Waldemar Łysiak



RZECZPOSPOLITA KŁAMCÓW



SALON

 

 

  

 

Spis treści:

Zamiast noty edytorskiej

Część I — WSTĘP czyli „ — Wkurza mnie dosłownie wszystko!".

Część II — SALON WPŁYWU

1. Salon historyczny

2. „Dzieci Sartre'a".

3. „Coś w mózgu".

4. „Salon" PRL-u — część I (prostytucja)

5. „Salon" PRL-u — część II (klika i alibi)

6. W stronę Sartre'a

7. „Opozycja koncesjonowana".

8. Elitarne dziuple i centra

Część III — MALEFICUS MAXIMUS

1. Zło

2. Od trockizmu do KOR-u

3. Pieski przydrożne

4. Tajny cyrograf „świnksa"

5. Przejęcie władzy

6. Budowanie zrębów

Część IV — CZTERECH JEŹDŹCÓW „SALONU"

1. Czerwony harcerz

2. Gensek honorowy

3. Postępowy katolik

4. Święty guru

 

Część V —„SALONU" GRZECHY GŁÓWNE

1. Klientela

2. „Polityczna poprawność".

3. „Murzynek Bambo" a sprawa polska

4. „Salon" ci wszystko wybaczy

5. „Caritas maior iustitia”

6. Elegancja tolerancja

7. Rozdźwięki wśród tolerastów

Część VI — DYKTAT KULTUROWY „SALONU".

1. „Terroryzm intelektualny"

2. „No pasaran!”

3. Cenzura

4. „ — Panu już dziękujemy! "

5. Laur Nobla daj mi luby!

6. Literacki geniusz, „ Mirek "

7. Promocja, czyli „przemysł kreowania polskich Kunder"

8. Desperados

ZAKOŃCZENIE

 

© Copyright by Waldemar Łysiak 2004 

[copyright autora obejmuje również wszystkie rozwiązania graficzne i typograficzne książki ]


Wydanie I Warszawa 2004

Opracowanie typograficzne i graficzne: Waldemar Łysiak i Adam Wojtasik 

Projekt okładki: Adam Wojtasik

Redakcja techniczna: Adam Wojtasik

WYDAWNICTWO NOBILIS — Krzysztof Sobieraj ul. Dominikańska 33, 02-738 Warszawa, tel./fax: 853-12-61, e-mail: nobilis_l@wp.pl

ISBN 83-917612-5-8

Skład i łamanie: Wydawnictwo Key Text, Warszawa
Druk: Łódzka Drukarnia Dziełowa SA 90-215 Łódź ul Rewolucji 1905 r. nr 45

 

 

 

Zamiast noty edytorskiej

Zamiast noty edytorskiej chcemy dać tylko krótki cytat. Pasuje on do niejednej z książek Waldemara Łysiaka, lecz do żadnej innej jego książki tak bardzo, jak do tej, którą właśnie oddajemy w ręce Czytelników. Dziewięć lat temu amerykański (polonijny) publicysta i edytor, Józef Dudkiewicz, rzeki:

Pisarz tak wrażliwy jak Łysiak jest genialnym sejsmografem nastrojów społecznych, wydobywa i wypowiada to, co skryte jest głęboko, jeszcze nie artykułowane, niepokoi, porusza, a nawet kieruje zbiorowymi emocjami (...) W polskiej tradycji uważa się, że jeżeli naród nie może mówić własnym głosem, Bóg zsyła mu pisarza. On mówi za naród i w imieniu narodu".

 

 

Pamięci Zbigniewa Herberta książkępoświęcam

„niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda

dla szpiclów katów i tchórzy (...)

i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy

przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie"

Zbigniew Herbert, „Pan Cogito"

Nie masz ze złymi pokoju"

Jean de La Fontaine

 

Część I

WSTĘP

czyli „— Wkurza mnie dosłownie wszystko”

 

 

— Wkurza mnie dosłownie wszystko! Ale najbardziej wkurzają mnie Zośka i telewizja. I Zośka, i telewizja, mówią mi, że nie jestem stuprocentowym mężczyzną. Według Zośki powinienem zwolnić lub przynajmniej zastrzelić mojego szefa, a według telewizji powinienem cały czas wymierzać ciosy karate i grzać z broni maszynowej do wielu bezczelnych osób, robiąc przy tym przerwy dla akrobatycznego seksu lub dla lizania silikonu o rozmiarach piłek futbolowych. No i powinienem być kulturystą, jak ci telewizyjni mężczyźni, którzy są zawsze opaleni i uśmiechają się dwiema koliami idealnie równych, śnieżnobiałych zębów.

Kto tak mówi ? Tak mówi niejeden mający jakąś Zośkę i łykający zglobalizowaną telewizję mieszkaniec naszego globu, lecz nie Polak. Polak mówi cosik innego, kiedy zaczyna od słów:

„ — Wkurza mnie dosłownie wszystko!". Polaka bowiem wkurzają problemy ważniejszej rangi niż głupi-wredny-skąpy szef i wyścigowy megaerotyzm supersamców i supersamic, lansowany przez media jako zwykła norma gatunku „homo sapiens". Polaka wkurza wielostronna mocarstwowość jego niepodległej ojczyzny, wypracowana mozolnie w ciągu piętnastu lat kultywowania suwerenności (1989-2004). Między innymi:

• Mocarstwowość aferalna. III Rzeczpospolita jest absolutnym rekordzistą świata pod względem mnogości i częstotliwości występowania afer finansowych z udziałem sfer rządzących i wyższych szczebli administracji. Liczba tych kryminalnych afer w stosunku do liczby ludności daje imponujący wskaźnik procentowy — mocarstwowy tout court.

• Mocarstwowość parlamentarna. III Rzeczpospolita ma funkcjonujący parlament, mimo iż ogromna większość posłów tudzież senatorów to analfabeci, półanalfabeci oraz wszelkiej maści szumowiny. Tylko prawdziwe mocarstwo jest w stanie przetrzymać taki poziom parlamentaryzmu.

• Mocarstwowość korupcyjna. III Rzeczpospolita (obok kilku krajów Czarnej Afryki) plasuje się na samym wierzchołku potęg łapówkarskich, gdyż bez trudu (a często i bez możliwości uniknięcia tego) kupuje się w niej wszystkich, od gliniarza i biurokraty niskiego szczebla, przez sędziego, prokuratora i członka administracji każdego szczebla, do funkcjonariusza rangi rządowej i do ustawodawcy czyli do Sejmu włącznie (exemplum ustawa o grach losowych).

• Mocarstwowość kooperacyjna. Rodzimi politycy i urzędnicy nagminnie kooperują z gangsterami, gangsterzy z policją, a policja z każdym, kto wręczy stówę lub więcej, czemu parasol dają tzw. „służby", wobec którego to układu legendarna siatka powiązań i model skuteczności mafii sycylijskiej są mizernym przedszkolem systemowo-strukturalnej kooperacji.

• Mocarstwowość myśliwska. W III Rzeczypospolitej nie ma ludzi kuloodpornych, bez kłopotów odstrzeliwuje się każdego, z premierami (exemplum były premier Jaroszewicz), ministrami (exemplum Dębski czy Sekuła) tudzież komendantami głównymi policji (exemplum Papała) włącznie. Czasami tylko broń myśliwską zastępują wnyki płócienne bądź sznurowe (exemplum regularne „samobójstwa" popełniane wewnątrz cel przez tzw. „głównych świadków" w sprawach kryminalnych grożących zdemaskowaniem politykom szczebla rządowego).

