|
Prawda o Kielcach 1946 r. Część I
Prof. Jerzy Robert Nowak Nasz Dziennik, 04.07.2002 |
|||||||
|
Mija już kolejna, 56. rocznica zajść antyżydowskich w Kielcach, które tak mocno zostały wykorzystane przez komunistyczną propagandę dla oczernienia Polski i Polaków w świecie. Rozliczne świadectwa i udokumentowane książki szeregu autorów (m.in. byłego oficera WP żydowskiego pochodzenia Michaela Chęcińskiego, Krzysztofa Kąkolewskiego i ks. Jana Śledzianowskiego) wyraźnie wskazały na prawdziwy charakter zbrodni kieleckiej.
Major Subczyński, stary agent Moskwy sprzed wojny, uważany za głównego organizatora masakry ze strony polskiej bezpieki, uratował się od wszelkiej odpowiedzialności dzięki stanowczej interwencji władz sowieckich w jego sprawie. A później robił dalej przyśpieszoną karierę wojskową, mimo braku nawet matury (zrobił ją dopiero w 1956 roku). Chęciński wskazał na interesującą współzależność: fakt, że Diomin został przysłany do Kielc, miejsca raczej "mało prawdopodobnego" jako cel pobytu dla wykwalifikowanego oficera sowieckiego wywiadu, na kilka miesięcy przed antyżydowskimi zajściami 1946 roku w Kielcach, a wyjechał w dwa tygodnie po nich. Jak zbadał Chęciński, Michaił Diomin był oficerem wyraźnie wyspecjalizowanym w sprawach żydowskich. W latach 1964-1967 był oficerem wywiadu sowieckiego w Izraelu, pracując tam jako sekretarz attaché handlowego w ambasadzie sowieckiej w Tel Awiwie. Według Chęcińskiego, właśnie Diomin nadzorował działania wspomnianego majora Subczyńskiego, który już poprzednio próbował zorganizować - w prowokatorskim celu - podobne do kieleckich zajścia antyżydowskie w Rzeszowie i Krakowie.Wtedy miały one mierne powodzenie, tym razem przyniosły oczekiwany przez jego rosyjskich mocodawców potworny skutek.
"Pani Lewkowicz-Ajzenman dodała: 'Kiedy po latach znalazłam się w Izraelu, w gazecie natknęłam się na to nazwisko Dyomin, sekretarza attaché handlowego w ambasadzie radzieckiej w Tel Avivie. Wzbudziło to moją ciekawość i postanowiłam popatrzeć na tego człowieka. Bez wątpienia był to ten sam Dyomin. Ciekawe, prawda? Przysłanie Dyomina do Izraela mogłoby sugerować, że był specjalistą w sprawach żydowskich (...)'. To, że Dyomin był wykorzystywany do bardzo ważnych zadań, zostało potwierdzone przez amerykańskiego historyka zajmującego się KGB. Wymienia on Michaiła Aleksandrowicza Dyomina (pisanego również Demin) jako oficera wywiadu wojskowego w Izraelu w latach 1964-1967 i w Republice Federalnej Niemiec od 1969 r. (...)." (cyt. za polskim przekładem fragmentów książki M. Chęcińskiego w: Antyżydowskie wydarzenia kieleckie 4 lipca 1946 roku. Dokumenty i materiały, oprac. Stanisław Meducki, Kielce 1946, tom II, s. 102-103). Zbrodnia kielecka stała się dla nich okazją dla nagłośnienia wśród liberałów i lewicowców na Zachodzie gromkich oskarżeń o antysemityzm wobec polskiego podziemia, kręgów emigracyjnych i hierarchii katolickiej. Zdaniem Chęcińskiego, dowód o udziale polskich i rosyjskich oficerów bezpieczeństwa w zajściach antyżydowskich "jest zgodny z ich dobrze znanymi globalnymi celami i taktyką. Masowa emigracja Żydów z Polski ułatwiła zadanie (dała broń do ręki) Związkowi Radzieckiemu przez przeładowanie obozów dla uchodźców w zachodnich strefach Niemiec i Austrii oraz wystawienie na próbę rządów brytyjskich w Palestynie, dokąd większa część tych Żydów chciała się udać. Antyżydowskie wybuchy w Polsce służyły jako pretekst do wzmocnienia kontroli nad polskim aparatem bezpieczeństwa poprzez wskazanie, że Polacy, nawet komuniści, nie są w stanie sami utrzymać prawa i porządku (...). Co więcej, mogli usprawiedliwiać wszystkie przyszłe represje polityczne jako konieczne dla zahamowania antysemickich sentymentów ludności (...)".
Głównym celem tak efektywnie zaplanowanej przez Sowiety zbrodniczej prowokacji kieleckiej było jednak odwrócenie uwagi Zachodu od dokonanego przez komunistów zaledwie parę dni przedtem gigantycznego fałszerstwa wyników referendum. Na ten motyw kieleckiej zbrodni zwrócono bardzo szybko uwagę już w pierwszych komentarzach uczciwych obserwatorów wydarzeń w Polsce. Bardzo istotnym podskórnym celem zajść antyżydowskich w Kielcach w 1946 roku było szukanie przez NKWD swoistego "anty-Katynia". Akurat na 3 dni przed krwawymi zajściami w Kielcach - 1 lipca 1946 roku - rozpoczęło się postępowanie dowodowe Trybunału Narodów w Norymberdze w sprawie Katynia. 4 lipca, tj. w dniu pogromu, zaczęły się przemówienia stron w tej sprawie. Osoby dobrze poinformowane wiedziały już wtedy, że nie ma szans dowiedzenia Niemcom hitlerowskim udziału w zbrodni na polskich oficerach. Zostawał jedyny faktyczny winny - Związek Sowiecki (szerzej uwagi K. Kąkolewskiego na ten temat w książce "Umarły cmentarz", Warszawa 1996).
Co najbardziej zdumiewa w sprawie zbrodni kieleckiej 1946 roku, to fakt skrajnego przemilczenia przez ogromną część badaczy w Polsce tego, że podobne zbrodnie miały miejsce po 1944 roku także w innych krajach, które znajdowały się pod kontrolą sowiecką, a więc na Słowacji, na Węgrzech i na Ukrainie. Co więcej, wszędzie tam wydarzenia rozgrywały się wyraźnie według bardzo podobnego scenariusza jak w Kielcach. Bardzo podobne było w nich zachowanie wojska i milicji oraz wyraźna rola sprawców o komunistycznej proweniencji, których nigdy nie ukarano. Bardzo podobne były też cele polityczne zajść antyżydowskich w innych krajach. Tak jak zajścia w Kielcach miały odwrócić uwagę Zachodu od monstrualnie sfałszowanego referendum, tak zajścia na Węgrzech czy Słowacji miały odwracać uwagę od przejawów skrajnego bezprawia i gwałtów, dokonywanych przez wojska sowieckie - rozprawy z prozachodnią opozycją. Docierające na Zachód wieści o zlinczowaniu Żydów w Kunmadars, Azd czy Miskolcu miały skutecznie przesłaniać sprawy wielu tysięcy gwałtów, popełnionych przez żołnierzy sowieckich na Węgrzech, czy nawet bestialstw w stylu zamordowania przez pijanych żołdaków sowieckich katolickiego biskupa Gyórmosa Apora (za to, że próbował udzielić schronienia w swym pałacu biskupim kobietom uciekającym przed sowieckimi gwałcicielami). Nieprzypadkowo seria gwałtownych zajść na Węgrzech (od Kunmadars po Miskolc) przypadła na czas wiosny - lata 1946, gdy sowieckie władze okupacyjne rozpoczęły z pomocą węgierskiej komunistycznej milicji i bezpieki kampanię aresztowań i zastraszeń dla osłabienia bazy politycznej prozachodniego rządu Ferenca Nagya. Wśród Żydów na Węgrzech, w Polsce czy Słowacji umacniały się sympatie prokomunistyczne, poczucie, że tylko Armia Czerwona jest w tych krajach jedynym prawdziwym obrońcą Żydów wobec miejscowych "nacjonałów" i "reakcjonistów". Nader wymowny pod tym względem był list Móra Reinhardta do prezesa religijnej wspólnoty żydowskiej na Węgrzech Lajosa Stöcklera z dnia 5 sierpnia 1946 r., wkrótce po pogromie Żydów w Miszkolcu: "Niech rosyjskie władze wojskowe wypuszczą Żydów z kraju. Tak jednak, aby nie musieli się oni starać nielegalnie o wydostanie. Do czasu zaś, gdy będzie trwał proces ich emigracji - a może on ze względu na sytuację w Palestynie przeciągnąć się nawet do roku, dwóch lat - niech Armia Czerwona okupuje ten kraj w celu bronienia nas." (cyt. za J. Pelle: A kunmadarsi pogrom...). A więc doszło do jednoznacznego postulowania, by Armia Czerwona bezprawnie okupowała dłużej Węgry, tylko w celu bronienia Żydów przed niebezpiecznymi Madziarami! Powstawanie tego typu odczuć było szczególnie cennym dla Sowietów efektem ich pogromowych prowokacji. Najwyższy czas, by badający sprawę antyżydowskich zajść w Kielcach naukowcy polscy i żydowscy odeszli wreszcie od swoistego wąskiego "polonocentryzmu" w tej sprawie i zwrócili uwagę na badania nad przebiegiem i inspiracją dla podobnych pogromów w Słowacji czy na Węgrzech. Może łatwiej trafi się w ten sposób na ślady sprawców wydarzeń.
Sekretarz generalny PPR Władysław Gomułka stwierdził w przemówieniu wygłoszonym na zebraniu aktywu PPR i PPS w Warszawie 6 lipca 1946: "(...) Faszyści polscy, ci sami, którzy tak entuzjazmują się na sam widok pana Mikołajczyka i których on wita lordowskim uśmiechem zadowolenia, prześcignęli w antysemickim szale morderców hitlerowskich (...) (W. Gomułka, Artykuły i przemówienia, tom II, styczeń 1946 - kwiecień 1948, Warszawa 1964, s. 170.)
Szczególnie znamienny ton miała rozplakatowana na murach Kielc odezwa podpisana przez przedstawicieli PPR, PPS, SP, PSL, SL, SD oraz Okręgowej Komisji Związków Zawodowych, która zdumiewała określeniami charakterystycznymi dla sowieckiego żargonu w ulotkach do Polaków oraz typowymi błędami stylistyki i pisowni polskiej. Pisano w niej: "(...) Nieodpowiedzialne elementy, wyzyskując tłum zgromadzony na skutek tendencyjnie rozsiewanych fałszywych wieści przez najemnych słuchaczów (sługusów - zapytuje w komentarzu K. Kersten) polskiej szlachty - chciały dokonać zbrodniczego zamachu na resztkach ludności żydowskiej, która przeszedłszy gehennę piekła hitlerowskiego i ocalawszy w znikomej części szukała schronienia w naszym miejcie. Są ranni i zabici. Rzuca to plamę na cały naród polski w oczach zagranicy i przyszłych pokoleń. Dorzuca to jeszcze jeden kamień hańby do tych wszystkich zbrodni, jakie były już popełnione przez rzeczywistych organizatorów spod znaku reakcyjnych sił polskich panów z NSZ (...)". (K. Kersten, op. cit., s. 97-98). Dlaczego Kerstenowa uważa, że władze żadnej z wymienionych partii nie mogły w tym przedsięwzięciu uczestniczyć? PSL na pewno nie, ale jest bardzo prawdopodobne, że PPR - tak. Według sprawozdania instruktorów KC PPR z pobytu w województwie kieleckim od 4 do 15 lipca 1946 r.: "Postanowiono wydać odezwę, podpisaną przez wszystkie Stronnictwa. Odezwa została nazajutrz rozplakatowana" (wg: Antyżydowskie wydarzenia kieleckie 4 lipca 1946 roku. Dokumenty i materiały, tom II. Oprac. i przygotował do druku Stanisław Meducki, Kielce 1994, s. 141).
W ten sposób wpływowi przedstawiciele Żydów polskich i zagranicznych wydatnie pomogli w odwróceniu uwagi świata od prawdziwych inspiratorów mordu w Kielcach - komunistycznych zbrodniarzy z NKWD i UB. Swoimi wystąpieniami proreżimowymi, "anty-andersowskimi" i "anty-reakcyjnymi" potwierdzili zaś coraz powszechniejsze w społeczeństwie polskim przekonanie o identyfikacji przeważającej części Żydów polskich z komunistami. 2. Pewne ośrodki w Polsce nie chcą potępić wypadków kieleckich według wskazań PPR, a więc były związane z pozostałościami faszyzmu i z gen. Andersem; 3. Najważniejszym z tych ośrodków jest Polskie Stronnictwo Ludowe kierowane przez Stanisława Mikołajczyka i dlatego należy stronnictwo to rozwiązać, a jego przywódców odizolować od społeczeństwa. W wystąpieniu swoim z dnia 6 lipca 1946 r. Gomułka oskarżył nawet PSL o bezpośredni udział w pogromie w Kielcach; 3. Zabijający Żydów byli katolikami, ale Kościół katolicki w Polsce nie chciał potępić wypadków w sposób przyjęty przez komunistów, a zatem Kościół ten jest antysemicki i ponosi odpowiedzialność za wydarzenia w Kielcach. Dlatego też jest uzasadnione podjęcie z nim walki i skuteczne jego osłabienie. Już w trzy dni po wypadkach zapowiedział to Osóbka-Morawski w swoim przemówieniu. 5. Domaganie się przez PSL likwidacji Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i ograniczenia postępowania rządu tymczasowego jest szkodliwe, ponieważ w społeczeństwie polskim nadal wpływ mają elementy faszystowskie, wobec czego postępowanie władz jest uzasadnione (...)" (R. Buczek "Na przełomie dziejów. Polskie Stronnictwo Ludowe w latach 1945-1947", Toronto 1985, s. 206-207). Bardzo szybko miało się okazać, że nie ma żadnych dowodów udziału jakichkolwiek "reakcjonistów", "andersowców" etc. w zajściach kieleckich, żadnego z nich nie aresztowano i nie skazano. W wyroku nie znalazło się też ani jedno słowo na ich temat. Atakując PSL, całkowicie przemilczano fakt, że Mikołajczyk natychmiast potępił zajścia kieleckie, ale cenzura skonfiskowała jego oświadczenie. Odrzucono też zaproponowany przez PSL projekt powołania specjalnej komisji wyłonionej przez wszystkie ugrupowania polityczne dla zbadania kulisów kieleckiej zbrodni.
Znamienna była rola, jaką w propagandzie komunistycznej 1946 roku wokół zajść antyżydowskich w Kielcach przypisywano rzekomej "ciemnocie" kielczan, średniowiecznym fobiom zacofanego motłochu, który gotów jest uwierzyć w najskrajniejsze nawet bzdury o mordach rytualnych etc. Tego typu tezy, o dziwo, podejmowane są po dziś dzień w niektórych tendencyjnych tekstach na temat zbrodni kieleckiej. Ton nadaje tu Krystyna Kersten, która, by odwrócić uwagę od faktycznej roli NKWD jako inspiratora i organizatora zbrodni, wini za nie "polskie fobie, uprzedzenia, mity korzeniami sięgające średniowiecza".
W pierwszych latach powojennych nie brakowało punktów zapalnych prowadzących do antyżydowskości w szerokich kręgach społeczeństwa polskiego. Nie były to jednak wcale żadne średniowieczne mity i fobie, religijne uprzedzenia "motłochu", jak tyle razy próbowano wmawiać w propagandowych opracowaniach. Były różne realne czynniki niechęci, wynikające z konkretnego rozwoju wydarzeń w Polsce w pierwszych latach powojennych. "Błędy w beztroskim zachowaniu Gminy Żydowskiej, polegające na jaskrawej różnicy w wysokim poziomie życia bez produkcyjnej pracy, kiedy robotnicy dosłownie głodowali (...). W Kielcach najliczniejsza grupa Żydów zamieszkiwała w dużej kamienicy przy ul. Planty 7 (...). Ta, zdawałoby się mała społeczność żydowska, stała się bardziej widoczna, ponieważ żyła na dużo wyższym materialnym poziomie od spauperyzowanego w czasie długoletniej wojny środowiska polskiego. Drogie garnitury, złote obrączki na palcach, mnogość pieniędzy i widoczna niechęć do podejmowania nieopłacalnej wówczas pracy, nie mogły zostać niezauważone przez społeczeństwo polskie. (cyt. za "Antyżydowskie wydarzenia kieleckie 3-4 lipca 1946 roku. Dokumenty i materiały" oprac. Stanisław Meducki, Kielce 1994, t. II, s. 81, 83).
Był jeszcze jeden groźny punkt zapalny w stosunkach polsko-żydowskich. Od pierwszych miesięcy 1946 r. przybywały do Polski kolejne transporty repatriantów Żydów. W połowie 1946 r. liczba Żydów w Polsce wynosiła 244 tysiące. Równocześnie z repatriacją Żydów z ZSRS do Polski, w tym samym czasie, w przeciwnym kierunku - do Rosji Sowieckiej - szły zupełnie inne pilnie strzeżone transporty kolejowe, pełne polskich patriotów z AK wywożonych na Syberię.
