Waldemar Łysiak
|
|
|
![]()
© Copyright by Waldemar Łysiak 2004 [copyright autora obejmuje również wszystkie rozwiązania graficzne i typograficzne książki ]
Zamiast noty
edytorskiej
Zamiast
noty edytorskiej chcemy dać tylko krótki cytat. Pasuje on do niejednej
z książek Waldemara Łysiaka, lecz do żadnej innej jego książki tak
bardzo, jak do tej, którą właśnie oddajemy w ręce Czytelników. Dziewięć
lat temu amerykański (polonijny) publicysta i edytor, Józef
Dudkiewicz, rzeki: „
Pisarz tak wrażliwy jak Łysiak jest
genialnym sejsmografem nastrojów społecznych, wydobywa i wypowiada
to, co skryte jest głęboko, jeszcze nie artykułowane, niepokoi,
porusza, a nawet kieruje zbiorowymi emocjami (...) W polskiej tradycji uważa
się, że jeżeli naród nie może mówić własnym głosem, Bóg zsyła
mu pisarza. On mówi za naród i w imieniu narodu". Pamięci Zbigniewa Herberta książkę
tę poświęcam „niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda dla szpiclów katów i tchórzy (...) i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie" Zbigniew
Herbert, „Pan Cogito" „ Nie masz ze złymi pokoju" Jean de La
Fontaine
Część
I
WSTĘP czyli „— Wkurza mnie dosłownie wszystko” —
Wkurza mnie dosłownie wszystko! Ale najbardziej wkurzają mnie Zośka i
telewizja. I Zośka, i telewizja, mówią mi, że nie jestem
stuprocentowym mężczyzną. Według Zośki powinienem zwolnić lub
przynajmniej zastrzelić mojego szefa, a według telewizji powinienem cały
czas wymierzać ciosy karate i grzać z broni maszynowej do wielu
bezczelnych osób, robiąc przy tym przerwy dla akrobatycznego seksu lub
dla lizania silikonu o rozmiarach piłek futbolowych. No i powinienem być
kulturystą, jak ci telewizyjni mężczyźni, którzy są zawsze opaleni i
uśmiechają się dwiema koliami idealnie równych, śnieżnobiałych zębów. Kto
tak mówi ? Tak mówi niejeden mający jakąś Zośkę i łykający
zglobalizowaną telewizję mieszkaniec naszego globu, lecz nie Polak.
Polak mówi cosik innego, kiedy zaczyna od słów: „
— Wkurza mnie dosłownie wszystko!". Polaka bowiem wkurzają
problemy ważniejszej rangi niż głupi-wredny-skąpy szef i wyścigowy
megaerotyzm supersamców i supersamic, lansowany przez media jako zwykła
norma gatunku „homo sapiens". Polaka wkurza wielostronna
mocarstwowość jego niepodległej ojczyzny, wypracowana mozolnie w ciągu
piętnastu lat kultywowania suwerenności (1989-2004). Między innymi: •
Mocarstwowość aferalna.
III Rzeczpospolita jest absolutnym rekordzistą świata pod względem
mnogości i częstotliwości występowania afer finansowych z udziałem
sfer rządzących i wyższych szczebli administracji. Liczba tych
kryminalnych afer w stosunku do liczby ludności daje imponujący wskaźnik
procentowy — mocarstwowy tout court. •
Mocarstwowość parlamentarna.
III Rzeczpospolita ma funkcjonujący parlament, mimo iż ogromna większość
posłów tudzież senatorów to analfabeci, półanalfabeci oraz
wszelkiej maści szumowiny. Tylko prawdziwe mocarstwo jest w stanie
przetrzymać taki poziom parlamentaryzmu. •
Mocarstwowość korupcyjna.
III Rzeczpospolita (obok kilku krajów Czarnej Afryki) plasuje się na
samym wierzchołku potęg łapówkarskich, gdyż bez trudu (a często i
bez możliwości uniknięcia tego) kupuje się w niej wszystkich, od
gliniarza i biurokraty niskiego szczebla, przez sędziego, prokuratora i
członka administracji każdego szczebla, do funkcjonariusza rangi rządowej
i do ustawodawcy czyli do Sejmu włącznie (exemplum ustawa o grach
losowych). •
Mocarstwowość kooperacyjna.
Rodzimi politycy i urzędnicy nagminnie kooperują z gangsterami,
gangsterzy z policją, a policja z każdym, kto wręczy stówę lub więcej,
czemu parasol dają tzw. „służby", wobec którego to układu
legendarna siatka powiązań i model skuteczności mafii sycylijskiej są
mizernym przedszkolem systemowo-strukturalnej kooperacji. •
Mocarstwowość myśliwska.
W III Rzeczypospolitej nie ma ludzi kuloodpornych, bez kłopotów
odstrzeliwuje się każdego, z premierami (exemplum były premier
Jaroszewicz), ministrami (exemplum Dębski czy Sekuła) tudzież
komendantami głównymi policji (exemplum Papała) włącznie. Czasami
tylko broń myśliwską zastępują wnyki płócienne bądź sznurowe
(exemplum regularne „samobójstwa" popełniane wewnątrz
cel przez tzw. „głównych świadków" w sprawach
kryminalnych grożących zdemaskowaniem politykom szczebla rządowego). •
Mocarstwowość walutowa.
III Rzeczpospolita ma walutę dużo silniejszą od permanentnie słabnącej
waluty USA, co Amerykanom nakręca eksport (wiadomo, że im słabsza
waluta, tym zyskowniejszy eksport), a sternikom polskiego monetaryzmu (L.
Balcerowicz i spółka) winduje dumę i stopę życiową. A. Kaletsky
(„The Times"): „Dla gospodarki uzależnionej od eksportu
silna waluta to pocałunek śmierci (...) Amerykański biznes kwitnie
dzięki niskiemu kursowi dolara". Znaczącym rewersem tej
walutowej mocarstwowości III RP jest fakt, iż Polska to bezkonkurencyjne
Eldorado dla międzynarodowych spekulantów walutowych, których „krótkoterminowe
kapitały spekulacyjne" determinują (łatają dorywczo) polski
budżet, z gigantyczną szkodą dla bieżących i dla perspektywicznych
finansów państwa, a cudzoziemskim spekulantom przynoszą szybkie
fortuny. •
Mocarstwowość eksportowa.
III Rzeczpospolita eksportuje rekordową liczbę czarnej siły roboczej do
europejskich krajów rozwiniętych i za ocean. •
Mocarstwowość zatrudnieniowa.
Aż 80% Polaków nadających się do pracy zdobyło zatrudnienie! Co
prawda większość z nich ma pracę bardzo źle płatną, lecz 80% to
jest liczba! •
Mocarstwowość egzystencjalna.
Aż 50% polskich rodzin nie egzystuje w strefie ubóstwa, i aż 70%
polskiego społeczeństwa nie egzystuje na granicy wegetacji
biologicznej z braku środków do życia! •
Mocarstwowość postępowo-artystyczna. Antykatolicko ukrzyżowany przez polską artystkę penis jako
sztandarowe (bo najgłośniejsze) dzieło sztuki III RP, dające nam
bardzo wysoką pozycję w rankingu kulturowym „postępowej ludzkości",
którego kryteria wyznacza międzynarodowa awangarda. •
Mocarstwowość sportowa.
Polski góral, skaczący na nartach, parokrotnie zwyciężył wszystkich
konkurentów z kilku krajów uprawiających tę dyscyplinę sportową. Owa
wieloraka prężność państwowa (którą ino nadmieniłem, bo można długo
wskazywać jej filary) coraz to wyrywa Polakom warknięcie: „ — Wkurza
mnie dosłownie wszystko!". Gdy na początku lipca tego roku
(2004) zebrał się wewnątrz salki warszawskiego Stowarzyszenia Studiów
i Inicjatyw Społecznych tłumek patriotów, znany pisarz-satyryk, M.
Wolski, rzekł dziennikarzom: „ — Przyszło nas tak wielu,
ponieważ każdego z nas krew zalewa pięć razy w tygodniu. A mnie może
nawet częściej, kiedy widzę co się dzieje w kraju z wywalczoną wolnością!".
Jak ten czas leci! Wywalczyliśmy ją półtorej dekady temu! Piętnaście
lat to dużo czasu. Co prawda tuż przed tymi latami wasalna Polska (PRL)
odnotowała dekadencję gospodarczą (głęboki kryzys ekonomiczny lat
80-ych XX stulecia) i zbiedniała koszmarnie (kartki
zaopatrzeniowe, ocet na półkach sklepowych), lecz piętnaście lat to
wystarczająca ilość czasu, by suwerennie i mądrze się rządząc —
rozkwitnąć. Niemcy (NRF) w ciągu piętnastu lat (1949-1964) dźwignęli
się ze schyłkowowojennej i poklęskowej nędzy do stanu kwitnącego,
lecz mieli polityków (K. Adenauer) i ekonomistów (L. Erhard) klasy
super. Kogo miała przez swoje piętnaście wiosen (1989-2004) III
Rzeczpospolita? Przez cały ten czas rządzili nią kombinatorzy i nieudacznicy,
dlatego Ojczyzna dalej jest europejskim krajem drugiej kategorii, na
cokolwiek nie spojrzymy: krajem nędznych szos trzeciej (prowincjonalnej)
i czwartej (śmiertelnej) klasy; krajem nędznych pensji i nędznego
prawodawstwa (utrudniającego rozwój, a krępującego sprawiedliwość);
krajem nędznych (wręcz katastrofalnych) systemów ubezpieczeń, oświaty
i służby zdrowia; krajem nędznych „stróżów prawa"
(nie odróżniających łuski pistoletowej od czołgowej); krajem nędznych
polityków (nie odróżniających interesów państwa od interesów
szwagra); itd. Ze
wszystkich tych fatalnych atrybutów III Rzeczypospolitej, jako główną
(gdyż bazową, źródłową) „czarną dziurę" trzeba
wskazać tzw. „czynnik ludzki": rządzących, którzy
sprzeniewierzyli się (jedni premedytacyjnie, inni mimowolnie, dzięki własnej
głupocie) swemu posłannictwu, ergo: powinnościom człowieka sprawującego
władzę. Są one klarowne, a ich definicja nie wymaga wielu słów.
Cesarz Napoleon ujął je krótką (i całkowicie wyczerpującą) formułą:
„Zadaniem rządzących jest prawidłowe administrowanie tudzież
krzewienie gospodarki, kultury, nauki, moralności, sprawiedliwości i
dobrobytu". Wszystko. Polska, wyzwolona (staraniem prezydenta R.
Reagana i „Solidarności") z tłamszącego komunizmu sterowanego
przez Moskwę, i funkcjonująca długie piętnaście lat jako suwerenna
III Rzeczpospolita, nie dorobiła się niczego prócz owej suwerenności
(czyli prócz samostanowienia terytorialnego, demokracji elekcyjnej,
swobody prywatnej działalności ekonomicznej i wolności słowa). Żadnych
plusów ujętych przez definicję Bonapartego: ani dużej, konkurencyjnej
gospodarki (wyjątki, jak Orlen, tylko potwierdzają czarną regułę),
ani rzetelnej administracji, ani chwalebnej kultury, ani przyzwoitej
nauki, ani moralności, sprawiedliwości i dobrobytu. Ani nawet
cywilizowanych szos. Powiedzcie Francuzowi, Hindusowi czy Włochowi, że
największe terytorialnie państwo wschodniej Europy, któremu doskwiera
brak dobrych dróg, przez ostatnie piętnaście lat zdołało wybudować
ledwie sto kilkadziesiąt kilometrów autostrad, a on umrze ze śmiechu.