• Mocarstwowość walutowa. III Rzeczpospolita ma walutę dużo silniejszą od permanentnie słabnącej waluty USA, co Amerykanom nakręca eksport (wiadomo, że im słabsza waluta, tym zyskowniejszy eksport), a sternikom polskiego monetaryzmu (L. Balcerowicz i spółka) winduje dumę i stopę życiową. A. Kaletsky („The Times"): „Dla gospodarki uzależnionej od eksportu silna waluta to pocałunek śmierci (...) Amerykański biznes kwitnie dzięki niskiemu kursowi dolara". Znaczącym rewersem tej walutowej mocarstwowości III RP jest fakt, iż Polska to bezkonkurencyjne Eldorado dla międzynarodowych spekulantów walutowych, których „krótkoterminowe kapitały spekulacyjne" determinują (łatają dorywczo) polski budżet, z gigantyczną szkodą dla bieżących i dla perspektywicznych finansów państwa, a cudzoziemskim spekulantom przynoszą szybkie fortuny.

• Mocarstwowość eksportowa. III Rzeczpospolita eksportuje rekordową liczbę czarnej siły roboczej do europejskich krajów rozwiniętych i za ocean.

• Mocarstwowość zatrudnieniowa. Aż 80% Polaków nadających się do pracy zdobyło zatrudnienie! Co prawda większość z nich ma pracę bardzo źle płatną, lecz 80% to jest liczba!

• Mocarstwowość egzystencjalna. Aż 50% polskich rodzin nie egzystuje w strefie ubóstwa, i aż 70% polskiego społeczeństwa nie egzystuje na granicy wegetacji biologicznej z braku środków do życia!

• Mocarstwowość postępowo-artystyczna. Antykatolicko ukrzyżowany przez polską artystkę penis jako sztandarowe (bo najgłośniejsze) dzieło sztuki III RP, dające nam bardzo wysoką pozycję w rankingu kulturowym „postępowej ludzkości", którego kryteria wyznacza międzynarodowa awangarda.

• Mocarstwowość sportowa. Polski góral, skaczący na nartach, parokrotnie zwyciężył wszystkich konkurentów z kilku krajów uprawiających tę dyscyplinę sportową.

 

Owa wieloraka prężność państwowa (którą ino nadmieniłem, bo można długo wskazywać jej filary) coraz to wyrywa Polakom warknięcie: „ — Wkurza mnie dosłownie wszystko!". Gdy na początku lipca tego roku (2004) zebrał się wewnątrz salki warszawskiego Stowarzyszenia Studiów i Inicjatyw Społecznych tłumek patriotów, znany pisarz-satyryk, M. Wolski, rzekł dziennikarzom: „ — Przyszło nas tak wielu, ponieważ każdego z nas krew zalewa pięć razy w tygodniu. A mnie może nawet częściej, kiedy widzę co się dzieje w kraju z wywalczoną wolnością!". Jak ten czas leci! Wywalczyliśmy ją półtorej dekady temu!

Piętnaście lat to dużo czasu. Co prawda tuż przed tymi latami wasalna Polska (PRL) odnotowała dekadencję gospodarczą (głęboki kryzys ekonomiczny lat 80-ych XX stulecia) i zbiedniała koszmarnie (kartki zaopatrzeniowe, ocet na półkach sklepowych), lecz piętnaście lat to wystarczająca ilość czasu, by suwerennie i mądrze się rządząc — rozkwitnąć. Niemcy (NRF) w ciągu piętnastu lat (1949-1964) dźwignęli się ze schyłkowowojennej i poklęskowej nędzy do stanu kwitnącego, lecz mieli polityków (K. Adenauer) i ekonomistów (L. Erhard) klasy super. Kogo miała przez swoje piętnaście wiosen (1989-2004) III Rzeczpospolita? Przez cały ten czas rządzili nią kombinatorzy i nieudacznicy, dlatego Ojczyzna dalej jest europejskim krajem drugiej kategorii, na cokolwiek nie spojrzymy: krajem nędznych szos trzeciej (prowincjonalnej) i czwartej (śmiertelnej) klasy; krajem nędznych pensji i nędznego prawodawstwa (utrudniającego rozwój, a krępującego sprawiedliwość); krajem nędznych (wręcz katastrofalnych) systemów ubezpieczeń, oświaty i służby zdrowia; krajem nędznych „stróżów prawa" (nie odróżniających łuski pistoletowej od czołgowej); krajem nędznych polityków (nie odróżniających interesów państwa od interesów szwagra); itd.

Ze wszystkich tych fatalnych atrybutów III Rzeczypospolitej, jako główną (gdyż bazową, źródłową) „czarną dziurę" trzeba wskazać tzw. „czynnik ludzki": rządzących, którzy sprzeniewierzyli się (jedni premedytacyjnie, inni mimowolnie, dzięki własnej głupocie) swemu posłannictwu, ergo: powinnościom człowieka sprawującego władzę. Są one klarowne, a ich definicja nie wymaga wielu słów. Cesarz Napoleon ujął je krótką (i całkowicie wyczerpującą) formułą: „Zadaniem rządzących jest prawidłowe administrowanie tudzież krzewienie gospodarki, kultury, nauki, moralności, sprawiedliwości i dobrobytu". Wszystko. Polska, wyzwolona (staraniem prezydenta R. Reagana i „Solidarności") z tłamszącego komunizmu sterowanego przez Moskwę, i funkcjonująca długie piętnaście lat jako suwerenna III Rzeczpospolita, nie dorobiła się niczego prócz owej suwerenności (czyli prócz samostanowienia terytorialnego, demokracji elekcyjnej, swobody prywatnej działalności ekonomicznej i wolności słowa). Żadnych plusów ujętych przez definicję Bonapartego: ani dużej, konkurencyjnej gospodarki (wyjątki, jak Orlen, tylko potwierdzają czarną regułę), ani rzetelnej administracji, ani chwalebnej kultury, ani przyzwoitej nauki, ani moralności, sprawiedliwości i dobrobytu. Ani nawet cywilizowanych szos. Powiedzcie Francuzowi, Hindusowi czy Włochowi, że największe terytorialnie państwo wschodniej Europy, któremu doskwiera brak dobrych dróg, przez ostatnie piętnaście lat zdołało wybudować ledwie sto kilkadziesiąt kilometrów autostrad, a on umrze ze śmiechu. To jest jak symbol całej sytuacji — całej dzisiejszej kondycji państwa polskiego.

Czemu kilkudziesięciomilionowego kraju nie stać na więcej niż parę mikroskopijnych odcinków autostrad? Bo władza nie ma pieniędzy. Nie ma na drogi, na służbę zdrowia, na rozwój nauki, na renty, na zasiłki, na godziwe pensje dla maluczkich — na wszystko (ma tylko na sowite emerytury dla dawnej „nomenklatury" i dla komunistycznych oprawców — esbeków, politruków, wszelakich „mundurowych" — tu forsa leje się strumieniem, ci nie płaczą). Cóż, wpływy do budżetu są zbyt małe! — mówi władza (każda władza w ciągu minionego piętnastolecia). Fakt, są zbyt małe. Ale prawda jest taka, że byłyby wręcz „zbyt duże" (jakkolwiek bulwersujące czy cudacko to brzmi), gdyby notorycznie nie tracono miliardów.