Inna sprawa, że na swój sposób zatroszczono się, żeby Henryk Błaszczyk nic nie mówił o tym, co się naprawdę stało w Kielcach w 1946 roku, związując go pracą z PZPR. Przez wiele lat, aż do rozwiązania PZPR, Henryk Błaszczyk pracował - z bronią w ręku - w ochronie gmachu Komitetu Wojewódzkiego PZPR.
cW tendencyjnych artykułach i wypowiedziach na temat zbrodni kieleckiej 1946 roku próbowano przedstawiać ją jako wynik rozszalałych działań ogromnego tłumu "zdziczałych, krwiożerczych, antysemickich" Polaków. "Wprost" pisało na przykład, że to 20 tysięcy mieszkańców Kielc biło i mordowało Żydów. Prasa amerykańska w różnych okresach pisała o 30, a nawet 70 tysiącach mieszkańców Kielc uczestniczących jakoby w pogromie, co stanowiłoby więcej niż cała ówczesna ludność Kielc (por. K. Kąkolewski, op. cit., s. 144). Warto więc przypomnieć, że najbardziej wiarygodni świadkowie wydarzeń, jak Andrzej Drożdżeński ("Polityka", nr 28 z 1990 r.), szacują tłum na około 300 osób. Sędzia Andrzej Jankowski, dyrektor Okręgowej Komisji ds. Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Kielcach, stwierdził wprost: "Zacznę od liczb, gdyż podaje się je zwykle zawyżone. Np. tygodnik 'Wprost' pisze, że 20 tys. kielczan biło Żydów. Jest to fizycznie niemożliwe, jako że przy domu żydowskim na Plantach mogło się zmieścić co najwyżej 500 osób. Przy czym zdecydowana większość to byli gapie. Cywilnych uczestników pogromu mogło być jednorazowo maksymalnie kilkudziesięciu (cyt. za J. Pisiewicz, Sprawa ciągle niejasna, "Słowo - Dziennik katolicki" nr 199 z 1996 roku). Taki "tłum", złożony w przeważającej części z gapiów, mogła z łatwością rozproszyć niewielka nawet jednostka wojska, milicji czy UB. A przypomnijmy, że w tym okresie w Kielcach stacjonowały duże liczebnie formacje wojska i różnych sił porządkowych ze względu na fakty, że Kieleckie "było jednym z najsilniejszych centrów działania partyzantki antykomunistycznej". Krzysztof Kąkolewski pisał w "Umarłym cmentarzu" (s. 145) o obliczeniach Zenona Wrony szacującego na 215 osób liczbę stacjonujących w Kielcach żołnierzy (z wojska, KBW, informacji wojskowej, żandarmerii wojskowej) pracowników UB, pracowników MO. Do tego Kąkolewski dolicza jednak jeszcze pominięte przez Wronę takie jednostki, jak II Kompania KBW, szkoła milicyjna, służba ochrony gmachów - budynków UB. Do tego dochodził również stacjonujący w Kielcach garnizon sowiecki. Warto w tym kontekście przypomnieć uwagi Michała Chęcińskiego, b. oficera WP pochodzenia żydowskiego. W swym artykule na temat zbrodni kieleckiej, publikowanym w "Gazecie Wyborczej" z 5 lipca 2000 roku, Chęciński pisał, że: "(...) rok wcześniej podczas pogromu w Krakowie radzieckie czołgi wyruszyły na ulice Krakowa i niezwłocznie ochłodziły zamiary tłumu. W Kielcach garnizon radziecki znajdował się kilkaset metrów od miejsca pogromu". K. Kąkolewski pisał (op. cit. s. 80): "Wszyscy najbardziej tendencyjnie nastawieni autorzy piszący o pogromie są zgodni co do tego, że wdarcie się grupy umundurowanych i cywilnych funkcjonariuszy wraz z trzema mężczyznami, którzy złożyli skargę, i dzieckiem, domniemanym świadkiem, stało się początkiem mordu". Znamienne było na tym tle zachowanie zastępcy szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa w Kielcach, ubeka żydowskiego pochodzenia Alberta (Fajwisza Altera) Grynbauma. Jak to przypomniał Michał Chęciński na łamach "Gazety Wyborczej" z 5 lipca 2000 r.: "W gmachu WUBP [Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego - J.R.N.] miało się odbyć spotkanie uratowanych, potencjalnych ofiar pogromu z dziennikarzami zagranicznymi. Por. Grynbaum zjawił się tam o wiele wcześniej i apelował do zebranych, żeby nie ujawnili, jak haniebnie zachowała się milicja i wojsko, bo wykorzysta to antysemicka reakcja. Większość świadków pogromu uległa namowom Grynbauma".
Grynbaum zginął razem ze swym starym kolegą Henrykiem Ochinem, funkcjonariuszem Komitetu Miejskiego PPR, zięciem prezydenta Kielc. Chęciński (op. cit.) przypomina w tym kontekście: "od wyjazdu [Grynbauma i Ochina w sierpniu 1946 r. - J.R.N.] wszelki ślad po nich zaginął. Rodziny zaginionych interweniowały u ministra bezpieczeństwa Radkiewicza, domagając się wyznaczenia komisji, która wyjaśniałaby okoliczności ich zaginięcia. Natrafiały na mur milczenia. Można wytłumaczyć śmierć tej dwójki trwającą wówczas wojną domową. Ktoś z podziemia mógł ich w drodze do Warszawy zamordować. Zdziwienie budzi wszakże nieobecność ich nazwisk w wykazach ofiar bratobójczych walk w Polsce, choć wymienia się tam nawet nazwiska szeregowych milicjantów" (zob. np. album "Walka" wydany w 1965 r.). Chęciński pisał: "W dziwnych okolicznościach zginęli też inni wtajemniczeni świadkowie pogromu. Wkrótce po tych tragicznych wydarzeniach ginie, otruty w szpitalu, kierowniczy pracownik - WUBP Kielce - Majewski, przedwojenny komunista znany z uczciwości i bezkompromisowości. Pielęgniarz, który otruł Majewskiego, umiera tego samego dnia, gdy nadchodzi ekspertyza potwierdzająca, że Majewski został otruty. Ten splot dziwnych 'przypadków' nie został do dziś wyjaśniony". Pisałem już o tym, że uniknął kary, pomimo przejściowego aresztowania, oficer bezpieki, szef WUBP, major Władysław Sobczyński, dziś podejrzewany o to, że był faktycznym organizatorem całej antyżydowskiej prowokacji kieleckiej. Na tle jego dalszej historii, a zwłaszcza olśniewającej kariery, tym bardziej dają do myślenia represje, które uderzyły w ówczesnego Komendanta Wojewódzkiego MO, ppłk. Wiktora Kuźnickiego. Podobnie jak jego zastępca mjr Kazimierz Gwiazdowicz i mjr Sobczyński ppłk Kuźnicki był oskarżany o zaniedbanie obowiązków w dniu zajść, ale przesiedział od nich znacznie dłużej. W ocenie Chęcińskiego, Sobczyńskiego i Gwiazdowicza uniewinniono, w odróżnieniu od Kuźnickiego, i widać było w czasie rozprawy w grudniu 1946 roku "zniekształcenie faktów w celu wybielenia Sobczyńskiego i Gwiazdowicza". Zdaniem Chęcińskiego, o nieporównanie surowszym potraktowaniu ppłk. Kuźnickiego zadecydowało jego niezastosowanie się do dyktowanych odgórnie reguł gry. Otóż - jak pisał Chęciński (op. cit.): "(...) Kuźnicki (...) domagał się, żeby jego proces odbył się jawnie i żeby powołano świadków, którzy mogliby dowieść jego niewinności. Zwracał się w tej sprawie do wszystkich możliwych instancji i przełożonych. Ponieważ nikt na jego prośby nie reagował zaczął w więzieniu głodówkę. Wypuszczono go z więzienia w stanie agonalnym. W domu kontynuował głodówkę. Po kilku tygodniach zmarł". W dokumencie o wydarzeniach, sporządzonym po tragedii lipcowej 1946 roku i przechowywanym w Kurii Diecezjalnej w Kielcach zapisano m.in. o wypadkach po przybyciu prokuratora J. Wrzeszcza: "Całą akcją kierowało UB, w trakcie walk także sam Urząd Bezpieczeństwa wezwał wojsko, co było sprzeczne z przepisami prawa, gdyż w takich wypadkach posługiwać się wojskiem może tylko prokurator. Tymczasem prokuratorowi powiedziano, że jest niepotrzebny, gdyż akcją kieruje UB. Po tym fakcie prokurator złożył oficjalny raport do Województwa i Ministerstwa, zaznaczając, że odpowiedzialność za wypadki kieleckie spada wyłącznie na Urząd Bezpieczeństwa" (według J. Śledzianowski, op. cit., s. 76).
Według relacji jego syna, zmarł przedwcześnie, świadomie zarażony gruźlicą (zamknięto go w więzieniu z umierającym na gruźlicę więźniem Niemcem, który miał otwartą gruźlicę, jej ostatnią fazę). Według relacji syna prokuratora Wrzeszcza, w momencie przyjmowania jego ojca po przywiezieniu go z Kielc na Mokotów oficer bezpieki powiedział mu od razu "na przywitanie": "My cię znamy skurwysynu od dawna. I ty już stąd nie wyjdziesz". (cyt. za J. Kąkolewski, op. cit., s. 128). Syn prokuratora Wrzeszcza mówił później: "(...) Aresztowanie i powiązanie ojca ze sprawą biskupa Kaczmarka było absolutną zemstą... Tak, była to przeokrutna zemsta. Myślę że cena, którą zapłacił za całokształt postawy, to było skrócenie jego życia. Po pogromie terror był bardzo głęboko odczuwalny, zakorzeniony. To było zamówienie, żeby pokazać, że Polacy są straszliwi, krwiożerczy, że trzeba trzymać ich za mordę. To potem realizowano do końca (...)" [podkr. J.R.N.] (cyt. za J. Kąkolewski, op. cit., s. 128).
Nawiasem mówiąc spośród tych trzech obrońców cywilnych, jeden z nich Zenon Wiatr jest znany jako żyjący b. dobrze z kołami PPR, w ten sposób dwaj pozostali byli zmajoryzowani. Rola ich była tym trudniejsza, że nie występowali nigdy w sądach wojskowych, a co więcej ze sprawą nie zdążyli się nawet zapoznać. Oto 8 lipca po południu zawiadomiono ich, że mają występować w sprawie zajść kieleckich dnia następnego o godzinie 9-ej rano. W ten sposób nie dano im nawet 24 godzin do przygotowania obrony, co więcej uniemożliwiono im porozumienie z oskarżonymi. (...)".
Bardzo podobne oceny przebiegu pokazowego procesu w sprawie zajść kieleckich znajdujemy w najgruntowniejszych i najobiektywniejszych relacjach na ten temat, począwszy od odpowiedniego rozdziału świetnej książki polonijnego naukowca z Kanady Romana Buczka, wydanej w Toronto w 1983 r. "Na przełomie dziejów. Polskie Stronnictwo Ludowe w latach 1945-1947", książki ciągle nazbyt mało znanej w kręgach polskich historyków i publicystów. "(...) Oficjalny akt oskarżenia stwierdzał później zupełnie gołosłownie, że 'pogrom' ludności żydowskiej w Kielcach był 'specjalnie przygotowany' przez WiN i przez NSZ. Wyjaśnienia tego, złożonego przez propagandę komunistyczną, przyjąć jednak nie można. Było bowiem rzeczą powszechnie znaną, zarówno z prasy, licznych procesów i opowiadań świadków, że organizacje podziemne rozporządzały znaczną ilością broni wszelkiego rodzaju i często staczały z oddziałami komunistycznymi wielkie bitwy. Więc jeżeli one przygotowywały, i to specjalnie, wypadki w Kielcach, to musieli byli brać w nich udział ludzie uzbrojeni i przynajmniej połowa Żydów padłaby od kul broni ręcznej. Wśród zaś dowodów rzeczowych winny były się znaleźć jakieś pistolety czy karabiny. Tego nikt nie może kwestionować. Prokurator Kazimierz Golczewski, który tak szeroko mówił o winie Andersowców i podziemia, z pewnością zwróciłby także uwagę i na broń tych czynników. Tymczasem przed stołem sędziowskim ustawiono stolik, na którym złożono dowody rzeczowe: 'kamienie, cegły zbroczone krwią, kije, sztachety z płotów, rura od kaloryfera poplamiona krwią i rower damski'. Potwierdzili to następnie uczestnicy procesu. A więc nie było nigdzie mowy o broni palnej i brak było jakichkolwiek dowodów na 'specjalne przygotowanie' tych zajść przez WiN czy NSZ. Podobnie przedstawia się sprawa z twierdzeniem aktu oskarżenia, iż 'ustalono niezbicie, że wśród podżegaczy i zabójców znajdowali się nawet umundurowani Andersowcy'. Chodziło tu zapewne o żołnierzy, którzy powrócili z Zachodu, ponieważ innych mundurów w Polsce nie było. Istotnie żołnierze ci mogli być w tłumie, jak również brać udział w zabijaniu. Ale akt oskarżenia sam obalał twierdzenie prokuratora, który jeżeli coś ustalił 'niezbicie', to daje na to dowody lub popiera swoją tezę zeznaniami oskarżonych i świadków. Tymczasem żadnego Andersowca nie tylko nie aresztowano, ale nawet nie zacytowano zeznań świadków. Tak więc było to kolejne kłamstwo przeznaczone chyba tylko dla własnych zwolenników (...)"6.
Dodam jeszcze, że oficer UB powiedział, że mogę czytać akta od godziny ósmej do godziny szóstej po południu - a on przyszedł po godzinie szóstej, kiedy ja nie mogłem wyjść z domu, by nie być aresztowanym. A nazajutrz po ósmej zaczynał się proces, a zatem niemożliwością było przejrzenie akt. Nawet gdyby siedzieć tam dwa dni, nie można by zdążyć przejrzeć tych akt. To był stos akt. Dziwiłem się w jakim tempie oni potrafili to zrobić. Może dwadzieścia tomów. Cały stół sędziowski zarzucony był aktami. Oskarżeni byli stłoczeni w takim jakby obramowaniu z drzewa, podobnym do kojca. Jeden koło drugiego siedział albo stał. Porozmawiać z nikim nie było możliwości, by cokolwiek doradzić klientowi, bo w dodatku któryś z funkcjonariuszy mógł usłyszeć."8
Kolejna, piąta część artykułu na temat fałszowania śledztwa w sprawie zajść w Kielcach i procesu, ukaże się za tydzień, w piątek. 1 Zob. świetne wspomnienia A. Bliss-Lane "Widziałem Polskę zdradzoną", wyd. podziemne "Krąg", Warszawa 1984
Już 7 lipca 1946 roku, trzy dni po zajściach, miejscowe władze PPR i PPS "wysmażyły" dość szczególną rezolucję dążącą do obciążenia Kościoła katolickiego rzekomą współodpowiedzialnością za ukształtowanie nastrojów pogromowych. W rezolucji Komitetów Wojewódzkich PPR i PPS stwierdzano m.in.: "Działalność kleru katolickiego w województwie kieleckim, coraz bardziej ofensywnego i napastliwego w stosunku do obozu rządowego i samego rządu, sprzyjała nasileniu nastrojów pogromowych" (cyt. za: "Antyżydowskie wydarzenia kieleckie 4 lipca 1946 roku. Dokumenty i materiały", oprac. S. Meducki, Kielce 1994, t. II, s. 119). W rezolucji KW PPR i PPS jako jeden z głównych postulatów wysunięto żądanie: "Pociągnięcia do odpowiedzialności tych osób z kleru katolickiego w Kielcach, które przez swe zaczepne wystąpienia antyrządowe z ambon przygotowały nastroje pogromu i zbrodni" (tamże, s. 119). Na kwestię atakowania duchowieństwa katolickiego w związku ze zbrodnią kielecką wyraźnie naciskano w kręgach Centralnego Komitetu Żydów Polskich (CKŻP). Przedstawiciel PPR w Prezydium tego Komitetu Paweł Żelicki akcentował, że "w kampanii za granicą przeciw ośrodkom, które inspirowały i przeprowadzały akcję, należy wskazać na udział wśród kieleckich napastników wojskowych w mundurach z napisem Poland oraz na zachowanie się kleru" (podkr. J.R.N.; cyt. za: K. Kersten "Polacy, Żydzi, komunizm. Anatomia półprawd 1939-68", Warszawa 1992, s. 104). Oszczercze wystąpienia antykatolickie za granicą - zgodnie z życzeniami przedstawiciela Centralnego Komitetu Żydów Polskich - okazały się bardzo skuteczne. Dotąd w części fanatycznych środowisk żydowskich (m.in. w książce Alana M. Dershovitza "Chutzpah", który jest adwokatem rabina A. Weissa) upowszechnia się grubiańskie oszczerstwa przeciwko Kościołowi katolickiemu w Polsce w związku ze zbrodnią kielecką.
Echa antykościelnej propagandy komunistycznej przez całe dziesięciolecia odzywały się w różnych reżimowych enuncjacjach propagandowych. Na przykład jeszcze w 1987 roku rzecznik prasowy rządu PRL Jerzy Urban posunął się do insynuacji, zarzucającej Kościołowi katolickiemu, że nie zdecydował się na potępienie pogromu poza ogólnikową odezwą wzywającą do zachowania spokoju w mieście. Enuncjacja Urbana wywołała protestacyjne oświadczenie kieleckiej kurii diecezjalnej ("Tygodnik Powszechny" z 4 października 1987 r.), ponownie skontrowane przez Urbana ("Tygodnik Powszechny" z 8 listopada 1987 r.). Manipulacje propagandy komunistycznej w Polsce i niektórych środowisk zagranicznych na temat rzekomej bierności Kościoła wobec zajść lub nawet wspierania ich przez kształtowanie nastrojów propagandowych były wręcz jaskrawym zafałszowaniem faktycznej sytuacji z lipca 1946 roku. Z licznych udokumentowanych relacji wynika, że dwaj duchowni, w tym ks. kanonik Roman Zelek, udali się na miejsce zajść już około godz. 11.00, a więc w trakcie pierwszej fazy ataku na dom żydowski. U wejścia na ulicę Planty napotkali jednak kordon wojskowo-milicyjny i posterunek karabinu maszynowego. Wojskowi pełniący straż nie dopuścili jednak księży na miejsce zajść (zob. szerzej Z. Wrona, Kościół wobec pogromu Żydów w Kielcach, [w:] "Pamiętnik Świętokrzyski - Studia z dziejów kultury chrześcijańskiej", Kielce 1991, s. 285-286; J. Śledzianowski "Pytania nad pogromem kieleckim", Kielce 1999, s. 152-154). O tym, że wojsko nie dopuściło księdza Zelka na miejsce zajść, pisano w polemizującym z tekstem Urbana oświadczeniu kieleckiej kurii diecezjalnej ("Tygodnik Powszechny" z 4 października 1987 roku).
Wbrew twierdzeniom Urbana, że "nikt dziś nie dociecze" w tej sprawie, obecnie powszechnie uznaje się, że wojsko uniemożliwiło próbę pacyfikacji nastrojów przez księży. Przyznaje to nawet tak stronnicza w swych próbach podważenia twierdzeń o Kielcach w 1946 roku jako prowokacji sowieckiej Krystyna Kersten. W swej książce napisała, że: "Uniemożliwiona została interwencja duchowieństwa (...). Przedstawiciele kurii, księża Roman Zelek, Mośliński zatrzymani zostali przez wojsko" (K. Kersten "Polacy, Żydzi, komunizm. Anatomia półprawd 1939-68", Warszawa 1992, s. 128). O sprawie zatrzymania księży przez wojsko i niedopuszczeniu ich na miejsce zajść szeroko piszą w oparciu o udokumentowane fakty tacy autorzy, jak: ksiądz Jan Śledzianowski, Krzysztof Kąkolewski, historyk Roman Buczek. Mówił o tym również inny historyk - ks. prof. Daniel Olszewski, członek Komisji Kościelnej, przygotowującej obchody 50. rocznicy zajść antyżydowskich w Kielcach (por. wywiad J. Pisiewicz z ks. prof. D. Olszewskim: "Kościół wobec zajść antyżydowskich w Kielcach", "Słowo - Dziennik katolicki", 28 czerwca 1996 r.). Pisał o tym w ważnej, a przemilczanej na ogół przez badaczy krajowych pracy zbiorowej polonijnych autorów "Kielce - July 4, 1946. Backround, Context and Events" (Toronto and Chicago 1996, s. 98) słynny naukowiec polonijny prof. Iwo C. Pogonowski. Warto przytoczyć w związku z całą sprawą uwagi Krzysztofa Kąkolewskiego, który uważa, że księża nie mieli szans na wywarcie szerszego wpływu na postawę oficerów dowodzących kordonem osaczającym dom żydowski na Plantach. Według Kąkolewskiego: "(...) Siły bezpieczeństwa: KBW, UB nie tylko z natury swojej pozbawione były duszpasterzy, ale przeznaczone m.in. do walki z Kościołem. Kadra oficerska była wychowywana w antyreligijnym i ateistycznym duchu. W jakiej mierze księża Zelek i Danilewicz zdawali sobie z tego sprawę - teraz trudno odtworzyć. Raczej nadawali się na jeszcze dwie ofiary rozszalałych żołdaków, a ich pojawienie się w najlepszym wypadku mogło wywołać śmiech i szyderstwa. Nad księżmi zawisło też inne niebezpieczeństwo. Gdyby oficerowie, którzy ich powstrzymali i kazali zawrócić, mieli instrukcję, że pogrom będzie przypisany duchowieństwu katolickiemu, to księży by dopuszczono na teren zbrodni i tam aresztowano jako podżegaczy. Ponieważ jednak postanowiono oskarżyć Kościół w sposób ogólnikowy i obarczyć go odpowiedzialnością tylko za domniemane nauczanie w duchu antysemickim, co miało doprowadzić do pogromu, to nie wyłapywano i nie aresztowano księży - co zresztą i tak byłoby możliwe potem w ich parafiach. (...)
