|
Mija już kolejna, 56. rocznica zajść antyżydowskich w Kielcach, które tak mocno zostały wykorzystane przez komunistyczną propagandę dla oczernienia Polski i Polaków w świecie. Rozliczne świadectwa i udokumentowane książki szeregu autorów (m.in. byłego oficera WP żydowskiego pochodzenia Michaela Chęcińskiego, Krzysztofa Kąkolewskiego i ks. Jana Śledzianowskiego) wyraźnie wskazały na prawdziwy charakter zbrodni kieleckiej.
Zajścia antyżydowskie w Kielcach były prowokacją sowiecką, zorganizowaną dla odwrócenia uwagi Zachodu od sfałszowanego referendum w Polsce i od niewygodnej dla Rosji debaty nad Katyniem w czasie Procesu Norymberskiego. Sprawa pełnego odkrycia przebiegu zbrodni pod względem prawnym miałaby więc tym większe znaczenie dla obalenia kłamstw na temat najnowszej historii Polski. Tym bardziej oburzający jest więc fakt, że świadomie blokowano działania prawne, zmierzające do ustalenia prawdy o wydarzeniach kieleckich. Prezentowany tu kilkuodcinkowy cykl ma na celu syntetyczne przedstawienie prawdy o zajściach kieleckich 1946 r. w świetle dotychczasowych badań.
Przebieg zajść kieleckich
Badania naukowców i innych autorów, próbujących odkryć prawdziwe kulisy zbrodniczych zajść kieleckich (m.in. książka znakomitego reportera Krzysztofa Kąkolewskiego "Umarły cmentarz"), całkowicie obaliły twierdzenia komunistycznej propagandy o rzekomej roli "reakcyjnego podziemia", andersowców itp. w przygotowaniu napaści na Żydów. Nie zdołano udowodnić tej roli, pomimo, stosowania tortur wobec uwięzionych, zastraszania świadków i adwokatów w zorganizowanym i sfabrykowanym przez reżim procesie rzekomych winowajców - procesie, w którym nie skazano żadnego z faktycznych sprawców kieleckich zajść antyżydowskich. Z nagromadzonych przez dziesięciolecia świadectw wyraźnie wyłania się faktyczna sprawcza rola NKWD W ZBRODNI KIELECKIEJ. Tej roli podporządkowane były uczestniczące w zajściach kieleckich różne komunistyczne "siły porządku", w tym wojsko, milicja, KBW (Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego).
A oto jak wyglądał przebieg zbrodniczych zajść kieleckich 4 lipca 1946 roku. Pod pretekstem szukania rzekomo zaginionego chłopca, Henryka Błaszczyka, do domu na Plantach, w którym mieszkała liczna grupa Żydów, dwukrotnie wchodzili w różnych fazach milicjanci, wojsko, KBW, oficerowie wywiadu wojskowego i sześciu współdziałających z nimi cywilów. Innych osób nie wpuszczano, umundurowani chcieli bowiem sami obrabować upatrzone ofiary. Krzysztof Kąkolewski na dowód premedytacji, z jaką przeprowadzono całą zbrodniczą akcję, podaje fakt, że Żydzi byli wyraźnie mordowani wybiórczo. W pierwszej kolejności zastrzelono trzy osoby: rabina Kahande, najbogatszego kieleckiego kupca, pragnącego reaktywować w mieście działalność handlową (a więc ożywić "kapitalizm" w Kielcach), i adwokata, upominającego się o żydowskie mienie zagrabione w czasie wojny. Rabina zastrzelił niezidentyfikowany oficer. Wszystkie zabójstwa zostały popełnione przez wojsko, milicję i wspomnianych sześciu cywilów, prawdopodobnie należących do specjalnych oddziałów, powołanych przez wojsko dla celów dywersyjnych.
Pomimo skoncentrowania w Kielcach wielkich jednostek wojska, milicji, UB, KBW i oddziałów sowieckich, przez wiele godzin świadomie nie zorganizowano skutecznej pomocy dla Żydów osaczonych w budynku na Plantach. Wystarczyłaby zaś do tego mała część posiadanych środków. Szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, major Władysław Subczyński, odmówił wysłania na miejsce gromadzenia się tłumu kompanii szturmowej WUBP pod pretekstem, że żołnierze są zmęczeni nocną akcją w terenie. Uniemożliwiono przybycie na miejsce zajść przedstawicieli duchowieństwa i prokuratora. Nawet nieduże jednostki wojska czy UB mogłyby z łatwością rozproszyć stosunkowo niewielkie zbiorowisko ludzi, gromadzące się wokół budynku na Plantach. Zbierający się tam tłum - wbrew późniejszym zafałszowaniom - nigdy nie był większy niż paręset osób. Zbrodnicza bezczynność stacjonujących w mieście wielkich jednostek wojskowych polskich i sowieckich (przy równoczesnym udziale niektórych przedstawicieli oficjalnych "sił porządku" w mordach) spowodowała zabicie kilkudziesięciu Żydów.
Warto w tym kontekście przytoczyć opinię Bożeny Szaynok, autorki książki "Pogrom Żydów w Kielcach 4 VII 1946", Warszawa 1991. Pisała ona, iż "działania milicji służyły niewątpliwie rozwojowi wydarzeń pogromowych. Działania szefa WUBP [Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego - J.R.N.] były niewątpliwie skierowane na spotęgowanie wydarzeń pogromu." (s. 108).
Major Subczyński, stary agent Moskwy sprzed wojny, uważany za głównego organizatora masakry ze strony polskiej bezpieki, uratował się od wszelkiej odpowiedzialności dzięki stanowczej interwencji władz sowieckich w jego sprawie. A później robił dalej przyśpieszoną karierę wojskową, mimo braku nawet matury (zrobił ją dopiero w 1956 roku).
Na czym polegała jednak rola NKWD w pogromie i kto je reprezentował? Szczegółowo udokumentowaną ocenę na ten temat przyniosła wydana w 1982 roku w Nowym Jorku książka Michaela Chęcińskiego "Poland. Communism - Nationalism - Antisemitism", ciągle jeszcze zbyt mało znana w Polsce. Jej autor, były oficer Wojska Polskiego żydowskiego pochodzenia, związany ze służbami specjalnymi, wyemigrował z Polski w 1968 roku. W swej książce jako pierwszy dowodził, że główną rolę w całej sprawie odegrał z ramienia NKWD oficer sowieckiego wywiadu Michaił Aleksandrowicz Diomin. Chęciński wskazał na interesującą współzależność: fakt, że Diomin został przysłany do Kielc, miejsca raczej "mało prawdopodobnego" jako cel pobytu dla wykwalifikowanego oficera sowieckiego wywiadu, na kilka miesięcy przed antyżydowskimi zajściami 1946 roku w Kielcach, a wyjechał w dwa tygodnie po nich. Jak zbadał Chęciński, Michaił Diomin był oficerem wyraźnie wyspecjalizowanym w sprawach żydowskich. W latach 1964-1967 był oficerem wywiadu sowieckiego w Izraelu, pracując tam jako sekretarz attaché handlowego w ambasadzie sowieckiej w Tel Awiwie. Według Chęcińskiego, właśnie Diomin nadzorował działania wspomnianego majora Subczyńskiego, który już poprzednio próbował zorganizować - w prowokatorskim celu - podobne do kieleckich zajścia antyżydowskie w Rzeszowie i Krakowie.Wtedy miały one mierne powodzenie, tym razem przyniosły oczekiwany przez jego rosyjskich mocodawców potworny skutek.
Powołując się na opinię pani Lewkowicz-Ajzenman, szefa sekretariatu w
Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa w Kielcach, Chęciński pisał:
"Pani Lewkowicz-Ajzenman dodała: 'Kiedy po latach znalazłam się w Izraelu, w gazecie natknęłam się na to nazwisko Dyomin, sekretarza attaché handlowego w ambasadzie radzieckiej w Tel Avivie. Wzbudziło to moją ciekawość i postanowiłam popatrzeć na tego człowieka. Bez wątpienia był to ten sam Dyomin. Ciekawe, prawda? Przysłanie Dyomina do Izraela mogłoby sugerować, że był specjalistą w sprawach żydowskich (...)'. To, że Dyomin był wykorzystywany do bardzo ważnych zadań, zostało potwierdzone przez amerykańskiego historyka zajmującego się KGB. Wymienia on Michaiła Aleksandrowicza Dyomina (pisanego również Demin) jako oficera wywiadu wojskowego w Izraelu w latach 1964-1967 i w Republice Federalnej Niemiec od 1969 r. (...)." (cyt. za polskim przekładem fragmentów książki M. Chęcińskiego w: Antyżydowskie wydarzenia kieleckie 4 lipca 1946 roku. Dokumenty i materiały, oprac. Stanisław Meducki, Kielce 1946, tom II, s. 102-103).
Chęciński wskazywał, że bezsprzecznie największą korzyść z zamieszania wywołanego zajściami antyżydowskimi w Kielcach, tak w Polsce, jak i za granicą, wyciągnęli sowieccy komuniści.
Zbrodnia kielecka stała się dla nich okazją dla nagłośnienia wśród
liberałów i lewicowców na Zachodzie gromkich oskarżeń o antysemityzm
wobec polskiego podziemia, kręgów emigracyjnych i hierarchii
katolickiej. Zdaniem Chęcińskiego, dowód o udziale polskich i rosyjskich
oficerów bezpieczeństwa w zajściach antyżydowskich "jest zgodny z ich
dobrze znanymi globalnymi celami i taktyką. Masowa emigracja Żydów z
Polski ułatwiła zadanie (dała broń do ręki) Związkowi Radzieckiemu przez
przeładowanie obozów dla uchodźców w zachodnich strefach Niemiec i
Austrii oraz wystawienie na próbę rządów brytyjskich w Palestynie, dokąd
większa część tych Żydów chciała się udać. Antyżydowskie wybuchy w
Polsce służyły jako pretekst do wzmocnienia kontroli nad polskim
aparatem bezpieczeństwa poprzez wskazanie, że Polacy, nawet komuniści,
nie są w stanie sami utrzymać prawa i porządku (...). Co więcej, mogli
usprawiedliwiać wszystkie przyszłe represje polityczne jako konieczne
dla zahamowania antysemickich sentymentów ludności (...)".
Głównym celem tak efektywnie zaplanowanej przez Sowiety zbrodniczej prowokacji kieleckiej było jednak odwrócenie uwagi Zachodu od dokonanego przez komunistów zaledwie parę dni przedtem gigantycznego fałszerstwa wyników referendum. Na ten motyw kieleckiej zbrodni zwrócono bardzo szybko uwagę już w pierwszych komentarzach uczciwych obserwatorów wydarzeń w Polsce.
Już 7 lipca 1946 roku, a więc zaledwie kilka dni po zbrodni antyżydowskiej
w Kielcach, grono polskich intelektualistów, po części osób pochodzenia
żydowskiego, w USA wydało deklarację jednoznacznie akcentującą jako
motyw zbrodni to, że: "Reżimowi warszawskiemu zależy na odwróceniu uwagi
światowej opinii publicznej od swoich ogromnych problemów w
administrowaniu krajem - ponieważ nie opiera się on na woli większości
Narodu Polskiego - lecz potężnej policji bezpieczeństwa, za którą stoi
okupacyjna armia sowiecka. W chwili, kiedy opinia publiczna krajów
demokratycznych zaczyna sobie zdawać sprawę z oszustw i nadużyć, jakie
popełnia w Polsce prosowiecki reżim (by wspomnieć tylko ostatnie,
oszukańcze referendum), rząd warszawski sprowokował morderstwa w
Kielcach - ubierając się w togę obrońcy społeczności żydowskiej - aby
upozorować, że jest za obroną demokracji". (Porównaj zamieszczony w
aneksie pełny tekst deklaracji polskich intelektualistów z Nowego
Jorku). Warto zwrócić szerszą uwagę na tę bardzo często przemilczaną
dziś przez niektórych tendencyjnych autorów deklarację polskich i
żydowskich intelektualistów z USA, tak szybko wskazującą na prawdziwe
źródła mordu na Żydach.
Bardzo istotnym podskórnym celem zajść antyżydowskich w Kielcach w 1946 roku było szukanie przez NKWD swoistego "anty-Katynia". Akurat na 3 dni przed krwawymi zajściami w Kielcach - 1 lipca 1946 roku - rozpoczęło się postępowanie dowodowe Trybunału Narodów w Norymberdze w sprawie Katynia. 4 lipca, tj. w dniu pogromu, zaczęły się przemówienia stron w tej sprawie. Osoby dobrze poinformowane wiedziały już wtedy, że nie ma szans dowiedzenia Niemcom hitlerowskim udziału w zbrodni na polskich oficerach. Zostawał jedyny faktyczny winny - Związek Sowiecki (szerzej uwagi K. Kąkolewskiego na ten temat w książce "Umarły cmentarz", Warszawa 1996).
Przemilczane zajścia antyżydowskie w innych krajach
Co najbardziej zdumiewa w sprawie zbrodni kieleckiej 1946 roku, to fakt skrajnego przemilczenia przez ogromną część badaczy w Polsce tego, że podobne zbrodnie miały miejsce po 1944 roku także w innych krajach, które znajdowały się pod kontrolą sowiecką, a więc na Słowacji, na Węgrzech i na Ukrainie. Co więcej, wszędzie tam wydarzenia rozgrywały się wyraźnie według bardzo podobnego scenariusza jak w Kielcach. Bardzo podobne było w nich zachowanie wojska i milicji oraz wyraźna rola sprawców o komunistycznej proweniencji, których nigdy nie ukarano. Bardzo podobne były też cele polityczne zajść antyżydowskich w innych krajach. Tak jak zajścia w Kielcach miały odwrócić uwagę Zachodu od monstrualnie sfałszowanego referendum, tak zajścia na Węgrzech czy Słowacji miały odwracać uwagę od przejawów skrajnego bezprawia i gwałtów, dokonywanych przez wojska sowieckie - rozprawy z prozachodnią opozycją. Docierające na Zachód wieści o zlinczowaniu Żydów w Kunmadars, Azd czy Miskolcu miały skutecznie przesłaniać sprawy wielu tysięcy gwałtów, popełnionych przez żołnierzy sowieckich na Węgrzech, czy nawet bestialstw w stylu zamordowania przez pijanych żołdaków sowieckich katolickiego biskupa Gyórmosa Apora (za to, że próbował udzielić schronienia w swym pałacu biskupim kobietom uciekającym przed sowieckimi gwałcicielami). Nieprzypadkowo seria gwałtownych zajść na Węgrzech (od Kunmadars po Miskolc) przypadła na czas wiosny - lata 1946, gdy sowieckie władze okupacyjne rozpoczęły z pomocą węgierskiej komunistycznej milicji i bezpieki kampanię aresztowań i zastraszeń dla osłabienia bazy politycznej prozachodniego rządu Ferenca Nagya.
W opracowanej przez grupę wybitnych żydowskich badaczy na Zachodzie monografii historii Żydów w państwach zależnych od Związku Sowieckiego zwrócono szczególną uwagę na znamienne zachowanie pozostających pod nadzorem komunistów "sił porządku": wojska i policji. W czasie zajść antyżydowskich w mieście Velke Topolcany 24 września 1945 r. w toku sześciogodzinnych zamieszek zniszczono wszystkie mieszkania żydowskie, raniono 49 osób. Policja przez cały ten czas nie tylko nie interweniowała w obronie napadniętych Żydów, lecz przeciwnie, uczestniczyła wraz z wojskiem w pogromie (por. The Jews in the Soviet Satellites by Peter Meyer, Bernard D. Weinryb i in., Westpoint, Connecticut 1953, s. 105).
Podobnie jak w Słowacji, a później w Polsce, także i na Węgrzech wiosną 1946 r. w miejscowościach, w których dochodziło do krwawych zajść antyżydowskich, umocnione jednostki kontrolowanej przez komunistów milicji nie były skłonne do interweniowania (tak było w Kunmadars w maju 1946 r. czy w Diósgyör w czerwcu 1946 r.). We wspomnianej historii Żydów w państwach satelickich pisano, iż pomimo faktu, że śledztwo wykryło, że sprawcami pogromu w Kunmadars byli członkowie partii komunistycznej, faktyczni sprawcy uniknęli kary (The Jews in the Soviet Satellites, s. 425).
Na Węgrzech do pierwszych gwałtowniejszych zajść antyżydowskich po wojnie doszło w "zd i Sajószentpeter 23 lutego 1946 r. Koncentrowały się one głównie na grabieży sklepów i mieszkań. 23 maja 1946 r. chłopi w Kunmadars, podburzeni przez ewidentnego prowokatora (Zsigmonda Totha), zabili trzech kupców żydowskiego pochodzenia i ciężko poranili osiemnastu innych. W czerwcu 1946 podpalono synagogę w Mak. 30 lipca 1946 r. wielotysięczny tłum w Miskolcu (drugim po Budapeszcie pod względem liczebności mieście Węgier) zlinczował dwóch kupców - Żydów, a w kolejnych zajściach zamordował również Żyda - oficera bezpieki (wszystkich uczestników zajść antyżydowskich w Miskolcu wypuszczono na Węgrzech na wolność po niecałym roku).