Przyczyn idiotycznego bądź łajdackiego tracenia przez państwo polskie miliardów złotych można wskazać mnóstwo, lecz trzy główne to absurdalnie rozbuchany moloch etatowo-dietowy prominentów (od kancelarii premiera do rad samorządowych), prywatyzacja i aferyzacja. Pierwszy grzech główny z wyżej wzmiankowanych: mamy szesnaście województw, gdy starczyłoby kilka; mamy horrendalną (zupełnie bezsensowną) liczbę powiatów; mamy przeogromny Sejm i duży Senat (odchudzenie każdego o co najmniej 50% radykalnie poprawiłoby ich funkcjonalność); mamy zbyt liczne i zbyt komórkowe (czytaj: etatowo) rozdęte ministerstwa, pełne multiplikujących się „gabinetów"', mamy dziesiątki państwowych Agencji, Funduszy, Rad oraz innych, równie niepotrzebnych instytucji, które bez żadnego pożytku dla ludzi ssą wielkie pieniądze. Cały ten monstrualny system parlamentarnej i administracyjnej biurokracji, w której wszędzie funkcje i etaty się dublują (exemplum Rada Polityki Pieniężnej, struktury wojewódzkie, itd.), jest synekurowo-farmazońską maszynką do połykania bajońskich pieniędzy, które zamiast wzmacniać państwo i ułatwiać życie społeczeństwu — utrzymują tylko (i to utrzymują luksusowo) nieprzebrane rzesze „znajomych królika". Wszystkie te sowite (eufemizm, gdyż bardzo często: arcylukratywne) płace, premie, nagrody, odprawy, diety, rekompensaty, „zwroty kosztów", etc., etc., etc. — to kolosalna studnia bez dna, permanentnie masakrująca budżet. Sekundują temu rytualne wręcz procedury tracenia olbrzymich sum w ramach prywatyzacji i aferyzacji:

Pierwotna prywatyzacja majątku postpeerelowskiego (czyli „uwłaszczeniowa" prywatyzacja fabryk przez ludzi starego, czerwonego reżimu) dawała państwu wpływy komiczne, bo było to prywatyzowanie hucpiarskie, właściwie rozdawnictwo „samym swoim" lub sprzedaż za bezcen, a późniejsza „przetargowa" prywatyzacja (sprzedawanie, głównie cudzoziemcom, metodą przetargów) dawała wpływy mocno zaniżone (gdyż wyprzedawano głupio lub łapówkarsko — często „zwyciężała" firma oferująca mniej, a przegrywała ta, która proponowała dużo więcej). Do tego rozliczne mega-afery, setki głośnych afer — od „afery FOZZ", przez, „markową", „rublową", „bankową", „alkoholową", „papierosową", „benzynową", etc., etc., aż do najświeższej (lato 2004), tej ze sprzętem medycznym, plus afery ciche, nieumedialnione — zabrały państwu (czyli społeczeństwu) setki miliardów złotych! Łącznie — sumy tak gigantyczne, że ich połowa uczyniłaby III Rzeczpospolitą krainą „płynącą mlekiem i miodem". Tymczasem stało się odwrotnie — kraj płynie szam­bem. Nie jest to wina przypadku, losu, zbiegu okoliczności, naturalnych kłopotów „transformacji", pecha, fatum, kiepskiej koniunktury międzynarodowej, klęsk żywiołowych czy bezlitosnej Opatrzności Bożej, tylko takich a nie innych ludzi rozdających polskie karty, vulgo: sprawujących w Polsce rządy. Już dekadę temu (1994) publicznie wyraziłem marzenie, iż kiedyś „władzę w dręczonym, ośmieszanym i prostytuowanym kraju przejmie si­ła honoru, wyznająca kult polskiej racji stanu oraz prymat służebności wobec człowieka. Ci, którzy dziś władają, są lokajami diabła". Scharakteryzowałem ich wtedy następująco (odwołując się metaforycznie do trzech wielkich dzieł literackich):

„Budują złodziejsko-bananowy ustroik, w którym «folwark zwierzęcy» przybiera dla zamydlenia oczu trochę bardziej ludzką twarz dzięki humorystycznym elementom «komedii ludzkiej». Orwell + Balzac + Hugo, gdyż, kapitanowie dryfującej łajby to «nędznicy». Spryciarze, których przeszłością jest prosowiecka agenturalność bądź kolaboracja ideologiczna, a teraźniejszością władza zachapana dzięki trikowi z «okrągłym stołem». Nie mają żadnych talentów do wznoszenia autentycznych struktur praworządności. Co gorsza — nie mają nawet chęci budowania czegoś przyzwoitego. Mają tylko genetyczne cwaniactwo, lepkie łapy, zgniłe sumienia i gęby pełne uspokajających frazesów. Ta sama, co niegdyś, «dyktatura ciemniaków», wzbogacona o współudział szulerów dyplomowanych. Zamiast pracy dla rozwoju, zamiast realizowania znośnej codzienności i projektowania szlachetnej wizji dla milionów ludzi — kompletny pat, kreu­jący wszechobecną upiorność. Upiorna gospodarka, upiorna administracja i sejmokracja, upiorna jurysdykcja, upiorna korupcja, upiorna przestępczość, upiorne dziury szos i domowych budżetów — pełny rozkład funkcjonalności, sprawiedliwości, moralności, zdrowego rozsądku oraz szacunku wobec prawdy i prawa. Upiorni spryciarze-grabarze na belwederskich, sejmowych, rządowych, wojewódzkich, miejskich, gminnych i bankowych-tronach. Upiorny kraj, w którym życie to koszmarny sen — czysta upiorność. Cóż zawiniła Polska losowi, że oddał ją w pacht takim ludziom ?

Pytanie egzaltowane? Bez wątpienia. Lecz egzaltacja płynąca z rozwścieczonej duszy jest mniej karygodna niż hipokryzja płynąca z ich pysków nawykłych do łgarstw, do tumanienia grabionego przez nich ludu. Tak jak histeria buntownika ma wartość większą od historii tworzonej przez komediowych łotrzyków, którzy sprawują rządy lekceważąc Dekalog".

Minęło dziesięć lat. Czy oprócz jednego słowa („belwederskich" — prezydent już nie mieszka w Belwederze) musiałbym cokolwiek zmienić w powyższym tekście dając go dzisiaj do gazety jako recenzję obecnego stanu państwa i obecnej konduity tegoż państwa sterników? Nic! I wcale nie wygląda to tak tragicznie tylko na prowincji, gdzie nędza jest dziś straszna, przekraczająca wszelkie wyobrażenia tych grup sytych mieszczuchów, którzy sądzą, że odwiedzają prowincję, kiedy jadą do swoich relaksowych dacz mazurskich. Weźmy duże miasto, Poznań, stolicę Wielkopolski, zamożniejszej przecież aniżeli tzw. „Polska B" (Polska wschodnia). Rzeszów czy Białystok nigdy nie przestały marzyć o dobrobycie Poznaniaków. Tymczasem najnowsze dane (2004) mówią, iż w Poznaniu 85% rodzin wielodzietnych (czworo dzieci lub więcej) żyje poniżej minimum socjalnego, 53% poniżej minimum ubóstwa, i 38% poniżej minimum egzystencji ! Co pozwala zrozumieć czemu 73 % rodaków tęskni do PRL-u — wtedy było im lepiej! Kto jest temu winny?

