|
prof. Jerzy Robert Nowak
"Obłudnik powszechny" (1), Nasz Dziennik, 15.10.2002
"Obłudnik powszechny" (2), Nasz Dziennik, 19.10.2002
"Obłudnik powszechny" (3), Nasz Dziennik, 26-27.10.2002
Od kilku tygodni jesteśmy świadkami wydarzeń mało przyjemnych, wręcz ponurych. Mieniący się katolickim "Tygodnik Powszechny" z ogromną satysfakcją włączył się do rozpoczętej przez postkomunistyczny tygodnik "Wprost" nagonki na Radio Maryja i ponawia kolejne, nierzadko grubiańskie ataki na tę radiostację.
Częstokroć ataki te obfitują w mało wyszukane inwektywy, jak było choćby w omawianym już na tych łamach maksymalnie wyeksponowanym w "Tygodniku Powszechnym" wystąpieniu przeciwko Radiu Maryja i "Naszemu Dziennikowi" ze strony stałego współpracownika antyreligijnego periodyku "Bez Dogmatu" Jana Woleńskiego ("Tygodnik Powszechny" dotąd tchórzliwie przemilczał, mimo licznych krytyk, przed swoimi czytelnikami informację o tym, że ich autor, tak wyeksponowany przeciw katolickim mediom Jan Woleński, jest współpracownikiem "Bez Dogmatu", znanym z zajadle antykościelnej postawy.).
W najnowszym numerze "Tygodnika Powszechnego" znajdujemy kolejny, szczególnie obelżywy tekst przeciwko Radiu Maryja, zatytułowany "Antypolska polityka Radia Maryja". Jak się ma drukowanie artykułów z takimi inwektywami do solennych zapewnień redaktora naczelnego "Tygodnika Powszechnego" ks. Adama Bonieckiego o jego pragnieniu rzeczowej dyskusji z Radiem Maryja?! W świetle takich tekstów widać raczej wyraźnie, że ks. Adam Boniecki nie pierwszy raz prezentuje faryzejską postawę, godną dość powszechnie nadawanej jego tygodnikowie nazwy "Obłudnika Powszechnego".
Szczególnie oburzające jest już tytułowe stwierdzenie o "antypolskiej polityce Radia Maryja" w odniesieniu do Radia, które tak wiele zrobiło dla umacniania więzi wiary i polskości, obrony polskiej godności i polskich, narodowych interesów, więzi Polaków z kraju z Polakami z Polonii i z krajów ościennych. Używanie tego typu epitetów przez "Tygodnik Powszechny" przypomina mi raczej okrzyk: "Łapaj złodzieja", wznoszony desperacko przez złapanego na gorącym uczynku złodziejaszka. Jak bowiem pokażę w rozpoczynanym teraz dwuodcinkowym tekście, to redakcja "Tygodnika Powszechnego" wielokrotnie fatalnie grzeszyła przeciwko polskości i polskim tradycjom narodowym, przeciw narodowej godności i zwykłej prawdzie o narodowej historii.
Manewry "lisio chytrego" Turowicza
Odpowiedni, po dziś dzień dominujący ton publicystyce "Tygodnika Powszechnego" nadał nieżyjący już od paru lat jego naczelny redaktor Jerzy Turowicz.
Najwłaściwiej i najdosadniej zarazem opisał go przez tyle lat najpopularniejszy a zarazem najświetniejszy autor "Tygodnika Powszechnego" Stefan Kisielewski, który rozstał się definitywnie z tym pismem na krótko przed śmiercią.
Kisielewski, który nazwał Turowicza "lisio chytrym", wspominał z nieukrywanym oburzeniem w swych "Dziennikach" już pod datą 12 stycznia 1969 r.: "Bardzo mnie zmierził 'Tygodnik', a raczej jego wodzowie: Jerzy [Turowicz - J.R.N.], ksiądz Andrzej [Bardecki - J.R.N.] i Żychiewicz, czyli ojciec Malachiasz. Mają w głowie tylko... walkę z prymasem o reformę Kościoła, przy czym są tak rozżarci, że mówią o prymasie dosłownie ostatnimi słowami (...). Ci idioci uważają się niemal za książąt Kościoła (...)".
Pod datą 19 stycznia 1971 roku Kisiel zapisał o Turowiczu m.in.: "Kościół katolicki walczący z komunistycznym państwem o wolność duchową - to rozumie prymas, tego nie znosi krakowski oportunista Turowicz, który chciałby tylko jeździć na zjazdy 'postępowych katolików' za granicą i pleść truizmy o 'opinii w Kościele' (...) Jerzy będzie z przekonaniem ględził szlachetne slogany, po czym będzie głosował za każdą bzdurą i świństwem".
To właśnie Turowicz jako redaktor naczelny ponosił szczególną odpowiedzialność za rolę w odpatriotyzowaniu Polaków, o co jakże słusznie oskarżał już szereg lat temu "Tygodnik Powszechny" świetny poeta, eseista i publicysta Jerzy Narbutt. I za "działalność antypolską", którą zarzucił redakcji "Tygodnika Powszechnego" ks. arcybiskup Bronisław Dąbrowski.
Uskarżał się o to mocno na ks. arcybiskupa ks. Andrzej Bardecki, b. asystent kościelny "Tygodnika Powszechnego", w wywiadzie publikowanym w tymże tygodniku 4 kwietnia 1999 r. Do roli Turowicza w ferowaniu i nagłaśnianiu przez "Tygodnik Powszechny" antypolskich opinii powrócę jeszcze szerzej w drugiej części mego tekstu, głównie przy prezentacji sposobu przedstawiania przez krakowski tygodnik stosunków polsko-żydowskich (począwszy od osławionego tekstu Jana Błońskiego).
Dawne intrygi ks. Bonieckiego
Tak faryzejski w swych działaniach przeciwko Radiu Maryja redaktor naczelny "Tygodnika Powszechnego" ks. Adam Boniecki ma naprawdę "bogate" doświadczenie w intrygach wewnątrzkościelnych. Pisał o tym szerzej w paru książkach najwybitniejszy, zagraniczny badacz najnowszej historii Kościoła katolickiego w Polsce Peter Raina, który korzystał z dostępu do wielu różnorodnych i cennych dokumentów.
W wydanej w Warszawie w 2001 r. książce "Arcybiskup Dąbrowski - rozmowy watykańskie" P. Raina pisał m.in. (na s. 55-56) "W rozmowach watykańskich poruszono także decyzję Watykanu o wydaniu 'L'Osservatore Romano' w języku polskim. (...) Redaktorem polskiej edycji mianowany został współpracownik 'Tygodnika Powszechnego' ks. Adam Boniecki. (...) Wierny tradycji i ideologii krakowskiego tygodnika ks. Boniecki zamierzał nie tyle służyć interesom Kościoła w Polsce, ile przemycać na łamy 'L'Osservatore Romano' antyprymasowską politykę zarówno paryskiej 'Kultury', jak i radykalnej grupy trockistowskiej byłego Komitetu Obrony Robotników (KOR). Edytorska praca ks. Bonieckiego polegała na dokonaniu takiej selekcji tekstów, aby przekazać polskim czytelnikom, że to Jan Paweł II właściwie broni interesów narodu, a hierarchia kościelna w Polsce poszła na ugodę z władzami polskimi. Celem ks. Bonieckiego było wbijanie klina między Jana Pawła II a Prymasa Polski" [podkr. - J.R.N.]. (...) Na niewłaściwość takiego postępowania zwrócił mu uwagę bp Dąbrowski".
W innej książce Petera Rainy "Droga do Okrągłego Stołu. Zakulisowe rozmowy przygotowawcze" (Warszawa 1999, s. 142-143) czytamy:
"Na wszelkie sposoby starano się skompromitować Prymasa [J. Glempa - J.R.N.]
u Papieża i w społeczeństwie, nie tylko przez podlegające im media, lecz najczęściej przez rozpowszechnianie plotek, że Ojciec Święty nie jest zadowolony z postępowania Prymasa i zamierza odwołać go z Warszawy, by pracował gdzieś w Kurii Watykańskiej.
Złożono także Papieżowi donosy na ks. Prymasa, że ani inteligencja polska, ani kierownictwo 'Solidarności' nie są zadowoleni z linii Prymasa. Przypuszczać można, że donosicielami byli m.in. Jerzy Turowicz i jego kolega ks. Adam Boniecki, mający bezpośredni dostęp do Papieża".
A teraz przyjrzymy się bliżej niektórym osobom z zespołu "Tygodnika Powszechnego" i stałych współpracowników Jerzego Turowicza i ks. Adama Bonieckiego.
Antypolskie kłamstwa Marcina Króla
Od wielu lat jednym z filarów "Tygodnika Powszechnego" jest członek jego zespołu redakcyjnego Marcin Król, a zarazem redaktor naczelny "Res Publiki" (obecnie "Res Publiki Nowej"). Jego publicystyka i eseistyka może się "poszczycić" w ostatnich kilkunastu latach niebywałym nagromadzeniem absurdów, a nawet otwartych, antypolskich kłamstw.
"Historyk idei" Marcin Król "wsławił się" m.in. skandalicznym porównaniem jednego z największych dzieł polskiej myśli politycznej - "Myśli nowoczesnego Polaka" Romana Dmowskiego do "Mein Kampfu" Adolfa Hitlera ("Res Publica" nr 5, 1989 r.). W "Gazecie Wyborczej" z 27-28 lutego 1999 r. Król kolejny raz zaatakował "Myśli nowoczesnego Polaka" Dmowskiego, twierdząc, że jest to pierwsza i najważniejsza w polskiej myśli politycznej pochwała barbarzyństwa, "pierwsza i najpoważniejsza próba zerwania z tradycją kultury europejskiej". Według M. Króla, "barbarzyństwo 'Myśli nowoczesnego Polaka' nie odnowiło kultury polskiej, lecz przeciwnie wzmocniło jej anachroniczny charakter, i osłabiło ją wydatnie". Król zarzucał Dmowskiemu rzekome gloryfikowanie darwinowskiej barbarzyńskiej brutalności - poparcie używania siły wobec innych narodów.
Ataki Marcina Króla na rzekomy skrajny, wręcz "barbarzyński nacjonalizm" Dmowskiego były jaskrawym cynicznym zafałszowaniem historii.
Przypomnijmy, że Roman Dmowski był jak najdalszy od wszelkich form panegirycznego narodowego samouwielbienia i narodowej megalomanii. Stwierdzał wprost w swych "Myślach nowoczesnego Polaka":
"Na głębszych podstawach oparty patriotyzm nie potrzebuje też (...) wspierać przekonania o wyższości swego narodu nad innymi (...). Przywiązanie do narodu nie powinno osłabiać umysłu człowieka, jego zdolności do krytyki, nie powinno go zaślepiać w sądach o tym, co mu najbliższe, szerzenie zaś w narodzie przyjemnych złudzeń co do własnej wartości jest tym szkodliwsze, im dalsze są one od
prawdy".
Przypomnijmy tu, że nawet Aleksander Hall, jedna z czołowych postaci tej samej "elitki", do której zalicza się Marcin Król, pisał w związku z "Myślami nowoczesnego Polaka", że "Żarliwy patriotyzm Dmowskiego zupełnie wyzbyty był megalomanii narodowej (...). W istocie marzył [Dmowski - J.R.N.] chyba o tym, aby Polacy mogli stać się narodem takim, jak inne historyczne narody europejskie, ukształtowane przez kulturę zachodnią: Francuzi czy Anglicy. Pragnąc, by nabyli umiejętności racjonalnego kształtowania polityki narodowej, wyzbyli się zastępowania polityki - poezją" (A. Hall, Roman Dmowski, "Przegląd Katolicki", 8 stycznia 1989 r.).
Swoistym ukoronowaniem antypolskich absurdów publicystyki Marcina Króla stało się konsekwentne wyrażanie przez niego całkowitego braku szacunku dla polskości, patriotyzmu, naszych tradycji narodowych. Wypisywał teksty o "niezgułowatej Polsce".
W "Życiu Warszawy" z 11 marca 1994 roku napisał: "(...) tradycja narodowa to rezerwuar mitów, co więcej polskie mity narodowe są to w większości mity martwe. Któż z nas przejmuje się choćby przez moment Kościuszką pod Racławicami". W 1995 roku Król popisał się kolejnym skandalicznym tekstem na łamach "Res Publiki" (nr 22, s. 6): "Istotne jest jednak nie zagrożenie nacjonalizmem, ale zagrożenie, jakie niesie ze sobą tak zwany Polak-katolik, czyli cichy nacjonalizm. Ci, którzy nawołują do tego, by wyrżnąć Żydów, to jest i zawsze będzie w Polsce margines. Ale na przykład Wałęsa może połączyć się z Glempem i Pawlakiem i te trzy chłopy będą rządzić nami przez najbliższe 25 lat. Spokojnie i niedemokratycznie, a raczej paternalistycznie". Lekceważące uwagi M. Króla o "chłopie" Glempie to jeden z typowych przykładów prawdziwego stosunku członków zespołu redakcji "Tygodnika Powszechnego" do Prymasa Polski.
Szczególnie skrajnie antypolskim kłamstwem było wydrukowane w "Res Publice" (nr 3 z 1991 r.) stwierdzenie Marcina Króla, głoszące wprost, bez ogródek, że
"Polska nigdy w swojej najnowszej historii liczącej dwieście lat krajem normalnym nie była, a więc po to, żeby stać się krajem normalnym - Polska musi zapomnieć samą
siebie".
Przypomnijmy więc, że bardzo wielu zagranicznych intelektualistów, polityków wysławiało tę rzekomo "nienormalną" Polskę i Polaków z ostatnich dwustu lat jako wzór walki o wolność, o prawdziwe tradycje europejskie przeciwko barbarzyństwu (np. brytyjski XIX-wieczny lord - kanclerz Henry de Brougham, Richard Wagner, Alfred de Musset, Pierre J. de Béranger, Marie J. de la Fayette, Victor Hugo, Fryderyk Nietzsche, Lew Tołstoj, prezydent USA Woodrow T. Wilson, Gilbert K. Chesterton, belgijski kardynał Joseph D. Mercier, angielski kardynał Arthur Hensley, Charles de Gaulle, etc. Słynny XIX-wieczny historyk literatury pochodzenia żydowskiego Georg Brandes (Morris Cohen) pisał: "Kochać Polskę i wolność, to jedno (...). Polska jest symbolem, symbolem wszystkiego, co najszlachetniejsi w ludzkości umiłowali i za co walczyli". Dla lubującego się w antypolskich uogólnieniach Marcina Króla Polska była tylko "krajem nienormalnym". Ciekawe, na czym polegała według Króla np. "nienormalność" Polski w 1920 roku. Gdy "nienormalna" Polska położyła tamę ofensywie bolszewickiej, stanowiącej zagrożenie dla całej Europy, a mogącej po upadku Warszawy błyskawicznie połknąć choćby takie kraje, jak Węgry, Czechy, Litwa czy Łotwa. Wszak Anglik, ambasador Wielkiej Brytanii w Berlinie, pisał, że ta "nienormalna" jakoby Polska "wybawiła" w 1920 roku środkową, a także częściowo i zachodnią Europę. I nazwał bitwę pod Warszawą 1920 r. "osiemnastą, decydującą bitwą w dziejach świata". A może Polska była "nienormalna" w 1939 roku, jako pierwsza w Europie stawiając zbrojny opór Niemcom hitlerowskim, i walcząc heroicznie do końca wojny, nie wydając żadnych Quislingów. Za co nawet prezydent Roosevelt nazwał tę "nienormalną" Polskę "natchnieniem narodów"? Przypomnijmy również, że ta "nienormalna" Polska po 1945 roku stawiała Sowietom o wiele częściej opór niż jakikolwiek inny kraj Europy Środkowowschodniej pod sowieckim jarzmem.
Słynny brytyjski publicysta Timothy Garton Ash napisał: "Żaden kraj nie uczynił w latach osiemdziesiątych więcej dla sprawy wolności w Europie i żaden nie zapłacił wyższej niż Polska
ceny".
I to ma być ten "nienormalny kraj", jak twierdzi Marcin Król - jeden z czołowych współczesnych przedstawicieli narodowego nihilizmu i masochizmu.
Marcin Król to zarazem jeden z najbardziej fanatycznych tropicieli rzekomego "polskiego antysemityzmu". 9 lutego 1996 roku "wsławił się" publikowanym na łamach "Tygodnika Powszechnego" stwierdzeniem: "Jakąkolwiek, choćby najbardziej zniuansowaną formę antysemityzmu lub wszelkiej maści ksenofobii uważam po prostu za skandal, który powinien kończyć się w sądzie (...)". A ja dziwię się atmosferze, w której przechodzą bezkarnie najgorsze antypolskie wybryki tego luminarza "Tygodnika Powszechnego", w której uchodzi bezkarnie nawet porównanie "Myśli nowoczesnego Polaka" do "Mein Kampfu" Hitlera.
Stanisław Stomma - "weteran" ugodowców
Największym obok J. Turowicza "filarem" "Tygodnika Powszechnego" był przez dziesięciolecia Stanisław Stomma, także i dziś członek redakcji tego zespołu. Nie bez racji nazywano go "weteranem minimalistów - ugodowców". Już w styczniu 1963 roku Stomma "popisał się" na łamach "Tygodnika Powszechnego" skandalicznym wprost artykułem, atakującym polskie tradycje narodowe przy okazji setnej rocznicy Powstania Styczniowego.