Przytoczyłem tu szerzej informacje o zablokowanej przez oficerów wojska próbie przerwania zajść przez księży z kurii kieleckiej, bo fakty te ciągle są przemilczane lub negowane w wielu propagandowych opracowaniach na temat zajść kieleckich. W niektórych antypolskich publikacjach żydowskich na Zachodzie wręcz głosi się, że ze strony kurii biskupiej w ogóle odmówiono zareagowania na prośbę o pomoc ze strony miejscowego przywódcy żydowskiego (por. np. tekst Sheldona Kirshnera "Circumstances surrounding 1946 pogrom remain a mystery", "The Canadian Jewish News", 4 lipca 1946 r.). Prostowała te kłamstwa znana obrończyni polskości Hanna Sokolska, wówczas przewodnicząca Oddziału Kongresu Polonii Kanadyjskiej w Toronto, w tekście "The Bishop's role in Kielce pogrom", "The Canadian Jewish News", 5 września 1996 r.).
Podstawową zasadą katolicyzmu, obok miłości Boga, jest miłość bliźniego bez względu na pochodzenie, narodowość i wyznanie. Do najwyższych wartości doczesnych bliźniego należy jego życie i zdrowie, a poszanowanie tego życia i zdrowia jest naczelnym nakazem prawa miłości bliźniego. Wypadki, które rozegrały się w Kielcach dnia 4 lipca br. wbrew tym świętym i niewzruszonym zasadom, zgasiły życie wielu osób, a jeszcze większą liczbę przyprawiły o ciężkie rany. Podając to z ubolewaniem do wiadomości, musimy sobie jasno zdać sprawę z tego, iż fakt rozmyślnego zabójstwa jest zbrodnią, wołającą o pomstę do Boga i jako taki godzien całkowitego i bezwzględnego potępienia. Fakt ten jest tym karygodniejszy, gdy się dzieje na oczach młodzieży i nieletnich dzieci. Potępiając powyższe czyny, w imię poszanowania prawa Bożego, nakazu własnego sumienia, wspaniałych tradycji polskich oraz honoru Polaka-katolika, Kuria Diecezjalna Kielecka wzywa katolickie społeczeństwo diecezji kieleckiej do zachowania spokoju, opanowania się oraz zrozumienia powagi chwili w interesie własnym i Narodu. Niechaj żaden katolik nie da się zwodzić nikomu, kto by go chciał pchnąć do podobnych czynów. Kielce, dnia 11 lipca 1946 roku Notariusz
Sprawa wydarzeń kieleckich, a zwłaszcza ich prawdziwych inspiratorów, była ogromnie trudna do rozpoznania bezpośrednio po wydarzeniach. Stąd tym większe znaczenie miała decyzja w tej sprawie podjęta przez kieleckiego biskupa ordynariusza Czesława Kaczmarka. 24 lipca 1946 roku, po powrocie z urlopu zdrowotnego biskup Kaczmarek powołał specjalną komisję dla zbadania przyczyn zajść w Kielcach. Po bardzo gruntownych analizach przygotowała ona potajemnie raport, dostarczony ambasadorowi USA w Warszawie, wskazujący na odpowiedzialność ówczesnej władzy partyjno-policyjnej. Właśnie trafienie przez UB na ślady tego raportu było w niemałej mierze tym, co spowodowało późniejsze komunistyczne represje wobec ks. biskupa Kaczmarka i jego sfabrykowany proces w 1953 roku (por. ks. H. Wojtunik "Ks. biskup Czesław Kaczmarek a sprawa pogromu kieleckiego", Toronto, polonijny "Głos Polski" z 6 grudnia 1996 r.).
Oficjalne stanowisko Kościoła katolickiego w Polsce najszerzej sformułował ówczesny Prymas Polski kardynał August Hlond w wywiadzie udzielonym amerykańskim dziennikarzom 11 lipca 1946 r. Wcześniej kardynał Hlond rozmawiał na temat zbrodni kieleckiej z ambasadorem USA w Polsce Arthurem Bliss-Lane. Ambasador wspominał w swej książce: "Kiedy 6 lipca odwiedziłem kardynała Hlonda, Prymasa Polski, był on głęboko poruszony kielecką masakrą". (A. Bliss-Lane "Widziałem Polskę zdradzoną", wydawnictwo podziemne "Krąg", Warszawa 1984, s. 133). W czasie wywiadu udzielonego dziennikarzom amerykańskim 11 lipca 1946 roku Prymas Polski złożył wobec nich następujące oświadczenie.
2) Przebieg nieszczęsnych i ubolewania godnych wypadków kieleckich wykazuje, że nie można ich przypisać rasizmowi. Wyrosły one na podłożu całkiem odmiennym, bolesnym a tragicznym. Wypadki są potwornym nieszczęściem, które mnie napełnia smutkiem i żalem. 3) Duchowieństwo katolickie w Kielcach spełniło swoje zadania. Gdy wieść o wypadkach dotarła do kleru, ks. Roman Zelek, proboszcz parafii katedralnej, pobiegł na miejsce, ale u wejścia w ulicę Planty został przez wojsko zawrócony. Gdy kordony wojskowe zostały zwinięte, pięciu księży udało się na miejsce wypadków, gdzie zauważyli, że tłumów już nie było; były tylko mniejsze grupy, którym przedstawiciel Kurii biskupiej radził, by wróciły do domu. Następnego dnia (5 lipca) przedstawiciel Kurii biskupiej w porozumieniu z władzami i przedstawicielami miasta przygotował odezwę uspokajającą, którą Wojewoda zaakceptował. Tej odezwy atoli władze nie opublikowały. Dnia 6 lipca Kuria biskupia wydała od siebie odezwę, która następnego dnia (niedziela 7 lipca) została odczytana z ambon we wszystkich katolickich kościołach miasta. Kopię tej odezwy załącza się. - Jeżeli mimo gwałtownego podniecenia w Kielcach w ostatnim tygodniu panował tam ład i spokój, przypisać to należy przede wszystkim celowemu i łagodzącemu wpływowi duchowieństwa. 4) W czasie eksterminacyjnej okupacji niemieckiej Polacy, mimo że sami byli tępieni, wspierali, ukrywali i ratowali Żydów z narażeniem własnego życia. Niejeden Żyd w Polsce zawdzięcza swe życie Polakom i polskim księżom. Że ten dobry stosunek się psuje, za to w wielkiej mierze ponoszą odpowiedzialność Żydzi, stojący w Polsce na przodujących stanowiskach w życiu państwowym, a dążący do narzucenia form ustrojowych, których ogromna większość narodu nie chce. Jest to gra szkodliwa, bo powstają stąd niebezpieczne napięcia. W fatalnych starciach orężnych na bojowym froncie politycznym w Polsce giną niestety niektórzy Żydzi, ale ginie nierównie więcej Polaków. 5) Moje osobiste stanowisko do Żydów jest znane choćby z mych przedwojennych wypowiedzi. W czasie wygnania zaś we Francji w latach 1940-1944 ratowałem niejednego Żyda polskiego, niemieckiego, francuskiego przed wywiezieniem do obozów śmierci. Ułatwiałem im wyjazd do Ameryki, umieszczałem ich w bezpiecznych schronieniach, starałem się dla nich o dokumenty, dzięki którym ocaleli. Pragnę serdecznie, by sprawa żydowska w świecie powojennym znalazła wreszcie swe właściwe załatwienie. (wg "Antyżydowskie wydarzenia kieleckie 4 lipca 1946 roku. Dokumenty i materiały", oprac. S. Meducki, Kielce 1994, t. II, s. 117-118).
Przypomnijmy, że cytowany już wyżej ambasador amerykański Arthur Bliss-Lane pisał o "rosnącym antysemityzmie, wywołanym, co przyznawali nawet żydowscy informatorzy, ogromną niepopularnością Żydów zajmujących kluczowe stanowiska w rządzie" (A. Bliss-Lane: op. cit., s. 134). Z kolei nie kto inny jak emigrantka z 1968 r., a później znana tropicielka rzekomego "antysemityzmu" w Polsce Alina Grabowska przyznawała na łamach paryskiej "Kultury" z grudnia 1969 roku: "W pierwszych latach powojennych (a nawet i później) znakomitą, niestety, większość pracowników UB stanowili Żydzi". Wybielaczom roli Żydów w UB i generalnie w stalinowskim aparacie władzy warto przypomnieć jednobrzmiące świadectwa na ten temat osób z jakże różnych środowisk intelektualnych od Marii Dąbrowskiej i ojca Józefa M. Bocheńskiego po Stefana Kisielewskiego i Czesława Miłosza. Najwybitniejsza chyba pisarka tego okresu Maria Dąbrowska w zapiskach w swym dzienniku pisała pod datą 17 czerwca 1947 r.: "UB, sądownictwo są całkowicie w ręku Żydów. W ciągu tych przeszło dwu lat ani jeden Żyd nie miał procesu politycznego. Żydzi osądzają i na kaźń wydają Polaków". Niemal dziewięć lat później - 27 maja 1956 r. ta sama Dąbrowska pisała: "Ostatnimi tygodniami byłam w Nieborowie w towarzystwie samych Żydów oprócz Anny i Bogusia. Częste ich rozmowy o wzrastaniu antysemityzmu. Czemu dziś sami są częściowo winni - bo jak można było dać sobą obsadzić wszystkie 'kluczowe pozycje' życia Polski: prokuratury, wydawnictwa, ministerstwa, władze partii, redakcje, film, radio itp." Bliźniaczo wręcz podobne w swej wymowie wydają się zapiski w "Dziennikach" Stefana Kisielewskiego. Pod datą 18 października 1968 r. Kisielewski pisze: "Dwadzieścia lat temu powiedziałem Ważykowi, że to, co robią Żydzi, zemści się na nich srodze. Wprowadzili do Polski komunizm w okresie stalinowskim, kiedy mało kto chciał się tego podjąć z 'gojów' (...)". Niewiele później, 4 listopada 1968 r. Kisielewski zapisał: "Po wojnie grupa przybyłych z Rosji Żydów-komunistów (Żydzi zawsze kochali komunizm) otrzymała pełnię władzy w UB, sądownictwie, wojsku, dlatego, że komunistów nie-Żydów prawie tu nie było, a jeśli byli, to Rosja się ich bała. Ci Żydzi robili terror, jak im Stalin kazał (...)".
Z kolei słynny katolicki intelektualista na emigracji ojciec Józef M. Bocheński akcentował na łamach paryskiej "Kultury" (nr 7-8 z 1986 r.): "Jak wiadomo, władza leżała w dużej mierze w ich [Żydów - J.R.N.] rękach po zajęciu Polski przez wojska sowieckie - w szczególności pewni Żydzi kierowali policją bezpieczeństwa. Otóż ta władza i ta policja jest odpowiedzialna za mord bardzo wielu spośród najlepszych Polaków. Polacy mają, moim zdaniem, znacznie większe prawo mówić o pogromie Polaków przez Żydów niż Żydzi o pogromach polskich" [podkr. J.R.N.].
Właśnie Miłosz stwierdził w prawie nieznanym w Polsce (poza moimi tekstami) wywiadzie dla wydawanego w USA żydowskiego czasopisma "Tikkun" (nr 2 z 1987 roku), mówiąc o żydowskich komunistach: "Oni zajęli wszystkie czołowe pozycje w Polsce i również w bardzo okrutnej policji bezpieczeństwa, ponieważ oni byli po prostu bardziej godni zaufania niż miejscowa ludność." W tym stwierdzeniu Miłosz nieco przesadził, bo jednak Żydzi nie zajęli wszystkich co do jednego stanowisk na szczytach władzy i w bezpiece. Były tam jednak również nie-żydowskie wyjątki, jak choćby Bierut i Radkiewicz, choć grające bardziej rolę figurantów. Generalnie jednak Miłosz celnie określił wyjątkową, dominującą rolę komunistów żydowskiego pochodzenia w stalinizacji Polski (por. szerzej tomiki J.R. Nowaka w w serii "Biblioteka książek niepoprawnych politycznie": "Kogo muszą przeprosić Żydzi", "Zbrodnie UB", Warszawa 2001).
Żydzi obsadzali aparat bezpieczeństwa i milicji, dokonywali aresztowań, pastwili się nad aresztowanymi i zabijali ich. Nic więc dziwnego, że spotykali się z niechęcią społeczeństwa. W tych warunkach było bezczelnością ze strony władz komunistycznych żądanie od episkopatu uroczystego ogłoszenia, że ta niechęć społeczeństwa jest nieuzasadniona, a winni są Polacy, którzy się na Żydów oburzają. Wyglądało to na żądanie oficjalnej akceptacji przez Kościół całego systemu terroru, który komuniści w Polsce wprowadzili" (s. 209).
Na tle prawdziwych, jakże złożonych realiów ówczesnych stosunków polsko-żydowskich, tym bardziej kłamliwie brzmiały wszelkie próby zrzucania wyłącznie na Polaków winy za wzajemne napięcia. A to właśnie próbowano szczególnie gorliwie robić w komunistycznej propagandzie opanowanej w dominującej większości przez żydowskich politruków. Nie tylko Episkopat, ale i rzesze prostych polskich robotników potrafiły się wówczas przeciwstawiać nachalnym tropicielom rzekomego powszechnego "polskiego antysemityzmu" i odpowiednim z góry, bez sądu, propagandowym wyrokom na temat rzekomych winowajców zbrodni jako "pogrobowców sanacji", WiN-owców czy andersowców. Historyk Łukasz Kamiński pisał w książce "Strajki robotnicze w Polsce w latach 1945-1948" (Wrocław 1998), iż: "10 lipca (...) w szeregu łódzkich fabryk zorganizowano wiece dla potępienia sprawców pogromu kieleckiego. Uchwalone rezolucje podpisywano niechętnie. Pomimo tego następnego dnia zostały one opublikowane przez prasę. Wywołało to strajki protestacyjne (...). Początkowo żądano sprostowania nieprawdziwych informacji, z czasem pojawił się postulat zwolnienia skazanych w procesie kieleckim (...). Tego typu reakcje robotników nie były w skali kraju czymś wyjątkowym. Załogi wielu fabryk odmówiły uchwalenia rezolucji potępiających sprawców pogromu (...)".
"My, robotnicy zdaliśmy egzamin dojrzałości politycznej w dniu Referendum Ludowego. Nie ustąpimy ani na krok w walce o utrwalenie naszych zdobyczy, o które lata całe walczyliśmy tak za czasów Polski sanacyjnej, jak i podczas krwawej okupacji hitlerowskiej. Wszyscy zjednoczymy się w tej walce przeciwko zdrajcom narodu spod znaku 'trzy razy nein', których dziełem jest pogrom w Kielcach - hańbą okrywający dobre imię Polski. Pamiętamy czasy przedwrześniowe, kiedy to sanacja starała się utrzymać przy władzy przy pomocy antysemityzmu, przy pomocy judzenia jednych Polaków przeciwko drugim. Te czasy już nie wrócą - nie dopuścimy reakcji do władzy! Wypadki w Kielcach - to zamach na spokój wewnętrzny Polski. Domagamy się od naszego Rządu wprowadzenia publicznych sądów doraźnych, które skazywać będą wrogów ludu spod znaku NSZ, WiN, spod znaku Andersa. W nowej Polsce Ludowej zniszczymy wroga, odbudujemy nasz kraj, w którym zapanuje spokój i dobrobyt." (por. "Robotnicy polscy piętnują morderców czarnosecinnych z Kielc", "Głos Robotniczy" z 10 lipca 1946 r.).
Robotnicy Łódzkiej Fabryki Nici i innych łódzkich zakładów uznali za konieczne zaprotestowanie strajkami przeciwko publikowaniu w ich imieniu, bez ich zgody tak skrajnej propagandowej rezolucji, nie zgadzając się na narzucanie im z góry, kogo mają piętnować jako rzekomych sprawców kieleckiego mordu. Jak pisał historyk Stefan Ciesielski: "U niektórych wątpliwości zapewne budziło ferowanie wyroków przed rozpoczęciem procesu sądowego i szczegółowym rozpoznaniem sprawy" (S. Ciesielski "Nastroje strajkowe wśród robotników w Polsce w latach 1945-1946", "Dzieje Najnowsze" 1989, nr 1, s. 117). Robotnicy protestowali również przeciwko błyskawicznemu procesowi o zbrodnię kielecką, podejrzewając, jakże słusznie, sądowe matactwa w tej sprawie. Prawdziwą groteską na tym tle wydaje się rozumowanie znanego węszyciela "polskiego antysemityzmu" Jana Tomasza Grossa. W swej książce "Sąsiedzi" (s. 100) uznał on strajki robotników przeciwko narzucanej im rezolucji w sprawie zbrodni kieleckiej jako wyraz robotniczego "antysemityzmu". I konkludował, że strajki te jakoby "dają się doskonale wytłumaczyć jako protest przeciwko temu, że w powojennej Polsce nie można się porachować z mordercami bezbronnych chrześcijańskich dzieci". Tak Gross konsekwentnie wmawiał robotnikom maksymalną ciemnotę i fanatyzm. Jeśli Grossowi odpowiadała tak złowieszcza stalinowska rezolucja, to sprawa jego i jego mentalności. Tylko pełen uprzedzeń fanatyk mógł się dziwić, że tak ohydna rezolucja, porównująca sanację z czasami hitlerowskimi i żądająca sądów doraźnych dla ludzi z WIN-u i NSZ-u, mogła i musiała spotkać się ze stanowczym sprzeciwem polskich robotników (por. szerzej J.R. Nowak "100 kłamstw J.T. Grossa o żydowskich sąsiadach i Jedwabnem". Warszawa 2001, s. 277-283, 298).
Z kolei ówczesny ambasador amerykański w Polsce Arthur Bliss-Lane oceniał zajścia kieleckie w swej wspomnieniowej książce "Widziałem Polskę zdradzoną": "Prawie wszystkie źródła zgodne są co do tego, że milicja ponosi w dużym stopniu odpowiedzialność za masakrę; nie tylko nie utrzymała porządku, ale użyła broni palnej i bagnetów, powodując śmierć wielu ofiar. Wprawdzie gwałtowność pogromu mogła sprawiać wrażenie niekontrolowanego wybuchu nienawiści rasowej, ale zarówno źródła rządowe, jak i opozycyjne przyznawały, że nie miał on charakteru spontanicznego, lecz był wynikiem starannie przygotowanego spisku, (...) źródła niezależne utrzymywały, że pogrom przygotowała strona rządowa w celu utrudnienia sytuacji opozycji, zwłaszcza w kołach żydowskich w Stanach. Rząd, według nich, liczył na to, że relacje tych wszystkich przebywających właśnie w Polsce korespondentów angielskich i amerykańskich o pogromie, wydarzeniu o tyleż bardziej spektakularnym i tragicznym, usuną w cień sprawę sfałszowania referendum! (...) Dziennikarze zorientowali się szybko, jaką gratką są dla nich kieleckie morderstwa i prasa amerykańska zajęła się głównie istniejącym jeszcze w Polsce antysemityzmem, zamiast pisać o znaczeniu machlojek wyborczych"[1].