To jest jak symbol całej sytuacji — całej dzisiejszej kondycji państwa
polskiego. Czemu
kilkudziesięciomilionowego kraju nie stać na więcej niż parę
mikroskopijnych odcinków autostrad? Bo władza nie ma pieniędzy. Nie ma
na drogi, na służbę zdrowia, na rozwój nauki, na renty, na zasiłki,
na godziwe pensje dla maluczkich — na wszystko (ma tylko na sowite
emerytury dla dawnej „nomenklatury" i dla komunistycznych
oprawców — esbeków, politruków, wszelakich „mundurowych"
— tu forsa leje się strumieniem, ci nie płaczą). Cóż, wpływy
do budżetu są zbyt małe! — mówi władza (każda władza w ciągu
minionego piętnastolecia). Fakt, są zbyt małe. Ale prawda jest taka, że
byłyby wręcz „zbyt duże" (jakkolwiek bulwersujące czy cudacko
to brzmi), gdyby notorycznie nie tracono miliardów. Przyczyn
idiotycznego bądź łajdackiego tracenia przez państwo polskie miliardów
złotych można wskazać mnóstwo, lecz trzy główne to absurdalnie
rozbuchany moloch etatowo-dietowy prominentów (od kancelarii premiera
do rad samorządowych), prywatyzacja i aferyzacja. Pierwszy grzech główny
z wyżej wzmiankowanych: mamy szesnaście województw, gdy starczyłoby
kilka; mamy horrendalną (zupełnie bezsensowną) liczbę powiatów; mamy
przeogromny Sejm i duży Senat (odchudzenie każdego o co najmniej 50%
radykalnie poprawiłoby ich funkcjonalność); mamy zbyt liczne i zbyt
komórkowe (czytaj: etatowo) rozdęte ministerstwa, pełne multiplikujących
się „gabinetów"', mamy dziesiątki państwowych Agencji,
Funduszy, Rad oraz innych, równie niepotrzebnych instytucji, które bez
żadnego pożytku dla ludzi ssą wielkie pieniądze. Cały ten
monstrualny system parlamentarnej i administracyjnej biurokracji, w której
wszędzie funkcje i etaty się dublują (exemplum Rada Polityki Pieniężnej,
struktury wojewódzkie, itd.), jest synekurowo-farmazońską maszynką do
połykania bajońskich pieniędzy, które zamiast wzmacniać państwo i ułatwiać
życie społeczeństwu — utrzymują tylko (i to utrzymują luksusowo)
nieprzebrane rzesze „znajomych królika". Wszystkie te
sowite (eufemizm, gdyż bardzo często: arcylukratywne) płace, premie,
nagrody, odprawy, diety, rekompensaty, „zwroty kosztów",
etc., etc., etc. — to kolosalna studnia bez dna, permanentnie masakrująca
budżet. Sekundują temu rytualne wręcz procedury tracenia olbrzymich sum
w ramach prywatyzacji i aferyzacji: Pierwotna
prywatyzacja majątku postpeerelowskiego (czyli „uwłaszczeniowa"
prywatyzacja fabryk przez ludzi starego, czerwonego reżimu) dawała państwu
wpływy komiczne, bo było to prywatyzowanie hucpiarskie, właściwie
rozdawnictwo „samym swoim" lub sprzedaż za bezcen, a późniejsza
„przetargowa" prywatyzacja (sprzedawanie, głównie
cudzoziemcom, metodą przetargów) dawała wpływy mocno zaniżone (gdyż
wyprzedawano głupio lub łapówkarsko — często „zwyciężała"
firma oferująca mniej, a przegrywała ta, która proponowała dużo więcej).
Do tego rozliczne mega-afery, setki głośnych afer — od „afery
FOZZ", przez, „markową", „rublową", „bankową",
„alkoholową", „papierosową", „benzynową",
etc., etc., aż do najświeższej (lato 2004), tej ze sprzętem
medycznym, plus afery ciche, nieumedialnione — zabrały państwu (czyli
społeczeństwu) setki miliardów złotych! Łącznie — sumy tak
gigantyczne, że ich połowa uczyniłaby III Rzeczpospolitą krainą „płynącą
mlekiem i miodem". Tymczasem stało się odwrotnie — kraj płynie
szambem. Nie jest to wina przypadku, losu, zbiegu okoliczności, naturalnych
kłopotów „transformacji", pecha, fatum, kiepskiej koniunktury
międzynarodowej, klęsk żywiołowych czy bezlitosnej Opatrzności Bożej,
tylko takich a nie innych ludzi rozdających polskie karty, vulgo: sprawujących
w Polsce rządy. Już dekadę temu (1994) publicznie wyraziłem marzenie,
iż kiedyś „władzę w dręczonym, ośmieszanym i prostytuowanym
kraju przejmie siła honoru, wyznająca kult polskiej racji stanu oraz
prymat służebności wobec człowieka. Ci, którzy dziś władają, są
lokajami diabła". Scharakteryzowałem ich wtedy następująco
(odwołując się metaforycznie do trzech wielkich dzieł literackich): „Budują
złodziejsko-bananowy ustroik, w którym «folwark zwierzęcy» przybiera
dla zamydlenia oczu trochę bardziej ludzką twarz dzięki
humorystycznym elementom «komedii ludzkiej». Orwell + Balzac + Hugo, gdyż, kapitanowie dryfującej łajby to «nędznicy».
Spryciarze, których przeszłością jest prosowiecka agenturalność bądź
kolaboracja ideologiczna, a teraźniejszością władza zachapana dzięki
trikowi z «okrągłym stołem». Nie mają żadnych talentów do
wznoszenia autentycznych struktur praworządności. Co gorsza — nie mają
nawet chęci budowania czegoś przyzwoitego. Mają tylko genetyczne
cwaniactwo, lepkie łapy, zgniłe sumienia i gęby pełne uspokajających
frazesów. Ta sama, co niegdyś, «dyktatura ciemniaków», wzbogacona o
współudział szulerów dyplomowanych. Zamiast pracy dla rozwoju,
zamiast realizowania znośnej codzienności i projektowania szlachetnej
wizji dla milionów ludzi — kompletny pat, kreujący wszechobecną
upiorność. Upiorna gospodarka, upiorna administracja i sejmokracja,
upiorna jurysdykcja, upiorna korupcja, upiorna przestępczość, upiorne
dziury szos i domowych budżetów — pełny rozkład funkcjonalności,
sprawiedliwości, moralności, zdrowego rozsądku oraz szacunku wobec
prawdy i prawa. Upiorni spryciarze-grabarze na belwederskich, sejmowych,
rządowych, wojewódzkich, miejskich, gminnych i bankowych-tronach.
Upiorny kraj, w którym życie to koszmarny sen — czysta upiorność. Cóż
zawiniła Polska losowi, że oddał ją w pacht takim ludziom ? Pytanie
egzaltowane? Bez wątpienia. Lecz egzaltacja płynąca z rozwścieczonej
duszy jest mniej karygodna niż hipokryzja płynąca z ich pysków nawykłych
do łgarstw, do tumanienia grabionego przez nich ludu. Tak jak histeria
buntownika ma wartość większą od historii tworzonej przez komediowych
łotrzyków, którzy sprawują rządy lekceważąc Dekalog". Minęło
dziesięć lat. Czy oprócz jednego słowa („belwederskich" —
prezydent już nie mieszka w Belwederze) musiałbym cokolwiek zmienić w
powyższym tekście dając go dzisiaj do gazety jako recenzję obecnego
stanu państwa i obecnej konduity tegoż państwa sterników? Nic! I
wcale nie wygląda to tak tragicznie tylko na prowincji, gdzie nędza
jest dziś straszna, przekraczająca wszelkie wyobrażenia tych grup
sytych mieszczuchów, którzy sądzą, że odwiedzają prowincję, kiedy
jadą do swoich relaksowych dacz mazurskich. Weźmy duże miasto, Poznań,
stolicę Wielkopolski, zamożniejszej przecież aniżeli tzw. „Polska
B" (Polska wschodnia). Rzeszów czy Białystok nigdy nie przestały
marzyć o dobrobycie Poznaniaków. Tymczasem najnowsze dane (2004) mówią,
iż w Poznaniu 85% rodzin wielodzietnych (czworo dzieci lub więcej) żyje
poniżej minimum socjalnego, 53% poniżej minimum ubóstwa, i 38% poniżej
minimum egzystencji ! Co pozwala zrozumieć czemu 73 % rodaków tęskni
do PRL-u — wtedy było im lepiej! Kto jest temu winny? Winowajcom
— różowemu „Salonowi" — poświęcam tę książkę.
Ramy czasowe (1989-2004) nie wynikają tylko z faktu, iż piszę ją właśnie
w roku 2004. To nie jest przypadkowe piętnaście lat. Rok 1989 dał
początek III Rzeczypospolitej, a rok 2004 dał swoistą klamrę —
Polska wstąpiła do Unii Europejskiej, częściowo tracąc odzyskaną
piętnaście lat wcześniej suwerenność. Zaczął się nowy etap, będący
logiczną konsekwencją procesów globalizujących, unifikujących,
kosmopolityzujących (czy jak je tam zwać), trwających już od dawna. Od
jak dawna? W sferze ideologii: od panświatowego zakusu spiskujących „mędrców
Syjonu", bądź od Leninowsko-Stalinowskiej chętki, by
zbolszewizować całą ludzkość („... gdy związek nasz bratni
ogarnie ludzki ród!", „Komunizm zmiecie wszystkie
granice!", etc.), a bardziej serio mówiąc — od
McLuhanowskiej teorii-przepowiedni względem „wioski globalnej".
Zaś praktycznie: od zburzenia muru berlińskiego i od
rozpowszechnienia Internetu. Prognozy głoszą (exemplum tezy wybitnej
socjolożki i politolożki, prof. J. Staniszkis), że schyłek metafizyki
państwa narodowego i postępujący uwiąd jego znaczenia doprowadzą
jeszcze w naszym stuleciu do zaniku państw, a być może również do
zaniku społeczeństw narodowych. Jedni (exemplum polski socjolog, prof.
