielkiego Brata patrzył na południe nieba; tam właśnie wódz rozgromił eurazjatyckie eskadry (kilka lat temu mówiło się, że wschódazjatyckie) w Bitwie o Pas Startowy Jeden. Nie opodal kolumny wznosił się pomnik jeźdźca; podobno przedstawiał Olivera Cromwella. O dziewiętnastej zero pięć dziewczyny wciąż nie było; Winstona znów oblał zimny pot. Nie przyjdzie, rozmyśliła się! Poszedł wolno na północną stronę placu i z pewną satysfakcją zidentyfikował kościół Świętego Marcina, którego dzwony - kiedy miał jeszcze takowe - biły "Skradł cytryn pół tuzina". Chwilę później ujrzał dziewczynę; stała przy kolumnie i czytała - lub udawała, że czyta - transparent obiegający spiralnie kamienny słup.

Wiedział, że dopóki nie zgromadzi się więcej osób, dla własnego bezpieczeństwa powinni trzymać się od siebie z daleka - kolumnę otaczały teleekrany. Nagle jednak rozległy się okrzyki i warkot ciężkich pojazdów nadjeżdżających z lewa. Wszyscy zaczęli biec w tamtą stronę. Dziewczyna zwinnie okrążyła lwy u cokołu kolumny i przyłączyła się do biegnących. Winston popędził za nią. Z okrzyków wywnioskował, że zbliża się konwój eurazjatyckich jeńców.

Zbity tłum wypełniał już południową stronę placu. Winston, który w podobnych sytuacjach zwykle wolał trzymać się na uboczu, tym razem pchał się do przodu, torując sobie drogę łokciami. Wkrótce od dziewczyny dzieliło go zaledwie pół metra, lecz dalszą drogę blokowała mu para ogromnych proli, prawdopodobnie małżeństwo, których potężne cielska stanowiły przeszkodę nie do przebycia. Ustawił się bokiem i naparł z całej siły; zdołał wcisnąć ramię. Szamotał się przez chwilę, z uczuciem, że się dostał między dwa kamienie młyńskie, ale w końcu, zlany potem, przebił się na drugą stronę. Był tuż obok dziewczyny. Stali ramię w ramię, ze skupieniem patrząc prosto przed siebie.

Długa kolumna ciężarówek jechała wolno ulicą. W rogach każdej platformy stali uzbrojeni w pistolety maszynowe strażnicy o surowych obliczach; pilnowali drobnych, żółtych mężczyzn odzianych w liche zielone mundury. Jeńcy siedzieli w kucki, stłoczeni ciasno, a ich posępne mongolskie oczy patrzyły w dół z krańcową obojętnością. Co pewien czas, gdy ciężarówki podskakiwały na wybojach, rozlegał się brzęk żelastwa; jeńcy mieli skute nogi. Ciężarówka za ciężarówką przesuwały się przed Winstonem ponure twarze. Patrzył na nie, ale właściwie ich nie dostrzegał. 

Ramię dziewczyny przyciskało się do jego ramienia. Jej policzek był tak blisko, że czuł niemal jego ciepło. Podobnie jak w stołówce, od razu przejęła inicjatywę. Ledwo poruszając wargami, zaczęła mówić tym samym szeptem co poprzednio - cichym, monotonnym, łatwo ginącym pośród powszechnego zgiełku i warkotu silników.
- Słyszysz mnie?
- Tak.
- Czy jesteś wolny w niedzielę po południu?
- Tak.
- Więc słuchaj uważnie. Musisz wszystko zapamiętać. Pójdziesz na dworzec Paddington...

Z niemal wojskową precyzją, która wprawiła Winstona w zdumienie, poinstruowała go krok po kroku, co ma zrobić. Pół godziny koleją; ze stacji skręcić w lewo; przejść szosą dwa kilometry; przy bramie bez górnego pręta skręcić w polną drogę; dojść do leśnego duktu; potem skręcić na ścieżkę między krzakami; dojść do zwalonego pnia porośniętego mchem. Zupełnie jakby w głowie miała mapę.

- Zapamiętasz? - szepnęła na koniec.
- Tak.
- Skręcasz w lewo, w prawo, potem znów w lewo. Brama bez górnego pręta.
- Dobrze. O której?
- Około piętnastej. Może będziesz musiał na mnie zaczekać. Przyjdę inną trasą. Na pewno wszystko zapamiętałeś?
- Tak.
- Więc teraz szybko odejdź.

Tego nie musiała mu mówić. Ale nie od razu mogli się rozdzielić. Wciąż przejeżdżały ciężarówki, wszyscy więc stali gapiąc się łapczywie. Na początku rozległo się trochę gwizdów i wrogich okrzyków, ale wydawali je nieliczni w tłumie partyjni i wkrótce też ucichli. Dominującym uczuciem była zwyczajna ciekawość. Cudzoziemcy, czy to Eurazjaci, czy Wschódazjaci, stanowili taką samą osobliwość jak rzadkie okazy zwierząt. Nigdy nie widywano ich inaczej niż w charakterze jeńców, i nawet wówczas zaledwie przez krótką chwilę. Nikt też nie wiedział, co się z nimi dzieje później; prawdopodobnie większość trafiała do obozów pracy, bo tylko drobną część wieszano jako zbrodniarzy wojennych. Okrągłe, mongolskie twarze ustąpiły miejsca bardziej europejskim, brudnym, zarośniętym i wymizerowanym. Znad nie ogolonych policzków patrzyły na Winstona wciąż nowe pary oczu; czasem wpijały się w niego z dziwną intensywnością, po czym odwracały. Konwój zbliżał się do końca. W ostatniej ciężarówce Winston zobaczył niemłodego mężczyznę z siwą gęstą brodą, który stał ze skrzyżowanymi rękami, jakby przywykł do tego, że skuwają mu je kajdany. 

Był już najwyższy czas odejść od dziewczyny. Lecz w ostatniej chwili, kiedy wciąż otaczał ich zwarty tłum, jej dłoń znalazła jego rękę i ścisnęła ją lekko.Trwało to najwyżej dziesięć sekund, a jednak zdawało mu się, że trzymają się za ręce bardzo długo. Miał dość czasu, by poznać każdy szczegół jej dłoni. Badał dotykiem długie palce, kształtne paznokcie, stwardniałe od pracy i pokryte odciskami wnętrze dłoni, miękki nadgarstek. Umiałby teraz odróżnić tę dłoń wzrokiem.

Nagle pomyślał, że nawet nie wie, jakiego koloru są oczy dziewczyny. Prawdopodobnie piwne, choć szatyni miewają czasem niebieskie tęczówki. Pragnął odwrócić głowę i sprawdzić, ale byłaby to niewyobrażalna głupota. Trzymając się za ręce, niewidoczne w zbitym tłumie, patrzyli prosto przed siebie i zamiast oczu dziewczyny, Winston napotkał smętny wzrok starego jeńca, spoglądającego spomiędzy siwych kłaków.


2

Winston szedł ocienionym duktem; gdzieniegdzie promienie słońca przedzierały się przez gałęzie, tworząc na ziemi jasne cętki; chwilami drzewa rzedły i wówczas dukt lśnił złociście. Pobocze po lewej stronie drogi mieniło się od dzwonków. Powietrze jakby pokrywało pieszczotami skórę. Był drugi dzień maja. Gdzieś z głębi lasu dolatywało gruchanie grzywaczy.

Przyjechał trochę wcześniej. Podróż odbyła się bez żadnych przygód; zorientowawszy się, że dziewczyna ma najwyraźniej doświadczenie w tego rodzaju sprawach, lękał się znacznie mniej, niżby oczekiwał. Z pewnością znalazła bezpieczne miejsce. Na ogół nie należało się spodziewać, że poza miastem zagrożenie maleje. 

W lasach nie instalowano oczywiście teleekranów, lecz każde słowo mogły zarejestrować poukrywane mikrofony, a rozpoznanie głosu nie nastręczało Policji Myśli najmniejszych kłopotów. Zresztą trudno było podróżować nie zwracając na siebie uwagi. Aczkolwiek wyjazd na odległość poniżej stu kilometrów od miejsca stałego pobytu nie wymagał specjalnej przepustki, to jednak na dworcach często kręciły się patrole policji, które legitymowały i szczegółowo wypytywały wszystkich napotkanych członków Partii. 

Ale tego dnia nie pojawił się żaden patrol ani też nikt nie śledził Winstona w drodze ze stacji, o czym się przekonał, co pewien czas oglądając się dyskretnie za siebie. Pociąg pełen był proli, w znakomitych humorach, bo akurat dopisała pogoda. Wagon z drewnianymi ławkami, w którym podróżował Winston, zajmowała niemal w całości jedna ogromna rodzina - od bezzębnej prababki po miesięczne niemowlę - jadąca odwiedzić teściów na wsi, aby tam - jak wyznali bez skrępowania - na lewo zaopatrzyć się w masło.

Dukt poszerzył się; po chwili Winston ujrzał ścieżkę, o której mówiła dziewczyna: wąską leśną drożynę wiodącą przez kępy krzaków. Nie miał zegarka, ale wiedział, że zjawił się przed czasem. Dzwonki rosły tu gęsto - nie sposób było po nich nie deptać. Ukląkł i zaczął je zbierać, trochę dla zabicia czasu, a częściowo dlatego, że nagle przyszło mu do głowy, iż z przyjemnością dałby dziewczynie bukiecik na powitanie. Miał już całkiem spory bukiet i właśnie go wąchał, wciągając w nozdrza nikły, nieco mdławy zapach, gdy wtem zamarł - usłyszał za sobą wyraźny trzask gałązki pękającej pod stopą. Wrócił do zrywania dzwonków. To było jedyne rozsądne wyjście. Mogła nadchodzić ona, ale równie dobrze ktoś mógł go mimo wszystko śledzić od stacji. Gdyby się obejrzał, wyglądałoby na to, że ma nieczyste sumienie. 

Zerwał jeden kwiat, zerwał drugi. Nagle poczuł na ramieniu dłoń.
Spojrzał do góry. To była ona. Potrząsnęła głową, widocznie aby go ostrzec, żeby się nie odzywał, po czym rozgarnęła krzaki i szybkim krokiem poprowadziła go ścieżką w głąb lasu. Najwyraźniej bywała tu nieraz, bo bez wahania omijała każde grząskie miejsce. Winston szedł za nią wciąż ściskając w dłoni bukiet. Najpierw odetchnął z ulgą, lecz teraz, kiedy widział przed sobą szczupłe, silne ciało przepasane w talii szkarłatną szarfą podkreślającą krągłość bioder, owładnęło nim poczucie skrajnej niższości. Lękał się, że gdy dziewczyna odwróci się i mu przyjrzy, nie będzie go chciała. 

Wonne powietrze i widok zielonych liści odebrały Winstonowi resztki wiary w siebie. Już w drodze ze stacji majowe słońce uzmysłowiło mu własną marność - marność bladej istoty żyjącej wiecznie pośród murów, z londyńskim kurzem i sadzą, wżartymi w pory skóry. Zdał sobie sprawę, że dziewczyna nigdy dotąd nie widziała go w jasnym, dziennym świetle. Dotarli do zwalonego pnia, o którym mu wspominała. Przeskoczyła przez pień i weszła w krzaki, choć nie widać było między nimi żadnego przejścia. 

Winston ruszył jej śladem; chwilę później znaleźli się na niewielkiej porośniętej trawą polanie na szczycie małego pagórka, ze wszystkich stron otoczonego przez strzeliste drzewka, całkowicie kryjące go przed ludzkim wzrokiem. 

Dziewczyna zatrzymała się i odwróciła do Winstona.
- Jesteśmy na miejscu - oświadczyła. Stał kilka kroków od niej. I nie miał odwagi podejść bliżej.
- Specjalnie nie odezwałam się przy dukcie, bo tam mogą być mikrofony. Pewnie ich nie ma, ale lepiej nie ryzykować, że któryś z tych wieprzy rozpozna nasze głosy. Tu jesteśmy bezpieczni.
Wciąż brakowało mu śmiałości, żeby się do niej zbliżyć.
- Tu jesteśmy bezpieczni? - powtórzył tępo.
- Pewnie. Spójrz na te drzewa.

Wokół szumiały młode jesiony - niegdyś rósł tutaj wielki las, ale potem stare drzewa ścięto; ich pnie wypuściły nowe, proste pędy, z których żaden nie był grubszy od ludzkiej ręki.
- Nawet nie ma gdzie schować mikrofonu! - dodała. - Zresztą jestem tu nie pierwszy raz.
Lecz nie po to tu przyjechali, żeby rozmawiać. Winston zdobył się na odwagę i postąpił krok naprzód. Stała przed nim sztywno wyprostowana, z lekko ironicznym uśmiechem na ustach, jakby pytając, na co jeszcze czeka. Bukiet leżał na ziemi, choć nie pamiętał, żeby wypuścił go z rąk.

 Ujął dłoń dziewczyny.
- Czy uwierzysz, że do tej pory nie wiem, jakiego koloru masz oczy? - spytał.
Przekonał się, że są piwne; jasnopiwne, okolone czarnymi rzęsami.
- Powiedz, czy teraz, kiedy zobaczyłaś mnie z bliska, nie wydaję ci się wstrętny?
- Nie, skądże - odparła.
- Mam trzydzieści dziewięć lat. Żonę, której nie mogę się pozbyć. Wrzody na nogach. I pięć sztucznych zębów.
- To mnie nic nie obchodzi!

W następnej chwili, nie wiadomo, czy za jej, czy za jego sprawą, znalazła się w ramionach Winstona. Z początku myślał jedynie o tym, jakie to wszystko jest nieprawdopodobne. Dziewczęce ciało tuliło się do niego, ciemne włosy muskały mu twarz, a teraz... tak, uniosła twarz i oto całował pełne, czerwone usta! Zarzuciła mu ręce na szyję, szeptała, że jest najdroższy, cudowny, ukochany. Osunęli się na murawę; nie stawiała najmniejszego oporu, mógł z nią robić co chciał. Jednakże dotyk jej ciała nie rozpalił w nim namiętności. Czuł się dumny, szczęśliwy. Radował się z tego, co się dzieje, ale nie czuł pożądania. Sam dobrze nie wiedział dlaczego: może było na to zbyt wcześnie, może peszyły go jej młodość i uroda, może za długo żył bez kobiety. Dziewczyna podniosła się i wyjęła z włosów zgnieciony dzwonek. Usiadła i objęła Winstona ramieniem.

- Nie przejmuj się, kochanie. Nie ma pośpiechu. Całe popołudnie przed nami. Czy to nie wspaniała kryjówka? Znalazłam to miejsce, kiedy pewnego razu zgubiłam się na zbiorowej wycieczce. Jeśli ktoś idzie, słychać go na sto metrów.
- Jak masz na imię? - spytał.
- Julia. A ty Winston; nazywasz się Winston Smith.
- Skąd wiesz?
- Chyba jestem lepszym detektywem niż ty, mój kochany. Powiedz, co myślałeś o mnie, zanim dałam ci kartkę?

Nie miał ochoty kłamać. A zresztą, wyjawienie najgorszego było też pewnego rodzaju miłosnym podarkiem.
- Nienawidziłem cię strasznie. Chciałem cię zgwałcić, a potem zamordować. Przed dwoma tygodniami poważnie zastanawiałem się nad tym, czy nie roztrzaskać ci czaszki kamieniem. Skoro chcesz wiedzieć, powiem ci: byłem przekonany, że pracujesz dla Policji Myśli!


Dziewczyna roześmiała się radośnie, traktując to jako komplement dla swojej umiejętności kamuflażu.
- Coś ty, dla Policji Myśli?! Poważnie?
- No, może nie do końca. Ale kierując się twoim wyglądem, byłem przekonany... No, sama rozumiesz: jesteś młoda, świeża, zdrowa...
- Byłeś przekonany, że jestem wzorowym członkiem Partii. Czysta w myśli i uczynku. Transparenty, pochody, postępowe hasła, wspólne gry, piesze wycieczki i reszta tego gówna. I pewnie myślałeś, że gdybym miała choć cień podejrzenia, natychmiast bym cię zadenuncjowała jako myślozbrodniarza i cieszyła się z twojej śmierci?
- Tak, właśnie coś w tym stylu. Pamiętaj, że wiele młodych kobiet jest dokładnie takich.
- To wszystko przez tę przeklętą szmatę! - zawołała, zrywając z siebie szkarłatną szarfę Młodzieżowej Ligi Antyseksualnej i ciskając ją na najbliższą gałąź.

Następnie, jakby dotknąwszy talii coś sobie przypomniała, wsunęła dłoń do kieszeni kombinezonu i wyjęła niedużą tabliczkę czekolady. Przełamała na dwie części i jedną dała Winstonowi. Jeszcze zanim jej skosztował, poznał po zapachu, że to niezwykła czekolada. Była ciemna, lśniąca i owinięta w srebrną folię, podczas gdy normalnie sprzedawano matową, łamliwą masę brązowej barwy, o smaku kojarzącym się z wonią palonych śmieci. Ale kiedyś, dawno temu, jadł już taką czekoladę jak ta, którą poczęstowała go Julia. Sam zapach zbudził w nim silne, niepokojące, lecz całkiem zatarte wspomnienia.
- Skąd to masz? - spytał.
- Kupiłam na czarnym rynku - odparła obojętnie. - Fakt, że pozornie jestem taka, za jaką mnie wziąłeś. Nigdy nie unikam sportu. W Kapusiach pełniłam funkcję drużynowej. Przez trzy wieczory w tygodniu pracuję ochotniczo w Młodzieżowej Lidze Antyseksualnej. Ileż to godzin zmarnowałam obklejając cały Londyn tymi ich bzdetami! W pochodach z reguły noszę transparenty. Wyglądam pogodnie, nie wymiguję się od pracy społecznej. Zawsze krzycz to co inni, taka jest moja zasada. Tylko ona gwarantuje bezpieczeństwo.

Pierwszy kawałek czekolady roztopił się na języku Winstona. Była przepyszna. Tuż na skraju jego świadomości kołatał się jakiś zapomniany obraz, jakieś wspomnienie, silne, lecz niewyraźne niczym kształt dostrzegany kątem oka. Odsunął go od siebie, czując gdzieś w głębi, że wiąże się z jakimś uczynkiem, który najchętniej by odwołał, gdyby to tylko było możliwe.
- Jesteś bardzo młoda, Julio - rzekł. - Dziesięć, piętnaście lat młodsza ode mnie. Co takiego ci się we mnie spodobało?
- Masz coś w twarzy. Pomyślałam, że zaryzykuję. Umiem oceniać ludzi po wyglądzie. Wiedziałam, że oni cię mierżą.

Mówiąc oni miała na myśli Partię, a zwłaszcza Wewnętrzną Partię, z której tak bardzo się naigrawała, nie kryjąc swojej nienawiści, że Winston poczuł się nieswojo, chociaż wiedział, iż są tu wyjątkowo bezpieczni. Zdumiewało go też jej ordynarne słownictwo. Członkowie Partii nie powinni przeklinać i sam Winston klął bardzo rzadko, przynajmniej na głos. Julia natomiast jakby w ogóle nie potrafiła wspomnieć o Partii, a zwłaszcza o Wewnętrznej Partii, nie używając równie plugawych słów jak te powypisywane w cuchnących zaułkach. Nie żeby mu to przeszkadzało.