"Wystąpienia antyżydowskie w Polsce są prowokowane przez NKWD i są one wykorzystywane przez Rosję zarówno na arenie międzynarodowej, jak i na odcinku wewnętrznym. (...) By nie dopuścić do porozumienia pomiędzy żydami a społeczeństwem polskim, a z drugiej strony, by dodać bodźca żydom do bardziej bojowego nastawienia do Polaków - NKWD stwarza prowokacje 'pogromów' żydowskich pod firmą Andersa, PSL, WiN itp."[2].
Tezę o sowieckiej prowokacji w Kielcach i skorzystaniu na niej wyłącznie przez Sowietów i komunistów konsekwentnie głosił Michael Chęciński, oficer WP żydowskiego pochodzenia, który wyemigrował z Polski w 1968 roku. W swej wydanej w Nowym Jorku w 1982 roku książce "Poland. Communism - Nationalism - Antisemitism" (s. 31) Chęciński akcentował m.in., iż pewne jest to, że komunistyczni rządcy Polski rozmyślnie sabotowali wszystkie wysiłki zmierzające do wyjaśnienia tajemnicy i ukarania rzeczywistych sprawców. Według Chęcińskiego, władze komunistyczne wyraźnie "najwięcej zyskiwały" na pogromie, bo: "Udało im się zrzucić winę za pogrom na swoich politycznych przeciwników, zarówno w kraju, jak i na emigracji - i dokonać zdyskredytowania wszystkich sił opozycyjnych, wrogich ich prosowieckiemu reżymowi, pokazując się w dodatku Zachodowi jako obrońca resztek prześladowanych polskich Żydów... Co więcej - mogły one teraz i w przyszłości znaleźć usprawiedliwienie dla dalszych policyjnych represji pod pretekstem przykrócenia antysemickich sentymentów własnego społeczeństwa..."[3].
Zaledwie dwa lata po publikacji książki Chęcińskiego w 1984 roku doszło do bardzo ciekawego wystąpienia w sprawie kieleckiej ze strony urodzonego w Polsce i przebywającego od pierwszych lat powojennych w Paryżu historyka żydowskiego Michała Borwicza. W referacie wygłoszonym na polsko-żydowskim sympozjum w Oxfordzie (17-21 grudnia 1984 roku) Borwicz zaakcentował, że w pogromie kieleckim "tajnym sowieckim prowokatorom chodziło o pozbawienie sympatii w krajach zachodnich, i to właśnie przed wyborami (w 1947 roku), które miały utwierdzić i zatwierdzić sowiecki podbój. (...) Prowokacja udała się i to chyba ponad spodziewania prowokatorów"[5]. Ustalenia Borwicza miały tym istotniejsze znaczenie, że był on powszechnie uważany za jednego z najwybitniejszych znawców stosunków polsko-żydowskich wśród historyków żydowskich, wyróżniającego się swym obiektywizmem w badaniach naukowych.
Poza tym, co już pisali dotychczasowi autorzy analiz prowokacji kieleckiej, Buczek wyeksponował dodatkowo kilka konkretnych celów działań władz komunistycznych wyraźnie przebijających z różnych tez propagandy komunistycznej bezpośrednio po zajściach kieleckich.
Należały do nich m.in. twierdzenia, że: "1) Nasłani agenci gen. Andersa organizują w Polsce pogromy Żydów; 2) Pewne ośrodki w Polsce nie chcą potępić wypadków kieleckich według wskazań PPR, a więc były związane z pozostałościami faszyzmu i z gen. Andersem; 3) Najważniejszym z tych ośrodków jest Polskie Stronnictwo Ludowe kierowane przez Stanisława Mikołajczyka i dlatego należy stronnictwo to rozwiązać, a jego przywódców odizolować od społeczeństwa [podkr. J.R.N.]. W wystąpieniu swoim z dnia 6 lipca 1946 r. Gomułka oskarżył nawet PSL o bezpośredni udział w pogromie w Kielcach; 4) Zabijający Żydów byli katolikami, ale Kościół katolicki w Polsce nie chciał potępić wypadków w sposób przyjęty przez komunistów, a zatem Kościół ten jest antysemicki i ponosi odpowiedzialność za wydarzenia w Kielcach. Dlatego też jest uzasadnione podjęcie z nim walki i skuteczne jego osłabienie. Już trzy dni po wypadkach zapowiedział to Osóbka-Morawski w swoim przemówieniu; 5) Domaganie się przez PSL likwidacji Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i ograniczenia postępowania rządu tymczasowego jest szkodliwe, ponieważ w społeczeństwie polskim nadal wpływ mają elementy faszystowskie, wobec czego postępowanie władz jest uzasadnione"[6]. Znamienne jest, iż jak pisze Buczek, komuniści, dążąc do obciążania opozycyjnego PSL winą za zajścia w Kielcach skonfiskowali oświadczenie S. Mikołajczyka potępiającego te zajścia w imieniu PSL. Według Buczka[7]: "Nigdy nie doszło do powołania specjalnej komisji wyłonionej przez wszystkie ugrupowania polityczne, chociaż jej powołanie przyrzeczono na międzypartyjnej komisji porozumiewawczej stronnictw demokratycznych w Kielcach. Dopiero po kilku dniach zezwolono na potępienie ekscesów przez PSL, puszczając część skonfiskowanego oświadczenia Mikołajczyka". Cytowałem tu tak szeroko fragmenty ustaleń R. Buczka, bo w Polsce są one prawie zupełnie nieznane. Ze zdumieniem zauważyłem pominięcie ocen tego wybitnego polonijnego historyka w dużo późniejszych publikacjach głównych autorów krajowych na temat wydarzeń kieleckich, od Kąkolewskiego i Śledzianowskiego po Kerstenową.
Warto więc przytoczyć z niej uwagi prof. I.C. Pogonowskiego na temat celów sowieckiej prowokacji kieleckiej 1946 roku: "Tragiczne wydarzenia znane jako pogrom kielecki 1946 roku były wyraźnie częścią sowieckiej powojennej strategii globalnej. Sowieci bezlitośnie wykorzystywali Żydów dla sowieckich celów politycznych. Pogromy organizowane wewnątrz granic terenów obsadzonych przez Armię Czerwoną były prowokowane czy inicjowane w celu spowodowania emigracji Żydów, do której inaczej by nie doszło. Emigracja Żydów do Palestyny była Sowietom potrzebna dla obalenia tam brytyjskiego mandatu i skorzystania z arabsko-izraelskiego konfliktu dla stworzenia przeszkód w dostawach nafty dla Zachodu. W międzyczasie zaś mniejszość żydowską Sowieci wykorzystywali w początkowej fazie utrwalania reżimów komunistycznych w państwach satelickich (...). Pogrom w Kielcach był dostosowany do celów antypolskiej propagandy mającej przekonać zachodnie mocarstwa, że Polska powinna pozostać kolonią sowiecką zamiast odzyskać wolność, tak jak inne narody sprzymierzone. Stąd wykorzystano go do zmasowanej propagandy, której celem było przekonanie zachodnich polityków, że 'polski antysemityzm' może być przytłumiony tylko przez Sowietów, a pozwolenie na uzyskanie wolności przez Polskę mogłoby spowodować tylko dalsze fale antysemityzmu i mordowania Żydów"[10]. Przy okazji przypomnienia tych wciąż pomijanych w Polsce autorów polonijnych warto zastanowić się, co zrobić, aby w przyszłości w literaturze krajowej do różnych tematów historii powojennej dużo lepiej uwzględniano prace publikowane na emigracji, i było jak najmniej tak przykrych pominięć, jak w przypadku prac R. Buczka czy prof. I.C. Pogonowskiego.
Jego zdaniem, inicjatorzy tej prowokacji osiągnęli dzięki zbrodni kieleckiej pięć następujących celów: "1) Spowodowanie masowego exodusu Żydów (...). Rosjanom chodziło o pozbycie się tzw. elementu kapitalistycznego: właścicieli sklepików, rzemieślników, członków żydowskich spółdzielni pracy, które rozwijały się i były niewygodne do spacyfikowania w związku z przygotowaniami do stalinizacji Polski. Przewidywano bowiem założenie obozów pracy dla tzw. elementów obcych klasowo (...); 2) Zasianie przerażenia wśród Żydów-komunistów na najwyższych i decydujących stanowiskach państwowych w ówczesnej marionetkowej RP. Takie osobistości jak Berman, Minc, Zambrowski, Różański, Fejgin (...), które znały rzeczywisty przebieg pogromu, musiały się liczyć z tym w swoich gabinetach i mieszkaniach, że w każdej chwili mogą tam wtargnąć na niebiesko ubrani robotnicy z gaz-rurkami i łomami, a nawet pistoletami i że mogą być wymordowani przez 'motłoch', z czego Rosjanie wyciągną nową korzyść, ponieważ obciążą ich winą za zbrodnie stalinowskie, sami pozostając czyści, a zarazem obciążą polski motłoch nowym żydobójstwem (...); 3) Zasianie wśród Żydów, którymi obsadzono kadry kierownicze w średnim aparacie UB, wojska i partii, przekonania, że w każdej chwili są zagrożeni śmiercią ze strony społeczeństwa polskiego, które chce ich wymordować. Przekonano ich, że andersowcy, księża, chłopi, rzemieślnicy, harcerze tylko czyhają na złagodzenie terroru w Polsce, by ich wyniszczyć. Nie tylko uważali ci Żydzi, że jedynym obrońcą przed rasizmem i pogromem jest partia komunistyczna, ale także czyniło to ich jeszcze bardziej posłusznymi i gorliwymi wykonawcami jej rozkazów; 4) Odwrócenie się od Polski sojuszników zachodnich: Francji, USA, Wielkiej Brytanii. Zrównanie naszego kraju z Niemcami (...), aby okupacja Polski przez siły radzieckie wydawała się części opinii publicznej na Zachodzie równie konieczna, jak okupacja Niemiec hitlerowskich. Polska, dzięki propagandzie komunistycznej, miała wyrobiony jeszcze gorszy obraz niż Niemcy hitlerowskie, tym bardziej, że agenci wpływu podawali zachodniej prasie fałszywe dane zarówno co do pogromów w Rzeszowie i Krakowie, jak i w Kielcach. Zawyżano nieraz dziesięciokrotnie liczbę ofiar żydowskich w tych pogromach, a dziesięć do stukrotnie liczbę Polaków, którzy w tych pogromach uczestniczyli - nie wspominając, że pogromów dokonywali żołnierze i oficerowie znajdujący się bezpośrednio lub pośrednio pod dowództwem radzieckim. Ale właśnie pogromy zasiały na Zachodzie przekonanie, że tylko komuniści i opieka Rosji mogły być gwarantem, że w Polsce nastanie spokój, bezpieczeństwo i prawdziwa demokracja; 5) Badacze pogromu, którzy rozpatrują go z punktu widzenia skrajnej prawicy i nie należą do przyjaciół Żydów, twierdzą, że powód, dla którego wywołano pogromy w Polsce, na Węgrzech i w Czechosłowacji, był jeszcze inny. Były wynikiem skomplikowanej rozgrywki między Stalinem a światowym syjonizmem, wynikiem ryzykownej gry, jaką prowadzili światowi syjoniści, chcący doprowadzić do powstania państwa Izrael, i Józef Stalin. Według tych badaczy, pogromy miały wywołać masowy exodus Żydów ze Wschodniej Europy, co zmusiłoby Wielką Brytanię, sprawującą mandat nad ówczesną Palestyną, do przyjęcia - wbrew woli rządu brytyjskiego - wielkiej masy uchodźców. Uchodźcy ci mieliby osiedlać się w Palestynie, powiększać tam liczbę żydowskich osadników i w końcu zmusić państwa zachodnie do akceptowania powstania państwa Izrael. Na potwierdzenie swojej tezy podają, że od 1941 do 1948-49 roku komuniści sowieccy na rozkaz Stalina ukrywali antysemityzm, a Stalina powszechnie uważano za protektora i współtwórcę Izraela. Tak więc syjoniści działający w cichej zmowie ze Stalinem zyskaliby materiał ludzki dla Izraela. Stalin jednak miałby według tej tezy o wiele bardziej dalekosiężne plany - pragnął on zasiedlić Izrael, a także nasycić kraje Zachodniej Europy oraz Stany Zjednoczone Żydami, którzy byli komunistami i funkcjonariuszami partii komunistycznych na wschodzie Europy, a także wojsk komunistycznych, tajnych służb i aparatu terroru, którym Stalin nie pozwoliłby na zerwanie więzi z ośrodkami dywersyjno-szpiegowskimi w Moskwie"[11].
1) Zbrodnia kielecka "ocaliła" honor Stalina i radzieckiego NKWD na procesie w Norymberdze (...); 2) Pogromem kieleckim komuniści zadali dotkliwy cios Rządowi Polskiemu w Londynie i generałowi W. Andersowi (...); 3) Pogrom umocnił rządy komunistów w Polsce i nadzór nad krajem ZSRR (...); 4) Pogrom był pretekstem do inwigilacji i prześladowań Kościoła (...); 5) W propagandzie Polacy zabijają - komuniści ocalają Żydów (...)"[13].
Znamienne było, że po wybuchu pożaru straż pożarną fałszywie poinformowano zarówno co do rozmiarów pożaru, jak i jego umiejscowienia, co tym bardziej wpłynęło na niepowodzenie akcji ratowania archiwum (zob. szerzej K. Kąkolewski: "Umarły cmentarz", Warszawa 1996, s. 18-20). Zmienne koleje przemian politycznych po 1989 r., a zwłaszcza dojście do władzy postkomunistów w 1993 r. też nie sprzyjały działaniom zmierzającym do wykrycia kulisów komunistycznej zbrodni. Postkomuniści aż nadto byli zainteresowani tuszowaniem wszelkich materiałów na ten temat, opóźnieniami śledztwa lub spychania go na mylne tory. Wszystko w interesie najdogodniejszej dla nich wcześniejszej teorii spychającej winę za kielecką zbrodnię na polski "reakcyjny i klerykalny motłoch".
vOgłoszone w 1997 r. wyniki pięcioletniego śledztwa Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu wywołały bardzo szybko ogromnie wiele ostrych krytyk i zastrzeżeń. Publicysta "Życia" Jerzy Morawski, analizując całą sprawę jako pierwszy wyraził przypuszczenie: "czy z przyczyn politycznych śledztwo nie zostało zmanipulowane, tak aby nic z niego nie wynikało?" (J. Morawski: Kto się boi procesu kieleckiego, "Życie" z 25-26 kwietnia 1998 r.). Przyjrzyjmy się dużo dokładniej całej sprawie. Inicjatorem wznowienia śledztwa w sprawie kieleckiej był na początku lat 90. sędzia Andrzej Jankowski, dyrektor Okręgowej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Kielcach. Właśnie on wszczął śledztwo i prowadził je od listopada 1990 do końca 1991 r. (według tekstu A. Gassa: "Nienawiść czy prowokacja", 15 października 1997 r.). Sędzia A. Jankowski w uzasadnieniu decyzji o wszczęciu śledztwa pisał: "Postępowanie organów i niektórych osób odpowiedzialnych za zapewnienie porządku i bezpieczeństwa (...) może nasuwać podejrzenie, że nie zależało im na natychmiastowym stłumieniu zamieszek (...). W śledztwach i procesach związanych z pogromem nie wyjaśniono wiele istotnych okoliczności (...) prawdopodobna staje się teza, że do pogromu doszło w wyniku czyjegoś zorganizowanego działania, które (...) co najmniej szło na rękę niektórym organom ówczesnych władz Polski lub 'sprzymierzonych'".
Znamienne jest, że prowadzone później przez innego prokuratora - Zbigniewa Mieleckiego śledztwo nie dało żadnych wyników po 5 latach prac i kończyło się konkluzją, aby "umorzyć sprawę". Wyniki śledztwa okazały się tak mierne, gdyż jak się okazało pominięto wiele działań niezbędnych do wykrycia prawdy. Ogłoszone przez Główną Komisję Badań Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu wyniki śledztwa zostały zakwestionowane zarówno poprzez Prokuraturę Wojewódzką w Kielcach, jak i później przez Prokuraturę Apelacyjną w Krakowie. Prokurator wojewódzki z Kielc Jan Woźniak po kilkumiesięcznej analizie śledztwa uznał, że popełniono w czasie niego bardzo wiele błędów i zaniechań. Za ciężki błąd uznał na przykład pominięcie przesłuchania ponad 200 osób, które bezwzględnie należało przesłuchać. Byli pośród tych pominiętych m.in. liczni funkcjonariusze UB z Kielc, Komendy Wojewódzkiej MO, komisariatu miejskiego milicji oraz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, żołnierze i oficerowie WP, Informacji Wojskowej i KBW, obecni na miejscu zbrodni. Jak pisał Jerzy Morawski w cytowanym wcześniej artykule: "Logiczne wydaje się wyjaśnienie, co każda z tych osób robiła w trakcie pogromu i kto wydał im konkretne rozkazy. W aktach komisji nie ma śladu próby odpowiedzi na te pytania. Nie podjęto nawet starań, aby stwierdzić, czy ci świadkowie żyją. Dlaczego te rutynowe czynności prokuratorskie zostały zaniechane przez komisję? - Pewne działania należało przeprowadzić, bo ich potrzeba wynikała z zebranych materiałów śledztwa - mówi prokurator Jan Woźniak. Nie mogę znaleźć racjonalnego wyjaśnienia, dlaczego je pominięto".
Prokurator Jan Woźniak jednoznacznie stwierdził, że "najbardziej prawdopodobną przyczyną wybuchu pogromu kieleckiego jest sprowokowanie go przez organy bezpieczeństwa. Wśród dowodów na to wyliczał m.in. fakt, że władze dysponowały wówczas w Kielcach takimi siłami wojska, które w ciągu kilku minut przerwałyby zajścia. Przypominał, iż: "Z akt komisji wynika, że w archiwach są dokumenty świadczące o tym, że organy bezpieczeństwa zaangażowane były w inspirowanie pogromów w Krakowie, Rzeszowie i innych miastach. Dlaczego nie zajęto się tym ważnym śladem? Dokumenty komisji zawierają informacje, że w okresie poprzedzającym pogrom Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa w Kielcach słał do centrali MBP w Warszawie bieżące raporty o nastrojach antysemickich w Kielcach. - To dowód, że badano nastawienie ludności - podkreśla prokurator Woźniak. Wręcz pojawiła się w raportach pogłoska o porywaniu przez Żydów dzieci do celów rytualnych (a taka plotka stała się detonatorem pogromu). Dlaczego nagle badano antysemityzm kielczan? Czy specjalnie nie preparowano raportów, aby później uzasadnić, że pogrom wybuchł tam, gdzie już od dawna się tlił? - Komisja nie dociekała, dlaczego powstawały raporty poprzedzające wydarzenia, jaki był ich związek z późniejszą tragedią - mówi prokurator Woźniak. - Przecież pod tymi raportami są podpisy konkretnych funkcjonariuszy. Należy ich odnaleźć i jeśli żyją przesłuchać (...) Za specjalistę od organizowania pogromów uchodził szef WUB w Kielcach, Władysław Sobczyński. Gdy kierował UB w Rzeszowie, doszło tam do antyżydowskich zajść. Podobnie, gdy przebywał w Krakowie - wybuchł pogrom. Komisja nie szukała analogii między tymi wydarzeniami (...) Główna Komisja nie ustaliła kręgu osób pokrzywdzonych przez pogrom. Nie wiadomo, kto poniósł śmierć, kto został ranny, a kogo obrabowano (...) W aktach Głównej Komisji istnieje raport o pogromie napisany przez szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa w Kielcach, Henryka R. Nie został on jednak przesłuchany, nie próbowano go odnaleźć (...)" (cyt. za J. Morawski: op. cit.). Komisja nie ustaliła także roli, jaką odgrywał Diomin, sowiecki doradca centrali MBP, który w czasie pogromu przebywał w Kielcach. Czy to przypadek, że tam się akurat znalazł?