Z. Bauman) myślą, iż wkrótce nie zdoła się w ramach jednego państwa
zapewnić obywatelom wolności, bezpieczeństwa i dobrobytu, więc
utrzymywanie swobód demokratycznych i dawanie ludziom pracy będzie
wymagało struktur większych, ponadnarodowych, globalnych. Inni
(konserwatyści, tradycjonaliści) biadają, iż zmierzch państwa całkowicie
suwerennego będzie Apokalipsą ludów. Lecz i oni widzą, że niełatwo będzie
utrzymać dawny porządek świata, vulgo: egzystować na interglobie
(internetowym globie) „po staremu". Każdy to widzi. Jedni
zrozumieli to wcześniej, inni dopiero teraz, z chwilą wstąpienia Polski
do Unii. Ja byłem wśród tych, którzy zrozumieli (co nie znaczy, że
się ucieszyli) wcześniej. Wcale nie dlatego, że jestem taki mądrala,
lecz dlatego, że byłem kibicem najbardziej uniwersalnego sportu świata
— futbolu. Futbol radykalnie się zmienił pod każdym względem — i
pod względem trybun, i pod względem murawy. Kiedy chodziłem na
stadion jako smarkacz (z ojcem), jako gołowąs (z gronem kolegów) i jako
wąsacz (z żoną) — obok siedziała elita artystów i aktorów (K.
Rudzki, G. Holoubek i inni). Mecz to było kulturalne święto. Później
wszyscy kulturalni uciekli z trybun, bo nikt nie lubi obrywać szklaną
butelką w czerep. Dzisiaj na mecze piłkarskie jeździ i chodzi już wyłącznie
bandycka dzicz, nie po to, by obserwować grę, tylko by dewastować
kolej państwową i autobusy, dyskutować ze sobą łańcuchami, nożami, „bejsbolami",
„francuzami", prętami i siekierami, a wspólnie przywalać
mundurowym „psom", którzy zresztą boją się „kiboli"
panicznie. Ale jeszcze bardziej zmieniła się murawa stadionu, dokładniej
zaś ci, którzy po niej biegają — przestali być narodowi. Dziesiątki
lat drużyny ligowe i reprezentacje państwowe były jednolite narodowo,
stanowiąc swoiste (sportowe) delegatury i zworniki patriotyzmu. Człowiek
był dumny, kiedy wygrywali „nasi". Kibicowało się „swoim",
rodakom (jakże to „szowinistycznie" dzisiaj brzmi, z
punktu widzenia regulaminów „poprawności politycznej").
Hiszpanie grali przeciwko Anglikom („Angolom"), Niemcy („Szkopy")
przeciw Francuzom („Żabojadom"), Czesi („Pepiki")
przeciw Włochom („Makaroniarzom"), et cetera. Później międzynarodowe
władze futbolu umiędzynarodowiły drużyny klubowe, ale tylko
kosmetycznie, zezwalając, by w klubie grało dwóch cudzoziemskich piłkarzy.
Nacisk dużych pieniędzy, które daje piłka, zniósł po pewnym czasie
wszelkie ograniczenia i bariery, dlatego dzisiaj niejedna drużyna klubowa
ma w składzie więcej cudzoziemców niż autochtonów, i więcej kopaczy
czarnoskórych, śniadoskórych lub żółtoskórych niż białych. Wśród
elity klubowej nie ma już drużyn narodowych par excellence. Definitywne
internacjonalizowanie stało się faktem, gdy za sprawą różnych
sztuczek z imigracją i z obywatelstwem („naturalizacja"
etc.) reprezentacje państwowe Europy poczerniały od przedstawicieli
tropikalnych wysp i Czarnego Lądu (Anglia, Francja, Holandia itd.) tudzież
zmuzułmanizowały się od wyznawców islamu (Niemcy, kraje skandynawskie
itd.). Często widzimy, że 50% reprezentacji brytyjskiej składa się z
Murzynów; w reprezentacji francuskiej 80% czarnoskórych muzułmanów
jest normą, a zdarzało się już, że wybiegała ona na boisko bez
jednego białego! Pan Molier umarł za wcześnie, on by to dobrze
skomentował. Fredro też by miał twórczą inspirację, gdyby widział
jak w reprezentacji Lechistanu biega czarnoskóry (ksywka od kibiców: „Czarnecki")
Polonus rodem z Kenii, a może z Nigerii lub innego regionu nadwiślańskiego.
Mnie to bardziej wstydzi niż złości, czego proszę nie mylić z
rasizmem (jedyny rasizm wyznaję wobec rasy ludzi wrednych, bez względu
na kolor skóry) — ma to tylko związek z czymś, co zwę „elementarną
przyzwoitością", no i z nostalgią. Żal mi tamtych czasów,
gdy drużyny (klubowe i państwowe) reprezentowały jedenastoosobowo
kraj swoich przodków — swój historycznie rodzinny kraj. Było w tym coś
pięknego, romantycznego, patriotycznego. Coś nie tylko dla oczu, lecz
i dla serca. Kiedy się to zmieniło radykalnie w tyglu globalnej
koktajlizacji i kosmopolityzacji — zrozumiałem (kilkanaście lat
temu!), że futbolowa rewolucja to jedynie próg rewolucji światowej (w
pierwszym rozpędzie europejskiej) o charakterze analogicznym. Jej
finalnym europejskim akordem będzie przerobienie Wieży Eiffla na minaret
meczetu. Ta
rewolucja, czy raczej rewolucyjna ewolucja, doprowadziła Polskę do Unii
Europejskiej, czyli do kołchozu, gdzie patriotyzm może sobie być
klubowy, lecz nie narodowy, a suwerenność duchowa, lecz już nie
jurysdykcyjno-administracyjna. Polacy zgodzili się na to w sposób
demokratyczny — głosowaniem. Nie poszedłem głosować; wcale nie
dlatego, że byłem przeciwny wstąpieniu mojego kraju do Unii, tylko
dlatego, że nie potrafiłem we własnym rozumie i we własnym sumieniu
rozstrzygnąć co będzie lepsze, akceptacja czy odmowa. Widziałem pewne „za",
i widziałem pewne „przeciw"; jedne i drugie równoważyły
się jak szale wagi, której ramię tkwi poziomo. Mając tę ambiwalencję,
wolałem nie przykładać ręki. Wskutek tego zachowałem czyste sumienie.
Dzisiaj postąpiłbym inaczej — z czystym sumieniem oddałbym głos.
Gdyby drugie referendum było dzisiaj — głosowałbym przeciwko wstąpieniu
bez wahania. Nie wstępuje się do jaskini szulerów. Nie zezwala na to
scalająca Dekalog maksyma (przykazanie przykazań): „Pewnych rzeczy
się nie robi!". Molestowano
cię, byś rozegrał mecz piłki nożnej, wchodząc do drużyny
kompletowanej przez twoich sąsiadów. Zgodziłeś się, bo zagwarantowano
ci (pisemnie!), że w wybranej spośród tychże sąsiadów jedenastce będziesz
grał jako napastnik. Tuż po pierwszym gwizdku sędziego inni (co
silniejsi) członkowie drużyny, owi sympatyczni sąsiedzi, którzy cię
namówili, każą ci zejść z boiska, wyznaczając funkcję podającego
piłki, jakie wyleciały na out. A w przerwie mógłbyś przynieść
graczom piwo. Po meczu zaś wysprzątać szatnię. Dowcipni sąsiedzi,
prawda? Jeżeli dla któregoś Czytelnika futbolowa metafora jest zbyt
zawiła, użyję drugiej, karcianej. Namówiono cię, byś został członkiem
klubu pokerowego, zapoznano z regułami gry i podpisano z tobą umowę.
Gdy już siedziałeś przy stoliku, oznajmiono ci, że w każdym rozdaniu
dostaniesz jedynie trzy karty, a przewidziany regułami gry komplet kart
(pięć) będą dostawali tylko gracze silniejsi od ciebie muskulaturą,
na co masz się zgodzić, bo inaczej zostaniesz uznany za chuligana i możesz
być represjonowany. Dowcipne, prawda? Taki właśnie dowcip zrobiono
Polsce. Sterujący
Europą lewaccy farmazoni (Francuzi, Niemcy i Belgowie) znęcili Polaków
traktatem Nicejskim, czyli wizją związku suwerennych państw, wśród których
Polska miałaby mocną rangę elektorską, vulgo: decyzyjną. Dlatego głosujący
w sprawie akcesji Polacy opowiedzieli się za akcesją: za Unią
funkcjonującą według Nicejskiego traktatu — traktatu, który
sygnowali wszyscy partnerzy. Tymczasem, tuż po naszym przystąpieniu do
Unii, jej wcześniejsi członkowie oznajmili Warszawie (wskutek dyktatu
Francuzów, Niemców i Belgów), że Nicea przestała się im podobać,
więc arbitralnie uznają tamten pakt za nieważny. Miast niego, będzie
obowiązywała wykreowana przez nich konstytucja unijna, która radykalnie
zmniejsza polską siłę głosu, czyli deklasuje Polskę — wyrzuca
nasz kraj z grona państw rozgrywających, spychając go do grona ciurów.
Tym sposobem Paryż, Berlin, Bruksela and Co. złamały swoje obietnice
(wabiki) wobec Polski (który to już raz w historii Zachód cynicznie
Polskę okłamał?), gwiżdżąc na paragrafy świeżo sygnowanego
traktatu. Co zrobił wobec tego „przekrętu" (szantażu-dyktatu)
warszawski rząd? Komunistyczny rząd M. Belki podpisał się pod tą
szczwaną intrygą unijnych hochsztaplerów (czerwiec 2004), „dając
d..."! Użyłem kolokwializmu rodem z rynsztoka, bo wprowadzono
nas do Rynsztoka — do europejskiej szulerni, gdzie lewicowi zachodni kłamcy,
niczym farmazońskie lumpy, kochają „ dymać frajerów ". Konstytucja
unijna, przyjęta przez wszystkie rządy (ale miejmy nadzieję, że nie
przez wszystkie społeczeństwa — będą jeszcze referenda
konstytucyjne!), daje kilku „rozgrywającym" państwom (zwłaszcza
Francji i Niemcom) pozycję unijnych hegemonów, którzy mogą lekceważyć
dużo z tego, co zostało ich rękami podpisane. Klasyczny przykład już
dokonany to bezkarne złamanie przez Francję i Niemcy wymogów tzw.