Tekst Stommy był faktycznie grubiańskim paszkwilem na to powstanie, podobnie jak i na inne polskie powstania narodowe, paszkwilem pisanym ze skrajnie rusofilskich pozycji, godnych najgorszych XIX-wiecznych ugodowców-kolaborantów. Stomma piętnował Powstanie Styczniowe jako rzekomy ruch anarchistyczny, pozbawiony w ogóle jakiegokolwiek sensu. Szczególnie oburzające było uogólnienie Stommy, dowodzące, że u źródeł tego powstania, podobnie jak u źródeł innych powstań narodowych, tkwił polski kompleks antyrosyjski, który stał się dla Polaków przyczyną irracjonalnych "szaleństw". Według Stommy: "W okresie zaborów hodowaliśmy w sobie jeden kompleks. Kompleks ten prowadził od klęski do klęski i w płaszczyźnie logiki historycznej nie był uzasadniony, a jednak kompleks ten wciąż dominował. Był to kompleks antyrosyjski" (S. Stomma, Z kurzem krwi bratniej, "Tygodnik Powszechny", 25 stycznia 1963).
Cytowany już słynny zagraniczny badacz dziejów Polski Peter Raina tak pisał w trzecim tomie swej wielkiej monografii Prymasa Tysiąclecia o rezonansie na potępieńczy artykuł Stommy o Powstaniu Styczniowym: "Gdyby argumenty tego typu pojawiły się w pismach partyjnych, nikt nie zwróciłby na nie uwagi (nawet prasa rządowa obiektywnie oddała ducha wydarzeń stycznia 1863 roku). Ale odebrane zostało jako skandal, że redakcja 'Tygodnika Powszechnego' opublikowała tak nieodpowiedzialny tekst, który na dodatek wychodził spod pióra osoby uważanej za czołową postać niezależnej inteligencji. Oburzenie powszechne było tym bardziej uzasadnione, że Stomma jako przewodniczący koła poselskiego 'Znak' cieszył się zaufaniem społeczeństwa" (P. Raina, "Stefan kardynał Wyszyński Prymas Polski", Londyn 1988, t. 3, s. 157-158).
W takiej atmosferze doszło do niemal natychmiastowej słynnej publicznej riposty Prymasa Polski na popełnione przez Stommę szokujące zniesławienie 100. rocznicy Powstania Styczniowego. W kazaniu wygłoszonym 23 stycznia 1963 roku w kościele Św. Krzyża, powszechnie uznawanym za jedno z najpiękniejszych kazań Prymasa Tysiąclecia, wystąpił on z wielką uargumentowaną obroną idei powstań Narodu i wyjaśnieniem ich prawdziwych przyczyn. Prymas głosił płomienną obronę zniesławianego przez Stommę Narodu, który musiał powiedzieć "nie" carowi, depczącemu polskie prawa i żądającemu, byśmy raz na zawsze wyrzekli się marzeń o Niepodległej. Jak powiedział kardynał Wyszyński: "Wyczytałem ostatnio przedziwne zdanie: ktoś zastanawiając się, dlaczego Powstanie wybuchło w Królestwie Kongresowym, a nie w Wielkopolsce czy też Małopolsce, odpowiada sobie, że byliśmy podobno owładnięci 'kompleksem antyrosyjskim'. Z tym też wiązało się całe dalsze jego rozumowanie. Wydaje mi się nie ma nic bardziej nieprawdziwego, pomijając już, że historycznie nie jest prawdą, jakoby Powstanie wybuchło tylko tutaj. Ono było właściwie wszędzie, ono było w duszy każdego Polaka, żyjącego w granicach trzech kordonów. A wynikało to nie z takiego czy innego kompleksu, bo kompleks jest czymś chorobliwym, podczas gdy my mieliśmy zdrowe dążenie do wolności, pogwałconej i odebranej nam. I mniejsza o to, kto je nam odebrał i jakim językiem mówił, ważne jest, że gwałcił prawo Narodu do wolności (...). Wy chcielibyście potępiać tych, co przed stu laty walczyli, jak umieli i czym mogli?! Jestem przekonany, że oni nie widzieli przed sobą wroga, nie widzieli Moskala, Niemca czy Austriaka, oni widzieli WOLNOŚĆ i pragnęli wolności. Nie kierowali się nienawiścią, lecz raczej miłością wielkiej upragnionej Sprawy - Wolności. Ta była ich prawem i obowiązkiem. Musieli o nią walczyć" (cyt. za P. Raina, Stefan kardynał..., t. 3, s. 164-165, 167).
Stomma był zawsze aż nadto konsekwentny w zwalczaniu uczuć narodowych polskich katolików, nazywając to rzekomą walką z polskim "mocnym kompleksem nacjonalistycznym". Już w 1946 r. pisał na łamach "Znaku" (nr 3) w artykule "Maksymalne i minimalne tendencje społeczne katolików", iż: "Przeciętna masa polska jest zasadniczo prymitywno-witalna. Stąd owe, dość nieraz grube, tendencje do konkretu. Dlatego też bardzo mocny kompleks nacjonalistyczny i skłonność do wprowadzania religii w ten kompleks". Tak więc w czasie, gdy narzucana Polsce siłą sowietyzacja naszej Ojczyzny stanowiła śmiertelne zagrożenie dla wiary i polskości, Stomma piętnował Polaków za próbę organizowania narodowej samoobrony, widząc w tym "bardzo mocny kompleks nacjonalistyczny".
Z tym potępianiem rzekomych polskich kompleksów narodowych szła u Stommy niebywale silnie w parze afirmacja dla PRL i komunistycznej władzy. W 1959 r. zapewniał na łamach "Tygodnika Powszechnego", że "(...) dla każdego rozumnie myślącego człowieka jest rzeczą oczywistą, że z faktu przynależności do bloku socjalistycznego musi dla Polski wynikać logiczna nieodparta konieczność posiadania ustroju socjalistycznego. Stwierdzamy więc historyczną i polityczną konieczność posiadania przez Polskę ustroju socjalistycznego". Równie dobitnie głosił w 1964 r. na łamach tegoż "Tygodnika Powszechnego" iż: "Można mieć różny stosunek do Partii u nas rządzącej, ale nie można kwestionować jej roli historycznej".
Dość szczególne wynurzenia historyczno-polityczne zaprezentował tenże Stomma w 1966 r. w artykule napisanym z okazji oficjalnego PRL-owskiego święta 22 lipca. Z jednej strony absurdalnie negował znaczenie Polski Niepodległej 1918-39, stwierdzając, że "państwo drugiej niepodległości" jakoby "nie było zdolne do bytu w warunkach takiego świata, jaki wówczas istniał". I zapewniał: "Na miejsce dawnego państwa, które próby życia nie przetrwało, powstało nowe, dostosowane do wymogów współczesności". Jak bardzo ta PRL była dostosowana w okresie późnego, coraz bardziej schyłkowego Gomułki, przypomnijmy, że na rok 1966 przypadł czas kontynuacji haniebnej walki z Kościołem rozpoczętej przez Gomułkę w związku z obchodami milenijnymi, był to czas sławetnej "dyktatury ciemniaków", jak to dosadnie wyraził pobity za to przez "nieznanych sprawców" Stefan Kisielewski.
Stanisław Stomma sam zresztą odegrał niemałą rolę w podjętych wspólnie z Turowiczem próbach osłabienia pozycji Prymasa Tysiąclecia, korzystnych li tylko dla rządzącej komuny. Chodziło o przekazanie przez Stommę i bez wiedzy kardynała Wyszyńskiego w listopadzie 1963 r. do Watykanu poufnego memoriału, sugerującego ustanowienie stosunków dyplomatycznych Stolicy Apostolskiej z władzami PRL. Byłoby to w pełni zgodne z polityką władz PRL, które liczyły, że poprzez dogadanie się ze Stolicą Apostolską, dzięki przysłaniu przez nią nuncjusza do Warszawy osłabi się wpływ Prymasa Polski na sprawy Kościoła w Polsce. Znany katolicki działacz społeczny Janusz Zabłocki pisał 28 czerwca 1982 roku na łamach katolickiego "Ładu", iż: "Przeważająca część działaczy 'Znaku' z Zawieyskim na czele (...) oceniała metodę obraną przez Stommę krytycznie. Uważała za niedopuszczalne układanie się w tej sprawie z komunistami ponad głowami Prymasa i Episkopatu". W Radiu Wolna Europa godzące w Prymasa Polski działania, a szczególnie akcja Stommy, zostały przedstawione niemal jako akcja agenturalna na polecenie Urzędu do Spraw Wyznań. (por. J. Nowak, Strategia Prymasa, "Na Antenie" 30 stycznia 1966). Nie trzeba chyba dodawać, że akcja Stommy godząca w pozycję i autorytet największego w owym czasie obrońcy polskości Prymasa Tysiąclecia była faktycznie akcją antypolską.
--------------------------------------------------------------------------------
Bardzo zawiedli się ci wszyscy, którzy liczyli, że "Tygodnik Powszechny" jako czasopismo katolickie będzie starał się wzmacniać więzi między katolicyzmem a głęboko przeżywanym patriotyzmem, więzi symbolizowane w przeszłości przez tak wielu wybitnych duchownych od arcybiskupa Świnki i kardynała Hozjusza do kardynałów Sapiehy, Hlonda i Wyszyńskiego.
W przeciwieństwie do szybko i brutalnie zlikwidowanego przez władze komunistyczne prawdziwie patriotycznego i bezkompromisowego katolickiego "Tygodnika Warszawskiego" znacznie bardziej ustępliwy wobec władz "Tygodnik Powszechny" mógł przetrwać nawet najgorsze stalinowskie lata (do 1953 roku), głównie dzięki swemu szeroko pojętemu "antynacjonalizmowi", mile widzianemu przez nadzorującego politykę kulturalną i bezpiekę w Biurze Politycznym KC PPR, a później KC PZPR, Jakuba Bermana. Jacek Bartyzel nie bez racji uznał w "Arcanach" (nr 4 z 1995 roku) właśnie ten "antynacjonalizm", wywodzącej się z lewego skrzydła przedwojennego "Odrodzenia" - grupy Turowicza i Stommy, za najistotniejszą przyczynę tolerowania przez komunistów "Tygodnika Powszechnego".
Według Bartyzela,
"Skoro wrogiem numer jeden dla komunistów i dla lewicowych katolików był polski nacjonalizm, to rozumowanie komunistów mogło być następujące: jeśli pozwolimy istnieć tylko im, to szerokie rzesze katolików pozbawione zostaną możliwości politycznej artykulacji w języku i sposobie myślenia narodowej prawicy, a skazane będą na formowanie w duchu przeciwnym. Nowe pokolenie inteligencji katolickiej będzie więc lewicowe, co odetnie je od instynktownie tradycjonalistycznych rzesz ludu, a ten z kolei będzie tylko ciemnogrodzkim wielkim niemową".
Komunistyczne władze tym skwapliwiej witały więc wyrażane przez takie filary "Tygodnika Powszechnego" jak Stanisław Stomma połączenie odrazy do "bardzo mocnego kompleksu nacjonalistycznego" "przeciętnej masy polskiej" z niechęcią do rzekomych fobii antyrosyjskich ucieleśnianych w polskich tradycjach powstańczych. Nieprzypadkowo też redakcja "Tygodnika Powszechnego" tak mocno wyraziła w latach 80. swe poparcie dla króla - targowiczanina Stanisława Augusta, drukując bezwzględne potępieńcze ataki wobec stanowczego krytyka tego króla - doc. Jerzego Łojka.
Także po 1989 roku - jak pokazywałem w pierwszej części artykułu na przykładzie choćby antypolskich uogólnień Marcina Króla - w redakcji "Tygodnika Powszechnego" byli aż nadto silnie usadowieni ludzie grubiańsko atakujący Naród, polskość, tradycje narodowe. Przykłady tego typu zachowań mógłbym długo mnożyć. Jak usprawiedliwić na przykład skandaliczne uogólnienie o Polakach wypowiedziane przez Tadeusza Żychiewicza, członka redakcji "Tygodnika Powszechnego", w rozmowie z Adamem Michnikiem: "Przykro to mówić, ale my jesteśmy głupi naród".
Kłamstwa o II Rzeczypospolitej
Szczególnie znamienne były drukowane na łamach "Tygodnika Powszechnego" rozliczne uogólniające opinie potępiające o czasach Polski Niepodległej 1918-39. Jak widać, lewicowi "antynacjonaliści" typu Turowicza i Stommy nigdy nie potrafili się w pełni identyfikować z tamtą Polską sprzed 1939 roku, o ileż silniej niż obecna wyrażającą prawdziwe aspiracje Polaków, ich dążenie do samodzielnego decydowania o swych sprawach, bez różnych nieproszonych doradców z zagranicy. Przypomnijmy tu, że premier rządu RP Władysław Grabski wyrzucił z Polski brytyjską misję gospodarczą, kierowaną przez wiceministra finansów Younga, nie godząc się na jej ingerowanie w wewnętrzne gospodarcze sprawy Polski. Ludzie z redakcji "Tygodnika Powszechnego", pomimo kompletnej ignorancji w sprawach gospodarczych, wyrażali się zaś z bezgranicznym entuzjazmem o tak serwilistycznym wobec Międzynarodowego Funduszu Walutowego Leszku Balcerowiczu i jego planie. Stary sceptyk Stefan Kisielewski pozwolił sobie w "Młodej Polsce" (nr z 4 sierpnia 1990 r.) na złośliwe szyderstwa z red. Turowicza, bez reszty urzeczonego Balcerowiczem. Kisiel mówił o przedziwnym zachowaniu Turowicza, który kompletnie nie znając się na gospodarce, "jako redaktor wielkiego tygodnika puszcza bujdę, że nie ma żadnej alternatywy dla planu gospodarczego Balcerowicza". Historyk idei Marcin Król w obronie tak szkodliwego dla polskiej gospodarki i polskich interesów narodowych planu Sorosa - Sachsa - Balcerowicza posunął się nawet do gromkiego pokrzykiwania na łamach "Tygodnika Powszechnego" z 31 marca 1991 r.: "O ile przedtem ludzie, którzy atakowali realizację planu Balcerowicza, mogli być uważani za harcowników, o tyle teraz będą po prostu szkodnikami".
Przyglądając się potępieńczym uogólnieniom o Polsce Niepodległej 1918-39 na łamach "Tygodnika Powszechnego", trudno oprzeć się oburzeniu na dopuszczenie przez tę redakcję do druku oszczerczych uogólnień Henryka Grynberga, godnych najgorszych kłamstw o II Rzeczypospolitej, lansowanych w czasach stalinowskich. O tragicznej wojnie obronnej Polski, osamotnionej przez sojuszników, lecz mężnie walczącej do końca, pomimo zdradzieckich napaści ze strony dwóch potężnych agresorów, Grynberg napisał: "Państwo zaś rozleciało się (w dość kompromitujący sposób)" (H. Grynberg, O destrukcyjnych elementach w Polsce, "Tygodnik Powszechny", 17 grudnia 1995 r.).
J. Turowicz i jego współpracownicy nie zdobyli się nawet na zdanie polemiki z tym tak uwłaczającym Polakom i prawdzie historycznej kłamstwem. Przypomnijmy, że na łamach "Tygodnika Powszechnego" z 13 sierpnia 1989 roku zamieszczono skrajnie tendencyjne uogólnienie socjalisty z Unii Wolności i domorosłego historyka Henryka Wujca, który określił II Rzeczpospolitą jako "ustrój niesprawiedliwości społecznej". Na łamach tegoż "Tygodnika Powszechnego", o którym myślano kiedyś, że broni zohydzanych polskich tradycji, można było przeczytać inne skrajne potępienie II Rzeczypospolitej pióra byłego komunistycznego ubeka Krzysztofa Wolickiego. Tak wyrokował on o Polsce lat 30.: "To były fatalne lata w Polsce. Nie wierzcie żadnym legendom o wspaniałej Drugiej Rzeczypospolitej. To były lata lawinowo narastających wszelkich konfliktów" ("Tygodnik Powszechny", 25 kwietnia 1993 roku). Tak były komunistyczny ubek i propagandysta charakteryzował lata, gdy pod kierownictwem świetnego polityka gospodarczego, wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego Polska weszła w fazę imponującego rozwoju gospodarczego, zbudowano od podstaw Centralny Okręg Przemysłowy, etc.
Zamieszczający te kłamliwe uogólnienia o II Rzeczypospolitej redaktorzy "Tygodnika Powszechnego" nie potrafią, jak widać, docenić jej choćby tak jak różni wybitni cudzoziemcy (dość przypomnieć choćby wysoką ocenę dokonań gospodarczych II Rzeczypospolitej, jaka wyszła spod pióra b. ambasadora Francji w Polsce lat 30. Leona Noëla, czy najwybitniejszego amerykańskiego badacza historii II RP Richarda C. Watta, autora świetnej syntezy "Bitter Glory. Poland and its Fate 1918-1939", New York 1979).
Niegodne milczenie Bartoszewskiego
"Gdzież nasza godność starej daty" - można zapytać słowami Pietrzaka w odniesieniu do niektórych przejawów zachowania jednego z filarów zespołu "Tygodnika Powszechnego" Władysława Bartoszewskiego, dwukrotnie po 1989 roku ministra spraw zagranicznych RP, a obecnie prezesa PEN Clubu. Jak można na przykład wytłumaczyć fakt, że Bartoszewski w swej wciąż nienasyconej pogoni za dowodami uznania z zagranicy (ordery, nagrody etc.) posunął się nawet do przyjęcia medalu upamiętniającego zasługi najgorszego niemieckiego polakożercy lat 20., ministra spraw zagranicznych Niemiec w latach 1923-29 Gustawa Stresemanna?
Przypomnijmy tu, co pisał o Stresemannie obecny minister spraw zagranicznych Niemiec Joschka Fischer na łamach "Gazety Wyborczej" z 6-7 maja 2000 r.: "Celem Stresemanna była bowiem głównie rewizja granic na niekorzyść Polski, której istnienia w formie z 1918 r. nie akceptował. (...) wszelkie starania Francji o 'wschodnie Locarno' udało się Stresemannowi zniweczyć. Polska straciła przy tym najwięcej i to właśnie było celem stresemannowskiej polityki".
