|
Czy o taką Polskę chodziło...? zbrodniarze i zniewoliciele żyją sobie w bogactwie, kosztem całego pokrzywdzonego Narodu Polskiego
|
||||||
|
A co robią dzisiaj byli agenci służb specjalnych oraz ich zwierzchnicy mający na sumieniu (sumienie - czy oni wiedzą co to takiego...) cierpienie tysięcy represjonowanych Polaków, którzy nie bali się głosić prawdę... czy też morderstwa setek opozycjonistów, którzy dążyli do wolności i niepodległości kraju...? Nie jest już żadną tajemnicą, że
wielu z nich wciąż pozostaje na różnych
stanowiskach w aparacie państwowym (gdzie wśród
obecnych około 350 tys. obecnych urzędników
zajmują raczej wyższe stanowiska w hierarchii).
Spora część przeszła na emeryturę, zmarła czy
też emigrowała... Wielu
Zdecydowanie największa część dawnych funkcjonariuszy SB „przepoczwarzyła się” i na różne sposoby pojawiła w gospodarce. Umożliwiła im to uchwalona w dniu 23 grudnia 1988 roku z inicjatywy rządu Mieczysława Rakowskiego „Ustawa o działalności gospodarczej” Dz. U. rok 1988, nr 41, poz. 324 oraz „Ustawa o działalności gospodarczej z udziałem podmiotów zagranicznych” Dz. U. rok 1988, nr 41, poz. 325 co przy jednoczesnej likwidacji Wydziału Przestępstw Gospodarczych Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej stwarzało fantastyczne wprost warunki do bezkarnego zagarniania majątku narodowego.
I o tym będzie można przeczytać tutaj w najbliższym czasie... Na razie przypomnę tylko
fragmenty artykułu, który kilka dni temu został
opublikowany
Autorzy stanu wojennego żyją w dostatku Nie ma sprawiedliwości. Gdy miliony Polaków gnębionych przez komunistyczną dyktaturę ledwo wiążą koniec z końcem, autorzy stanu wojennego nie narzekają. Cieszą się spokojem w zaciszu swych luksusowych domów i co miesiąc dostają wielotysięczne emerytury.
13 grudnia 1981 r. więzienia zapełniają się działaczami opozycji. Na ulicach czołgi, nie działają telefony i poczta, w sklepach puste półki, nie ma benzyny. W telewizji gen. Wojciech Jaruzelski złowieszczym głosem obwieszcza wprowadzenie stanu wojennego. Od 22 do 6 obowiązuje godzina milicyjna. Na każdym rogu patrole milicji. Przy koksownikach ogrzewają się żołnierze Ludowego Wojska Polskiego. Te obrazy sprzed 25 lat tkwią jak drzazga pod paznokciem w pamięci milionów Polaków.
Podczas wojny polsko-jaruzelskiej, jak szybko zaczęto nazywać stan wojenny, tylko garstka partyjnych dygnitarzy czuła się swobodnie. To członkowie Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, autorzy stanu wojennego, z generałem Wojciechem Jaruzelskim na czele. Wówczas żyli w dostatku. Jak jest dzisiaj? Niewiele się zmieniło. O takim życiu, jakie wiodą generałowie Jaruzelski, Kiszczak i Siwicki, mogłaby pomarzyć większość obecnych emerytów.
Znienawidzony w dniach stanu wojennego gen. Wojciech Jaruzelski mieszka w wartym 2,5 miliona zł, około 350-metrowym domu na warszawskim Mokotowie. Co miesiąc dostaje 6 tys. zł emerytury i 10 tys. na utrzymanie biura. Przysługuje mu dożywotnia ochrona funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu, którzy wożą generała służbową limuzyną. A przecież to on 13 grudnia 1981 r. w swoich rękach skupił całą władzę. Pełnił funkcję premiera, ministra obrony narodowej i I sekretarza KC PZPR. Jedną decyzją wyprowadził na ulice 70 tys. żołnierzy i 30 tys. milicjantów. Za kraty ośrodków internowania trafiło niemal 10 tys. działaczy opozycji. Śmierć poniosło ponad 90 osób.
W nocy z 12 na 13 grudnia Jaruzelski zdeptał nawet peerelowską konstytucję. Wprowadził stan wojenny, nie zważając na jej postanowienia. Utworzył juntę wojskową o zwodniczej nazwie Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego. Nawet dzisiaj Jaruzelski przekonuje, że wprowadził stan wojenny, aby ratować kraj przed zbrojną interwencją Moskwy. Nie brakuje jednak dowodów, że to nieprawda. Jaruzelski do tej pory nie odpowiedział za swe czyny. Dopiero w marcu tego roku Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu oskarżyła go o zbrodnie komunistyczne.