Publicysta "Życia" J. Morawski, zastanawiając się nad przyczyną tak rozbieżnych stanowisk Komisji i prokuratorów kieleckich, wskazał na dość szczególne postaci kierujące Główną Komisją Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Otóż funkcję dyrektora generalnego tej komisji sprawował mianowany przez SLD-owskiego ministra sprawiedliwości W. Cimoszewicza Ryszard Walczak, awansowany na to stanowisko mimo braku jakichkolwiek doświadczeń w badaniu zbrodni stalinowskich czy hitlerowskich. Przedtem pracował m.in. w WSNS przy KC PZPR, w gabinecie prezydenckim W. Jaruzelskiego. Jego pracę habilitacyjną zdyskwalifikowała komisja kwalifikacyjna w 1990 r. Zastępcą Walczaka był prokurator ze stalinowską przeszłością Stanisław Kaniewski. Obaj panowie przeprowadzili w 1993 r. odpowiednie zmiany kadrowe w Komisji, odsuwając na przykład od śledztw w sprawach katów stalinowskich sędziego Wiśniowskiego, bo był żołnierzem AK, czy sędziego Naruszewicza, który walczył w Powstaniu Warszawskim. Na tym tle bezprzedmiotowe wydaje się końcowe pytanie postawione przez Jerzego Morawskiego: "Czy Walczak z Kaniewskim, którzy w 1993 roku usuwali z pracy prokuratorów, byłych żołnierzy AK, prowadzących ważne śledztwo, mogli być zainteresowani dogłębnym wyjaśnieniem kulis kieleckiego pogromu?". Cała sprawa dowodzi, że sfuszerowany werdykt, jak nazwałem wynik śledztwa IPN w sprawie Jedwabnego, nie jest niczym nowym. Zbyt dużo bowiem mamy w naszym sądownictwie prokuratorów skłonnych do naginania śledztwa do odgórnych a priori przyjętych ustaleń "poprawnych politycznie". Jest to sprawa smutna, bo najlepiej dowodzi, jak silny jest "trąd w pałacu sprawiedliwości", uniemożliwiający rzetelne poszukiwania prawdy o przyczynach i przebiegu zbrodni.
Prokurator Krzysztof Falkiewicz mówi redaktorom "Tygodnika Powszechnego": "Słyszałem o jakimś kierowcy z UB. - Ale w aktach sprawy nie ma jego zeznań. Nie wiem, gdzie teraz jest, nie znam nawet jego inicjałów. Byłoby to istotne zeznanie, ale stara maksyma prawnicza mówi: 'jeden świadek, żaden świadek'" (cyt. za M. Flak, M. Zając: Siódma hipoteza, Kiedy zakończy się śledztwo IPN w sprawie pogromu kieleckiego?, "Tygodnik Powszechny" 7 kwietnia 2002 r.). W sprawie tego samego świadka kierowcy poprzedni prokurator Mielecki mówi redaktorom "Tygodnika Powszechnego" (op. cit.): "Ja go chyba nawet przesłuchiwałem. Ale te zeznania nie były wiele warte". Prokurator, który mówi o tym, że chyba przesłuchiwał jakiegoś świadka, to chyba nie zasługuje na pracę w prokuraturze, jak ma taki bałagan w pracy i w myśleniu. Z kolei zdumiewający jest niedołężny prokurator Falkiewicz, który za nic nie może się dowiedzieć inicjałów czy nazwiska świadka, mogącego złożyć 'istotne zeznanie'. Nie może się dowiedzieć, choć prowadzi śledztwo już ponad rok (od lipca 2001 roku), a przesłuchiwał go 'chyba' jego poprzednik - prokurator Mielecki. I dziwnym trafem nie ma w aktach tych zeznań. To co z tymi zeznaniami zrobił prokurator Mielecki, jeśli go 'chyba' przesłuchiwał. Panowie prokuratorzy, albo jesteście zupełnymi niedołęgami albo wyznajcie, że z sobie tylko znanych powodów nie spieszy się wam z dotarciem do prawdy w tak ważnej sprawie. Tertium non datur!
Już parę miesięcy potem, 27 września 1946 r. komunistyczna Rada Ministrów pozbawiła gen. Andersa obywatelstwa polskiego za to, że "organizował i popierał walkę ośrodków terrorystyczno-dywersyjnych w kraju przeciwko interesom narodu polskiego i demokratycznej władzy polskiej". Jednocześnie z nim pozbawiono polskiego obywatelstwa 75 generałów i starszych oficerów, w tym słynnego bohatera walk na zachodzie Europy w 1944 roku - gen. Stanisława Maczka. W innym miejscu relacji "Tygodnika Powszechnego" czytamy dość szczególne wyjaśnienie Falkiewicza: "Nieudolność UB może świadczyć o prowokacji, ale i o zwyczajnym zaskoczeniu. Nagle zebrał się spory agresywny tłum". Otóż, jak to jeszcze podejmę w innym fragmencie tekstu, nigdy nie było "sporego agresywnego tłumu". Sięgał on według wiarygodnych świadectw najwyżej 300 osób, a inicjatorami agresywnych działań wobec Żydów byli wojskowi i milicjanci. Czy można w ogóle mówić o "zaskoczeniu" UB, jeśli zajścia antyżydowskie trwały wiele godzin? Przyglądając się stylowi prezentowanych wyżej uwag prokuratora Falkiewicza na temat zajść kieleckich, już można bez trudu przewidzieć, że jego dochodzenie najwyraźniej zmierza do równie "obiektywnego" werdyktu w sprawie kieleckiej jak werdykt IPN w sprawie Jedwabnego. Jeśli bowiem śledztwo prowadzi prokurator tak "rozumujący" jak Falkiewicz, to i wynik będzie odpowiednio "poprawny politycznie".
Rosati stwierdził m.in.: "Nowa demokratyczna Polska wyraża głęboki żal za wszystkie krzywdy, jakich doświadczył naród żydowski. W 1996 r. opłakiwać będziemy ofiary haniebnego pogromu kieleckiego, popełnionego 50 lat temu podczas chaosu polskiej wojny domowej. Ten akt polskiego antysemityzmu uznać musimy za naszą wspólną tragedię. Wstyd nam, że do tej tragedii doszło w Polsce, w której hitlerowcy zbudowali obozy zagłady. Wstyd nam, że Polacy popełnili tę zbrodnię. Prosimy was o wybaczenie". Przeprosiny Rosatiego były typowym przykładem postkomunistycznych manipulacji, zmierzających do zacierania pamięci o komunistycznych sprawcach zbrodni kieleckiej i "odpowiedniego" obciążenia nią Narodu. List Rosatiego wywołał ostry protest zjazdu ZChN, który uznał go za sprzeczny z badaniami historyków, wskazującymi na to, że pogrom kielecki był prowokacją "komunistycznych sił specjalnych". W uchwale zjazdu ZChN list Rosatiego określono jako "wyrzeczenie się polskiej racji stanu".
Ton manipulacjom nadał ówczesny premier Włodzimierz Cimoszewicz, syn oficera Informacji Wojskowej w czasach stalinowskich, akcentując: "Pogrom kielecki - niezależnie od tego, kto go inspirował - jest także cząstką naszej pamięci (...) hitlerowski faszyzm zapuścił korzenie rasowej i religijnej nienawiści, antysemityzmu i ksenofobii również wśród swoich przyszłych ofiar. Wyzuł wielu spośród tych, co przeżyli, z uniwersalnych zasad moralnych. (...) Głęboko bolejąc z powodu wszystkiego, w czymkolwiek Polacy zawinili wobec Żydów, i szczerze za to przepraszając, widzimy potrzebę pracowania dla prawdziwego polsko-żydowskiego pojednania i braterstwa".
W oświadczeniu ŚZŻAK stwierdzono m.in.: "(...) budzą sprzeciw wypowiadane w imieniu narodu polskiego słowa ekspiacji, niedwuznacznie obciążające naród polski za tę zbrodnię" (cyt. za JCK: Nie oskarżać narodu polskiego, "Myśl Polska" z 21 lipca 1996). Protestowało również Porozumienie Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych, stwierdzając m.in.: "Zamiast niesłusznie oskarżać cały naród o antysemityzm i bić się w piersi w jego imieniu premier Cimoszewicz powinien przeprosić za zbrodnię, której dokonali jego ideowi poprzednicy" (cyt. tamże).
Drugim bardzo nieprzyjemnym zgrzytem obchodów 50-lecia zbrodni kieleckiej było wystąpienie żydowskiego laureata Pokojowej Nagrody Nobla Elie Wiesela, znanego skądinąd ze skrajnej tendencyjności, antychrześcijańskich i antypolskich uprzedzeń (m.in. nierzetelnych krytyk pod adresem Jana Pawła II). Wiesel postawił znak równości między spowodowaną przez Niemców zagładą Żydów a wydarzeniami kieleckimi, stwierdzając: "To, co zdarzyło się w tym miejscu, ukazało, że 'normalni' obywatele mogą być tak okrutni, jak mordercy z obozu zagłady. Jeśli gwałtowny przedwojenny antysemityzm utorował drogę Holokaustowi, pogrom kielecki potwierdził jego cel. (...) Kieleccy mordercy byli Polakami. Ich językiem był polski. Ich nienawiść była polska .(...) Jak to było możliwe, aby wielki oszalały tłum został zainspirowany, i by pozwolono mu zabijać przez niemal cały dzień" (cyt. za Z. Lipiński: Druga prowokacja kielecka, "Myśl Polska" z 21 lipca 1996 r. i J. Śledzianowski: "Pytania nad pogromem kieleckim", Kielce 1999, s. 84, 113). Już te słowa Wiesela były krzywdzącą nieprawdą i policzkiem dla milionów Polaków. Jak napisał ks. J. Śledzianowski w wystąpieniu Wiesela "odpowiedzialność ze służb komunistycznych, które z bronią w ręku dokonywały zbrodni, przerzucono na naród polski. Ten naród, który podobnie jak Żydzi, przeżył piekło agresji niemiecko-sowieckiej na Polskę i wyniszczającą II wojnę światową" (J. Śledzianowski: op. cit, s. 111). Rażącym kłamstwem było również stwierdzenie o rzekomym "wielkim oszalałym tłumie", całkowicie sprzeczne z faktami, o których piszę w innym miejscu tekstu. W swym wystąpieniu Wiesel posunął się jednak jeszcze dalej, aż do hucpiarskiej ingerencji w sprawy polskie, domagając się wyrugowania krzyży z Brzezinki, twierdząc, że ich obecność na terenie obozu oświęcimskiego jest "bluźnierstwem" dla Żydów. Powiedział m.in.: "(...) obecność krzyży na świętej ziemi pokrywającej niezliczone żydowskie ofiary w Birkenau była i pozostaje obelgą. (...) Nie ma żadnego uzasadnienia dla stawiania krzyży. (...) Ktokolwiek to uczynił mógł być kierowany dobrymi intencjami, ale rezultat jest katastrofalny, jest bluźnierstwem" (cyt. za Z. Lipiński: op. cit.). Przy okazji Wiesel odsłonił rolę Cimoszewicza, który obiecał mu zająć się sprawą usunięcia krzyży. Wystąpienie Wiesela wywołało bardzo wiele protestów w Polsce. Warto tu zacytować m.in. fragmenty z jakże znaczącego obszernego protestu redakcji "Niedzieli" przeciwko wypowiedzi Elie Wiesela ("Niedziela" z 21 lipca 1996 r.). Pisząc o przemówieniu Wiesela, redaktorzy "Niedzieli" stwierdzali m.in.: "Zarówno treść tego przemówienia, jak i okoliczności, które doprowadziły do jego wygłoszenia, wywołują zaniepokojenie, wzbudzają odległe w czasie antagonizmy i obnażają słabość polskiej dyplomacji, która zezwala na publiczne, czynione z aprobatą władz łamanie podstawowych swobód obywatelskich i naruszenie polskiej racji stanu. Mówiąc o akcie zbiorowego mordu dokonanego w Kielcach w 1946 r. Elie Wiesel uprzedził wynik postępowania sądowego toczącego się w tej sprawie, jednoznacznie przypisując obywatelom polskim odpowiedzialność za podżeganie do zbrodni. Elie Wiesel powiedział m.in.: 'Kieleccy mordercy byli Polakami'. Naruszył w ten sposób podstawowe prawo do dobrego imienia, za co w prawodawstwie cywilizowanego świata grożą określone konsekwencje. Publiczne żądanie - wyrażone wobec mieszkańców dzisiejszych Kielc oraz odbiorców mediów masowych - usunięcia krzyża z terenu obozów koncentracyjnych w Oświęcimiu nosi wszelkie znamiona wywoływania antagonizmów religijnych, od których polskie społeczeństwo jest wolne. Odwaga w wygłoszeniu tego żądania, będąca - jak się wydaje - wynikiem wcześniejszych uzgodnień w tej sprawie u Premiera Rzeczpospolitej Polskiej, obnaża słabość polskiej dyplomacji. Elie Wiesel powiedział: 'Pańskie postępowanie Panie Premierze napełnia nas otuchą. (...) Był Pan łaskaw obiecać, że osobiście zajmie się Pan kilkunastoma krzyżami wzniesionymi w Birkenau'. Do czego w konsekwencji prowadzi zgoda na panoszenie się w kraju obcych interesów, przekonują lata obu okupacji. To właśnie wówczas m.in. na polskiej ziemi, obcymi rękoma dokonywano czynów, za które dzisiaj chce się obarczać społeczeństwo polskie. (...) Ponawianie aktów przeprosin przez każdego nowego polskiego prezydenta czy premiera może być różnie interpretowane (...), tym bardziej, że - jak dotychczas - antypolonizm żydowski nie doczekał się równie spektakularnych przeprosin".
Chodzi o wymordowanie w tej arabskiej wiosce w pobliżu Jerozolimy przez terrorystyczne bojówki izraelskie 254 osób: meżczyzn, kobiet, dzieci i głównie starszych bezbronnych mężczyzn. (O zbrodni tej dużo szerzej napiszę w zestawieniu z Kielcami w następnym odcinku). Tu chciałbym przypomnieć, że Wiesel niejednokrotnie był krytykowany za całkowite milczenie w sprawie tej nieludzkiej historii i zafałszowanie powojennych dziejów Izraela. Oskarżano go o to m.in. w wydanej w 1998 r. książce "Remembering Deir Yassin", współautorem której był żydowski teolog i naukowiec Marc H. Ellis. Jak wspomniano w tej publikacji - Wiesel winę za zło w stosunkach z Izraelczykami zrzucał na Palestyńczyków, akcentując, że Żydzi jakoby po holokauście "wybrali człowieka" zamiast zemsty. Okrutna masakra 254 bezbronnych Arabów w Deir Yassin przez bojówki późniejszego premiera Izraela Menachema Begina ukazała, jak nieprawdziwe jest stwierdzenie Wiesela o tym, że Żydzi nie dążą do zemsty i "wybrali człowieka". W przeciwieństwie do wielkiej XX-wiecznej Żydówki Hannah Arendt - Wiesel nigdy nie był zdolny do narodowego samorozrachunku i zawsze wybierał farezyjskie pouczanie innych.
Po dziesięcioleciach przemilczeń sprawy zbrodni kieleckiej w tekstach autorów krajowych (poza rzadkimi wyjątkami na łamach prasy) w latach 90. doszło do wyraźnej eksplozji prac na ten temat. Wydane zostały m.in. prace książkowe Tadeusza Wiącka: "Zabić Żyda - Kulisy i tajemnice pogromu kieleckiego 1946" (Kraków 1992), Bożeny Szaynok: "Pogrom Żydów w Kielcach 4 lipca 1946 r. (Warszawa 1992), i cytowane już przeze mnie wielokrotnie książki Krzysztofa Kąkolewskiego "Umarły cmentarz" (Warszawa 1996) i ks. Jana Śledzianowskiego "Pytanie nad pogromem kieleckim" (Kielce 1999). Te dwie nowsze książki osobiście najwyżej oceniam spośród krajowej literatury przedmiotu. Przytoczone w pozycjach książkowych materiały dały bardzo wiele nowych informacji, rozbiły wiele niejasności, mitów i fałszów. Zarówno Kąkolewski, jak ks. Śledzianowski jednoznacznie dowiedli, w oparciu o bardzo bogatą faktografię, że zbrodnia kielecka była wynikiem sowieckiej prowokacji i jednoznacznie potwierdzili w tym względzie dużo wcześniejsze ustalenia na ten temat podane w książce b. polskiego oficera pochodzenia żydowskiego Michaela Chęcińskiego "Poland - Communism - Nationalism - Antisemitism" (New York 1983). Rzecz znamienna, że właśnie te najbogatsze w faktografię i dowody komunistycznej prowokacji książki Kąkolewskiego i Śledzianowskiego zostały najwyraźniej przemilczane w najbardziej wpływowych przekaziorach, od telewizji po "Gazetę Wyborczą" i inne tego typu organy. Obie książki były bowiem wyraźnie "niepoprawne politycznie" - obalały tak miły wielu żydowskim i filosemickim dysponentom mediów mit o zbrodni kieleckiej jako dziele fanatycznego polskiego "reakcyjnego i klerykalnego motłochu". Znamienne było pod tym względem również kilkuletnie blokowanie przez telewizję emisji filmu Andrzeja Miłosza (brata noblisty) i Piotra Weycherta "Henio" - zawierającego wyznania Henryka Błaszczyka, jednoznacznie dowodzące przygotowania pogromu kieleckiego przez ubeków.