Fischer pisał przy tym o na wskroś rewizjonistycznym programie Stresemanna, który dążył do zmiany granic wschodnich Niemiec na szkodę Polski. Celem Stresemanna było m.in. odzyskanie Gdańska dla Niemiec, przejęcie przez Niemcy "polskiego korytarza" i przesunięcie na korzyść Niemiec granicy z Polską na Górnym Śląsku.
Jak z tego wynika, nawet Hitler w 1939 roku miał "skromniejsze" od Stresemanna żądania pod adresem Polski. Nie domagał się zmiany na naszą niekorzyść granicy na Śląsku. Jak widać, to wszystko nie przeszkodziło Bartoszewskiemu w przyjęciu medalu ku czci zajadłego antypolskiego rewizjonisty. Czy zadecydowała o tym nieznająca granic pogoń za splendorami, czy raczej ignorancja polityka bez wyższych studiów, choć nader chętnie tytułującego się profesorem?
To, co się stało z Bartoszewskim w ostatnich kilkunastu latach, jest naprawdę przygnębiające i szokujące. Przecież ten człowiek już na początku lat 60., a więc jakże wcześnie, potrafił dostrzec zagrożenia dla Polski i Polaków płynące z próby zrzucenia przez Niemców na Polaków współodpowiedzialności za zagładę Żydów. W książce "Myśli o Polsce i Polakach" (wyd. II, Katowice 1994, s. 315) przytaczałem za pisarzem A. Rudnickim wypowiedź Bartoszewskiego w tej sprawie. Dziś wybielanie Niemców idące w parze z równoczesną ofensywą antypolonizmu, obciążającą Polaków współwiną lub nawet wyłączną winą za wymordowanie Żydów, przybiera wielokrotnie większe niż w początkach lat 60. rozmiary. Tyle że teraz Bartoszewski milczy jak grób w tej sprawie, bo od wielu lat jest szczególnie mocno hołubiony przez Niemców i dostaje od nich kolejne nagrody, medale czy inne zaszczyty. Nie widać też, żeby starał się o odpowiednie przypomnienie i nagłośnienie rozmiarów pomocy udzielonej przez Polaków Żydom w czasie wojny, choć czterdzieści lat temu wydał na ten temat imponującą książkę, we współautorstwie z Z. Lewinówną. Teraz wspominanie o tym jest po prostu "niepoprawne politycznie", a Bartoszewski aż nadto mocno idzie za aktualną "koniunkturą". Nieprzypadkowo, podobnie jak cała redakcja "Tygodnika Powszechnego", zaangażował się w popieranie skrajnie polakożerczego hochsztaplera Jana Tomasza Grossa, zamiast zgodnie z prawdą historyczną, z tym, co sam widział, potępić jego patologiczne fobie i brednie. Przypomnijmy, że ten sam Władysław Bartoszewski jakoś nie wahał się akurat w 1968 roku publicznie przeciwstawiać oszczerstwom pomniejszającym rozmiary polskiej pomocy Żydom w czasie wojny.
Czytałem na ten temat jakże pouczającą wypowiedź Bartoszewskiego opublikowaną na łamach organu KC PZPR - "Trybuny Ludu" - 2 kwietnia 1968 roku w tekście pt. "Polacy z pomocą Żydom w latach hitlerowskiej okupacji". Wypowiedź Bartoszewskiego wówczas ogromnie zareklamowano w "Trybunie Ludu", poprzedzając ją "odpowiednim" wstępnym komentarzem: "Wrogie Polsce Ludowej ośrodki na Zachodzie - syjonistyczne i nie tylko one - szkalują nasz kraj. Kłam oszczerstwom zadają fakty. Oto co na ten temat powiedział przedstawicielowi PAP Władysław Bartoszewski, współorganizator Rady Pomocy Żydom w okresie hitlerowskiej okupacji (...)".
W obszernej wypowiedzi cytowanej na łamach wspomnianej "Trybuny Ludu" Bartoszewski powiedział m.in.:
"Jest faktem niezaprzeczalnym, że społeczeństwo polskie, całe polskie olbrzymie podziemie polityczne, z wyjątkiem niewielkich grup, faszystów i szumowin, pomagało Żydom. Ale trzeba powiedzieć jasno: nie istniała możliwość uratowania przed zagładą ogółu Żydów, zamkniętych w gettach i obozach, podobnie jak nie można było uratować setek tysięcy Polaków więzionych i zamęczonych na śmierć na terenie Polski: w Oświęcimiu czy na Majdanku, rozstrzeliwanych na ulicach miast, katowanych na Pawiaku, Montelupich czy na Zamku
Lubelskim".
Dlaczego tych tak prawdziwych i jakże ważnych stwierdzeń nie przypomniał Bartoszewski teraz - w obliczu ofensywy antypolonizmu, w obliczu skrajnie obelżywych, hańbiących Polaków uogólnień J.T. Grossa? Bo nie ma na to odpowiedniej "koniunktury" wśród hołubiących Bartoszewskiego "poprawnych politycznie" środowisk "elitki" z "krakówka" czy "warszawki".
Oczywiście, aby w pełni zrozumieć przyczyny tego tak bezgranicznego pędu Bartoszewskiego do różnych zaszczytów, trzeba pamiętać o jego wcześniejszych przejściach doby wojny, więzienia w dobie stalinizmu, a i późniejszego niełatwego życia w PRL-u. Jakże współczująco pisał na ten temat znający świetnie Bartoszewskiego Stefan Kisielewski w swych znakomitych "Dziennikach" (wyd. z 1996 r., s. 483-484) pod datą 7 października 1970 roku: "U Władka B. (Bartoszewskiego) była rewizja - dwadzieścia siedem godzin (...). Wielki to skandal, może jakieś wewnętrzne porachunki w UB, bo B. płynął na fali patriotycznej i akowskiej (choć oczywiście, wieloletni więzień, w ZBOWiD-zie nie był), wydawał w moczarowskim po trochu Interpressie, więc przypięli mu pewno łatkę moczarowca, a że gomułkowskie UB niszczy teraz konkurentów, więc mogli skoczyć na Władka, aby tamtych skompromitować".
Pamięć o ciężkich przejściach Bartoszewskiego z przeszłości jest jednak też i czymś wielce zobowiązującym. Cóż, jest takie powiedzenie: noblesse oblige (szlachectwo zobowiązuje). A pod tym względem niestety są zarzuty nieodparcie dowodzące, że będąc parokrotnie ministrem spraw zagranicznych, Bartoszewski nie potrafił wywiązywać się ze swych obowiązków dostatecznie rzetelnie, zgodnie z polskimi interesami. A oto garść przykładów.
Władysław Bartoszewski całkowicie zawiódł jako minister spraw zagranicznych w rządzie Józefa Oleksego. Nie zrobił faktycznie dosłownie nic pożytecznego, zostawił po sobie za to pamięć wręcz kompromitujących zaniechań. Między innymi nie zdobył się na zdecydowaną reakcję nawet w tak drastycznej sprawie pobicia przez moskiewską milicję grupy wiernych, w większości katolików, którzy chcieli odzyskać swój kościół. Był to budynek katolickiego kościoła pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny w Moskwie, który na papierze formalnie już dawno zwrócono wiernym. Milicja moskiewska pobiła licznych wiernych, mimo że nie stawiali żadnego oporu. Wśród osób szczególnie mocno zmaltretowanych znalazła się polska zakonnica s. Maria Stecka, która między innymi została kopnięta w głowę przez członka oddziału specjalnego rosyjskiej milicji OMON (por. J. Różdżyński, C. Gmyz: Zakonnica pobita, "Życie Warszawy" z 10 marca 1995 r.).
Członek zespołu redakcji katolickiego (!) "Tygodnika Powszechnego", a w owym czasie minister spraw zagranicznych RP Władysław Bartoszewski całkowicie zbagatelizował sprawę pobicia grupy wiernych katolickich przez rosyjską milicję. Co więcej, powiedział o tym pobiciu polskich wiernych, że to "jedynie incydent na poziomie komisariatu" (por. G. Jankowski, Cień Moskwy, "Życie Warszawy", 19 marca 1995). Cała sprawa pobicia polskich wiernych, w tym zakonnicy, okazała się drobiażdżkiem bez znaczenia dla "wielce katolickiego" polskiego ministra, przez wiele lat wykładowcy KUL-u i od paru dziesięcioleci redaktora "Tygodnika Powszechnego".
Tak oburzająca kompletna bierność ministra Bartoszewskiego wobec faktu poturbowania wiernych polskich w Moskwie wywołała m.in. protest uczniów klas maturalnych Katolickiego Liceum Ogólnokształcącego pw. św. Augustyna w Warszawie. W liście otwartym do ministra spraw zagranicznych RP W. Bartoszewskiego pisali oni m.in.: "Protestujemy przeciw sposobowi reakcji rządu RP na skandaliczną i brutalną interwencję rosyjskiej milicji w polskim kościele p.w. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Moskwie. (...) Chcemy podkreślić, że w naszych oczach dotychczasowa reakcja Ministra Spraw Zagranicznych jest żenująca (...)" (cyt. za "Słowo - Dziennik Katolicki", 28 marca 1995 r.).
Bartoszewski nie zdobył się na stanowczą reakcję również i po brutalnej obławie na 300 Polaków we Frankfurcie nad Odrą w czerwcu 1995 roku. Według relacji wydalonych, Niemcy zachowali się niezwykle agresywnie wobec zatrzymanych Polaków, których spędzono do hali i trzymano 12 godzin bez jedzenia i wody do picia. Co więcej, jak relacjonowali Polacy: "Niemcy bili ich pałkami, szczuli psami bez kagańców, a kilka osób poważnie poturbowali". Poturbowanie Polaków i bezprawne działania niemieckiej policji wywołały protest grupy niemieckich działaczy i polityków, dążących do autentycznego dialogu z Polską (por. szerzej J.R. Nowak "Zagrożenia dla Polski i polskości", Warszawa 1998, t. II, s. 265-266). Oświadczenie w tej sprawie podpisała m.in. grupa posłów niemieckich. Natomiast minister Najjaśniejszej Rzeczypospolitej W. Bartoszewski nie zdobył się na żadną stanowczą reakcję w tej sprawie.
Wcześniej, 28 kwietnia 1995 roku, w czasie uroczystej sesji Bundestagu Bartoszewski - wbrew stanowisku przeważającej części Polaków - przeprosił Niemców za przesiedlenia po 1945 roku, zaniżył ilość polskich ofiar wojny z 3 do 2 mln osób, równocześnie zawyżając ilość polskich Żydów, którzy zginęli podczas wojny. Podczas wizyty w Izraelu w maju 1995 roku Bartoszewski - będąc urzędującym polskim ministrem - skrytykował własny Naród, nazywając część Polaków "ciemniakami" z powodu ich rzekomego antysemityzmu; nie odważył się jednak poruszyć problemu nagminnych przejawów antypolonizmu w Izraelu.
Będąc kolejny raz ministrem spraw zagranicznych (w rządzie Buzka) Bartoszewski skompromitował się absolutną, skrajną wręcz pasywnością wobec tak licznych przejawów ofensywy antypolonizmu za granicą. Jakże symptomatyczne pod tym względem było np. jego zachowanie podczas oficjalnej wizyty w Izraelu. Tak gadatliwy skądinąd Bartoszewski nie zdobył się na słowo riposty w izraelskim parlamencie - Knesecie. Milczał w stylu, jak mówi Wałęsa: "Ani be, ani me, ani kukuryku!", gdy w jego obecności rzucano najgorsze kalumnie na Polaków za ich zachowanie w czasie wojny. (Wśród rzucających oszczerstwa był nawet wiceprzewodniczący Knesetu Rivlin). Niedługo potem paru uczciwych Żydów zaprotestowało przeciwko zachowaniu swoich żydowskich ziomków w Knesecie (m.in. Wagemann z Izraela i S. Dombrowski z Düsseldorfu na łamach "Rzeczpospolitej"). Zaprotestowali uczciwi Żydzi, podczas gdy minister spraw zagranicznych Najjaśniejszej Rzeczypospolitej nie zdobył się na choćby cień protestu. Tym gorliwiej za to zwalczał najlepszych obrońców polskości za granicą: przywódców Polonii w USA (E. Moskala) i w Ameryce Południowej (J. Kobylańskiego). Doprowadził do usunięcia tak zasłużonego dla Polonii Jana Kobylańskiego ze stanowiska konsula honorowego RP, mszcząc się za jego poparcie dla E. Moskala.
Zajadli wrogowie lustracji
Trudno doprawdy wytłumaczyć, jakiż to sekret ukrywa się za niezwykłą zajadłością, z jaką wielka, i to szczególnie wpływowa część redakcji "Tygodnika Powszechnego", zwalczała i zwalcza lustrację. Pod tym względem nikt nie dorównał tygodnikowi Turowicza. Redakcja "Tygodnika Powszechnego" swym antylustracyjnym impetem i tupetem przebijała nawet... "Gazetę Wyborczą". Profesor Zbigniew Żmigrodzki przypomniał w "Naszej Polsce" z 18 czerwca 1997 r. "zapisaną w pamięci Polaków żarliwą antylustracyjną filipikę" red. Hennelowej jako posłanki w Sejmie. Takich żarliwych antylustratorów w redakcji "Tygodnika Powszechnego" nigdy nie brakowało. Prawdziwy prym pod tym względem wiódł jednak Krzysztof Kozłowski, od wielu lat zastępca redaktora naczelnego "Tygodnika Powszechnego", w rządzie T. Mazowieckiego wiceminister, a później minister spraw wewnętrznych.
Redaktor Kozłowski znał wyjątkowo dobrze komunistyczne MSW i jego ludzi, bo właśnie jemu "z urzędu podlegały redakcyjne kontakty ze Służbą Bezpieczeństwa" (wg J. Żakowski, Pół wieku pod włos, "Gazeta Wyborcza" z 26 maja 1995 r.). Ciekawe, że właśnie te "kontakty" jakoś nie wpłynęły u niego na wyostrzenie spojrzenia na SB i MSW. Wręcz przeciwnie. Kozłowski jako wiceminister i minister spraw wewnętrznych okazał się rzecznikiem jak najłagodniejszego postępowania wobec starej kadry pracowników SB i MSW, przejawiał pod tym względem iście gołębie serce. Jak później zwierzał się w wywiadzie dla polonijnej "Gazety" z Toronto, chciał "uratować to, co w środowisku ok. 150 tys. ludzi, tworzących MSW było w miarę przyzwoite" (por. rozmowa J. Papugi z K. Kozłowskim, Nie pytajcie, bohater czy zdrajca?, "Gazeta", Toronto, 13-15 września 1996 r.).
Swą łagodność wobec SB i MSW Kozłowski tłumaczył we wspomnianym wywiadzie obawą przed zepchnięciem do "totalnej opozycji dużej grupy dobrze uzbrojonych i wyszkolonych ludzi (...) SB to jednak było 24 tysiące ludzi potrafiących dobrze strzelać". Tego typu względy jakoś nie wpłynęły na złagodzenie podejścia do czeskiej bezpieki czy osławionej Stasi w Niemczech. W Polsce jednak dominowała osławiona "gruba kreska".
Oddajmy jednak znowu głos wyjaśnieniom Kozłowskiego na temat przyczyn łagodnego, miękkiego wręcz kursu wobec ludzi z PRL-owskiej bezpieki, przedstawionym we wspomnianym wywiadzie dla polonijnej "Gazety". Kozłowski akcentował: "Zastosowanie zasady odpowiedzialności zbiorowej oddałoby tych ludzi na żer mafii, obcych wywiadów lub przeciwników politycznych. 'Gruba kreska' dotyczyła struktur i metod MSW, z ludźmi postępowano indywidualnie. Niewiele postaci było zdecydowanie czarnych bądź idealnie białych, komunistyczny aparat bezpieczeństwa tworzyli ludzie o różnych odcieniach szarości (...)" [podkr. - J.R. Nowak].
--------------------------------------------------------------------------------
"Tygodnik Powszechny" zachowuje nadal tchórzliwe milczenie, nie chce się przyznać swoim czytelnikom do kompromitującej wpadki z wydrukowaniem w piśmie, mieniącym się katolickim, ataku na katolickie media, pióra zajadłego publicysty antykościelnego, stałego współpracownika fanatycznie antyreligijnego periodyku "Bez Dogmatu" - Jana Woleńskiego.
Zamiast merytorycznej polemiki wydrukowano dwa personalne ataki na mnie: jakiegoś "smutnego Żyda" z Gliwic, fałszującego przebieg spotkania ze mną w Gliwicach, i tekst Woleńskiego, pełny oszczerczych kalumnii na temat mojej biografii (Do sprawy tych oszczerstw jeszcze powrócę).
"Tygodnik Powszechny" kontynuuje również - zamiast uczciwej dyskusji - pełne zakłamań i epitetów ataki na katolickie media: Radio Maryja i "Nasz Dziennik". Świeżo zrobiono to w najnowszym numerze z 27 października piórem znanego z fanatyzmu w tropieniu rzekomych antysemitów Sergiusza Kowalskiego ze Stowarzyszenia "Otwarta Rzeczpospolita". Posunął się on do porównania Radia Maryja i "Naszego Dziennika" z "Nie", sugerując, że są one dużo niebezpieczniejsze (!) niż szmatławiec Urbana. Takich to autorów i takich metod używa redakcja "Tygodnika Powszechnego" w swej nieprzebierającej w środkach kampanii wobec katolickich mediów. Przypomnijmy więc dalsze fakty ilustrujące, skąd wynikają źródła tych zacietrzewień w redakcji nieprzypadkowo coraz częściej nazywanej "Obłudnikiem Powszechnym".