Paktu Stabilizacyjnego, który zabrania przekraczać trzyprocentowy
deficyt państwa, a przekraczającemu grozi surową finansową karą. Paryż
i Berlin przekroczyły (2003) i nie zostały ukarane wcale, co jest zrozumiałe,
bo w przyrodzie rzadko się zdarza, by słabszy mógł karać
silniejszego. Ów precedens bezspornie dowiódł, że — jak w każdej
zdemoralizowanej ferajnie — zakazowe prawo obowiązuje tylko maluczkich,
nigdy gigantów. Inne precedensy (rozliczne afery łapówkarskie i
kumoterskie na szczytach biurokracji unijnej) dowiodły już, że ta
struktura i jej formalna stolica (Bruksela) są równie zdegenerowane
jak wszystkie centralistyczne biurokracje systemów, w których
malwersacja stanowi regułę, a kłamstwo gra rolę „modus
operandi" (sposobu działania). Tylko między latami 1995 a 1999
wykryto wewnątrz UE półtora tysiąca afer i nadużyć, na łączną
kwotę 950 milionów euro! Tylko za kadencji J. Santera jako przewodniczącego
Komisji Europejskiej jego unijni komisarze (siedemnastu ludzi) dopuścili
się co najmniej 27 wielkich złodziejskich, łapówkarskich i
spekulacyjnych „przekrętów" (27 wykryto). Skorumpowany
moloch europejski cuchnie jak każdy centralistyczny
demokratyzm-autokratyzm. Przez
niespełna pół wieku taką dyspozycyjno-nakazową centralą dla Polski
i dla kilku KDL-ów („Krajów Demokracji Ludowej") była
Moskwa. Teraz jest nią dla prawie całej Europy Bruksela, jej unijna
biurokracja, która ma działać wedle traktatu konstytucyjnego, a ten równie
głęboko jak dyktat Kremla ogranicza suwerenność państwową członków
Unii. Powie ktoś: demonizujesz, eurosceptyku, przecież Unia to nie
czerwony system nakazowo-rozdzielczy — to kapitalizm, liberalizm i wolny
rynek! Czyżby? M. Słomczyński: „Gospodarka UE jest daleka nie tylko
od zasad liberalnych, lecz także od zasad bardzo nawet ograniczonej
gospodarki wolnorynkowej. Dopłaty, kwoty produkcyjne, kontrola handlu,
podział rynków zbytu, wszechobecna biurokracja, itd. — to odwzorowanie
przez UE gospodarki nakazowo-rozdzielczej realnego socjalizmu". Wspomniana
„wszechobecna biurokracja UE" będzie dyrygowała nie
tylko gospodarką — będzie, wedle konstytucji, rozdawała karty w każdej
dziedzinie funkcjonowania każdego kraju. Nie chcąc, by zarzucono mi
antyunijny subiektywizm — miast wyszczególniania wątpliwości czy
obiekcji własnym językiem, cytuję szacowny „The Economist",
który z chwilą przyjęcia konstytucji przez rządy pisał: „Formalnie
Unia będzie działać tylko w sprawach «ponadkrajowych». Wszelako każda
kwestia «ponadkrajowa» rzutuje na politykę wewnętrzną krajów-członków,
nie wyłączając polityki zagranicznej, społecznej, środowiskowej
(ekologia) czy podatkowej. Owszem, kraje mają możliwość weta w
czterdziestu «obszarach», lecz każde weto może być odrzucone liczbą
głosów przez silniejszych. Brukseli oddano w pacht rozliczne aspekty sądownictwa
i kodeksu karnego, problemy azylowe, migracyjne oraz związane z przepływem
siły roboczej, uregulowania tyczące sfery socjalnej państw-członków,
itd. Zatem Unia będzie miała prerogatywy we wszystkich niemal «obszarach»
i możliwości rozszerzania tych prerogatyw. Weźmy choćby kwestię
podatkową. Co prawda konstytucja unijna mówi o podatkach od firm i
podatkach typu VAT, lecz któż wzbroni Brukseli rozszerzyć te regulacje
na podatki od dochodów osobistych ? Są to kwestie tak istotne dla
polityki wewnętrznej każdego państwa, iż każdy suwerenny rząd
winien się sprzeciwić pozbawianiu swych wyborców prawa decydowania o
nich samych". „Financial Times" sumował krytykę
identycznie, pisząc, że tylko dzięki radykalnemu zreperowaniu (to
jest usensownieniu, i uprzyzwoiceniu, i odtotalizowaniu) tej fatalnej
konstytucji „wyborcy zyskaliby wreszcie poczucie, ze Europa biurokratów
i bankierów może być w każdej chwili rozliczona przez zwykłych
obywateli". Czyż nie o to chodzi w demokracji? Unijny
demokratyzm ma się do demokracji mniej więcej tak, jak miała się do
demokracji bolszewicka „demokracja ludowa", a do prawidłowej
ekonomii — „gospodarka socjalistyczna". Co rodzi
obawę, że zamieniając Moskwę na Brukselę — „zamienił stryjek
siekierkę na kijek". Wśród
eurosceptyków Unia budzi wiele obaw, nie wyłączając gastronomicznych
(vide szokujące czasami, a czasami komiczne regulacje i restrykcje wobec
lokalnych przysmaków, mierzenie krzywizny bananów i długości ogórków,
etc.) tudzież terytorialnych. Polscy eurosceptycy boją się zwłaszcza
o nasze Ziemie Zachodnie, traktując unifikację Europy jako niemiecki
spisek, który umożliwi „Szwabom" pokojową restytucję
dawnych niemieckich terenów metodą gier prawnych, gdy metoda wojenna
jest obecnie niemodna i niewykonalna. Co wcale nie musi być oszołomską „spiskową
teorią dziejów"', bo historia wielokrotnie już dowiodła, iż
„spiskowa teoria dziejów" ma permanentną skłonność do
zamieniania się w spiskową praktykę dziejów. Mnożące się niemieckie
organizacje (Powiernictwo Pruskie, Ziomkostwo Ślązaków, Związek Wypędzonych
itp.), które twardo i coraz bezczelniej żądają zwrotu niemieckich „majątków"
(czyli, mówiąc klarownie: polskich Ziem Odzyskanych), liczą na to, że
prawodawstwo UE da im je przejąć, a politycy niemieccy wypowiadają się
w tej materii mętnie, mydląc oczy. Euroentuzjasta ceni niedawne słowa
kanclerza G. Schrödera, iż Berlin nie będzie akceptował i wspomagał dążeń
do zwrotu. Ów euroentuzjasta zapomina (lub nie wie), że ten sam Schröder
wcześniej rzekł „ ziomkostwom"'. „—
Bądźcie cierpliwi, ja wam zwrócę wschodnie landy. Zaufajcie mojej
metodzie". Dlatego dzisiaj sytuacja zrobiła się taka, iż
nawet liberalny „Newsweek" (piórem W. Korzyckiego) piętnuje
terytorialne żądania Niemców (2004): „Wygląda na to, ze
zwolennicy zbliżenia polsko-niemieckiego nie docenili potrzeby
uregulowań prawnych. Skupiając się przez minione dziesięciolecia na
wybaczaniu i proszeniu o wybaczenie, i taktownie czekając aż niezabliźnione
rany przeszłości same się zagoją, zostawiliśmy pożywkę dla
gangreny, która dziś rozprzestrzenia się z zaskakującą szybkością".
Unijna konstytucja nie rozprasza takich obaw — raczej obawy potęguje.
Między innymi przez rozwlekłość, zawiłość i mętny język swych
paragrafów, dzięki czemu możliwe są różne triki z „interpretacją". Wzorem
bezbłędnej konstytucji jest konstytucja USA. Krótka, lapidarna,
klarowna — samo sedno. Natomiast pisana biurokratycznym żargonem
konstytucja unijna to dwustustronicowy (!) gniot o 450 (!) artykułach, z
którego normalni ludzie zrozumieją mało. Przez swą bełkotliwość ułatwia
ona krętactwo „interpretacyjne" i generalnie sprawia, że
— jak się wyraził znany niemiecki filozof, J. Habermas — „Elity
polityczne będą teraz mogły realizować co chcą nad głowami ludów".
„Financial Times": „Autorzy
konstytucji unijnej niczego się nie nauczyli od amerykańskich „ojców-założycieli»,
których dzieło to jasny i zwięzły dokument".
Unijny dokument jest równie jasny co hieroglify faraonów. Dam przykład.
Oto fragment pewnego bardzo istotnego paragrafu: „Zgodnie z traktatem
Amsterdamskim, postanowiono o przeniesieniu JHA z trzeciego filaru do
pierwszego, z automatyczną klauzulą przejściową". Tłumaczenie
tego hieroglifu (alias wyrażenie jego treści po ludzku) brzmi tak:
sprawy wewnątrzkrajowe, również związane z sądownictwem, mogą być
rozpatrywane na poziomie europejskim, a więc ponadkrajowym (czyli
ograniczającym, uszczuplającym bądź wręcz lekceważącym suwerenność
kraju w wielu dziedzinach). Kto
zmajstrował tę „ eurokonstytucję " dzielącą członków
Unii po orwellowsku ( na „równych" i „równiejszych"),
a będącą zbiorem praw zaspokajających głównie ambicje Francji i Niemiec?
Europejski lewicowy „Salon"— różowe (lewicujące) towarzystwo,
które od dawna wyznacza polityczno-obyczajowy tudzież laicki kurs „starego
kontynentu" dzięki licznym ławom rządowym i przede wszystkim
dzięki swej nieomal monopolistycznej sile opiniotwórczej (medialnej),
indoktrynującej miliony ludzi lewacko-ateistyczną,
modernistyczno-leseferyczną, tolerancjonistyczno-utopijną, tresującą
świadomość formułą 3 x „po" („postępowa polityczna
poprawność"). Przynosi ona autentyczny, znany medycynie, „paraliż
postępowy" — rosnący paraliż mózgów i sumień dużej części
europejskiego stada. Ale właśnie o to lewackim dyrygentom idzie — o łatwość
sterowania bydłem ludzkim, tak gminnym, jak i (zwłaszcza) wykształconym,
fakultetowym, mającym się (całkowicie niesłusznie) za ludzi inteligentnych,
a nie tylko za formalnych inteligentów. Jako
naczelny redagował „ eurokonstytucję " były prezydent
Francji, V. Giscard-d'Estaing (klasyczny przykład rozpowszechnionego we
Francji, kryptolewicowego „postępowca", grającego centrystę
bądź centro-prawicowego liberała, jak choćby obecny prezydent, J.