Winowajcom — różowemu „Salonowi" — poświęcam tę książkę. Ramy czasowe (1989-2004) nie wynikają tylko z faktu, iż piszę ją właśnie w roku 2004. To nie jest przypadkowe piętna­ście lat. Rok 1989 dał początek III Rzeczypospolitej, a rok 2004 dał swoistą klamrę — Polska wstąpiła do Unii Europejskiej, częściowo tracąc odzyskaną piętnaście lat wcześniej suwerenność. Zaczął się nowy etap, będący logiczną konsekwencją procesów globalizujących, unifikujących, kosmopolityzujących (czy jak je tam zwać), trwających już od dawna. Od jak dawna? W sferze ideologii: od panświatowego zakusu spiskujących „mędrców Syjonu", bądź od Leninowsko-Stalinowskiej chętki, by zbolszewizować całą ludzkość („... gdy związek nasz bratni ogarnie ludzki ród!", „Komunizm zmiecie wszystkie granice!", etc.), a bardziej serio mówiąc — od McLuhanowskiej teorii-przepowiedni względem „wioski globalnej". Zaś praktycznie: od zburzenia muru berlińskiego i od rozpowszechnienia Internetu. Prognozy głoszą (exemplum tezy wybitnej socjolożki i politolożki, prof. J. Staniszkis), że schyłek metafizyki państwa narodowego i postępujący uwiąd jego znaczenia doprowadzą jeszcze w naszym stuleciu do zaniku państw, a być może również do zaniku społeczeństw narodowych. Jedni (exemplum polski socjolog, prof. Z. Bauman) myślą, iż wkrótce nie zdoła się w ramach jednego państwa zapewnić obywatelom wolności, bezpieczeństwa i dobrobytu, więc utrzymywanie swobód demokratycznych i dawanie ludziom pracy będzie wymagało struktur większych, ponadnarodowych, globalnych. Inni (konserwatyści, tradycjonaliści) biadają, iż zmierzch państwa całkowicie suwerennego będzie Apokalipsą ludów. Lecz i oni widzą, że niełatwo będzie utrzymać dawny porządek świata, vulgo: egzystować na interglobie (internetowym globie) „po staremu". Każdy to widzi.

Jedni zrozumieli to wcześniej, inni dopiero teraz, z chwilą wstąpienia Polski do Unii. Ja byłem wśród tych, którzy zrozumieli (co nie znaczy, że się ucieszyli) wcześniej. Wcale nie dlatego, że jestem taki mądrala, lecz dlatego, że byłem kibicem najbardziej uniwersalnego sportu świata — futbolu. Futbol radykalnie się zmienił pod każdym względem — i pod względem try­bun, i pod względem murawy. Kiedy chodziłem na stadion jako smarkacz (z ojcem), jako gołowąs (z gronem kolegów) i jako wąsacz (z żoną) — obok siedziała elita artystów i aktorów (K. Rudzki, G. Holoubek i inni). Mecz to było kulturalne święto. Później wszyscy kulturalni uciekli z trybun, bo nikt nie lubi obrywać szklaną butelką w czerep. Dzisiaj na mecze piłkarskie jeździ i chodzi już wyłącznie bandycka dzicz, nie po to, by obserwować grę, tylko by dewastować kolej państwową i autobusy, dyskutować ze sobą łańcuchami, nożami, „bejsbolami", „francuzami", prętami i siekierami, a wspólnie przywalać munduro­wym „psom", którzy zresztą boją się „kiboli" panicznie. Ale jeszcze bardziej zmieniła się murawa stadionu, dokładniej zaś ci, którzy po niej biegają — przestali być narodowi.

Dziesiątki lat drużyny ligowe i reprezentacje państwowe były jednolite narodowo, stanowiąc swoiste (sportowe) delegatury i zworniki patriotyzmu. Człowiek był dumny, kiedy wygrywali „nasi". Kibicowało się „swoim", rodakom (jakże to „szowinistycznie" dzisiaj brzmi, z punktu widzenia regulaminów „poprawności politycznej"). Hiszpanie grali przeciwko Anglikom („Angolom"), Niemcy („Szkopy") przeciw Francuzom („Żabojadom"), Czesi („Pepiki") przeciw Włochom („Makaroniarzom"), et cetera. Później międzynarodowe władze futbolu umiędzynarodowiły drużyny klubowe, ale tylko kosmetycznie, zezwalając, by w klubie grało dwóch cudzoziemskich piłkarzy. Nacisk dużych pieniędzy, które daje piłka, zniósł po pewnym czasie wszelkie ograniczenia i bariery, dlatego dzisiaj niejedna drużyna klubowa ma w składzie więcej cudzoziemców niż autochtonów, i więcej kopaczy czarnoskórych, śniadoskórych lub żółtoskórych niż białych. Wśród elity klubowej nie ma już drużyn narodowych par excellence. Definitywne internacjonalizowanie stało się faktem, gdy za sprawą różnych sztuczek z imigracją i z obywatelstwem („naturalizacja" etc.) reprezentacje państwowe Europy poczerniały od przedstawicieli tropikalnych wysp i Czarnego Lądu (Anglia, Francja, Holandia itd.) tudzież zmuzułmanizowały się od wyznawców islamu (Niemcy, kraje skandynawskie itd.). Często widzimy, że 50% reprezentacji brytyjskiej składa się z Murzynów; w reprezentacji francuskiej 80% czarnoskórych muzułmanów jest normą, a zdarzało się już, że wybiegała ona na boisko bez jednego białego! Pan Molier umarł za wcześnie, on by to dobrze skomentował. Fredro też by miał twórczą inspirację, gdyby widział jak w reprezentacji Lechistanu biega czarnoskóry (ksywka od kibiców: „Czarnecki") Polonus rodem z Kenii, a może z Nigerii lub innego regionu nadwiślańskiego. Mnie to bardziej wstydzi niż złości, czego proszę nie mylić z rasizmem (jedyny rasizm wyznaję wobec rasy ludzi wrednych, bez względu na kolor skóry) — ma to tylko związek z czymś, co zwę „elementarną przyzwoitością", no i z nostalgią. Żal mi tamtych czasów, gdy drużyny (klubowe i państwowe) reprezentowały jedenastoosobowo kraj swoich przodków — swój historycznie rodzinny kraj. Było w tym coś pięknego, romantycznego, patriotycznego. Coś nie tylko dla oczu, lecz i dla serca. Kiedy się to zmieniło radykalnie w tyglu globalnej koktajlizacji i kosmopolityzacji — zrozumiałem (kilkanaście lat temu!), że futbolowa rewolucja to jedynie próg rewolucji światowej (w pierwszym rozpędzie europejskiej) o charakterze analogicznym. Jej finalnym europejskim akordem będzie przerobienie Wieży Eiffla na minaret meczetu.

Ta rewolucja, czy raczej rewolucyjna ewolucja, doprowadziła Polskę do Unii Europejskiej, czyli do kołchozu, gdzie patriotyzm może sobie być klubowy, lecz nie narodowy, a suwerenność duchowa, lecz już nie jurysdykcyjno-administracyjna. Polacy zgodzili się na to w sposób demokratyczny — głosowaniem. Nie poszedłem głosować; wcale nie dlatego, że byłem przeciwny wstąpieniu mojego kraju do Unii, tylko dlatego, że nie potrafiłem we własnym rozumie i we własnym sumieniu rozstrzygnąć co będzie lepsze, akceptacja czy odmowa. Widziałem pewne „za", i widziałem pewne „przeciw"; jedne i drugie równoważyły się jak szale wagi, której ramię tkwi poziomo. Mając tę ambiwalencję, wolałem nie przykładać ręki. Wskutek tego zachowałem czyste sumienie. Dzisiaj postąpiłbym inaczej — z czystym sumieniem oddałbym głos. Gdyby drugie referendum było dzisiaj — głosowałbym przeciwko wstąpieniu bez wahania. Nie wstępuje się do jaskini szulerów. Nie zezwala na to scalająca Dekalog maksyma (przykazanie przykazań): „Pewnych rzeczy się nie robi!".