Na początek podaję uzupełnienie tekstu z poprzedniego numeru na temat roli zastępcy redaktora naczelnego "Tygodnika Powszechnego" i ministra spraw wewnętrznych w rządzie Tadeusza Mazowieckiego.
Krzysztof Kozłowski jako wybielacz esbeków
"Gołębie serce" Krzysztofa Kozłowskiego wobec dawnych SB, MSW, a nawet ich szefów, skrajnie poirytowało niegdyś słynnego publicystę emigracyjnego Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.
Oto, co napisał m.in. na ten temat w "Dzienniku pisanym nocą" pod datą 25 maja 1995 roku:
"W Tygodniku Powszechnym ukazała się w połowie maja nota pod groźnym tytułem 'Insynuacja'. Napisał ją senator Krzysztof Kozłowski (...). Celowo nie wnikałem głębiej w meritum owej 'Insynuacji'; wspominałem za to jej autora - gdy rok temu w Krakowie, na proszonej kolacji, usiłował biesiadników przekonać, tokując bez przerwy, że powinni zmienić zdanie o generale Kiszczaku, jeśli jest ono 'przypadkiem niezbyt pochlebne'. (...)
Dziś przyszedł list z Warszawy od mojego przyjaciela, którego bardzo cenię; i do którego mam zaufanie. Pisze (...): 'W 'Insynuacji' Kozłowskiego odnajdziesz w stanie krystalicznym mentalność i moralność twórców Grubej Kreski. Kozłowski określa tajnych współpracowników SB jako 'mających luźny związek ze sprawą (Pyjasa)'. Ten luźny związek dwadzieścia lat temu polegał na zamordowaniu Pyjasa, a dzisiaj z kolei polega na niemożności ujawnienia nazwisk morderców i ich mocodawców [podkr. - J.R.N.]. Wielka szkoda, że nie nagrałem na kasecie rozmowy prof. Strzembosza i mec. Bednarkiewicza, którzy mówią o przyczynach nieukarania nikogo za zbrodnie popełnione w PRL, m.in. o bezwstydnym przewlekaniu tych spraw przez niektórych sędziów, np. w przypadku zabitych górników w kopalni Wujek. Ale Kozłowski jak lew broni ich dobrego imienia'.
'Nie na tym koniec - ciągnie mój korespondent. - Kto został szefem zespołu doradców Oleksego? Major SB Andrzej Anklewicz, który w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych miał wielkie i nadzwyczajne sukcesy w inwigilowaniu i tropieniu opozycji. Co na to senator Kozłowski? Będę go zawsze bronił (mówi o majorze), to wspaniały fachowiec, zweryfikowaliśmy go pozytywnie (czyli zostawiliśmy w SB po 1989) ze względu na jego zasługi? Zasługi dla kogo?'
Może już czas, żeby się nad tym zastanowić, zamiast połykać jak głupia gęś tuczna coraz to nowe kluski ze znakiem Grubej Kreski. Nawet jeśli 'ludzie mający luźny związek ze sprawą Pyjasa' oraz im podobni staną w końcu przed sądem, szkoda została już dokonana (...) I pomyśleć: Krzysztof Kozłowski, autor 'Obrazu Tygodnia', drugiej obok felietonu Kisiela kolumny 'Tygodnika Powszechnego'" (G. Herling-Grudziński, Dziennik pisany nocą, Warszawa 1998, s. 392-393).
Dlaczego K. Kozłowski tak bronił i wybielał byłych esbeków? Pytanie to pozostaje bez odpowiedzi. Czyżby aż tak miłe wrażenia odniósł z rozmów z nimi, gdy jemu, właśnie jemu "z urzędu podlegały redakcyjne kontakty ze Służbą Bezpieczeństwa" (por. J. Żakowski, Pół wieku pod włos, "Gazeta Wyborcza", 26 maja 1995 r.).
Doprawdy niełatwo zrozumieć podjętą przez Kozłowskiego rozpaczliwą szarżę dla ratowania Lesława Maleszki, przez lata agenta bezpieki, później jednego z filarów antypatriotycznej i antykościelnej publicystyki "Gazety Wyborczej", czasem zasilającego również "Tygodnik Powszechny". Ponad pół roku temu doszło do iście groteskowego, acz wielce pouczającego wydarzenia. Jak wiadomo, Maleszka został po latach zdemaskowany dzięki "naukowym" aspiracjom prowadzącego go podoficera bezpieki. Zapragnął on napisać magisterkę, a w pracy swej nazbyt szczegółowo opisał (choć bez nazwisk) osoby prowadzonych przez niego w Krakowie konfidentów bezpieki. Opozycjoniści z dawnego ruchu studenckiego bez trudu rozpoznali w jednym z tych agentów bezpieki, opatrzonym ksywą "Ketman", swego byłego kolegę i przyjaciela Maleszkę, redaktora "Gazety Wyborczej". Ponad dwudziestu członków byłej opozycji studenckiej z Krakowa napisało w tej sprawie demaskatorski list do "Rzeczpospolitej". Najbardziej chyba oburzyło ich to, że ich domniemany przyjaciel L. Maleszka współpracował z bezpieką nawet po zamordowaniu przez nią przyjaciela studenta Stanisława Pyjasa. I nagle, niespodziewanie, jak lew zagrzmiał w obronie byłego agenta Krzysztof Kozłowski na łamach "Gazety Krakowskiej". Demaskatorski list na temat agenta Maleszki określił jako "donos" (!), akcentując przy tym, że w taki sposób można tylko skrzywdzić niewinnego, nie mając dowodów jego winy. Kozłowski miał jednak strasznego pecha ze swym wystąpieniem obrończym. Nie zsynchronizował go z Maleszką. A ten właśnie akurat w dniu żałosnej publikacji obrończej Kozłowskiego w "Gazecie Krakowskiej" przyznał się do całego swego szpiclostwa na łamach "Rzeczpospolitej". I tak wyszła straszliwa, kompromitująca siurpryza dla p. Kozłowskiego.
Warto przy okazji przypomnieć, że brat Krzysztofa Kozłowskiego - Maciej Kozłowski, b. wiceminister spraw zagranicznych, a obecnie ambasador RP w Izraelu, miał stanąć przed Sądem Lustracyjnym. (zob. Lustracja ambasadora, "Życie", 23 grudnia 1999 r.). Sprawy nie doprowadzono jednak do końca, bo nagle stwierdzono, że lustracja nie dotyczy już M. Kozłowskiego. W momencie podniesienia zarzutów o "kłamstwo lustracyjne" nie był już bowiem wiceministrem, a tylko ambasadorem w Izraelu. Ambasadorów zaś lustracja nie dotyczy - tak to "ładnie" wymyślono!
Wśród szczególnych "zasług" Krzysztofa Kozłowskiego w czasie pełnienia przez niego kierowniczej funkcji w MSW znalazło się m.in. wpuszczenie do archiwów MSW dość szczególnej komisji Michnika w składzie: Andrzej Ajnenkiel, Jerzy Holzer, Adam Michnik i Bogdan Kroll. Komisja ta przez parę miesięcy (od 12 kwietnia do 27 czerwca 1990 r.) działała na terenie MSW, mając dostęp do najtajniejszych materiałów. Ze swego ponaddwumiesięcznego pobytu zostawiła liczące zaledwie dwie strony sprawozdanie.
Jak podkreślał M. Grocki w książce "Konfidenci są wśród nas" (Warszawa, 1992 r.): korzystanie przez tę komisję z dokumentów "odbywało się poza wszelkimi procedurami obowiązującymi w MSW" (cyt. za listem otwartym prof. dr. hab. Stanisława Borkackiego, Czego szukała tzw. komisja Michnika?, drukowanym w "Naszym Dzienniku" z 31 sierpnia 2000 r.). Nie wiemy dotąd, jakie były efekty "pracy" tak bezprawnie wpuszczonej do MSW "komisji Michnika", kogo z polityków czy redaktorów uznała ona za szczególnie zagrożonych ujawnieniem akt. Fakt, że Adam Michnik po zapoznaniu się z aktami w MSW wpadł w jeszcze większą niż kiedykolwiek furię antylustracyjną.
Warto przypomnieć, że red. Kozłowski, o tak "gołębim sercu", ogromnie angażował się w swoim czasie w poparcie, na szczęście odrzuconej, kandydatury arcyszpiega PRL Zacharskiego na stanowisko szefa wywiadu demokratycznej RP. 23 marca 1995 roku red. Kozłowski z impetem rzucił się na łamach "Gazety Wyborczej" z poparciem dla kandydata lewicy Unii Wolności Jacka Kuronia na prezydenta RP. Już w tytule zadeklarował na temat Kuronia: "Kuroń ma chrześcijańską duszę". Szkoda tylko, że nie przytoczył konkretnych dowodów tej chrześcijańskości Kuronia. Czy chodziło o tak "chrześcijańskie" działania, jak niszczenie tradycyjnego chrześcijańskiego i patriotycznego harcerstwa na rzecz czerwonych leninowskich "walterowców"? Czy może o żądanie twardszego kursu wobec Kościoła w trockistowskim "Liście otwartym" Kuronia z 1965 roku? Czy o bezkrytyczne wychwalanie w 1985 roku filmu "Shoah" Lanzmanna, od którego antypolskich i antychrześcijańskich stwierdzeń odcięli się nawet liczni autorzy żydowscy, choćby znany naukowiec prof. Israel Shahak? Czy o udział Kuronia w nagonce "Gazety Wyborczej" na Prymasa Glempa w 1989 roku? Kuroń stanął wówczas całkowicie po stronie osławionego rabina A. Weissa, którego kilka lat później nawet Michnik nazwał awanturnikiem.
"Grubokreskowicze" z "Tygodnika Powszechnego"
Ogromna niechęć redakcji "Tygodnika Powszechnego" do lustracji cały czas szła w parze z ogromnie entuzjastycznym promowaniem, wręcz adorowaniem polityki grubej kreski wobec tak skompromitowanych ludzi starego komunistycznego reżimu. W tej sprawie "Obłudnik Powszechny" stał się głównym katolewicowym sojusznikiem "Gazety Wyborczej". Wiele osób przyjęło to z zaskoczeniem, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo tego typu postawa była wprost zakodowana w poprzedniej historii "Tygodnika Powszechnego", w jego ciągłych wstydliwych kompromisach z władzą komunistyczną, często przekraczających wszelkie dopuszczalne bariery godności i dobrego smaku. Oto szczególnie wymowny przykład podobnych zachowań z początków 1953 roku.
Ludzie z "Tygodnika Powszechnego" nagłaśniali jako dowód swego "heroizmu" to, że redakcja ta odmówiła zamieszczenia wysławiającego Stalina tekstu bezpośrednio po jego śmierci, co spowodowało zamknięcie redakcji i przejęcie jej przez PAX. Bardzo często osoby z "Tygodnika Powszechnego" i jego apologetyczni chwalcy przemilczają jednak inny fakt, nader kompromitujący dla redakcji. Otóż na krótko przed tą sprawą redakcja "Tygodnika Powszechnego" ogromnie skompromitowała się wydrukowaniem tekstu, który bardzo poderwał zaufanie do niej w środowisku czytelników. Po połknięciu tak obrzydliwej "żaby" redaktorzy "Tygodnika Powszechnego" obawiali się, że następna - panegiryk ku czci Stalina - załatwiłaby redakcję w oczach czytelników do końca.
O co chodziło? Otóż o to, że 5 lutego 1953 roku redakcja "Tygodnika Powszechnego" zdecydowała się na opublikowanie niezwykle kompromitującego ją aprobującego tekstu dla sfabrykowanego procesu księży z Kurii krakowskiej. W komentarzu redakcyjnym stwierdzono m.in.: "W toku niedawnego procesu krakowskiego zostało ujawnione, że niektórzy duchowni diecezji krakowskiej brali udział w antypaństwowej działalności konspiracyjnej, a także współpracowali z wrogimi dla interesów Polski ośrodkami wywiadu amerykańskiego. Ujawniono też przestępstwa walutowe w kurii krakowskiej. Fakty te zmuszają do zasadniczego zajęcia stanowiska.
Wymienione wyżej działania przestępcze, szkodliwe dla interesów państwa, wyrządziły też niezmierne szkody Kościołowi. Proces krakowski nie stanowi zresztą wyjątku. Zawsze, ilekroć ludzie reprezentujący w mniejszej lub większej mierze autorytet Kościoła dopuszczali się czynów sprzecznych z prawem karnym i interesem państwa, Kościół narażony był na wielkie straty. Społeczeństwo katolickie dążyć musi do kategorycznego wyeliminowania tego rodzaju niebezpieczeństw.
Angażowanie się duchownych katolickich w antypaństwową działalność konspiracyjną jest następstwem szkodliwej i opacznej tendencji do prowadzenia walki z ustrojem. Tendencjom tym, prowadzącym do konsekwencji fatalnych dla narodu i Kościoła, należy się przeciwstawić z całą stanowczością".
Publikując tego typu obrzydliwy komentarz redakcyjny, redakcja "Tygodnika Powszechnego" dobrze wiedziała, że proces kurii krakowskiej był całkowicie sfabrykowany (na sali rozpraw przebywał wysłannik "Tygodnika" ksiądz Andrzej Bardecki). Opublikowanie tego typu komentarza sprawiło, że wielu dotychczasowych czytelników odsunęło się od tygodnika. Jerzy Turowicz pisał w tekście "Porównania" z 2 stycznia 1994 roku, że jego redakcja pisała artykuły propeerelowskie "bez przyjemności, starając się nie kłamać i uważając to za cenę płaconą za ukazywanie się pisma, świadomi, że jest to z naszej strony kompromis, ale też znając dopuszczalne jego granice" [oba podkreślenia - J.R.N.]
Niestety, Turowicz najwyraźniej kłamał w tym przypadku, bo jak widać choćby w przypadku komentarza "Tygodnika Powszechnego" do sfabrykowanego procesu Kurii redaktorzy kłamali na potęgę. Nawet jeden z głównych filarów "Tygodnika Powszechnego" Stanisław Stomma przyznał w 1991 roku w publikowanych wówczas wspomnieniach, że powyższy komentarz "Tygodnika Powszechnego" o procesie Kurii "brzmi horrendalnie". Jacek Żakowski z kolei w swej książce o "Tygodniku Powszechnym" pisał: "Czterdzieści kilka lat później żyjący członkowie ówczesnej redakcji uważają na ogół, że tekst w sprawie kurii jednak zatruł butelkę, a Józefa Hennelowa mówi wręcz, że jego ogłoszenie było największym błędem całego półwiecza" (J. Żakowski, Pół wieku pod włos, czyli życie codzienne "Tygodnika Powszechnego" w czasach heroicznych, Kraków 1990, s. 18).
Redaktorzy "Tygodnika Powszechnego", podobnie jak w komentarzu na temat procesu Kurii, kłamali również w wielu innych przypadkach, znacząco "przekraczając granice dopuszczalnych kompromisów". Ileż to razy na łamach "Tygodnika Powszechnego" w latach 1945-53 można znaleźć przykłady wyraźnego oportunizmu w stosunku do władz komunistycznych (zwłaszcza w tekstach Turowicza i Stommy), popartego stylistyką piętnującą "dywersyjne sugestie", "postawy sabotażu", "hasła dywersyjne", "antypaństwową działalność obcych agentów" oraz "emigrantów wewnętrznych". Na przykład w artykule wstępnym "Tygodnika Powszechnego" z 21 września 1952 r. gromko atakowano "emigrantów wewnętrznych", którzy bojkotują rzeczywistość polską, obrażając się na historię. Opowiadając się za koncepcją PRL-owskiej służalczej przybudówki - Frontu Jedności Narodowej, autorzy "Tygodnika Powszechnego" twierdzili: "Gdy zaś chodzi o wybory, jest oczywiste, że dywersyjna propaganda wzywać będzie do bojkotu wyborów. Otóż polskie społeczeństwo wykazać powinno całkowitą obojętność wobec takich dywersyjnych sugestii".
Ktoś powie, że pisano to wszystko w najcięższych czasach pod presją stalinizmu. Kto jednak zmuszał Turowicza do napisania tak skrajnie wiernopoddańczego wobec PRL artykułu "Na dwudziestolecie PRL" 26 lipca 1964 r., zaledwie kilka miesięcy po bezwzględnych represjach władz komunistycznych wobec sygnatariuszy listu 34 intelektualistów w obronie wolności słowa?! Oto niektóre z fragmentów tego panegirycznego peanu Turowicza na cześć komunistycznej władzy: "W ciągu tych dwudziestu lat dokonane zostało ogromne dzieło odbudowy i rozbudowy życia polskiego (...) dorobek dwudziestolecia jest dziełem społeczeństwa polskiego i rządzącej nim władzy. (...) Bez tego zbiorowego wkładu pracy całego społeczeństwa nie byłoby osiągnięć, o których wyżej mowa, ale nie byłoby ich także bez planu, organizacji i kierownictwa. Organizatorem i kierownikiem tej pracy jest władza, emanacja rządzącej w Polsce od dwudziestu lat partii - Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. To ta partia nawiązując do przedwojennej tradycji KPP i do konspiracyjnej tradycji - w czasie okupacji - PPR, stworzyła obecne ramy ustrojowe naszego państwa. (...) Dziś - w dwadzieścia lat po wojnie - nikt rozsądny nie myśli o obaleniu ustroju, można powiedzieć, że ogromna większość społeczeństwa - z przekonania, czy choćby tylko z realizmu politycznego - ustrój ten zaakceptowała".