Chirac), który miał dużo współpracowników i doradców z kilkunastu
krajów, jednak wśród tych pomagierów nie widziano autentycznych
prawicowców, konserwatystów, tradycjonalistów (prawicowe rządy
Hiszpanii czy Włoch wniosły jedynie poprawki, dla kosmetyki). Nic więc
dziwnego, że teraz lewica zazwyczaj wychwala „eurokonstytucję",
a prawica ją toleruje (exemplum Włochy), gani (exemplum Holandia) lub
przeklina jako skandaliczny knot (exemplum Anglia). Również w Polsce
zachwyt deklarują czerwoni (SLD, SdPl, UP) i różowi (UW), gdy cała
opozycja wiesza psy na tym dokumencie i na sygnatariuszu, którym był
pupil prezydenta A. Kwaśniewskiego, premier M. Belka. Nie musiał sygnować
bez walki o polskie interesy — konstytucja wcale nie musiała być
uchwalona w czerwcu 2004 (premier Irlandii, B. Ahern, obejmując kilka
miesięcy wcześniej prezydencję Unii, głosił, iż nie sądzi, by „eurokonstytucja"
została uchwalona już w roku 2004). To fakt, że Hiszpanie, sterroryzowani
przez muzułmańskich ludobójców, błyskawicznie wymienili sobie rząd
na lewicowy, i Warszawa straciła sojusznika negocjacyjnego, lecz to nie
powód, by haniebnie, w dzikim pośpiechu, kapitulować przed Niemcami i
Francją. Zwłaszcza co doliczby należnych Polsce głosów i co do braku
Chrześcijaństwa wewnątrz preambuły konstytucyjnej. Koroną
niemoralności „eurokonstytucji" jest milczenie preambuły głównego
dokumentu jednoczącej się Europy na temat głównego fundamentu Europy,
jakim było Chrześcijaństwo. Cała kultura i cywilizacja europejska
tworzyły się, wzrastały i krzepły w oparciu o tę wiarę — bez niej
byłyby zupełnie inne, vulgo: Europa byłaby zupełnie inna. Negowanie
tego (przemilczenie jest w tym wypadku aktem brutalnej wprost negacji) to
sprawka nikczemna. A. Besancon (antylewicowy filozof francuski): „ Coś,
co nazywamy Europą, uformowało się na terenie panowania Kościoła
rzymskiego z obrządkiem łacińskim. Takie są fakty. Ich negowanie
przez wojujący laicyzm jest zniekształcaniem przeszłości. Zły to
znak, że zaprzeczamy prawdzie". Amerykanin K. L. Woodward: „Jakiego
rodzaju przyszłość może być udziałem zjednoczonej Europy, jeżeli
wypiera się ona swej własnej przeszłości?". Woodwarda ostrzegłbym,
że to samo się szykuje i w jego kraju, w zjednoczonej Ameryce (United
States), bo Amerykanie również zaczynają się wypierać — oto właśnie
Sąd Apelacyjny Kalifornii nakazał usunąć z pustyni Mojave wielki żelbetowy
krzyż (wzniesiony tam A. D. 1934 ku czci amerykańskich żołnierzy, którzy
zginęli podczas I Wojny Światowej), bo raził uczucia... buddystów! W
Europie krzyż i cały Chrystianizm najwcześniej zaczęły razić przesiąkniętych
Wolterem Francuzów, którzy od ponad stu lat tak dziarsko swój kraj
laicyzują (mieli już kilka rządów masońskich jawnie, wręcz
formalnie!), że wspomniany piórem Besancona „wojujący laicyzm"
zrobił stolicę Francji metropolią europejskiego antychrześcijańskiego
zacietrzewienia. Francja
i Niemcy przeforsowały pominięcie Chrześcijaństwa w preambule
konstytucji również ze strachu: są obecnie dwoma najbardziej zmuzułmanizowanymi
(nie licząc potureckich Bałkanów) krajami starej Europy. Kiedyś król
Młot, a później król Sobieski wstrzymali inwazję islamu na zachodnią
Europę. Dzisiaj kontynent europejski stał się bezbronny. K. Grzybowska:
„Zgoda na wyłączenie wartości chrześcijańskich z preambuły
jest poddaniem się próbie narzucenia wszystkim nam światopoglądu
laickiego, ateistycznego, odebraniem Europie duszy i jej prawdziwych
korzeni. Jest również ustępstwem na rzecz mniejszości muzułmańskich,
z którymi przywódcy kilku krajów, a najbardziej Niemiec i Francji,
muszą się liczyć, i których po prostu się boją". Czego
wystraszył się premier Rzeczypospolitej, że przyklepał swym podpisem
formułę antychrześcijańską? Może gniewu swego protektora, bo „Aleksander
Kwaśniewski jest antyklerykałem i nie kryje tego". Czyja to
opinia? Opinia eksperta i naocznego świadka, Francuza J. Segueli,
specjalisty od kampanii wyborczych, którego zaangażował sztab
wyborczy Kwaśniewskiego, i który tak solidnie pomógł Kwaśniewskiemu,
że zyskał miano „architekta triumfu Olka". Seguela
opublikował kilka lat później wspomnienia ze swej roboty dla Kwaśniewskiego,
ujawniając różne pikantne szczegóły, między innymi fakt, że ciągle
musiał tłumić antykościelność pretendenta: „Musiałem go wciąż
namawiać do oparcia się pokusom wsadzania Kościołowi szpili przy każdej
okazji". Szpila wsadzona Kościołowi jednym podpisem przez
premiera arcykatolickiego kraju ma duży ciężar. Sam M. Belka to
bagatelizuje, mówiąc (konferencja prasowa), że „nie ucierpią na
tym ani chrześcijaństwo, ani bóg". Co do Boga ma rację; co do
Chrześcijaństwa — też chyba ma rację; lecz Europa ucierpi na tym bez
wątpienia (patrz „Zakończenie" książki). Pytanie:
czy Rzeczpospolita ucierpi, czy zyska jako członek Unii? W przyszłości
być może ekonomicznie zyska; chwilowo cierpi dalej, tak jak cierpiała
przez piętnaście minionych lat. Dzięki wyzwoleniu z pęt komunizmu miała
być ogólna poprawa, a jest bonanza dla garstki uprzywilejowanych,
chwiejna stabilizacja („da się żyć") dla nielicznych, i
piekło niekończącej się „transformacji" (wegetacja) dla
większości, stąd większość rodaków mówi: „ — Wkurza mnie
dosłownie wszystko! ". Wszystko, czyli „perpetuum
mobile" niesprawiedliwości, rosnącego ubóstwa, szalejącego złodziejstwa
i dominującego w życiu publicznym kłamstwa. To nie przypadek, że —
jak wykazał tegoroczny (2004) sondaż — 71% Polaków twierdzi, iż za
PRL-u Naturalnie
— obywatele wykształceni, myślący i bystrzy, bez ściągawki wiedzą,
że złe elity polityczne (administracyjne, partyjne, sejmowe, rządowe
et cetera) to tylko zauważalny łatwo trąd lub widoczna gołym okiem
wysypka skórna, gdy źródło choroby tkwi głębiej, w innej elicie —
elicie decydującego wpływu. O tej ukrytej elicie mówiła już dwanaście
lat temu (1992) szefowa emigracyjnego pisma „Echo — Niezależny
Tygodnik Polski" (Toronto), G. Farmus: „Polski układ
polityczny ma w środku jakiś niedostrzegalny gołym okiem stalowy trzon,
jakieś spoiwo niewiadomego pochodzenia, które ujawnia się w momentach
konfliktów. Okazuje się, ze jest pewna grupa ludzi, która tym wszystkim
steruje". Steruje i deprawuje — nie tylko polityków, lecz i
masy ludzi. Nawet lewicujący B. Margueritte (spolszczony Francuz) przyznał
dekadę temu: „Wyśmienitym sposobem zagwarantowania władzy
pewnych grup, pewnych elit, jest podejmowana szeroko próba deprawowania
ludzi, co czyni ich podatnymi na wszelkie manipulacje". Ten właśnie
mechanizm i te "pewne grupy, pewne elity" — chcę
wskazać moją książką. Kłopot
ze wskazywaniem nie będzie merytoryczny (dowodów i argumentów jest aż
nadto), tylko rynkowy. By wskazać super-kłamcę biedniejącemu społeczeństwu
(owym trzem czwartym bądź czterem piątym społeczeństwa, którym w III
Rzeczypospolitej wiedzie się tak źle, iż szorstki „kraj
demokracji ludowej" jawi się im krainą raju, stąd bez uśmiechu
powtarzają dowcip: „lepiej już było") — trzeba
tym ludziom sprzedać napisaną książkę. Jednak „tym ludziom"
brak pieniędzy na mleko i na skarpetki dla dzieciaków, więc żadnej książki
nie kupią, choćby kosztowała kilka złotych. Mówię o ludziach
czytających dawniej (o belfrach, studentach, absolwentach, pielęgniarkach,
niższej rangi medykach, urzędnikach, itp.), którzy dzisiaj wegetują.
Sprzedaż książek malała co roku przez te piętnaście lat — była to
piętnastoletnia „krzywa opadająca", z każdym rokiem
mniejsze nakłady. Im bardziej wzrastała pauperyzacja społeczeństwa,
tym słabiej sprzedawał się druk — to są naczynia połączone. Swoją
rolę gra tu również urynkowienie kosztów: koszty tzw. „przygotowalni",
papieru oraz druku, plus marże hurtowników i księgarzy (a więc łącznie
rynkowa cena książki) są w Polsce porównywalne z kosztami produkcji
i dystrybucji (a więc z ceną książki) na Zachodzie, tymczasem płace,
emerytury i renty są wielokrotnie mniejsze niż tam. Krach definitywny
nastąpił późną wiosną 2004, gdy równoczesne wejście Polski do Unii
i skok cen benzyny wywołały lawinowy wzrost cen żywności i nie tylko
(podrożenie kredytów, inflacja etc.). Wówczas „ostatni
Mohikanie" czytelnictwa zaczęli omijać księgarnie.
Hurtownicy książkowi masowo bankrutują, księgarze też (w mojej
dzielnicy, na Saskiej Kępie, padła właśnie przedostatnia księgarnia
— została już tylko jedna); bessa księgarska przypomina legendarny
krach z Wall Street. Bóg wie dla ilu ludzi (dla ilu niedobitków) piszę
tę książkę. Mam
zresztą wrażenie, iż to nie ja winienem ją pisać, ale ktoś inny,
bardziej utalentowany. Znam co najmniej sześciu ludzi, którzy napisaliby
ją lepiej. M. Ogórek lub M. Rybiński — wirtuozi satyry felietonowej
— zrobiliby sobie z tematu cudowne „jaja", gdyby
chcieli, jednak pierwszy na pewno nie chciałby, bo pracuje dla flagowej
gazety „Salonu", organu A. Michnika, zaś drugi też chyba
nie ryzykowałby, bo pracuje dla „Rzeczypospolitej", która
się o „Salon" ociera, wykazując instynkt samozachowawczy „comme
il f aut". Cudownie wypatroszyłby „Salon" rymami
satyryk-poeta, M. Wolski, ale tu dla jednej tylko (choć już wyblakłej)
gwiazdy „Salonu"— dla „pana Tadeusza" Mazowieckiego
— trzeba byłoby użyć niewiele mniej rymów niż w „Panu
Tadeuszu", więc pewnie Wolskiemu nie chce się aż tak rymotwórczo
harować. Również J. Szpotański, autor kapitalnych kontrpeerelowskich
satyr pisanych sekretnie za czasów PRL-u („Cisi i gęgacze",
etc.) — rymami wrzuciłby „Salon" do wychodka, czyli tam,
gdzie jego miejsce. Brawurowo mogłoby się rozprawić z „Salonem"
pióro wybornego publicysty i pisarza, R. A. Ziemkiewicza, który niegdyś
smażył pyszne anty salonowe felietony (będę je cytował), lecz teraz
szef jego rodzimej .Gazety Polskiej", P. Wierzbicki, tak
lizusowsko kokietuje Michnika, że autorzy publikujący w „GP"
mają „szlaban" na flekowanie „Salonu" (wolno
im ciężko dokładać tylko Lepperowi, Millerowi i innym czerwonym) —
nie wiem, czy to formalny zakaz szefa, czy autocenzura odkąd
„Gazeta Wyborcza" publikuje felietony Wierzbickiego. No i
wreszcie S. Kisielewski — „Kisiel"! Każdy,
kto zna „Dzienniki" „Kisiela", wie, że mógłby
on roznieść na strzępy swym bezlitosnym, ostrym niby brzytwa piórem,
cały różowy „Salon". Mógłby — i nie mógłby. Wpierw
powiem dlaczego mógłby to zrobić jak nikt inny. „Kisiel"
pisał diariusz w latach 1968-1980. Formalnie pisał „do
szuflady" (o czym wielokrotnie wspomina, wyrażając obawę, iż
prędzej czy później bezpieka skonfiskuje zapiski), lecz jak każdy piszący
twórca (był kompozytorem, publicystą i literatem) musiał brać pod
uwagę, że kiedyś doczekają się druku. Ciche pisarstwo
(antykomunistyczne pisanie w erze komunizmu) nie zmienia faktu, że człowiek
tworzący piórem nigdy nie pisze wyłącznie „sobie a muzom"
lub tylko dla własnych wnuków — zawsze smaruje dla szerszego grona
odbiorców, choćby jeszcze nienarodzonych, i choćby realia polityczne
miały uniemożliwić druk przez wiele lat. Czy jest to świadome, czy podświadome
— nie ma znaczenia. Znaczenie ma wszakże inny fakt: takie notatki pisane
bez szansy rychłego druku (a „Kisiel" nie przewidział, iż
komunizm padnie nim upłynie wiek XX) — czyli, z punktu widzenia bieżącej
logiki, istotnie pisane „do szuflady" — są zawsze
swobodniejsze vel prawdomówniejsze, bardziej bezkompromisowe, gdyż piszącego
nie krępuje autocenzura stricte polityczna tudzież (co może i ważniejsze)
autocenzura towarzyska (środowiskowa) oraz żadne hamulce obyczajowe
tego rodzaju, który dziś zwiemy „polityczną poprawnością".