Molestowano cię, byś rozegrał mecz piłki nożnej, wchodząc do drużyny kompletowanej przez twoich sąsiadów. Zgodziłeś się, bo zagwarantowano ci (pisemnie!), że w wybranej spośród tychże sąsiadów jedenastce będziesz grał jako napastnik. Tuż po pierwszym gwizdku sędziego inni (co silniejsi) członkowie drużyny, owi sympatyczni sąsiedzi, którzy cię namówili, każą ci zejść z boiska, wyznaczając funkcję podającego piłki, jakie wyleciały na out. A w przerwie mógłbyś przynieść graczom piwo. Po meczu zaś wysprzątać szatnię. Dowcipni sąsiedzi, prawda? Jeżeli dla któregoś Czytelnika futbolowa metafora jest zbyt zawiła, użyję drugiej, karcianej. Namówiono cię, byś został członkiem klubu pokerowego, zapoznano z regułami gry i podpisano z tobą umowę. Gdy już siedziałeś przy stoliku, oznajmiono ci, że w każdym rozdaniu dostaniesz jedynie trzy karty, a przewidziany regułami gry komplet kart (pięć) będą dostawali tylko gracze silniejsi od ciebie muskulaturą, na co masz się zgodzić, bo inaczej zostaniesz uznany za chuligana i możesz być represjonowany. Dowcipne, prawda? Taki właśnie dowcip zrobiono Polsce.

Sterujący Europą lewaccy farmazoni (Francuzi, Niemcy i Belgowie) znęcili Polaków traktatem Nicejskim, czyli wizją związku suwerennych państw, wśród których Polska miałaby mocną rangę elektorską, vulgo: decyzyjną. Dlatego głosujący w sprawie akcesji Polacy opowiedzieli się za akcesją: za Unią funkcjonującą według Nicejskiego traktatu — traktatu, który sygnowali wszyscy partnerzy. Tymczasem, tuż po naszym przystąpieniu do Unii, jej wcześniejsi członkowie oznajmili Warszawie (wskutek dyktatu Francuzów, Niemców i Belgów), że Nicea przestała się im podobać, więc arbitralnie uznają tamten pakt za nieważny. Miast niego, będzie obowiązywała wykreowana przez nich konstytucja unijna, która radykalnie zmniejsza polską siłę głosu, czyli deklasuje Polskę — wyrzuca nasz kraj z grona państw rozgrywających, spychając go do grona ciurów. Tym sposobem Paryż, Berlin, Bruksela and Co. złamały swoje obietnice (wabiki) wobec Polski (który to już raz w historii Zachód cynicznie Polskę okłamał?), gwiżdżąc na paragrafy świeżo sygnowanego traktatu. Co zrobił wobec tego „przekrętu" (szantażu-dyktatu) warszawski rząd? Komunistyczny rząd M. Belki podpisał się pod tą szczwaną intrygą unijnych hochsztaplerów (czerwiec 2004), „dając d..."! Użyłem kolokwializmu rodem z rynsztoka, bo wprowa­dzono nas do Rynsztoka — do europejskiej szulerni, gdzie lewicowi zachodni kłamcy, niczym farmazońskie lumpy, kochają „ dymać frajerów ".

Konstytucja unijna, przyjęta przez wszystkie rządy (ale miejmy nadzieję, że nie przez wszystkie społeczeństwa — będą jeszcze referenda konstytucyjne!), daje kilku „rozgrywającym" państwom (zwłaszcza Francji i Niemcom) pozycję unijnych hegemonów, którzy mogą lekceważyć dużo z tego, co zostało ich rękami podpisane. Klasyczny przykład już dokonany to bezkarne złamanie przez Francję i Niemcy wymogów tzw. Paktu Stabilizacyjnego, który zabrania przekraczać trzyprocentowy deficyt państwa, a przekraczającemu grozi surową finansową karą. Paryż i Berlin przekroczyły (2003) i nie zostały ukarane wcale, co jest zrozumiałe, bo w przyrodzie rzadko się zdarza, by słabszy mógł karać silniejszego. Ów precedens bezspornie dowiódł, że — jak w każdej zdemoralizowanej ferajnie — zakazowe prawo obowiązuje tylko maluczkich, nigdy gigantów. Inne precedensy (rozliczne afery łapówkarskie i kumoterskie na szczytach biurokracji unijnej) dowiodły już, że ta struktura i jej formalna stolica (Bruksela) są równie zdegenerowane jak wszystkie centralistyczne biuro­kracje systemów, w których malwersacja stanowi regułę, a kłamstwo gra rolę „modus operandi" (sposobu działania). Tylko między latami 1995 a 1999 wykryto wewnątrz UE półtora tysiąca afer i nadużyć, na łączną kwotę 950 milionów euro! Tylko za kadencji J. Santera jako przewodniczącego Komisji Europejskiej jego unijni komisarze (siedemnastu ludzi) dopuścili się co najmniej 27 wielkich złodziejskich, łapówkarskich i spekulacyjnych „przekrętów" (27 wykryto). Skorumpowany moloch europejski cuchnie jak każdy centralistyczny demokratyzm-autokratyzm.

Przez niespełna pół wieku taką dyspozycyjno-nakazową centralą dla Polski i dla kilku KDL-ów („Krajów Demokracji Ludowej") była Moskwa. Teraz jest nią dla prawie całej Europy Bruksela, jej unijna biurokracja, która ma działać wedle traktatu konstytucyjnego, a ten równie głęboko jak dyktat Kremla ogranicza suwerenność państwową członków Unii. Powie ktoś: demonizujesz, eurosceptyku, przecież Unia to nie czerwony system nakazowo-rozdzielczy — to kapitalizm, liberalizm i wolny rynek! Czyżby? M. Słomczyński: „Gospodarka UE jest daleka nie tylko od zasad liberalnych, lecz także od zasad bardzo nawet ograniczonej gospodarki wolnorynkowej. Dopłaty, kwoty produkcyjne, kontrola handlu, podział rynków zbytu, wszechobecna biurokracja, itd. — to odwzorowanie przez UE gospodarki nakazowo-rozdzielczej realnego socjalizmu".