Stanowiło po prostu kolejny przejaw buntu dziewczyny przeciwko Partii i wszystkiemu, co reprezentowała, i w pewien sposób wydawało mu się równie naturalne i zdrowe jak prychanie konia, który czuje zapach zgniłego siana. Opuścili polanę i wędrowali przed siebie ścieżką nakrapianą słońcem, idąc objęci, ilekroć jej szerokość na to pozwalała. Zdziwiło Winstona, o ileż miększa wydaje się talia dziewczyny, gdy nie opasuje jej szarfa. Rozmawiali szeptem. Poza polaną, zdaniem Julii, należało zachować ostrożność. 

Wkrótce doszli do skraju lasu. Julia zatrzymała się.
- Dalej nie idźmy. Na otwartym terenie ktoś może nas zauważyć. Tu zasłaniają nas gałęzie.
Stali w cieniu kępy leszczyny. Promienie słońca, mimo że przedzierały się przez dziesiątki liści, wciąż grzały im twarze. Winston spojrzał na pole rozciągające się przed nimi i nagle, z najwyższym zdumieniem, rozpoznał to miejsce. Widział je nieraz. Opuszczone pastwisko z wyskubaną trawą, po którym - między kopczykami kretowisk - wiodła kręta ścieżka. Naprzeciw, w nierównym szeregu drzew, gałęzie wiązów drgały leciutko na wietrze, kołysząc gęstwiną liści niczym kobiecymi splotami. Gdzieś w pobliżu, choć poza zasięgiem wzroku, musi przepływać strumień, w którego zielonych rozlewiskach śmigają klenie!
- Czy gdzieś tędy przepływa strumyk? - spytał cicho.
- Tak, na skraju sąsiedniego pola. Są w nim ryby, i to naprawdę ogromne. Widać, jak czatują w rozlewiskach pod wierzbami, utrzymując się w miejscu lekkimi ruchami ogona.
- Złota Kraina - szepnął. - Prawie!
- Złota Kraina?
- Tak sobie nazwałem krajobraz, który czasami jawi mi się we śnie.
- Patrz! - powiedziała cicho Julia.

Niespełna pięć metrów od nich i na wysokości ich twarzy, na gałęzi, przysiadł drozd. Może ich nie zauważył. Był w słońcu, a oni stali w cieniu. Rozpostarł skrzydła i znów je złożył, pokręcił łebkiem, jakby się kłaniał słońcu, po czym nagle zaśpiewał. W popołudniowej ciszy jego trel zabrzmiał z niespodziewaną mocą. 

Winston i Julia przylgnęli do siebie, słuchając w oczarowaniu. Minuty mijały, a ptak śpiewał i śpiewał, coraz to inaczej, nie powtarzając się ani razu, jakby specjalnie popisywał się swoim kunsztem. Czasami milkł na kilka sekund, rozpościerał i składał skrzydła, a po chwili wypinał pierś i znów zanosił się śpiewem. Winston przypatrywał mu się z podziwem. Dla kogo i po co tak trelował? W pobliżu nie było żadnej samiczki, żadnego rywala. Co nim powodowało, że siedząc na skraju pustego lasu wyśpiewywał w przestrzeń swoje tony? Ciekawe, czy był tu gdzieś ukryty mikrofon. On i Julia odzywali się do siebie tylko szeptem, zbyt cichym, aby mikrofon mógł go wyłowić, ale na pewno musiał rejestrować świergot. Może przy odbiorniku, daleko stąd, jakiś mały, pluskwowaty człowieczek nasłuchuje uważnie - i słyszy ptaka? Ale rozbrzmiewająca melodia stopniowo wyparła wszystkie myśli Winstona. Miał wrażenie, że zalewa go niczym balsamiczny płyn i miesza się z promieniami słońca przedzierającymi się przez gałęzie. Przestał myśleć; po prostu czuł. 

Kibić dziewczyny była miękka i ciepła. Obrócił Julię przodem do siebie; jej ciało jakby wtopiło się w jego własne. Kiedy dotykał dziewczyny, ulegle przyjmowała pieszczoty. Ich usta złączyły się, ale inaczej niż podczas pierwszych gwałtownych pocałunków. Kiedy się odsunęli, oboje westchnęli głęboko. Spłoszony drozd odfrunął łopocząc skrzydłami.
Winston zbliżył wargi do ucha Julii.
- Teraz - szepnął.
- Nie tutaj - odszepnęła. - Chodźmy na polankę. Tam bezpieczniej.

Pospiesznie, nie zważając na trzask gałązek, które pękały pod ich stopami, wrócili na dawne miejsce. Gdy znaleźli się na pagórku otoczonym młodymi jesionami, Julia odwróciła się do Winstona. Oboje oddychali ciężko, ale na jej wargach błąkał się uśmiech. Przez chwilę przypatrywała się mężczyźnie, po czym zbliżyła dłoń do błyskawicznego zamka kombinezonu. 

I stało się niemal to, co w jego śnie! Niemal tak szybko, jak sobie wyobraził, zdarła z siebie ubranie i cisnęła na bok dokładnie tym samym wspaniałym gestem, obracającym wniwecz wszystkie nauki Partii. Jej białe ciało lśniło w słońcu. Na razie nie patrzył na nie; utkwił oczy w piegowatej, łobuzersko uśmiechniętej twarzy. Ukląkł przed Julią i ujął jej ręce w swoje.
- Czy robiłaś to już przedtem?
- Pewnie. Setki... no, dziesiątki razy.
- Z partyjnymi?
- Zawsze z partyjnymi.
- Z członkami Wewnętrznej Partii również?
- Nie, z tymi bydlakami nigdy. Ale wystarczyłoby, żebym kiwnęła palcem, a prawie każdy z nich poleciałby na mnie. Tylko, cholery, strugają takich świętoszków!

Serce zabiło mu radośniej. Robiła to dziesiątki razy - pragnął, aby były to setki, tysiące. Wszystko, co miało posmak zepsucia, napawało go nadzieją. Kto wie, może Partię już dawno przeżarła zgnilizna, może kult pracy i ascezy to blaga, zaledwie cienka otoczka skrywająca pełne rozpasanie. Gdyby mógł ich wszystkich zarazić trądem lub syfilisem, uczyniłby to z radością! Cokolwiek, byleby tylko osłabić, podkopać i zniszczyć tych drani! Pociągnął Julię w dół, tak aby klęczeli naprzeciw siebie.

- Słuchaj. Im więcej mężczyzn miałaś, tym bardziej cię kocham. Wiesz dlaczego?
- Tak. Doskonale.
- Nienawidzę czystości, nienawidzę dobroci! Nie chcę, żeby istniały jakiekolwiek cnoty. Pragnę, aby wszyscy byli zepsuci do szpiku kości.
- W takim razie powinnam ci odpowiadać, kochanie. Jestem zepsuta jak nikt.
- Lubisz to robić? Nie pytam o pieszczoty ze mną, lecz o seks jako taki.
- Uwielbiam!

To właśnie najbardziej pragnął usłyszeć. Nie chodziło mu o uczucie do konkretnej osoby, tylko o zwierzęcy instynkt, niepohamowany fizyczny popęd; on właśnie był siłą, która mogła rozsadzić Partię. Przewrócił Julię na murawę, na rozsypane dzwonki; tym razem nie miał żadnych trudności. Po pewnym czasie ich przyspieszone oddechy powróciły do zwykłego rytmu i owładnięci błogą niemocą odsunęli się trochę od siebie. Słońce świeciło teraz jakby mocniej. Oboje czuli się senni. Winston przyciągnął kombinezon i narzucił na dziewczynę. Zasnęli niemal natychmiast i spali blisko pół godziny.

Winston obudził się pierwszy. Usiadł i popatrzył na piegowatą twarz Julii; dziewczyna nadal spała spokojnie, z policzkiem wspartym na dłoni. Żadna piękność, ale usta miała naprawdę wspaniałe. Kiedy się lepiej przyjrzał, pod jej oczami dostrzegł kilka pojedynczych zmarszczek. Za to krótkie ciemne włosy były wyjątkowo gęste i puszyste. Zdał sobie sprawę, że wciąż nie zna nazwiska Julii i nie wie, gdzie ona mieszka.

Młode, silne ciało, tak niewinnie pogrążone we śnie, wydało mi się kruche i bezradne, wzbudzało w nim opiekuńcze uczucia. Lecz naiwna tkliwość, która wezbrała w nim pod leszczyną, kiedy słuchali śpiewu drozda, minęła bezpowrotnie. Ściągnął z Julii kombinezon i długo wpatrywał się w jej gładkie białe ciało. W dawnych czasach, pomyślał, gdy mężczyzna patrzył na ciało dziewczyny, które go podniecało, sprawa była prosta. Obecnie jednak nie istniała sama miłość lub samo pożądanie. Żadne uczucie nie mogło być czyste, bo wszystko przesycały strach i nienawiść. Uściski jego i Julii były walką; ich orgazm zwycięstwem. Ciosem zadanym Partii. Udaną akcją polityczną.


3

Kiedyś możemy tu znów przyjechać - powiedziała Julia. - Zwykle każdej kryjówki można bezpiecznie używać dwa razy. Ale dopiero po miesiącu lub dwóch, oczywiście.
Natychmiast po przebudzeniu jej zachowanie całkiem się zmieniło: stała się czujna i rzeczowa. Ubrała się, obwiązała szarfą i zaczęła instruować Winstona, którędy ma jechać do domu. Wydało mu się naturalne, że to ona zajęła się planowaniem powrotu. Najwyraźniej miała dryg do takich spraw, którego jemu zupełnie brakowało, a w dodatku doskonale znała okolice Londynu z licznych pieszych wycieczek. Marszruta, jaką dla niego ułożyła, nie pokrywała się z jego poranną trasą; w Londynie też przyjeżdżał na inny dworzec.

- Nigdy nie należy wracać tą samą drogą - oświadczyła takim tonem, jakby obwieszczała żelazną regułę.

Postanowiła, że ruszy pierwsza; Winston miał odczekać jeszcze pół godziny. Powiedziała mu, gdzie mogą się spotkać po pracy, za cztery dni. Wybrała uliczkę w jednej z uboższych dzielnic, na której znajdował się targ; zwykle panował tam zgiełk i przewalały się tłumy. Będzie kręciła się między straganami, udając, że szuka sznurowadeł lub nici. Jeśli uzna, że jest bezpiecznie, wytrze nos, kiedy Winston się zbliży; jeśli nie da tego znaku, ma ją po prostu minąć. Jeżeli szczęście dopisze, uda im się, niewidocznym w tłumie, porozmawiać z kwadrans i umówić się na następne spotkanie.

- Lecę - powiedziała, gdy tylko zapamiętał jej instrukcje. - O dziewiętnastej trzydzieści muszę być z powrotem. Obiecałam przepracować dwie godziny w Młodzieżowej Lidze Antyseksualnej, pewnie będę rozdawać ulotki czy robić coś podobnego. Szlag by ich trafił! Otrzep mnie, dobrze? Nie mam we włosach liści? Na pewno? W takim razie żegnaj, najdroższy, żegnaj!

Padła mu w ramiona, wycałowała gwałtownie, a chwilę później przedarła się przez młode jesiony i prawie bezszelestnie oddaliła. Wciąż nie znał jej nazwiska i adresu - ale mniejsza, bo przecież i tak nie mogli ani się odwiedzać, ani ze sobą korespondować.

Tak się złożyło, że nigdy więcej nie pojechali na polanę. W maju jeszcze tylko raz mieli okazję się kochać. Zdarzyło się to w innej kryjówce znanej Julii, dzwonnicy zburzonego kościoła w niemal całkiem wyludnionej okolicy, na którą przed trzydziestu laty zrzucono bombę atomową. Było to świetne miejsce, lecz samo dotarcie do niego wiązało się ze znacznym ryzykiem. W pozostałe dni spotykali się na ulicy, każdego wieczora gdzie indziej i nigdy na dłużej niż na pół godziny. 

Mogli ze sobą wówczas rozmawiać, choć w dość osobliwy sposób. Wędrując zatłoczonymi chodnikami, nigdy ramię w ramię i ani razu na siebie nie patrząc, prowadzili dziwaczny dialog, przerywany niczym światło latarni morskiej; milkli nagle - często w połowie zdania - ilekroć widzieli partyjny kombinezon lub zbliżali się do teleekranu, by po kilku minutach podjąć przerwany wątek; gdy zaś dochodzili do miejsca, gdzie mieli się rozstać, urywali rozmowę, po czym nazajutrz kontynuowali ją bez żadnego wstępu. Julia była najwyraźniej przyzwyczajona do takiego sposobu porozumiewania się, który nazywała "rozmową na raty". Posiadała też niezwykłą biegłość w mówieniu bez poruszania ustami. 

Tylko raz, w ciągu niemal miesiąca wieczornych spotkań, udało im się pocałować. Szli w milczeniu boczną ulicą (Julia uważała, że z dala od głośnych arterii nie wolno się odzywać), gdy nagle doszedł ich ogłuszający ryk, ziemia zadygotała, niebo poczerniało i Winston nagle stwierdził, że leży na ziemi, przerażony i potłuczony. Gdzieś bardzo blisko rąbnął pocisk rakietowy. Wtem Winston ujrzał o kilka centymetrów od siebie twarz Julii - trupiobladą. Nawet usta miała białe. "Nie żyje!" - przeraził się. Przytulił ją i dopiero wtedy sobie uświadomił, że całuje ciepłą twarz żywej osoby. Pod wargami czuł pył; pokrywała ich gruba warstwa tynku.

Czasem, kiedy docierali na umówione miejsce, musieli się mijać bez jednego spojrzenia, bo albo zza rogu wyłaniał się patrol, albo w górze terkotał helikopter. Nawet gdyby było to mniej niebezpieczne, i tak nie mieliby czasu spotykać się częściej. Winston pracował sześćdziesiąt godzin tygodniowo, Julia jeszcze więcej; od nawału pracy zależało, kiedy wypadną ich wolne dni - często się nie pokrywały. Co więcej, Julia rzadko miała cały wolny wieczór. Niesamowicie dużo czasu pochłaniało jej słuchanie odczytów, udział w pochodach, rozdawanie ulotek Młodzieżowej Ligi Antyseksualnej, przygotowywanie transparentów na Tydzień Nienawiści, zbieranie składek podczas kampanii oszczędnościowej i podobna działalność społeczna. 

Twierdziła, że jej się to opłaca; daje doskonały kamuflaż. Przestrzegając błahych praw, można łamać wielkie. Namówiła nawet Winstona, aby poświęcił jeszcze jeden ze swoich wolnych wieczorów i zgłosił się ochotniczo do pracy w fabryce broni, gdzie - w ramach dodatkowych zajęć - zatrudniano gorliwych partyjniaków. Tak więc raz w tygodniu, przez cztery godziny, Winston z nudy odchodził niemal od zmysłów, skręcając ze sobą niewielkie kawałki metalu, prawdopodobnie części zapalników, w kiepsko oświetlonej, pełnej przeciągów hali, w której ponury stukot młotków zlewał się z muzyką płynącą z teleekranów.

Kiedy spotkali się w dzwonnicy, mogli wreszcie uzupełnić luki w swoich przerywanych rozmowach. Było upalne popołudnie. Powietrze w małym kwadratowym pomieszczeniu nad dzwonami, nagrzane i duszne, cuchnęło gołębimi odchodami. Rozmawiali przez wiele godzin siedząc na zakurzonej, pokrytej gałązkami podłodze; tylko co jakiś czas któreś z nich wstawało, by spojrzeć przez wąskie otwory strzelnicze i sprawdzić, czy nikt się nie zbliża.

Julia miała dwadzieścia sześć lat. Mieszkała w hotelu robotniczym z trzydziestoma innymi dziewczętami ("Wiecznie w tym babskim smrodzie! Jak ja nienawidzę kobiet" - dorzuciła) i pracowała, tak jak się domyślał, przy automatach do pisania powieści w Departamencie Literatury. Lubiła swój zawód: jej obowiązki polegały głównie na obsłudze i konserwacji potężnego, skomplikowanego silnika elektrycznego. Nie uważała się za specjalnie błyskotliwą, ale znała się na maszynach, a praca fizyczna sprawiała jej przyjemność. Potrafiła opisać cały proces tworzenia powieści od momentu nadejścia zlecenia z Komisji Planowania aż po ostateczny retusz dokonywany przez zespół autorski. Za to końcowy wynik jej nie interesował. Jak oświadczyła, nie miała głowy do książek. Traktowała je tak samo jak inne artykuły, które się produkuje, na przykład sznurowadła lub dżemy.

Nie sięgała pamięcią dalej niż do początku lat sześćdziesiątych, a jedyną znaną jej osobą, która często mówiła o czasach przed Rewolucją, był jej dziadek; znikł, kiedy miała osiem lat. W szkole została kapitanem drużyny hokejowej i dwa lata z rzędu zdobyła tytuł najlepszej gimnastyczki. W Kapusiach była drużynową, a w Lidze Młodych - zanim przeszła do Młodzieżowej Ligi Antyseksualnej - sekretarzem okręgowym. 

Zawsze cieszyła się znakomitą opinią. Wybrano ją nawet (nieomylna oznaka zaufania) do pracy w Pornoseku, sekcji Departamentu Literatury zajmującej się produkcją tandetnej pornografii do rozprowadzania wśród proli. Między sobą, jak wyznała, pracownicy przezywali tę sekcję "Kloaką". Pracowała tam przez rok, pomagając wydawać broszury - od razu w zaklejonych opakowaniach - pod takimi tytułami, jak Lubię być chłostana albo Noc w internacie dla dziewcząt, które później kupowali ukradkiem młodzieńcy z proletariackich rodzin, przekonani, że zdobywają coś zakazanego.

- Jakie one są? - zapytał zaciekawiony Winston.
- Ech, straszne śmiecie. I tak naprawdę, potwornie nudne. Jest tylko sześć fabuł, które za każdym razem co nieco się zmienia. Zresztą ja tylko obsługiwałam kalejdoskop. Nigdy nie pracowałam w zespole autorskim. Nie mam żadnych zdolności literackich, nawet do wymyślania takiej szmiry.

Zdumiała go wiadomość, że z wyjątkiem szefów wszystkich podsekcji w Pornoseku zatrudniano wyłącznie dziewczęta, uważając, że mężczyźni, u których popęd płciowy jest znacznie silniejszy, mogą prędzej ulec zepsuciu przez kontakt z produkowanymi przez siebie świństwami.
- Nawet mężatki niechętnie zatrudniają - dodała. - Wolą młode dziewczyny, bo niby są takie czyste. Ale co do mnie grubo się omylili!