Najbardziej szokuje w tym tekście, że Turowicz, wysławiając rolę partii komunistycznej, eksponował tradycję jej poprzednika - partii zdrady narodowej KPP, a później PPR. Pominął zaś zupełnie rolę PPS-u, na którą tak chętnie powoływał się nawet krytyczny wobec tradycji KPP-owskich przywódca partii komunistycznej Władysław Gomułka. Czyżby PPS, partia Ciołkosza i Bujaka, była zbyt narodowa, ba! zbyt "nacjonalistyczna" dla Turowicza?!
Jak Turowicz bronił cenzury
Czołowi redaktorzy "Tygodnika Powszechnego" nawet w 1989 roku nie mogli się za nic wyzwolić z brzemienia dziesięcioleci oportunistycznych kompromisów najwyraźniej zakodowanych w ich umysłach na trwałe. Jakże znamienne pod tym względem było opowiedzenie się J. Turowicza przy Okrągłym Stole w 1989 roku za zachowaniem cenzury, gdyż "w obecnej sytuacji geopolitycznej cenzura jest złem koniecznym". Stanowisko J. Turowicza wywołało m.in. polemikę ze strony Ryszarda Legutko "Jak lew czyli w obronie cenzury" (krakowska "Arka" nr 25 z 1989 r.). Redaktor "Arki" nie mógł się nadziwić temu, że Turowicz przy inauguracji Okrągłego Stołu wystąpił za utrzymaniem cenzury, podczas gdy nawet szef OPZZ Alfred Miodowicz postulował jej zniesienie. 7 września 1989 roku w artykule wstępnym Turowicz akcentował, że Polska nadal jest i musi być członkiem Paktu Warszawskiego i RWPG. J. Turowicz wykorzystał ukształtowany w PRL-u obraz "Tygodnika Powszechnego" jako czasopisma "niezależnego" do przyspieszonego indoktrynowania czytelników tego tygodnika w duchu lewicowym w 1989 roku, idąc na pełne współdziałanie z "Gazetą Wyborczą", Unią Demokratyczną, a następnie Unią Wolności. Na próżno rozpaczliwie protestował przeciwko temu wyraźnemu zamanifestowaniu lewicowości "Tygodnika Powszechnego" wiosną 1989 roku jego najznakomitszy i najpopularniejszy autor - Stefan Kisielewski. Wreszcie skrajnie oburzony lewicową tendencyjnością "Tygodnika Powszechnego" i cenzurowaniem swoich tekstów przez sekretarza "TP" Romana Graczyka (później jednego z redaktorów "Gazety Wyborczej") ostatecznie zerwał z "Tygodnikiem Powszechnym".
prof. Jerzy Robert Nowak, Nasz Dziennik, 2002-10-15
"Obłudnik powszechny" (4 - 6)
prof. Jerzy Robert Nowak, Nasz Dziennik, 02.11.2002
W poprzednim odcinku pisałem o tym, jak "Tygodnik Powszechny" wiosną 1989 roku całkowicie odsłonił dotąd maskowane swoje prawdziwe lewicowe oblicze, wywołując wzburzenie wielkiej części swych dotychczasowych czytelników.
Już w okresie przed wyborami czerwcowymi 1989 "Tygodnik Powszechny" konsekwentnie popierał wyselekcjonowaną przez lewicę "Solidarności" i zmonopolizowaną przez nią listę wyborczą. Szefowie redakcji brutalnie odrzucali sprzeciwy Kisiela, opowiadającego się za niektórymi pominiętymi na wspomnianej liście politykami tzw. prawicy.
Zgodnie ze stanowiskiem Geremka, Michnika i reszty dawnej lewicy laickiej, "Tygodnik Powszechny" opowiadał się za faktycznymi rządami zdominowanego przez lewicę ruchu solidarnościowego, kierowanego przez OKP, przy równoczesnym opóźnianiu kształtowania partii politycznych. W intencji lewicy laickiej popieranej przez Turowicza chciano doprowadzić do meksykanizacji polskiej sceny politycznej, tj. zdominowania jej przez jedną lewicową siłę na dziesiątki lat.
Jakże znamienny był fakt, że jeszcze 8 kwietnia 1990 roku Turowicz opowiadał się w "Tygodniku Powszechnym" za opóźnieniem o rok prawdziwie wolnych wyborów parlamentarnych i utrzymaniem obecnego układu politycznego, a więc Sejmu kontraktowego i rządu z tak znaczącym udziałem polityków PZPR (na czele z wicepremierem i ministrem spraw wewnętrznych Czesławem Kiszczakiem, jednym z głównych realizatorów stanu wojennego). Turowicz pisał dosłownie: "(...) przyszłe wybory parlamentarne (...) powinny się odbyć nie później jak na wiosnę przyszłego roku, ale chyba i nie wcześniej [podkr. - J.R.N.]. Do tego czasu konieczne jest - w moim przekonaniu - utrzymanie obecnego układu politycznego (...). Dlatego uważam za niebezpieczne żądanie przyśpieszenia rozwoju sytuacji politycznej pod naciskiem sił odśrodkowych, naciskiem wywodzącym się nieraz z ambicji grupowych, jeśli nie personalnych (...), żądanie jeszcze większego przyśpieszenia wyborów parlamentarnych, roszczenia do udziału we władzy grup i grupek politycznych nie posiadających jeszcze - powtarzam - wyraźnego programu politycznego i pretendujących do reprezentowania całego społeczeństwa (...). Powtarzam - nikt nie odmawia rodzącym się ugrupowaniom politycznym prawa do udziału w życiu społecznym, ale niechże ta scena polityczna okrzepnie, dojrzeje i uzyska autentyczną bazę społeczną".
Zamiast dopuszczenia więc do udziału w wyborach i ewentualnego wpływu na życie kraju nowych (dodajmy nie-komunistycznych sił politycznych) Turowicz preferował utrzymanie na dalszy rok anachronicznego systemu władzy opartego o Sejm kontraktowy i odrzucaną przez większość Narodu tak znaczącą reprezentację PZPR w rządzie T. Mazowieckiego.
Nieprawdy Turowicza
Aby uzasadnić opóźnianie przemian politycznych w Polsce, Turowicz posuwał się do wypowiadania jawnych nieprawd, mających oszukać ufających mu czytelników krakowskiego tygodnika. Twierdził: "Może się wydawać - sądzę zresztą, że niesłusznie [podkr. - J.R.N.] - że u niektórych naszych sąsiadów przemiany poszły dalej niż w Polsce. Ale w Europie Środkowowschodniej, dzięki sposobowi, w jaki wyszliśmy z komunizmu, Polska jest krajem najbardziej stabilnym. Skutkiem tego jest kredyt zaufania, jaki posiadamy w świecie zachodnim, dzięki czemu i pomoc gospodarczo-finansowa Zachodu (...) jest przecież znacznie większa niż moglibyśmy się spodziewać" (J. Turowicz: Nie rozpraszać sił, "Tygodnik Powszechny", 8 kwietnia 1990 r.).
W rzeczywistości - wbrew nieprawdom Turowicza - słusznie wydawało się, że gdzie indziej zmiany poszły dalej, i to znacząco dalej niż w Polsce. Takie były fakty i niektórzy z nas pisali o tym już na kilka miesięcy przed tym kwietniowym, "hamulcowym" tekstem Turowicza, bijąc na alarm z powodu opóźnienia zmian w Polsce. Przypomnę tu chociażby to, co sam pisałem w "Kurierze Polskim" z 27-29 stycznia 1990 roku, a więc na parę miesięcy przed sławetnym tekstem Turowicza w "Tygodniku Powszechnym". Pod nagłówkiem "Chłopiccy z OKP" pisałem m.in.: "Myślę, że każdy uważny obserwator sceny politycznej w Polsce musi uznać, że zmiany dokonane w 7 miesięcy po triumfie wyborczym 'Solidarności' (...) są ciągle zbyt powierzchowne i daleko odbiegają od wymaganych przez konieczność chwili. Decydujące znaczenie wydaje się mieć fakt, że znaczna część kierownictwa OKP za bardzo trzymała się ducha różnych cichych porozumień z Magdalenki, nie bardzo licząc się z tym, jak bardzo zmieniła się wokół nich cała sąsiedzka Europa. Zadecydowało to o tym, że nawet tak podstawową rzecz, jak likwidację przywódczej roli partii w Polsce skrajnie opóźniono aż do końca 1989 r., zostając pod tym względem w tyle za Czechosłowacją i NRD (...). Myślę, że jednym z największych błędów nowego rządu było od początku dawanie kredytu MM, 'Miłosierdzia Mazowieckiego', starej nomenklaturze (...). Niewiele zrobiono dla oczyszczenia z dotychczasowej nomenklatury największych symbolów jej profesjonalnej niekompetencji, począwszy od służby dyplomatycznej i konsularnej, zdominowanej w większości przez ludzi z partyjnych układów, różnych upadłych byłych działaczy w stylu Siwaka (...).
Przeciwnie, mianowano na stanowiska ambasadorskie jeszcze dodatkowe parę osób ze starej partyjnej nomenklatury - m.in. 'reformatora' S. Cioska. Dla porównania nowy demokratyczny rząd czechosłowacki z miejsca odwołał 21 ambasadorów (...). W reformującej się Czechosłowacji natychmiast powierzono nadzór nad MSW nowemu wicepremierowi Janowi Czarnogórskiemu, staremu zatwardziałemu więźniowi politycznemu, który już dobrze wie, jak ma ten nadzór wyglądać. W pełni zgadzam się z opinią Zdzisława Najdera, że oba wielkie resorty podległe PZPR, tj. MON i MSW, zmieniają się bardzo powoli, znacznie wolniej niż w NRD i Czechosłowacji (dodam, że również wolniej niż na Węgrzech) (...). Trzeba uderzyć na alarm i otwarcie powiedzieć - zegar wybija czas dla rządu Mazowieckiego! Nie stać nas na dalsze tolerowanie na tak
wielkiej części wpływowych stanowisk ludzi ze starego aparatu, którzy są niekompetentni i sabotują zmiany (...). Musimy radykalnie przyśpieszyć przemiany polityczne i społeczne, bo inaczej już nie będziemy ich pionierami, pozostając coraz bardziej w tyle. Pamiętajmy, że na wiosnę odbędą się całkowicie wolne wybory w Czechosłowacji, na Węgrzech, w NRD, Bułgarii i Rumunii. Że w Czechosłowacji czołową rolę odgrywa intelektualista - były więzień polityczny, a dziś prezydent V. Havel, a na Węgrzech już niedługo prezydentem pozostanie któryś z niezależnych reformatorów" (J.R. Nowak: Czas przyśpieszyć zmiany, "Kurier Polski", 27-29 stycznia 1990 r.).
Polska - "maruderem reform"
Niestety w Polsce dzięki takim osobom jak właśnie naczelny "Tygodnika Powszechnego" J. Turowicz utrzymało się ślamazarne tempo przemian. Zwyciężyła tak miła mu tendencja do odwlekania wolnych wyborów. Dalej rządził Sejm kontraktowy, z bardzo dużą reprezentacją partii komunistycznej - PZPR, mimo jej upadku i samorozwiązania w styczniu 1990 roku. Dzięki takim "hamulcowym" jak Turowicz wolne wybory w Polsce odbyły się najpóźniej w całej pokomunistycznej Europie, nawet po Albanii i Rumunii, a z prawie półtorarocznym opóźnieniem wobec Czech i Węgier. I z całym uzasadnieniem mogłem konstatować już w tytule artykułu publikowanego 2 lutego 1992 na łamach katolickiego "Ładu" - "Polska - maruderem reform".
Wybraniając i wysławiając ślamazarne tempo przemian pod rządami T. Mazowieckiego, Turowicz pisał we wspomnianym artykule z 8 kwietnia 1990 roku: "Od 45 lat kieruję redakcją pisma, które stara się służyć społeczeństwu z poczuciem odpowiedzialności za losy tego społeczeństwa, z pozycji niezależności. Z tej pozycji obserwuję scenę polityczną w naszym kraju. I poczuwam się do obowiązku podzielenia się z państwem moim wielkim niepokojem, którego przyczyną są manifestujące się coraz częściej i coraz usilniej tendencje do gwałtownego przyśpieszenia rozwoju sytuacji politycznej w kraju. Tendencje, które uważam za nierozsądne, nieodpowiedzialne i niebezpieczne (...) Rząd ten oskarżany o nieefektywność, na przestrzeni niewielu miesięcy dokonał i dokonuje głębokiej przebudowy systemu politycznego, żeby wymienić tylko prace nad nową konstytucją i zmianą ordynacji wyborczej, radykalną reorganizację MSW (...)".
Przypomnijmy więc, komentując te nieprawdy Turowicza o dokonywanej wówczas rzekomej głębokiej przebudowie systemu politycznego, że prace nad nową Konstytucją faktycznie nie przyniosły żadnych efektów za rządów Mazowieckiego. I nieprzypadkowo - bo komisją konstytucyjną Sejmu, przygotowującą "nową Konstytucję", kierował dyletant w sferze prawa. Był nim historyk marginesu średniowiecznej Francji Bronisław Geremek, o czym się dziś najchętniej nie pamięta.
Rzekomo "radykalna reorganizacja MSW" polegała m.in. na utrzymywaniu byłego nadzorcy stanu wojennego Czesława Kiszczaka jako szefa MSW aż do lipca 1990 roku. "Radykalni" reorganizatorzy MSW spod znaku
T. Mazowieckiego jakoś nie zauważyli, że w resorcie spraw wewnętrznych trwała właśnie w marcu i kwietniu 1990 roku szczególnie "radykalnie" przyśpieszona i spiętrzona akcja niszczenia akt. Akcja, dzięki której dziś lustracja jest aż tak ułomna.
Cena tendencyjności
W czasie wyborów prezydenckich 1990 roku "Tygodnik Powszechny" całą parą poparł Mazowieckiego, bez żadnych wahań i liczenia się z odrębnymi postawami dużej części jego czytelników. Ta jednoznaczność, i dodajmy coraz wyraźniejsza prolewicowa tendencyjność "Tygodnika Powszechnego", przyniosła mu w efekcie lawinowy spadek nakładu. Warto przytoczyć w kontekście jakże wymowne informacje bardzo przychylnie nastawionego do "Tygodnika Powszechnego" Jacka Żakowskiego. Wspominał on w czerwcu 1995 roku, że: "W roku 'wojny na górze' nakład pisma dosłownie topniał w oczach i przez kilkanaście miesięcy spadł ze 100 do ok. 30 tysięcy egzemplarzy" (por. J. Żakowski, Pół wieku pod włos, "Magazyn Gazety Wyborczej", 2 czerwca 1995 r.). Żakowski pisał w swoim tekście, że cztery lata po wyborach prezydenckich 1990 roku "członkowie redakcji uważają przeważnie, że tak jednoznaczna afiliacja [na rzecz Mazowieckiego - J.R.N.] była strategicznym błędem, że zachowując wierność 'tygodnikowej' tradycji, należało otwarcie głosić idee, lecz milczeć w sprawie politycznych wyborów, utrzymując przynajmniej personalną bezstronność i ponadpartyjną optykę. Za bezpośrednie zaangażowanie w walkę polityczną 'Tygodnik' zapłacił przecież bardzo wysoką cenę. Znalazł się bowiem w mniej lub bardziej otwartym konflikcie z częścią biskupów i także zwykłych księży (...)" (J. Żakowski, op. cit.).
Tendencje lewicowe w "Tygodniku Powszechnym" z roku na rok nasilały się coraz mocniej. Do tego stopnia, że sam były katolewicowy premier Tadeusz Mazowiecki stwierdził w wywiadzie publikowanym na łamach "Tygodnika Powszechnego" z 2 kwietnia 1995 roku, że tygodnik ten nie powinien zbytnio ulegać "Gazecie Wyborczej". Zalecenia te były raczej trudne do realizacji w sytuacji, gdy "Gazeta Wyborcza" jak mogła obsypywała pochlebstwami kolejnych redaktorów naczelnych krakowskiego tygodnika: Turowicza i ks. Bonieckiego. A poza tym - rzecz niebagatelna - nagłaśniała na swych wielkonakładowych łamach teksty z "Tygodnika Powszechnego", mającego coraz większe problemy z pozyskaniem czytelników. To "uzależnienie" od "Gazety Wyborczej" odbijało się coraz mocniej w tygodniku Turowicza.
Niemałą rolę we wzajemnej symbiozie "Tygodnika Powszechnego" i "Gazety Wyborczej" odegrali liczni wspólni autorzy, m.in. b. sekretarz "Tygodnika Powszechnego", a później autor najzajadlejszych tekstów krytycznych wobec Kościoła Roman Graczyk, nie wykryty w odpowiednim czasie agent bezpieki Lesław Maleszka etc., etc.
Graczyk, który w swoim czasie w "Tygodniku Powszechnym" jako sekretarz redakcji bardzo mocno "napracował się", by zniechęcić raz na zawsze Kisiela do krakowskiego tygodnika, już w lipcu 1996 roku popisał się wystąpieniem na rzecz prezydenta Kwaśniewskiego. Eksponując jego rzekome polityczne "dokonania" w tekście publikowanym na łamach "Tygodnika Powszechnego" z 21 lipca, Graczyk napisał m.in.: "(...) w sporze z prezesem Moskalem (...) to postkomunista Kwaśniewski broni tu naszej międzynarodowej reputacji, a antykomunista Moskal utrwala obraz Polski jako kraju notorycznych antysemitów". Ładne porównanie, nieprawdaż?! Były sekretarz "Tygodnika Powszechnego" i jeden z najczęściej drukowanych autorów "Gazety Wyborczej" przeciwstawił patriocie i obrońcy polskości prezesowi Edwardowi Moskalowi postkomunistycznego prezydenta, który przez lata prezydentury nie zaznaczył się jakoś wydatnymi zasługami w obronie polskości, a przeciwnie, ułatwiał ataki przeciw Polakom swymi niestrudzonymi przeprosinami Żydów, Ukraińców etc.