Wspomniana „wszechobecna biurokracja UE" będzie dyrygowała nie tylko gospodarką — będzie, wedle konstytucji, rozdawała karty w każdej dziedzinie funkcjonowania każdego kraju. Nie chcąc, by zarzucono mi antyunijny subiektywizm — miast wyszczególniania wątpliwości czy obiekcji własnym językiem, cytuję szacowny „The Economist", który z chwilą przyjęcia konstytucji przez rządy pisał: „Formalnie Unia będzie działać tylko w sprawach «ponadkrajowych». Wszelako każda kwestia «ponadkrajowa» rzutuje na politykę wewnętrzną krajów-członków, nie wyłączając polityki zagranicznej, społecznej, środowi­skowej (ekologia) czy podatkowej. Owszem, kraje mają możli­wość weta w czterdziestu «obszarach», lecz każde weto może być odrzucone liczbą głosów przez silniejszych. Brukseli oddano w pacht rozliczne aspekty sądownictwa i kodeksu karnego, problemy azylowe, migracyjne oraz związane z przepływem siły roboczej, uregulowania tyczące sfery socjalnej państw-członków, itd. Zatem Unia będzie miała prerogatywy we wszystkich niemal «obszarach» i możliwości rozszerzania tych prerogatyw. Weźmy choćby kwestię podatkową. Co prawda konstytucja unij­na mówi o podatkach od firm i podatkach typu VAT, lecz któż wzbroni Brukseli rozszerzyć te regulacje na podatki od do­chodów osobistych ? Są to kwestie tak istotne dla polityki wewnętrznej każdego państwa, iż każdy suwerenny rząd winien się sprzeciwić pozbawianiu swych wyborców prawa decydowania o nich samych". „Financial Times" sumował krytykę identycz­nie, pisząc, że tylko dzięki radykalnemu zreperowaniu (to jest usensownieniu, i uprzyzwoiceniu, i odtotalizowaniu) tej fatalnej konstytucji „wyborcy zyskaliby wreszcie poczucie, ze Europa biurokratów i bankierów może być w każdej chwili rozliczona przez zwykłych obywateli". Czyż nie o to chodzi w demokracji? Unijny demokratyzm ma się do demokracji mniej więcej tak, jak miała się do demokracji bolszewicka „demokracja ludowa", a do prawidłowej ekonomii — „gospodarka socjalistyczna". Co rodzi obawę, że zamieniając Moskwę na Brukselę — „zamienił stryjek siekierkę na kijek".

Wśród eurosceptyków Unia budzi wiele obaw, nie wyłączając gastronomicznych (vide szokujące czasami, a czasami komiczne regulacje i restrykcje wobec lokalnych przysmaków, mierzenie krzywizny bananów i długości ogórków, etc.) tudzież terytorialnych. Polscy eurosceptycy boją się zwłaszcza o nasze Ziemie Zachodnie, traktując unifikację Europy jako niemiecki spisek, który umożliwi „Szwabom" pokojową restytucję dawnych niemieckich terenów metodą gier prawnych, gdy metoda wojenna jest obecnie niemodna i niewykonalna. Co wcale nie musi być oszołomską „spiskową teorią dziejów"', bo historia wielokrotnie już dowiodła, iż „spiskowa teoria dziejów" ma permanentną skłonność do zamieniania się w spiskową praktykę dziejów. Mnożące się niemieckie organizacje (Powiernictwo Pruskie, Ziomkostwo Ślązaków, Związek Wypędzonych itp.), które twardo i coraz bezczelniej żądają zwrotu niemieckich „majątków" (czyli, mówiąc klarownie: polskich Ziem Odzyskanych), liczą na to, że prawodawstwo UE da im je przejąć, a politycy niemieccy wypowiadają się w tej materii mętnie, mydląc oczy. Euroentuzjasta ceni niedawne słowa kanclerza G. Schrödera, iż Berlin nie będzie akceptował i wspomagał dążeń do zwrotu. Ów euroentuzjasta zapomina (lub nie wie), że ten sam Schröder wcześniej rzekł „ ziomkostwom"'.

„— Bądźcie cierpliwi, ja wam zwrócę wschodnie landy. Zaufajcie mojej metodzie". Dlatego dzisiaj sytuacja zrobiła się ta­ka, iż nawet liberalny „Newsweek" (piórem W. Korzyckiego) piętnuje terytorialne żądania Niemców (2004): „Wygląda na to, ze zwolennicy zbliżenia polsko-niemieckiego nie docenili potrzeby uregulowań prawnych. Skupiając się przez minione dziesięciolecia na wybaczaniu i proszeniu o wybaczenie, i taktownie czekając aż niezabliźnione rany przeszłości same się zagoją, zostawiliśmy pożywkę dla gangreny, która dziś rozprzestrzenia się z zaskakującą szybkością". Unijna konstytucja nie rozprasza takich obaw — raczej obawy potęguje. Między innymi przez rozwlekłość, zawiłość i mętny język swych paragrafów, dzięki czemu możliwe są różne triki z „interpretacją".

Wzorem bezbłędnej konstytucji jest konstytucja USA. Krótka, lapidarna, klarowna — samo sedno. Natomiast pisana biurokratycznym żargonem konstytucja unijna to dwustustronicowy (!) gniot o 450 (!) artykułach, z którego normalni ludzie zrozumieją mało. Przez swą bełkotliwość ułatwia ona krętactwo „interpretacyjne" i generalnie sprawia, że — jak się wyraził znany niemiecki filozof, J. Habermas — „Elity polityczne będą teraz mogły realizować co chcą nad głowami ludów". „Financial Times":

„Autorzy konstytucji unijnej niczego się nie nauczyli od amery­kańskich „ojców-założycieli», których dzieło to jasny i zwięzły dokument". Unijny dokument jest równie jasny co hieroglify faraonów. Dam przykład. Oto fragment pewnego bardzo istotnego paragrafu: „Zgodnie z traktatem Amsterdamskim, postanowiono o przeniesieniu JHA z trzeciego filaru do pierwszego, z automatyczną klauzulą przejściową". Tłumaczenie tego hieroglifu (alias wyrażenie jego treści po ludzku) brzmi tak: sprawy wewnątrzkrajowe, również związane z sądownictwem, mogą być rozpatrywane na poziomie europejskim, a więc ponadkrajowym (czyli ograniczającym, uszczuplającym bądź wręcz lekceważącym suwerenność kraju w wielu dziedzinach).

Kto zmajstrował tę „ eurokonstytucję " dzielącą członków Unii po orwellowsku ( na „równych" i „równiejszych"), a będącą zbiorem praw zaspokajających głównie ambicje Francji i Niemiec? Europejski lewicowy „Salon"— różowe (lewicujące) towarzystwo, które od dawna wyznacza polityczno-obyczajowy tudzież laicki kurs „starego kontynentu" dzięki licznym ławom rządowym i przede wszystkim dzięki swej nieomal monopolistycznej sile opiniotwórczej (medialnej), indoktrynującej miliony ludzi lewacko-ateistyczną, modernistyczno-leseferyczną, tolerancjonistyczno-utopijną, tresującą świadomość formułą 3 x „po" („postępowa polityczna poprawność"). Przynosi ona autentyczny, znany medycynie, „paraliż postępowy" — rosnący paraliż mózgów i sumień dużej części europejskiego stada. Ale właśnie o to lewackim dyrygentom idzie — o łatwość sterowania bydłem ludzkim, tak gminnym, jak i (zwłaszcza) wykształconym, fakultetowym, mającym się (całkowicie niesłusznie) za ludzi inteligentnych, a nie tylko za formalnych inteligentów.

Jako naczelny redagował „ eurokonstytucję " były prezydent Francji, V. Giscard-d'Estaing (klasyczny przykład rozpowszech­nionego we Francji, kryptolewicowego „postępowca", grającego centrystę bądź centro-prawicowego liberała, jak choćby obecny prezydent, J. Chirac), który miał dużo współpracowników i doradców z kilkunastu krajów, jednak wśród tych pomagierów nie widziano autentycznych prawicowców, konserwatystów, tradycjonalistów (prawicowe rządy Hiszpanii czy Włoch wniosły jedynie poprawki, dla kosmetyki). Nic więc dziwnego, że teraz lewica zazwyczaj wychwala „eurokonstytucję", a prawica ją toleruje (exemplum Włochy), gani (exemplum Holandia) lub przeklina jako skandaliczny knot (exemplum Anglia). Również w Polsce zachwyt deklarują czerwoni (SLD, SdPl, UP) i różowi (UW), gdy cała opozycja wiesza psy na tym dokumencie i na sygnatariuszu, którym był pupil prezydenta A. Kwaśniewskiego, premier M. Belka. Nie musiał sygnować bez walki o polskie interesy — konstytucja wcale nie musiała być uchwalona w czerwcu 2004 (premier Irlandii, B. Ahern, obejmując kilka miesięcy wcześniej prezydencję Unii, głosił, iż nie sądzi, by „eurokonstytucja" została uchwalona już w roku 2004). To fakt, że Hiszpanie, sterroryzowani przez muzułmańskich ludobójców, błyskawicznie wymienili sobie rząd na lewicowy, i Warszawa straciła sojusznika negocjacyjnego, lecz to nie powód, by haniebnie, w dzikim pośpiechu, kapitulować przed Niemcami i Francją. Zwłaszcza co doliczby należnych Polsce głosów i co do braku Chrześcijaństwa wewnątrz preambuły konstytucyjnej.