Swój pierwszy romans miała w wieku lat szesnastu z sześćdziesięcioletnim członkiem Partii, który później popełnił samobójstwo, aby uniknąć aresztowania.
- I dobrze się stało - stwierdziła - bo gdyby go zaczęli maglować, na pewno by mnie wsypał.

Od tego czasu miała wielu kochanków. Filozofia życiowa Julii była bardzo prosta. Pragnęła się bawić, a "oni", czyli Partia, usiłowali jej w tym przeszkodzić; łamała więc prawo i jakoś sobie radziła. Uważała za tak samo naturalne to, że "oni" chcą pozbawić każdego radości, jak to, że każdy próbuje uniknąć złapania. Nienawidziła Partii i często o tym mówiła, używając jak najordynarniejszych słów, ale nie krytykowała jej założeń i polityki. 

Doktryny Partii zupełnie Julii nie interesowały, chyba że dotyczyły jej własnego życia. Winston stwierdził, że w ogóle nie stosuje nowomowy, z wyjątkiem paru słów, które weszły do powszechnego użycia. Nigdy nie słyszała o Braterstwie i nie chciała wierzyć w jego istnienie. Zorganizowany bunt przeciwko Partii, z góry skazany na niepowodzenie, uznała za idiotyzm. Twierdziła, że najrozsądniej jest po prostu łamać przepisy, lecz umiejętnie, tak aby nie wpaść. Winston ciekaw był, ilu przedstawicieli młodego pokolenia myśli podobnie jak ona - czy można znaleźć wielu ludzi wychowanych po Rewolucji, nieświadomych innego życia., którzy uważają Partię za coś równie trwałego jak niebo i nie buntują się otwarcie przeciwko jej autorytetowi, lecz usiłują jej się wymknąć ukradkiem niczym zając sforze psów.

Ani razu nie rozważali możliwości wzięcia ślubu, bo Zastanawianie się nad czymś tak nierealnym po prostu nie miało sensu. Żadna, komisja nie udzieliłaby im zgody, nawet gdyby Winstonowi udało się jakoś pozbyć Katherine. Nie było co marzyć.

- Jaka ona jest, ta twoja żona? - zapytała Julia.
- Hm... czy znasz taki termin z nowomowy: dobromyślak? Oznacza osobę dogłębnie ortodoksyjną, niezdolną do pomyślenia czegoś złego.
- Nie, tego zwrotu nie znam, ale wiem dobrze, o jaki typ człowieka ci chodzi.

Zaczął jej opowiadać historię swojego małżeństwa, lecz ku jego zaskoczeniu, nie gorzej niż on umiała scharakteryzować ten związek. Opisała mu ciało Katherine, jakby je widziała lub dotykała, sztywniejące, ilekroć się do niej zbliżał, oraz sposób, w jaki żona zdawała się z całej siły go odpychać nawet wówczas, gdy obejmowała go ciasno ramionami. Rozmawiając z Julią o tych sprawach nie czuł skrępowania; zresztą Katherine już dawno przestała być dla niego bolesnym wspomnieniem; co najwyżej myślał o niej z niesmakiem.

- Wytrzymałbym z nią, gdyby nie jedno - oświadczył i opowiedział o frustrującej rodzinnej ceremonii, do której Katherine przymuszała go regularnie raz w tygodniu. - Nie znosiła tego, ale nic nie mogło jej powstrzymać. Nazywała to... Nigdy nie zgadniesz!
- Obowiązkiem wobec Partii - oznajmiła natychmiast Julia.
- Skąd wiedziałaś?!

- Ja też, kochany, chodziłam do szkoły. Szesnastolatki mają raz w miesiącu pogadanki na temat życia rodzinnego. To samo dzieje się w organizacjach młodzieżowych. Całymi latami wbijają ci do głowy te bzdury. I w wielu wypadkach chyba rzeczywiście im się udaje. Chociaż właściwie trudno ocenić; ludzie potrafią być szalenie obłudni!

Zaczęła rozwijać tę kwestię. Prawie każdy temat sprowadzała do własnej zmysłowości, a wówczas potrafiła wygłaszać niezwykle wnikliwe sądy. W odróżnieniu od Winstona, świetnie rozumiała, dlaczego Partia jest taka purytańska. Udane współżycie płciowe zwalczano nie dlatego, że między partnerami tworzy się intymna więź nie poddająca się partyjnej kontroli, ale ponieważ niezaspokojenie seksualne wywołuje histerię, stan ogromnie pożądany, gdyż łatwo go przekształcić w gorączkę wojenną lub w kult przywódcy. 

Julia ujęła to tak:
- Kiedy ludzie się kochają, zużywają energię, a potem jest im dobrze i zupełnie nic ich nie obchodzi. Więc Partia zakazuje im się kochać, bo chce, żeby każdy bezustannie aż tryskał energią. Te ciągłe pochody, okrzyki, wymachiwanie flagami to po prostu oznaki niewyżycia seksualnego. Jeśli jest ci dobrze, po cholerę miałbyś się podniecać Wielkim Bratem, planami trzyletnimi, Dwiema Minutami Nienawiści i resztą tych bredni?

Ma rację, pomyślał. Między wstrzemięźliwością płciową a ortodoksją polityczną musi istnieć ścisły, bliski związek. Bo jak inaczej można utrzymać na tak wysokim poziomie owo natężenie strachu, nienawiści i obłąkańczej łatwowierności u wszystkich członków Partii, jeśli nie przez zatamowanie, spiętrzenie i odpowiednie ukierunkowanie jakiegoś potężnego naturalnego instynktu? Popęd płciowy stwarzał dla Partii zagrożenie, ale umiała go wykorzystać. Podobnie postąpiła z instynktem rodzicielskim. Nie mogła zakazać posiadania dzieci, zachęcała więc do kochania ich w jak najbardziej tradycyjny sposób. Natomiast dzieci systematycznie obracano przeciwko rodzicom; uczono je, aby szpiegowały i donosiły, jeśli tylko zauważą coś odbiegającego od normy. 

Tak więc rodzina stała się jakby przedłużeniem Policji Myśli; każdy, kto miał dzieci, przez cały czas przebywał w towarzystwie doskonale go znających kapusiów.
Nagle Winstonowi przypomniała się Katherine. Na pewno doniosłaby na niego Policji Myśli, gdyby po prostu nie była zbyt głupia, aby się zorientować, jak nieprawomyślne ma poglądy. Myśl o niej nasunął mu panujący upał, od którego czoło miał zroszone potem. Zaczął opowiadać Julii o tym, co się wydarzyło - a raczej prawie wydarzyło - w równie upalne letnie popołudnie przed jedenastu laty.

Było to trzy lub cztery miesiące po ich ślubie. Zgubili się podczas pieszej wycieczki w okolice Kent. Zostali w tyle za grupą zaledwie o kilkaset metrów, lecz skręcili w złą stronę i nagle znaleźli się na skraju urwiska, w miejscu gdzie niegdyś wybierano kredę. Pionowa ściana - dziesięć, dwadzieścia metrów - a poniżej głazy. Nie było nikogo, kogo mogliby zapytać o drogę. Kiedy Katherine zrozumiała, że się zgubili, wpadła w popłoch. Przebywanie choć przez chwilę z dala od hałaśliwych współuczestników wycieczki wywoływało u niej poczucie winy. Chciała czym prędzej wrócić tą samą drogą, którą przyszli, i udać się na poszukiwanie grupy. 

Ale akurat wtedy Winston spostrzegł kępy krwawnicy rosnące w szczelinach skalnych poniżej. Wśród nich dwubarwną - karmazynową i ceglastoczerwoną - która najwyraźniej wyrastała z jednego korzenia. Nigdy nie widział czegoś podobnego, zawołał więc Katherine, żeby też zobaczyła.

- Spójrz, Katherine! Popatrz na tamte kwiaty. Ta kępa prawie na samym dole. Widzisz, że są w dwóch kolorach?
Już odchodziła, ale mimo wzburzenia cofnęła się. Wychyliła się przez urwisko i spojrzała tam, gdzie wskazywał. Stojąc o krok za nią, objął ją w talii, by nie straciła równowagi. W tejże chwili zdał sobie sprawę, że są zupełnie sami. W pobliżu nie było nikogo, nie drgał ani jeden liść, nie słyszało się nawet ptaków. Mała szansa, aby w takim miejscu znajdował się mikrofon, a nawet gdyby go tu gdzieś ukryto, wyłapywałby przecież tylko dźwięki. Była to najgorętsza, najbardziej senna pora popołudnia. Słońce paliło, pot ściekał Winstonowi z twarzy. I wtedy nagle przyszło mu do głowy...

- Dlaczegoś jej nie zepchnął? - spytała Julia. - Ja bym się tam nie wahała.
- Tak, najdroższa, nie wątpię. Ja też bym się nie wahał, gdybym wtedy był tym człowiekiem co teraz. Chociaż... sam nie wiem.
- Żałujesz, żeś jej nie zrzucił?
- Tak. W gruncie rzeczy żałuję.

Siedzieli obok siebie na zakurzonej posadzce. Przyciągnął dziewczynę bliżej. Oparła głowę o jego ramię; jej włosy wydzielały przyjemny zapach niweczący smród gołębich odchodów. Jest młoda, pomyślał, wciąż oczekuje czegoś od życia i nie rozumie, że zepchnięcie ze skały niewygodnej osoby niczego nie rozwiązuje.

- Przecież to by nic nie zmieniło - oświadczył.
- Więc dlaczego żałujesz, żeś jej nie zepchnął?
- Bo lepsze jest działanie od bierności. W grze, jaką prowadzimy, nie możemy odnieść zwycięstwa. Ale niektóre przegrane są mimo wszystko lepsze od innych.

Poczuł, że Julia wzrusza ramionami na znak sprzeciwu. Nigdy się z nim nie zgadzała, ilekroć mówił coś podobnego. Nie chciała przyjąć do wiadomości, że jednostka zawsze musi przegrać. Zdawała sobie sprawę, iż zguba jest przesądzona, że prędzej czy później Policja Myśli złapie ich i zabije, ale równocześnie jakaś cząstka jej umysłu wierzyła w szansę stworzenia sobie tajemniczego świata, w którym można żyć, jak się tylko zapragnie. Wystarczyło mieć szczęście, przebiegłość i odwagę. Nie rozumiała, że szczęście po prostu nie istnieje, że zwycięstwo jest możliwe jedynie w odległej przyszłości, długo po ich śmierci, że od chwili wypowiedzenia wojny Partii najlepiej myśleć o sobie jako o trupie.

- Jesteśmy martwi - rzekł Winston.
- Jeszcze nie jesteśmy - zaprotestowała rzeczowo.
- Fizycznie nie jesteśmy. Ale za pół roku, za rok, góra za pięć lat będziemy. Boję się śmierci. Jesteś młodsza ode mnie, więc pewnie boisz się bardziej. Jasne, że spróbujemy odwlekać nasz koniec tak długo, jak nam się uda. Ale nie ma to wielkiego znaczenia. Skoro zdecydowaliśmy się być wolnymi ludźmi, musimy postawić znak równości między życiem i śmiercią.

- Bzdura! Wolisz się kochać ze mną czy z jakimś szkieletem? Nie radujesz się życiem? Nie cieszy cię, że możesz powiedzieć: to jestem ja, to jest moja ręka, moja noga, istnieję, naprawdę istnieję, żyję?! Nie sprawia ci to radości?!

Obróciła się ku niemu i przywarła całym ciałem. Czuł przez kombinezon dotyk jej dojrzałych, jędrnych piersi. Ciało Julii wlewało w niego swoją młodość i animusz.
- Masz rację, sprawia - przyznał.
- Więc przestań gadać o śmierci. A teraz, kochany, musimy się umówić na następne spotkanie. Chyba znów możemy się spotkać na polance. Odczekaliśmy dość długo. Tylko tym razem pojedziesz inną trasą. Wszystko już obmyśliłam. Wsiądziesz w pociąg... poczekaj, najlepiej ci to narysuję.

I, zaradna jak zawsze, gałązką z gołębiego gniazda zaczęła rysować mapę na zakurzonej posadzce.


4

Winston rozejrzał się po nędznym pokoiku nad sklepem pana Charringtona. Na ogromnym łóżku pod oknem leżały wystrzępione koce i poduszka bez powłoczki. Na kominku tykał staromodny zegar z dwunastocyfrową tarczą. W rogu, na rozkładanym stole, połyskiwał łagodnie w półmroku szklany przycisk, który Winston kupił przed miesiącem.

Za metalową osłoną kominka stał poobijany blaszany prymus, garnek oraz dwie filiżanki, wszystko dostarczone przez pana Charringtona. Winston rozpalił prymus i nastawił w garnku wodę. Przyniósł ze sobą pełną kopertę Kawy Zwycięstwa i kilka pastylek sacharyny. Zegar wskazywał siódmą dwadzieścia, czyli dziewiętnastą dwadzieścia. Julia miała przyjść o dziewiętnastej trzydzieści.

Szaleństwo, szaleństwo, szeptał mu wewnętrzny głos; świadome, niepotrzebne, samobójcze szaleństwo. Ze wszystkich przestępstw, jakie mógł popełnić członek Partii, to było najtrudniejsze do ukrycia. Pomysł przyszedł mu do głowy, gdy ujrzał w myślach szklany przycisk odbijający się w wypolerowanym blacie rozkładanego stołu. Tak jak oczekiwał, pan Charrington chętnie wynajął pokój. Ucieszył się, że wpadnie mu kilka dolarów ekstra. Ani się nie oburzył, ani nie zaczął nieprzyjemnie spoufalać, kiedy stało się jasne, iż Winston potrzebuje pokoju w celach romansowych. Starał się raczej nie patrzeć mu w oczy i wyrażać tylko ogólnikami; w sumie zachowywał się tak delikatnie, jakby chciał niemal stać się niewidoczny. 

Możliwość przebywania z dala od ludzi to cenna rzecz, oświadczył. Co pewien czas każdy odczuwa potrzebę samotności. A jeśli komuś akurat wiadomo, gdzie ktoś inny lubi izolować się od świata, zwykła grzeczność wymaga, aby tego nie rozgłaszał. Dodał nawet, z takim wyrazem twarzy, jakby najchętniej w ogóle rozpłynął się w powietrzu, że drugie drzwi domku wychodzą na podwórze, z którego jest przejście na sąsiednią uliczkę. Za oknem ktoś śpiewał. Winston, ukryty za muślinową firanką, wyjrzał na zewnątrz. Czerwcowe słońce wciąż wędrowało wysoko po niebie, a na podwórku skąpanym w jego blasku olbrzymia baba przewiązana w pasie fartuchem uszytym z worka, masywna jak normandzka kolumna, o krzepkich, czerwonych ramionach, chodziła ciężko tam i z powrotem między balią a sznurem na bieliznę, rozwieszając dziesiątki białych, kwadratowych kawałków materiału, w których Winston rozpoznał pieluszki. Ilekroć wyjmowała z ust drewniane spinacze, natychmiast zaczynała śpiewać donośnym kontraltem:

To był tylko chwilowy urok 
I minął jak kwietniowy dzień, 
Lecz cóż za marzenia rozbudził! 
Z serca mego najlżejszy zdjął cień!

Słowa te od tygodni nucił do znudzenia cały Londyn. Była to jedna z nielicznych, bardzo do siebie podobnych piosenek, przygotowywanych dla proli przez którąś z sekcji Departamentu Muzyki. Ich teksty, bez absolutnie niczyjego udziału, układała maszyna zwana wersyfikatorem. Ale kobieta śpiewała tak melodyjnie, że w jej ustach nawet te straszne brednie brzmiały niemal przyjemnie. Winston słyszał śpiew i szuranie butów prolki o bruk, krzyki dzieci bawiących się na ulicy, a gdzieś w oddali stłumione odgłosy ruchu kołowego, lecz pokój i tak wydawał mu się cichy przez to, że brakowało w nim teleekranu.

"Szaleństwo, czyste szaleństwo!" - pomyślał znów. Nie wierzył, aby widując się tutaj mogli uniknąć wykrycia dłużej niż przez kilka tygodni. Ale pokusa, by wreszcie mieć stałe miejsce spotkań, w dodatku blisko i pod dachem, była dla nich zbyt silna. Po randce w dzwonnicy w ogóle nie udawało im się spotkać. W związku ze zbliżającym się Tygodniem Nienawiści drakońsko wydłużono czas pracy. Wprawdzie obchody rozpoczynały się dopiero za miesiąc, ale przygotowania prowadzono na tak gigantyczną skalę, że nikogo nie ominęły jakieś dodatkowe zajęcia. 

Wreszcie jednego dnia obojgu wypadało wolne popołudnie. Umówili się, że pojadą na polankę. Dzień wcześniej spotkali się wieczorem na ulicy. Jak zwykle Winston ledwo spojrzał na Julię, kiedy lawirowali w tłumie powoli zbliżając się do siebie, lecz wydała mu się bledsza niż zazwyczaj.
- Nic z tego - szepnęła, gdy tylko uznała, że może się bezpiecznie odezwać. - Z jutra nici!
- Co takiego?
- Jutro nie mogę.
- Dlaczego?
- Z prozaicznej przyczyny. Tym razem zaczął mi się wcześniej.

Mężczyzna na moment wpadł we wściekłość. Odkąd miesiąc temu poznał Julię, zmienił się charakter jego pożądania. Na początku niewiele było w ich pieszczotach prawdziwej zmysłowości. Kiedy kochali się po raz pierwszy, był to po prostu świadomy akt woli. Ale już po drugim razie wszystko się zmieniło. Zapach włosów Julii, smak jej ust, dotyk skóry stały się jakby częścią jego i jego świata. Dziewczyna wydawała mu się teraz fizycznie niezbędna; nie tylko jej pragnął - uważał wręcz, że ma do niej prawo. Kiedy powiedziała, że jutro nie może jechać, poczuł się głęboko oszukany. Akurat w tym momencie tłum pchnął ich ku sobie i ich dłonie się zetknęły.

Szybko uścisnęła czubki jego palców gestem, który wzbudził w nim nie tyle pożądanie, ile czułość. Uzmysłowił sobie, że kiedy żyje się z kobietą, taki powód odmowy jest rzeczą częstą i naturalną; ogarnęło go rozrzewnienie, jakiego nie znał nigdy dotąd. Zapragnął nagle, aby byli małżeństwem już od dziesięciu lat. Zapragnął iść z nią ulicą; nie tak jak teraz, lecz otwarcie i bez lęku, rozmawiając o błahostkach i kupując drobiazgi do wspólnego domu. Zamarzyło mu się, aby mieli gdzie się spotykać i przebywać tylko we dwoje bez poczucia, że za każdym razem muszą się kochać. 