Na łamach popularnego węgierskiego dziennika "Magyar Nemzet" z 15 marca 1991 r. przytoczono wymowne oceny węgierskiego historyka Marii Schmitd. Stwierdzała ona, że to ręka sowieckich tajnych służb kryła się za histerią wokół mordów rytualnych, wzniecaną w Słowacji w kwietniu 1946 r., na Węgrzech w maju 1946 r. (obok Kunmadars także w Mezökövesd i Hajduhadhaza) oraz w Polsce w lipcu 1946 r. Zdaniem Marii Schmidt: "Sowieckie kierownictwo chciało uwolnić się od żydowskich warstw religijnych, burżuazyjnych i mieszczaństwa, które traktowali jako bazy 'kapitalizmu'; pragnęło zaostrzyć problemy mocarstw zachodnich, przyjmujących żydowskich uchodźców, a w szczególności Wielkiej Brytanii, zajmującej Palestynę. I wreszcie, przypisując pogromy manipulacjom prawicowej 'reakcji', chciano umocnić na wschodzie i zachodzie Europy obóz komunistów, członków partii i sympatyków żydowskiego pochodzenia (...)" (cyt. za Janos Pelle, A kunmadarasi pogrom. Shylock Hunniban II, "Magyar Nemzet" 15 marca 1991 r.).
Trzeba przyznać, że wszędzie władzom komunistycznym udało się osiągnąć zamierzone efekty. Wśród Żydów na Węgrzech, w Polsce czy Słowacji umacniały się sympatie prokomunistyczne, poczucie, że tylko Armia Czerwona jest w tych krajach jedynym prawdziwym obrońcą Żydów wobec miejscowych "nacjonałów" i "reakcjonistów". Nader wymowny pod tym względem był list Móra Reinhardta do prezesa religijnej wspólnoty żydowskiej na Węgrzech Lajosa Stöcklera z dnia 5 sierpnia 1946 r., wkrótce po pogromie Żydów w Miszkolcu: "Niech rosyjskie władze wojskowe wypuszczą Żydów z kraju. Tak jednak, aby nie musieli się oni starać nielegalnie o wydostanie. Do czasu zaś, gdy będzie trwał proces ich emigracji - a może on ze względu na sytuację w Palestynie przeciągnąć się nawet do roku, dwóch lat - niech Armia Czerwona okupuje ten kraj w celu bronienia nas." (cyt. za J. Pelle: A kunmadarsi pogrom...). A więc doszło do jednoznacznego postulowania, by Armia Czerwona bezprawnie okupowała dłużej Węgry, tylko w celu bronienia Żydów przed niebezpiecznymi Madziarami! Powstawanie tego typu odczuć było szczególnie cennym dla Sowietów efektem ich pogromowych prowokacji. Najwyższy czas, by badający sprawę antyżydowskich zajść w Kielcach naukowcy polscy i żydowscy odeszli wreszcie od swoistego wąskiego "polonocentryzmu" w tej sprawie i zwrócili uwagę na badania nad przebiegiem i inspiracją dla podobnych pogromów w Słowacji czy na Węgrzech. Może łatwiej trafi się w ten sposób na ślady sprawców wydarzeń.
Część II
Kampania propagandowa na tle zajść w Kielcach stanowi niewątpliwie jeden z najbardziej kompromitujących epizodów w historii komunistycznego kłamstwa w Polsce. Można wprost podziwiać rozmiary fantazji ówczesnych reżimowych oszczerców, łatwość z jaką natychmiast "odkryli" rzekomych sprawców zbrodni i jej mocodawców.
Manipulacje komunistycznej propagandy
Minister bezpieczeństwa publicznego Stanisław Radkiewicz oświadczył na
pogrzebie zamordowanych Żydów, że wydarzenia w Kielcach były dziełem
emisariuszy Rządu Polskiego na Zachodzie i generała Andersa przy
poparciu AK-owców (według: ks. Daniel Olszewski, Polski antysemityzm w
czasie okupacji i po wojnie, "Znaki czasu" 1987, nr 7, s. 91).
Sekretarz generalny PPR Władysław Gomułka stwierdził w przemówieniu wygłoszonym na zebraniu aktywu PPR i PPS w Warszawie 6 lipca 1946: "(...) Faszyści polscy, ci sami, którzy tak entuzjazmują się na sam widok pana Mikołajczyka i których on wita lordowskim uśmiechem zadowolenia, prześcignęli w antysemickim szale morderców hitlerowskich (...) (W. Gomułka, Artykuły i przemówienia, tom II, styczeń 1946 - kwiecień 1948, Warszawa 1964, s. 170.)
Członek Biura Politycznego KC PPR Jakub Berman utrzymywał w rozmowie z ambasadorem amerykańskim w Polsce Arthurem Bliss-Lane 11 lipca 1946 r., że zajścia w Kielcach były częścią ogólnego planu podziemnych "band" - szczególnie Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ) i organizacji Wolność i Niezawisłość (WiN), którego celem było wywołanie w całym kraju niechęci do rządu. (A. Bliss-Lane, Widziałem Polskę zdradzoną, Warszawa, wyd. podziemne "Krąg", s. 133).
Pułkownik Grzegorz Korczyński, przemawiając 19 lipca 1944 r. na posiedzeniu Komisji Administracji i Bezpieczeństwa KRN jako przedstawiciel MBP, zrzucił całą winę na działania organizacji podziemnych NSZ i WiN-u oraz andersowców. Stwierdził, że w czasie antyżydowskich zajść słychać było okrzyki: "Precz z rządem, premierem, bezpieczeństwem", "Niech żyje Anders", a w tłumie jakoby uwijali się ludzie w mundurach andersowskich, którzy dyrygowali tłumem (por. K. Kersten, Polacy. Żydzi. Komunizm, Warszawa 1992, s. 125).
W oficjalnej odezwie do ludności miasta Kielc z dnia 4 lipca 1946 r. oświadczano: "Opłacane złotem bandy leśne NSZ, WiN, AK dokonały zbrodni" (cyt. za ks. D. Olszewski, op. cit., s. 91).
Szczególnie znamienny ton miała rozplakatowana na murach Kielc odezwa podpisana przez przedstawicieli PPR, PPS, SP, PSL, SL, SD oraz Okręgowej Komisji Związków Zawodowych, która zdumiewała określeniami charakterystycznymi dla sowieckiego żargonu w ulotkach do Polaków oraz typowymi błędami stylistyki i pisowni polskiej. Pisano w niej: "(...) Nieodpowiedzialne elementy, wyzyskując tłum zgromadzony na skutek tendencyjnie rozsiewanych fałszywych wieści przez najemnych słuchaczów (sługusów - zapytuje w komentarzu K. Kersten) polskiej szlachty - chciały dokonać zbrodniczego zamachu na resztkach ludności żydowskiej, która przeszedłszy gehennę piekła hitlerowskiego i ocalawszy w znikomej części szukała schronienia w naszym miejcie. Są ranni i zabici. Rzuca to plamę na cały naród polski w oczach zagranicy i przyszłych pokoleń. Dorzuca to jeszcze jeden kamień hańby do tych wszystkich zbrodni, jakie były już popełnione przez rzeczywistych organizatorów spod znaku reakcyjnych sił polskich panów z NSZ (...)". (K. Kersten, op. cit., s. 97-98).
Komentując ulotkę K. Kersten pisała: "Kto, gdzie napisał i wydrukował ten tekst? Kto go kazał rozkleić na murach? Jest oczywiste, że władze żadnej z wymienionych partii nie mogły w tym przedsięwzięciu uczestniczyć (...)" (tamże, s. 98).
Wyjaśniając zapytania K. Kersten, można przypuścić, że ulotkę tego typu ze zwrotami o "polskiej szlachcie" i "polskich panach" mógł napisać tylko ktoś, kto przez lata aktywnie działał w sowieckiej antypolskiej propagandzie. Mógł to zrobić ktoś nadal aktywny w służbie NKWD, być może niedawno repatriowany z Rosji repatriant pochodzenia żydowskiego lub przyuczający się polskiego Rosjanin, który robił potworne błędy w stylistyce i pisowni. Dlaczego Kerstenowa uważa, że władze żadnej z wymienionych partii nie mogły w tym przedsięwzięciu uczestniczyć? PSL na pewno nie, ale jest bardzo prawdopodobne, że PPR - tak. Według sprawozdania instruktorów KC PPR z pobytu w województwie kieleckim od 4 do 15 lipca 1946 r.: "Postanowiono wydać odezwę, podpisaną przez wszystkie Stronnictwa. Odezwa została nazajutrz rozplakatowana" (wg: Antyżydowskie wydarzenia kieleckie 4 lipca 1946 roku. Dokumenty i materiały, tom II. Oprac. i przygotował do druku Stanisław Meducki, Kielce 1994, s. 141).
7 lipca 1946 r., w rezolucji Wojewódzkiego Komitetu PPS i Wojewódzkiego Komitetu PPR wystąpiono ze skrajnie absurdalnymi zarzutami głoszącymi, iż kler katolicki w Kielcach "przez swe zaczepne wystąpienia antyrządowe z ambon przygotował nastroje pogromu i zbrodni." (por. tamże, s. 119). Po latach stanowczo odciął się od tego typu interpretacji wojewoda kielecki w 1946 roku Eugeniusz Wiślicz-Iwańczyk, stwierdzając w swych wspomnieniach: "(...) Włączenie się Kurii Biskupiej do uspokojenia nastrojów antyżydowskich i na tym tle antyrządowych, dało widoczne rezultaty. Niestety nie potrafiliśmy w większym stopniu wykorzystać dobrej woli dostojników Kościoła. W tamtych czasach nie znaliśmy pojęcia 'dialogu', lecz jedynie pojęcie 'zaostrzającej się walki klasowej'. Jest oczywiste, że najłatwiej jest własne błędy zrzucać na rzeczywistego lub wyimaginowanego 'wroga klasowego'. Świadczy o tym chociażby uproszczona i przedwczesna ocena kieleckich wydarzeń, opracowana w formie rezolucji przez Wojewódzkie Komitety Polskiej Partii Robotniczej i Polskiej Partii Socjalistycznej zaledwie w 3 dni po pogromie i na 4 dni przed mającym się odbyć sądem (...)." (tamże, s. 90).
Ataki na "reakcję" jako rzekomego sprawcę zbrodni w Kielcach twórczo rozwinęła reżimowa prasa. Katowicka "Trybuna Ludu", będąca wówczas miejscową gazetą lokalną także dla Kielc (kieleckie "Słowo Ludu" jeszcze nie istniało), napisała w dniu 6 lipca 1946 r.: "(...) Niesłychana prowokacja elementów reakcyjnych (...) Aresztowano 62 podżegaczy i sprawców pogromu. Nigdy prawdziwe źródło tego rodzaju zbrodni nie było tak jasne jak w tym przypadku. Czy Adolf Hitler nie zaczął od pogromów Żydów? Kieleckie kołtuny, zarażone hitlerowską trucizną, dawaną przez andersowskich bandytów, mszczą się za klęskę referendum (...)" (cyt. za ks. D. Olszewski, op. cit., s. 91). "Gazeta Ludowa" z 8 lipca popisała się już skrajnym atakiem na polską hierarchię katolicką, stwierdzając: "(...) Winni pogromowi kardynał Hlond, Kuria Biskupia w Kielcach, biskup częstochowski Kubina (...)" (tamże, s. 91-92). W rzeczywistości ks. biskup Kubina odegrał bardzo dużą rolę w uspokojeniu nastrojów w Częstochowie przez odezwę do społeczeństwa z 7 lipca 1946 r. i in. Przyznawano to nawet w piśmie Powiatowego Oddziału Informacji i Propagandy w Częstochowie do Wojewódzkiego Urzędu Informacji i Propagandy w Kielcach z 29 sierpnia 1946 r. (por. Antyżydowskie wydarzenia..., op. cit., t. 2, s. 115).
Wszystkie rekordy kłamstw pobił artykuł Piotra Borowego opublikowany na łamach głównego marksistowskiego organu kulturalnego "Kuźnica", redagowanego przez takich koryfeuszy reżimowej ideologii, jak Mieczysław Jastrun, Adam Ważyk czy Stefan Żółkiewski. Borowy oskarżał zacofanych "prowincjuszy", którzy wierzą "nadal w trzecią wojnę i rozbiór Rosji, wierzą również w powrót Andersa i w noce 'długich noży', podczas których 'wyrżną co trzeciego Polaka'.
Motłoch jest łatwo podjudzić i pogromy takie endecja może robić również w innych miastach, nawet pod oknami kurii biskupich (...)" (cyt. za P. Borowy, Co wart jest gest Piłata, "Kuźnica" 5 sierpnia).
Do oficjalnych reżimowych oskarżeń przeciw "polskiej reakcji" jako rzekomej winowajczyni antyżydowskich zajść w Kielcach, bez wahania przyłączyli się czołowi przedstawiciele różnych organizacji żydowskich. Nie pozwolili sobie na zachowanie nawet cienia wątpliwości, choć chodziło o sprawę dotyczącą mordu na ich współziomkach, więc powinni być zainteresowani maksymalnym wyświetleniem wszystkich podejrzanych okoliczności, chociażby dziwnego zachowania sił bezpieczeństwa, wojska i milicji. Na posiedzeniach Centralnego Komitetu Żydów Polskich (CKŻP) jednoznacznie akcentowano rzekomą odpowiedzialność polskiej "reakcji" za zajścia w Kielcach. Jeden z czołowych oficjalnych liderów społeczności żydowskiej Adolf Berman, brat Jakuba, już 4 lipca informując zebranych na posiedzeniu Prezydium CKŻP o antyżydowskich zajściach w Kielcach, nazwał je "próbą odłamu faszystowskiego podburzenia społeczeństwa przeciw rządowi. Jest to rezultat przegranego przez nich referendum (...)" (K. Kersten, Polacy... op. cit., s.103). Tak "poinformowany przez Adolfa Bermana Centralny Komitet Żydów Polskich nie miał wątpliwości co do potencjalnych winnych i w swym komunikacie zaakcentował, że pogrom kielecki przeprowadzono pod hasłem: 'bij Żyda i niech żyje Anders'" (K. Kersten, op. cit., s. 103).
Podobny ton oskarżeń pod adresem polskiej "reakcji" dominował na kolejnych posiedzeniach CKŻP. Icchak Cukierman (pseudonim Antek) uznał, iż: "(...) Kielce, to początek organizowania zamachów na Żydów (...) Dookoła zorganizowanych sił faszyzmu stoją antysemiccy zbrodniarze. Rząd zaczyna się umacniać i walka z reakcją jest ciężka, można się spodziewać mordów na Żydach. Kielce nie były odosobnione (...)" (wg: K. Kersten: Polacy..., op. cit., s. 104). Przedstawiciel PPR w Prezydium CKŻP Paweł Żelicki ocenił: "(...) reakcja po straconym referendum zaczęła ostrą walkę przeciw rządowi. Wysuwa się konik antyżydowski (...) zamiarem reakcji było zdyskredytowanie rządu za granicą (...). W kampanii za granicą przeciw ośrodkom, które inspirowały i przeprowadzały akcję, należy wskazać na udział wśród kieleckich napastników wojskowych w mundurach z napisem Poland oraz na zachowanie się kleru (...)" (tamże, s. 104). Żelicki i przedstawiciel Bundu postulowali, aby przeprowadzić odpowiednią kampanię propagandową za granicą, w imię "zwalczania tamtejszych ośrodków dyspozycyjno-pogromowych. Sugerowano, by publicznie interpelować Mikołajczyka w sprawie stanowiska PSL, zapytać go, 'dlaczego akceptuje mord kielecki'?".
Nie miał żadnych wątpliwości co do rzekomej roli "reakcji polskiej" jako
winowajczyni zajść w Kielcach również wpływowy amerykański dziennikarz
żydowski rodem z Polski Szmuel L. Shneiderman. W czasie pobytu w Polsce
spotykał się on głównie z komunistycznymi prominentami pochodzenia
żydowskiego, a urzeczony Mincem wyrażał się o nim tylko w superlatywach.
Dotarł do Kielc nazajutrz po zajściach i puścił w świat jedną z
pierwszych relacji, głosząc wszem i wobec, że chodzi o "diabelską
machinację polskich bandytów, którzy w Kielcach skutecznie dopełnili
robotę zaczętą przez nazistów (...)" (tamże, s. 105).