Typową sprawą dla grubokreskowiczów z "Tygodnika Powszechnego" było staranne blokowanie na łamach tygodnika Turowicza głosów osób myślących inaczej o lustracji, dekomunizacji etc. Redakcja "Tygodnika Powszechnego" zablokowała m.in. druk krytycznego wobec grubokreskowej opcji tekstu Krzysztofa Czabańskiego "Do pana Jerzego Turowicza".
Tekst Czabańskiego ukazał się ostatecznie na łamach "Najwyższego Czasu" z 2 grudnia 1995 r. Zobaczmy, co tak przeraziło w tym tekście J. Turowicza, że nie chciał za żadną cenę udostępnić go czytelnikom swego tygodnika. Otóż Krzysztof Czabański napisał m.in.: "pisze pan o historycznym precedensie Okrągłego Stołu. Broni pan pojęcia 'grubej kreski'. (...) czy rzeczywiście można wykluczyć możliwość tego, że przy Okrągłym Stole zawarto swego rodzaju 'pakt o nieagresji'? Komuniści oddają przyszłość, ale nikt nie dobierze im się do przeszłości. Zapomniano przy tym, że komuniści mogą wrócić (...). Jedynym sposobem, by ich powstrzymać, było pokazanie społeczeństwu ich zbrodni, ujawnienie ich mechanizmów i ukaranie sprawców. Teraz już za późno (...). Czy Okrągły Stół nie przyczynił się do tego? Może za długo trwano przy jego postanowieniach? (...) Pisze pan o lustracji. Pisze pan o tym, że jej 'przeprowadzenie w naszych warunkach było bardzo trudne'. Dlaczego? Lustracja to był chyba jeden z najlepszych sposobów na odwrót społeczeństwa od komunizmu. Kto w tym przeszkadzał? Komuniści - na pewno, ale kto jeszcze? Czy nie brzmi tu echo Okrągłego Stołu? Czy w imię partyjnych i osobistych interesów dobro byłych kapusi nie przeważyło nad dobrem państwa?".
Do tych pytań Krzysztofa Czabańskiego dodajmy jeszcze parę innych: Czyż lustracja nie stała się dlatego tak bardzo trudna, bo różni Turowicze z obozu T. Mazowieckiego jeszcze w kwietniu 1990 roku naciskali na utrzymanie "obecnego układu politycznego" z Kiszczakiem jako wicepremierem i ministrem spraw wewnętrznych? Czy lustracji nie utrudniło wpuszczenie przez ówczesnego włodarza MSW, a przedtem i potem zastępcę redaktora naczelnego "Tygodnika Powszechnego" Krzysztofa Kozłowskiego, Michnika i jego trzech kompanów do archiwów MSW? Może w czasie swej niczym nieuzasadnionej, bezprawnej, paromiesięcznej kwerendy w archiwum MSW znaleźli aż nazbyt wiele kompromitujących danych o różnych bliskich im Maleszkach?
Przygarnięcie ateistów
Nader zdumiewa niezwykła wielkoduszność mieniącego się katolickim "Tygodnika Powszechnego" wobec zajadłych przeciwników Kościoła typu tak wyeksponowanego ostatnio w tym tygodniku Jana Woleńskiego, wobec zażartych ateistów typu Stanisława Lema etc. W czasie najbardziej nawet zajadłych ataków wrogów Kościoła w "Tygodniku Powszechnym" pojawiały się teksty skrajnie minimalizujące zagrożenia dla religii i Kościoła, a nawet zrzucające na obrońców Kościoła winę za to, że się jeszcze w ogóle bronią.
Jakże charakterystycznym przykładem takiego zamazywania ostrości istniejących konfliktów i zagrożeń był sławetny tekst jednego z bardziej znanych członków zespołu "Tygodnika Powszechnego" - ks. Jana Kracika, "Wrogowie Kościoła", publikowany w "Tygodniku Powszechnym" z 30 lipca 1995 roku. W artykule tym można było m.in. przeczytać przedziwne stwierdzenie: "Zdecydowana większość chrześcijan to zarazem - raz bardziej, raz mniej - przyjaciele i wrogowie Kościoła". Bardziej mącącego sprawy twierdzenia nie można było w ogóle wymyślić. Fakty mówią coś wręcz przeciwnego. Zdecydowana większość chrześcijan, wszyscy prawdziwi chrześcijanie, nie udawacze, nie pozoranci, są zarazem przyjaciółmi Kościoła. Wrogowie Kościoła zaś, których nie brakuje, wywodzą się na ogół nie spośród chrześcijan, lecz różnych grup ateistycznych i masońskich. Spośród byłych towarzyszy partyjnych (obecnych "czerwonych" i "różowych"), którzy choć wyrzekli się dawnych form komunizmu, to jakoś nie wyrzekli się walki z Kościołem i religią.
Wobec tych byłych towarzyszy "Tygodnik Powszechny" okazuje jednak niezwykłą wprost wyrozumiałość, chciałby ich wprost przytulić, przygarnąć do serca (jakże odmienne podejście w zestawieniu z niebywałą wrogością, jaką okazuje wobec "Naszego Dziennika" i Radia Maryja). Przypomnijmy tu jakże znamienną reakcję obecnego redaktora naczelnego "Tygodnika Powszechnego" ks. Adama Bonieckiego na tekst ks. Wiesława Niewęgłowskiego, duszpasterza inteligencji, z lutego 1992 r. Ksiądz Niewęgłowski z goryczą krytykował przejawy wrogości do Kościoła ze strony różnych, rzekomo nawróconych z inteligencji, które w latach 80. nader chętnie kryły się pod opiekuńcze skrzydła Kościoła. Ksiądz Boniecki natychmiast znalazł usprawiedliwienie dla obłudnych koniunkturalistów, sugerując: "Może to my nie dorośliśmy do miary oczekiwań rozbudzonych w czasie próby (...). Właśnie zawiedziona miłość często przemienia się w agresję" (ks. A. Boniecki, List do księdza Wiesława Niewęgłowskiego, "Tygodnik Powszechny", 8 marca 1992 r.).
Dość szczególny to był przejaw usprawiedliwiania ludzi takich jak A. Szczypiorski, którzy niejednokrotnie w swym życiu popisali się "arcykoniunkturalnymi" zwrotami. W latach 1982-83 tacy właśnie ludzie najbardziej skwapliwie udawali cudowne wprost "nawrócenia", aby potem po 1989 roku, czując się silnymi, dokładać jak najmocniej swoim byłym opiekunom i protektorom. Tak jak Michnik, który jeszcze w 1988 r. dedykował swą książkę: "Kochanemu ks. Henrykowi Jankowskiemu, memu przyjacielowi i Mentorowi, z pogańską pokorą", aby w połowie lat 90. odwdzięczyć się ks. Jankowskiemu zainicjowaniem wielomiesięcznej kampanii potępień przeciw niemu.
Innym przykładem skrajnego zamazywania pojęć i wyjątkowej "tolerancji" "Tygodnika Powszechnego" wobec wrogów Kościoła był drukowany w "TP" z 14 marca 1993 roku tekst
brat Krzysztofa Kozłowskiego o piosenkarce O'Connor. Jak wiadomo, piosenkarka Shinead O'Connor, która publicznie podarła przed kamerą fotografię Ojca Świętego, spotkała się z powszechnym bojkotem w skądinąd "ultraliberalnych" Stanach Zjednoczonych. Nikt nie wystąpił w jej obronie. Organizatorzy koncertu publicznie przeprosili widownię za nieodpowiedzialność piosenkarki. Izolowana po swym grubiańskim występie "artystka" w końcu sama wybąkała słowa przeprosin pod adresem Ojca Świętego.
Tymczasem u nas w "katolickim" "Tygodniku Powszechnym" znalazł się obrońca p. O'Connor, wspomniany Jerzy Wertenstein-Żuławski. Napisał, że piosenkarka O'Connor jest i tak moralnie lepsza od rozwydrzonej Madonny. Pytanie - czy ma jakikolwiek sens ten typ obrony, czy ma jakikolwiek sens takie stopniowanie zła? Tego typu wystąpienia były, jak jeszcze o tym szerzej napiszę, niejednokrotnie elementem praktyki pisarskiej "Tygodnika Powszechnego", skądinąd tak zajadłego w zwalczaniu katolickich mediów: Radia Maryja i "Naszego Dziennika". Ileż to razy w "Tygodniku Powszechnym" atakowano z grubej rury ludzi broniących wiary i Kościoła, zarzucając im rzekome należenie do "Kościoła zamkniętego", triumfalizm etc. Nic dziwnego, że takie zachowanie "Tygodnika Powszechnego" wywołało jednoznaczne napomnienie ze strony Ojca Świętego Jana Pawła II w liście do Jerzego Turowicza z 5 kwietnia 1995 roku. Ojciec Święty napisał wtedy m.in.:
"Rok 1989 przyniósł w Polsce głębokie zmiany związane z upadkiem systemu komunistycznego. Odzyskanie wolności zbiegło się paradoksalnie ze wzmożonym atakiem sił lewicy laickiej i ugrupowań liberalnych na Kościół, na Episkopat, a także na Papieża. Wyczułem to zwłaszcza w kontekście moich ostatnich odwiedzin w Polsce w roku 1991. Chodziło o to, ażeby zatrzeć w pamięci społeczeństwa to, czym Kościół był w życiu Narodu na przestrzeni minionych lat. Mnożyły się oskarżenia czy pomówienia o klerykalizm, o rzekomą chęć rządzenia Polską ze strony Kościoła, czy też o hamowanie emancypacji politycznej polskiego społeczeństwa. Pan daruje, jeżeli powiem, iż oddziaływanie tych wpływów odczuwało się jakoś także w 'Tygodniku Powszechnym'. W tym trudnym momencie Kościół w 'Tygodniku' nie znalazł, niestety, takiego wsparcia i obrony, jakiego miał poniekąd prawo oczekiwać: 'nie czuł się dość miłowany' - jak kiedyś powiedziałem (...)".
"Obłudnik Powszechny" (5) 09/10.11.2002
W poprzednim odcinku zwróciłem już uwagę na niebywałą wyrozumiałość i wielkoduszność "katolickiego" "Tygodnika Powszechnego" wobec wszelkich typów ateistów, wolnomyślicieli, nawet zajadłych wrogów religii i Kościoła. Skądinąd ogromnie przychylny dla "Tygodnika Powszechnego" Michał Jagiełło stwierdził w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" z 11 maja 2002 r.: "Często na przykład powtarza się, że ludzie 'Tygodnika' w zadziwiający sposób potrafili wyzwolić w sobie ogromne pokłady tolerancji wobec niewierzących, błądzących, nawet wobec tych, którzy instalowali stalinizm w Polsce, a potem przejrzeli na oczy, natomiast zachowywali przesadny krytycyzm wobec narodowego nurtu w polskim katolicyzmie".
W starciu z Prymasem Tysiąclecia
Dodajmy przy tym, że ten "przesadny krytycyzm" ludzie "Tygodnika Powszechnego" odnosili również do największego symbolu polskiego patriotyzmu - Prymasa Tysiąclecia Stefana Kardynała Wyszyńskiego. Cóż, Turowicz i jego koledzy wyraźnie nie mogli strawić wypowiadanych przez Prymasa Tysiąclecia tak ostrych słów przeciw antypolskim szydercom, "manii obrzydzania polskich dziejów", fałszywym uogólnieniom o "polskim antysemityzmie" czy tak ostrego potępienia przez Prymasa Polski ataku Stanisława Stommy na polskie powstania.
Sympatyzując bezkrytycznie z czołowymi działaczami lewicy laickiej, redaktorzy "Tygodnika Powszechnego" wyraźnie nie mogli przeboleć tak ostrych słów Prymasa Stefana Wyszyńskiego na temat KOR-u, wypowiedzianych w 1981 roku:
"W Polsce trzeba bronić spraw własnej ojczyzny, a nie obcych zamówień".
Redaktorom "Tygodnika Powszechnego" wyraźnie nie odpowiadało nader ostre stanowisko Prymasa Tysiąclecia wobec skrajnego krytykanctwa tego, co się dzieje w Kościele polskim, połączonego z zachłyśnięciem się wszelkimi "nowinkami" z Kościołów w Europie Zachodniej, zachłyśnięcia, które po tylekroć krytykował w swych "Dziennikach" Kisiel.
Szczególnie jaskrawym przykładem takiego krytykanctwa był sławetny artykuł J. Turowicza "Kryzys w Kościele", publikowany w "Tygodniku Powszechnym" w 1959 roku. Tekst ten niesamowicie oburzył Prymasa Polski, który publicznie, z ambony skarcił Turowicza, mówiąc, że "nie ma kryzysu w Kościele, jest tylko kryzys dziennikarza, który takie artykuły publikuje w prasie katolickiej" (por. rozmowa E. Koniecznej z J. Turowiczem, Zawsze najlepiej słychać krzykaczy, "Życie Warszawy" z 16 lipca 1996 r.). Nawet całe dziesięciolecia później Turowicz bronił swojego tekstu, twierdząc, że był kryzys w Kościele i cały problem polegał tylko na tym, że "Ksiądz Prymas, który był człowiekiem konserwatywnym, uważał, że nie ma kryzysu i krytycznie odniósł się do mojego artykułu" (tamże). Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych przy różnych okazjach ludzie z "Tygodnika Powszechnego" wypowiadali się z przekąsem o Prymasie Tysiąclecia i jego niektórych poglądach i działaniach. Na przykład Józefa Hennelowa ostro krytykowała w "Tygodniku Powszechnym" z 28 czerwca 1998 roku "apoteozujący sąd Ryszarda Reiffa o geniuszu Prymasa podpisującego straszliwy w gruncie rzeczy tekst porozumienia z roku 1950 (...)".
W rzeczywistości zaś porozumienie to ułatwiło przetrwanie Kościołowi katolickiemu w Polsce z nieporównanie mniejszymi stratami niż na przykład na Węgrzech, gdzie nie najlepsza taktyka Prymasa Węgier Józsefa Mindszentyego została wykorzystana przez władze do zmasowanych okrutnych represji wobec hierarchii i wiernych. Sam naczelny "Tygodnika Powszechnego" Jerzy Turowicz otwarcie krytykował nieżyjącego Prymasa Tysiąclecia (m.in. w 2 Programie TVP 14 maja 1994 roku) "za promowanie 'katolicyzmu ludowego' oraz niedostatecznie gruntowną realizację uchwał II Soboru Watykańskiego i modernizację Kościoła w Polsce" (por. J.S. i W.W.S., Tematy tygodnia, "Myśl Polska" z 5 czerwca 1994 r.). Omawiający wystąpienie Turowicza redaktorzy "Myśli Polskiej" komentowali: "Obok potępienia ataku na zmarłego Prymasa, który był rzeczywistym przywódcą narodu polskiego w szczególnie trudnym okresie, nasuwają się pytania, jakie były intencje wystąpienia J. Turowicza. Czy jest to dalszy krok do oddzielenia Kościoła od narodu, jak czynił to wytrwale 'Tygodnik Powszechny' pod redakcją J. Turowicza?" (tamże).
Wyrozumiałość dla podważania wiary
W redakcji "Tygodnika Powszechnego" niejednokrotnie wyrażano skrajną wręcz wyrozumiałość dla różnych przejawów podważania najistotniejszych nawet zasad wiary katolickiej. Bardzo typowe pod tym względem było zachowanie się redakcji "Tygodnika Powszechnego" po Notyfikacji Kongregacji Nauki Wiary na czele z kardynałem Josephem Razingerem na temat książek jezuity ojca Anthony'ego de Mello. W głośnej "Notyfikacji odnośnie do pism ojca Anthony de Mello SJ" opublikowanej 24 czerwca 1998 roku stwierdzono m.in.: "(...) już w niektórych fragmentach tych pierwszych publikacji [o. de Mello - J.R.N.], a w sposób nasilony w późniejszych pismach tego Autora, zauważa się coraz bardziej niebezpieczne odchodzenie od podstawowych treści wiary chrześcijańskiej. Objawienie dokonane w Chrystusie zastępuje on intuicją Boga bez żadnej formy i możliwości wyobrażenia, dochodząc do określenia Boga jako ogólnej pustki (...)". W Notyfikacji Kongregacji Nauki Wiary zwracano uwagę na szkodliwą wymowę innych sugestii o. de Mello, prowadzących na przykład do konkluzji na temat ksiąg świętych; "nie wyłączając Biblii": "Księgi te przeszkadzają, aby ludzie szli za własnym rozsądkiem i czynią ich ograniczonymi i agresywnymi. Religie, włącznie z chrześcijańską, są jedną z podstawowych przeszkód w odkryciu prawdy. (...) Myśleć, że Bóg własnej religii jest jedynym, znaczy poddać się fanatyzmowi. 'Bóg', według Autora, powinien być widziany jako rzeczywistość kosmiczna, nieokreślona i wszechobecna. Ignoruje się charakter osobowy Boga, a praktycznie się Go zaprzecza. (...) Kongregacja Nauki Wiary, mając na celu troskę o dobro wiernych, uznała za konieczne stwierdzić niniejszą Notyfikację, że wyżej przedstawione teorie nie są do pogodzenia z wiarą katolicką i mogą prowadzić do poważnych szkód.