Nie tego wieczoru, ale już następnego dnia wpadł mu pomysł, żeby wynająć pokój od pana Charringtona. Gdy powiedział o tym Julii, niespodziewanie przystała ochoczo. Oboje zdawali sobie sprawę, że to szaleństwo. Jakby naumyślnie postępowali o krok w stronę grobu. Siedząc na brzegu łóżka i czekając na Julię, pomyślał o lochach Ministerstwa Miłości. Dziwne, jak ów nieuchronny koszmar jawił się nagle przed oczyma, po czym znów znikał. Był czymś nieodwołalnym: stanowił część ich przyszłości, część poprzedzającą śmierć tak niezawodnie, jak liczba 99 poprzedza liczbę 100. Nie sposób było tego uniknąć, ale istniała szansa odroczenia; jednakże raz po raz z pełną świadomością niebezpieczeństwa robili coś, co tylko mogło skrócić okres dzielący ich od zguby.

W tym momencie na schodach rozległ się pospieszny tupot kroków i do pokoju wpadła Julia. Miała ze sobą torbę na narzędzia wykonaną z grubego brązowego płótna, z którą czasami widywał ją na korytarzu ministerstwa. Podszedł i przytulił dziewczynę, lecz szybko wyzwoliła się z objęć, wciąż ściskając torbę.

- Jedną chwilkę! Najpierw chcę ci pokazać, co zdobyłam. Ty pewnie przyniosłeś tę ohydną Kawę Zwycięstwa, no nie? Tak też myślałam. Możesz wyrzucić to gówno, nie będzie nam potrzebna.

 Patrz!

Uklękła na podłodze, otworzyła torbę i wysypała z niej leżące na wierzchu narzędzia. Pod spodem znajdowało się kilka zgrabnych papierowych paczuszek. W pierwszej, którą mu podała, wyczuł dotykiem coś dziwnego, ale zarazem jakby mgliście znajomego. Wypełniała ją jakaś ciężka, ziarnista substancja ustępująca pod naciskiem palców.

- Czyżby to był cukier? - spytał.
- Tak, prawdziwy cukier. Nie sacharyna, tylko cukier! A oto bochenek chleba, prawdziwego, jasnego chleba, nie tego świństwa, którym nas karmią, oraz słoiczek dżemu. Do tego jeszcze puszka mleka i... Spójrz! Z tego jestem najbardziej dumna. Musiałam owinąć w szmatę, bo...
Nie potrzebowała mu wyjaśniać, dlaczego zawinęła tę paczkę: jej aromat od razu wypełnił pokój. Wonny, intensywny zapach kojarzył się Winstonowi z najwcześniejszym dzieciństwem, choć i teraz czasem zdarzało mu się go czuć - dochodził na przykład z głębi mijanej klatki schodowej, dopóki nagle nie zatrzaśnięto drzwi, albo unosił się tajemniczo na zatłoczonej ulicy; wąchało się go przez chwilę, po czym raptem nikł.

- Kawa - szepnął. - Prawdziwa kawa!
- Kawa Wewnętrznej Partii. Przyniosłam cały kilogram.
- Jak zdobyłaś te skarby?
- Członkowie Wewnętrznej Partii mają wszystkiego w bród. Tym świniom niczego nie brakuje, dosłownie niczego. Ale kelnerzy, służba i inni zawsze coś tam podkradają, więc... Patrz, mam nawet trochę herbaty.

Winston już dobrą chwilę temu przykucnął obok Julii. Rozerwał róg paczuszki.
- Prawdziwa herbata! Nie liście jeżyn!
- Ostatnio jest sporo herbaty. Pewnie zdobyli Indie czy coś w tym rodzaju - oświadczyła. - Poczekaj, kochany. Odwróć się i nie patrz na mnie przez kilka minut. Usiądź po drugiej stronie łóżka. Tylko nie podchodź zbyt blisko okna. I nie oglądaj się, dopóki ci nie powiem.

Winston zapatrzył się w muślinową firankę. Na podwórzu kobieta o czerwonych ramionach wciąż dreptała między balią i sznurem z bielizną. Wyjęła z ust kolejne dwa drewniane spinacze i zaśpiewała z przejęciem:

Mówią, że czas leczy rany,
Wszystko w niepamięć odpływa;
Lecz moje serce wciąż szlocha żałośnie,
Gdy wspomnienie sprzed lat w nim odżywa!


Najwyraźniej znała na pamięć całą szmatławą piosnkę. Jej głos - melodyjny, przepojony jakby pogodną melancholią - wzbijał się do góry wraz z wonnym letnim powietrzem. Odnosiło się wrażenie, że byłaby zupełnie szczęśliwa, gdyby ten czerwcowy wieczór trwał wiecznie, a góra prania nigdy się nie kończyła, i gdyby przez następne tysiące lat mogła rozwieszać pieluszki i wyśpiewywać bzdury. Pomyślał z zaskoczeniem, że nigdy nie słyszał, aby członek Partii śpiewał coś spontanicznie sam jeden. Byłoby to wręcz nieprawomyślne i pewnie uznane za oznakę niebezpiecznej ekscentryczności, podobnie jak mówienie na głos do siebie. Czyżby tylko ludzie żyjący na granicy ubóstwa mieli ochotę śpiewać?

- Możesz się odwrócić! - zawołała Julia.
Kiedy na nią spojrzał, w pierwszej chwili prawie jej nie poznał. Spodziewał się, że zobaczy dziewczynę nagą. Tymczasem zmiana, jaka nastąpiła, była znacznie bardziej niezwykła. 

Julia się umalowała.

Zapewne wstąpiła ukradkiem do jakiegoś sklepu w dzielnicy dla proli i kupiła sobie zestaw kosmetyków. Usta miała ciemnoczerwone, na policzkach róż, nos przypudrowany; nawet oczy podkreśliła czymś, co sprawiło, że wydawały się jaśniejsze. Makijaż wykonała dość nieudolnie, ale też Winston nie był żadnym znawcą. Dotychczas nigdy nie widział i nawet sobie nie potrafił wyobrazić partyjniaczki z umalowaną twarzą. Przemiana, jaka się w Julii dokonała, była wprost niesamowita. Za pomocą zaledwie kilku pociągnięć w odpowiednich miejscach stała się nie tylko znacznie ładniejsza, lecz przede wszystkim znacznie bardziej kobieca. Jej krótka fryzura i chłopięcy kombinezon jedynie potęgowały to wrażenie. Gdy brał ją w ramiona, poczuł sztuczny zapach fiołków. Przypomniał mu się półmrok sutereny i czarna jama w twarzy prostytutki. Używała tych samych perfum, ale wcale mu to nie przeszkadzało.

- Nawet perfumy! - wykrzyknął.
- Tak, najdroższy, nawet perfumy. I wiesz, co jeszcze zrobię? Zdobędę jakoś prawdziwą babską sukienkę i będę ją nosić zamiast tych cholernych gaci. Włożę jedwabne pończochy i pantofle na wysokich obcasach! W tym pokoju będę kobietą, a nie towarzyszką partyjną!

Zrzucili z siebie ubrania i położyli się na ogromnym mahoniowym łożu. Winston po raz pierwszy rozebrał się całkiem do naga w obecności Julii. Dotychczas zbyt się wstydził swojego bladego, mizernego ciała, żylaków na łydkach i fioletowej plamy nad kostką. Nie mieli prześcieradła, lecz wytarte koce, na których spoczywali, były gładkie w dotyku, a rozmiary i sprężystość łóżka wprawiały ich oboje w zdumienie.

- Pewnie aż roi się od pluskiew, ale co tam! - zawołała Julia.
Podwójnych łóżek w ogóle się nie widywało, chyba że w domach proli. W dzieciństwie Winston sypiał czasami w takim łóżku; Julia - z tego, co pamiętała - nigdy.

Wkrótce oboje zapadli w drzemkę. Kiedy Winston się zbudził, wskazówki zegara zbliżały się do dziewiątej. Leżał bez ruchu, ponieważ Julia spała z głową opartą na jego ramieniu. Starł jej się prawie cały makijaż, pozostawiając ślady na poduszce i twarzy Winstona, lecz resztka różu wciąż jeszcze podkreślała piękno kości policzkowych. 

Złote promienie zachodzącego słońca padały na skraj łóżka i kominek, oświetlając garnek, w którym bulgotała woda. Prolka na podwórzu przestała śpiewać, ale z uliczki nadal dobiegały przytłumione krzyki bawiących się dzieci. Winston zaczął się zastanawiać, czy w wymazanej przeszłości leżenie w łóżku w chłodzie letniego wieczoru było czymś normalnym; czy kobieta i mężczyzna mogli leżeć tak razem nago, kochać się, kiedy tylko zapragną, rozmawiać, o czym tylko chcą, nie czując żadnej potrzeby, aby wstać - czy wolno im było po prostu tak leżeć i słuchać cichych dźwięków płynących zza okna? Chyba niemożliwe, żeby taka słodka bezczynność była kiedykolwiek dozwolona! Julia obudziła się, przetarła oczy i unosząc się na łokciu spojrzała na prymus.

- Połowa wody się wygotowała - stwierdziła. - Zaraz wstanę i zrobię nam kawy. Mamy godzinę. O której gaszą światło w twoim bloku? :
- O dwudziestej trzeciej trzydzieści.
- U mnie w hotelu punkt dwudziesta trzecia. Ale wszystkie musimy wracać sporo wcześniej, bo... Ojej! A masz, ty obrzydliwa bestio!

Nagle wychyliła się z łóżka, chwyciła z podłogi but i rzuciła w róg pokoju tym samym chłopięcym ruchem ramienia, jakim podczas Dwóch Minut Nienawiści na oczach Winstona cisnęła słownik w podobiznę Goldsteina.
- Co to było? - spytał zaskoczony.
- Szczur. Wystawił swój śmierdzący nos zza listwy. Na pewno jest tam dziura. Przynajmniej napędziłam mu pietra!
- Szczury - szepnął Winston. - Tutaj!
- Są wszędzie - powiedziała obojętnie Julia, kładąc się z powrotem. - W hotelu robotniczym mamy je w kuchni. Część dzielnic Londynu aż się od nich roi. Wiesz, że atakują dzieci? Na niektórych ulicach kobiety boją się zostawiać niemowlę bez opieki nawet na minutę. Najgorsze są te wielkie i brunatne. A najpotworniejsze jest to, że...
- Przestań!- zawołał Winston, zaciskając mocno oczy.
- Najdroższy, strasznie zbladłeś! Co się stało? Masz alergię na szczury?
- Szczury to najohydniejsze, co może być na świecie!

Przytuliła go do siebie i otoczyła ramionami, jakby chcąc rozproszyć jego lęki ciepłem swojego ciała. Nie od razu otworzył oczy. Przez kilka chwil zdawało mu się, że znów powrócił koszmarny sen, który prześladował go przez całe życie w różnych odstępach czasu. Prawie zawsze był taki sam. Przed Winstonem jawiła się mroczna jama, a w niej czaiło się coś tak przerażającego i obrzydliwego, że bał się nawet spojrzeć. We śnie cały czas czuł, że oszukuje sam siebie, bo podświadomie wie, co kryje się w ciemnościach. Gdyby zdobył się na prawdziwie wielki wysiłek, tak brutalny, jakby chciał sam rozsadzić sobie czaszkę, zdołałby odkryć, co to takiego. Lecz za każdym razem budził się nie uczyniwszy tego; koszmar jednak miał jakiś związek z tym, co mówiła Julia, kiedy na nią krzyknął.
- Przepraszam - rzekł. - Nic się nie stało. Po prostu nie lubię szczurów.
- Nie martw się, najdroższy, już ich więcej nie ujrzysz. Przed wyjściem zatkam otwór kawałkiem worka. A następnym razem przyniosę gips i porządnie wszystko zaklajstruję.

Już prawie zapomniał o swoim panicznym strachu. Lekko zawstydzony usiadł na łóżku. Julia wstała, włożyła kombinezon i zaparzyła kawy. Z garnka unosił się tak silny, wspaniały aromat, że zamknęli okno, aby przypadkiem nie poczuł go ktoś obcy i nie zaczął sprawdzać, skąd dochodzi. Jeszcze lepsza od samego smaku kawy była jedwabistość, jaką nadawał jej cukier - coś, czego Winston, po latach używania sacharyny, niemal nie pamiętał. Z jedną ręką w kieszeni, a w drugiej trzymając pajdę chleba z dżemem, Julia obeszła pokój; zerknęła obojętnie na regał z książkami, obejrzała rozkładany stół i powiedziała, jak najlepiej go naprawić, opadła na fotel, żeby sprawdzić, czy siedzi się w nim wygodnie, wreszcie z ciekawością i rozbawieniem popatrzyła na zegar z absurdalną dwunastocyfrową tarczą. 

Potem przyniosła do łóżka szklany przycisk, chcąc obejrzeć go w lepszym świetle. Winston wyjął go jej z rąk, jak zawsze zauroczony miękką wodnistością szkła.
- Jak myślisz, do czego to służy? - spytała Julia.
- Do niczego; chyba nigdy nie miało żadnego zastosowania. I właśnie dlatego tak mi się podoba. To kawałek dawnej historii, który zapomnieli zmienić. Przesłanie sprzed stu lat; gdybyśmy tylko umieli je odczytać!
- A ten obrazek - wskazała głową rycinę na przeciwległej ścianie - też ma tyle lat?
- Więcej. Sądzę, że dwieście. Ale trudno odgadnąć. Nie wiadomo, co pochodzi z jakiego okresu. Podeszła, żeby obejrzeć rycinę z bliska.
- O, to tędy wylazła ta bestia! - zawołała, kopiąc listwę dokładnie pod obrazkiem. - Co to za budynek? Gdzieś go chyba widziałam.
- To kościół, a przynajmniej niegdyś był to kościół. Kościół Świętego Klemensa.
Przypomniał mu się strzęp wierszyka, którego nauczył go pan Charrington. 

Wyrecytował tęsknie:
- "Pomarańcze za pensa, krzyczą dzwony Klemensa!" Ku jego zaskoczeniu, dodała:

Skradł cytryn pół tuzina, dudnią dzwony Marcina,
Zaraz złapią złodzieja, ryczą dzwony Baileya..
.

Dalej nie wiem. Pamiętam tylko sam koniec: "Oto ciastko, możesz zjeść połowę, a oto topór, który zetnie ci głowę!" Niczym hasło i odzew. Ale po "dzwony Baileya" powinna być jeszcze jedna linijka. Może uda się jakoś ożywić pamięć pana Charringtona, by ją sobie przypomniał.
- Kto cię tego nauczył? - zapytał.
- Dziadek. Powtarzał mi ten wierszyk, kiedy byłam mała. Ale gdy miałam osiem lat, staruszka chyba ewaporowano. W każdym razie nagle znikł. Ciekawe, co to takiego cytryny - dodała zmieniając temat. - Pomarańcze widziałam. To takie okrągłe żółtawe owoce z grubą skórką.
- Pamiętam cytryny - rzekł Winston. - W latach pięćdziesiątych było ich pod dostatkiem. Tak kwaśne, że od samego zapachu zęby cierpły.
- Założę się, że za tym obrazkiem gnieżdżą się pluskwy. Któregoś dnia zdejmę go i porządnie wyszoruję. Chyba już czas się zbierać. Muszę zmyć makijaż. Szlag by to trafił! Tobie też wytrę dokładnie twarz.

Winston nie wstawał jeszcze przez kilka minut. W pokoju powoli się ściemniało. Odwrócił się twarzą do światła i leżał tak wpatrzony w szklany przycisk. Fascynował go nie tyle koral w środku, ile sama faktura szkła. Było niemal tak przejrzyste jak powietrze, chociaż miało w sobie dziwną głębię. Zupełnie jakby powierzchnia szkła tworzyła łuk nieba otaczającego maleńki świat z własną atmosferą. Wydawało mu się, że potrafiłby przeniknąć do wnętrza, a właściwie, że już tam jest razem z mahoniowym łóżkiem, rozkładanym stołem, zegarem, stalorytem, a także z samym przyciskiem. Przycisk stał się tym pokojem, a koral życiem jego i Julii, zawieszonym jakby na wieczność w sercu szklanej bryłki.

5

Syme znikł. Pewnego dnia nie przyszedł do pracy; kilka nierozważnych osób skomentowało fakt jego nieobecności. Nazajutrz już nikt o nim nie wspominał. Trzeciego dnia Winston zatrzymał się przed tablicą ogłoszeń na korytarzu przy wejściu do Departamentu Archiwów.

Wisiała tam między innymi lista członków Komitetu Szachowego, do którego należał Syme. Wyglądała prawie tak samo jak zawsze - nic z niej nie wykreślono - tylko była o jedno nazwisko krótsza. To wystarczyło. Syme przestał istnieć: nigdy nie istniał.

Lato robiło się coraz skwarniejsze. W labiryncie pozbawionych okien, klimatyzowanych pomieszczeń ministerstwa panowała niezmiennie ta sama temperatura, ale na zewnątrz płyty chodników paliły w stopy, a w metrze w godzinach szczytu przeraźliwie cuchnęło. Przygotowania do Tygodnia Nienawiści szły pełną parą; urzędnicy wszystkich ministerstw pracowali po godzinach. Trzeba było zorganizować pochody, zebrania, defilady wojskowe, wykłady, wystawy figur woskowych, pokazy filmów, programy teleekranowe; należało wznieść trybuny, poustawiać kukły wrogów, ułożyć odpowiednie hasła, napisać pieśni, rozpuścić pogłoski, podrobić fotografie.

Komórka Departamentu Literatury, w której pracowała Julia, musiała zawiesić produkcję powieści i w błyskawicznym tempie przygotować serię broszur o zbrodniach wojennych nieprzyjaciela. Winston, oprócz swojej zwykłej pracy, długimi godzinami przekopywał się przez stare roczniki "The Times", poprawiając treść artykułów, na które zamierzano się powołać w przemówieniach, lub zmieniając ich styl na bardziej kwiecisty. Całe miasto ogarnął gorączkowy nastrój, co czuło się zwłaszcza późnym wieczorem, gdy na ulice wylęgały tłumy hałaśliwych proli. Pociski rakietowe spadały znacznie częściej, a czasami z oddali dobiegał huk potwornych detonacji, których przyczyny nikt nie znał; krążyły o nich najdziwaczniejsze pogłoski.

Skomponowano już melodię - muzyczny motyw przewodni Tygodnia Nienawiści (nazywała się Pieśnią Nienawiści) - i teraz bez przerwy grzmiała z teleekranów. Jej dziki, warczący rytm bardziej kojarzył się z dudnieniem werbli niż z prawdziwą muzyką. Wywrzaskiwana przez setki gardzieli w takt kroków maszerującej kolumny, zaiste miała w sobie coś przerażającego. Prole podchwycili ją natychmiast i w nocy z powodzeniem konkurowała z wciąż popularnym przebojem "To był tylko chwilowy urok". Winston ledwo mógł wytrzymać, bo dzieci Parsonsów wygrywały ją o każdej porze dnia i nocy na grzebieniu przykrytym skrawkiem papieru toaletowego. 