W ten sposób wpływowi przedstawiciele Żydów polskich i zagranicznych wydatnie pomogli w odwróceniu uwagi świata od prawdziwych inspiratorów mordu w Kielcach - komunistycznych zbrodniarzy z NKWD i UB. Swoimi wystąpieniami proreżimowymi, "anty-andersowskimi" i "anty-reakcyjnymi" potwierdzili zaś coraz powszechniejsze w społeczeństwie polskim przekonanie o identyfikacji przeważającej części Żydów polskich z komunistami.
Rzecz znamienna: polskie władze komunistyczne niezwykle mocno starały się maksymalnie nagłośnić zbrodnię kielecką na Zachodzie, i to w odpowiednio hańbiącym Polskę i Polaków szerokim kampanijnym kontekście. Jak przytaczał Krzysztof Kąkolewski w "Umarłym cmentarzu", linię oficjalnej propagandy komunistycznej na temat zbrodni kieleckiej na zagranicę ustalał kierownik Wydziału Zagranicznego KC PZPR Ostap Dłuski. W liście do ambasadora RP w Paryżu Stanisława Skrzeszewskiego zalecał, aby przeprowadzić odpowiednią "kampanię w prasie francuskiej, pisząc o znaczeniu i wadze tej kampanii tak ze względów ogólnopaństwowych, jak i w związku z okresem przedwyborczym". Jak akcentował Dłuski: "(...) Dobrze postawiona kampania opłaci się nam bardzo, nie trzeba być skąpym. (...) Sprawa sama w sobie powinna zainteresować każdego szczerego demokratę, patriotę francuskiego. Chodzi o to, by sprawie nadać szerokie tło polityczne - Monachium, Beck, Anders - a między innymi odsłonić prawdziwe korzenie afery kieleckiej (...)."
Władzom reżimowym miała się bardzo opłacać zagraniczna "kampania na temat wydarzenia hańbiącego imię Polski". Było to zaś tym bardziej perfidne, że to ich służalstwo wobec sowieckiej polityki NKWD umożliwiło dojście do całej tej ponurej sprawy.
Autor wydanej w 1993 roku w Toronto monografii PSL-u w latach 1945-47 Roman Buczek wyszczególnił następujące punkty dezinformacji lansowanej przez reżimową prasę w Polsce i część prasy zagranicznej, akceptującej komunistyczne wyjaśnienia:
1. "Nasłani agenci gen. Andersa organizują w Polsce pogromy Żydów;
2. Pewne ośrodki w Polsce nie chcą potępić
wypadków kieleckich według wskazań PPR, a więc były związane z
pozostałościami faszyzmu i z gen. Andersem;
3. Najważniejszym z tych ośrodków jest
Polskie Stronnictwo Ludowe kierowane przez Stanisława Mikołajczyka i
dlatego należy stronnictwo to rozwiązać, a jego przywódców odizolować od
społeczeństwa. W wystąpieniu swoim z dnia 6 lipca 1946 r. Gomułka
oskarżył nawet PSL o bezpośredni udział w pogromie w Kielcach;
3. Zabijający Żydów byli katolikami, ale
Kościół katolicki w Polsce nie chciał potępić wypadków w sposób przyjęty
przez komunistów, a zatem Kościół ten jest antysemicki i ponosi
odpowiedzialność za wydarzenia w Kielcach. Dlatego też jest uzasadnione
podjęcie z nim walki i skuteczne jego osłabienie. Już w trzy dni po
wypadkach zapowiedział to Osóbka-Morawski w swoim przemówieniu.
5. Domaganie się przez PSL likwidacji
Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i ograniczenia postępowania
rządu tymczasowego jest szkodliwe, ponieważ w społeczeństwie polskim
nadal wpływ mają elementy faszystowskie, wobec czego postępowanie władz
jest uzasadnione (...)" (R. Buczek "Na przełomie dziejów. Polskie
Stronnictwo Ludowe w latach 1945-1947", Toronto 1985, s. 206-207).
Bardzo szybko miało się okazać, że nie ma żadnych dowodów udziału jakichkolwiek "reakcjonistów", "andersowców" etc. w zajściach kieleckich, żadnego z nich nie aresztowano i nie skazano. W wyroku nie znalazło się też ani jedno słowo na ich temat. Atakując PSL, całkowicie przemilczano fakt, że Mikołajczyk natychmiast potępił zajścia kieleckie, ale cenzura skonfiskowała jego oświadczenie. Odrzucono też zaproponowany przez PSL projekt powołania specjalnej komisji wyłonionej przez wszystkie ugrupowania polityczne dla zbadania kulisów kieleckiej zbrodni.
Co wywoływało niechęć do Żydów
Znamienna była rola, jaką w propagandzie komunistycznej 1946 roku wokół
zajść antyżydowskich w Kielcach przypisywano rzekomej "ciemnocie"
kielczan, średniowiecznym fobiom zacofanego motłochu, który gotów jest
uwierzyć w najskrajniejsze nawet bzdury o mordach rytualnych etc. Tego
typu tezy, o dziwo, podejmowane są po dziś dzień w niektórych
tendencyjnych tekstach na temat zbrodni kieleckiej. Ton nadaje tu
Krystyna Kersten, która, by odwrócić uwagę od faktycznej roli NKWD jako
inspiratora i organizatora zbrodni, wini za nie "polskie fobie,
uprzedzenia, mity korzeniami sięgające średniowiecza".
W pierwszych latach powojennych nie brakowało punktów zapalnych prowadzących do antyżydowskości w szerokich kręgach społeczeństwa polskiego. Nie były to jednak wcale żadne średniowieczne mity i fobie, religijne uprzedzenia "motłochu", jak tyle razy próbowano wmawiać w propagandowych opracowaniach. Były różne realne czynniki niechęci, wynikające z konkretnego rozwoju wydarzeń w Polsce w pierwszych latach powojennych.
Dywagacje o ciemnocie kielczan, ich przerażającym zacofaniu i wierze w średniowieczne banialuki o mordzie rytualnym, przesłaniają prawdę o istniejących rzeczywiście w ówczesnych Kielcach różnorakich politycznych, gospodarczych i społecznych źródłach napięć w stosunkach z Żydami.
Z jednej strony chodziło o kontrasty ekonomiczne, prowadzące do niechęci.
"wczesny wojewoda kielecki Eugeniusz Wiślicz-Iwańczyk wspominał,
akcentując: "Błędy w beztroskim zachowaniu Gminy Żydowskiej, polegające na jaskrawej różnicy w wysokim poziomie życia bez produkcyjnej pracy, kiedy robotnicy dosłownie głodowali (...). W Kielcach najliczniejsza grupa Żydów zamieszkiwała w dużej kamienicy przy ul. Planty 7 (...). Ta, zdawałoby się mała społeczność żydowska, stała się bardziej widoczna, ponieważ żyła na dużo wyższym materialnym poziomie od spauperyzowanego w czasie długoletniej wojny środowiska polskiego. Drogie garnitury, złote obrączki na palcach, mnogość pieniędzy i widoczna niechęć do podejmowania nieopłacalnej wówczas pracy, nie mogły zostać niezauważone przez społeczeństwo polskie. (cyt. za "Antyżydowskie wydarzenia kieleckie 3-4 lipca 1946 roku. Dokumenty i materiały" oprac. Stanisław Meducki, Kielce 1994, t. II, s. 81, 83).
Tendencyjni autorzy gruntownie przemilczają jedną z najważniejszych przyczyn nasilania się niechęci do Żydów w Kielcach - chodziło o szczególnie duże zgromadzenie się osób pochodzenia żydowskiego w kieleckim aparacie władzy, w UB i PPR.
Żydami z pochodzenia byli: prezydent miasta Kielce Zarecki, szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (WUBP) Andrzej Kornecki (Dawid Kornhendler), sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PPR Józef Kalinowski, kierownik Wydziału Personalnego KW PPR Julian Lewin, zastępca szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (PUBP) Albert Grünbaum, szefowa Sekretariatu Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego Eta Lewkowicz-Ajzenman, dowódca oddziału wojskowego wysłanego na pomoc Żydom na Plantach major Konieczny, szef wydziału personalnego WUBP (Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego) Marian (po wyjeździe z Polski występował jako Morris) Kwaśniewski (dane za książkami: "Antyżydowskie... s. 81, 102, 106, 139; "Zabić Żyda. Kulisy i tajemnice pogromu kieleckiego 1946", oprac. Tadeusz Wiącek, Kraków 1992, s. 6 i 11; K. Kąkolewski "Umarły cmentarz", Warszawa 1996, s. 43-44, 81, 144-145 i J. Śledzianowski "Pytania nad pogromem kieleckim", Kielce 1999, s. 52, 65, 77, 138).
Najgorsze problemy wywoływał fakt, że duża część z wymienionych powyżej dygnitarzy i funkcjonariuszy pochodzenia żydowskiego nie była ani osobami uczciwymi, ani kompetentnymi. Przynajmniej o paru z nich wiemy, że wywoływali powszechne oburzenie swymi nadużyciami.
I tak na przykład fatalną sławą w Kielcach cieszył się prezydent miasta Zarecki. Jak pisano w sprawozdaniu instruktorów KC PPR z pobytu w wojewódzkie kieleckim w czasie od 4 do 15 lipca 1946 r.: "Niektórym partyjniakom polskim wydaje się nawet, że Komitet Centralny faworyzuje Żydów - toleruje nawet nadużycia - o ile popełnia je Żyd. Wysuwany jest przykład Prezydenta miasta Kielc, którym był Żyd Zarecki. Popełnił on szereg nadużyć: miejscowa organizacja wyrzuciła go z Partii, Komitet Centralny przywrócił mu prawa członka Partii. Zarecki wyjechał na Zachód, gdzie również popełnił szereg nadużyć" ("Antyżydowskie..., s. 139).
Celował w nadużyciach także inny towarzysz pochodzenia żydowskiego - szef
Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego Andrzej Kornecki. Według
tekstu Włodzimierza Kalickiego ("Zabij Żyda" w "Gazecie Wyborczej" z 7-8
lipca 1990): "Zwolenników PPR irytowała z kolei wszechwładza osób
pochodzenia żydowskiego. Poprzedni szef WUBP Andrzej Kornecki wedle
ówczesnych relacji wielokrotnie popełniał rozmaite wykroczenia i
nadużycia - i zawsze był ratowany przez władze zwierzchnie". Wojewoda
Wiślicz-Iwańczyk zarzucał z kolei Korneckiemu prowokacyjne łamanie
praworządności. Powszechnie dominowała opinia łącząca UB z Żydami.
Włodzimierz Kalicki we wspomnianym tekście pisał, że: "Milicjanci nie
cierpieli UB, utożsamianego z Żydami (...)".
Był jeszcze jeden groźny punkt zapalny w stosunkach polsko-żydowskich. Od pierwszych miesięcy 1946 r. przybywały do Polski kolejne transporty repatriantów Żydów. W połowie 1946 r. liczba Żydów w Polsce wynosiła 244 tysiące. Równocześnie z repatriacją Żydów z ZSRS do Polski, w tym samym czasie, w przeciwnym kierunku - do Rosji Sowieckiej - szły zupełnie inne pilnie strzeżone transporty kolejowe, pełne polskich patriotów z AK wywożonych na Syberię.
Świadomość negatywnych nastrojów wobec Żydów, panujących w Kielcach w połączeniu z faktem, że było to jedno z najbardziej antykomunistycznych miast w Polsce, leżała prawdopodobnie u podstaw decyzji zorganizowania zajść antyżydowskich właśnie w tym mieście. Organizatorzy prowokacji liczyli, że hasło: "Bij Żyda!" wywoła tam szerokie poparcie. W rzeczywistości, wbrew kłamstwom propagandy komunistycznej, do zajść zainicjowanych przez wojsko i milicję nie przyłączyły się żadne większe grupy ludności, a tym bardziej elementy "reakcyjne" i "antykomunistyczne", które mogłyby stać się idealnymi obiektami późniejszych procesów.
Część III
Zdumiewa upór, z jakim niektórzy tropiciele "polskiego antysemityzmu" próbują zafałszować prawdziwy obraz prowokacji kieleckiej 1946 roku wbrew prawdzie historycznej. Negując jakże wiele dowodów na to, że zajścia były zorganizowane przez agenturę NKWD i bezpiekę, idą dosłownie w zaparte, by przedstawić zbrodnię kielecką jako rzekomy, samoistny wybuch złowieszczej antysemickiej ciemnoty kieleckiego motłochu i działań polskiej "reakcji". Zupełnie w tym samym stylu jak to robiono, i to na jakże szeroką skalę, w dobie rządów komunistycznych, bezpośrednio po prowokacji kieleckiej. A tymczasem fakty aż nadto mówią za siebie. Dość przypomnieć choćby, jakże wyraźnie wskazujący na rolę komunistycznych władz i komunistycznego aparatu przemocy, przebieg samych 1-lipcowych zajść antyżydowskich w Kielcach 1946 roku. I kolejną, układającą się w swoistą mozaikę serię wydarzeń, takich jak zacieranie śladów zbrodni przez władze, likwidowanie niewygodnych świadków i przebieg sfabrykowanego procesu w sprawie zbrodni kieleckiej, prowadzonego najwyraźniej tak, aby nie znaleźć prawdziwych winnych.
H. Błaszczyk, syn ubeka
Jak wiadomo, cała prowokacja kielecka zaczęła się od puszczenia pogłosek o porwaniu przez Żydów małego Henryka Błaszczyka, który - jak głoszono - przypuszczalnie padł ofiarą mordu rytualnego. W rzeczywistości mały Henryk był ukrywany w jakimś nieznanym miejscu. Wśród tych, którzy rozpowszechniali pogłoskę, był sam Walenty Błaszczyk, ojciec rzekomo porwanego Henryka. Dziś wiemy, że ojciec rzekomo uprowadzonego chłopca był sam agentem kieleckiej służby bezpieczeństwa i działał pod pseudonimem "Przelot". O jego agenturalnej roli piszą zgodnie Michał Chęciński, były oficer WP żydowskiego pochodzenia (w tekście "Moskiewski trop" na łamach "Gazety Wyborczej" z 5 lipca 2000 r.), Krzysztof Kąkolewski w książce "Umarły cmentarz" (Warszawa 1996, s. 75) i ksiądz Jan Śledzianowski w książce "Pytania nad pogromem kieleckim" (Kielce 1999, s. 39). Ksiądz Śledzianowski cytował w swojej książce rozmowę z Henrykiem Błaszczykiem, który jednoznacznie opowiadał o roli jego ojca i ubeków w prowokacji kieleckiej. Zapytany przez ks. Śledzianowskiego: "(...) Czy nie uważa pan, że ojciec pański w tej sprawie bardzo zawinił?", Henryk Błaszczyk odpowiedział m.in.: "Na pewno! Przecież później oni do ojca przychodzili (...) Ubowce! Ja ich znałem z widzenia. (...) Widziałem jak zakutych ludzi ściągali z samochodów... Szybko rozpoznawałem aresztowanych więźniów i tych, którzy pilnowali, bili w różny sposób, popychali, kopali. Tych ubowców rozpoznawałem potem u nas na Podwalnej. Przychodzili do ojca, palili papierosy i pili wódę (...). W naszym mieszkaniu to była taka melina UB. Nawet jeden z tych ubowców ożenił się u ojca brata z córką (...)". (J. Śledzianowski, op. cit., s. 24-25).
A oto fragment dalszego dialogu między ks. J. Śledzianowskim a Henrykiem Błaszczykiem: "- Czy ojciec za tę przysługę dla UB, że sam kłamał i 8-letniemu dziecku nakazał kłamać, coś od ubowców czy peperowców otrzymał? Jakieś pieniądze?
- Na pewno! Coś za to otrzymał (...).
- A co matka? Czy ona też była w to wmieszana?
- Nie wiem. Pamiętam, że po śmierci ojca zawsze mówiła, żeby z nikim o tym
nie rozmawiać. W czasie 'Solidarności', jeszcze przed stanem wojennym,
kiedy różni ludzie zaczęli się sprawą interesować i odnajdywali mnie,
matka prosiła, abym nic nie mówił, bo zginę (...). (cyt. za J.
Śledzianowski, op. cit., s. 25-26).
Inna sprawa, że na swój sposób zatroszczono się, żeby Henryk Błaszczyk nic nie mówił o tym, co się naprawdę stało w Kielcach w 1946 roku, związując go pracą z PZPR. Przez wiele lat, aż do rozwiązania PZPR, Henryk Błaszczyk pracował - z bronią w ręku - w ochronie gmachu Komitetu Wojewódzkiego PZPR.