Powodów do narzekania nie mają
także pozostali autorzy stanu wojennego.
Ówczesny szef MSW gen. Czesław
Kiszczak mieszka w wartej 2 mln zł
willi z ogrodem na warszawskim Mokotowie. Gdy
stolica mu się znudzi, wyjeżdża do swojego domku
letniskowego na Mazurach. Co miesiąc dostaje
W stanie wojennym Kiszczak był
prawą ręką gen. Jaruzelskiego. W 1981 r. jako
minister spraw wewnętrznych kierował całym
aparatem przemocy: milicją i cywilną bezpieką.
To on tworzył plany wprowadzenia stanu
wojennego. Wydawał rozkazy, których konsekwencją
był rozlew krwi. Jest oskarżony o spowodowanie
masakry strajkujących górników w katowickiej
kopalni "Wujek".
W dostatku żyje też były wiceminister obrony gen. Florian Siwicki. Jego mieszkanie w 200-metrowym bliźniaku na warszawskim Ursynowie warte jest milion złotych. Na konto generała co miesiąc wpływa 6,5 tys. zł. emerytury. Czy takie przywileje należą się człowiekowi, który obmyślił szczegółowy plan wprowadzenia stanu wojennego? Wojskowe doświadczenie Siwicki zbierał podczas interwencji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację w 1968 r. Dowodził armią 20 tys. żołnierzy, 471 czołgami i 542 transporterami opancerzonymi. Z Jaruzelskim łączyła go wieloletnia przyjaźń. W marcu 2006 Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN oskarżyła go o popełnienie zbrodni komunistycznej. Nie został dotąd skazany.
Esbecy, którzy niszczyli Kościół, żyją spokojnie
Żyją spokojnie i wygodnie: płk Wacław Domański, prowadzący "Greya", czyli abpa Stanisława Wielgusa, i jego mocodawca płk Adam Pietruszka, odpowiedzialny również za śmierć ks. Jerzego Popiełuszki. Mieszkają w służbowych mieszkaniach i dostają kilkutysięczne emerytury.
Gdy abp Wielgus miotał się, próbował zataić swą agenturalną przeszłość, a potem na oczach całej Polski ogłaszał swą rezygnację z urzędu metropolity warszawskiego, dawny esbek płk Wacław Domański triumfował. Siedząc wygodnie w fotelu, mógł sobie pogratulować. Ostatecznie zniszczył swego agenta. Z gratulacjami mogli do niego dzwonić koledzy, którzy podobnie jak on mieszkają na dawnym esbeckim osiedlu w Lublinie. płk Wacław Domański był ostatnim oficerem prowadzącym księdza Wielgusa. Do SB wstąpił w 1968 r. Już trzy lata później, po skończeniu szkoły oficerskiej, zajmował się walką z Kościołem. Miał wielu informatorów w kręgach Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.
W nagrodę za dobrą pracę szybko awansował na wiceszefa Wydziału IV lubelskiej SB. Zajmował się zwalczaniem organizacji katolickich, rozpracowywał zakony i duszpasterstwo akademickie KUL. Metody były brutalne: prowokacje, szykany, zastraszenia, pobicia. W wolnej Polsce poniósł za to tylko symboliczna karę. W 1990 roku został negatywnie zweryfikowany i zwolniony z pracy. Nie stracił przywilejów. Został w swoim służbowym mieszkaniu. Co miesiąc pobiera ok. 3,5 tys. emerytury.
Jeszcze lepiej żyje się szefowi
Domańskiego, płk. Adamowi Pietruszce.
Ten esbek wyjątkowo zasłużony w walce z
Kościołem mieszka wygodnie w czteropokojowym
mieszkaniu na jednym z osiedli w Warszawie.
Przez wiele lat był dyrektorem, a następnie
wiceszefem IV Departamentu MSW. To m.in. na jego
rękach jest krew księdza Jerzego Popiełuszki. To
właśnie Pietruszka nakłaniał Grzegorza
Piotrowskiego do uprowadzenia i zamordowania
kapelana "Solidarności".
Jak dotąd nie poniósł kary za
liczne prowokacje i inne działania, które zlecał
swoim podwładnym.
Luksusowe życie esbeków Porywali ludzi, by potem ich katować i dręczyć. Śledzili dzień i noc, by wiedzieć wszystko o ich rodzinach. Później bezwzględnie tę wiedzę wykorzystywali. Dziś zamiast siedzieć na ławie oskarżonych, cieszą się życiem. Mają wysokie emerytury, luksusowe domy i pełne konta w bankach.