Wieczory miał teraz ciągle zajęte. Drużyny ochotników, zorganizowane przez Parsonsa, przygotowywały całą ulicę do Tygodnia Nienawiści: rozmieszczając transparenty, malując plakaty, mocując na dachach maszty do wywieszania flag i z narażeniem życia rozciągając nad jezdnią druty do zaczepiania serpentyn. Parsons chwalił się, że na dekorację samego Bloku Zwycięstwa pójdzie czterysta metrów płótna. Był w swoim żywiole, wesoły jak szczygieł. Upał i praca fizyczną dały mu nareszcie pretekst, by wieczorami paradować w szortach i rozpiętej pod szyją koszuli. Wszędzie było go pełno: pchał, ciągnął, piłował, wbijał gwoździe, poprawiał, koleżeńskimi okrzykami zachęcał sąsiadów do większego wysiłku i z każdej fałdy skóry tryskał nie kończącymi się strugami jadowicie cuchnącego potu.

Nagle cały Londyn oblepiono nowym plakatem. Nie miał żadnych napisów, a przedstawiał tylko gigantyczną, ponadtrzymetrową sylwetkę maszerującego eurazjatyckiego żołnierza; mongolska twarz bez wyrazu, ogromne buciory, na biodrze pistolet maszynowy. Gdziekolwiek się stało, lufa pistoletu powiększona przez skrót perspektywiczny celowała prosto w patrzącego. Plakaty porozlepiano dosłownie na wszystkich murach; było ich nawet więcej niż tych z podobizną Wielkiego Brata. Starano się rozniecić w prolach, których zwykle mało obchodziła wojna, kolejny szał patriotyzmu. Nienawiść podsycały także pociski rakietowe, zbierające krwawsze żniwo niż zazwyczaj. Jedna bomba spadła na zatłoczone kino w Stepney - kilkaset osób zginęło w gruzach.

W wielogodzinnym pogrzebie ofiar, który przerodził się w gniewną manifestację, uczestniczyli wszyscy mieszkańcy dzielnicy. Inna bomba spadła na pusty teren służący za plac zabaw; śmierć poniosło kilkadziesiąt dzieci. Odbył się następny pochód: ludzie, manifestując swoje oburzenie, spalili kukłę Goldsteina, pozdzierali i cisnęli w płomienie setki plakatów z eurazjatyckim żołnierzem, a podczas ogólnego zamieszania splądrowano kilka sklepów. Później rozeszła się pogłoska, że to szpiedzy nakierowują bomby przy pomocy fal radiowych, spalono więc dom starego małżeństwa, które podejrzewano o cudzoziemskie pochodzenie; staruszkowie zaczadzieli od dymu.

Każdą wolną chwilę Julia i Winston spędzali w pokoju nad sklepem pana Charringtona, leżąc nago na łóżku pod otwartym oknem; tak spragnieni byli odrobiny chłodu, że przez myśl im nie przeszło okrywać się kocem. Szczur więcej się nie pojawił, lecz za to w upale straszliwie rozpleniły się pluskwy. Jednakże Julii i Winstonowi to nie przeszkadzało. Brudny czy czysty, pokój był dla nich rajem. Zaraz po przyjściu wysypywali wszystko pieprzem kupionym na czarnym rynku, ściągali z siebie ubranie i zaczynali się kochać, choć pot lał się z nich strumieniami. Potem zasypiali, a ledwo się budzili, musieli odpierać zmasowane ataki nowych armii robactwa.

W czerwcu spotkali się w sumie cztery, pięć, sześć - nie, siedem razy. Winston skończył z popijaniem dżinu o każdej porze. Nie czuł więcej potrzeby. Przytył, opuchlizna na nodze opadła, pozostawiając jedynie brunatne znamię nad kostką, a poranne ataki kaszlu ustąpiły zupełnie. Życie przestało być nieznośne; odeszła go ochota, by robić miny do teleekranu albo kląć ile tchu w piersiach. Teraz, gdy mieli bezpieczną kryjówkę, nieomal dom, nie ciążyło mu tak bardzo to, że spotykają się rzadko i najwyżej na kilka godzin. Świadomość, iż czeka na nich pokój, do którego nikt inny nie ma dostępu, była nieomal równie przyjemna jak przebywanie w nim. 

Pokój wydawał się minionym światem, skansenem przeszłości, w którym mogą bytować gatunki dawno wymarłe gdzie indziej. Pan Charrington zapewne również należał do takiego gatunku. W drodze na piętro Winston zwykle wstępował do sklepu, żeby zamienić z gospodarzem kilka słów. Starszy pan chyba nigdy lub prawie nigdy nie opuszczał sklepu; chyba nigdy też nie miewał klientów. Żył krążąc jak duch między niewielkim mrocznym sklepem a jeszcze mniejszą kuchnią na tyłach domu, gdzie przygotowywał sobie posiłki i gdzie pośród innych rzeczy przechowywał nieprawdopodobnie stary gramofon z olbrzymią tubą. 

Rozmowa z Winstonem zawsze sprawiała mu wyraźną przyjemność. Długonosy, w grubych szkłach i wytartej aksamitnej marynarce, kręcąc się pośród swoich bezwartościowych sprzętów robił wrażenie nie tyle handlarza, ile kolekcjonera. Z wyblakłym entuzjazmem brał do ręki różne rupiecie - porcelanowy korek, malowane wieczko zepsutej tabakierki, otwierany tombakowy medalion z puklem włosów dawno zmarłego dziecka - nigdy nie namawiając Winstona, aby coś kupił, jedynie prosząc, by podziwiał. Słuchało go się jak zdartej pozytywki. Wygrzebywał z otchłani pamięci strzępy zapomnianych wierszy. Jeden był o dwudziestu czterech kosach, inny o krowie z zakręcanym rogiem, jeszcze inny o śmierci biednego drozda. "Pomyślałem, że może to pana interesować" - informował uśmiechając się z zawstydzeniem, ilekroć przytaczał jakiś nowy fragment. Ale nigdy nie pamiętał więcej niż kilka linijek.

Winston i Julia wiedzieli - w pewnym sensie myśl ta nigdy ich nie opuszczała - że to, co się dzieje, nie może trwać wiecznie. Były chwile, kiedy swoją rychłą śmierć czuli nie mniej namacalnie niż łóżko, na którym leżeli, a wówczas ich pieszczoty stawały się rozpaczliwie namiętne, jakby od egzekucji dzieliły ich zaledwie sekundy. Ale zdarzało się i tak, że wierzyli nie tylko w iluzję bezpieczeństwa, lecz również w trwałość swojego szczęścia. Obojgu wydawało się wówczas, że dopóki są w pokoju nad sklepem, nic im nie grozi. Samo dojście do niego jest trudne i ryzykowne, lecz tu znajdują azyl. Winston miał identyczne wrażenie, kiedy wpatrywał się w przycisk; myślał wtedy, że gdyby tylko udało mu się przeniknąć do środka, czas stanąłby w miejscu. 

Często uciekali od rzeczywistości w marzenia. Szczęście nigdy ich nie opuści i będą spotykać się tak ukradkiem aż do późnej starości. Albo Katherine umrze, a im dzięki subtelnym intrygom uda się zawrzeć małżeństwo. Albo wspólnie popełnią samobójstwo. Lub nagle znikną, zmienią całkowicie swój wygląd, zaczną mówić z akcentem proli, najmą się do pracy w fabryce i - nie wykryci - będą żyli szczęśliwie na którejś z sąsiednich uliczek. Wiedzieli, że to mrzonki. Bo tak naprawdę nie istniał dla nich ratunek. A jedynego realnego pomysłu - wspólnego samobójstwa - nie mieli zamiaru wprowadzać w czyn. Żyć nawet tak, z dnia na dzień i z tygodnia na tydzień, wciąż w teraźniejszości i bez żadnych widoków na przyszłość, nakazywał im instynkt równie niemożliwy do przezwyciężenia jak ten, który wprawia w ruch płuca, dopóki w powietrzu jest choć odrobina tlenu.

Czasami rozmawiali także o czynnym buncie przeciwko Partii, ale nie mieli pojęcia, jak się zabrać do działania. Jeśli nawet legendarne Braterstwo istniało, zupełnie nie wiedzieli, jak nawiązać z nim kontakt. Winston opowiedział Julii o dziwnej zażyłości, prawdziwej lub urojonej, łączącej go z O'Brienem, oraz o impulsie, który go czasem nachodził, aby pójść do niego, wyznać swoją nienawiść wobec Partii i prosić o pomoc. Wbrew oczekiwaniom Winstona, dziewczynie pomysł ten wcale nie wydał się niedorzeczny. Sama zwykle oceniała ludzi po wyglądzie, więc uważała za rzecz całkiem naturalną, że uznał O'Briena za człowieka godnego zaufania tylko na podstawie wymiany spojrzeń. 

Zdaniem Julii - a nic nie mogło zachwiać jej pewności - każdy lub prawie każdy skrycie nienawidzi Partii i gotów jest łamać prawo, jeśli tylko sądzi, iż ujdzie mu to bezkarnie. Ale nie chciała dać wiary temu, że działa lub mógłby powstać masowy, zorganizowany ruch oporu. Opowieści o Goldsteinie i jego podziemnej armii były - w jej opinii - plotkami wymyślonymi przez Partię dla własnych celów; należało udawać, że się w nie wierzy, ale to wszystko. Sama, na zebraniach partyjnych i spontanicznych manifestacjach, bezustannie domagała się gromkim głosem śmierci ludzi, których nazwisk nigdy wcześniej nie słyszała, a w rzekomo popełnione przez nich zbrodnie wcale nie wierzyła. 

Kiedy odbywały się publiczne procesy, często odkomenderowywano ją wraz z innymi członkami Ligi Młodych, aby od rana do wieczora sterczeli przed gmachem sądów, co pewien czas wykrzykując: "Śmierć zdrajcom!" Podczas Dwóch Minut Nienawiści zawsze z największym zapałem obrzucała obelgami Goldsteina. Miała jednak bardzo nikłe pojęcie, kto to taki i jakie doktryny ma niby reprezentować. Wyrosła już po Rewolucji i była za młoda, żeby pamiętać walki ideologiczne lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Możliwość istnienia niezależnego ruchu politycznego w ogóle nie mieściła jej się w głowie; wiedziała, że Partia jest niepokonana. Będzie trwać wiecznie i nigdy się nie zmieni. Bunt mógł polegać jedynie na skrytym łamaniu prawa lub - w najskrajniejszej postaci - na pojedynczych aktach przemocy, takich jak zamachy lub podkładanie bomb.

Jednakże na wiele spraw Julia patrzyła znacznie bardziej przenikliwie od Winstona i była mniej od niego podatna na partyjną propagandę. Kiedy pewnego razu wspomniał o wojnie z Eurazją, zaskoczyła go, mówiąc jako rzecz oczywistą, że jej zdaniem żadnej wojny nie ma. Pociski rakietowe spadające codziennie na Londyn wystrzeliwał, według niej, sam rząd Oceanii, aby "utrzymywać ludzi w ciągłym strachu". Tego rodzaju podejrzenia nigdy nie przyszły Winstonowi do głowy. Wzbudziła w nim też niemałą zazdrość wyznaniem, że podczas Dwóch Minut Nienawiści musi się hamować, aby nie parsknąć śmiechem, lecz ideologię Partii kwestionowała jedynie wówczas, kiedy bezpośrednio dotyczyła jej życia. 

Często gotowa była akceptować oficjalne mity, gdyż po prostu nie robiło jej różnicy, czy są prawdą, czy kłamstwem. Wierzyła na przykład, bo tego nauczono ją w szkole, jakoby to Partia wynalazła samoloty. (Za lat szkolnych Winstona twierdzono, że Partia wynalazła tylko helikoptery; kilkanaście lat później, gdy Julia chodziła do szkoły, Partia wynalazła już samoloty; następne pokolenie będzie się zapewne uczyć, że także maszynę parową.) Kiedy jej wyjaśnił, iż samoloty latały przed jego urodzeniem i w ogóle na długo przed Rewolucją, wcale się tym nie przejęła. Co za różnica, kto wynalazł samoloty? Zdumiał się jeszcze bardziej, gdy z jakiejś jej uwagi zorientował się, że nie pamięta, iż cztery lata temu Oceania toczyła wojnę ze Wschódazją, a z Eurazją łączył ją sojusz. Wprawdzie Julia uważała całą wojną za jedną wielką blagę, ale najwyraźniej nie dostrzegła, że tymczasem zmieniono nieprzyjaciela.

- Myślałam, że zawsze prowadziliśmy wojnę z Eurazją - przyznała.
To go przeraziło. Samolot wynaleziono na wiele lat przed jej urodzeniem, lecz zmiana sojuszy nastąpiła zaledwie cztery lata temu, gdy Julia była już dorosłą kobietą. Przekonywał ją prawie kwadrans, aż wreszcie zaczęło się jej jakby przypominać, że kiedyś istotnie wrogiem była nie Eurazja, lecz Wschódazja. Jednakże w dalszym ciągu uważała to za fakt bez znaczenia.
- Co za różnica? - zniecierpliwiła się. - Ten wróg czy inny, ta zasrana wojna nigdy nie ustaje! A każdy wie, że gazety kłamią!

Czasami Winston mówił o swojej pracy w Departamencie Archiwów i o bezwstydnych fałszerstwach, których dokonywał. Julii wcale nie napawało to grozą. Na myśl o tym, że kłamstwa stają się prawdą, bynajmniej nie ogarniało jej uczucie, iż pod jej stopami otwiera się otchłań. Kiedy opowiedział o Jonesie, Aaronsonie, Rutherfordzie i niezwykłym skrawku gazety, który niegdyś dostał się w jego ręce, w pierwszej chwili nawet nie zrozumiała, o co mu chodzi.

- Byli twoimi przyjaciółmi? - spytała.
- Nie, w ogóle ich nie znałem. Należeli do Wewnętrznej Partii. Poza tym byli znacznie starsi ode mnie. Przedstawiciele starej gwardii, jeszcze sprzed Rewolucji. Widziałem ich zaledwie kilka razy w życiu.
- Więc dlaczego tak się nimi przejąłeś? Ludzie przecież wciąż giną, nie?

Usiłował jej wytłumaczyć.
- To była wyjątkowa sprawa. Nie chodzi wyłącznie o to, że znów kogoś zabito. Czy nie rozumiesz, że cała przeszłość, poczynając już od dnia wczorajszego, jest systematycznie niszczona? Jeśli cokolwiek z niej przetrwało, to jedynie garść niemych przedmiotów, takich jak ten kawał szkła. Już dziś nie wiemy właściwie nic o Rewolucji i czasach ją poprzedzających. Każdy dokument zniszczono lub sfałszowano, każdą książkę napisano od nowa, każdy obraz przemalowano, zmieniono nazwy wszystkich pomników, ulic, budynków, przerobiono daty. Proces ten trwa co dzień i w każdej minucie. Zatrzymano historię. Istnieje tylko nieograniczona teraźniejszość, w której Partia zawsze ma rację. Wiem, że fałszuje się przeszłość, ale nie potrafiłbym tego udowodnić, nawet w wypadku fałszerstw, których sam dokonałem. Nie zostają żadne ślady. Jedynym świadectwem jest moja pamięć, ale czy oprócz mnie ktoś jeszcze pamięta prawdę? Tylko ten jeden raz w całym moim życiu trzymałem w ręku niepodważalny dowód fałszerstwa, i to sprzed wielu, wielu lat! .

- I co ci to dało?
- Nic, bo zaraz wyrzuciłem ten świstek. Gdyby sytuacja ta powtórzyła się dzisiaj, schowałbym.
- A ja nigdy! - zawołała Julia. - Gotowa jestem ryzykować, tylko wtedy jednak, gdy chodzi o sprawę naprawdę ważną, a nie o strzęp starej gazety! Co byś z nim zrobił?
- Pewnie nic. Ale miałbym dowód. Gdybym się odważył pokazać go paru osobom, może udałoby mi się wzbudzić w nich wątpliwości. Nie sądzę, abyśmy zdołali zmienić cokolwiek za naszego życia. Chociaż mogę sobie wyobrazić, jak powstają małe, rozsiane grupki oporu, które łączą się, stają coraz liczebniejsze, a nawet zostawiają po sobie jakieś papiery, zapiski, żeby następne pokolenia kontynuowały ich dzieło.
- Kochany, nie obchodzą mnie następne pokolenia! Mnie chodzi o nas dwoje!
- Jesteś buntownikiem tylko od pasa w dół - stwierdził.
Uznała to za wyjątkowo zabawne i z radości rzuciła mu się na szyję.

Nie była również ciekawa ani rozwoju, ani następstw partyjnej ideologii. Kiedy usiłował jej wyjaśnić zasady angsocu i takie pojęcia, jak dwójmyślenie, zmienność przeszłości lub negacja obiektywnej rzeczywistości, albo też wtrącał terminy z nowomowy, zaczynała się nudzić, wszystko jej się mieszało i mówiła, że nigdy nie interesowały jej podobne bzdury. Każdy się orientuje, że to zwyczajny bełkot, po co więc zaprzątać sobie tym głowę? Wiedziała, kiedy klaskać, a kiedy gwizdać, i to jej wystarczało. 

Jeśli obstawał przy podobnym temacie, w którymś momencie - ku jego niezadowoleniu - po prostu zasypiała. Umiała zasnąć o każdej porze i w dowolnej pozycji. Prowadząc z nią rozmowy uzmysłowił sobie, jak nietrudno jest udawać wierność ideologii, o której nie ma się bladego pojęcia. I rzeczywiście partyjny światopogląd najłatwiej dawał się wpoić ludziom o zbyt ograniczonej inteligencji, aby go mogli pojąć. Bez protestu akceptowali nawet najjaskrawsze wypaczenia rzeczywistości, bo nie rozumieli w pełni potworności tego, czego od nich żądano, a ponadto zbyt mało interesowali się aktualnymi wydarzeniami, aby zdawać sobie sprawę z grozy sytuacji. Niewiedza pozwalała im zachować zdrowe zmysły. Przełykali wszystkie kłamstwa, i to bez najmniejszego dla siebie uszczerbku, bo przelatywały przez nich - nie strawione - niczym kamyki przez układ pokarmowy ptaka.


6

Wreszcie stało się. Kontakt został nawiązany. 

Winston miał wrażenie, że całe życie czekał na tę chwilę.
Szedł w ministerstwie długim korytarzem i właśnie zbliżał się do miejsca, w którym Julia wsunęła mu do ręki kartkę, gdy nagle zdał sobie sprawę, że tuż za nim idzie ktoś znacznie od niego roślejszy. Ten ktoś lekko zakasłał, jakby dając znak, że chce się odezwać. Winston zatrzymał się natychmiast i odwrócił. Ujrzał O'Briena.

Nareszcie stali twarzą w twarz, ale kierując się pierwszym odruchem Winston chciał rzucić się do ucieczki. Serce waliło mu jak młotem. Nie umiałby wydusić z siebie słowa. O'Brien tymczasem zrównał się z nim i ujął go przyjaźnie pod łokieć, nieznacznie popychając do przodu. Kiedy już szli obok siebie, przemówił z tą dziwnie surową uprzejmością, która różniła go od innych członków Wewnętrznej Partii.