Kto mordował Żydów w Kielcach?
cW tendencyjnych artykułach i wypowiedziach na temat zbrodni kieleckiej 1946 roku próbowano przedstawiać ją jako wynik rozszalałych działań ogromnego tłumu "zdziczałych, krwiożerczych, antysemickich" Polaków. "Wprost" pisało na przykład, że to 20 tysięcy mieszkańców Kielc biło i mordowało Żydów. Prasa amerykańska w różnych okresach pisała o 30, a nawet 70 tysiącach mieszkańców Kielc uczestniczących jakoby w pogromie, co stanowiłoby więcej niż cała ówczesna ludność Kielc (por. K. Kąkolewski, op. cit., s. 144). Warto więc przypomnieć, że najbardziej wiarygodni świadkowie wydarzeń, jak Andrzej Drożdżeński ("Polityka", nr 28 z 1990 r.), szacują tłum na około 300 osób.
Trzeba znać dobrze topografię tamtego terenu, by wiedzieć, że na placu przed domem nad Plantami, gdzie doszło do zbrodni, w żadnym razie nie mogły się zmieścić tysiące osób, jak głoszą kłamliwi publicyści. Sędzia Andrzej Jankowski, dyrektor Okręgowej Komisji ds. Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Kielcach, stwierdził wprost: "Zacznę od liczb, gdyż podaje się je zwykle zawyżone. Np. tygodnik 'Wprost' pisze, że 20 tys. kielczan biło Żydów. Jest to fizycznie niemożliwe, jako że przy domu żydowskim na Plantach mogło się zmieścić co najwyżej 500 osób. Przy czym zdecydowana większość to byli gapie. Cywilnych uczestników pogromu mogło być jednorazowo maksymalnie kilkudziesięciu (cyt. za J. Pisiewicz, Sprawa ciągle niejasna, "Słowo - Dziennik katolicki" nr 199 z 1996 roku). Taki "tłum", złożony w przeważającej części z gapiów, mogła z łatwością rozproszyć niewielka nawet jednostka wojska, milicji czy UB. A przypomnijmy, że w tym okresie w Kielcach stacjonowały duże liczebnie formacje wojska i różnych sił porządkowych ze względu na fakty, że Kieleckie "było jednym z najsilniejszych centrów działania partyzantki antykomunistycznej". Krzysztof Kąkolewski pisał w "Umarłym cmentarzu" (s. 145) o obliczeniach Zenona Wrony szacującego na 215 osób liczbę stacjonujących w Kielcach żołnierzy (z wojska, KBW, informacji wojskowej, żandarmerii wojskowej) pracowników UB, pracowników MO. Do tego Kąkolewski dolicza jednak jeszcze pominięte przez Wronę takie jednostki, jak II Kompania KBW, szkoła milicyjna, służba ochrony gmachów - budynków UB. Do tego dochodził również stacjonujący w Kielcach garnizon sowiecki. Warto w tym kontekście przypomnieć uwagi Michała Chęcińskiego, b. oficera WP pochodzenia żydowskiego. W swym artykule na temat zbrodni kieleckiej, publikowanym w "Gazecie Wyborczej" z 5 lipca 2000 roku, Chęciński pisał, że: "(...) rok wcześniej podczas pogromu w Krakowie radzieckie czołgi wyruszyły na ulice Krakowa i niezwłocznie ochłodziły zamiary tłumu. W Kielcach garnizon radziecki znajdował się kilkaset metrów od miejsca pogromu".
Tylko że dowódcy sowieccy nie zrobili niczego dla spacyfikowania sytuacji przed domem na Plantach, podobnie jak nic nie zrobili dowódcy polskich jednostek wojskowych czy UB. Przeciwnie, to właśnie wojskowi pierwsi zaczęli mordowanie Żydów. To oficer informacji wojskowej strzelił w głowę przewodniczącemu Komitetu Żydowskiego w Kielcach Sewerynowi Kahane. (por. J. Śledzianowski: op. cit., s. 54; K. Kąkolewski, op. cit, s. 156). Znamienne jest, jaka go za to później spotkała "kara". Według K. Kąkolewskiego (op. cit., s. 157): "Oficer informacji został aresztowany, a później został zwolniony w ramach 'powyborczej 1947 amnestii'. Dodajmy, że amnestia ta była przeznaczona dla niewinnie oskarżonych AK-owców i zapełniających więzienia WiN-owców, ale skorzystał na niej nazistowski komunistyczny morderca Żydów". Według tajnego raportu opracowanego przez ks. biskupa Czesława Kaczmarka: "dwie trzecie Żydów zostało zamordowanych przy pomocy broni używanej przez wojsko" (wg K. Kąkolewski, op. cit., s. 119). Także kard. August Hlond mówił w rozmowie z włoskim dziennnikarzem, przedstawicielem włoskich Żydów Ballonim: "mordercami nie był lud, ale milicja, która podjęła walkę z biednymi Żydami (...)" (tamże
s. 120). K. Kąkolewski pisał (op. cit. s. 80): "Wszyscy najbardziej tendencyjnie nastawieni autorzy piszący o pogromie są zgodni co do tego, że wdarcie się grupy umundurowanych i cywilnych funkcjonariuszy wraz z trzema mężczyznami, którzy złożyli skargę, i dzieckiem, domniemanym świadkiem, stało się początkiem mordu". Znamienne było na tym tle zachowanie zastępcy szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa w Kielcach, ubeka żydowskiego pochodzenia Alberta (Fajwisza Altera) Grynbauma. Jak to przypomniał Michał Chęciński na łamach "Gazety Wyborczej" z 5 lipca 2000 r.: "W gmachu WUBP [Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego - J.R.N.] miało się odbyć spotkanie uratowanych, potencjalnych ofiar pogromu z dziennikarzami zagranicznymi. Por. Grynbaum zjawił się tam o wiele wcześniej i apelował do zebranych, żeby nie ujawnili, jak haniebnie zachowała się milicja i wojsko, bo wykorzysta to antysemicka reakcja. Większość świadków pogromu uległa namowom Grynbauma".
O tego typu zachowaniu Grynbauma wspominał też Jechiel Alpert, b. zastępca przewodniczącego Wojewódzkiego Komitetu Wojskowego dr. S. Kahane. Opisał on, co następuje: "Pogrom był w czwartek. W piątek rano porucznik Albert [Grynbaum - J.R.N] z UB prosił mnie, żebym pojechał do szpitala i rozpoznał zabitych, że tam będzie komisja sądowa i korespondenci amerykańskiej prasy i żebym im nie mówił, że to wojsko mordowało" (cyt. za J. Śledzianowski, op. cit. s. 102).
Warto dodać, że w zajściach antyżydowskich czynny udział wzięła jeszcze bojówka PPR - ORMO z huty "Ludwinów". Według sędziego A. Jankowskiego, było w niej 6 nieznanych robotników, którzy mieli broń, zaraz po pogromie zniknęli i przypuszczalnie byli prowokatorami. (por. J Śledzianowski op. cit. s. 108). Niestety, księga zapisów działań ORMO przy hucie "Ludwinów" zginęła w latach 80. (tamże s. 105).
Ksiądz Śledzianowski przypusza, że w miejsce autentycznych robotników z "Ludwinowa", do zbrodniczej akcji na Plantach został skierowany w przebraniu robotniczym oddział majora Władysława Sobczyńskiego, uważanego za głównego organizatora zbrodni na zlecenie sowieckie. Znamienne, jak sam Sobczyński, szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Kielcach, usprawiedliwiał nieudzielenie przez podwładne mu jednostki pomocy Żydom oblężonym na Plantach. Twierdził on, że musiał odmówić skierowania swojego oddziału, zwanego szturmowym, na Planty, ponieważ jego ludzie byli zmęczeni po całonocnej akcji (J. Śledzianowski, op. cit. s. 109).
Majora Sobczyńskiego ze względu na jego wyjątkowe służalstwo wobec Sowietów jeszcze przed tragedią na Plantach nazywano majorem "Sabaczyńskim". Przypisywano mu już wcześniej organizowanie - w celach prowokacyjnych - z ramienia UB w czerwcu 1945 r. nieudanego pogromu Żydów w Rzeszowie. Jego doradcą sowieckim był płk Szpilewoj, agent "Natan", z pochodzenia Żyd sowiecki z NKWD (MWD) (J.
Śledzianowski, op. cit., s. 78). Chęciński uważa, że płk Szpilewoj był prawdopodobnie "pochodzenia polsko-żydowskiego". Sowieckim koligacjom przypisuje się to, że major Sobczyński nie został nigdy ukarany za rolę w zbrodni kieleckiej, został uniewinniony, a później szybko awansował na kolejne wpływowe stanowiska.
Likwidowanie niewygodnych świadków
Wśród argumentów dowodzących, że zbrodnia kielecka była świadomie przygotowaną prowokacją, ważną rolę odgrywają liczne przykłady zabójstw lub przyśpieszenia śmierci niewygodnych świadków wydarzeń. Pierwszym takim przypadkiem zgonu ważnego świadka wydarzeń - w podejrzanych okolicznościach - była śmierć Alberta (Fajwisza Altera) Grynbauma, zastępcy szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa w Kielcach. Zginął on już w zaledwie 5 tygodni po zajściach kieleckich - 12 sierpnia 1946 roku, na trasie z Warszawy do Kielc. Zabójstwo Grynbauma przypisywano rzekomemu atakowi partyzantów WiN-u z grupy "Dołęgi". Tyle że, jak pisał K. Kąkolewski, (op. cit. s. 152): "Sądzeni przez sąd ówczesnej RP, żołnierze grupy WiN "Dołęgi" nie byli oskarżeni o zabójstwo A. Grynbauma. Należy więc przypuszczać, że Grynbaum został zabity przez "naszych partyzantów". (Chodziło o działające wówczas związane z bezpieką oddziały pozorowanej partyzantki, wykonującej "na konto podziemia" działania, którymi komuniści chcieli to podziemie obciążyć.)
Cytowany już b. żydowski oficer WP Michał Chęciński pisał o tajemniczym, a tak wygodnym dla sprawców zbrodni zgonie Grynbauma: "Nie ulega wątpliwości, że Grynbaum wiedział wiele, jeżeli nie za wiele, o kulisach pogromu. Miał liczną agenturę wśród mieszkańców Kielc i zapewne próbował po pogromie ustalić wiele zagadkowych szczegółów, co należało zresztą do jego obowiązków służbowych" (M. Chęciński, op. cit.).
Grynbaum zginął razem ze swym starym kolegą Henrykiem Ochinem, funkcjonariuszem Komitetu Miejskiego PPR, zięciem prezydenta Kielc. Chęciński (op. cit.) przypomina w tym kontekście: "od wyjazdu [Grynbauma i Ochina w sierpniu 1946 r. - J.R.N.] wszelki ślad po nich zaginął. Rodziny zaginionych interweniowały u ministra bezpieczeństwa Radkiewicza, domagając się wyznaczenia komisji, która wyjaśniałaby okoliczności ich zaginięcia. Natrafiały na mur milczenia. Można wytłumaczyć śmierć tej dwójki trwającą wówczas wojną domową. Ktoś z podziemia mógł ich w drodze do Warszawy zamordować. Zdziwienie budzi wszakże nieobecność ich nazwisk w wykazach ofiar bratobójczych walk w Polsce, choć wymienia się tam nawet nazwiska szeregowych milicjantów" (zob. np. album "Walka" wydany w 1965 r.). Chęciński pisał: "W dziwnych okolicznościach zginęli też inni wtajemniczeni świadkowie pogromu. Wkrótce po tych tragicznych wydarzeniach ginie, otruty w szpitalu, kierowniczy pracownik - WUBP Kielce - Majewski, przedwojenny komunista znany z uczciwości i bezkompromisowości. Pielęgniarz, który otruł Majewskiego, umiera tego samego dnia, gdy nadchodzi ekspertyza potwierdzająca, że Majewski został otruty. Ten splot dziwnych 'przypadków' nie został do dziś wyjaśniony". Pisałem już o tym, że uniknął kary, pomimo przejściowego aresztowania, oficer bezpieki, szef WUBP, major Władysław Sobczyński, dziś podejrzewany o to, że był faktycznym organizatorem całej antyżydowskiej prowokacji kieleckiej. Na tle jego dalszej historii, a zwłaszcza olśniewającej kariery, tym bardziej dają do myślenia represje, które uderzyły w ówczesnego Komendanta Wojewódzkiego MO, ppłk. Wiktora Kuźnickiego. Podobnie jak jego zastępca mjr Kazimierz Gwiazdowicz i mjr Sobczyński ppłk Kuźnicki był oskarżany o zaniedbanie obowiązków w dniu zajść, ale przesiedział od nich znacznie dłużej. W ocenie Chęcińskiego, Sobczyńskiego i Gwiazdowicza uniewinniono, w odróżnieniu od Kuźnickiego, i widać było w czasie rozprawy w grudniu 1946 roku "zniekształcenie faktów w celu wybielenia Sobczyńskiego i Gwiazdowicza". Zdaniem Chęcińskiego, o nieporównanie surowszym potraktowaniu ppłk. Kuźnickiego zadecydowało jego niezastosowanie się do dyktowanych odgórnie reguł gry. Otóż - jak pisał Chęciński (op. cit.): "(...) Kuźnicki (...) domagał się, żeby jego proces odbył się jawnie i żeby powołano świadków, którzy mogliby dowieść jego niewinności. Zwracał się w tej sprawie do wszystkich możliwych instancji i przełożonych. Ponieważ nikt na jego prośby nie reagował zaczął w więzieniu głodówkę. Wypuszczono go z więzienia w stanie agonalnym. W domu kontynuował głodówkę. Po kilku tygodniach zmarł".
Krzysztof Kąkolewski pisze (op. cit. s. 134), iż "Wiktor Kuźnicki zaczął mówić nieostrożnie, że to, co się zdarzyło w Kielcach, było 'absolutną prowokacją'. Mówił o tym swym współwięźniom i Kąkolewski nie wyklucza, że w rezultacie UB poddało go torturom tak, że z więzienia 'powrócił w stanie ruiny fizycznej i psychicznej'. Zmarł w wieku zaledwie 44 lat".
Dość nieoczekiwany tragiczny los spotkał później jednak również i b. zastępcę ppłk. Kuźnickiego - majora K. Gwiazdowicza. Po latach utonął - według jednej wersji w Wietnamie, według innej - w Laosie. Kąkolewski pisał (op. cit. s. 136): "Powierzono mu (...) ważną misję, ale czy przypadkiem nie po to, by jako nosiciela tajemnicy zgładzić potajemnie na obszarze bardzo dalekim od Polski".
Inną formą rozprawy z człowiekiem w niewygodny sposób dla władz drążącym sprawę zbrodni kieleckiej było zaszczucie i doprowadzenie do przedwczesnej śmierci prokuratora wojewódzkiego Jana Wrzeszcza. Prokurator ten, natychmiast na wieść o oblężeniu domu żydowskiego na Plantach, udał się tam na miejsce, chcąc, zgodnie z obowiązującym wówczas jeszcze prawem przedwojennej RP, przejąć władzę nad aparatem policyjnym i wojskiem zgromadzonym wobec budynku i przywrócić porządek. Na próżno domagał się od wojska rozproszenia tłumu albo przynajmniej "wywiezienia wszystkich oblężonych Żydów samochodami pod eskortą". Oficerowie wprost stwierdzili, że nie wydadzą takiego rozkazu. Jak później zapisał, podpułkownik WP, z którym rozmawiał: "(...) odpowiedział mi, że prokurator go nic nie obchodzi i nic tu nie ma do powiedzenia, a następnie obrócił się do mnie tyłem (...)". (cyt. za J. Śledzianowski op. cit. Kielce 1999, s. 75). Nie powiodły się też próby interweniowania przez prokuratora J. Wrzeszcza w Wojewódzkiej Radzie Narodowej. W dokumencie o wydarzeniach, sporządzonym po tragedii lipcowej 1946 roku i przechowywanym w Kurii Diecezjalnej w Kielcach zapisano m.in. o wypadkach po przybyciu prokuratora J. Wrzeszcza: "Całą akcją kierowało UB, w trakcie walk także sam Urząd Bezpieczeństwa wezwał wojsko, co było sprzeczne z przepisami prawa, gdyż w takich wypadkach posługiwać się wojskiem może tylko prokurator. Tymczasem prokuratorowi powiedziano, że jest niepotrzebny, gdyż akcją kieruje UB. Po tym fakcie prokurator złożył oficjalny raport do Województwa i Ministerstwa, zaznaczając, że odpowiedzialność za wypadki kieleckie spada wyłącznie na Urząd Bezpieczeństwa" (według J. Śledzianowski, op. cit., s. 76).