Stąd kolosalna różnica między tymi notatkami a późniejszym (później
pisanym, lecz wcześniej wydanym) „Abecadłem Kisiela",
gdzie —jak eufemizował w przedmowie do „Dzienników" L.
B. Gorzeniewski — „czytelnik znajdzie sądy o ludziach bardziej
wyważone". Co znaczy: już ufryzowane (ocenzurowane koneksjami i
uwikłaniami towarzyskimi autora), bo tę rzecz „Kisiel"
pisał (dyktował) „z perspektywy końca PRL-u", licząc na
jej rychłe upublicznienie drukiem. Zatem jedynie „Dzienniki",
wydane pięć lat po śmierci autora, są ekspozycją mówionej przezeń
bezlitośnie „prawdy, całej prawdy i niczego jak tylko prawdy".
„Kisiel" zmarł w 1991, miał więc trzy lata wolnej Polski —
1989, 1990 i 1991 — by samemu zdecydować o ich druku, lecz się nie
odważył (na edycję zezwoliły roku 1995 jego dzieci, we wstępie, dla
świętego spokoju, zastrzegając, że różne sądy ojca „z
perspektywy czasu wydać się mogą zbyt surowe"). Notabene —
mógłby to „Kisiel" sam opublikować już dużo wcześniej,
korzystając z wydawnictw emigracyjnych, lub w kraju roku 1981, kiedy wystraszona
przez „Solidarność" cenzura (kto dziś jeszcze o tym pamięta?) właściwie
nie działała, puszczano do druku wszystko (ja wówczas publikowałem
m.in. kilkuodcinkowy artykuł na temat... cenzury i jej represji, pt.
„Cenzuriada"). Lecz się nie odważył, mniej ze względów
polityczno-ustrojowych — bardziej ze strachu przed „Salonem".
Diariusz „Kisiela" bowiem jest treściowo tyle samo
antykomunistyczny, co antysalonowy — wprost krzyżuje wielu koryfeuszy „Salonu". Również język kisielowego diariusza jest tak „niepoprawny", że z punktu widzenia dzisiejszych „postępowych" kryteriów stawia włosy na głowie. Nie chodzi o to, że czasami padają tam „ wyrazy " (często bez wykropkowania !): „ch..", „k...". „p .........." itp., lecz normalne słowa, które pod naciskiem każdego różowego „Salonu" (rodzimego, europejskiego, światowego) zostały surowo zakazane, więc dzisiaj nawet konserwatyści-tradycjonaliści boją się ich używać, gdyż długoletnie już lewicowe odium rzucone na dawne słownictwo działa kneblująco, wytwarzając podświadomą autocenzurę, której uniknąć nie sposób. Dziś się pisze: „gej", „homoseksualista" czy „kochający inaczej"', „Kisiel" diariuszowy nie stosuje żadnych eufemizmów, tylko pisze: „pederasta", „ciota", „pedał", „wstrętny pedzio" (no i z lubością przytacza kawały antypedalskie; exemplum: „W Ameryce wzięto do wojska wszystkich pederastów. Po co? Żeby zajść Rosję od tyłu!"). Kanalie gani wprost, pisząc: „bydlę", „skurwysyn", „świnia", „stara świnia", itp. Murzynów zwie „Murzynami" lub „czarnymi" (mnóstwo jest w „Dziennikach" złośliwości na temat Murzynów), co brzmi dzisiaj wobec „Afroamerykanów", „Afrykanów", „mieszkańców Afryki" bardzo obraźliwie. I wreszcie — horrendum horrendorum — zamiast pisać: „Polak pochodzenia żydowskiego", „Polak z rodziny żydowskiej" itp., lub (jeszcze lepiej, a właściwie najlepiej) w ogóle rezygnować ze wskazywania korzeni familijnych czy też rasowych, „Kisiel" notorycznie traktuje ludzi pochodzenia niegojskiego per: „Semita", „Żyd", „głupi Żyd", „stary Żyd", „typ rabinistyczny", itp.
Czy był
antysemitą? Nic z tych rzeczy, i to nie dlatego, że miał serdecznych
kumpli Żydów (antysemici też mają), lecz dlatego, że prawdziwym
antysemityzmem gardził jak każdy przyzwoity człowiek. Zdawał sobie
wszelako sprawę, że owa częsta w diariuszu krytyka peerelowskich „Żydów"
(aparatczyków tudzież opozycjonistów lub pseudoopozycjonistów
dominujących w ówczesnym „Salonie") wygląda niczym
antysemityzm, więc tak ją komentował: „I oto sam mówię po
antysemicku — każdy ma widać swój antysemityzm, na jaki go stać".
To prawda — każdy ma taki antysemityzm, na jaki go stać. Żydzi również.
Wielu stuprocentowych Żydów było „zoologicznymi antysemitami",
choćby autor „Kapitatu", K. Marks, który wyklinał „żydowskie
szachrajstwo" i samo „żydostwo" używając słów
cięższych od tych, jakich Hitler użył w „Mein Kampf"
(sic!). Pisarz W. Wirpsza wspominał, że znany aforysta, Żyd S. J.
Lec. swego adwersarza, znanego krytyka literackiego, Żyda A. Sandauera,
zwał „parchem" i na Wirpszę krzyczał (głośno, publicznie,
w bibliotece Związków Literatów): „ — Bo to jest ten twój
antysemityzm, że ty Żyda od parcha nie odróżniasz!." Cytując „Kisiela",
urwałem jego wypowiedź tyczącą antysemityzmu; teraz już daję pełny
cytat: „I oto sam mówię po antysemicka — każdy ma widać
swój antysemityzm, na jaki go stać. Przypomina mi to endecką,
przedwojenną piosenkę, śpiewaną na nutę majufesa. «Same Żydy, same
Żydy, ta ra ra ram! Jak się pozbyć tej ohydy, ta ra ra ram!». Fu! Ale
prorocze". Prorocze było dlań m.in. to, że „Semici"
zdominowali w PRL-u „górę" obu stron barykady — w
stalinowskim PRL-u wierchuszkę represyjną (bezpieczniacką), a w „odwilżowym"
PRL-u czołówkę dysydencką (czyli salonową), co następująco tłumaczył:
„ Właściwie prawie wszyscy Żydzi zaczęli to z początku robić
— taki ich instynkt, żeby być w przodzie..." (kropki nie
moje, lecz autora). O typowym „Żydzie" peerelowskiego „Salonu"
wyraził twardy sąd: „Kiedyś stalinista i literacki ubek, potem wygłupił
się w telewizji służalstwem (...), donosiciel i szpicel, postać
arcynędzna, ale jakoś nie mam doń pretensji toć i pluskwa jest
stworzeniem bożym. Skoro tylu sprytnych Żydów z Dzielnej i Nalewek
zginęło w gazie, daruję jednemu, że przeżył i wciela w sobie spryt
tamtych wszystkich. A niech se żyje.'". Ciarki
przechodzą, gdy się to czyta. Tak samo przechodzą, gdy się czyta książkę
S. Remuszki o „Gazecie Wyborczej". Remuszko był
przyjacielem A. Michnika, uruchamiał razem z nim „GW" i
przez rok współredagował. Tylko rok. Nie wytrzymał królującego w
redakcji zalewu kłamstwa i hipokryzji, złożył dymisję (1990), a
dziewięć lat później (1999) opublikował zbiór dokumentów na temat
„GW" („«Gazeta Wyborcza». Początki i okolice.
Kalejdoskop"), pisząc przy końcu: „Co się zaś tyczy
antysemityzmu, to, po pierwsze, jestem antysemitą z całą nieubłaganą
pewnością, ponieważ w tym zbiorku negliżuję «Gazetkę», a jak głosi
złośliwa (antysemicka) zaśpiewka: «Gazetka, gazetka, nikt nie ma w
niej napletka...» (...) Przed rozpoczęciem pracy w «Gazecie Wyborczej»
wręcz oburzałem się, gdy ktoś w mojej przytomności wyraził się
krytycznie o Żydach. Jeden rok spędzony w tej redakcji był lekcją co
się zowie, święty mógłby utracić wiarę! I choć wciąż mam
zaszczyt cieszyć się starą przyjaźnią paru wspaniałych Polaków żydowskiego
pochodzenia, to dziś, poznając od czasu do czasu nowe osoby tej
proweniencji, zachowuję — by tak rzec — dodatkową ostrożność
(...) Według «Wyborczej», wszystko, co świadczy o jakichkolwiek
charakterystycznych cechach pewnych żydowskich środowisk, jest przejawem
antysemityzmu". Wróćmy do „Kisiela"
i jego „antysemickich" zapisków. Peerelowski „Salon"
obrywa na kartach diariusza często, choć nie pada tam ów termin (ten
termin pojawił się w publicystyce dopiero około połowy lat 90-ych XX
stulecia). „Kisiel" wystawił surowe cenzurki tak
zagranicznym ikonom „Salonu" (vide Paryżanin J. Giedroyc),
jak i krajowym (vide patron A. Michnika, A. Słonimski, czy J. Turowicz,
szef „Tygodnika Powszechnego” , będącego „ krakówkową"
ekspozyturą kościelnej przybudówki „Salonu"). Salonowe
werdykty-dogmaty miażdżył bezpardonowo. Exemplum anatema, którą
lewicowcy rzucili (obowiązuje ona w „Salonie" i dzisiaj)
na „faszystowskie" rządy generała Franco. „Kisiel"
kontrował: „Generał Franco to jeden z największych polityków
europejskich. Dla Hiszpanii zrobił masę, bo: 1) ocalił ją przed
komunizmem, 2) ocalił ją przed hitleryzmem, 3) ocalił ją przed wojną,
nie przystępując do niej jak idiota Mussolini, 4) przeczekał powojenne
ataki aliantów, po czym wprowadził Hiszpanię do sojuszu zachodniego, co
dało jej dzisiaj koniunkturę i «cud gospodarczy». W polityce liczą się
prawdziwe dokonania, nie zaś bufonada i puste słowa jak u de
Gaulle'a". Itp., itd. — można tak cytować długo (trochę
cytatów dam jeszcze w innych rozdziałach mej książki). Nic dziwnego,
że kiedy „Dzienniki" się ukazały (1996) — „Salon"
dostał amoku. Lawiną „recenzji" karcono „Kisiela"
za zdradę, za brednie, za ślepotę, za ksenofobię, za niesprawiedliwe sądy,
krzywdzące ludzi bez skazy, etc., etc. Lecz to ujadanie trwało krótko,
wściekłość raptownie zgasła, jakby przyszły inne dyspozycje, zdano
sobie bowiem sprawę, że trupa nie można zabić, przeciwnie — wyklinając
można go tylko wskrzesić, gdyż egzorcyzmująca nagonka jest superreklamą,
dzięki której ludzie masowo biegają do księgarń po ten pasztet. Wyraziłem
opinię, że „Kisiel" mógłby lepiej niż inni sportretować
„Salon", a zarazem nie mógłby. Skąd ta sprzeczność? Stąd,
że „Dzienniki" mają wyraźną cezurę — jest nią rok
1976 (rok Radomia i Ursusa). Diariusz lat 1968-1975 — to czyniona ostrym
piórem, bezpardonowa wiwisekcjajatka całej lewicy, tak rządowej
(czerwonej), jak i dysydenckiej (różowej). Potem to się zmieniło. Zwłaszcza
wobec A. Michnika, jego współpracowników, współwyznawców i giermków.