- Od dawna miałem ochotę z wami porozmawiać, towarzyszu. Czytałem ostatnio jeden z waszych artykułów w "The Times", pisany w nowomowie. Jak rozumiem, interesujecie się nowomową z pobudek naukowych? Winston zdołał się trochę opanować.
- Nie, tylko jako amator - odparł. - To nie moja dziedzina. Nigdy nie miałem nic wspólnego z procesem tworzenia języka.

- Ale posługujecie się nim nad wyraz swobodnie - oświadczył O'Brien. - Nie tylko ja tak uważam. Wasz przyjaciel, z którym rozmawiałem jakiś czas temu, też się ze mną zgadza, a on jest prawdziwym ekspertem. Niestety, jego nazwisko wyleciało mi chwilowo z pamięci.
Serce Winstona znów zabiło mocniej. Nie ulegało wątpliwości, że to aluzja do Syme'a. Lecz przecież Syme nie żył; więcej nawet, nigdy nie istniał, był nieosobą. Jakakolwiek wzmianka o nim stanowiła śmiertelne niebezpieczeństwo. O'Brien musiał więc wspomnieć Syme'a specjalnie: był to znak, jakby zaszyfrowane hasło. Udział w tej drobnej myślozbrodni uczynił z nich wspólników.


Dotychczas szli wolno korytarzem, ale teraz O'Brien przystanął. Swoim charakterystycznym, rozbrajającym i przyjaznym gestem poprawił okulary, po czym kontynuował:
- Chciałem wam zakomunikować, że w waszym artykule dwukrotnie pojawiają się słowa, które wyszły z użycia. Bardzo niedawno, ale jednak. Czy widzieliście dziesiąte wydanie Słownika, nowomowy?
- Nie - odparł Winston. - Nie miałem pojęcia, że już się ukazało. W Departamencie Archiwów wciąż posługujemy się dziewiątym.
- O ile wiem, ukaże się dopiero za parę miesięcy. Ale są już egzemplarze sygnalne. Sam mam jeden. Może chcielibyście obejrzeć?
- Tak, ogromnie - rzekł Winston; natychmiast się domyślił, do czego O'Brien zmierza.
- Niektóre nowe rozwiązania są bardzo pomysłowe. Redukcja liczby czasowników; to powinno wam się spodobać. Niech się zastanowię... Mogę wam przysłać słownik przez gońca. Chociaż nie, z reguły zapominam o podobnych drobiazgach. A może moglibyście po prostu wstąpić do mnie któregoś dnia? Chwileczkę, zapiszę wam adres.

Znajdowali się przed teleekranem. O'Brien z pewnym roztargnieniem sprawdził kieszenie i w końcu wyjął mały notes oprawny w skórę oraz złoty ołówek kopiowy. Stojąc dokładnie pod teleekranem, z notesem w takiej pozycji, aby funkcjonariusz dyżurujący przy odbiorniku mógł wszystko przeczytać, zapisał adres, wyrwał kartkę i wręczył ją Winstonowi.
- Wieczorem zwykle bywam w domu - rzekł. - Gdybyście mnie nie zastali, służący wyda wam słownik.

I odszedł, pozostawiając Winstona ze świstkiem w dłoni. Tym razem Winston nie musiał się kryć z kartką, ale na wszelki wypadek zapamiętał adres, a kilka godzin później wrzucił ją do luki pamięci wraz ze stertą innych papierów.

Stali razem najwyżej trzy minuty. Rozmowa mogła mieć tylko jeden cel. O'Brien zaaranżował ją po to, aby podać Winstonowi swój adres. Posłużył się pretekstem, bo nie sposób było dowiedzieć się, gdzie ktoś mieszka, w inny sposób niż pytając go wprost. Księgi adresowe nie istniały. "Jeśli kiedykolwiek zechcesz się ze mną widzieć, wiesz, gdzie mnie szukać" - mówił mu O'Brien. Może w słowniku znajdzie ukrytą wiadomość. W każdym razie jedno było pewne. Podziemie, o którym marzył, istniało; właśnie dotarł do jego obrzeża.

Wiedział, że prędzej czy później odpowie na wezwanie O'Briena. Może jutro, może dopiero po dłuższej przerwie - jeszcze sobie tego nie przemyślał. Dzisiejsza rozmowa to kolejny etap w procesie, którego początek nastąpił przed laty. Pierwszym krokiem była skryta, mimowolna myśl; drugim - założenie pamiętnika. Od myśli doszedł do słów, teraz od słów przejdzie do czynów. Ostatni akt rozegra się w Ministerstwie Miłości. Już dawno się z tym pogodził. Początek zawiera w sobie koniec. Mimo to zdjął go strach: poczuł przedsmak śmierci, jakby jego życie zawisło na włosku. W trakcie rozmowy na korytarzu, kiedy tylko zrozumiał utajony sens słów O'Briena, lodowaty dreszcz wstrząsnął jego ciałem. Miał wrażenie, że zapada się w wilgotny grób. I choć od dawna wiedział, iż grób ten czeka na niego, zdjął go paniczny strach.


7

Winston zbudził się zapłakany. Julia obróciła się sennie do niego mrucząc niewyraźnie:
- Co się stało?
- Śniło mi się... - zaczął i urwał.

Nie sposób było tego opowiedzieć. Chodziło nie tyle o sam sen, ile o związane z nim wspomnienia, które nawiedziły Winstona kilka sekund po przebudzeniu.
Leżał przez chwilę z zamkniętymi oczami, wciąż pogrążony w atmosferze wspaniałego, świetlistego snu: widział całe swoje życie, rozciągało się przed nim niczym krajobraz w letni wieczór po deszczu. Wszystko działo się wewnątrz szklanego przycisku; zaokrąglona powierzchnia tworzyła sklepienie nieba, a wnętrze przepojone było przejrzystym, łagodnym światłem, w którym każdy przedmiot jawił się wyraźnie bez względu na odległość. Na treść snu składał się również, i silnie z nią wiązał, gest uczyniony niegdyś przez matkę Winstona, a powtórzony trzydzieści lat później, na kronice filmowej, przez Żydówkę, która usiłowała osłonić chłopca przed kulami, zanim bomba zrzucona z helikoptera roztrzaskała łódź w drzazgi.
- Wiesz, że do tej pory wierzyłem, że zamordowałem własną matkę?
- Dlaczego ją zamordowałeś? - spytała Julia, wciąż na pół drzemiąc.
- Nie zamordowałem jej. Nie dosłownie.

We śnie przypomniał sobie, kiedy widział matkę po raz ostatni, a tuż po przebudzeniu odżyły mu w pamięci inne związane z tym wspomnienia. Chodziło o sprawy, które całymi latami naumyślnie wyrzucał ze swojej świadomości. Nie znał żadnej daty, ale mógł mieć wówczas dziesięć, najwyżej dwanaście lat.

Ojciec znikł wcześniej; nie był pewien, o ile wcześniej. Dość dobrze pamiętał nędzę i niepewność tamtych lat; panikę podczas ciągłych nalotów, ukrywanie się w stacjach metra służących za schrony, zwały gruzów wszędzie dokoła, niezrozumiałe manifesty rozlepiane na rogach ulic, bandy wyrostków w koszulach tej samej barwy, ogromne kolejki przed piekarniami, sporadyczny jazgot karabinów maszynowych dochodzący z oddali, a przede wszystkim ciągły brak żywności. Przez całe popołudnia buszował z innymi chłopcami po śmietnikach i wysypiskach, wygrzebując głąby kapusty, obierki, niekiedy nawet zeschłe skórki od chleba, które dokładnie czyścili z popiołu, często też wyczekiwał z kolegami na trasach, którymi jeździły ciężarówki z karmą dla bydła, bo gdy podskakiwały na wybojach, czasami spadało z nich nieco makuchów.

Kiedy znikł ojciec, matka ani nie okazała zdumienia, ani nie szalała z rozpaczy, lecz zmieniła się dosłownie z dnia na dzień. Straciła chęć do życia. Nawet dla Winstona było jasne, że czeka na coś, co musi się wydarzyć. Wypełniała swoje obowiązki - gotowała, prała, cerowała, ścieliła łóżko, zamiatała pokój, odkurzała kominek - zawsze bardzo powoli i dziwnie oszczędnymi ruchami, niczym poruszający się samoistnie manekin. Jej rosłe, kształtne ciało jakby naturalnie ogarniał letarg. Całymi godzinami siedziała na łóżku prawie nieruchomo, trzymając na rękach siostrę Winstona - maleńkie, niedomagające, wyjątkowo ciche dziecko, dwu- albo trzyletnie, o wychudłej małpiej twarzyczce. Czasami, choć dość rzadko, brała też w objęcia Winstona i długo, w milczeniu, tuliła go do siebie. Czuł, mimo młodego wieku i dziecięcego egoizmu, że ma to związek z tym, co - choć nigdy o tym nie mówiła - wkrótce się wydarzy.

Pamiętał ich pokój: ciemny, duszny, z przykrytym białą kapą wielkim łóżkiem, zajmującym niemal połowę powierzchni. W kominku stał palnik gazowy, na ścianie wisiała półka, na której trzymali żywność, a na korytarzu znajdował się brązowy kamionkowy zlew, wspólny dla kilku rodzin. Pamiętał posągowe ciało matki pochylone nad palnikiem, gdy mieszała coś w garnku. Ale przede wszystkim pamiętał swój ustawiczny głód i zawzięte nikczemne boje toczone w porze posiłków. Wiecznie marudził, do znudzenia wypytując matkę, dlaczego mają tak mało jedzenia, krzyczał i awanturował się (pamiętał nawet ton swojego głosu, który czasami grzmiał z dziwną mocą, gdyż właśnie przechodził wtedy przedwczesną mutację) albo zaczynał żałośnie pochlipywać, byleby tylko dostać więcej niż swój przydział. 

Matka uważała za naturalne, że to jemu, rosnącemu chłopcu, należy się największa porcja; ale niezależnie od tego, ile mu dawała, zawsze domagał się jeszcze. Przy każdym posiłku błagała go, by nie był samolubny i pamiętał, że jego siostrzyczka jest chora i też musi jeść, ale jej prośby nie zdawały się na nic. Krzyczał z wściekłości, gdy przestawała nakładać mu jedzenie, usiłował wyrwać jej z rąk garnek, wykradał co mógł z talerza siostry. Wiedział, że przez niego obie przymierają głodem, lecz nie tylko nie potrafił się opanować, a wręcz wierzył, iż ma prawo tak postępować. Ciągłe burczenie w brzuchu jakby usprawiedliwiało jego zachowanie. Między posiłkami, jeśli matka go nie pilnowała, ustawicznie plądrował półkę ze szczupłymi zapasami.

Pewnego razu otrzymali przydział czekolady, niedostępnej od wielu tygodni, może nawet miesięcy. Bardzo dokładnie pamiętał ten rzadki rarytas. Była to dwuuncjowa tabliczka (w tamtych czasach jeszcze operowano uncjami) na ich troje. Oczywiście należało ją podzielić na trzy równe części. Nagle, zupełnie jakby to przemawiał ktoś inny, Winston usłyszał samego siebie, domagającego się dudniącym, napastliwym głosem całej tabliczki. Matka upomniała go, żeby nie był taki chciwy. Wybuchła długa, ciągnąca się w nieskończoność awantura z krzykiem, płaczem, wymówkami i targami. Jego maleńka siostrzyczka, wczepiona obiema rękami w matkę, zupełnie jak małpiątko, patrzyła na niego przez ramię wielkimi, smutnymi oczami. W końcu matka odłamała trzy czwarte tabliczki i dała Winstonowi, resztę zaś jego siostrze. Dziewczynka wzięła kawałek do rączki i zaczęła go oglądać, zapewne nie wiedząc, co to jest. Winston przez moment obserwował siostrę, po czym skoczył do niej, jednym ruchem wyrwał jej czekoladę i rzucił się do drzwi.
- Winston, Winston! - zawołała za nim matka. - Wróć natychmiast! Oddaj siostrze czekoladę!
Zatrzymał się, ale nie cofnął. Matka wpatrywała się w niego z napięciem. Mało brakowało, aby wydarzyło się coś strasznego, choć nawet teraz, gdy o tym myślał, nie wiedział co. Siostrzyczka, zrozumiawszy, że czegoś ją pozbawiono, zaczęła żałośnie kwilić. Matka objęła ją mocno i przytuliła do piersi. Winston wyczytał jakoś z jej gestu, że dziecko jest umierające. Odwrócił się i zbiegł po schodach, z palcami zaciśniętymi na lepkiej, brunatnej masie.

Nigdy więcej nie zobaczył matki. Kiedy połknął czekoladę, zrobiło mu się wstyd; przez kilka godzin krążył ulicami, dopóki głód nie zmusił go do powrotu. Wróciwszy do domu nie zastał nikogo. W owym czasie nagłe zniknięcia stawały się już powszednie. Oprócz matki i siostry nic więcej nie ubyło. Zostały wszystkie ubrania, w tym nawet palto matki. Winston nadal nie wiedział, czy jego matkę rozstrzelano. Równie dobrze mogła trafić do obozu pracy. Siostrę zaś albo umieszczono - podobnie jak jego - w jednej z założonych po wojnie domowej kolonii dla bezdomnych dzieci (nazywano je ośrodkami wychowawczymi), albo razem z matką wysłano do obozu pracy lub po prostu porzucono gdzieś, żeby umarła.

Wciąż widział tę scenę wyraźnie przed oczami, zwłaszcza ów opiekuńczy gest, którym matka przytuliła małą, a w którym jakby zawierało się całe przesłanie snu. Przypomniał sobie inny sen, sen sprzed dwóch miesięcy. Matka siedziała wówczas w identycznej pozie jak wtedy na łóżku przykrytym wyświechtaną białą kapą, tuląc do siebie dziecko, lecz była hen w dole, w tonącym statku, który wciąż opadał coraz niżej, i cały czas wpatrywała się w Winstona przez mroczniejącą wodę.

Opowiedział Julii o zniknięciu matki. Nie otwierając oczu, przekręciła się w jego stronę i ułożyła wygodniej.
- Na pewno byłeś wtedy niezgorszym bydlakiem -wymamrotała. - Wszystkie dzieci to małe bydlaki.
- Tak. Ale najważniejsze w tej całej historii jest to, że...

Poznał jednak po jej oddechu, że znów zapadła w sen. Chętnie opowiedziałby coś jeszcze o matce. Z tego, co pamiętał, nie była kobietą niezwykłą ani tym bardziej specjalnie inteligentną, lecz cechowały ją uczciwość i szlachetność; zawsze kierowała się własnymi zasadami. Jej uczuć nic nie mogło zmienić. Matce nigdy nie przyszłoby do głowy, że każde bezskuteczne działanie jest zbędne. Uważała, że jeśli się kogoś kocha, to się go kocha, a gdy nie ma już nic, co można by mu zaofiarować, wciąż daje się miłość. Kiedy zabrakło czekolady, przytuliła dziecko. To nic nie pomogło, niczego nie zmieniło, nie pojawiło się więcej czekolady ani też nie oddaliła się śmierć jej i dziecka; po prostu był to dla niej naturalny odruch. Kobieta na łodzi uchodźców w podobny sposób otoczyła chłopca ramionami, choć przecież nie lepiej chroniło go to od kuł niż kartka papieru. 

Najstraszniejszą krzywdą, jaką ludziom wyrządziła Partia, było wmówienie im - przy równoczesnym pozbawieniu ich jakiegokolwiek wpływu na bieg wypadków - że odruchy i uczucia nic nie znaczą. Kiedy już znalazłeś się w mocy Partii, wówczas to, co czułeś lub czego nie czułeś, co robiłeś lub czego nie robiłeś, nie odgrywało żadnej roli. Znikałeś - i nikt więcej o tobie nie słyszał. Usuwano cię ze strumienia historii. Jednakże ludziom sprzed zaledwie dwóch pokoleń nie wydałoby się to takie istotne, ponieważ sami historii nie usiłowali zmienić. W życiu kierowali się wyłącznie osobistym poczuciem lojalności, nigdy nie podając go w wątpliwość. Największą wagę przykładali do stosunków międzyludzkich, a drobny i niczego nie zmieniający gest, coś takiego jak uścisk, łza lub słowo skierowane do umierającego, miały ogromną wartość. Przyszło mu nagle do głowy, że prole nadal zachowują się w ten sposób. Nie cechuje ich lojalność wobec Partii, kraju czy idei, jedynie wobec samych siebie. Po raz pierwszy w życiu pomyślał o prolach bez pogardy i przestał widzieć w nich jedynie bierną masę, która pewnego dnia zbudzi się i naprawi świat. Prole pozostali ludźmi. Serca im nie skamieniały. Nie dali się obedrzeć z prymitywnych uczuć, których on sam musiał się dopiero uczyć od nowa. Rozmyślając o tym przypomniał sobie, pozornie bez związku, jak kilka tygodni temu kopnął do rynsztoka leżącą na chodniku ludzką rękę, zupełnie jakby to był głąb kapusty.

- Prole są ludźmi - powiedział głośno. - A my nie.
- Dlaczego? - spytała Julia znów podnosząc głowę. Zastanawiał się przez dłuższą chwilę.
- Czy pomyślałaś kiedyś - rzekł w końcu - że najrozsądniej byłoby po prostu stąd wyjść, póki nie jest za późno, i nigdy więcej się nie widzieć?
- Tak, najdroższy, nieraz. Ale i tak tego nie zrobię.
- Dotąd mieliśmy szczęście, wkrótce jednak może się nam powinąć noga. Jesteś młoda. Wyglądasz zdrowo i niewinnie. Jeśli będziesz trzymać się z dala od takich jak ja, może zdołasz dożyć późnej starości.
- Nie. Wszystko sobie dokładnie przemyślałam. Postąpię tak samo jak ty. Nie martw się. Umiem dbać o własną skórę.
- Nie wiadomo, ile nam zostało czasu. Może pół roku, może rok. W końcu nas rozdzielą. Czy zdajesz sobie sprawę, jak straszliwie będziemy wówczas osamotnieni? Kiedy nas złapią, żadne z nas nie zdoła uczynić nic, żeby pomóc drugiemu. Jeśli się przyznam, zastrzelą cię, jeśli nie przyznam, też cię zastrzelą. Bez względu na to, jak się zachowam, nic nie odwlecze twojej śmierci choćby o pięć minut. Nigdy się nie dowiemy, czy drugie jeszcze żyje, czy już zginęło. Będziemy pozbawieni jakiejkolwiek możliwości działania. Ale choć wiem, że to nic nie zmieni, ważne jest dla mnie jedno: abyśmy się nawzajem nie zdradzili.
- Jeśli masz na myśli przyznanie się do wszystkiego, oboje zrobimy to bardzo szybko. Każdy się przyznaje. Tego się nie da uniknąć. Stosują przecież tortury.
- Nie o to mi chodzi. Przyznanie się to jeszcze nie zdrada. Słowa i czyny nic nie znaczą; liczą się uczucia. Jeśli zmuszą mnie do tego, żebym przestał cię kochać, wówczas będzie to prawdziwa zdrada.