Dzień później prokurator J. Wrzeszcz uczestniczył w Łodzi w Zjeździe Delegatów Związku Zawodowego Pracowników Sądowych i Prokuratorskich RP jako prezes Okręgu Kieleckiego tego związku. Pisał o tym później m.in.: "zgłoszona została rezolucja potępiająca mord kielecki dokonany 'przez czynniki reakcyjne' oraz zawierająca stwierdzenie, że mord ten okrywa hańbą cały naród polski (...). W dyskusji zabrałem głos, mówiąc, że nie należy w rezolucji przesądzać, kto dokonał mordu, gdyż jeszcze dochodzenie nie ustaliło tego, a my jako sędziowie i prokuratorzy jesteśmy przyzwyczajeni do wydawania wyroku po dokładnym zbadaniu dowodów (...). Następnie powiedziałem, że hańba, jaka spada na nas, jest niezawiniona przez ten naród. Stoję bowiem na stanowisku odpowiedzialności indywidualnej, zgodnie z nowoczesną teorią prawa karnego i obowiązującym u nas kodeksem karnym. Zbiorowa odpowiedzialność była bronią hitleryzmu i nasz naród oraz naród żydowski najbardziej odczuli skutki tej odpowiedzialności na sobie. Za zbrodnie chuliganów oraz niedołęstwo pewnych czynników nie może spadać odpowiedzialność na cały naród. Przemówienie moje spotkało się z gorącym przyjęciem całej sali" (cyt. za K. Kąkolewski, op. cit., s. 125).
Już w kilka dni później prokuratora Wrzeszcza gwałtownie zaatakowano w organie KW PPR "Głos Robotniczy" w artykule pt. "Łajdactwo", nazywając go prokuratorem - obrońcą czarnej sotni (a więc grup antysemicko-szowinistycznych w stylu tych inspirowanych niegdyś przez carską Ochranę). Jeden z najgorszych politruków pochodzenia żydowskiego, b. agent GPU-NKWD, a w 1946 roku wiceminister sprawiedliwości, Leon Chajn zaatakował prokuratora Wrzeszcza, insynuując, jakoby bronił on morderców z Kielc. J. Wrzeszcza natychmiast zawieszono w pełnieniu funkcji prokuratorskich. Zapowiedziano wytoczenie mu postępowania dyscyplinarnego, ale nic takiego nie zrobiono. Prokurator Wrzeszcz zdecydował się na odejście z aparatu sprawiedliwości i przejście do adwokatury. Został radcą prawnym Kurii Kieleckiej i osobiście biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka. Bezpieka nie zapomniała jednak o nim. Wraz z rozpoczętą później akcją przeciwko biskupowi Kaczmarkowi aresztowano również i b. prokuratora. Przesiedział dwa lata na Mokotowie, gdzie przeszedł niezwykle brutalne śledztwo.
Według relacji jego syna, zmarł przedwcześnie, świadomie zarażony gruźlicą (zamknięto go w więzieniu z umierającym na gruźlicę więźniem Niemcem, który miał otwartą gruźlicę, jej ostatnią fazę). Według relacji syna prokuratora Wrzeszcza, w momencie przyjmowania jego ojca po przywiezieniu go z Kielc na Mokotów oficer bezpieki powiedział mu od razu "na przywitanie": "My cię znamy skurwysynu od dawna. I ty już stąd nie wyjdziesz". (cyt. za J. Kąkolewski, op. cit., s. 128). Syn prokuratora Wrzeszcza mówił później: "(...) Aresztowanie i powiązanie ojca ze sprawą biskupa Kaczmarka było absolutną zemstą... Tak, była to przeokrutna zemsta. Myślę że cena, którą zapłacił za całokształt postawy, to było skrócenie jego życia. Po pogromie terror był bardzo głęboko odczuwalny, zakorzeniony. To było zamówienie, żeby pokazać, że Polacy są straszliwi, krwiożerczy, że trzeba trzymać ich za mordę. To potem realizowano do końca (...)" [podkr. J.R.N.] (cyt. za J. Kąkolewski, op. cit., s. 128).
Kilka dziesięcioleci później, w latach 90., doszło do tajemniczego wypadku samochodowego, w którym o mało nie zginął sam Henryk Błaszczyk. Wyszedł z niego ze wstrząsem mózgu, złamaną ręką, uszkodzeniem kręgosłupa. Sprawczyni wypadku, jakoby pracownik ambasady polskiej w NRF, zniknęła. Na listy poszukujące jej nie otrzymano odpowiedzi (zob. szerzej: K. Kąkolewski, op. cit. s. 90).
Część IV
Szczególnie kompromitujący dla komunistycznych inscenizatorów zbrodni kieleckiej stał się pośpiesznie zorganizowany przez nich proces sądowy. Podobnie jak we wspomnianych wcześniej innych procesach tego typu, po prowokacyjnych pogromach w Słowacji czy na Węgrzech sowieckim reżyserom tych prowokacji chodziło przede wszystkim o gruntowne zatuszowanie prawdy o kulisach popełnionych przez nich zbrodni. Podobnie jak w tamtych krajach także w Kielcach nie ukarano prawdziwych sprawców zajść antyżydowskich, lecz skupiono się na "odpowiednim" ukaraniu odpowiednio wyselekcjonowanych przez komunistów osób, które miano uczynić głównymi winnymi. Kielecki proces stał się taką parodią sprawiedliwości, przy której z góry zadbano, aby nie padły podejrzenia na winnych z bezpieki, NKWD, wojska czy milicji. Istnieje aż nadto wiele dowodów pokazujących, że proces mający sądzić rzekomych winnych zbrodni w Kielcach był faktycznie tylko pokazowym procesem sfabrykowanym według wszystkich reguł "sowieckiej sprawiedliwości" dla uderzenia w opozycję w Polsce i odwrócenia uwagi od prawdziwych komunistycznych sprawców.
Raport biskupa kieleckiego ks. bp. Czesława Kaczmarka
[red. polonica.net]
Pierwszą i nieocenioną wprost demaskacją fałszów procesu domniemanych sprawców zbrodni kieleckiej był tajny raport biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka, przygotowany już w dwa miesiące po zajściach antyżydowskich w lipcu 1946 roku. Raport ten nieznany przez dziesięciolecia w Polsce szybko dotarł do adresata, którego ks. biskup Kaczmarek uznał za szczególnie cennego z punktu widzenia walki o prawdziwy obraz wydarzeń w Polsce - ówczesnego amerykańskiego ambasadora w komunistycznej Polsce Artura Bliss-Lane. Był on autentycznym przyjacielem Polski i z ogromnym rozgoryczeniem patrzył na to, jak Zachód porzucił Polskę na łaskę i niełaskę nowych sowieckich okupantów1. Przygotowany przez ks. biskupa Kaczmarka tajny raport o zbrodni kieleckiej w oparciu o pieczołowicie zebrane fakty jednoznacznie odsłaniał całą istotę pokazowego procesu zmontowanego przez komunistyczne władze.
Według raportu: "(...) Piętą achillesową urzędowego przedstawienia wypadków kieleckich jest niewątpliwie proces sądowy w tej sprawie. Rzuca on cień na szczerość tych, którzy go prowadzili i zdradza ich istotne tendencje. Do odpowiedzialności pociągnięto 12 osób, w tym tylko 8 spośród tych, którzy brali udział w zajściach. Jeśli się zwróci uwagę na to, że zamordowanych było 39 osób, a rannych 40, to liczba oskarżonych jest wysoce niewspółmierna do liczby zabitych i rannych. Prokurator rządowy jednak inaczej postąpić nie mógł, gdyż istotnie spośród osób cywilnych zabijających było niewielu, 2/3 Żydów wymordowali i poranili milicjanci, żołnierze i robotnicy, a tych jako ludzi rządowych do odpowiedzialności prokurator pociągnąć nie chciał. (...)
Na proces przyjechał najwyższy sąd wojskowy, choć według prawa nie jest on kompetentny do sądzenia spraw w pierwszej instancji ani do sądzenia spraw osób cywilnych, o ile ich czyn nie pozostaje w bezpośrednim związku z przestępstwem osób wojskowych. Władzom rządowym chodziło, zdaje się, o dobór takich sędziów, którym by można było zaufać. Byli też nimi niejacy Marian Bartoń, Antoni Łukasik i Stanisław Baraniuk. Pierwszy z nich miał wybitnie cechy mongolskie, nie wyglądał na Polaka, dwaj pozostali mieli wygląd semicki. Innym zupełnie dziwnym pogwałceniem prawa był fakt, że o zajściach w dniu 4 lipca nie powiadomiono wcale prokuratora miejscowego, nie on też oskarżał przed sądem, lecz również specjalnie przysłany prokurator sądu najwyższego major Szpondarski oraz miejscowy prokurator sądu wojskowego, Żyd Golczewski. Do obrony powołano z urzędu 5-ciu adwokatów, w tym tylko dwóch obrońców wojskowych, trzech zaś cywilnych. Gdy ci ostatni podnieśli zarzut, że nie są kompetentni do stawania w sądach wojskowych, sąd odpowiedział, że istotnie mógłby wyznaczyć na obrońców nawet żołnierzy, ale kieruje się dobrem oskarżonych.
Nawiasem mówiąc spośród tych trzech obrońców cywilnych, jeden z nich Zenon Wiatr jest znany jako żyjący b. dobrze z kołami PPR, w ten sposób dwaj pozostali byli zmajoryzowani. Rola ich była tym trudniejsza, że nie występowali nigdy w sądach wojskowych, a co więcej ze sprawą nie zdążyli się nawet zapoznać. Oto 8 lipca po południu zawiadomiono ich, że mają występować w sprawie zajść kieleckich dnia następnego o godzinie 9-ej rano. W ten sposób nie dano im nawet 24 godzin do przygotowania obrony, co więcej uniemożliwiono im porozumienie z oskarżonymi. (...)".
Akt oskarżenia przeczytano podsądnym dopiero na godzinę przed rozpoczęciem rozprawy wbrew kodeksowi postępowania wojskowego, który "daje oskarżonym 3 dni czasu od wręczenia lub odczytania aktu oskarżenia do rozprawy. Wprawdzie podsądni podpisali oświadczenie, że zrzekają się tego przysługującego im okresu 3 dni, ale dziwne jest, że zgodzili się w ten sposób na utrudnienie zadania obrony, że nie porozumieli się w tej sprawie uprzednio z obrońcami, dziwniejsze, że zrobili to wszyscy, jeszcze dziwniejsze, że pozwolił na to sąd. Ten zupełnie niezrozumiały krok oskarżonych można wytłumaczyć jedynie tym, że tak im zrobić kazano i to prawdopodobnie w sposób jaki jest praktykowany w polskich więzieniach. Jeden z oskarżonych miał świeże rany na głowie, inny wyraźnie powiedział na rozprawie, że go bito podczas śledztwa. (...)
Uderzają w tym procesie poza tym dwie jeszcze niezwykle ciekawe okoliczności. Pierwsza to wygląd oskarżonych i ich zeznania. Prawie wszyscy mieli wygląd ludzi przestraszonych, jeden z nich powiedział, że go bito w więzieniu, innemu, który chciał odwołać swe zeznania uczynione w śledztwie, prokurator groził, że spotka go (...) - choć zorientowawszy się nie dokończył zdania. (...) W zeznaniach swych większość oskarżonych przyznawała się do wszystkiego, niektórzy mówili więcej nawet na swoją niekorzyść niż powiedzieli podczas śledztwa, a wszyscy podawali to, czego od nich żądano. Słowem był to typowy proces taki, jakie się często odbywają na Wschodzie, a które dotąd są tajemnicze dla ludzi Zachodu.
Prokurator Golczewski w swym oskarżeniu obszernie opowiadał o faszyzmie i
reakcji, choć na omówienie tła i początku zajść sąd nie pozwolił,
ubliżał obrońcom, choć byli przecież naznaczeni z urzędu, obrzucał
błotem patriotyzm i honor Polaków, choć to miało miejsce w polskim
sądzie, napadał na Kościół katolicki, choć przedstawicieli tego Kościoła
nie pytano wcale, co sądzą o wypadkach kieleckich. Bez żadnego dowodu,
bez przytoczenia choćby jednego świadectwa przyjął za pewnik, że
chodziło o pogrom zorganizowany przez podżegaczy spod znaku Andersa i że
tłum pierwszy wpadł na spokojnych, niewinnych Żydów. Sąd nie zajął się
sprawdzaniem prawdy tych powiedzeń, nie przeprowadził na ten temat
śledztwa, nie dopuścił proponowanych przez obronę świadków, odrzucił
wszystkie wnioski obrony. Nie pozwolił na omawianie genezy zajść i
udziału w nich milicji, [Urzędu] Bezpieczeństwa i wojska. Rozprawie nie
przewodniczył żaden z sędziów, lecz sam prokurator udzielał głosu
obrońcom i oskarżonym. Zamiast stwierdzić tylko winę oskarżonych, skoro
na inne tematy mówić nie pozwolono, sąd w wyroku swym przyjął bez dowodu
łączność zajść kieleckich z zagranicą, uznał wypadki za dzieło agentów
generała Andersa. Zabawił się nawet w propagandę twierdząc, że Polska
Ludowa musi walczyć z pozostałościami faszyzmu (...)"
.
W raporcie ks. biskupa Czesława Kaczmarka zwrócona została również
szczególnie duża uwaga na prawdziwe, jakże tendencyjne cele odpowiednio
przygotowanego przez władze zmanipulowanego procesu. Według tego
raportu: "(...) Sądowi nie chodziło widać o zbadanie przyczyn zbrodni,
lecz o wyzyskanie jej dla celów propagandowych, o użycie jej na korzyść
polityki Rządu. W związku z tym pozostaje druga ważna okoliczność.
Wypadki kieleckie niezależnie od ich tła, niezależnie od tego, że były
sprowokowane, niezależnie od tego, że władze rządowe mogły, lecz nie
chciały do nich nie dopuścić, były jednak zbrodnią, zostawiającą plamę
na społeczeństwie polskim. Wiadomo było, że czynniki wrogie Polsce będą
się starały atakować ją z tego powodu. Każdy uczciwy rząd polski, tak
jak każdy rząd na świecie, z obowiązku starałby się przedstawić wypadki
kieleckie jak najsumienniej, podać wszystkie okoliczności łagodzące, bo
takie były niewątpliwie, zabijający w Kielcach nie byli przecież
zawodowymi zbrodniarzami. W tym wypadku zaniechano tego jednak, a nawet
z góry zabroniono poruszać te okoliczności łagodzące, nie dopuszczono do
omawiania prawdziwego początku zajść, starając się w ten sposób o
ułatwienie roboty czynników zohydzających społeczeństwo polskie. Sąd
kielecki, odbyty w dniach 9-11 lipca, wykazał niezbicie, że tymczasowemu
rządowi polskiemu chodziło o przedstawienie wypadków kieleckich z 4
lipca w świetle możliwie jak najgorszym (...)3".
Te i inne nader ostre demaskatorskie stwierdzenia w raporcie ks. biskupa
C. Kaczmarka, choćby zaakcentowanie, że "cały proces był tylko parodią",
ściągnęły później na biskupa zemstę władz komunistycznych. Szereg
autorów jednoznacznie konkluduje, że bezlitośnie prowadzony w 1953 roku
proces przeciw tak odważnemu kieleckiemu biskupowi był ewidentnie
przejawem zemsty za jego próbę odkrycia prawdy o autentycznych sprawcach
zbrodni kieleckiej, za przeciwstawianie się próbom obciążania Narodu
winą za komunistyczną prowokację4.
Sfabrykowany proces
Bardzo podobne oceny przebiegu pokazowego procesu w sprawie zajść kieleckich znajdujemy w najgruntowniejszych i najobiektywniejszych relacjach na ten temat, począwszy od odpowiedniego rozdziału świetnej książki polonijnego naukowca z Kanady Romana Buczka, wydanej w Toronto w 1983 r. "Na przełomie dziejów. Polskie Stronnictwo Ludowe w latach 1945-1947", książki ciągle nazbyt mało znanej w kręgach polskich historyków i publicystów.
Buczek pisał bez ogródek: "(...) Najsłabszą stroną przedstawionego przez komunistów przebiegu wypadków kieleckich był niewątpliwie sam proces sądowy. Rzuca on nie tylko cień na procedurę, ale przede wszystkim wyjaśnia nam prawdziwe zamierzenia PPR. Na ławie oskarżonych zasiadło 12 osób, ale tylko 8 spośród nich brało udział w zajściach. Gdy weźmiemy pod uwagę, że zamordowanych było 39 osób i ranionych 40, to zobaczymy rażącą niewspółmierność liczby oskarżonych do ilości zabitych i rannych. Władze jednak inaczej postąpić nie mogły, ponieważ wśród osób cywilnych zabijających było niewielu. Dwie trzecie Żydów wymordowali i poranili milicjanci, żołnierze i robotnicy z Ludwikowa, a tych trudno było komunistom stawiać przed sądem. (...)
Cały proces prowadził prokurator Golczewski, Żyd polski, będący od dawna na usługach NKWD. W sporządzonym przez niego akcie oskarżenia była mowa o faszyzmie, reakcji, łączności z zagranicą oraz o zorganizowanym spisku na spokojnych, niewinnych Żydów przez agentów gen. Andersa. Brak jednak było rzeczy podstawowych, jak tło i geneza zajść kieleckich, udział w nich milicji, UB i wojska. Sąd nie tylko nie dopuścił świadków obrony, lecz prokurator Golczewski jeszcze ubliżał obrońcom, chociaż byli powołani z urzędu i sprawa miała miejsce w polskim sądzie.