Przemilczając próby pokazania pełnej prawdy o enkawudowsko-ubeckich korzeniach zajść kieleckich 1946 roku w najbardziej wpływowych mediach od telewizji po "Wprost" i "Politykę", tym skwapliwiej lansowano najróżniejsze próby zrzucenia całej winy za zbrodnię kielecką na "ciemny" polski tłum. Można by długo tu wyliczać publikacje autorów, snujących na temat Kielc najbardziej szkaradne antypolskie uogólnienia w stylu Sławomira J. Maca. Pominę tu jednak ich żenujące częstokroć wprost swą tendencyjnością i brakiem logiki publicystyczne uogólnienia. I ograniczę się do najbardziej lansowanej w mediach autorki tekstów o Kielcach 1946 r. - prof. Krystyny Kersten. Autorki, nie da się tego ukryć, wielce zahartowanej w kłamstwach o historii. Już w 1965 roku wydała swą pierwszą pełną zakłamania pracę - panegiryczną książkę o PKWN, w której wychwalała "mądrą politykę obozu demokratycznego" i piętnowała niepodległościowe podziemie za "podsycanie dezorientacji i nieufności", "zastraszanie ludności" oraz "kompleks antyrosyjski". W 1967 roku K. Kersten jako autorka hasła o Polsce Ludowej w Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN stwierdzała, że PKWN miał na celu m.in. "zabezpieczenie państwa przed atakami nacjonalistycznego podziemia", zaś "działalność skrajnie prawicowych odłamów podziemia ewaluowała w kierunku terroru, który niekiedy przeradzał się w bandytyzm". W 1981 roku, gdy stawianie na "Solidarność" stało się modne w kręgach dużej części "warszawki", związanej poprzednio z PZPR-em, K. Kersten wystąpiła na łamach tygodnika "Solidarność" z artykułem wyraźnie głoszącym tezy o zbrodni kieleckiej jako komunistycznej prowokacji. Wtedy takie stawianie sprawy zyskiwało szczególne poparcie, ułatwiało "nobilitowanie" wśród opozycji tak długo związanej z partyjną wykładnią historyczki. Po 1989 roku jednak, wraz z opanowaniem przez lewicę "internacjonalistyczną" (także opozycyjną) najbardziej wpływowych mediów, przestało być "modne" rewidowanie antypolskich kłamstw komunistycznych, a na porządku dziennym stanęło służenie tropieniu "polskiego antysemityzmu". W tej sprawie Kerstenowa szybko zdobyła palmę pierwszeństwa wśród historyków. Już w 1992 roku, po powrocie ze spotkania historyków polskich i izraelskich w Tel Awiwie, chwaliła się, iż będąc członkiem polskiej delegacji "o wiele silniej akcentowałam fakty obciążające Polaków" ("Przegląd Tygodniowy" 2 lutego 1992 r.). W tymże 1992 roku wydała pełną zafałszowań historii stosunków polsko-żydowskich książkę "Polacy. Żydzi. Komunizm. Anatomia półprawd 1939-68". W rozdziale na temat Kielc 1946 r. mnożyła najbardziej ordynarne i tendencyjne uogólnienia w stylu: "Skoro wystarczała pogłoska o mordzie rytualnym, by zaczął zbierać się tłum, gotów do niepohamowanej agresji, nie trzeba było zbrodniczego zamysłu, wystarczyła ciemnota, siła przesądu, zakorzenione fobie". 8 czerwca 1996 r. Kersten przebiła wszystkie swe dotychczasowe kłamstwa artykułem "Ręka Polaka", opublikowanym w "Polityce". Lansując jednoznacznie tezę o odpowiedzialności "polskiego motłochu" za zbrodnię kielecką, dla jej tym mocniejszego uwypuklenia opatrzyła swój tekst zdjęciem szczególnie drastycznie przedstawiającym okrucieństwo rzekomego polskiego tłumu wobec mordowanych Żydów. Szybko zdemaskowano jednak tę fałszywkę. Okazało się, że publikowana przez Kersten odpowiednio spreparowana fotografia (wycięto nazbyt wyrazistego SS-mana w mundurze) rzekomych Polaków była już publikowana 15 lat wcześniej w USA. W rzeczywistości przedstawiała mordowanie Żydów na ulicach Kowna przez Niemców i ich litewskich popleczników. K. Kersten nie zdobyła się nawet na przeproszenie czytelników za taką próbę, delikatnie mówiąc, "zmanipulowania" ich wyobrażeń.
Jak wiadomo, w zainicjowaniu prowokacji w 1946 r. w Kielcach znaczącą rolę odegrało tajemnicze zaginięcie małego chłopca Henryka Błaszczyka, który potem wraz z ojcem poszedł na milicję, twierdząc, że był przetrzymywany przez Żydów. Chłopiec nie został powołany na świadka w procesie kieleckim w 1946 r., choć go przetrzymywano w UB (wraz z matką i bratem) aż do 17 lutego 1947 r. Później okazał się na tyle "godny zaufania", że przez wiele lat strzegł z bronią w ręku gmachu Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Kielcach. A jednak w latach 90., na kilka lat przed śmiercią, Henryk Błaszczyk zdecydował się "mówić" o tym, co wie na temat prowokacji kieleckiej. Jak twierdził do współautora filmu o nim, Andrzeja Miłosza: "Panie Miłoszu, chyba Bóg tak chciał, że ja pana spotykam, bo byłem u spowiedzi i ksiądz kazał mi całą prawdę o pogromie powiedzieć" (cyt. za M. Flak, M. Zając: Siódma hipoteza. "Tygodnik Powszechny" 7 kwietnia 2002 r.). Twórcom filmu: A. Miłoszowi i P. Weychertowi, Henryk Błaszczyk ujawnił prawdę o roli ubeków w prowokacji kieleckiej, w tym rolę własnego ojca - ubeka. Sprawę tych "wyznań" szerzej opisał ks. Jan Śledzianowski, któremu Błaszczyk również szeroko opisał swą tragiczną historię. Czytelników "Naszego Dziennika" odsyłam więc do cytowanej już tylekroć książki ks. Śledzianowskiego. Zacytuję tu tylko kilka jakże wymownych cytatów z tej książki. Na s. 22 czytamy, jak ubowiec po wypuszczeniu Błaszczyka z więzienia w lutym 1947 r. powiedział: "jeśli piśniesz komu słowo, że nie byłeś u Żydów, to zginiesz tak, jak ci Żydzi". Na s. 25 czytamy, jak Błaszczyk opowiada: "W naszym mieszkaniu to była taka melina UB. Nawet jeden z tych ubowców ożenił się u ojca brata z córką". Na s. 25-26 dowiadujemy się, jak matka Henryka Błaszczyka ostrzegała swojego syna. "W czasie ÇSolidarnościČ jeszcze przed stanem wojennym, kiedy różni ludzie zaczęli się sprawą interesować i odnajdywali mnie, matka prosiła, abym nic nie mówił, bo zginę" - wyznawał Błaszczyk.
W sprawie kieleckiej wciąż dominują różne przemilczenia. Dlaczego autorzy negujący tezę o zbrodni kieleckiej jako cynicznie zrealizowanej prowokacji komunistycznego reżimu przemilczają w swej argumentacji tak wiele niewygodnych dla nich faktów? Dlaczego milczą na przykład o tym, że: "Na jednym z trzech egzemplarzy, opatrzonych klauzulą "ściśle tajne", sprawozdania z kieleckich wydarzeń z 19 lipca 1946 r., które trafiło na biurko gen. Mariana Spychalskiego, zastępcy naczelnego dowódcy Wojska Polskiego, ówczesny naczelny prokurator WP płk Henryk Holder dopisał odręcznie: Ze sprawozdania wynika nie tylko indolencja władz odpowiedzialnych za bezpieczeństwo i porządek w Kielcach, ale wręcz udział i (słowa nieczytelne) szeregu osób urzędowych w dokonywaniu pogromu" (cyt. za J. Śledzianowski: "Pytania nad pogromem kieleckim", Kielce 1999, s. 80). Jak na tle tego "udziału szeregu osób urzędowych w dokonywaniu pogromu", który przyznawał nawet ówczesny naczelny prokurator wojskowy, może być podtrzymywana teza Krystyny Kersten o zbrodni kieleckiej jako skutku pogromowej psychozy wśród ciemnego kieleckiego motłochu. Bo - jak głosiła Kersten "nie trzeba było zbrodniczego zamiaru, wystarczała ciemnota, siła przesądu".
Kolejne pytanie: dlaczego w Kielcach już przed południem 4 lipca 1946 r. pojawili się specjalni wysłannicy KC PPR, najwyraźniej wysłani z Warszawy rankiem, gdy jeszcze nie było śladów żadnego pogromu? Pytanie to zadawał już w 1992 r. piszący o kieleckiej zbrodni dziennikarz "Gazety Wyborczej" Włodzimierz Kalicki, zapytując dosłownie: "...jakim cudem specjalni wysłannicy KC PPR, Chełchowski i Buczyński, zjawili się w Kielcach przed południem? Decyzję o wysłaniu ich do Kielc podjąć musiał ktoś z najściślejszego kierownictwa partyjnego. Podjęcie decyzji i dojazd do lotniska zająć musiały 20-30 minut. Lot na podkieleckie lotnisko stosowanym powszechnie wówczas do takich celów kukuruźnikiem, osiągającym w sprzyjających warunkach prędkość do 150 km na godz., trwać musiał około 1,5 godziny. Dojazd częściowo gruntową, a częściowo szufrową drogą do Kielc nie mógł trwać krócej niż następne pół godziny. Decyzję o wylocie delegatów w celu obserwacji pogromu podjęto zatem w Warszawie między godz. 9.00 a 9.30, gdy pogrom się jeszcze nie zaczął i nic nie wskazywało, że dojdzie do poważnego rozlewu krwi". (cyt. za J. Śledzianowski: op. cit., s. 81-82). To w KC PPR byli już tak "przewidujący" znawcy tego, co się zdarzy w Kielcach?!
Inne pytanie. W ówczesnym polskim aparacie bezpieczeństwa dominującą rolę odgrywają komuniści żydowskiego pochodzenia, począwszy od sprawującego jako członek Biura Politycznego KC PPR nadzór nad bezpieką Jakuba Bermana. Wiadomo, jak wielkie wpływy mieli tacy bezpieczniacy żydowscy, jak Romkowski, Różański (Goldberg), Fejgin czy Światło. Wiele godzin trwa pogrom Żydów, wojsko i UB zachowują zdumiewającą bezczynność, a Żydzi w kierownictwie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i UB nie robią nic dla pogonienia opieszałych kieleckich podwładnych, dla zagrożenia im odpowiednio surową karą za bezczynność. Przecież istniały wtedy też telefony i telegrafy. Równie bezczynni wobec tragedii swych ziomków pozostają na miejscu tragedii w Kielcach jakże wpływowi tamtejsi Żydzi: prezydent miasta Zarecki, zastępca szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego Albert Grynbaum, szef sekretariatu Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego Eta Lewkowicz-Ajzenman, szef wydziału personalnego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Marian (Morris) Kwaśniewski. I gdzie tu jest osławiona żydowska solidarność? Jeśli rzeczywiście w ataku na Żydów brał tylko udział "reakcyjny, rasistowski motłoch", to przecież jakże łatwo byłoby go rozpędzić w sytuacji, gdy według dokładnie potwierdzonych świadectw nigdy nie liczył więcej niż 300 osób. Tymczasem, jak przypomina Kąkolewski: naczelnik wydziału personalnego WUBP Morris Kwaśniewski, raportując o siłach bezpieczeństwa ocenia, że można było wystawić 600 osób. "Z samych tylko wartowników i szkoły WUBP - twierdzi - można było wystawić siłę zbrojną zwartą do 150 osób" (K. Kąkolewski: "Umarły cmentarz", Warszawa 1996, s. 146). Można było wystawić więc siłę zbrojną 600 osób wobec cywilów, liczących najwyżej 300 osób. Dlaczego więc nie ściągnięto takiej siły dla spacyfikowania zajść? Komu zależało na ich przedłużaniu i dalszym mordowaniu Żydów? Dlaczego nie dopuszczono na miejsce zajść prokuratora i duchownych?
Kolejna kwestia - jaką rolę w całej sprawie odegrał sowiecki doradca szefa UB w Kielcach, osławionego majora Spychaja-Sobczyńskiego? (Były ambasador PRL-u Zdzisław Rurarz w publikowanym w 1996 roku w "Dzienniku Chicagowskim" artykule twierdził, że Szpilewoj to agent "Natan", z pochodzenia Żyd radziecki z NKWD). Otóż sowiecki pułkownik Szpilewoj jednoznacznie sprzeciwił się strzelaniu do motłochu atakującego Żydów, mówiąc: "Eto ne budiet charaszo" (wg. J. Sledzianowski, op. cit., s. 70). Kąkolewski o tym samym pułkowniku Szpilewoju przytacza informację, iż na prośbę o pomoc odpowiedział on co następuje: "Nie może przysłać pomocy, bo nie ma jednostek w mundurach polskich. Ma tylko mundury rosyjskie, a gdyby wystąpili w rosyjskich, mogliby potem powiedzieć, że Rosjanie mordują Polaków" (cyt. za K. Kąkolewski "Umarły cmentarz" Warszawa 1996, s. 146). Kąkolewski komentuje: "Nasuwa się też pytanie: gdzie byli w tym czasie żołnierze sowieccy, którzy byli w mundurach polskich?" (tamże). Zapytajmy teraz, a dlaczegóż to dowódca sowiecki okazywał się nagle tak wstrzemięźliwy z wysłaniem żołnierzy sowieckich, których sam widok mógł podziałać studząco na tych, którzy atakowali Żydów? Przecież znamy z tamtego czasu aż nadto wiele przypadków, gdy Rosjanie bez żenady wysyłali swe oddziały przeciw Polakom, choćby parę miesięcy przedtem do okrutnego spacyfikowania pokojowej manifestacji studenckiej w Krakowie z okazji 3 Maja. Tam nie wahano się użyć broni palnej i czołgów, a tu nie chciano nic zrobić dla spacyfikowania domniemanego motłochu, atakującego i zabijającego Żydów. Bo przypuszczalnie był to dość specyficzny motłoch - "motłoch komunistyczny" - jak pisze o nim K. Kąkolewski, złożony głównie z odpowiednio dobranych prowokatorów.
Kolejna wielce zagadkowa sprawa. Generał brygady w stanie spoczynku Antoni Frankowski (4 lipca 1946 roku oficer dyżurny kieleckiego garnizonu) opisywał w 1996 roku, jak to zameldował dowódcy dywizji pułkownikowi Stanisławowi Kupszy o tym, że zajścia antyżydowskie przybrały niezwykle groźny charakter. Kupsza odpowiedział mu na to po rosyjsku: - Poszedł, zobaczył parę przekupek i robi alarm (cyt. za J. Śledzianowski, op. cit., s. 71). Tak zachował się najwyższy wówczas zwierzchnik wojskowy w mieście - Kupsza był dowódcą 2 Dywizji Piechoty WP im. Henryka Dąbrowskiego. Kupsza vel Kuprij był synem Rosjanina - urzędnika gubernialnego i urodził się w Kielcach. Po powstaniu niepodległej Polski Kuprije wyjechali do Rosji. Przybył do Polski po 1944 roku dla "utrwalenia władzy ludowej" (wg J. Śledzianowski, op. cit. s. 72). Według podanych przez ks. Śledzianowskiego informacji po wydarzeniach na Plantach Kupsza opuścił Kielce, był sądzony przez wojskowy sąd sowiecki, usunięty ze stanowiska i zdegradowany do stopnia szeregowca. Później został zabity na ulicy w Olsztynie (tamże s. 74). Znów kolejna tajemnicza śmierć kogoś, kto miał wpływ na wydarzenia. Nasuwa się znowu pytanie - dlaczego taki, a nie inny los spotkał płk. Kupszę, podczas gdy szefa UB, podejrzanego o bezpośrednie przygotowanie pogromu w Kielcach, wybronili przed sądem jego sowieccy protektorzy i nawet zrobił później błyskawiczną karierę. A może płk Kupsza z czymś się niepotrzebnie "wygadał" i stał się dlatego "niebezpieczny"?
Krystyna Kersten w cytowanej już książce "Polacy. Żydzi. Komunizm" starała się podważyć twierdzenia b. oficera Informacji Wojskowej żydowskiego pochodzenia Michała Chęcińskiego o prowokacji sowieckiej jako przyczynie zbrodni kieleckiej. Twierdziła, że Chęciński jakoby wypowiada się "stanowczo, acz bez dowodów". Otóż Chęciński wyraźnie powołuje się na relacje uzyskane od wiarygodnych świadków wydarzeń - czy to jest brak dowodów? Chęciński dowodzi na przykład, że aktywny udział w trakcie zajść kieleckich odegrał agent rosyjski o nazwisku Demin lub Diomin, urzędujący w tym czasie w WUBP w Kielcach. Jako źródło swej informacji w tym względzie podaje b. szefa sekretariatu WUBP E. Lewkowicz-Ajzenman, która później rozpoznała Diomina jako dyplomatę sowieckiego w Tel Awiwie. Także E. Lewkowicz-Ajzenman poinformowała Diomina o tym, że ojciec chłopca, który posłużył jako narzędzie prowokacji w Kielcach w lipcu 1946 roku - Walenty Błaszczyk, był agentem polskiej bezpieki o pseudonimie "Przelot". Zapytajmy teraz, jaki interes mogła mieć E. Lewkowicz-Ajzenman w podawaniu nieprawdziwych czy niepotwierdzonych informacji, które służyłyby zmniejszaniu odpowiedzialności Polaków za Kielce, poprzez pokazanie sowieckiej "inspiracji"? Postawmy kolejne pytanie, dlaczego Chęciński, który opuścił polską armię po czystkach 1968 roku, wyjeżdżając za granicę miałby być szczególnie stronniczo propolski, opierając się na niesprawdzonych informacjach, korzystnych dla obrazu Polaków? Osobiście uważam, że właśnie argumenty Chęcińskiego wydają się o wiele bardziej wiarygodne niż twierdzenia K. Kersten, która tyle razy dowiodła nagminnej skłonności do rozmijania się z prawdą. (Od osławionej propagandowej księgi kłamstw o PKWN w 1966 roku po udokumentowanie swego artykułu w "Polityce" w 1996 roku z fałszersko spreparowanym zdjęciem).
Na tle kompromitujących publikacji Krystyny Kersten warto przypomnieć dwa o ile poważniejsze wypowiedzi. Jednym z nich był świetny tekst o. Jacka Salija OP "W rocznicę pogromu", publikowany w "Tygodniku Solidarność" z 5 lipca 1996 r. Duchowny przypominał okoliczności zbrodni kieleckiej i ustalenia badaczy, które dowiodły, że "pogrom kielecki był zbrodnią, z premedytacją obmyśloną i przeprowadzoną przez siły reżimu komunistycznego (w tym również siły sowieckie) w celu osiągnięcia moralnego oburzenia opinii światowej na naród polski i odwrócenia w ten sposób uwagi od sfałszowanego referendum, jak i od sprawy katyńskiej (...)". Autor artykułu przypominał również przebieg sfabrykowanego procesu, który dowodził, że "główną troską sądu było zatarcie śladów po sprawcach zbrodni". Ojciec Salij wyrażał nadzieję, że ujawniona zostanie w końcu pełna prawda o kulisach pogromu kieleckiego i: "imieniu polskiemu, tak niesłusznie zarzutem wyróżniania się wśród narodów świata w nienawiści do Żydów, wcześniej czy później zostanie oddana sprawiedliwość. Bo zapłaciliśmy za pogrom kielecki cenę szczególnie gorzką, cenę niesprawiedliwej infamii, rzuconej na nas 50 lat temu i odtąd po wielokroć ponawianej. Dochodziło aż do absurdalnych oskarżeń, że to my ponosimy główną winę za hitlerowskie ludobójstwo".