Koroną niemoralności „eurokonstytucji" jest milczenie preambuły głównego dokumentu jednoczącej się Europy na temat głównego fundamentu Europy, jakim było Chrześcijaństwo. Cała kultura i cywilizacja europejska tworzyły się, wzrastały i krzepły w oparciu o tę wiarę — bez niej byłyby zupełnie inne, vulgo: Europa byłaby zupełnie inna. Negowanie tego (przemilczenie jest w tym wypadku aktem brutalnej wprost negacji) to sprawka nikczemna. A. Besancon (antylewicowy filozof francuski): „ Coś, co nazywamy Europą, uformowało się na terenie panowania Kościoła rzymskiego z obrządkiem łacińskim. Takie są fakty. Ich negowanie przez wojujący laicyzm jest zniekształcaniem przeszłości. Zły to znak, że zaprzeczamy prawdzie". Amerykanin K. L. Woodward: „Jakiego rodzaju przyszłość może być udziałem zjednoczonej Europy, jeżeli wypiera się ona swej własnej przeszłości?". Woodwarda ostrzegłbym, że to samo się szykuje i w jego kraju, w zjednoczonej Ameryce (United States), bo Amerykanie również zaczynają się wypierać — oto właśnie Sąd Apelacyjny Kalifornii nakazał usunąć z pustyni Mojave wielki żelbetowy krzyż (wzniesiony tam A. D. 1934 ku czci amerykańskich żołnierzy, którzy zginęli podczas I Wojny Światowej), bo raził uczucia... buddystów! W Europie krzyż i cały Chrystianizm najwcześniej zaczęły razić przesiąkniętych Wolterem Francuzów, którzy od ponad stu lat tak dziarsko swój kraj laicyzują (mieli już kilka rządów masońskich jawnie, wręcz formalnie!), że wspomniany piórem Besancona „wojujący laicyzm" zrobił stolicę Francji metropolią europejskiego antychrześcijańskiego zacietrzewienia.

Francja i Niemcy przeforsowały pominięcie Chrześcijaństwa w preambule konstytucji również ze strachu: są obecnie dwoma najbardziej zmuzułmanizowanymi (nie licząc potureckich Bałkanów) krajami starej Europy. Kiedyś król Młot, a później król Sobieski wstrzymali inwazję islamu na zachodnią Europę. Dzisiaj kontynent europejski stał się bezbronny. K. Grzybowska: „Zgoda na wyłączenie wartości chrześcijańskich z preambuły jest poddaniem się próbie narzucenia wszystkim nam światopoglądu laickiego, ateistycznego, odebraniem Europie duszy i jej prawdziwych korzeni. Jest również ustępstwem na rzecz mniejszości muzułmańskich, z którymi przywódcy kilku krajów, a najbardziej Niemiec i Francji, muszą się liczyć, i których po prostu się boją". Czego wystraszył się premier Rzeczypospolitej, że przyklepał swym podpisem formułę antychrześcijańską? Może gniewu swego protektora, bo „Aleksander Kwaśniewski jest an­tyklerykałem i nie kryje tego". Czyja to opinia? Opinia eksperta i naocznego świadka, Francuza J. Segueli, specjalisty od kampanii wyborczych, którego zaangażował sztab wyborczy Kwaśniewskiego, i który tak solidnie pomógł Kwaśniewskiemu, że zyskał miano „architekta triumfu Olka". Seguela opublikował kilka lat później wspomnienia ze swej roboty dla Kwaśniewskiego, ujaw­niając różne pikantne szczegóły, między innymi fakt, że ciągle musiał tłumić antykościelność pretendenta: „Musiałem go wciąż namawiać do oparcia się pokusom wsadzania Kościołowi szpili przy każdej okazji". Szpila wsadzona Kościołowi jednym podpisem przez premiera arcykatolickiego kraju ma duży ciężar. Sam M. Belka to bagatelizuje, mówiąc (konferencja prasowa), że „nie ucierpią na tym ani chrześcijaństwo, ani bóg". Co do Boga ma rację; co do Chrześcijaństwa — też chyba ma rację; lecz Europa ucierpi na tym bez wątpienia (patrz „Zakończenie" książki).

Pytanie: czy Rzeczpospolita ucierpi, czy zyska jako członek Unii? W przyszłości być może ekonomicznie zyska; chwilowo cierpi dalej, tak jak cierpiała przez piętnaście minionych lat. Dzięki wyzwoleniu z pęt komunizmu miała być ogólna poprawa, a jest bonanza dla garstki uprzywilejowanych, chwiejna stabilizacja („da się żyć") dla nielicznych, i piekło niekończącej się „transformacji" (wegetacja) dla większości, stąd większość ro­daków mówi: „ — Wkurza mnie dosłownie wszystko! ". Wszystko, czyli „perpetuum mobile" niesprawiedliwości, rosnącego ubóstwa, szalejącego złodziejstwa i dominującego w życiu publicznym kłamstwa. To nie przypadek, że — jak wykazał tegoroczny (2004) sondaż — 71% Polaków twierdzi, iż za PRL-u kłamstwa było w życiu publicznym mniej! Według tych cierpiących ludzi — kłamcy ery komunizmu (przecież systemu kłamli­wego „ex definitione") mogliby się uczyć łgać od kłamców wyzwolonej Polski, vulgo: III RP została zakłamana totalnie. Gdyby ankieterzy zapytali rozgoryczonych i wściekłych: kto tak okłamuje społeczeństwo? — usłyszeliby, ze politycy wszelakiego sortu. Premierzy, ministrowie, wojewodowie, burmistrzowie, parlamentarzyści, radni, etc. — horda demokratycznie wybieranych mandarynów i kacyków, tudzież ich kolesiów i kumotrów „ciągnących do siebie" metodą rozkradania majątku państwowego, dzielenia wpływów podatkowych, łykania dotacji, pseudokredytowania, itd., itp. (jako że każdy taki cwaniak jest bezpośrednim lub pośrednim produktem urn — w Polsce głosuje coraz mniejszy elektorat, co się zwie fachowo: „zniechęceniem elektoratu"). To oni są wszystkiemu winni! — krzyczą masy. Łapownicy, pijawki, darmozjady, karierowicze, wydrwigrosze, bufony, Dyzmy z piekła rodem — nowi „Oni", banda kłamców, „góra"! Prawdziwego, głównego, źródłowego, genezowego winowajcę i króla kłamców — różowy „ Salon" — wskazałby mało kto spośród ankietowanych. Dlatego ja chcę im go wskazać tą książką.