Fakt, że sąd nie przeprowadził na temat wypadków śledztwa i nie dopuścił
wniosków obrony, lecz przyjął za pewniki wywody prokuratora, co do
których nie było absolutnie żadnych dowodów, wskazuje wyraźnie, że 'sąd'
ten działał na rozkaz, a cały proces był tylko smutną farsą. Sądowi temu
bowiem nie chodziło o zbadanie przyczyn wypadków, ale o wyzyskanie ich
wyłącznie dla celów politycznych i propagandowych. Wynikało to zresztą
jasno z wywodów Golczewskiego, który w swoim oskarżeniu zapowiedział, że
Polska Ludowa będzie walczyć z pozostałościami faszyzmu. (...)"5.
Pisząc o różnych ewidentnych sfałszowaniach w toku procesu, Buczek
przypominał: "(...) Oficjalny akt oskarżenia stwierdzał później zupełnie gołosłownie, że 'pogrom' ludności żydowskiej w Kielcach był 'specjalnie przygotowany' przez WiN i przez NSZ. Wyjaśnienia tego, złożonego przez propagandę komunistyczną, przyjąć jednak nie można. Było bowiem rzeczą powszechnie znaną, zarówno z prasy, licznych procesów i opowiadań świadków, że organizacje podziemne rozporządzały znaczną ilością broni wszelkiego rodzaju i często staczały z oddziałami komunistycznymi wielkie bitwy. Więc jeżeli one przygotowywały, i to specjalnie, wypadki w Kielcach, to musieli byli brać w nich udział ludzie uzbrojeni i przynajmniej połowa Żydów padłaby od kul broni ręcznej. Wśród zaś dowodów rzeczowych winny były się znaleźć jakieś pistolety czy karabiny. Tego nikt nie może kwestionować. Prokurator Kazimierz Golczewski, który tak szeroko mówił o winie Andersowców i podziemia, z pewnością zwróciłby także uwagę i na broń tych czynników. Tymczasem przed stołem sędziowskim ustawiono stolik, na którym złożono dowody rzeczowe: 'kamienie, cegły zbroczone krwią, kije, sztachety z płotów, rura od kaloryfera poplamiona krwią i rower damski'. Potwierdzili to następnie uczestnicy procesu. A więc nie było nigdzie mowy o broni palnej i brak było jakichkolwiek dowodów na 'specjalne przygotowanie' tych zajść przez WiN czy NSZ.
Faktycznie dwie trzecie Żydów zostało zamordowanych bronią palną, ale nawet prokurator Golczewski nie ośmielił się oskarżyć o to tych organizacji. Aktem oskarżenia objęto 12 osób, ale tenże prokurator żadnej z tych osób nie zarzucił przynależności do WiN lub NSZ. W świetle powyższych danych należy uznać twierdzenie aktu oskarżenia o przygotowaniu wypadków kieleckich przez podziemne organizacje za pozbawione dowodów. Dalej akt oskarżenia podaje na poparcie swej tezy, że w tłumie wznoszono okrzyki: 'Bić Żydów', 'Niech żyje rząd sanacyjny', 'Niech żyje Anders', 'Niech żyje Hitler, który wymordował Żydów' itp. Pierwszy okrzyk jest zrozumiały, gdyż nie tylko nawoływano do bicia Żydów, ale bito faktycznie. Drugi już z góry należy uznać za niemożliwy; gdyby bowiem prokurator Golczewski był Polakiem lub przynajmniej orientował się w tym, co działo się w Polsce od roku 1939, to wiedziałby, jak dalece był niepopularny rząd sanacyjny. I jeżeli ktoś wzniósł podobny okrzyk to dla żartu lub po pijanemu. W każdym razie nie wypadało tego powtarzać w akcie oskarżenia. Dwóch ostatnich okrzyków nikt absolutnie nie słyszał. Nawet w czasie procesu zapytywani o to świadkowie stanowczo faktowi temu zaprzeczyli. Niemniej jednak należy uznać, że okrzyk 'Niech żyje Anders' był wytłumaczalny ze względu na wielką popularność generała, ale w zestawieniu z okrzykiem o rządzie sanacyjnym i o Hitlerze był po prostu wymysłem prokuratora dla celów propagandowych.
Podobnie przedstawia się sprawa z twierdzeniem aktu oskarżenia, iż
'ustalono niezbicie, że wśród podżegaczy i zabójców znajdowali się nawet
umundurowani Andersowcy'. Chodziło tu zapewne o żołnierzy, którzy
powrócili z Zachodu, ponieważ innych mundurów w Polsce nie było.
Istotnie żołnierze ci mogli być w tłumie, jak również brać udział w
zabijaniu. Ale akt oskarżenia sam obalał twierdzenie prokuratora, który
jeżeli coś ustalił 'niezbicie', to daje na to dowody lub popiera swoją
tezę zeznaniami oskarżonych i świadków. Tymczasem żadnego Andersowca nie
tylko nie aresztowano, ale nawet nie zacytowano zeznań świadków. Tak
więc było to kolejne kłamstwo przeznaczone chyba tylko dla własnych
zwolenników (...)"6.
Zastraszeni adwokaci
Nader wymowne świadectwo na temat metod użytych przy fabrykowaniu procesu przynoszą relacje uczestniczącego w procesie adwokata Stefana Grzywaczewskiego (w czasie procesu mecenas Grzywaczewski miał 30 lat). Przyznawał w swej późniejszej relacji, że on sam, będąc adwokatem, "na sali sądowej odczuwał strach"7.
Grzywaczewskiego w nocy przed procesem poinformował funkcjonariusz UB, że ma bronić Edwarda Jurkowskiego. Nie zapewniono mu żadnych możliwości skontaktowania się ze swym klientem. Na początku rozprawy dowiedział się, że ma bronić również innego oskarżonego Józefa Kuklińskiego.
W relacji dla Krzysztofa Kąkolewskiego mecenas Grzywaczewski opisywał: "(...) "smego lipca wieczorem, dzwonek do drzwi. Przychodzi do mnie funkcjonariusz UB. Wręcza mi pismo, że jestem wyznaczony obrońcą tego i tego (wymienia nazwiska, które Grzywaczewskiemu nic nie mówią) i podaje mi akt oskarżenia. Zawiadamia mnie, że proces zaczyna się na drugi dzień rano, a ja, nie znając akt ani oskarżonych muszę jutro stanąć przed sądem. Była zarządzona godzina policyjna czy milicyjna, jak oni to nazywali, więc od godziny, zdaje się, szóstej nie można się było poruszać. Jakże ja mogę zobaczyć oskarżonych? On rozłożył ręce. Zapytałem go jeszcze 'proszę pana, ale czy ja muszę?', on skinął głową i wyszedł. (...)
Dodam jeszcze, że oficer UB powiedział, że mogę czytać akta od godziny
ósmej do godziny szóstej po południu - a on przyszedł po godzinie
szóstej, kiedy ja nie mogłem wyjść z domu, by nie być aresztowanym. A
nazajutrz po ósmej zaczynał się proces, a zatem niemożliwością było
przejrzenie akt. Nawet gdyby siedzieć tam dwa dni, nie można by zdążyć
przejrzeć tych akt. To był stos akt. Dziwiłem się w jakim tempie oni
potrafili to zrobić. Może dwadzieścia tomów. Cały stół sędziowski
zarzucony był aktami.
Oskarżeni byli stłoczeni w takim jakby
obramowaniu z drzewa, podobnym do kojca. Jeden koło drugiego siedział
albo stał. Porozmawiać z nikim nie było możliwości, by cokolwiek
doradzić klientowi, bo w dodatku któryś z funkcjonariuszy mógł
usłyszeć."8
Atmosferę panującą na procesie dobrze ilustrują inne słowa relacji mec.
Grzywaczewskiego w rozmowie z Kąkolewskim: "Cała sala była wypełniona
funkcjonariuszami UB. Tam nikogo nie wpuszczano. Nikt z rodzin nie mógł
zobaczyć przed śmiercią swoich bliskich, niewinnie oskarżonych. Sąd
otoczony był wojskiem i karabinami maszynowymi. Był karabin maszynowy,
np. na rogu Wesołej i Ładnej. Wpuszczono nas, obrońców, pięciu bodajże.
Na tylu oskarżonych"9.
"Prokuratorzy częstokroć krzyczeli na adwokatów, traktowali ich niemal jak
oskarżonych. Kiedy mecenas Grzywaczewski próbował ustalić pytaniami skąd
padały strzały i czy strzelało wojsko, prokurator Golczewski stwierdził,
że kala mundur polskiego żołnierza. Sąd zakazał stawiania podobnych
pytań"10.
Inny fakt jakże wymownie dowodzący świadomego tuszowania przez sąd prawdy
o prawdziwych inspiratorach i sprawcach mordu. Otóż, jak relacjonował
mec. Grzywaczewski: "Zadałem pytanie świadkowi Ewie Szuchman 'czy wojsko
strzelało?'. Szuchman potwierdziła. Wtedy sąd jej przerwał. Ilekroć
padało słowo 'wojsko' czy 'milicja', sąd przerywał zeznania"11.
"Grzywaczewski opisywał również o tym, jak któryś z oskarżonych próbował
wycofać swoje zaznania. Stwierdzał, że bito go tak mocno, dosłownie do
nieprzytomności, że gotów był przyznać się do wszystkiego. I znów
szczegół jakże charakterystyczny dla metod przygotowywania owego procesu
pokazowego - ten sam świadek, który wskazał wspomnianego oskarżonego
jako tego, który bił Żyda był jednocześnie tym samym funkcjonariuszem
UB, który torturował tego oskarżonego w areszcie"12.
W takiej atmosferze, wśród wrogiego audytorium nader trudno było zdobyć
się na jakąś próbę obrony, na zaprzeczanie brutalnie dyktowanym
zarzutom. Krzysztof Kąkolewski konstatował: "W czasie procesu świadków i
oskarżonych przerażał nie tylko prokurator i sąd - ostentacyjnie surowi,
brutalni i wywierający publicznie nacisk na obrońców - ale również
zgromadzona na sali elita funkcjonariuszy z Urzędu Bezpieczeństwa, przy
jednoczesnej nieobecności rodzin oskarżonych. Szczególnie te dwa
ostatnie elementy procesu budziły zgrozę i mówiły o tym, że proces nie
tyle jest reżyserowany, bo to za mało, ale że wszystko jest ukartowane i
przesądzone, a być może było przygotowywane równolegle, na równi z
pogromem, na długo przed nim"13.
W kilka dziesięcioleci po zbrodni kieleckiej w toku śledztwa potwierdzono
tak szybko, bo już w 1946 roku, zaakcentowane w raporcie biskupa
kieleckiego dowody jaskrawego złamania reguł sprawiedliwości w czasie
komunistycznego procesu pokazowego z 1946 roku. W sprawozdaniu Głównej
Komisji Badania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu z 16 października
1997 roku stwierdzono między innymi: "Z naruszeniem kodeksowych
gwarancji procesowych, bez wyjaśnienia wszystkich okoliczności zbrodni
kieleckiej zapadł w dniu 11 lipca 1946 r. pierwszy wyrok w stosunku do
uczestników wydarzeń z 4 lipca. Z 12 oskarżonych Najwyższy Sąd Wojskowy
skazał 9 osób na kary śmierci. (...) Spośród zatrzymanych pracownicy
Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i Naczelnej Prokuratury
Wojskowej wraz z szefem Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Kielcach
wyselekcjonowali - według nie ustalonych w niniejszym śledztwie
kryteriów - 12 osób"14.
Tak więc wyglądało szukanie winnych według metod sprawiedliwości
komunistycznej - wyselekcjonowanie według nieustalonych kryteriów 12
rzekomych winowajców i ukaranie ich "z naruszeniem kodeksowych gwarancji
procesowych, bez wyjaśnienia wszystkich okoliczności zbrodni".
Kolejna, piąta część artykułu na temat fałszowania śledztwa w sprawie zajść w Kielcach i procesu, ukaże się za tydzień, w piątek.
Przypisy: 1 Zob. świetne wspomnienia A. Bliss-Lane "Widziałem Polskę zdradzoną", wyd. podziemne "Krąg", Warszawa 1984
2 Cyt. za J. Śledzianowski: "Pytania nad pogromem kieleckim", Kielce 1999, s.120, 121,122, 123
3 Tamże, s. 123
4 Por. np. J. Śledzianowski, op. cit., s. 175-176
5 R. Buczek, op. cit., s. 203, 205-206
6 Tamże, s. 198-199
7 Wg P. Wrońskiego "Twój ojciec nie zabił", "Gazeta Wyborcza" z 24 marca 1992 r.
8 K. Kąkolewski "Umarły cmentarz", Warszawa 1996, s. 171, 172.
9 Tamże, s. 171
10 Por. K. Kąkolewski, op. cit., s. 172, P. Wroński, op. cit.
11 Wg K. Kąkolewski, op. cit., s. 174
12 Wg. K. Kąkolewski: op. cit., s. 173
13 Op. cit., s. 175
14 Cyt. za J. Śledzianowski, op. cit., s. 124
Część V
Ważnym, wymagającym szerszego naświetlenia elementem historii zajść w Kielcach jest wielokrotnie zafałszowywana przez komunistyczną władzę i propagandę sprawa stosunku Kościoła katolickiego w Polsce do wydarzeń kieleckich. Już 7 lipca 1946 roku, trzy dni po zajściach, miejscowe władze PPR i PPS "wysmażyły" dość szczególną rezolucję dążącą do obciążenia Kościoła katolickiego rzekomą współodpowiedzialnością za ukształtowanie nastrojów pogromowych. W rezolucji Komitetów Wojewódzkich PPR i PPS stwierdzano m.in.: "Działalność kleru katolickiego w województwie kieleckim, coraz bardziej ofensywnego i napastliwego w stosunku do obozu rządowego i samego rządu, sprzyjała nasileniu nastrojów pogromowych" (cyt. za: "Antyżydowskie wydarzenia kieleckie 4 lipca 1946 roku. Dokumenty i materiały", oprac. S. Meducki, Kielce 1994, t. II, s. 119). W rezolucji KW PPR i PPS jako jeden z głównych postulatów wysunięto żądanie: "Pociągnięcia do odpowiedzialności tych osób z kleru katolickiego w Kielcach, które przez swe zaczepne wystąpienia antyrządowe z ambon przygotowały nastroje pogromu i zbrodni" (tamże, s. 119). Na kwestię atakowania duchowieństwa katolickiego w związku ze zbrodnią kielecką wyraźnie naciskano w kręgach Centralnego Komitetu Żydów Polskich (CKŻP). Przedstawiciel PPR w Prezydium tego Komitetu Paweł Żelicki akcentował, że "w kampanii za granicą przeciw ośrodkom, które inspirowały i przeprowadzały akcję, należy wskazać na udział wśród kieleckich napastników wojskowych w mundurach z napisem Poland oraz na zachowanie się kleru" (podkr. J.R.N.; cyt. za: K. Kersten "Polacy, Żydzi, komunizm. Anatomia półprawd 1939-68", Warszawa 1992, s. 104). Oszczercze wystąpienia antykatolickie za granicą - zgodnie z życzeniami przedstawiciela Centralnego Komitetu Żydów Polskich - okazały się bardzo skuteczne. Dotąd w części fanatycznych środowisk żydowskich (m.in. w książce Alana M. Dershovitza "Chutzpah", który jest adwokatem rabina A. Weissa) upowszechnia się grubiańskie oszczerstwa przeciwko Kościołowi katolickiemu w Polsce w związku ze zbrodnią kielecką.
Wojsko nie dopuściło księży
Echa antykościelnej propagandy
komunistycznej przez całe dziesięciolecia odzywały się w różnych
reżimowych enuncjacjach propagandowych. Na przykład jeszcze w 1987 roku
rzecznik prasowy rządu PRL Jerzy Urban posunął się do insynuacji,
zarzucającej Kościołowi katolickiemu, że nie zdecydował się na
potępienie pogromu poza ogólnikową odezwą wzywającą do zachowania
spokoju w mieście. Enuncjacja Urbana wywołała protestacyjne oświadczenie
kieleckiej kurii diecezjalnej ("Tygodnik Powszechny" z 4 października
1987 r.), ponownie skontrowane przez Urbana ("Tygodnik Powszechny" z 8
listopada 1987 r.).