Nawet Stefan Bratkowski, zbliżony skądinąd bardzo silnie do Unii Wolności i kręgów "Gazety Wyborczej", w świetle faktów nie miał żadnej wątpliwości co do tego, kim byli sprawcy zbrodni kieleckiej. W wydanej rok temu w Warszawie książce "Pod wspólnym niebem" o dziejach stosunków polsko-żydowskich jednoznacznie określił zajścia antyżydowskie w Kielcach 4 lipca 1946 roku jako efekt sowieckiej prowokacji.
Osoby rzetelnie analizujące różne fakty na temat przebiegu zbrodni kieleckiej wyraźnie nie miały wątpliwości co do tego, kto był jej inicjatorem. Występujący ze swą relacją we wspomnianym już filmie A. Miłosza i P. Wejcherta o Kielcach 1946 roku Rafał Blumenfeld stwierdził jako mieszkaniec kamienicy Planty, że "pogrom był zorganizowany i zaplanowany po to, aby w opinii Zachodu skompromitować Polaków. UB udowodniło aliantom, że "Polacy to dziki naród" i potrzebna mu będzie silna opiekuńcza ręka, która już od Jałty przygarnia go do siebie". (wg J. Śledzianowski, op. cit., s. 206). Rita Pragier w wydanej w 1992 roku książce "Żydzi czy Polacy" (s. 197-8) cytuje znamienną opinię dziennikarza żydowskiego pochodzenia Kazimierza Zyberta: "Pogrom kielecki. Nie ma dowodów, ale wiele poszlak na to wskazuje, że była to ubecka prowokacja. A kto był na wierchuszce w UB? Podobno Żydzi (...). Rzecz w tym, że ci ludzie w ogóle nie mieli skrupułów - zwyczajni bandyci".
Zajścia antyżydowskie w Kielcach w lipcu 1946 roku są wciąż ogromnie nagłaśniane w świecie, służąc jako dogodny argument do najskrajniejszych antypolskich uogólnień, dowodzących, że Polacy byli kontynuatorami hitlerowskiego dzieła eksterminacji Żydów. Tak robi się m.in. przez dodanie odpowiednio skomentowanego fragmentu o Kielcach 1946 roku do ekspozycji w amerykańskich muzeach holokaustu. Pokazując w takim kontekście mord czterdziestu paru Żydów w Kielcach, skrzętnie milczy się o roli NKWD-owskich i ubeckich prowokatorów w tej zbrodni. Te same osoby, które tak jak noblista E. Wiesel żarliwie i donośnie wykrzykują uogólnione potępienia "zbrodniczych" Polaków za Kielce, równocześnie za nic nie chcą zabrać publicznie głosu w sprawie zbrodni popełnionej przez Żydów - wymordowania 254 Arabów, głównie dzieci, kobiet i starców w wiosce Deir Yassin w kwietniu 1948 roku. Bestialskiej zbrodni, której sprawców nigdy nie ukarano w Izraelu, a główny odpowiedzialny za nią - dowódca terrorystycznych jednostek Irgunu Menachem Begin - został po dziesięcioleciach nawet premierem Izraela, a później laureatem Pokojowej Nagrody Nobla (!).
Przemilczanie w Polsce sprawy zbrodni żydowskiej w Deir Yassin tym bardziej ułatwia cyniczne uogólnienia na temat Polaków, którzy jakoby chorują na amnezję o złych sprawach w swej historii. Bo milczą o swoich domniemanych zbrodniach (w Jedwabnem i - jak sugerują w Światowym Kongresie Żydów - także o innych rzekomych zbrodniach na Żydach). Może więc wreszcie zajmiemy się tu, w Polsce, dokładniej przykładami strasznej żydowskiej amnezji na temat ciemnych kart własnej przeszłości. Wspominano już w polskiej prasie, także w "Naszym Dzienniku", o tej żydowskiej amnezji w odniesieniu do zbrodni popełnionych na Polakach na Kresach Wschodnich w latach 1939-41, w Nalibokach (1943 r.), w Koniuchach (1944 r.) czy powojennych zbrodni Bermana, Fejgina, Romkowskiego, Różańskiego (Goldberga), Światły, Brystygierowej, Wolińskiej czy Stefana Michnika. Warto wreszcie wspomnieć również i o prawie zupełnie nieznanej w Polsce okrutnej masakrze dokonanej przez Żydów w Deir Yassin, masakry, za którą jakoś nie chcą się bić w piersi tak mentorsko karcący Polaków przedstawiciele izraelskich Żydów od ambasadora Izraela w Warszawie Szewacha Weissa po prof. Israela Gutmana. O ile wiem, historii tej zbrodni nikt dotąd nie podejmował w Polsce poza mną (por. moje teksty: "...to, co jest złem w oczach Boga" - cykl "Przemilczane świadectwa" (16) w "Słowie Dzienniku katolickim" z 17 lutego 1995 r. i hasło Deir Yassin w Encyklopedii Białych Plam, t. IV, Radom 2001, s. 231-232). A przecież sprawa masakry w Deir Yassin stanowi jakże ważny przyczynek do powojennej historii Żydów i zarazem jakże ważny przykład faryzejskiego stosowania dwóch miar w historiografii i publicystyce. Z jednej strony maksymalnego nagłaśniania sprawy Kielc 1946 r. i z drugiej strony równoczesnego maksymalnego wyciszania i przemilczania sprawy masakry w Deir Yassin, gdzie niedoszłe ofiary holokaustu z zimną krwią okrutnie wymordowały 254 niewinnych i pokojowo nastawionych wieśniaków arabskich. Prezentowanym na łamach "Naszego Dziennika" szkicem pragnę ostatecznie rozbić zaporę wieloletniego, tak niegodnego milczenia w tej kwestii. Dodajmy, że przedstawiane tu fakty opieram w przeważającej mierze na świadectwach uczciwych izraelskich Żydów, protestujących przeciwko przemilczaniu lub zakłamywaniu sprawy masakry w Deir Yassin przez ich własnych żydowskich rodaków (m.in. wstrząsające świadectwo b. pułkownika armii izraelskiej Meira Paila).
Wioska Deir Yassin, położona w pobliżu Jerozolimy, miała reputację bardzo pokojowej miejscowości. Jej mieszkańcy arabscy, żyjący z pracy w kamieniołomach, chcieli uniknąć udziału w starciach arabsko-żydowskich i zawarli pakt o wzajemnych pokojowych stosunkach z pobliskim żydowskim przedmieściem Jerozolimy - Givat Shaul. Komendant izraelskich oddziałów Hagdany w Givat Shaul, Yona Ben-Sasson, wspominał później, że "nie było nigdy ani jednego wrogiego incydentu pomiędzy Deir Yassin a Żydami" (za: U. Nilstein "War of Independence", t. IV, Tel Awiw 1991, s. 257). Były pułkownik izraelski i historyk wojskowości dr Meir Pail wspominał po latach, że wioska Deir Yassin "miała pakt z nami (...). Ludzie z Deir Yassin przestrzegali tego paktu (...). Nigdy nie słyszałem o jakimkolwiek strzelaniu przeciwko nam". Chcąc uniknąć waśni z Żydami, mieszkańcy Deir Yassin przeganiali ze swej ziemi wszelkich uzbrojonych Arabów. To wszystko nie uchroniło ich jednak przed okrutnym losem. W dowództwach terrorystycznych bojówek Irgunu (kierowanego przez Begina) i Stern Gangu (dowodzonego przez innego późniejszego premiera Icchaka Szamira) powstał tajny plan, aby zniszczyć Deir Yassin, tak aby móc tam później stworzyć małe lotnisko dostarczające wsparcia dla Żydów w Jerozolimie. Jako pierwsze zniszczenie Deir Yassin zaproponowało właśnie ugrupowanie terrorystyczne Sterna, dążąc w ten sposób "do złamania ducha Arabów". Pomysł ten natychmiast zyskał poparcie przywódcy Irgunu - Begina. Z zimną krwią zaplanowano wymordowanie wszystkich arabskich mieszkańców Deir Yassin. Oficer Irgunu Ben-Zion Cohen wspomniał, że podczas narady dowódców terrorystycznych jednostek Irgunu i Sterna: "Większość opowiedziała się za likwidacją wszystkich mężczyzn w wiosce i jakiejkolwiek innej siły, która by się nam opierała, czy to byliby starcy, czy kobiety i dzieci".
W nocy z 8 na 9 kwietnia 1948 roku 132 mężczyzn (72 z Irgunu i 60 ze Sterna) zebrało się do planowanego ataku na wioskę arabską. W świetle tego, co później nastąpiło, możemy więc mówić o wcale niemałej grupie 132 bezlitosnych morderców. Ofiarą dokonanej przez nich rzezi padły głównie kobiety, dzieci i starcy, ponieważ przeważająca część młodych mężczyzn zdołała uciec w panice od razu, na początku ataku. Izraelski pułkownik Meir Pail, który przybył do Deir Yassin niewiele godzin po masakrze i dokładnie oglądał miejsce rzezi, wspominał: "Wchodziliśmy do domów. To były typowe domy arabskie (...). W kątach pokojów widzieliśmy martwe ciała. Prawie wszyscy zabici byli starcami, kobietami lub dziećmi. (...) Większość arabskich mężczyzn uciekła. To jest dziwna sprawa, ale przy takim niebezpieczeństwie najzręczniejsi uciekają pierwsi". Na tle tej ucieczki jakże wielu młodych Arabów tym bardziej można podziwiać heroiczne poświęcenie nauczycielki Hayat Balabseh, która odrzuciła szansę ucieczki i spiesząc z pomocą rannym, sama padła ofiarą żydowskich morderców. Przez dwa kolejne dni terroryści Irgunu i Sterna zabijali w najokrutniejszy sposób swoje ofiary, niektórym z nich obcinając głowy. Według oficjalnego raportu głównego przedstawiciela Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w Jerozolimie dr. Jacquesa de Reyniera, zamordowano 52 dzieci i rozcięto brzuchy 25 ciężarnych kobiet. Sam de Reynier znalazł m.in. ciało jeszcze żywej, potwornie okaleczonej dziewczynki. Licznym Arabom, masakrując ich, obcięto genitalia. Jacques de Reynier z obrzydzeniem wspominał, jak piękna izraelska dziewczyna pyszniła się swym nożem ociekającym krwią (por. tekst o Deir Yassin w kanadyjskim "Globe and Mail" z 2 maja 1998 r.). W książce "Remembering Deir Yassin", której współautorem był żydowski teolog i naukowiec Marc H. Ellis (Nowy Jork 1998, s. 48-51) przytaczano m.in. takie wstrząsające sceny masakry w Deir Yassin: "Jamil Ahmed (...) wspominał dzień, gdy umarła jego wieś (...). Zabrano ich jako jeńców, zaprowadzono na skraj wsi w pobliżu mego domu i obsypano kulami. W ten sposób zastrzelono również niewidomego i siedmioletnie dziecko (...). 'Operację oczyszczającą' prowadzono, idąc z domu do domu, najpierw obsypując je kulami, a potem wrzucając granaty. Niewiele znaczyło, kto był w owym domu. Mężczyźni, kobiety i dzieci byli wyciągani z ich domów, stawiani pod ścianą i rozstrzeliwani. Zdziczenie zwiększało się wraz ze śmiercią każdego mieszkańca wioski. Halem Eid widziała, jak zastrzelono jej siostrę Shliyę strzałem w szyję". Shliya była w dziewiątym miesiącu ciąży. Morderca rozciął brzuch kobiety nożem rzeźniczym. Inna kobieta Aiecha Radvav została zastrzelona, gdy próbowała ratować niemowlę (...). Mohammed Jaber, który znalazł się w domu dzięki wcześniejszemu zamknięciu szkoły, oglądał scenę ze swego ukrycia pod łóżkiem. Widział, jak "Żydzi wdarli się do domu, wyciągnęli wszystkich na zewnątrz, postawili pod ścianą i zamordowali. Jedna z kobiet miała na ręku trzymiesięczne dziecko". 12-letnia wówczas dziewczyna Fahimi Zeidan wspominała, jak wymordowano jej rodzinę i sąsiadów. Zastrzelono już ranionego mężczyznę, a gdy jedna z jego córek krzyczała, zastrzelono również i ją. Potem zawołali mego brata Mehmuda i zastrzelili go w mojej obecności, a gdy moja matka zaczęła krzyczeć, pochylając się nad moim bratem (na rękach miała moją małą siostrę Khadrę, jeszcze karmioną piersią), zastrzelili również i moją matkę". Doktor Jacques de Reynier zanotował swe pierwsze wrażenia na widok miejsca masakry w Deir Yassin: "Wszystko, co mi przychodzi na myśl w tym kontekście, to wojska SS, które widziałem w Atenach" (cyt. za "Remembering Deir Yassin", op.cit. s. 49). Towarzyszący de Reynierowi żydowski doktor Alfred Engel wyznał po latach: "Byłem doktorem w armii niemieckiej przez pięć lat w czasie pierwszej wojny światowej, ale nigdy nie widziałem wówczas tak potwornego widowiska" (cyt. za U. Milstein, op.cit., s. 279). Fahimi Zeidan, wówczas 12-letni chłopiec, który zdołał przeżyć masakrę, opowiadał: "Żydzi nakazali całej rodzinie ustawić się rzędem przy ścianie i zaczęli nas rozstrzeliwać. Mnie trafili w ramię, ale uratowałem się wraz z większością dzieci, bo byliśmy ukryci za rodzicami. Kule trafiły moją siostrę Kadri (czteroletnią) w głowę, moją siostrę Sameh (ośmioletnią) w policzek, mego brata Mohammeda (siedmioletniego) w pierś. Wszyscy inni z nas postawieni pod ścianą zginęli: mój ojciec, moja matka, mój dziadek i babcia, moi wujkowie i ciotki oraz kilkoro z ich dzieci". Arabka Um Mahmud, która w czasie masakry miała 15 lat, relacjonowała po latach: "Widziałam, jak zamordowano Hilweh Zeidan wraz z jej mężem, jej synem, bratem i rodziną Khumayyes. Hilweh Zeidan poszła, aby zabrać ciało męża. Zastrzelili ją i upadła na jego ciało (...). Widziałam również Hayat Bibeissi, pielęgniarkę z Jerozolimy pracującą we wsi, jak ją zastrzelono przed drzwiami domu Musy Hassana. Córka Abu el Abeda została zastrzelona w momencie, gdy trzymała na ręku swoją siostrzenicę - niemowlę. Niemowlę zastrzelono również".
Rzezi towarzyszył wszędzie rabunek. Żydowscy terroryści z Irgunu i Sterna po zasztyletowaniu kobiet zdzierali im złote kolczyki i bransolety (wg "Remembering Deir Yassin", op.cit., s. 51). 41-letnia wówczas Safi yeh Attiyah relacjonowała straszne chwile wówczas przeżyte: "Jęczałam, ale wokół mnie gwałcono również inne kobiety. Niektórzy mężczyźni rozrywali nam uszy, by jak najbardziej zabrać nam kolczyki". Liczne kobiety zostały zgwałcone przed zamordowaniem. Śledztwo brytyjskiej policji dowiodło, że popełniono wiele okrucieństw seksualnych" (wg raportu brytyjskiej policji z 9 kwietnia 1948 roku cytowanego w książce L. Collins i D. Lepierre " O Jerusalem", Nowy Jork 1972, s. 276). Zastępca inspektora generalnego brytyjskiej policji w Jerozolimie Richard C. Catling stwierdził: "Nie ma wątpliwości, że wiele okrucieństw seksualnych zostało popełnionych przez żydowskich napastników. Zgwałcono wiele młodych dziewcząt, a później zarżnięto (...). Był przypadek, że młodą dziewczynę dosłownie rozczłonkowano na dwie części, zarżnięto wiele dzieci (...). Kobietom ściągano bransolety z rąk i pierścienie z ich palców. Odcinano nawet części uszu kobiecych, aby zyskać kolczyki". Znamienny był fakt, że liczba zabitych Arabów wielokrotnie przewyższała liczbę ocalałych rannych. To było jednym z najlepszych dowodów, iż w Deir Yassin miała miejsce bezlitosna masakra. Amerykańscy autorzy szerszego tekstu na temat zbrodni w Deir Yassin pt. "Anatomy of a Whitewash", polemizującego z próbami wybielania sprawców rzezi, porównywali wręcz rozmiary masakry w Deir Yassin do nazistowskiej zbrodni w czeskiej wsi Lidice. W obu przypadkach liczba zamordowanych wielokrotnie przewyższała liczbę ocalałych rannych. Nawet po przyjęciu skrajnie pomniejszonej liczby arabskich ofiar w Deir Yassin (107 zabitych i 12 rannych), jaką podawano w wybielającej sprawców rzezi książce Syjonistycznej Organizacji Ameryki (ZOA), procent zabitych do rannych równał się dziewięć do jednego. W normalnych potyczkach liczba rannych jest wielokrotnie większa. Oficer izraelskiej Hagany, Eliyahu Arbel, który przybył na miejsce zbrodni 10 kwietnia 1948 r., w dzień po rzezi, wspominał 24 lata później: "Widziałem wiele zdarzeń wojennych, ale jeszcze nigdy nie widziałem czegoś takiego jak Deir Yassin, gdzie leżały głównie ciała kobiet i dzieci zamordowanych z zimną krwią". Gdy parę dni później brygada młodzieżowa Hagany przejęła od Irgunu i Sterna kontrolę nad Deir Yassin i zorganizowała pogrzeb zamordowanych, jeden z dowódców brygady Yehoshua Ariel powiedział, że to, co zobaczył w Deir Yassin, "było absolutnie barbarzyńskie". Musiano odesłać do domów młodszych członków brygady. Komendant brygady Zvi Ankor "wszedł do sześciu czy siedmiu domów" i jak później wyznał, znalazł tam kilka ciał okaleczonych seksualnie. Żeńska członkini grupy grzebiących ciała, Shosanna Shastal, wpadła w szok na widok kobiety w ciąży z rozciętym brzuchem.