Wieś Lubicz pod Toruniem. Dwa sklepy, kilka domów, w tym jeden... wyjątkowy. To wyróżniający się luksusem drewniany dworek na wzgórzu. Tu mieszka Marek Kuczkowski. Był porucznikiem peerelowskiej Służby Bezpieczeństwa. Działał wyjątkowo brutalnie. Przemoc, psychiczne znęcanie się nad ofiarami, to była jego specjalność. W wolnej Polsce przybrał maskę poważnego człowieka interesu. Szkoli ludzi biznesu. O swojej przeszłości milczy.
Kuczkowski z innymi esbekami
założył w ramach resortu nieformalną grupę OAS
(Organizacja Anty-Solidarność), która zasłynęła
wyjątkową brutalnością. To on wraz z pięcioma
kolegami w marcu
"Przy skroni poczułem chłód lufy pistoletu i odgłos przeładowywanej broni. Myślałem, że to koniec" - wspomina dziś Antoni Mężydło. Potem zawieźli go na komisariat. Tam zaczęło się bicie. Esbecy żądali, by wydał innych opozycjonistów.
Kuczkowski za zasługi dostał w 1986 roku od partii medal za upowszechnianie marksizmu-leninizmu. W 1991 roku został skazany za porwania, ale zwolniono go po kilku miesiącach. Wziął się za biznes. Zaciągnął kredyt 150 mln starych zł na budowę pieczarkarni. Interes nie wypalił, więc wziął się za edukację. Od 11 lat prowadzi w Lubiczu Akademię Psychologii Biznesu, gdzie szkolą się menedżerowie, m.in z państwowych firm.
Kapitan Kazimierz Aleksanderek to jedna z najmroczniejszych postaci wśród krakowskiej esbecji. To właśnie on stał za werbunkiem i łamaniem duchownych z Krakowa. Podsłuchy, pobicia, wymuszenia, rozsyłanie nieprawdziwych informacji szkalujących szanowanych kapłanów - tak pracował przez ponad 30 lat kpt. Aleksanderek.
W wolnej Polsce ma emeryturę i prowadzi własny biznes. Handluje firankami. Mieszka w ekskluzywnej willi w Opatkowicach, jednej z najdroższych podkrakowskich miejscowości. To niewiarygodne, ale ten esbek jeszcze narzeka na swój ciężki los. "Co to jest 2 tys. zł emeryturki" - biadoli. A przecież w pracy dawał z siebie wszystko. To właśnie jego ludzie skatowali m.in. kapelana nowohuckiej "Solidarności" ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego.
Miał też dobre przygotowanie. W
1985 r. ukończył Wyższą Szkołę Bezpieczeństwa
Państwowego ZSRR. "To była prawdziwa kuźnia kadr
KGB" - mówi ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Po
powrocie do Polski Aleksanderek szybko
awansował. W niecałe trzy lata dochrapał się
stołka szefa IV Wydziału SB. "Aleksanderek dla
kariery był gotów zrobić wszystko. Z jego akt
personalnych wyłania się obraz dyspozycyjnego
oficera bezpieki. Przez 30 lat niszczył Kościół
krakowski. Był jednym z najczarniejszym
charakterów krakowskiej SB" - mówi Ks. Tadeusz
Isakowicz-Zaleski, autor książki
W 1988 r., gdy system komunistyczny się rozpadał, Aleksanderek niszczył akta i teczki tajnych współpracowników. Po tej akcji się wycofał. Dzięki starym układom zbudował sobie pozycję człowieka interesu. Dziś nie ma sobie nic do zarzucenia.
Wacław Głowacki dziś udaje sympatycznego staruszka. Ale jeszcze kilkanaście lat temu, jako pracownik IV Departamentu MSW, zajmował się inwigilacją księży. Podstęp, intryga i szantaż to jego narzędzia w łamaniu kapłanów. Głowacki uchodził za jednego z najlepszych pracowników w swoim resorcie. Dzięki niemu bezpiece udało się pozyskać do swoich niecnych celów nawet ludzi z najbliższego otoczenia papieża Jana Pawla II. To Głowacki prowadził ojca Konrada Hejmę, który przez lata donosił na Jana Pawła II.
Głowacki przez 34 lata wiernie służył bezpiece, a ta nagrodziła go niespotykaną jak na tamte czasy emeryturą. Gdy w 1987 r. odchodził z SB, dostał 70 tys. zł emerytury (średnia emerytura była wtedy pięć razy niższa). Dziś zasłużony Głowacki dostaje ok. 5 tys. zł emerytury, mieszka w obszernym mieszkaniu w przy Blacharskiej na warszawskim Mokotowie.
wersje internetową opracowala i przygotowala Polonica.net
Polski Związek Patriotyczny
Katolicko-Narodowy Ruch Oporu kontrjudaizacji i kontrdepolonizacji
|
||||||
|