Manipulacje propagandy komunistycznej w Polsce i niektórych środowisk zagranicznych na temat rzekomej bierności Kościoła wobec zajść lub nawet wspierania ich przez kształtowanie nastrojów propagandowych były wręcz jaskrawym zafałszowaniem faktycznej sytuacji z lipca 1946 roku. Z licznych udokumentowanych relacji wynika, że dwaj duchowni, w tym ks. kanonik Roman Zelek, udali się na miejsce zajść już około godz. 11.00, a więc w trakcie pierwszej fazy ataku na dom żydowski. U wejścia na ulicę Planty napotkali jednak kordon wojskowo-milicyjny i posterunek karabinu maszynowego. Wojskowi pełniący straż nie dopuścili jednak księży na miejsce zajść (zob. szerzej Z. Wrona, Kościół wobec pogromu Żydów w Kielcach, [w:] "Pamiętnik Świętokrzyski - Studia z dziejów kultury chrześcijańskiej", Kielce 1991, s. 285-286; J. Śledzianowski "Pytania nad pogromem kieleckim", Kielce 1999, s. 152-154). O tym, że wojsko nie dopuściło księdza Zelka na miejsce zajść, pisano w polemizującym z tekstem Urbana oświadczeniu kieleckiej kurii diecezjalnej ("Tygodnik Powszechny" z 4 października 1987 roku).
Znamienne, że fałszujący historię rzecznik prasowy rządu Wojciecha
Jaruzelskiego Jerzy Urban, próbując maksymalnie pomniejszyć, a nawet
zamazać rolę duchowieństwa kieleckiego w próbie spacyfikowania zajść,
pisał w swej "Odpowiedzi na oświadczenie Kurii kieleckiej": "Dziś więc
Kuria kielecka powołuje się na słowa prymasa o tym, że jeden ksiądz
biegł uspokajać mordującą tłuszczę, ale nie puszczono go przez kordony
wojska. Jak z tym było, nikt dziś nie dociecze. Wątłe to jednak
świadectwo na rzecz postawy Kurii w 1946 r. (por. List rzecznika
prasowego rządu, "Tygodnik Powszechny", 8 listopada 1987 r.).
Wbrew twierdzeniom Urbana, że "nikt dziś nie dociecze" w tej sprawie, obecnie powszechnie uznaje się, że wojsko uniemożliwiło próbę pacyfikacji nastrojów przez księży. Przyznaje to nawet tak stronnicza w swych próbach podważenia twierdzeń o Kielcach w 1946 roku jako prowokacji sowieckiej Krystyna Kersten.
W swej książce napisała, że: "Uniemożliwiona została interwencja
duchowieństwa (...). Przedstawiciele kurii, księża Roman Zelek,
Mośliński zatrzymani zostali przez wojsko" (K. Kersten "Polacy, Żydzi,
komunizm. Anatomia półprawd 1939-68", Warszawa 1992, s. 128).
O sprawie zatrzymania księży przez wojsko
i niedopuszczeniu ich na miejsce zajść szeroko piszą w oparciu o
udokumentowane fakty tacy autorzy, jak: ksiądz Jan Śledzianowski,
Krzysztof Kąkolewski, historyk Roman Buczek. Mówił o tym również inny
historyk - ks. prof. Daniel Olszewski, członek Komisji Kościelnej,
przygotowującej obchody 50. rocznicy zajść antyżydowskich w Kielcach
(por. wywiad J. Pisiewicz z ks. prof. D. Olszewskim: "Kościół wobec
zajść antyżydowskich w Kielcach", "Słowo - Dziennik katolicki", 28
czerwca 1996 r.).
Pisał o tym w ważnej, a przemilczanej na
ogół przez badaczy krajowych pracy zbiorowej polonijnych autorów "Kielce
- July 4, 1946. Backround, Context and Events" (Toronto and Chicago
1996, s. 98) słynny naukowiec polonijny prof. Iwo C. Pogonowski.
Warto przytoczyć w związku z całą sprawą uwagi Krzysztofa Kąkolewskiego, który uważa, że księża nie mieli szans na wywarcie szerszego wpływu na postawę oficerów dowodzących kordonem osaczającym dom żydowski na Plantach. Według Kąkolewskiego: "(...) Siły bezpieczeństwa: KBW, UB nie tylko z natury swojej pozbawione były duszpasterzy, ale przeznaczone m.in. do walki z Kościołem. Kadra oficerska była wychowywana w antyreligijnym i ateistycznym duchu. W jakiej mierze księża Zelek i Danilewicz zdawali sobie z tego sprawę - teraz trudno odtworzyć. Raczej nadawali się na jeszcze dwie ofiary rozszalałych żołdaków, a ich pojawienie się w najlepszym wypadku mogło wywołać śmiech i szyderstwa. Nad księżmi zawisło też inne niebezpieczeństwo. Gdyby oficerowie, którzy ich powstrzymali i kazali zawrócić, mieli instrukcję, że pogrom będzie przypisany duchowieństwu katolickiemu, to księży by dopuszczono na teren zbrodni i tam aresztowano jako podżegaczy. Ponieważ jednak postanowiono oskarżyć Kościół w sposób ogólnikowy i obarczyć go odpowiedzialnością tylko za domniemane nauczanie w duchu antysemickim, co miało doprowadzić do pogromu, to nie wyłapywano i nie aresztowano księży - co zresztą i tak byłoby możliwe potem w ich parafiach. (...)
Odwrót księży być może ocalił im życie. Być może ich odarte z sutann ciała - jak obdarto Żydów z ich odzienia - zmieszane byłyby z żydowskimi ofiarami" (K. Kąkolewski "Umarły cmentarz", Warszawa 1996, s. 113-114, 115).
Przytoczyłem tu szerzej informacje o zablokowanej przez oficerów wojska
próbie przerwania zajść przez księży z kurii kieleckiej, bo fakty te
ciągle są przemilczane lub negowane w wielu propagandowych opracowaniach
na temat zajść kieleckich.
W niektórych antypolskich publikacjach żydowskich na Zachodzie wręcz głosi się, że ze strony kurii biskupiej w ogóle odmówiono zareagowania na prośbę o pomoc ze strony miejscowego przywódcy żydowskiego (por. np. tekst Sheldona Kirshnera "Circumstances surrounding 1946 pogrom remain a mystery", "The Canadian Jewish News", 4 lipca 1946 r.). Prostowała te kłamstwa znana obrończyni polskości Hanna Sokolska, wówczas przewodnicząca Oddziału Kongresu Polonii Kanadyjskiej w Toronto, w tekście "The Bishop's role in Kielce pogrom", "The Canadian Jewish News", 5 września 1996 r.).
Odezwa kościelna w sprawie zajść
Wbrew twierdzeniom Urbana, że Kościół nie zdecydował się na potępienie zajść poza ogólnikową odezwą z 11 lipca 1946 roku, pomimo nieobecności ordynariusza diecezji, księdza biskupa Cz. Kaczmarka, Kuria wydała odezwę do wszystkich proboszczów w diecezji kieleckiej, jednoznacznie piętnującą zbrodnię. Podaję niżej jej pełną treść, obalając w ten sposób kłamstwo Urbana o rzekomej ogólnikowości tej odezwy.
Odezwa
Do wszystkich Przewielebnych Księży Proboszczów DIECEZJI KIELECKIEJ
Kuria Diecezjalna poleca odczytać w najbliższą niedzielę z ambony na
wszystkich Mszach św., bez żadnych komentarzy, następującą odezwę:
Podstawową zasadą katolicyzmu, obok miłości Boga, jest miłość bliźniego bez względu na pochodzenie, narodowość i wyznanie. Do najwyższych wartości doczesnych bliźniego należy jego życie i zdrowie, a poszanowanie tego życia i zdrowia jest naczelnym nakazem prawa miłości bliźniego. Wypadki, które rozegrały się w Kielcach dnia 4 lipca br. wbrew tym świętym i niewzruszonym zasadom, zgasiły życie wielu osób, a jeszcze większą liczbę przyprawiły o ciężkie rany. Podając to z ubolewaniem do wiadomości, musimy sobie jasno zdać sprawę z tego, iż fakt rozmyślnego zabójstwa jest zbrodnią, wołającą o pomstę do Boga i jako taki godzien całkowitego i bezwzględnego potępienia. Fakt ten jest tym karygodniejszy, gdy się dzieje na oczach młodzieży i nieletnich dzieci. Potępiając powyższe czyny, w imię poszanowania prawa Bożego, nakazu własnego sumienia, wspaniałych tradycji polskich oraz honoru Polaka-katolika, Kuria Diecezjalna Kielecka wzywa katolickie społeczeństwo diecezji kieleckiej do zachowania spokoju, opanowania się oraz zrozumienia powagi chwili w interesie własnym i Narodu. Niechaj żaden katolik nie da się zwodzić nikomu, kto by go chciał pchnąć do podobnych czynów. Kielce, dnia 11 lipca 1946 roku
Ks. dr Józef Rybczyk Notariusz
Ks. mgr Piotr Dudziec
w zast. Wikariusz Generalny
(cyt. za J. Śledzianowski "Pytania nad pogromem kieleckim", Kielce 1999, s. 165).
Sprawa wydarzeń kieleckich, a zwłaszcza ich prawdziwych inspiratorów, była ogromnie trudna do rozpoznania bezpośrednio po wydarzeniach. Stąd tym większe znaczenie miała decyzja w tej sprawie podjęta przez kieleckiego biskupa ordynariusza Czesława Kaczmarka. 24 lipca 1946 roku, po powrocie z urlopu zdrowotnego biskup Kaczmarek powołał specjalną komisję dla zbadania przyczyn zajść w Kielcach. Po bardzo gruntownych analizach przygotowała ona potajemnie raport, dostarczony ambasadorowi USA w Warszawie, wskazujący na odpowiedzialność ówczesnej władzy partyjno-policyjnej. Właśnie trafienie przez UB na ślady tego raportu było w niemałej mierze tym, co spowodowało późniejsze komunistyczne represje wobec ks. biskupa Kaczmarka i jego sfabrykowany proces w 1953 roku (por. ks. H. Wojtunik "Ks. biskup Czesław Kaczmarek a sprawa pogromu kieleckiego", Toronto, polonijny "Głos Polski" z 6 grudnia 1996 r.).
Oświadczenie Prymasa Hlonda
Oficjalne stanowisko Kościoła katolickiego w Polsce najszerzej sformułował ówczesny Prymas Polski kardynał August Hlond w wywiadzie udzielonym amerykańskim dziennikarzom 11 lipca 1946 r. Wcześniej kardynał Hlond rozmawiał na temat zbrodni kieleckiej z ambasadorem USA w Polsce Arthurem Bliss-Lane. Ambasador wspominał w swej książce: "Kiedy 6 lipca odwiedziłem kardynała Hlonda, Prymasa Polski, był on głęboko poruszony kielecką masakrą". (A. Bliss-Lane "Widziałem Polskę zdradzoną", wydawnictwo podziemne "Krąg", Warszawa 1984, s. 133). W czasie wywiadu udzielonego dziennikarzom amerykańskim 11 lipca 1946 roku Prymas Polski złożył wobec nich następujące oświadczenie.
Oświadczenie
1) Kościół katolicki zawsze i wszędzie potępia wszelkie mordy. Potępia je też w Polsce bez względu na to, przez kogo są popełniane i bez względu na to, czy popełniane są na Polakach czy na Żydach, w Kielcach lub innych zakątkach Rzeczypospolitej.
2) Przebieg nieszczęsnych i ubolewania godnych wypadków kieleckich wykazuje, że nie można ich przypisać rasizmowi. Wyrosły one na podłożu całkiem odmiennym, bolesnym a tragicznym. Wypadki są potwornym nieszczęściem, które mnie napełnia smutkiem i żalem. 3) Duchowieństwo katolickie w Kielcach spełniło swoje zadania. Gdy wieść o wypadkach dotarła do kleru, ks. Roman Zelek, proboszcz parafii katedralnej, pobiegł na miejsce, ale u wejścia w ulicę Planty został przez wojsko zawrócony. Gdy kordony wojskowe zostały zwinięte, pięciu księży udało się na miejsce wypadków, gdzie zauważyli, że tłumów już nie było; były tylko mniejsze grupy, którym przedstawiciel Kurii biskupiej radził, by wróciły do domu.
Następnego dnia (5 lipca) przedstawiciel Kurii biskupiej w porozumieniu z władzami i przedstawicielami miasta przygotował odezwę uspokajającą, którą Wojewoda zaakceptował. Tej odezwy atoli władze nie opublikowały. Dnia 6 lipca Kuria biskupia wydała od siebie odezwę, która następnego dnia (niedziela 7 lipca) została odczytana z ambon we wszystkich katolickich kościołach miasta. Kopię tej odezwy załącza się. - Jeżeli mimo gwałtownego podniecenia w Kielcach w ostatnim tygodniu panował tam ład i spokój, przypisać to należy przede wszystkim celowemu i łagodzącemu wpływowi duchowieństwa. 4) W czasie eksterminacyjnej okupacji niemieckiej Polacy, mimo że sami byli tępieni, wspierali, ukrywali i ratowali Żydów z narażeniem własnego życia. Niejeden Żyd w Polsce zawdzięcza swe życie Polakom i polskim księżom. Że ten dobry stosunek się psuje, za to w wielkiej mierze ponoszą odpowiedzialność Żydzi, stojący w Polsce na przodujących stanowiskach w życiu państwowym, a dążący do narzucenia form ustrojowych, których ogromna większość narodu nie chce. Jest to gra szkodliwa, bo powstają stąd niebezpieczne napięcia. W fatalnych starciach orężnych na bojowym froncie politycznym w Polsce giną niestety niektórzy Żydzi, ale ginie nierównie więcej Polaków. 5) Moje osobiste stanowisko do Żydów jest znane choćby z mych przedwojennych wypowiedzi. W czasie wygnania zaś we Francji w latach 1940-1944 ratowałem niejednego Żyda polskiego, niemieckiego, francuskiego przed wywiezieniem do obozów śmierci. Ułatwiałem im wyjazd do Ameryki, umieszczałem ich w bezpiecznych schronieniach, starałem się dla nich o dokumenty, dzięki którym ocaleli. Pragnę serdecznie, by sprawa żydowska w świecie powojennym znalazła wreszcie swe właściwe załatwienie. (wg "Antyżydowskie wydarzenia kieleckie 4 lipca 1946 roku. Dokumenty i materiały", oprac. S. Meducki, Kielce 1994, t. II, s. 117-118).
Spory o rolę Żydów w stalinizacji Polski
Oświadczenie Prymasa Hlonda sprowokowało tym większą nagonkę na Kościół katolicki, zarówno w polskich kręgach komunistycznych, jak i za granicą. Szczególną irytację przeciwników Kościoła i ataki na rzekomy "antysemityzm" wywołał fragment oświadczenia o roli Żydów w Polsce "na przodujących stanowiskach w życiu państwowym, a dążących do narzucenia form ustrojowych, których ogromna większość narodu nie chce". Prymas Polski w tej części oświadczenia wspomniał o mniej znanych za granicą, za to powszechnie dostrzeganych w Polsce faktach.
Przypomnijmy, że cytowany już wyżej ambasador amerykański Arthur Bliss-Lane pisał o "rosnącym antysemityzmie, wywołanym, co przyznawali nawet żydowscy informatorzy, ogromną niepopularnością Żydów zajmujących kluczowe stanowiska w rządzie" (A. Bliss-Lane: op. cit., s. 134). Z kolei nie kto inny jak emigrantka z 1968 r., a później znana tropicielka rzekomego "antysemityzmu" w Polsce Alina Grabowska przyznawała na łamach paryskiej "Kultury" z grudnia 1969 roku: "W pierwszych latach powojennych (a nawet i później) znakomitą, niestety, większość pracowników UB stanowili Żydzi". Wybielaczom roli Żydów w UB i generalnie w stalinowskim aparacie władzy warto przypomnieć jednobrzmiące świadectwa na ten temat osób z jakże różnych środowisk intelektualnych od Marii Dąbrowskiej i ojca Józefa M. Bocheńskiego po Stefana Kisielewskiego i Czesława Miłosza. Najwybitniejsza chyba pisarka tego okresu
Maria Dąbrowska w zapiskach w swym dzienniku pisała pod datą 17 czerwca 1947 r.:
"UB, sądownictwo są całkowicie w ręku Żydów. W ciągu tych przeszło dwu lat ani jeden Żyd nie miał procesu politycznego. Żydzi osądzają i na kaźń wydają Polaków". Niemal dziewięć lat później - 27 maja 1956 r. ta sama
Dąbrowska pisała: "Ostatnimi tygodniami byłam w Nieborowie w towarzystwie samych Żydów oprócz Anny i Bogusia.
Częste ich rozmowy o wzrastaniu antysemityzmu. Czemu dziś sami są częściowo winni - bo jak można było dać sobą obsadzić
wszystkie 'kluczowe pozycje' życia Polski: prokuratury, wydawnictwa, ministerstwa, władze partii, redakcje, film, radio
itp." Bliźniaczo wręcz podobne w swej wymowie wydają się zapiski w "Dziennikach" Stefana Kisielewskiego. Pod datą 18 października 1968 r.