W czasie audiencji udzielonej kardynałowi Prefektowi, Jego Świątobliwość Jan Paweł II zatwierdził niniejszą Notyfikację, uchwaloną na zebraniu plenarnym Kongregacji Nauki Wiary i nakazał jej opublikowanie" (cyt. za "Tygodnik Powszechny" z 6 września 1998 r.). W tym samym numerze "Tygodnika Powszechnego", w którym opublikowano powyższą Notyfikację Kongregacji Nauki Wiary, ukazał się artykuł Artura Sporniaka "Kłopoty z jezuickim guru", wyraźnie ironizujący na temat niektórych polskich krytyków poglądów jezuity de Mello. Sporniak nie ukrywał w końcowych konkluzjach swego tekstu, wyraźnie pozbawionego krytycyzmu wobec de Mello, również opinii, że potępienie poglądów de Mello utrudni próby religijnego zbliżenia Europy i Azji. Pisał: "Na razie więc próby religijnego zbliżenia Europy i Azji zdają się być nieudane. (...) Kościół i teologowie wciąż nie potrafią przetłumaczyć prawd zawartych w dogmatach na język filozofii i religii Azji, nie zniekształcając przy tym depozytu wiary. Dopóki się to nie uda, Kongregacji Nauki Wiary nie pozostanie nic innego, jak orzekać w coraz to nowych przypadkach 'niezgodność z wiarą katolicką' i ostrzegać wiernych przed 'poważnymi szkodami'" ("Tygodnik Powszechny" z 6 września 1998 roku).
Jak już akcentowałem, zarówno kardynał Joseph Ratzinger w imieniu Kongregacji Nauki Wiary, jak i zatwierdzający Notyfikację Ojciec Święty Jan Paweł II jednoznacznie uznali za "niebezpieczne" zawarte w pismach o. de Mello "odchodzenie od podstawowych treści wiary chrześcijańskiej". Nie przeszkodziło to redaktorom "Tygodnika Powszechnego" w odpowiednim doborze uczestników publikowanej w tygodniku Turowicza debaty o poglądach de Mello, aby wyraźnie przeważali w niej obrońcy poglądów tego jezuity (por. Debata "Tygodnika": sprawa ojca de Mello, "Tygodnik Powszechny" z 13 września 1998 roku). Jeden z tych obrońców - o. Stanisław Obirek stwierdził m.in.: "Tekst kardynała Ratzingera stanowi wykładnię oficjalną, ale nie nieomylną. (...) Nie bałbym się kardynałowi Ratzingerowi powiedzieć, że w swoim rozwoju duchowym owocnie czerpię z de Mello".
Jeszcze radykalniejszy okazał się inny uczestnik "Debaty" w "Tygodniku Powszechnym" - Bartłomiej Dobroczyński (znany skądinąd jako skrajny entuzjasta J. Owsiaka). Wystąpił on z otwartym atakiem na Notyfikację Kongregacji Nauki Wiary, stwierdzając: "Odbieram to jako brak szacunku dla mojej wrażliwości religijnej". Uznał Notyfikację za "groźne oskarżenie", akcentując równocześnie: "Obawiam się, że dokument watykański wzmocni postawy reprezentowane np. przez rozgłośnię z Torunia". Inny dyskutant - o. Maciej Bielawski stwierdził, podważając w ten sposób znaczenie Notyfikacji Kongregacji Nauki Wiary, wspartej autorytetem samego Ojca Świętego: "Moim zdaniem watykańska wypowiedź ani nie zamyka dyskusji, ani jej nie otwiera". Tylko jeden jedyny z czterech uczestników "Debaty" o. Jan Andrzej Kłoczowski wystąpił ze stanowczą obroną stanowiska Kongregacji Nauki Wiary.
Znamienne jest, że także później redakcja "Tygodnika Powszechnego" opublikowała listy broniące de Mello (por. listy Stanisławy Grabskiej i Jana Tarnowskiego, "Tygodnik Powszechny" z 27 września 1998 r.). Najdalej posunęła się w swych osądach działaczka warszawskiego KIK-u Stanisława Grabska, pisząc m.in. o de Mello: "(...) trudno jest widzieć w jego książkach sprzeczność z treścią chrześcijańskiej doktryny czy z dogmatami. (...) Kardynał Ratzinger z racji swej funkcji stróża doktryny musi się interesować głównie wiarą, 'w którą wierzymy'. Ufam, że prędzej czy później zmieni on sąd o de Mello". Stanisława Grabska zacierała w ten sposób fakt, że sąd kardynała Ratzingera nie był tylko jego sądem, lecz osądem Kongregacji Nauki Wiary, popartym autorytetem samego Jana Pawła II. Czyżby redakcja "Tygodnika Powszechnego" wątpiła w dogmat o nieomylności Papieża w sprawach wiary?
W kolizji z dogmatami
Liczne przykłady zajmowania przez "Tygodnik Powszechny" stanowiska kolidującego z dogmatami wiary zostały przytoczone w publikowanym pośmiertnie ważnym tekście wybitnego katolickiego publicysty Józefa Mariana Święcickiego, szczycącego się niegdyś między innymi przyjaźnią i zaufaniem kardynała Adama Sapiehy (J.M. Święcicki: O "Tygodniku" memento, "Nasza Polska" z 6 października 1999 r.).
Jak pisał Święcicki: "Co gorsza, w jego numerach ["Tygodnika Powszechnego"] pojawiają się wciąż artykuły wyraźnie kolidujące z katolicką ortodoksją. Jeden z nich, autorstwa ks. Wacława Hryniewicza, zdawał się solidaryzować ze stanowiskiem synodu anglikańskiego, który zakwestionował wieczność kar piekielnych jako rzekomo obarczających Boga zarzutem sadyzmu. Spotkało się to z rewerencyjną, ale mocną repliką ks. Marka Starowieyskiego - ze względu na to, że taki pogląd narusza dogmat. Zaraz potem ukazał się jednak w 'TP' artykuł ks. Piotrowskiego, traktujący wypowiedź Chrystusa o wieczności kar piekielnych jako 'metaforę' i powołujący się w tej kwestii na autorytet Orygenesa, którego tezy zostały wszak potępione przez Kościół. Aż wierzyć się nie chce, że istnieją u nas księża o takim 'teologicznym' wykształceniu (...). Bardzo też przykro wypadła w 'Tygodniku Powszechnym' (ostatni numer z 1996 r.) próba obrony Jacka Kuronia, zajmującego w sprawie aborcji analogiczne do Kwaśniewskiego stanowisko (...). A czyż nie jest niepokojące, że w czasie kiedy coraz bardziej się upowszechnia model katolicyzmu dowolnie selektywnego, przyjmującego jedne, a odrzucającego inne prawdy wiary, ks. Hryniewicz, pisząc w 'TP' (1997, nr 8) o 'Wierze wzywanych do nawrócenia', wystąpił w obronie księdza ze Sri Lanki ekskomunikowanego za uporczywe trwanie w herezji".
"Obłudnik Powszechny" (6) 16.11.2002
Krystyna Czuba wystąpiła kiedyś przeciwko próbom zostawiania otwartych furtek dla eutanazji na łamach "Tygodnika Powszechnego". Pisała: "Cywilizacja śmierci wkrada się do wszelkich mediów. 'Tygodnik Powszechny' (21 marca 1993 r.) zamieścił artykuł Tadeusza Jagodzińskiego 'Śmierć na życzenie?'. W artykule czytamy: 'Postawy religijnej uznającej, że człowiekowi nie wolno niszczyć życia darowanego przez Boga, nie da się pogodzić z tymi nurtami filozofii wolności i autonomii jednostki, które zakładają prawo człowieka do nieskrępowanej swobody decydowania o własnym losie. Jedyną płaszczyzną porozumienia może być tolerancja oraz wzajemny szacunek przy równoczesnym dyplomatycznym założeniu, że obie strony są zgodne co do tego, że się nie zgadzają. Błędem byłoby jednak wyciągnięcie z tego wniosku o bezsensie dialogu na temat eutanazji'.
W 'Tygodniku Powszechnym' ukazują się często publikacje przedstawiające tzw. pogranicze etyczne. Te granice etyczne zostały zatarte. Skutki tej filozofii dla człowieka i narodu są przerażające".
Skrajnym przykładem wyjątkowej pobłażliwości "Tygodnika Powszechnego" dla najbardziej nawet agresywnych odstępców od wiary katolickiej były dwa teksty poświęcone postaci suspendowanego księdza Eugene Drewermanna w przedświątecznym numerze "Tygodnika Powszechnego" z 20 grudnia 1992 roku. Suspendowany ksiądz Eugene Drewermann znany jest z książek niezwykle napastliwych wobec Kościoła katolickiego, z niezwykłą gorliwością dążących do zniszczenia struktur Kościoła instytucjonalnego. Jego publikacje pełne są fanatycznych wręcz uprzedzeń i uproszczeń, zawierają wiele stwierdzeń całkowicie rozmijających się z prawdą. Tym bardziej zdumiewające było więc poświęcenie tej właśnie postaci aż dwóch bardzo obszernych materiałów: artykułu księdza Dariusza Oko "Sprawa Drewermanna, czyli Luter dwudziestego wieku" i "Drewermann ma głos. Z (suspendowanym) księdzem dr Eugenem Drewermannem rozmawia Wojciech Pięciak". Zdumiewający był przesadny ton tekstu ks. Oko, już w tytule niezwykle wyolbrzymiający pozycję Drewermanna jako rzekomego "Lutra XX wieku". Zrozumiałe, że Drewermann jest chętnie nagłaśniany w czasopismach niezbyt przychylnie nastawionych do Kościoła, od postkomunistycznego "Wprost" do postkomunistycznej "Polityki". Trudno jednak zrozumieć, dlaczego to samo dzieje się w tygodniku mieniącym się katolickim. Stąd nie zaskoczył mnie ton ostrego wystąpienia krytycznego wobec tego nagłośnienia, wyrażony przez redaktora naczelnego "Ateneum Kapłańskiego" ks. Jerzego Bagrowicza w artykule pt. "Czy należy pisać o Drewermannie?", publikowanym w "Tygodniku Powszechnym" z 17 stycznia 1993 roku. Ksiądz Bagrowicz pisał m.in.: "Tytuł artykułu ks. Oko (...) jasno określa stanowisko zarówno autora, jak i redakcji: widzi się w Drewermannie zjawisko dla naszego czasu znaczące. 'Trudno udawać, że go nie ma' - napisano w redakcyjnym wprowadzeniu. Na takie 'uhonorowanie' suspendowanego księdza i tak szeroką prezentację jego poglądów ostro zareagował red. Marek Skwarnicki w bożonarodzeniowym numerze 'Tygodnika' (...). Podzielam wątpliwości red. Skwarnickiego co do sensowności zamieszczenia wywiadu z Drewermannem, przeprowadzonego przez red. Pięciaka (...). To Drewermann panuje nad rozmową, prowadzi ją w zamierzonym przez siebie kierunku, widząc okazję upowszechnienia swego posłannictwa także przez poważny polski tygodnik (...). Sposób, w jaki red. Pięciak usiłuje zaczepiać Drewermanna, przypomina raczej nieśmiałe pytania w rodzaju: 'I co jeszcze masz do objawienia, nasz drogi mistrzu?'. Zadziwiał taki właśnie styl prowadzenia wywiadu w tygodniku 'katolickim' z człowiekiem będącym zdecydowanym wrogiem Kościoła instytucjonalnego, traktującego Biblię jako 'zespół symboli i mitów zbliżonych do innych kultur'. Onieśmielenie i ugrzecznienie redaktora 'Tygodnika Powszechnego' zamiast próby przyparcia przeciwnika Kościoła do muru, wskazania na uproszczenia i sprzeczności jego wywodów".
Antyreligijne obsesje Stanisława Lema
Przypadek ze skrajnym nagłośnieniem w "Tygodniku Powszechnym" J. Woleńskiego, przeciwnika Kościoła i stałego współpracownika fanatycznie antyreligijnego czasopisma "Bez Dogmatu" nie był wcale odosobnionym "wypadkiem przy pracy". "Tygodnik Powszechny" od dawna wykazywał niezwykłą wielkoduszność w nagłaśnianiu poglądów przeróżnych ateistów, byłych stalinowców i nawet byłych ubeków (jak Krzysztof Wolicki).
Od wielu lat tygodnik Turowicza i ks. Bonieckiego udziela niezwykle szczodrze swoich łamów dla byłego stalinisty i zatwardziałego ateisty, pisarza Stanisława Lema. Autor ten wielokrotnie żwawo zmieniał poglądy na różne sprawy. W jednym był i jest jednak ogromnie konsekwentny - w szydzeniu z Boga, religii, Kościoła. I taki oto człowiek, "notoryczny wróg Pana Boga", należy dziś do najczęściej publikowanych i nagłaśnianych autorów mieniącego się katolickim tygodnika. Przypomnijmy tu jakże wymowne uwagi Andrzeja Lewmara, w opracowaniu Małgorzaty Kosewskiej, drukowane w "Gazecie Polskiej" z 4 lipca 1996 roku pod tytułem "Trzy obsesje Stanisława Lema". Tymi trzema obsesjami były: "Komunizm, Bóg i imperializm". Komunizm oczywiście jako temat chwalby, Bóg i imperializm jako tematy potępień. Niemało miejsca poświęcił szyderstwom z religii, m.in. w wydanej w czasach stalinowskich głośnej powieści fantastyczno-naukowej skrzyżowanej z prokomunistyczną agitką - "Obłok Magellana". Jak przypomina A. Lewmar, w tej powieści Lema: "Dyskutując treść fresku ściany jadalni swego statku, dzielni komuniści określają krzyż jako 'zapomniany symbol mitu religijnego'. Podczas dyskusji nad ewolucją życia w kosmosie mowa o 'groteskowym naśladownictwie dzieł tego pana stwórcy, w którego wierzyli starożytni'. W innym miejscu książki czytamy o krzyżu jako znaku wiary daremnej". W publikowanym w 1954 roku tomie "Sezam" znajdujemy m.in. opowiadanie "Klient Pana Boga" - z gatunku szyderstw religijnych. Lewmar tak pisze m.in. o wymowie tego opowiadania: "Starzejący się gangster, specjalista od mordu, rabunku i szantażu, postanawia zapewnić sobie zbawienie wieczne. W tym celu udaje się do jednego z biskupów świadczącego usługi sprzedawania raju, nieba itp. (...) Biskup zapewnia, iż występki gangstera są po prostu drobiazgami i odpowiednia skrucha (w dolarach) zapewni mu skrótową drogę do raju. Czym bowiem są przewinienia zawodowe profesjonalnego, lecz mimo wszystko detalicznego mordercy wobec realiów amerykańskich. Przykładowo: promocja zbrodniarzy z Waffen SS na czołowe stanowiska armii amerykańskiej, skorumpowanego do cna kongresu USA, drania prezydenta (...)".
Chwalca ubeków
Dodajmy, że tym stalinowskim atakom na Kościół i religię towarzyszą równie haniebne teksty Lema na cześć komunistycznej bezpieki. Jerzy Lubach tak pisał w "Arcanach" (nr 3 z 1995 r., s. 170-171) o drukowanej we wrześniu 1950 roku w "Twórczości" stalinowskiej prozie Lema: "Lem, 'bez przymusu, a nawet zagrożenia' opublikował z własnej chyba woli tekst 'Kocioł' (z dopiskiem: 'fragment powieści') dziarsko sławiący pracę UB (...) czujność partii wobec wrogów klasowych pragnących ów tytułowy kocioł zniszczyć (...) pisarz w jednym z pierwszych wydrukowanych swoich tekstów opluwa walczących jeszcze po lasach, i za to mordowanych w katowniach Bezpieki polskich patriotów, bezwstydnie podlizujący się temu aparatowi terroru, wychwalający prawdomówność i szlachetność PZPR i UB". Oto jak referował Jerzy Lubach kwintesencję tego proubeckiego produkcyjniaka Stanisława Lema: "Już od pierwszego zdania zaczyna się obiecująco: 'Jechali Jeepem: Marcinów, porucznik Serenka z Bezpieczeństwa, młody rumiany blondyn oraz Inżynier Ponorski. (...) Odezwał się Serenka - Mogę wam coś niecoś powiedzieć, przypadkiem znam tę sprawę. W styczniu było śledztwo, bo tam rozkradli akumulatory. W warsztatach pracowało paru przefarbowanych foksów i jeden leśny. Taki ptaszek: zimą grzał się na fabryce, w lecie siup do lasu. Wczasy, wiecie...
- No i cóż z nimi?
- Ech - rzekł z żalem porucznik i tęsknie obejrzał się za uciekającym drzewem, obsypanym błyskającymi wśród liści jabłuszkami - rozpłynęło się bractwo. Nawiało'. Dalej kilka trafiających do serca prawd o sojuszu proletariacko-ubeckim:
'- Wy jesteście z Komitetu Wojewódzkiego?
- Tak.
- To powiedzcie im (...), żeby nam głowy nie moczyli. (...) Niech Bezpieką nie straszą! Bezpieka nam robotnikom nie straszna. (...)
- Tak. Bezpieczeństwa nie macie się co bać'.
I wreszcie kulminacja - partyjny orgazm:
'- Dokonano u was sabotażu, towarzysze, i podejrzewamy, że w innych kotłach także są podcięte nity lub są inne uszkodzenia. Kotłownia może wylecieć w powietrze. (...) Towarzysze! Powiedziałem wam wszystko, co sam wiem. Oni chcą nas zadusić. Ale teraz my atakujemy na wszystkich frontach Indonezji, Chin, Grecji, odbudowanej Warszawy i fabryk. Teraz, towarzysze, musicie wybierać sami. Ja wam powtarzam, co już mówiłem: nikt nie ma prawa zmuszać was do pracy, kiedy w każdej chwili grozi wybuch. Tutaj kładę dwa arkusze papieru, towarzysze. Każdy, kto chce zostać w Michałowicach i pracować według tego ułożonego planu, podpisze się na pierwszym. Kto nie chce, podpisze się na drugiej liście. Imieniem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej ręczę, że każdy robotnik dostanie pracę w swoim fachu, najdalej do kilku tygodni. Wiecie, że partia nigdy jeszcze nie złamała danego słowa. I jeszcze jedno. Ja towarzysze zanim pracowałem w Wojewódzkim Komitecie byłem palaczem'".