W diariuszu sprzed roku 1976 co i rusz czytamy, że środowisko Michnika
to „ludzie zaczadzeni marksizmem", „marksizujący
Semici", „niedobitki marksistowskich rabinów we wschodniej
Europie", plus proroczą obawę: „Znów jakieś
marksistyczne szakale przygotowują się, aby nami rządzić". Po
roku 1975 „marksistyczne szakale" prezentują się u „Kisiela"
inaczej — są teraz gronem miłych i chwackich zuchów. Widać to i w
„Dziennikach", i w „Abecadle Kisiela". Czy dlatego, że
Michnik zlecił mu napisanie przedmowy do swej książki i zezwolił
publikować w korowskich pismach (co było dla „Kisiela"
bardzo istotne, bo reżimowa cenzura nie dawała mu zarabiać
publicystyką legalną)? Czy może również przez pewne kompleksy, które
sprawiły, że wolał sympatyzować z opozycją lewacką, a nie z tą
twardą, bezkompromisową, bezukładową opozycją antykomunistyczną,
której żadne marksizmy się nie imały? Figury tych
nielicznych twórców o dużych nazwiskach (Herbert czy Herling-Grudziński),
którzy nie chcieli akceptować żadnej reformy socjalizmu (żadnego „socjalizmu
z ludzką twarzą") i żadnej pseudoopozycji („opozycji
koncesjonowanej"), więc wszelakiemu lewactwu mówili krótko:
paszoł won! — po roku 1976 już tylko denerwowały „Kisiela",
człowieka wcześniej piętnującego próby naprawiania PRL-u jako „kompletną
bzdurę", a próby dogadywania się z reżimowcami jako „dyskusje
rabiniczne"! Ku naszemu zdumieniu ten „drugi" „Kisiel"
mówi o Herlingu: „ Nadaje polityczną linię taką powstańczą,
moralną, buntowniczą, a ja mu tłumaczę, że zostaniemy w Związku
Sowieckim do śmierci, więc żeby nie zawracał głowy "; i o
Herbercie: „Wydał mi się zarozumiały za bardzo, i jakiś taki...
nie wiem... no, wywyższający swoją moralność ponad innych. Czego ja
nie lubię, bo wszyscy jesteśmy wychowani przez Stalina i nie ma się co
tak bardzo wywyższać". Tymczasem ludzi rzeczywiście „ wychowanych
przez Stalina" (Herbert i Herling byli tego wychowu
zaprzeczeniem) — jak Michnik, Kuroń, Geremek, Koźniewski czy
Mazowiecki — „drugi" „Kisiel" chwali! Jeszcze w
1973 roku T. Mazowiecki to dla „Kisiela" typowy „zniewolony
umysł", a w roku 1988 już sama poczciwość. Kuroń zaś
(dawniej „marksistyczny szakal") to „wybitny
taktyk", Michnik — „człowiek ciekawy, błyskotliwy i odważny",
etc. Parę lat wcześniej „pierwszy" „Kisiel" określał
ich lewackie ględzenia mianem idiotyzmów. Skąd ta
zmiana? Nie wiem. Wiem tylko, że „pierwszy" „Kisiel"
(ten sprzed roku 1976) mógłby bezkonkurencyjnie załatwić swym piórem
cały „Salon" (i peerelowski, i postpeerelowski), a
„drugi" „Kisiel" już raczej nie. Dlatego napisałem,
że mógłby i nie mógłby. Nie mógłby, oczywiście, także z tego
powodu, że zmarł A. D. 1991. Czy gdyby pożył kilkanaście lat dłużej,
zdołałby się wściec widząc jak A. Michnik biesiaduje kumplowsko z
czerwonymi oprawcami (Jaruzelskim, Kiszczakiem i resztą) tudzież z
propagandystami (Urbanem i resztą)? Być może — tego się nie dowiemy.
Wiemy jedynie, że to wysoce prawdopodobne, Więc — być może. Ale umarł trzynaście lat temu. Zatem padło na mnie, ba ja jeszcze żyję, a swych przekonań wobec „Salonu" nie zmieniłem nigdy (nie spacyfikowałem w duchu „politycznej poprawności" czy wymogów koniunktury) ani o jotę. Wciąż (już piętnaście lat) wkurza mnie dosłownie wszystko, co ci ludzie robią wewnątrz i zewnątrz „ wyzwolonego" kraju. Dalsze rozdziały mojej książki będą więc protestem przeciwko władzotwórczemu i opiniotwórczemu terrorowi, który szerzą ci ludzie. Będę je pisał z pobudek nie tylko idealistycznych, lecz i pragmatycznych. Jak bowiem głosi J. Sevillia (autor dzieła „Terroryzm intelektualny"): „Lepiej być po stronie prawdy, gdyż prawda wyzwala". Wielki francuski pisarz, A. Camus, rzekł wcześniej to samo: „Być wolnym, to móc nie kłamać". Dla mnie to się w tej książce przekłada na: móc bez ogródek walić prawdę o głównych dystrybutorach kłamstwa, czyli o dysponentach różowego „Salonu". Wymaluję ich „ werystyczny portret zbiorowy" (takiej terminologii używa historiografia sztuki wobec konterfektów grupowych holenderskiego Baroku). Znienawidzą mnie jeszcze bardziej, ale kij im w oko — „Prawda przeciw światu!", mówi celtycka dewiza. Część II SALON WPŁYWU1.
Salon historyczny Cóż to jest: salon? Przeciętny ankietowany odpowie, że jest to główne
pomieszczenie, główna (reprezentacyjna) komnata pałacu domu,
mieszkania, wszelakiego przyzwoitego lokum. Solidniej wykształcony człowiek,
którego o to spytają, zauważy, że termin ma również inne znaczenia,
mniej lub bardziej metaforyczne („salon fryzjerski”, „salon
handlowy”, „salon wystawowy” itp.). Najlepiej edukowany człowiek
wskaże jeszcze jeden obszar znaczeniowy terminu, obszar wysublimowany i
już trochę archaiczny, tyczący towarzyskich i światopoglądowych kręgów.
Spójrzmy do leksykonu: „Salon (przestarzałe) — a) Elitarne
zebranie towarzyskie odbywające się stale w danym domu. b) Grono
uczestników tych spotkań". Bogatsze kompendium wyjaśni też
profanowi, iż pierwociną Salonów (wolę, dla odróżnienia od „salonu
kosmetycznego", stosować tu dużą literę) były „salony
artystyczne” lub „salony literackie” dawnych stuleci, a
więc miejsca regularnych zebrań światka elitarnego — intelektualnego,
artystycznego, literackiego, naukowego, politycznego itp. Mówiąc ciut
dosadniej: każdy taki Salon był sitwą opiniotwórczą, będę więc używał
wobec nich nazwy: Salon Wpływu. Pierwsza kontrowersja tyczy chronologii i
zawiera się w pytaniu: kiedy powstały takie wpływowe towarzystwa-środowiska? Zdominowanie
kultury europejskiej tudzież myśli intelektualnej Europy (od XVIII wieku
do początków wieku XX) przez Francję, plus gigantyczny wpływ, który
na całą racjonalistyczną świadomość Europejczyków wywarło
francuskie Oświecenie — to chyba główna przyczyna sytuowania (przez
historyków) korzeni Salonu Wpływu nad Sekwaną wieku XVIII. Nie sądzę,
aby było to słuszne. Każda epoka (również każda cywilizacja starożytna)
musiały mieć tego typu koterie stale się ze sobą kontaktujące na
gruncie towarzysko-strategicznym, vulgo: nie tylko dla rozrywki czy
zabicia czasu, lecz i dla montowania mód, prądów, sposobów działalności,
czy też wpływów lobbystycznych kształtujących władzę i lansujących
figury, bądź metod twórczych kreujących zbiorowy gust, ukierunkowujących
opinię publiczną etc. Starożytnych kamaryl tego rodzaju nie znamy, lecz
już renesansowe czy barokowe (a więc wyprzedzające mocno francuski
XVIII-wieczny Salon Wpływu) dobrze znamy: O różnych
salonowych sitwach politycznych można całe tomy pisać, jednak nawet
gdybyśmy się skupili włącznie na „salonie
intelektualno-artystycznym", czy (jeszcze bardziej wąsko) na „salonie
literackim" — znajdujemy mnóstwo przypadków wcześniejszych
aniżeli Salony Francji XVIII-wiecznej. Ich matecznikami były choćby
dwory wielkich włoskich magnatów Odrodzenia, przede wszystkim
florenckich Medyceuszów (to środowisko uczyniło Florencję kolebką i
królową włoskiego Renesansu, a właściwie całego Renesansu Europy),
lecz także Sforzów (Mediolan), Gonzagów (Mantua), Este'ów (Ferrara)
czy Montefeltrów (Urbino). „Salon literacki" prowadziła w
swej posiadłości (Wiltshire) pani M. Sidney hrabina Pembroke (początek
XVII wieku), tak znakomita literatka doby Elżbietańskiej, iż dzisiaj toczone
są dyskusje scjentyczne wokół hipotezy, że światła Mary była współautorką
dzieł Szekspira, bądź wręcz ich prawdziwą autorką. Prof. G. Waller
z nowojorskiego Purchase College nazwał ten Salon „wylęgarnią
rewolucji literackiej". Notabene — kobiety (nie zawsze
literatki lub artystki) bardzo często były gospodyniami Salonów (dawały
zbierającej się socjecie intelektualnej, czy gronu dyskutantów,
pomieszczenie, wyżywienie i właściwą oprawę w swych rezydencjach),
lecz jak widać, nawet ta tradycja niekoniecznie jest francuska. O ile Salon
hrabiny Pembroke stał się „wylęgarnią rewolucji
literackiej", o tyle francuskie Salony XVIII wieku stały się wylęgarnią
rewolucji politycznej (Rewolucji Francuskiej) — przygotowały grunt
ideologiczny dla gilotyn Robespierre'a. Zaczęło się to wszystko
„niewinnie", trochę literacko, a trochę erotycznie, we Francji
i w Niemczech XVII wieku. We Francji, bo francuski autor, H. d'Urfé, spłodził
romans pt. „Astrea", gdzie setka czułych bohaterów i
bohaterek zbiera się, by głosić sobie sentymentalne frazesy. Romans
zrobił furorę w całej Europie; niemiecka arystokracja tak się nim
przejęła, że zaczęła te fikcyjne literackie zgromadzenia małpować
na gruncie salonowym czyli realnym, pod nazwą „Akademia Prawdziwych
Kochanków”. Francuzi nie chcieli być gorsi, i tak powstał
pierwszy francuski Salon — „Hotel de Rambouillet" (przed
1644). Historyk obyczajów, W. Łoziński, pisze (1920): „Wpływ, który
salon markizy de Rambouillet wywarł na obyczaje, na stosunki towarzyskie,
a nawet na literaturę swego czasu, byt bardzo znaczny". W XVIII i w
XIX wieku Salony francuskie rozmnożyły się niczym króliki.