Szczególnie szokujący był sadyzm żydowskich morderców w Deir Yassin. Izraelski pułkownik Meir Pail wspominał: "Ci, którzy mordowali, chodzili ze lśniącymi oczami jakby wpadli w szał radości dzięki zabójstwom (...). Widząc ten horror, byłem zaszokowany i gniewny". Poza tymi Arabami (starcami, dziećmi i kobietami), których wymordowano od razu w ich domach, część schwytanych wyprowadzono z domów i trzymano w jednym miejscu. Większość z nich została jednak również zamordowana. Terrorysta Irgunu Yehoshua Gorodentchik przyznał, że zabito około 80 ze schwy tanych Arabów. Tłumaczył to jednak tym, jakoby kilku ze schwytanych rzekomo zaczęło nagle strzelać do Żydów. Inni tłumaczyli mordowanie kobiet tym, że kilku Arabów jakoby przebrało się za kobiety dla uniknięcia śmierci. W rzeczywistości to właśnie dzieci i kobiety dominowały wśród ofiar rzezi. Izraelski dziennikarz Dan Kurzman pisał po rozmowach z żydowskimi uczestnikami napaści na Deir Yassin, iż przyznali oni to, że "z zimną krwią rozstrzeliwali każdego Araba, którego znaleźli, niezależnie od tego, czy to był mężczyzna, kobieta czy dziecko" (D. Kurzman "Genesis 1948. The First Arab-Israeli War", Nowy Jork 1970, s. 14). Po zdobyciu wioski kontynuowano egzekucje, teraz jednak mordując głównie mężczyzn, nieraz na oczach kobiet z ich rodzin. Abu Yousef, uchodźca z Deir Yassin, opisywał, jak "Jednej kobiecie zabrano jej syna na 40-60 metrów od miejsca, gdzie stała z innymi kobietami, po czym go zastrzelono. Przyprowadzono żydowskich chłopców, aby rzucali kamieniami na ciało zabitego. Później polano je naftą i spalono na oczach kobiet". Pułkownik Meir Pail opisywał to, co wówczas widział w następujący sposób: "potem postawili więźniów przy ścianie [kamieniołomu - J.R.N.] i rozstrzelali wielu z nich (...). Trudno jest ocenić, ilu Arabów zabito. De Reynier raportował, że było około 200 zabitych. Ja oceniam, że prawdziwa liczba była między 200 a 250. Większość ciał to były kobiety i dzieci".
Być może zamordowano by jeszcze więcej arabskich mieszkańców Deir Yassin, gdyby nie niespodziewana odsiecz dla części schwytanych, z jaką przybyli mieszkańcy sąsiedniej wioski żydowskiej Givat Shaul. Całą sprawę opisał w paru relacjach cytowany już b. pułkownik armii izraelskiej Meir Pail: "Irgun i Stern Gang zgromadzili 250 osób z Deir Yassin w budynku szkoły (...), głównie dzieci i kobiety. Otoczyli budynek, grożąc, że rzucą bomby na zgromadzonych w nim". I wtedy ludzie Givat Shaul zaczęli krzyczeć na nich: 'Nie róbcie tego, wy mordercy'" (cyt. za: "Remembering Deir Yassin", s. 43-44). W innej relacji płk Meir Pail opisywał: "Tymczasem tłum ludzi z Givat Shaul przybył do wsi i zaczął krzyczeć: 'gazlanim', 'rozchim' (mordercy, złodzieje) - mieliśmy porozumienie z tą wioską. Była spokojna. Dlaczego ich mordujecie?". Uratowało to większość uwięzionych, ale wcale nie zakończyło ich gehenny. Dwudziestu pięciu mężczyzn schwytanych w Deir Yassin załadowano w ciężarówki i oprowadzono w triumfalnej paradzie zwycięstwa po ulicach Jerozolimy. A później wywieziono ich za miasto i z zimną krwią wymordowano" (wg "Remembering Deir Yassin", s. 48). Żydowski dziennikarz Harry Levin opisywał sceny z tej parady, gdy trzy ciężarówki z Deir Yassin przejeżdżały w górę i w dół King George V Avenue, wioząc mężczyzn, kobiety i dzieci z rękami podniesionymi do góry. Zauważył w jednej z ciężarówek "młodego chłopca z wyrazem udręczenia i strachu wypisanym na jego twarzy" (za H. Levin "I saw the Battle of Jerusalem", Nowy Jork 1950). Niektórych Arabów schwytanych w Deir Yassin zamordowano później w bazie Gangu Sterna w Sheikh Bador. Na przykład, według informacji wywiadu izraelskiego wojska - Hagany, w bazie tej zamordowano arabskie niemowlę i jego matkę (wg L. Collins i D. Lapierre "O Jerusalem!", op.cit., s. 276).
Żydowscy terroryści-mordercy grabili wszystko, co tylko się dało w domach swych arabskich ofiar. Po kilkakroć przeszukiwano ich domostwa w poszukiwaniu łupów.
Bestialska masakra 254 arabskich mieszkańców wioski Deir Yassin przyniosła skutki oczekiwane przez żydowskich morderców z bojówek Irgunu i Gangu Sterna. Wieść o rzezi wywołała straszną panikę wśród Arabów zamieszkujących pozostałe obszary Palestyny. Jak pisał Paul Johnson w "Historii Żydów" (Kraków 1993): "Wieść o tym straszliwym ataku, w przesadzonej jeszcze wersji rozeszła się błyskawicznie i bez wątpienia w ciągu następnych dwóch miesięcy skłoniła wielu Arabów do ucieczki (...). W każdym razie ucieczki Arabów spowodowały spadek ich liczebności w nowym państwie [izraelskim - J.R.N.] do zaledwie 160.000. Było to oczywiście bardzo korzystne". Palestyńska poetka i historyk literatury Salma Khadra Jayyusi wspominała: "Deir Yassin był początkiem, ale również początkiem końca. Ucieczka Palestyńczyków z ich domów (...) wynikała z uświadomienia sobie, że znajdują się w obliczu bezlitosnego i mszczącego się na ślepo wroga, który nie cofnie się przed niczym, aby osiągnąć to, czego chce" (cyt. za: "Remembering...", s. 31). Izraelczycy zrobili dosłownie wszystko, aby maksymalnie wykorzystać dla swoich interesów psychologiczne efekty masakry, puszczając jak najszerzej pogłoski o czekających Arabów dalszych rzeziach w stylu Deir Yassin. Rezultatem był straszliwy exodus Arabów. Aż 750 tys. Arabów w popłochu opuściło swoje domy i pola, uciekając z terenów Palestyny przed wojskami izraelskimi. Izrael przeprowadził w ten sposób ogromną czystkę etniczną, zagarniając na trwałe ziemię i mienie setek tysięcy uchodźców arabskich.
Główny organizator rzezi w Deir Yassin - szef bojówek Irgunu Menachem Begin, późniejszy premier Izraela, z pychą odnotował w swych pamiętnikach, że "Legenda Deir Yassin była warta dla wojsk Izraela tyle, co pół tuzina batalionów" (cyt. za: "Remembering...", s. 11). Z satysfakcją stwierdzał: "Ogarnięci trwogą Arabowie uciekali, krzycząc 'Deir Yassin'" (M. Begin "The story of the Irgun", Tel Aviv 1964, s. 162). Akcentował: "Arabowie na terenie całego kraju, skłonieni do wierzenia w dzikie opowieści o 'rzezi dokonanej przez Irgun' byli ogarnięci przez nieograniczoną niczym panikę i rozpoczęli ucieczkę dla ratowania swego życia. Ta masowa ucieczka przekształciła się wkrótce w szaleńczą, niekontrolowaną panikę. Trudno przecenić polityczne i ekonomiczne znaczenie takiego rozwoju wydarzeń". Bezpośrednio po rzezi w Deir Yassin Begin wydał z okazji jej "pomyślnej realizacji" triumfalny rozkaz dzienny z gratulacjami dla żydowskich morderców: "Przyjmijcie gratulacje z okazji tak wspaniałego aktu podboju. (...) Powiedzcie żołnierzom, że stworzyli historię Izraela (...). Tak jak w Deir Yassin, tak i wszędzie, uderzymy i zmiażdżymy wroga". Postępując w ten sposób Menachem Begin zachował się zgodnie z tradycją jego imienia (Menachem, syn Gadiego - król izraelski w latach 752-742 przed narodzeniem Chrystusa), o którym napisano w Biblii: "Podówczas Menachem spustoszył Tappuach - zabijając wszystkich, którzy w nim byli - oraz okolice jego, począwszy od Tirsy, ponieważ mu nie otworzono bram. Spustoszył je, a wszystkie w nim brzemienne kobiety rozpruwał. (...) Czynił on to, co jest złe w oczach Pańskich".
Daniel Kurtzman z Żydowskiej Agencji Telegraficznej pisał na łamach innego żydowskiego pisma kanadyjskiego - "The Canadian Jewish News" (30 kwietnia 1998), iż według jednego z czołowych żydowskich historyków wojskowości Uri Milsteina: "Deir Yassin był jednym z najważniejszych wydarzeń w wojnie, które przyśpieszyło exodus Arabów z innych miejsc, ze strachu przed powtórzeniem się Deir Yassin".
Korzystające ze skutków okrutnej masakry Arabów władze izraelskie musiały jednak liczyć się z powszechnym oburzeniem światowej opinii publicznej, w tym także kręgów najwybitniejszych intelektualistów żydowskich świata. Grupa czołowych intelektualistów żydowskiego pochodzenia (m.in. Albert Einstein i Hannah Arendt) napiętnowała Begina w liście otwartym, opublikowanym na łamach "The New York Times" jako faszystę, a jego partię jako faszystowską. W tej sytuacji spełzły na niczym podjęte początkowo przez władze izraelskie próby zatuszowania sprawy zbrodni w Deir Yassin. Nikt nie chciał uwierzyć w ogłoszoną najpierw przez Żydowską Agencję kłamliwą wersję o tym, że za rzeź w Deir Yassin jest jakoby odpowiedzialna grupa zrewoltowanych Arabów (wg "Remembering...", s. 11). Wkrótce musiano - wobec zbyt wielu świadectw winy Irgunu i Sterna - przyznać, że to żydowscy bojówkarze byli odpowiedzialni za "dzikie" i "barbarzyńskie działania" w Deir Yassin (przyznano tak w kolejnym oświadczeniu Żydowskiej Agencji Telegraficznej). Sam premier Izraela Ben Gurion wysłał do króla Transjordanii Abdullaha oficjalnie przeprosiny z powodu masakry. Ben Gurion uznał również za konieczne publiczne odcięcie się od zbrodniczych działań Begina i otwarcie nazwał go Menachemem Hitlerem. Były to jednak tylko działania pozorowane, niczym nieprzeszkadzające Izraelowi w maksymalnym wykorzystaniu skutków arabskiego exodusu po Deir Yassin.
Ben Gurion nigdy nie odpowiedział na list czterech uczonych żydowskich. Na próżno Buber i jego koledzy wiele razy posyłali mu kopie swego listu z oczekiwaniem odpowiedzi. W końcu sekretarz Ben Guriona odpowiedział uczonym, że Ben Gurion jest zbyt zajęty, aby mógł czytać ich listy. Martina Bubera ciągle prześladowała jednak pamięć o żydowskiej zbrodni w Deir Yassin. Jeszcze dziesięć lat później, przemawiając w Nowym Jorku w 1958 roku, Buber powiedział: "Zdarzyło się jednego dnia, że poza wszelkimi regularnymi działaniami wojennymi, oddział uzbrojonych Żydów napadł na arabską wioskę i ją zniszczył. (...) Odczułem to jako moją własną zbrodnię, zbrodnię Żydów przeciw umysłowi. Nawet dziś nie mogę myśleć o tym" (cyt. za "Remembering...", s. 14-15).
Sam prezydent Izraela Chaim Weizmann przesłał z tej okazji gratulacje na piśmie. Otwarciu towarzyszył występ orkiestry. Później niektóre budynki zostały zniszczone buldożerami, by ułatwić budowę nowych domów dla osiedlenia się ortodoksyjnym Żydom. Nazwy ulic nadano ku czci członków Sterna i Irgunu, którzy uczestniczyli w rzezi mieszkańców Deir Yassin (wg "Remembering...", s. 49). Tak oto bestialscy zbrodniarze nie tylko, że nie zostali nigdy ukarani za swą zbrodnię, lecz jeszcze zostali uroczyście uczczeni w miejscu dokonanej przez nich rzezi. Jakże fałszywe, jakże faryzejskie okazały się w tym momencie wcześniejsze oświadczenia dowódców armii izraelskiej bezpośrednio po masakrze w Deir Yassin, kiedy odcinając się od jej sprawców, publicznie stwierdzili, że masakra "splamiła sprawę żydowskich wojowników, zhańbiła żydowską armię i żydowską flagę". Buldożerami zniszczono stary arabski cmentarz w Deir Yassin. Wraz z rozszerzeniem Jerozolimy ziemie Deir Yassin stały się częścią miasta. Byli jednak uczciwi Żydzi, którzy z odrazą patrzyli na to, jak władze ich kraju sankcjonują przywłaszczanie sobie ziemi arabskiej, zdobytej kosztem krwi tylu niewinnych osób. Poseł do Knesetu Yosef Lamm powiedział w czasie zasiedlania przez Żydów Deir Yassin i setek innych dawnych wiosek arabskich: "Żaden z nas nie zachowywał się podczas tej wojny w sposób, jaki mogliśmy oczekiwać od narodu żydowskiego, tak w odniesieniu do własności, jak i wobec ludzkiego życia. Powinniśmy się tego wstydzić" (cyt. za: "Remembering...", s. 12). Chaim Herzog, który później był prezydentem Izraela, wspomniał w swej relacji z wojny masakrę w Deir Yassin "z odrazą i żalem" (wg P. Martin: Memories of Deir Yassin haunt Palestinians, "The Globe and Mail", 29 kwietnia 1998).
W Izraelu nigdy nie ukarano sprawców bestialskiej rzezi Arabów w Deir Yassin. Główny odpowiedzialny za nią Menachem Begin mógł nawet bezkarnie przez lata pysznić się masakrą dokonaną przez jego bojówki. Co więcej, ten okrutny kat Arabów kilka dziesięcioleci później rządził Izraelem jako jego premier (w latach 1977-83). Co więcej, w 1978 roku właśnie on został laureatem Pokojowej Nagrody Nobla. W przyznaniu mu tej nagrody nie przeszkodziła ani pamięć o rzezi w Deir Yassin, ani o innych licznych zbrodniach terrorystycznych bojówek Begina (m.in. wysadzeniu skrzydła hotelu "King David", które spowodowało śmierć 69 przypadkowych przechodniów). Dodajmy, że odpowiedzialność za rzeź Palestyńczyków w Deir Yassin obciążała również innego późniejszego premiera Izraela - Icchaka Szamira. W rzezi wzięły bowiem udział także zbrojne grupy związanego z nim Stern Gangu. Milczeniu o ofiarach rzezi w Deir Yassin towarzyszy w Izraelu rzecz szczególnie haniebna i obrzydliwa - coroczne obchody kolejnych rocznic masakry przez izraelskich katów. W książce "Remembering Deir Yassin" (s. 7) można przeczytać wprost szokujące informacje o tym, że organizuje się "specjalne wycieczki turystyczno-krajoznawcze, kierowane przez żyjących jeszcze bojowników dawnych walk [terrorystów żydowskich - J.R.N]" czy "uczestników bitwy, takich jak Ezra Yachin i Yehuda Lapidot. Ostatnia wycieczka tego typu (kierowana przez Lapidota) była sponsorowana przez Towarzystwo Ochrony Natury w Izraelu (SPNL) i przez Ligę Weteranów ETZEL (b. bojowników Irgunu). Zwykle organizuje się ją corocznie 9 kwietnia w rocznicę 'bitwy' i obchodzi ją z radykalnie syjonistycznego punktu widzenia. Te wycieczki służą zaprzeczaniu faktowi masakry (...)". Przemilczaniu i zafałszowywaniu pamięci o rzezi w Deir Yassin w środowiskach izraelskich towarzyszy faryzejskie milczenie takich żydowskich "autorytetów" w świecie, jak laureat Pokojowej Nagrody Nobla Elie Wiesel. Autorzy książki "Remembering Deir Yassin" przypomnieli, z jaką pasją występował Wiesel w Oświęcimiu z okazji 50-lecia wyzwolenia tego obozu zagłady, prosząc Boga, aby nie miał litości dla tych, co mordowali żydowskie dzieci. I zapytywali, kiedy wreszcie E. Wiesel zdobędzie się na wysłuchanie tych, którzy proszą Boga o nieprzebaczenie mordercom palestyńskich dzieci.
Zapytywano: "Czy dlatego ci męczennicy są tak głęboko pochowani, żeby nie było słychać ich krzyków wołających o sprawiedliwość?". Autorzy książki "Remembering Deir Yassin" wystąpili z inicjatywą wybudowania pomnika ku czci tragicznych ofiar masakry. Rozpisano konkurs na ten pomnik, pragnąc, by stał się on wielkim wezwaniem "na rzecz pamięci i na rzecz sprawiedliwości", "krzykiem na rzecz leczenia ponadpięćdziesięcioletniej rany". Najwyższy czas, by o tej strasznej niezagojonej ranie wiedziano więcej także w Polsce. By wiedzieli o niej także jakże liczni niestety filosemiccy dziennikarze najbardziej wpływowych polskich mediów, którzy za wszystko co złe w stosunkach izraelsko-palestyńskich winią wyłącznie Arabów. Oczywiście mam tu na myśli wyłącznie tych, co robią to z niedouczenia i ignorancji, a nie cynicznych proizraelskich "jastrzębi" typu Dawida Warszawskiego (Geberta) z "Gazety Wyborczej". A swoją drogą ciekawe jest, jak wytłumaczyłby jego szef Adam Michnik swoje milczenie w sprawie tragedii w Deir Yassin. Tak chętnie pouczający mentorsko Polaków w sprawie Jedwabnego Michnik, kiedyś hucznie ogłoszony Żydem Roku przez amerykańskich Żydów, dziwnie nie może zdobyć się nawet na odrobinę żydowskiego samorozrachunku za bestialską zbrodnię w Deir Yassin. Cóż jednak można wymagać od człowieka tak długo i starannie edukowanego przez całą komunistyczną rodzinę w swoistej dialektycznej mentalności Kalego?! Jerzy Robert Nowak
Kielce, 4 lipca 1946 Jedną z pierwszych, jeśli nie pierwszą
czynnością urzędową nowego ministra spraw zagranicznych Dariusza
Rosatiego było wydanie oświadczenia w sprawie tragedii kieleckiej w 1946
roku. Oświadczenie to wywołało ciąg zdarzeń i reperkusji międzynarodowych.
Przypomnieć tu wypada sprawę oświęcimskiego Karmelu, publikacje Gazety
Wyborczej o mordowaniu Żydów przez powstanców warszawskich,
demonstracje grupy Tejkowskiego w Oświęcimiu, czy list prezesa Moskala
do Aleksandra Kwaśniewskiego. Efekt był podobny. Komuniści w Polsce byli całkowicie
uzależnieni od dyrektyw Moskwy, a dodatkowo jej interesów w podbitym
kraju pilnowały dywizje NKWD oraz sowiecka obsada UB i Informacji
Wojskowej. Nawet wojsko przesycone było sowiecką kadrą oficerską.
Sprawozdanie niewatpliwie posługuje sie
skrotami, podajac tylko najwazniejsze fakty. One własnie spowodowały
postawienie nastepnych pytan. Takich, na ktore nie odpowiedziało
sledztwo, ani pozniejsze opracowanie tematu. O stosunku owczesnych władz do wydarzen moze swiadczyc tylko jeden fakt. Nikt z ludzi, ktorzy mordowali Zydow przy ul. Planty 7 nie został osadzony w procesie kieleckim i nie został ukarany zadna kara. Wszyscy mordercy uszli bezkarnie. Owszem, Sobczynski, szef kieleckiego UB siedział w luksusowym wiezieniu na Rakowieckiej poł roku. Ale fakt ten stał sie pozniej podłozem jego wielkiej i wspaniałej kariery.
wersje internetową przygotowala i opracowala Polonica.net
Polski Związek Patriotyczny Katolicko-Narodowy Ruch Oporu kontrjudaizacji i kontrdepolonizacji
|
|||||||
|