Dzisiejsze ataki Lema na religię
To, że Lem od lat należy do najczęściej drukowanych autorów "Tygodnika Powszechnego", ani trochę nie zahamowało jego agresywnych tyrad antykościelnych i antyreligijnych na łamach innych czasopism. Pod tym względem Lem wyraźnie pozostał sobą... zajadłym i zacietrzewionym ateistą, wciąż szydzącym z wiary i Kościoła. I jakoś to w niczym nie przeszkadza redaktorom "Tygodnika Powszechnego". Z kolei sam Lem tłumaczy swą współpracę z "Tygodnikiem Powszechnym" w sposób następujący: "Chętnie pisuję do 'Tygodnika', bo mogę w nim wypowiadać rozmaite koncepcje, zarówno te, które się episkopatowi podobają, jak i te mniej strawne dla hierarchii kościelnej." (por. "Tako rzecze... Lem. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Stanisław Bereś", Kraków 2002, s. 430). Chętnie wierzę, że rozmaite koncepcje Lema podobają się redaktorom "Tygodnika Powszechnego", dopuszczającym swoisty bardzo szeroki luz w stosunku do wiary i Kościoła. Niedawno publicysta "Nowego Państwa" (październik 2002 r.) Włodzimierz Jurasz, omawiając książkę "Tako rzecze... Lem", stwierdził, że Lem "nie potrafi ustrzec się banału i schematyzmu, płynącego wprost z polskiej wersji politycznej poprawności, w której za największe zagrożenie demokracji od 12 lat uważa się Kościół i religię". Oto typowe próbki najnowszych dywagacji Lema z książki "Tako rzecze... Lem", jego szydzeń z Boga, religii, Kościoła, które jakoś nie wpłynęły na stosunek redakcji ks. Bonieckiego do niego:
- s. 315: (...) "Nie można sprowadzać powstania życia na ziemi do czystej losowości. Wyglądałoby na to, że ktoś zrobił sobie z nas okrutny żart i jest odwrotnie niż powiadał Einstein: 'raffiniert ist der Herrgot, aber boshaft ist Er nicht' (Pan Bóg jest wyrafinowany, ale nie złośliwy). Wszystko bowiem wskazywałoby, że 'To', co stworzyło kosmos, było bardzo wyrafinowane i niezmiernie złośliwe, gdyż wszystko jest tylko wznoszącą się budowlą, która musi się zapaść w ruinę".
- s. 531: "To wszystko zresztą w znacznym stopniu wynika z tego, że Kościół uparł się przy twierdzeniu, że Pan Bóg stworzył człowieka, 'na własny obraz i podobieństwo'. Ale co to tak naprawdę znaczy? Haeckel słusznie powiedział, że według tej wersji Pan Bóg jest bez wątpienia gumowym ssakiem, bo jeżeli człowiek jest jego kopią, to primo - musi mieć ręce, ale ponieważ jest niematerialny, więc secundo - musi być istotą gazową...". "Coś mi się ten koncept nie podoba" [Tak delikatnie komentuje związany z "Tygodnikiem Powszechnym" rozmówca Lema Stanisław Bereś - J.R.N.]. - "Toteż ja nie twierdzę, że jest on sensowny, ale za to pouczający. Takie mniemania, jak o rzekomej doskonałości ludzkiej istoty i jej nienaruszalności, są nie do utrzymania, Kościół rzymski mocą orzeczeń 'Roma locuta, causa finita' uznał, że ewolucja najpierw była naturalna, a dopiero potem, w którymś momencie Pan Bóg tchnął w tę glinianą kukłę ducha i dzięki temu mamy Stanisława Lema i Stanisława Beresia. Ja bym się na miejscu hierarchii katolickiej przy takich dogmatach raczej nie upierał".
- s. 395: "Jak wiadomo bowiem, Pan Bóg jest wszechmocny i wszystko wie, a świat stworzył doskonały i nawet guzik od gaci nie może odpaść bez woli Bożej. Bez niej nie dzieje się nic. Szatan przecież nie ma potencji kreacyjnej. Nie wiem, czy to jest dogmat religijny, ale należy to do nauki Kościoła. Jak to pogodzić z naszymi prośbami o wstawiennictwo? Nie można prosić o nic: ani o zdrowie, ani o pomyślność, ani o niepodległość ojczyzny. Gdyby bowiem Pan Bóg naprawił coś cudem, oznaczałoby to, że rzeczywistość nie jest doskonała. Stan doskonały jest wtedy, gdy niczego już poprawiać nie trzeba".
- s. 436: "Polska jest tylko małym ziarenkiem (ba, nawet nie pionkiem) na szachownicy świata. Bardzo straciliśmy na wadze. Byliśmy słabi, a teraz jesteśmy prawie niedostrzegalni. Dziś lepszą sytuację od nas mają nawet takie kraje, jak Czechy (...) bo mają mało katolików, a za to dużo ewangelików. To jest chyba dużo lepsza propozycja niż u nas". Dość - chyba już za dużo cytatów z tych jakże prymitywnych bredzeń. I takiego to autora skwapliwie publikuje redakcja tygodnika mieniącego się katolickim. Ktoś powie na to, że w "Tygodniku Katolickim" nie publikuje on akurat takich bluźnierczych tekstów. Czy to wystarcza? Wyobraźmy sobie politykę redakcyjną renomowanego czasopisma prawniczego, które co rusz nagłaśniałoby na swych łamach jako autora kogoś znanego skądinąd z publicznych pochwał rozbojów i bezwstydnego, agresywnego szydzenia z elementarnych zasad praworządności, To, co Lem wypisuje, to są przecież bardzo często skrajne, obsesyjne wręcz absurdy. Na przykład kiedy chwali się w "Tako rzecze... Lem" (s. 469), że w 1991 roku na zamówienie Instytutu Polskiego w Darmstadt, wypowiadając się na temat przyszłości Polski, napisał, że "My się znajdziemy pod protektoratem Watykanu". Obsesja czy głupota, czy obie rzeczy naraz? Wśród różnych lemowskich bredzeń znalazł się i atak na Prymasa Polski (s. 411): "Nie dziwię się, że w 'Res Publice' napisano tak wyraźnie, że prymas jest endekiem, a jego nieobecność w Jedwabnem była skandalem. Ja się z tym zgadzam". Tak chętnie drukowany w "Tygodniku Powszechnym" Lem nie ukrywa, że jest ateistą, że w ogóle "zawsze był niewierzącym" (tamże, s. 40), pisze: "jestem zakamieniałym ateistą" (s. 312). Mówiąc o swych poglądach, akcentuje (s. 429), że ma "przede wszystkim" poglądy "antyklerykalne".
"Kosmopolita od urodzenia"
Popularny autor "Tygodnika Powszechnego" żywi również skądinąd dość silnie występującą u licznych redaktorów i współpracowników tego tygodnika - skrajną niechęć, wręcz pogardę dla Narodu, wśród którego żyje. Pisałem już, że redaktor "Tygodnika Powszechnego" T. Żychiewicz deklarował w "Gazecie Wyborczej": jesteśmy głupi naród". Inny redaktor, Marcin Król, akcentował, że Polska jest nienormalna od 200 lat. Lem wzbogaca tę porcję wyzwisk na Polskę i Polaków stwierdzeniem: nasz naród jest ciemny jak mogiła" (tamże, s. 435). Uzupełnia te stwierdzenia jawnie kłamliwymi informacjami w stylu: "Książki zaś czyta jeden procent Polaków!" (s. 414). Jeden procent to byłoby niecałe 400 tysięcy osób czytających książki. Na pewno nie jest dobrze z czytelnictwem w Polsce, podaje się, że połowa Polaków nie czyta ani jednej książki rocznie, ale pisać o zaledwie jednym procencie czytających książki to jawne, głupawe oszczerstwo. Typowe dla gardzącego Polską Lema, który bez żenady deklaruje: "Gdybym był o ćwierć wieku młodszy, wyemigrowałbym, gdzie by mnie oczy poniosły" (tamże, s 427). Czy akcentuje (s. 473): "Z urodzenia jestem kosmopolitą". Mógłbym jeszcze długo wyliczać różne pełne fobii wynurzenia Lema w związku z Jedwabnem, o polskich "pogromach" w latach 1945-46 etc., ale nie chcę już nadmiernie nadużywać cierpliwości Czytelników. Dodam jeszcze dla pełni obrazu postaci Lema, że ten stary stalinista jest dziś oczywiście zajadłym przeciwnikiem rozliczeń (tamże, s. 443), że chwali się swym głosowaniem na Kwaśniewskiego (tamże, s. 444). Że w wywiadzie dla "Przeglądu" z 22 listopada 2001 roku powiedział, że "należało głosować na SLD, bo nikogo innego nie ma!". Można tylko "pogratulować" "Tygodnikowi Powszechnemu" hołubienia tego typu autora!
Ze stalinowskiej łączki
Wśród autorów "Tygodnika Powszechnego", tak gorliwie realizującego politykę "grubej kreski", znaleźli się również liczni inni byli stalinowcy, m.in. były ubek Krzysztof Wolicki, byli stalinowscy politrukowie literatury Ryszard Matuszewski i Jan Kott. Wolicki znany był m.in. z opowieści z doby stalinowskiej na jego temat, barwnie opisujących m.in., jak biegał z pistoletem po redakcji "Trybuny Ludu". W sławnym "Abecadle Kisiela" znajdujemy inną smakowitą story o Wolickim. Jak pisał Kisiel: "Krzysztof Wolicki - znam doskonale z rozmów, tak... (...). Sławna była jego historia ze strzelaniem w czasie Bożego Ciała, kiedy był jeszcze stalinowcem. On mieszkał na Foksal i na balkonie rozwiesił jakieś gacie, jakieś coś, bo słońce świeciło. I szła procesja... zaczęli krzyczeć, że tu wiszą gacie, że profanacja... Wtedy on wyskoczył z rewolwerem i zaczął im grozić." (S. Kisielewski: "Abecadło Kisiela", Warszawa 1990, s. 125).
Podobnie jak Lem również i publikujący od czasu do czasu na łamach "katolickiego" "Tygodnika Powszechnego" Wolicki pozostał niezłomnym ateistą. Szczerze wyznawał w ogromniastym wywiadzie dla "Tygodnika Powszechnego" 25 kwietnia 1993 roku: "Nie jestem agnostykiem, ja jestem ateistą. Jestem absolutnie przekonany, że Pana Boga nie ma, to jest moja wewnętrzna pewność". Pewność pewnością, tylko po co "katolicki" tygodnik popularyzował i nagłaśniał tego tak "pewnego wewnętrznie" zajadłego ateistę?! Kolejny "wypadek przy pracy" redakcji tak tkliwie przygarniającej ateistów, "agnostyków" etc., etc.
Wśród byłych stalinowców gorliwie nagłaśnianych i popularyzowanych na łamach "Tygodnika Powszechnego" znalazł się również Jan Kott, wielce "zasłużony" w dawnych komunistycznych bojach przeciwko "fideistom" (tj. naukowcom wierzącym w Boga). Z jakąż fanatyczną szczerością Kott wyznawał już w styczniu 1946 roku w artykule programowym na łamach marksistowskiej "Kuźnicy": "Nam nie wystarcza, aby naukowiec był zwolennikiem reformy rolnej, chcemy, aby przestał być fideistą [podkr. - J.R.N.]. Domagamy się od pisarzy nie tylko gestu solidarności politycznej z Obozem Reformy, ale zmiany sposobów pisania. My chcemy innej literatury i humanistyki w Polsce. Dlatego atakujemy. Dlatego jesteśmy bezwzględni" (cyt. za H. Słabek: "Intelektualistów obraz własny 1944-1989", Warszawa 1997, s. 71-72).
Kott rzeczywiście potrafił być ogromnie bezwzględny w czystkach "nieprzydatnej" dla marksizmu polskiej literatury. Ten sprawca najgorszych spustoszeń w sferze polskiej kultury w dobie stalinowskiej skwapliwie odrzucał "na śmietnik historii" dzieła Z. Krasińskiego i S. Wyspiańskiego, S. Żeromskiego i J. Conrada. Szczególnie gwałtownie zaatakował (ku zgrozie Marii Dąbrowskiej) "Lorda Jima" Conrada, widząc w głoszonych w nim ideałach heroizmu i honoru wzór "niebezpiecznej" ideologii, wyznawanej później przez żołnierzy Armii Krajowej. Przez wiele lat Kott z pasją "demaskował" różnych "wrogów" socjalizmu, od Kościoła katolickiego, zbrojnego podziemia i gen. Andersa po różnych "reakcyjnych" twórców. Szczególnie gwałtownie piętnował "Kamienie na szaniec" Aleksandra Kamińskiego; stwierdził: "To jest groźna książka. Tak wychowano 'pokolenie kondotierów'".
Ideą zmitologizowanego postępu potrafił usprawiedliwiać najohydniejsze stalinowskie zbrodnie. Gustaw Herling-Grudziński opisał taką oto swoją rozmowę z Kottem: "Zgadało się o Katyniu, nie obrał oficjalnej linii postępowania. Wydął tylko wargi i syknął z uśmiechem: 'Cóż znaczy kilka tysięcy oficerów wobec Historii w marszu'" (Dziennik pisany nocą, Warszawa 1991).
Wiele osób widziało w postaci Jana Kotta prawdziwe ucieleśnienie nieuczciwości i cynicznego karierowiczostwa. Leopold Tyrmand pisał o "lokajskim Jana Kotta ukorzeniu się przed nieodwracalną brutalnością Historii". Jerzy Giedroyć w liście do Witolda Gombrowicza z 18 maja 1963 roku pisał, że Jan Kott jest jednym z tych, którzy stali się szmatami i bezwzględnymi narzędziami nieinteligentnego systemu".
Zygmunt Hertz w liście do J. Giedroycia z 2 lutego 1965 roku pisał bez ogródek, że Kott był "k..." (!). Rozumiem, że tę "szmatę" i "k..." przygarniała michnikowska "Gazeta Wyborcza". Tylko jak wytłumaczyć, że go przygarniał również tak lubiący moralizować "katolicki" "Tygodnik Powszechny"?
Stalinista o staliniście
Znamienne, że właśnie w "Tygodniku Powszechnym" 6 stycznia 2002 r. ukazał się chyba najbardziej panegiryczny tekst pośmiertny o postaci Jana Kotta. Artykuł ten był tym bardziej bezkrytyczny, że pisał go inny były stalinista, Ryszard Matuszewski, koniunkturalista wszechczasów. To o nim napisał w 1979 roku w "Polityce" Artur Sandauer, że Matuszewski jest "wiecznym chwalcą każdego miłościwie nam panującego 'dziś', wiecznym prześmiewcą każdego w proch upadłego 'wczoraj'. Na każdym etapie zmieniał podręczniki, zawzięcie krytykował to, co pierwej wychwalał, wywracał repertuar bohaterów, cytowanych nazwisk itp.". Nic dziwnego, że taki to autor, spec od "obrotowych" poglądów - Matuszewski wolał uniknąć nawet jednego zdania krytyki nt. roli Kotta w stalinizacji i sowietyzacji polskiej kultury. Jakże mógł to robić Matuszewski w sytuacji, gdy jak szczerze wyznał w swym tekście na łamach "Tygodnika Powszechnego": "Ten okres jego życia i działalności twórczej najtrudniej mi osądzać, bo 'grzeszyliśmy' razem". Chwalebna to zaiste szczerość, ale czy rzeczywiście grubokreskowy "TP" cierpi już na taki niedobór niesplamionych niczym autorów, że jeden były stalinista musi pisać o drugim byłym staliniście? Podobna bieda nęka "TP" również i w sferze innych tematów. Np. gdy do ataku na katolickie media - Radio Maryja i "Nasz Dziennik", "TP" musi "wypożyczać" stałego współpracownika ordynarnie antyreligijnego czasopisma "Bez Dogmatu".
prof. Jerzy Robert Nowak, Nasz Dziennik, 2002-11-02
"Obłudnik Powszechny" (7 - 8)
prof. Jerzy Robert Nowak, Nasz Dziennik, 23.11.2002 i 30.11.2002
W poprzednim odcinku pisałem o zdumiewającej wyrozumiałości mieniącego się katolickim "Tygodnika Powszechnego" dla takich zajadłych ateistów jak Stanisław Lem czy Krzysztof Wolicki. Wyrozumiałość ta jakoś dziwnie łączyła się zawsze z wyraźnym pobłażaniem dla odchodzenia od nauki Kościoła, praktykowania - łagodnie mówiąc - dalekich od Kościoła postaw w sferze moralnej.
Pobłażanie to wyraźnie widać w postępowaniu zastępcy red. naczelnego "TP" Józefy Hennelowej, dążącej do maksymalnego złagodzenia postawy Kościoła i ludzi świeckich wobec tzw. aborcji. A równocześnie z pasją atakującej pokazanie uczniom VIII klasy w Częstochowie tak znaczącego filmu, jak "Niemy Krzyk", ukazującego jakże wymowne antyaborcyjne przesłanie doktora Nathansona (por. tekst J. Hennelowej "Zgroza", "Tygodnik Powszechny", 3 listopada 1996 r.).
Innym przejawem tego pobłażania była okazywana w swoim czasie przez "Tygodnik Powszechny" "wyjątkowa" wprost tolerancja wobec b. stałego felietonisty tygodnika Turowicza Jerzego Pilcha. Był on znany nie tylko ze skłonności do tekstów pełnych wulgarności i opowieści o delirycznych "radościach" alkoholowe |