Zadumała się na chwilę.
- Nie, tego nie zdołają osiągnąć - powiedziała wreszcie. - Akurat to jedno jest niemożliwe. Mogą cię zmusić, żebyś mówił, co chcą, absolutnie wszystko, ale nie uda im się sprawić, abyś uwierzył we własne kłamstwa. Przecież nie mają dostępu do twojego mózgu.
- Tak - rzekł z pewną nadzieją w głosie. - Masz rację. Do mózgu nie potrafią się dostać. Dopóki pragniesz być człowiekiem, nawet jeśli to nic nie daje, wygrywasz z nimi.

Pomyślał o wiecznie czuwających teleekranach. Mogą cię szpiegować dwadzieścia cztery godziny na dobę, a i tak, jeśli jesteś dość cwany, zdołasz je przechytrzyć. Mimo całej swojej pomysłowości, Partia wciąż jeszcze nie wpadła na to, jak sprawdzić, co kto myśli. Może wszystko wyglądało inaczej, gdy już mieli kogoś w swoich rękach. Nikt nie wiedział, co naprawdę dzieje się w lochach Ministerstwa Miłości, ale nietrudno było zgadnąć: tortury, zastrzyki, czułe urządzenia rejestrujące każdy odruch, stopniowe łamanie oporu poprzez bezsenność, izolację i ciągłe przesłuchania. Faktów nie sposób ukryć. Mogą je ujawnić podczas dochodzenia, wycisnąć za pomocą tortur. Ale jeśli ktoś przyjmuje za cel nie przetrwanie, lecz zachowanie człowieczeństwa, jakie są tego następstwa? Nie mogą zmienić siłą czyichś uczuć; zresztą nawet sam człowiek nie może ich zmienić, choćby nie wiadomo jak pragnął. Tak, potrafią wydobyć każdy szczegół tego, co robił lub mówił; ale serce, którego działanie nawet dla niego stanowi tajemnicę, pozostaje niezwyciężone.


8

Wreszcie! Wreszcie zdobyli się na ten krok!
Podłużny pokój oświetlała jedynie przyćmiona lampa. Ściszony teleekran ledwie mruczał; stąpając po puszystym, granatowym dywanie mieli uczucie, że jest z aksamitu. Na drugim końcu pokoju, przy zawalonym papierami biurku, na którym stała lampa z zielonym abażurem, siedział O'Brien. Nawet nie podniósł głowy, gdy służący wprowadził Julię i Winstona.

Winstonowi serce kołatało tak mocno, że lękał się, iż nie wydusi z siebie ani słowa. Wreszcie, wreszcie zdobyli się na ten krok! - tylko ta jedna myśl tłukła mu się po głowie. Już przychodząc tu postąpili nierozważnie, a fakt, że zjawili się razem, zakrawał na czyste szaleństwo, chociaż każde z nich dotarło tutaj inną drogą i spotkali się dopiero przed drzwiami O'Briena. Nawet wejście do budynku wymagało zimnej krwi. Zwyczajni ludzie bardzo rzadko bywali w domach członków Wewnętrznej Partii czy choćby odwiedzali zamieszkane przez nich dzielnice. 

Cała atmosfera ogromnego wieżowca, jego bogactwo i przestronność, obce zapachy smacznych potraw i dobrego tytoniu, szybkie, bezszelestne windy, przemykający pospiesznie służący odziani w białe kurtki - to wszystko onieśmielało. I choć Winston miał dobry pretekst, aby tu przyjść, prześladowała go myśl, że zaraz wyłoni się zza najbliższego rogu strażnik w czarnym mundurze, zażąda od niego dokumentów i każe mu się wynosić. Służący O'Briena, ubrany w białą kurtkę, wpuścił ich jednak bez słowa. Mały, czarnowłosy, o wydatnych kościach policzkowych i żółtawej, całkiem kamiennej twarzy, wyglądał na Chińczyka. Korytarz, którym ich poprowadził, wyłożony był miękkim dywanem, ściany pokrywała kremowa tapeta, wzdłuż podłogi biegła biała listwa; wszystko aż lśniło czystością. To również onieśmielało. Winston nie przypominał sobie, aby widział korytarz, którego ściany nie lepiłyby się od dotyku niezliczonych ciał.

O'Brien trzymał w palcach jakąś kartkę i studiował ją w skupieniu. Jego grubo ciosana twarz - pochylona, tak że widać było krogulczą linię nosa - sprawiała zarazem groźne i inteligentne wrażenie.

Chyba przez dwadzieścia sekund siedział zupełnie bez ruchu. Następnie przysunął do siebie mowopis i podyktował wiadomość w osobliwym żargonie, którym posługiwano się w ministerstwach:
- Punkty jeden przecinek pięć przecinek siedem zatwierdzam całościowo stop punkt sześć propozycja dwa-plus absurdalna omal myślozbrodnia skreślić stop anty-kontynuować prace budowlane do pouzysku pluspełnego kosztorysu stop koniec noty.

Wstał niespiesznie i stąpając bezgłośnie po miękkim dywanie, ruszył w ich stronę. Kiedy skończył dyktować, urzędowa atmosfera nieco zelżała, lecz O'Brien wciąż miał minę bardziej surową niż zazwyczaj, jakby był niezadowolony, że przeszkadzają mu w pracy. Oprócz przerażenia Winston poczuł także zwykłe zażenowanie. Mógł się przecież po prostu głupio omylić. Czy miał jakikolwiek dowód, że O'Brien faktycznie spiskuje przeciwko Partii? Opierał się tylko na wymianie spojrzeń i jednym dwuznacznym zdaniu; reszta to zaledwie domysły zapoczątkowane snem. Nie mógł nawet w razie czego posłużyć się pretekstem, że wstąpił pożyczyć słownik, bo jak wytłumaczyłby obecność Julii? 

Mijając teleekran, O'Brien nagle jakby sobie coś przypomniał. Zatrzymał się, obrócił do ściany i przekręcił sterczącą z niej gałkę. Rozległ się głośny trzask. Teleekran zamilkł.
Julia aż pisnęła ze zdumienia.
Mimo strachu Winston też był zbyt zaskoczony, aby pohamować okrzyk:
- Możecie wyłączyć teleekran!
- Owszem, mogę - potwierdził O'Brien. - Członkowie Wewnętrznej Partii mają ten przywilej.

Stali teraz dokładnie naprzeciw siebie. Potężna sylwetka O'Briena górowała nad Winstonem i Julią, a jego twarz wciąż była nieprzenikniona i sroga. Wpatrywał się surowo w Winstona, czekając aż ten się odezwie, ale czego oczekiwał? Nie dawało się wykluczyć, że O'Brien to po prostu bardzo zajęty człowiek, zirytowany, że przerwano mu pracę. Winston milczał. Po wyłączeniu teleekranu w pokoju zapanowała złowieszcza cisza. Każda sekunda trwała wieki. 

Winston z najwyższym trudem wytrzymywał spojrzenie członka Wewnętrznej Partii. Ale wtem w srogiej twarzy coś drgnęło i pojawił się na niej cień uśmiechu. O'Brien charakterystycznym gestem poprawił okulary.
- Będziecie mówić sami czy mam mówić za was?
- Ja powiem - odparł bez wahania Winston. - Teleekran naprawdę jest wyłączony?
- Tak, wszystko jest wyłączone. Nikt nas nie słyszy.
- Przyszliśmy, ponieważ...

Zawahał się, po raz pierwszy zdając sobie sprawę z tego, jak niesprecyzowane są jego motywy. Nie wiedział, czego właściwie oczekuje od O'Briena, dlatego trudno mu było wyjaśnić, po co przyszedł. Brnął jednak dalej, świadom, że jego słowa mogą zabrzmieć szablonowo i pretensjonalnie.

- Wierzymy, że istnieje jakieś podziemie, jakaś tajna organizacja dążąca do obalenia Partii i że wy jesteście z nią związani. Chcemy się przyłączyć i pomagać. Jesteśmy wrogami Partii. Nie wierzymy w angsoc. Jesteśmy myślozbrodniarzami. I cudzołożnikami. Mówię o tym, bo pragniemy zdać się na waszą łaskę. Jeśli zażądacie, abyśmy popełnili jakąś zbrodnię, żeby obciążyć się jeszcze bardziej, jesteśmy gotowi.

Umilkł i spojrzał za siebie, bo wydało mu się, że otwarto drzwi. I rzeczywiście, drobny służący o żółtawej twarzy wślizgnął się do środka bez pukania. Niósł tacę, na której stała karafka i kieliszki.
- Martin jest jednym z nas - oznajmił O'Brien. – Ustaw wszystko na okrągłym stole, Martin. Czy mamy dość krzeseł? A więc możemy usiąść wygodnie i spokojnie porozmawiać. Sobie też przysuń krzesło, Martin. To poważna sprawa. Na dziesięć minut możesz przestać być służącym.
Mały człowieczek wykonał polecenie i usiadł bez skrępowania, jednakże po jego zachowaniu wciąż można było poznać, że to służący, którego pan zaszczycił zaproszeniem do stołu. Winston przypatrywał mu się kątem oka. Człowiek ten zapewne przez całe życie grał pewną rolę i zdjęcie maski, choćby na moment, uważał za niebezpieczne. 

O'Brien ujął karafkę za szyjkę i napełnił kieliszki ciemnoczerwonym płynem. Zbudziło to w umyśle Winstona mgliste wspomnienie czegoś, co dawno temu widział na murze lub słupie - ogromną neonową butlę, która migotała i gasła, sprawiając wrażenie, że jej zawartość wlewa się do pucharu. Kiedy patrzył z góry na swój kieliszek, płyn wydawał się niemal czarny, lecz w karafce połyskiwał rubinowym blaskiem. Zapach miał kwaśnosłodki. Winston zobaczył, że Julia podnosi kieliszek i wącha go z nie ukrywaną ciekawością.

- To wino - wyjaśnił z lekkim uśmiechem O'Brien. - Na pewno znane jest wam z książek. Niestety, nie trafia do Zewnętrznej Partii.
Znów spoważniał i podniósł kieliszek do góry.
- Sądzę, że powinniśmy zacząć od toastu. Za naszego przywódcę, za Emmanuela Goldsteina!
Winston skwapliwie chwycił kieliszek. Wiele razy czytał i marzył o winie. Podobnie jak szklany przycisk oraz cytowane przez pana Charringtona urywki zapomnianych rymowanek, należało do minionych, romantycznych czasów, które w najskrytszych myślach nazywał epoką szczęścia. Nie wiedzieć czemu, zawsze mu się wydawało, że wino ma wyjątkowo słodki smak, tak jak dżem jagodowy, i natychmiast działa odurzająco. Już przy pierwszym łyku przykro się rozczarował. Po latach picia dżinu prawie wcale nie czuł smaku. Odstawił opróżniony kieliszek.

- Więc Goldstein naprawdę istnieje? - zapytał.
- Tak, istnieje i dobrze się miewa. Ale gdzie przebywa, tego nie wiem.
- A podziemie, organizacja? Też istnieje? Nie jest po prostu wymysłem Policji Myśli?
- Nie, istnieje naprawdę. Nazywa się Braterstwem. Nigdy nie dowiecie się o Braterstwie nic ponad to, że istnieje i że do niego należycie. Zaraz do tego wrócę. 

- Spojrzał na zegarek. - Nawet dla członków Wewnętrznej Partii nie jest rzeczą rozsądną wyłączać teleekran na dłużej niż pół godziny. Nie powinniście byli przychodzić tu razem i będziecie musieli wyjść oddzielnie. Wy, towarzyszko - skinął głową Julii - wyjdziecie pierwsza. Zostało nam dwadzieścia minut. Rozumiecie, mam nadzieję, że muszę was najpierw wypytać o pewne sprawy. Mówiąc najogólniej, co jesteście gotowi uczynić?
- Co tylko w naszej mocy - odparł Winston.
O'Brien obrócił się nieco na krześle, tak że siedział teraz twarzą do Winstona. Prawie zupełnie ignorował Julię, jak gdyby uważał za rzecz oczywistą, że Winston mówi w imieniu obojga. Na moment zmrużył oczy. Zaczął zadawać pytania cichym, bezbarwnym głosem, jakby to była wielokrotnie powtarzana procedura, litania pytań i odpowiedzi, których większość zna się z góry.
- Czy jesteście gotowi poświęcić życie?
- Tak.
- Czy jesteście gotowi mordować?
- Tak.
- Prowadzić akcje sabotażowe, w następstwie których setki niewinnych ludzi mogą ponieść śmierć?
- Tak.
- Zdradzić ojczyznę, współpracując z obcymi mocarstwami?
- Tak.
- Czy jesteście gotowi oszukiwać, dokonywać fałszerstw, szantażować, zatruwać umysły nieletnich, rozprowadzać narkotyki, zachęcać do prostytucji, szerzyć choroby weneryczne, słowem robić wszystko, co może przyczynić się do osłabienia i demoralizacji Partii?
- Tak.
- Jeśli dla dobra naszej sprawy zajdzie na przykład konieczność oblania twarzy dziecka kwasem siarkowym, czy jesteście gotowi to uczynić?
- Tak.
- Czy jesteście gotowi zmienić swoją tożsamość i do końca życia pracować jako kelner czy doker?
- Tak.
- Czy jesteście gotowi popełnić samobójstwo, jeśli i kiedy wam polecimy?
- Tak.
- Czy jesteście gotowi rozstać się i nigdy więcej się nie widzieć?
- Nie! - zawołała Julia.
Winstonowi zdawało się, że czas płynie, a on wciąż się zastanawia. Przez moment miał nawet wrażenie, że odjęło mu mowę. Jego usta otwierały się i zamykały bezgłośnie, przymierzając się do odpowiedzi: aż do chwili, kiedy się odezwał, nie wiedział, jaka będzie jego decyzja.
- Nie - stwierdził wreszcie.
- Dobrze, żeście mi powiedzieli - oznajmił O'Brien. - Ważne jest, byśmy wiedzieli wszystko.

Zwrócił się do Julii i z nieco większym ożywieniem rzekł:
- Czy rozumiecie, że nawet jeśli wasz przyjaciel nie zginie, będzie zupełnie innym człowiekiem? Otrzyma nową tożsamość. Wszystko ulegnie zmianie. Jego twarz, ruchy, kształt dłoni, barwa włosów, nawet głos! Wy także staniecie się inną osobą. Nasi chirurdzy potrafią zmienić każdego nie do poznania. Czasami bywa to konieczne. Niekiedy trzeba nawet amputować którąś z kończyn.

Winston nie mógł się powstrzymać od spojrzenia ukradkiem na mongolską twarz Martina. Nie dostrzegł żadnych blizn. Julia zbladła trochę i piegi wystąpiły jej wyraźniej na policzkach, lecz odważnie patrzyła na O'Briena. Mruknęła coś cicho, wyrażając zgodę.
- W porządku. Więc to załatwione - oświadczył O'Brien.
Na stole stało srebrne pudełko z papierosami. O'Brien w zamyśleniu przesunął je w ich stronę, sam też się poczęstował, po czym wstał i zaczął spacerować po pokoju, jakby w ten sposób mógł się lepiej skupić. Papierosy były doskonałe, grube, mocno nabite, z niespotykanie jedwabistą bibułką. O'Brien znów zerknął na zegarek.
- Wracaj lepiej do służbówki, Martin - rzekł. - Za kwadrans włączę teleekran. Tylko najpierw przyjrzyj się dobrze tym towarzyszom, żebyś zapamiętał ich twarze. Pewnie się z nimi jeszcze zobaczysz. Ja może już nie.

Dokładnie tak samo jak wówczas, gdy otworzył im drzwi, oczy służącego przesunęły się wolno po Julii i Winstonie. W jego wzroku nie było nic przyjaznego. Martin zapamiętywał ich wygląd, ale oni sami zupełnie go nie obchodzili, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Winstonowi przemknęło przez myśl, że może sztuczna twarz nigdy nie zmienia wyrazu. Bez słowa, nawet bez skinienia głową, służący wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi. O'Brien wciąż przechadzał się po pokoju, z jedną dłonią w kieszeni czarnego kombinezonu, a w drugiej trzymając papierosa.

- Musicie zdać sobie sprawę - rzekł - iż zawsze będziecie działać na ślepo. Nigdy o niczym nie będziecie informowani. Będziecie otrzymywać i wypełniać rozkazy, nigdy nie znając ich przyczyn. Później przyślę wam książkę, z której dowiecie się prawdy o ustroju, w którym żyjemy, a także poznacie strategię, dzięki której zamierzamy go zniszczyć. Kiedy przeczytacie książkę, staniecie się rzeczywistymi członkami Braterstwa. Ale oprócz samego celu, o który walczymy, oraz swoich aktualnych zadań nic nie będziecie znali. Wyjawiłem wam, że Braterstwo istnieje, lecz nie mogę wam zdradzić, czy liczy stu członków, czy dziesięć milionów. Sami nie poznacie nawet dziesięciu osób. Wyznaczymy wam łączników, którzy co pewien czas będą się zmieniali; pewnie trzech, czterech. Ponieważ pierwszy kontakt nawiązaliście ze mną, niech tak pozostanie. Jeśli otrzymacie jakieś rozkazy, wyjdą ode mnie, a Martin wam je przekaże. Kiedy was w końcu złapią, przyznacie się do wszystkiego. Tego nie da się uniknąć. Jednakże poza własnymi czynami o niczym nie będziecie umieli nic powiedzieć. Wsypiecie zaledwie garstkę mało znaczących osób. Mnie prawdopodobnie nie zaszkodzicie. Zresztą możliwe, że do tego czasu zginę albo będę inną osobą, z inną twarzą.

Mówiąc cały czas przechadzał się po puszystym dywanie. Mimo znacznej tuszy poruszał się z gracją. Cechowała każdy jego gest, nawet gdy wsuwał rękę do kieszeni lub podnosił do ust papierosa. Emanowała z niego siła, lecz przede wszystkim pewność siebie oraz wyrozumiałość, lekko zabarwiona ironią. Chociaż mówił o poważnych sprawach, nie miał w sobie nic z zacietrzewienia fanatyka. Nawet kiedy wspominał o morderstwach, samobójstwach, chorobach wenerycznych, amputacjach kończyn i operacjach twarzy, w jego głosie pobrzmiewała kpiarska, poufała nuta.

"To jest nieuchronne - zdawał się mówić. - Tak musimy postępować i nie wolno nam się wzdragać. Ale zobaczycie: będzie zupełnie inaczej, kiedy życie znów nabierze sensu".
Fala podziwu, niemal uwielbienia, zalała Winstona. Chwilowo zapomniał o tajemniczym Goldsteinie. Patrząc na szerokie bary i mięsistą twarz O'Briena, tak brzydką, a zarazem tak kulturalną, trudno było uwierzyć, iż człowiek ten może zostać pokonany. Nie istniały fortele, których by nie przejrzał, nie było niebezpieczeństw, których by nie przewidział. Na Julii także zrobił duże wrażenie. Słuchała w napięciu, nawet nie dostrzegając, że zgasł jej papieros. 