Gospodarzami-organizatorami byli mężczyźni (P. Th. Holbach, Ch. Nodier,
V. Hugo i in.) lub rolę te pełniły kobiety (panie de Lambert, de
Tencin, de Staël, Recamier i in.). Analogicznie zresztą (choć z opóźnieniem)
działo się w zapatrzonej we Francję Warszawie (Salony T.
Mostowskiego, W. Krasińskiego, A. Nakwaskiej, K. Lewockiej, pań Łuszczewskich
i in.). Ewolucja francuskich Salonów przebiegała od seksu do polityki,
przy stale formalnym szyldzie literatury, sztuki, etc. Pierwsze francuskie
Salony były areną frywolnych kontaktów pod pretekstem kontaktów
dyskusyjno-literackich (tak jak i rokokowe teatry, które bardziej
stanowiły miejsce schadzek niźli miejsce kontemplowania sztuk;
Casanova kpił wówczas, że większość arystokratów została poczęta
w lożach teatralnych i operowych). Salony ery Neoklasycyzmu były już
piekielnie rozpolitykowane — nie bez przyczyny cesarz Napoleon wygnał
do Szwajcarii panią H. de Staël, w której Salonie zbierała się cała
opozycja antybonapartystowska, by knuć i pod pozorem dyskusji
literackich kontaktować się z agentami brytyjskiego wywiadu. Jednak główną
rolę polityczną odegrały francuskie Salony wcześniej, u schyłku XVIII
wieku, przygotowując dyskusjami i literaturą (krytyczną tudzież
propagandową) wybuch Rewolucji. Jako prekursorski taki Salon historycy
wskazują „salon pani Geoffrin”. Pani Geoffrin
nie była arystokratką, lecz mieszczanką (Rewolucja Francuska też nie
była rewolucją herbową, lecz burżuazyjną). Dzięki majątkowi męża
otworzyła Salon wszechpotężny, ściągając doń nie tylko śmietankę
politykujących Francuzów (Monteskiusz, Wolter, d'Alembert e tutti
quanti) — również cudzoziemców (Hume, Franklin, Walpole etc.).
Niemiecki historyk kultury i obyczajów, M. Boehn, pisze: „Wszyscy
obcy, przybywający do Paryża, zabiegali, by móc wejść tam".
W. Łoziński pisze to samo: „ Wszystkie kraje były tu
reprezentowane. Dom pani Geoffrin był kluczem do całego światka
towarzyskiego w Paryżu. Kto przyjmowany byt chętnie przez nią, ten
nabywał tym samym patent wykształcenia i towarzyskiej ogłady, otrzymywał
paszport do wszystkich innych salonów. Nic więc dziwnego, ze każdy
cudzoziemiec przybywający do Paryża, chcąc poznać wszystko co w nim było
świetnego i znakomitego, starał się najpierw dostać do salonu pani
Geoffrin. Z tego też powodu Sainte-Beuve nazywa salon ten «wielkim
centrum i rendez-vous wieku». Na takich «rendez-vous» europejskich w
salonie pani Geoffrin nie brakło też i Polaków. Do znakomitych
cudzoziemców, których spotykano u pani Geoffrin, należał i Stanisław
Poniatowski, późniejszy król polski. Pani Geoffrin była poniekąd
pierwszą jego nauczycielką i mentorką, i — niestety lichego wychowała
nam króla"'. Owszem, lichego, bo cały czas zapatrzonego w
Petersburg, tak jak dwieście lat później, u krańca PRL-u, prominentni
członkowie polskiego dysydenckiego „Salonu" zapatrzeni
byli w Moskwę (vide rozdział 4 części III). Wyraźne są
też analogie między francuskimi salonowcami (lewicującą lub wprost
lewicową elitą intelektualną) tamtych, schyłkowoburbońskich czasów,
a różowymi salonowcami III Rzeczypospolitej. Intelektualistów ówczesnej
Francji zwano „filozofami" (nie istniały wtedy terminy „intelektualiści",
„inteligenci". „inteligencja twórcza" etc.). Tak oto
przedstawia ich M. Boehn („Rokoko we Francji"): „Filozofowie
mówili wprawdzie o masach ludowych i mniemali, że działają na ich
korzyść, ale o ludzie nie mieli wprost pojęcia i nie utrzymywali z nim
żadnych stosunków (...) Zapomniano zupełnie, ze klasy niższe
stworzone są z tego samego materiału co i wyższe, że w owej chwili składały
się one z ludzi bezustannie uciskanych, poniewieranych i gnębionych, że
ludzie ci w ciągu całego życia mieli na oczach rozrzutność innych
ludzi, ich nadużycia i niesprawiedliwość i że na pokrycie kosztów
wszystkich tych nadużyć oni właśnie pracować musieli"*. Czyż
nie taki jest również, wypisz wymaluj, dzisiejszy stosunek między
inteligenckim „Salonem" III Rzeczypospolitej a biedującą
większością narodu? Miał świętą rację G. Nenning, który na początku
lat 90-ych XX wieku autokrytycznie scharakteryzował własną klasę,
lewicową inteligencie pisząc m.in.: „Bezmyślność, oschłość,
zgodne wyśmiewanie Kościoła, a przede wszystkim brak serca i odwagi, by
dojrzeć sytuację, w jakiej znajduje się naród". *—Tłum.P.Hulka-Laskowski. Kilkunastoletni
okres między Salonem pani Geoffrin a Rewolucją wypełniło w Paryżu
kilka Salonów, coraz bardziej upolitycznianych. Masoni (prekursorzy
dzisiejszej lewicy, nienawidzący Kościoła równie mocno co ona),
rozmaitej maści libertyni (wolnomyśliciele), „filozofowie”,
adwokaci, literaci i biurokraci (przyszli Jakobini), słowem wszelka
ateistyczna lewackość — retorycznie „ruszali z posad bryłę świata",
podpalając słowami lont. Słowami kuszącymi jak rajskie jabłko,
exemplum firmowe zawołanie masonów („Wolność, równość,
braterstwo"), które później stało się hasłem paryskich
rewolucjonistów-gilotynowców. Te ich przedrewolucyjne Salony stworzyły
wówczas coś większego — „Salon". Już nie konkretny
Salon w salonie mającym pawiment, drzwi, ściany, okna i sufit, lecz
ponadsalonowy światopoglądowy „Salon", jednoczący
wszystkie konkretne Salony Wpływu, obejmujący całe buntowniczo
filozofujące środowisko inteligenckie i promieniujący na całą Europę.
Jego ponadlokalna siła propagandowa — siła salonowego Paryża — była
znaczna. M. Boehn: „Umysł francuski, który w wieku XVIII cały świat
uzależnił od siebie, znajdował ogniska skupiające w kołach
towarzyskich. Duch francuski zrodził się w salonie i rozpowszechniał się,
przechodząc z jednego do drugiego, dopóki nie obiegł całego świata
(...) Tylko Paryż mógł stać się ośrodkiem życia umysłowego w
rozmiarach, jakich dotychczas nie znano, gdyż jednoczył w sobie
wszystkie korzyści, jakie daje fakt, że w stolicy gromadzili się ludzie
najwybitniejsi. Wszyscy oni znali się, obcowali ze sobą (...) Ruch umysłowy
zbliżał najróżniejsze koła i przyczynił się do wytworzenia
warstwy społecznej, w której jako w elicie jednoczyły się wszystkie
wybitniejsze umysły"*. Tę „warstwę społeczną"
obdarzono później (dopiero w XX stuleciu) mianem „środowiska
inteligencji" vel „środowiska intelektualistów" —
lewicowych, rzecz jasna, bo czyż inteligencja ludzka w ogóle może być
prawicowa? * — Tłum. P. Hulka-Laskowski. 2. „Dzieci Sartre’a” Termin „inteligencja" to w znaczeniu psychologicznym zespół
zdolności umysłowych człowieka. Natomiast w znaczeniu socjologicznym
to warstwa społeczna. Jako pierwszy użył owego drugiego znaczenia...
Polak, K. Libelt (1844); jako drugi... Rosjanin, W. G. Bieliński
(1846); jako trzeci... również Rosjanin, P. D. Bobrykin (~ 1860). Lecz
do powszechnego użycia termin taki wszedł dopiero po I Wojnie Światowej,
a rangę encyklopedyczną i swoiście klanową zyskał po II Wojnie.
Rodzime encyklopedie przedwojenne zupełnie go nie stosują, z jednym
wyjątkiem — „Encyklopedia Ultima Thule" (1933) daje
przy zakończeniu hasła psychologicznego „Inteligencja"
krótką notkę: „ W znaczeniu
zbiorowym inteligencją nazywa się ogół ludzi mniej lub więcej wykształconych".
Tymczasem we wszystkich encyklopediach drugiej połowy XX wieku to
znaczenie dostaje już odrębne hasła, spore w dużych kompendiach lub
lapidarne w jednotomowych (exemplum „Mała Encyklopedia PWN”: „Inteligencja — warstwa ludzi wykształconych, zajmujących się zawodowo pracą umysłową; zależnie od poziomu wykształcenia, kwalifikacji intelektualnych i umiejętności pełnią funkcje naukowe, kulturalne, organizatorskie, ideologiczne". W PRL-u zaszeregowanie: „inteligencja pracująca" brzmiało dla tak zaszeregowanych nobilitujące, i w III Rzeczypospolitej „inteligencja" to wciąż brzmi dumnie, bo wyróżnia z tłumu „roboli” i „chamów”. Gdy A. Michnik oznajmił dekadę temu dziennikarzom „Polityki": „ — Ja jestem polskim inteligentem! (redakcj |