Kisielewski pisze: "Dwadzieścia lat temu powiedziałem Ważykowi, że
to, co robią Żydzi, zemści się na nich srodze. Wprowadzili do Polski komunizm w okresie stalinowskim, kiedy mało kto chciał się tego podjąć z 'gojów' (...)". Niewiele później, 4 listopada 1968 r. Kisielewski zapisał:
"Po wojnie grupa przybyłych z Rosji Żydów-komunistów (Żydzi zawsze kochali komunizm) otrzymała pełnię władzy w UB, sądownictwie, wojsku, dlatego, że komunistów nie-Żydów prawie tu nie było, a jeśli byli, to Rosja się ich bała. Ci Żydzi robili terror, jak im Stalin kazał
(...)". Z kolei słynny katolicki intelektualista na emigracji ojciec
Józef M. Bocheński akcentował na łamach paryskiej "Kultury" (nr 7-8 z 1986 r.):
"Jak wiadomo, władza leżała w dużej mierze w ich [Żydów - J.R.N.]
rękach po zajęciu Polski przez wojska sowieckie - w szczególności pewni Żydzi kierowali policją bezpieczeństwa. Otóż ta władza i ta policja jest odpowiedzialna za mord bardzo wielu spośród najlepszych Polaków. Polacy mają, moim zdaniem, znacznie większe prawo mówić o pogromie Polaków przez Żydów niż Żydzi o pogromach
polskich" [podkr. J.R.N.].
I wreszcie świadectwo Czesława Miłosza, tym wymowniejsze, że chodzi o intelektualistę znanego ze skrajnie prożydowskiej postawy.
Właśnie
Miłosz stwierdził w prawie nieznanym w Polsce (poza moimi tekstami) wywiadzie dla wydawanego w USA żydowskiego czasopisma "Tikkun" (nr 2 z 1987 roku), mówiąc o żydowskich komunistach:
"Oni zajęli wszystkie czołowe pozycje w Polsce i również w bardzo okrutnej policji bezpieczeństwa, ponieważ oni byli po prostu bardziej godni zaufania niż miejscowa ludność." W tym stwierdzeniu Miłosz nieco przesadził, bo jednak Żydzi nie zajęli wszystkich co do jednego stanowisk na szczytach władzy i w bezpiece. Były tam jednak również nie-żydowskie wyjątki, jak choćby Bierut i Radkiewicz, choć grające bardziej rolę figurantów. Generalnie jednak Miłosz celnie określił wyjątkową, dominującą rolę komunistów żydowskiego pochodzenia w stalinizacji Polski (por. szerzej tomiki J.R. Nowaka w w serii "Biblioteka książek niepoprawnych politycznie": "Kogo muszą przeprosić Żydzi", "Zbrodnie UB", Warszawa 2001).
Cytowany już we wcześniejszej części tego cyklu wybitny polski historyk z Kanady
Roman Buczek pisał w książce "Na przełomie dziejów": "Prasa komunistyczna domagała się przede wszystkim od episkopatu zbiorowego potępienia antysemityzmu w Polsce. Żądanie to było jednak niewykonalne ze względów zasadniczych. Jak już mówiliśmy na innym miejscu, ogromna większość Żydów była gorliwymi propagatorami komunizmu w Polsce, którego społeczeństwo nie chciało.
Żydzi obsadzali aparat bezpieczeństwa i milicji, dokonywali aresztowań, pastwili się nad aresztowanymi i zabijali ich. Nic więc dziwnego, że spotykali się z niechęcią społeczeństwa. W tych warunkach było bezczelnością ze strony władz komunistycznych żądanie od episkopatu uroczystego ogłoszenia, że ta niechęć społeczeństwa jest nieuzasadniona, a winni są Polacy, którzy się na Żydów oburzają. Wyglądało to na żądanie oficjalnej akceptacji przez Kościół całego systemu terroru, który komuniści w Polsce
wprowadzili" (s. 209).
Opór robotników przeciw propagandowej nagonce
Na tle prawdziwych, jakże złożonych realiów ówczesnych stosunków polsko-żydowskich, tym bardziej kłamliwie brzmiały wszelkie próby zrzucania wyłącznie na Polaków winy za wzajemne napięcia. A to właśnie próbowano szczególnie gorliwie robić w komunistycznej propagandzie opanowanej w dominującej większości przez żydowskich politruków. Nie tylko Episkopat, ale i rzesze prostych polskich robotników potrafiły się wówczas przeciwstawiać nachalnym tropicielom rzekomego powszechnego "polskiego antysemityzmu" i odpowiednim z góry, bez sądu, propagandowym wyrokom na temat rzekomych winowajców zbrodni jako "pogrobowców sanacji", WiN-owców czy andersowców. Historyk Łukasz Kamiński pisał w książce
"Strajki robotnicze w Polsce w latach 1945-1948" (Wrocław 1998), iż: "10 lipca (...) w szeregu łódzkich fabryk zorganizowano wiece dla potępienia sprawców pogromu kieleckiego. Uchwalone rezolucje podpisywano niechętnie. Pomimo tego następnego dnia zostały one opublikowane przez prasę. Wywołało to strajki protestacyjne (...). Początkowo żądano sprostowania nieprawdziwych informacji, z czasem pojawił się postulat zwolnienia skazanych w procesie kieleckim (...). Tego typu reakcje robotników nie były w skali kraju czymś wyjątkowym. Załogi wielu fabryk odmówiły uchwalenia rezolucji potępiających sprawców pogromu
(...)".
Przypomnijmy tu, jak brzmiała spreparowana odgórnie i przedstawiona w partyjnym "Głosie Robotniczym" rezolucja, która wywołała strajk robotników Łódzkiej Fabryki Nici, oburzonych przypisywaniem im autorstwa tak zakłamanego tekstu:
"My,
robotnicy zdaliśmy egzamin dojrzałości politycznej w dniu Referendum
Ludowego. Nie ustąpimy ani na krok w walce o utrwalenie naszych
zdobyczy, o które lata całe walczyliśmy tak za czasów Polski sanacyjnej,
jak i podczas krwawej okupacji hitlerowskiej.
Wszyscy zjednoczymy się w tej walce
przeciwko zdrajcom narodu spod znaku 'trzy razy nein', których dziełem
jest pogrom w Kielcach - hańbą okrywający dobre imię Polski.
Pamiętamy czasy przedwrześniowe, kiedy to sanacja starała się utrzymać przy władzy przy pomocy antysemityzmu, przy pomocy judzenia jednych Polaków przeciwko drugim. Te czasy już nie wrócą - nie dopuścimy reakcji do władzy! Wypadki w Kielcach - to zamach na spokój wewnętrzny Polski. Domagamy się od naszego Rządu wprowadzenia publicznych sądów doraźnych, które skazywać będą wrogów ludu spod znaku NSZ, WiN, spod znaku Andersa. W nowej Polsce Ludowej zniszczymy wroga, odbudujemy nasz kraj, w którym zapanuje spokój i
dobrobyt." (por. "Robotnicy polscy piętnują morderców czarnosecinnych z Kielc", "Głos Robotniczy" z 10 lipca 1946 r.).
Czyż ktoś o zdrowych zmysłach może się dziwić, że robotnicy łódzcy nie chcieli zaakceptować publikowania w ich imieniu tak tendencyjnej stalinowskiej rezolucji, porównującej sanację z czasami hitlerowskimi, i żądającej sądów doraźnych dla ludzi z WiN-u, NSZ-u, armii Andersa?
Robotnicy Łódzkiej Fabryki Nici i innych łódzkich zakładów uznali za
konieczne zaprotestowanie strajkami przeciwko publikowaniu w ich
imieniu, bez ich zgody tak skrajnej propagandowej rezolucji, nie
zgadzając się na narzucanie im z góry, kogo mają piętnować jako
rzekomych sprawców kieleckiego mordu. Jak pisał historyk Stefan
Ciesielski: "U niektórych wątpliwości zapewne budziło ferowanie wyroków
przed rozpoczęciem procesu sądowego i szczegółowym rozpoznaniem sprawy"
(S. Ciesielski "Nastroje strajkowe wśród robotników w Polsce w latach
1945-1946", "Dzieje Najnowsze" 1989, nr 1, s. 117).
Robotnicy protestowali również przeciwko błyskawicznemu procesowi o zbrodnię kielecką, podejrzewając, jakże słusznie, sądowe matactwa w tej sprawie. Prawdziwą groteską na tym tle wydaje się rozumowanie znanego węszyciela "polskiego antysemityzmu" Jana Tomasza Grossa. W swej książce "Sąsiedzi" (s. 100) uznał on strajki robotników przeciwko narzucanej im rezolucji w sprawie zbrodni kieleckiej jako wyraz robotniczego "antysemityzmu". I konkludował, że strajki te jakoby "dają się doskonale wytłumaczyć jako protest przeciwko temu, że w powojennej Polsce nie można się porachować z mordercami bezbronnych chrześcijańskich dzieci". Tak Gross konsekwentnie wmawiał robotnikom maksymalną ciemnotę i fanatyzm. Jeśli Grossowi odpowiadała tak złowieszcza stalinowska rezolucja, to sprawa jego i jego mentalności. Tylko pełen uprzedzeń fanatyk mógł się dziwić, że tak ohydna rezolucja, porównująca sanację z czasami hitlerowskimi i żądająca sądów doraźnych dla ludzi z WIN-u i NSZ-u, mogła i musiała spotkać się ze stanowczym sprzeciwem polskich robotników (por. szerzej J.R. Nowak "100 kłamstw J.T. Grossa o żydowskich sąsiadach i Jedwabnem". Warszawa 2001, s. 277-283, 298).
Cześć VI
Jak dziś z perspektywy lat widzi się przyczyny i skutki dojścia do zajść antyżydowskich w Kielcach w lipcu 1946 roku? Zanim szerzej odpowiem na to pytanie, przypomnę kilka ważnych wcześniejszych ocen na ten temat. Już obok pierwszego odcinka mego cyklu, drukowanego w "Naszym Dzienniku" 4 lipca 2002 roku, zamieściliśmy powstałą 7 lipca 1946 r. deklarację grupy polskich intelektualistów ze Stanów Zjednoczonych w tej sprawie. Intelektualiści ci, po części osoby żydowskiego pochodzenia, już wtedy głosili, że "zbrodnia popełniona w Kielcach była rezultatem niesławnej prowokacji zaplanowanej przez tajną policję reżimu warszawskiego". W ich ocenie, prowokacja ta miała odwrócić uwagę od oszustw i nadużyć (w tym w oszukańczym referendum), popełnianych przez prosowiecki reżim w Polsce.
Polska do Sowietów, Żydzi do Palestyny
Sygnatariusze deklaracji wskazywali również na prowadzoną przez reżim warszawski świadomą politykę rugowania Żydów z Polski, prowadzoną "na polecenie i z rozkazów Moskwy". Polskich Żydów używa się - pisali sygnatariusze deklaracji - "jako sposobu zaambarasowania rządu brytyjskiego wobec prowadzonej przezeń polityki w Palestynie. Co więcej, stara się zantagonizować strony i stworzyć kryzys polityczny na Bliskim Wschodzie poprzez zaognienie konfliktu arabsko-żydowskiego".
Z kolei ówczesny ambasador amerykański w Polsce
Arthur Bliss-Lane oceniał zajścia kieleckie w swej wspomnieniowej książce
"Widziałem Polskę zdradzoną":
"Prawie wszystkie źródła zgodne są co do tego, że milicja ponosi w dużym stopniu odpowiedzialność za masakrę; nie tylko nie utrzymała porządku, ale użyła broni palnej i bagnetów, powodując śmierć wielu ofiar. Wprawdzie gwałtowność pogromu mogła sprawiać wrażenie niekontrolowanego wybuchu nienawiści rasowej, ale zarówno źródła rządowe, jak i opozycyjne przyznawały, że nie miał on charakteru spontanicznego, lecz był wynikiem starannie przygotowanego spisku, (...) źródła niezależne utrzymywały, że pogrom przygotowała strona rządowa w celu utrudnienia sytuacji opozycji, zwłaszcza w kołach żydowskich w Stanach. Rząd, według nich, liczył na to, że relacje tych wszystkich przebywających właśnie w Polsce korespondentów angielskich i amerykańskich o pogromie, wydarzeniu o tyleż bardziej spektakularnym i tragicznym, usuną w cień sprawę sfałszowania referendum! (...) Dziennikarze zorientowali się szybko, jaką gratką są dla nich kieleckie morderstwa i prasa amerykańska zajęła się głównie istniejącym jeszcze w Polsce antysemityzmem, zamiast pisać o znaczeniu machlojek
wyborczych"[1].
Walczące z prosowieckim reżimem antykomunistyczne Zrzeszenie WiN w swym podziemnym organie "Orzeł Biały" (nr 4-5, czerwiec-lipiec 1946 r.) skomentowało pogrom kielecki następująco:
"Wystąpienia antyżydowskie w Polsce są prowokowane przez NKWD i są one wykorzystywane przez Rosję zarówno na arenie międzynarodowej, jak i na odcinku wewnętrznym. (...) By nie dopuścić do porozumienia pomiędzy żydami a społeczeństwem polskim, a z drugiej strony, by dodać bodźca żydom do bardziej bojowego nastawienia do Polaków - NKWD stwarza prowokacje 'pogromów' żydowskich pod firmą Andersa, PSL, WiN
itp."[2].
Świadectwa Żydów
Tezę o sowieckiej prowokacji w Kielcach i skorzystaniu na niej wyłącznie przez Sowietów i komunistów konsekwentnie głosił Michael Chęciński, oficer WP żydowskiego pochodzenia, który wyemigrował z Polski w 1968 roku. W swej wydanej w Nowym Jorku w 1982 roku książce "Poland. Communism - Nationalism - Antisemitism" (s. 31) Chęciński akcentował m.in., iż pewne jest to, że komunistyczni rządcy Polski rozmyślnie sabotowali wszystkie wysiłki zmierzające do wyjaśnienia tajemnicy i ukarania rzeczywistych sprawców.
Według Chęcińskiego,
władze komunistyczne wyraźnie "najwięcej zyskiwały" na pogromie, bo:
"Udało im się zrzucić winę za pogrom na
swoich politycznych przeciwników, zarówno w kraju, jak i na emigracji -
i dokonać zdyskredytowania wszystkich sił opozycyjnych, wrogich ich
prosowieckiemu reżymowi, pokazując się w dodatku Zachodowi jako obrońca
resztek prześladowanych polskich Żydów... Co więcej - mogły one teraz i
w przyszłości znaleźć usprawiedliwienie dla dalszych policyjnych
represji pod pretekstem przykrócenia antysemickich sentymentów własnego
społeczeństwa..."[3].
Wśród innych przyczyn pogromu kieleckiego Chęciński wymieniał to, iż
masowa emigracja Żydów z Polski ułatwiła zadanie (dała broń do ręki)
Związkowi Sowieckiemu przez przeładowanie obozów dla uchodźców w
zachodnich strefach Niemiec i Austrii oraz wystawienie na próbę rządów
brytyjskich w Palestynie, dokąd większa część tych Żydów chciała się
udać[4].
Zaledwie dwa lata po publikacji książki Chęcińskiego w 1984 roku doszło
do bardzo ciekawego wystąpienia w sprawie kieleckiej ze strony
urodzonego w Polsce i przebywającego od pierwszych lat powojennych w
Paryżu historyka żydowskiego Michała Borwicza. W referacie wygłoszonym
na polsko-żydowskim sympozjum w Oxfordzie (17-21 grudnia 1984 roku)
Borwicz zaakcentował, że w pogromie kieleckim "tajnym sowieckim
prowokatorom chodziło o pozbawienie sympatii w krajach zachodnich, i to
właśnie przed wyborami (w 1947 roku), które miały utwierdzić i
zatwierdzić sowiecki podbój. (...) Prowokacja udała się i to chyba ponad
spodziewania prowokatorów"[5].
Ustalenia Borwicza miały tym istotniejsze znaczenie, że był on powszechnie uważany za jednego z najwybitniejszych znawców stosunków polsko-żydowskich wśród historyków żydowskich, wyróżniającego się swym obiektywizmem w badaniach naukowych.
Cele komunistycznej propagandy
Tezę o wydarzeniach kieleckich 1946 roku jako komunistycznej prowokacji jednoznacznie akcentował również autor pierwszego szerszego polskiego omówienia tej sprawy, polonijny historyk Roman Buczek w wydanej w Toronto w 1983 roku książce "Na przełomie dziejów. Polskie Stronnictwo Ludowe w latach 1945-1947".
Poza tym, co już pisali dotychczasowi autorzy analiz prowokacji kieleckiej, Buczek wyeksponował dodatkowo kilka konkretnych celów działań władz komunistycznych wyraźnie przebijających z różnych tez propagandy komunistycznej bezpośrednio po zajściach kie |