A O'Brien perorował dalej:
- Na pewno słyszeliście pogłoski o Braterstwie. I prawdopodobnie wyrobiliście sobie o nim własne zdanie. Wyobrażacie sobie, że istnieje wielki, podziemny świat spiskowców, którzy spotykają się potajemnie w piwnicach, kontaktują przez wypisywanie na murach zaszyfrowanych wiadomości, a rozpoznają po umówionych hasłach lub gestach. Tymczasem to wszystko nieprawda. Członkowie Braterstwa nie mają żadnych znaków rozpoznawczych i nikt nie zna tożsamości więcej niż kilku osób. Nawet sam Goldstein, gdyby wpadł w ręce Policji Myśli, nie umiałby im zdradzić ani nazwisk wszystkich członków, ani też podać żadnych informacji mogących ułatwić odnalezienie pełnego wykazu. Taki wykaz bowiem w ogóle nie istnieje. Braterstwa nie można zniszczyć, ponieważ nie jest organizacją w zwyczajnym znaczeniu tego słowa. Członków nie łączy nic oprócz wspólnej idei, która jest niezniszczalna. Wy także tylko z niej będziecie mogli czerpać otuchę. Nie poznacie swoich towarzyszy, nie usłyszycie słowa zachęty. 

A kiedy was złapią, nie spodziewajcie się pomocy. Nigdy nie pomagamy naszym członkom. Możemy najwyżej dostarczyć do celi żyletki, ale wyłącznie wówczas, gdy trzeba koniecznie zamknąć komuś usta. Musicie przywyknąć do życia bez widocznych wyników i bez nadziei. Przez pewien czas będziecie walczyć, potem was złapią i po wyduszeniu zeznań zabiją. Będzie to jedyny widoczny skutek waszej działalności. Nie ma cienia szansy, aby za naszego życia nastąpiła dostrzegalna poprawa. Wszyscy jesteśmy martwi. Prawdziwe życie czeka nas dopiero w przyszłości. Ale będziemy w nim uczestniczyć wyłącznie jako garść prochów i odłamków kości. Nikt nie wie, jaka odległa to przyszłość. Może aż o tysiąc lat. W tej chwili jedyne, co możemy zrobić, to kroczek po kroczku zbliżać ludzi do opamiętania. Nie możemy działać wspólnie. Możemy tylko rozpowszechniać naszą wiedzę ustami pojedynczych osób, przekazywać z pokolenia na pokolenie. W obliczu ciągłego zagrożenia ze strony Policji Myśli nie ma innej drogi. Umilkł i po raz trzeci spojrzał na zegarek.

- Już prawie pora na was, towarzyszko - rzekł do Julii. - Ale momencik. Karafka wciąż jest do połowy pełna. Napełnił kieliszki i uniósł swój do góry.
- Jaki toast wzniesiemy tym razem? - spytał z tą samą nutą ironii. - Za zgubę Policji Myśli? Na pohybel Wielkiemu Bratu? Za ludzkość? Za przyszłość?
- Za przeszłość - powiedział Winston.
- Słusznie, przeszłość jest najważniejsza - przyznał z powagą O'Brien.
Opróżnili kieliszki i chwilę później Julia wstała, zbierając się do wyjścia. O'Brien wziął z szafki niewielkie pudełko, wyjął z niego płaską białą pastylkę i wręczył Julii, radząc, żeby ją possała, bo trzeba uważać, aby przypadkiem nie pachnieć winem; windziarze są bardzo spostrzegawczy. Ledwie drzwi zatrzasnęły się za Julią, natychmiast o niej zapomniał. Przeszedł jeszcze kilka kroków po pokoju i zatrzymał się.

- Musimy omówić kilka szczegółów - oświadczył. - Domyślam się, że macie jakąś kryjówkę?
Winston powiedział mu o pokoju nad sklepem pana Charringtona.
- Na razie musi wystarczyć. Potem znajdziemy dla was coś innego. Trzeba często zmieniać lokal. Niedługo przyślę wam Księgę - Winston zauważył, że nawet O'Brien wymawiał to słowo tak, jakby było pisane wielką literą - Księgę Goldsteina, ma się rozumieć. Postaram się z tym nie zwlekać, choć może chwilę potrwa, zanim zdobędę egzemplarz. Nie muszę wam tłumaczyć, jak niewiele ich istnieje. Policja Myśli wyszukuje je i niszczy niemal równie szybko, jak my drukujemy. Ale to i tak nic nie zmienia. Księga jest niezniszczalna. Nawet gdyby przechwycili ostatni egzemplarz, moglibyśmy ją prawie słowo w słowo odtworzyć z pamięci. Czy chodzicie do pracy z teczką?
- Zwykle tak.
- Jak wygląda?
- Czarna, bardzo zniszczona. Zapinana na dwa paski.
- Czarna, dwa paski, bardzo zniszczona; w porządku. 

Pewnego dnia, w najbliższej przyszłości, choć trudno mi przewidzieć dokładnie datę, otrzymacie w pracy błędnie sporządzoną notatkę; będziecie musieli prosić o powtórzenie polecenia. Nazajutrz idźcie do pracy bez teczki. W ciągu dnia ktoś do was podejdzie na ulicy, dotknie waszego ramienia i powie: "Chyba upuściliście teczkę". W teczce, którą wam wręczy, znajdziecie Księgę Goldsteina. Zwrócicie ją w ciągu dwóch tygodni.
Przez chwilę obaj milczeli.
- Pozostało nam już tylko kilka minut - powiedział O'Brien. - Spotkamy się znowu... Jeśli w ogóle się spotkamy...
Winston spojrzał na niego.
- Tam, gdzie nie ma mroku - rzekł niepewnie. O'Brien skinął głową bez zdziwienia.
- Tam, gdzie nie ma mroku - powtórzył, jakby rozumiał, o co chodzi. - Czy chcielibyście coś powiedzieć przed wyjściem? Coś mi zakomunikować? Może o coś spytać?

Winston zamyślił się. Nie przychodziło mu do głowy żadne pytanie, a nie miał ochoty wypowiadać napuszonych ogólników. Powinien skorzystać z okazji, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o O'Brienie lub Braterstwie, lecz myśli wypełnił mu ciąg nakładających się na siebie obrazów mrocznej sypialni, w której jego matka spędziła ostatnie dni, pokoiku nad sklepem pana Charringtona, szklanego przycisku i ryciny w palisandrowej ramie. 

Nagle spytał:
- Czy znacie może taki stary wierszyk rozpoczynający się od słów "Pomarańcze za pensa, krzyczą dzwony Klemensa"?
O'Brien ponownie skinął głową i uprzejmie, z powagą, wyrecytował:
Pomarańcze za pensa, krzyczą dzwony Klemensa, Skradł cytryn pół tuzina, dudnią dzwony Marcina, Zaraz złapią złodzieja, ryczą dzwony Baileya, Inni liczą, ty też licz, radzą dzwony Shoreditch.
- Znacie ostatni wers!
- Tak, znam. Ale teraz, niestety, musicie już iść. Moment; na wszelki wypadek wam też dam pastylkę.

Kiedy Winston wstał, O'Brien wyciągnął do niego rękę. Mocny uścisk niemal miażdżył dłoń. W drzwiach Winston obejrzał się, ale O'Brien nie zwracał już na niego uwagi. Czekał z dłonią na gałce teleekranu. Winston jeszcze raz popatrzył na biurko, na lampę z zielonym abażurem, na mowopis i druciane pojemniki pełne papierów. O'Brien załatwił, co miał do załatwienia, a teraz wracał do innych spraw. Zanim minie trzydzieści sekund, pomyślał Winston, znów zasiądzie do przerwanych na krótko ważnych zadań w służbie Partii.


9

Winston czuł się galaretowaty z wyczerpania. "Galaretowaty" to najwłaściwsze określenie. Samo przyszło mu do głowy. Jego ciało bowiem nie tylko trzęsło się przy każdym ruchu jak galareta, lecz było równie przezroczyste. Miał wrażenie, że gdyby podniósł do góry rękę, ujrzałby przez nią światło. Szaleńcza, nieustająca praca wyżęła z niego limfę i krew, pozostawiając jedynie osłabły ludzki wiór - samą skórę, nerwy i kości. Każde doznanie odbierał ze zwielokrotnioną siłą. Kombinezon drapał go w ramiona, chodnik uwierał w stopy, nawet zgięcie palców odczuwał jako potworny wysiłek, od którego trzeszczą stawy.

W ciągu pięciu dni Winston przepracował ponad dziewięćdziesiąt godzin. Inni zatrudnieni w ministerstwie również. Teraz mordęga się skończyła i nie miał absolutnie nic do roboty, żadnych partyjnych obowiązków, aż do jutra rana. Mógł spędzić sześć godzin w kryjówce nad sklepem pana Charringtona, a następne dziewięć we własnym łóżku. Szedł powoli, w łagodnym popołudniowym słońcu, nędzną uliczką w stronę sklepu, rozglądając się, czy nie widać patroli, ale jednocześnie żywiąc jakieś niczym nie uzasadnione przekonanie, że akurat dziś nie spotka go nic złego. 

Ciężka teczka przy każdym kroku obijała mu się o kolano, sprawiając, że mrowie przechodziło go po nodze. W środku znajdowała się Księga, którą już od sześciu dni miał w swoim posiadaniu, lecz dotąd nie znalazł czasu, by ją poczytać lub choćby na nią spojrzeć.

Szóstego dnia Tygodnia Nienawiści, po pochodach, przemówieniach, krzykach, śpiewach, transparentach, filmach, pokazach figur woskowych, dudnieniu bębnów i ryku trąb, tupocie maszerujących nóg, turkocie czołgów, wyciu przelatujących samolotów; grzmocie armat - po sześciu dniach tych atrakcji, kiedy zbiorowy orgazm sięgał szczytu, a powszechna nienawiść do Eurazji przerodziła się w tak zaciekłą furię, że gdyby tłum dostał w swoje ręce owe dwa tysiące eurazjatyckich zbrodniarzy wojennych, których miano powiesić publicznie ostatniego dnia obchodów, to niechybnie rozszarpałby ich na strzępy - dokładnie wówczas ogłoszono naraz, że Oceania wcale nie prowadzi wojny z Eurazją. Nieprzyjacielem Oceanii jest Wschódazja. Eurazja to sprzymierzeniec.

Nie przyznano się, oczywiście, że nastąpiła jakakolwiek zmiana sojuszy. Po prostu nagle, wszędzie równocześnie, ogłoszono, że to Wschódazja, a nie Eurazja jest wrogiem. Winston akurat uczestniczył w wiecu na jednym z głównych placów Londynu. Był późny wieczór - czerwone flagi i twarze zebranych oświetlał jaskrawy blask reflektorów. Na placu tłoczyło się kilka tysięcy ludzi, w tym tysiąc uczniów w mundurkach Kapusiów. Z trybuny obitej czerwonym suknem przemawiał do tłumu mówca z Wewnętrznej Partii, mały, chudy mężczyzna o nieproporcjonalnie długich rękach i ogromnej głowie, zupełnie łysej, jeśli nie liczyć paru rzadkich, przylizanych kosmyków. Karzeł ten, o twarzy wykrzywionej nienawiścią, w jednej kościstej dłoni dzierżył mikrofon, a drugą - zaciśniętą w ogromną pięść - wymachiwał groźnie w powietrzu. 

Jego głos, któremu megafony nadawały metaliczne brzmienie, grzmiał wyliczając po kolei wszystkie zbrodnie nieprzyjaciela: masakry, wysiedlenia, grabieże, gwałty, torturowanie jeńców, bombardowanie ludności cywilnej, napaści, kłamliwą propagandę, łamanie układów. Przekonywał każdego, każdemu udzielała się jego furia. Co kilka chwil tak narastała wściekłość tłumu, że barbarzyński, niepohamowany ryk tysięcy gardzieli zagłuszał słowa mówcy. Najdziksze wrzaski wydawali uczniowie. 

Przemówienie trwało już ze dwadzieścia minut, gdy nagle na trybunę wbiegł posłaniec i wręczył mówcy kartkę. Ten rozwinął ją i przeczytał, nie przerywając potoku słów. Nie zmieniło się ani jego zachowanie, ani ton głosu, ani też treść tego, co mówił, lecz nagle zaczął wymieniać nazwę innego mocarstwa. Nie padło ani jedno słowo wyjaśnienia, ale tłum i tak w mig pojął wszystko. Oceania prowadzi wojnę ze Wschódazja! W następnej chwili podniósł się rwetes. 

Wszystkie transparenty i plakaty, którymi udekorowano plac, były nieodpowiednie! Połowa z nich przedstawiała niewłaściwe osoby. Sabotaż! Robota agentów Goldsteina! Powstał zamęt; ze ścian zrywano plakaty, a transparenty darto na strzępy i deptano. Kapusie dokonywali cudów zręczności wdrapując się na dachy i ściągając łopoczące na kominach flagi. Nie minęły dwie, trzy minuty, a było już po wszystkim. Mówca, wciąż dzierżąc w jednej dłoni mikrofon, a drugą wymachując w powietrzu, wychylał się z trybuny i grzmiał jak uprzednio. Jeszcze minuta i tłum znów zaczął wznosić dzikie okrzyki. Nienawiść trwała nadal; zmienił się jedynie jej obiekt.
Na Winstonie - gdy się później nad tym zastanawiał - największe wrażenie zrobiło to, że mówca przestawił się dosłownie w połowie zdania, nie tylko nie przerywając wywodu, lecz nawet nie zmieniając składni. W trakcie wiecu Winston prawie tego nie zauważył, albowiem miał na głowie ważniejsze sprawy. 

Kiedy wynikło całe zamieszanie i tłum zdzierał plakaty, jakiś człowiek, którego twarzy nawet dobrze nie widział, dotknął jego ramienia i rzekł:
- Przepraszam, towarzyszu, chyba upuściliście teczkę.

Winston wziął ją odruchowo, nie odzywając się słowem. Wiedział, że minie wiele dni, zanim będzie mógł do niej zajrzeć. Zaraz po skończeniu wiecu wrócił do Ministerstwa Prawdy, choć dochodziła już dwudziesta trzecia. Podobnie zrobił cały personel. Komunikaty nakazujące im stawienie się w pracy, nadawane przez teleekrany, były właściwie zbyteczne.

Oceania prowadziła wojnę ze Wschódazją; Oceania zawsze prowadziła wojnę ze Wschódazją. Znaczna część literatury politycznej z ostatnich pięciu lat nagle całkiem się zdezaktualizowała. Najróżniejsze sprawozdania, akta, gazety, książki, broszury, filmy, nagrania, fotografie - wszystko to należało zmienić w błyskawicznym tempie. Chociaż nie wydano żadnych rozporządzeń, wszyscy doskonale wiedzieli, iż dyrektorzy poszczególnych departamentów życzą sobie, aby do końca tygodnia nie ostała się nigdzie ani jedna wzmianka o wojnie z Eurazją lub sojuszu ze Wschódazją. Ogrom pracy przytłaczał, a dodatkowo utrudniało ją to, że nie można było mówić wprost o przyczynie wprowadzenia zmian. Każdy urzędnik Departamentu Archiwów harował osiemnaście godzin na dobę, robiąc dwie trzygodzinne przerwy na sen. Z piwnic wyciągnięto materace i rozłożono na korytarzach. Nie wydawano regularnych posiłków; pracownicy stołówki jeździli z wózkami po piętrach, rozwożąc kanapki i Kawę Zwycięstwa. 

Za każdym razem Winston starał się wypełnić wszystkie polecenia, zanim wychodził z przegrody, by uciąć sobie drzemkę, ale gdy wracał, zaspany i obolały, okazywało się, że nowa lawina rulonów spadła tymczasem na biurko, zasypując je dokładnie, a nawet zsuwając się na posadzkę; tylko mikrofon mowopisu sterczał spod bieli na biurku niczym spod warstwy śniegu. Winston musiał zaczynać od ułożenia rulonów w równy stos, żeby zrobić sobie miejsce do pracy. Najgorsze, że zadania, które otrzymywał, nie polegały bynajmniej na czysto mechanicznym wprowadzaniu poprawek. Często oczywiście wystarczyło zmienić nazwę jednego mocarstwa na nazwę drugiego, lecz przy opracowywaniu bardziej szczegółowych artykułów niezbędne były skupienie i inwencja.
Samo przeniesienie wojny z jednej części świata do innej wymagało doskonałej znajomości geografii.

Już trzeciego dnia okropnie rozbolały go oczy; co chwila musiał przecierać szkła. Czuł się tak, jakby zlecono mu ciężką pracę fizyczną, której wykonania miał prawo odmówić, a zarazem, obsesyjnie pragnął sprostać zadaniu. Kiedy w rzadkich wolnych chwilach zastanawiał się nad tym, co robi, zupełnie nie przeszkadzała mu świadomość, że każde dyktowane przez niego słowo i każdy ruch kopiowego ołówka to rozmyślne kłamstwo. Podobnie jak wszystkim w departamencie, zależało mu, aby jego fałszerstwa były doskonałe. Rankiem szóstego dnia potok rulonów zmalał. Przez całe pół godziny nic nie wypadło z rury; potem wyleciał jeden zwitek, a po nim już nic. Mniej więcej o tej porze wszędzie ustawała praca. Cały departament wydał jedno głębokie westchnienie ulgi. Choć musiało to na zawsze pozostać tajemnicą, dokonano wielkiego dzieła. Nie istniał już ani jeden dokument świadczący o tym, iż wojna z Eurazją kiedykolwiek się toczyła. O dwunastej zero zero niespodziewanie ogłoszono, że wszyscy pracownicy ministerstwa są wolni do jutra rana. Z Księgą w teczce, którą trzymał między kolanami podczas pracy i pod sobą w czasie snu, Winston wrócił do domu, gdzie ogolił się i wykąpał, o mało nie zasypiając w wannie, choć woda była zaledwie letnia.

Stawy trzeszczały mu przy każdym kroku, gdy z niemal lubieżną rozkoszą wspinał się po schodach do pokoju nad sklepem pana Charringtona. Był zmęczony, ale opuściła go senność. Otworzył okno, rozpalił brudny prymus i postawił na nim garnek wody, żeby zaparzyć kawę. Wiedział, że Julia wkrótce się zjawi; ale na razie miał Księgę. Usiadł w zniszczonym fotelu i rozpiął teczkę.

Wydobył z niej ciężki tom w czarnej, amatorsko wykonanej oprawie, bez tytułu i nazwiska autora na okładce. Druk także nie był najlepszej jakości. Książka otwierała się łatwo, a brzegi miała wytarte; dowód, że przeszła przez wiele rąk. Na stronie tytułowej widniał napis:

 

 

> > > Ciag dalszy > > > Czesc Druga

 

 

 

 

 

 

>>> Kliknij -  Wróć do poczatku strony - Do Gory <<<

 

 

 

 

 

 

 

Zamknij to okno