Naturalnie — obywatele wykształceni, myślący i bystrzy, bez ściągawki wiedzą, że złe elity polityczne (administracyjne, par­tyjne, sejmowe, rządowe et cetera) to tylko zauważalny łatwo trąd lub widoczna gołym okiem wysypka skórna, gdy źródło choroby tkwi głębiej, w innej elicie — elicie decydującego wpływu. O tej ukrytej elicie mówiła już dwanaście lat temu (1992) szefowa emigracyjnego pisma „Echo — Niezależny Tygodnik Polski" (Toronto), G. Farmus: „Polski układ polityczny ma w środku jakiś niedostrzegalny gołym okiem stalowy trzon, jakieś spoiwo niewiadomego pochodzenia, które ujawnia się w momentach konfliktów. Okazuje się, ze jest pewna grupa ludzi, która tym wszystkim steruje". Steruje i deprawuje — nie tylko polityków, lecz i masy ludzi. Nawet lewicujący B. Margueritte (spolszczony Francuz) przyznał dekadę temu: „Wyśmienitym sposobem zagwarantowania władzy pewnych grup, pewnych elit, jest podejmowana szeroko próba deprawowania ludzi, co czyni ich podatnymi na wszelkie manipulacje". Ten właśnie mechanizm i te "pewne grupy, pewne elity" — chcę wskazać moją książką.

Kłopot ze wskazywaniem nie będzie merytoryczny (dowodów i argumentów jest aż nadto), tylko rynkowy. By wskazać super-kłamcę biedniejącemu społeczeństwu (owym trzem czwartym bądź czterem piątym społeczeństwa, którym w III Rzeczypospolitej wiedzie się tak źle, iż szorstki „kraj demokracji ludowej" ja­wi się im krainą raju, stąd bez uśmiechu powtarzają dowcip: „lepiej już było") trzeba tym ludziom sprzedać napisaną książkę. Jednak „tym ludziom" brak pieniędzy na mleko i na skarpetki dla dzieciaków, więc żadnej książki nie kupią, choćby kosztowała kilka złotych. Mówię o ludziach czytających dawniej (o belfrach, studentach, absolwentach, pielęgniarkach, niższej rangi medykach, urzędnikach, itp.), którzy dzisiaj wegetują. Sprzedaż książek malała co roku przez te piętnaście lat — była to piętnastoletnia „krzywa opadająca", z każdym rokiem mniejsze nakłady. Im bardziej wzrastała pauperyzacja społeczeństwa, tym słabiej sprzedawał się druk — to są naczynia połączone. Swoją rolę gra tu również urynkowienie kosztów: koszty tzw. „przygotowalni", papieru oraz druku, plus marże hurtowników i księgarzy (a więc łącznie rynkowa cena książki) są w Polsce porównywalne z kosztami produkcji i dystrybucji (a więc z ceną książki) na Zachodzie, tymczasem płace, emerytury i renty są wielokrotnie mniejsze niż tam. Krach definitywny nastąpił późną wiosną 2004, gdy równoczesne wejście Polski do Unii i skok cen benzyny wywołały lawinowy wzrost cen żywności i nie tylko (podrożenie kredytów, inflacja etc.). Wówczas „ostatni Mohikanie" czytelnictwa zaczęli omijać księgarnie. Hurtownicy książkowi masowo bankrutują, księgarze też (w mojej dzielnicy, na Saskiej Kępie, padła właśnie przedostatnia księgarnia — została już tylko jedna); bessa księgarska przypomina legendarny krach z Wall Street. Bóg wie dla ilu ludzi (dla ilu niedobitków) piszę tę książkę.

Mam zresztą wrażenie, iż to nie ja winienem ją pisać, ale ktoś inny, bardziej utalentowany. Znam co najmniej sześciu ludzi, którzy napisaliby ją lepiej. M. Ogórek lub M. Rybiński — wirtuozi satyry felietonowej — zrobiliby sobie z tematu cudowne „ja­ja", gdyby chcieli, jednak pierwszy na pewno nie chciałby, bo pracuje dla flagowej gazety „Salonu", organu A. Michnika, zaś drugi też chyba nie ryzykowałby, bo pracuje dla „Rzeczypospolitej", która się o „Salon" ociera, wykazując instynkt samozachowawczy „comme il f aut". Cudownie wypatroszyłby „Salon" rymami satyryk-poeta, M. Wolski, ale tu dla jednej tylko (choć już wyblakłej) gwiazdy „Salonu"— dla „pana Tadeusza" Mazowieckiego — trzeba byłoby użyć niewiele mniej rymów niż w „Panu Tadeuszu", więc pewnie Wolskiemu nie chce się aż tak rymotwórczo harować. Również J. Szpotański, autor kapitalnych kontrpeerelowskich satyr pisanych sekretnie za czasów PRL-u („Cisi i gęgacze", etc.) — rymami wrzuciłby „Salon" do wychodka, czyli tam, gdzie jego miejsce. Brawurowo mogłoby się rozprawić z „Salonem" pióro wybornego publicysty i pisarza, R. A. Ziemkiewicza, który niegdyś smażył pyszne anty salonowe felietony (będę je cytował), lecz teraz szef jego rodzimej .Gazety Polskiej", P. Wierzbicki, tak lizusowsko kokietuje Michnika, że autorzy publikujący w „GP" mają „szlaban" na flekowanie „Salonu" (wolno im ciężko dokładać tylko Lepperowi, Millerowi i innym czerwonym) — nie wiem, czy to formalny zakaz szefa, czy autocenzura odkąd „Gazeta Wyborcza" publikuje felietony Wierzbickiego. No i wreszcie S. Kisielewski — „Kisiel"!  Każdy, kto zna „Dzienniki" „Kisiela", wie, że mógłby on roznieść na strzępy swym bezlitosnym, ostrym niby brzytwa piórem, cały różowy „Salon". Mógłby — i nie mógłby. Wpierw powiem dlaczego mógłby to zrobić jak nikt inny.

„Kisiel" pisał diariusz w latach 1968-1980. Formalnie pisał „do szuflady" (o czym wielokrotnie wspomina, wyrażając obawę, iż prędzej czy później bezpieka skonfiskuje zapiski), lecz jak każdy piszący twórca (był kompozytorem, publicystą i literatem) musiał brać pod uwagę, że kiedyś doczekają się druku. Ciche pisarstwo (antykomunistyczne pisanie w erze komunizmu) nie zmienia faktu, że człowiek tworzący piórem nigdy nie pisze wyłącz­nie „sobie a muzom" lub tylko dla własnych wnuków — zawsze smaruje dla szerszego grona odbiorców, choćby jeszcze nienarodzonych, i choćby realia polityczne miały uniemożliwić druk przez wiele lat. Czy jest to świadome, czy podświadome — nie ma znaczenia. Znaczenie ma wszakże inny fakt: takie notatki pisane bez szansy rychłego druku (a „Kisiel" nie przewidział, iż komunizm padnie nim upłynie wiek XX) — czyli, z punktu wi­dzenia bieżącej logiki, istotnie pisane „do szuflady" — są zawsze swobodniejsze vel prawdomówniejsze, bardziej bezkompromisowe, gdyż piszącego nie krępuje autocenzura stricte polityczna tudzież (co może i ważniejsze) autocenzura towarzyska (środowiskowa) oraz żadne hamulce obyczajowe tego rodzaju, który dziś zwiemy „polityczną poprawnością". Stąd kolosalna różnica między tymi notatkami a późniejszym (później pisanym, lecz wcześniej wydanym) „Abecadłem Kisiela", gdzie —jak eufemizował w przedmowie do „Dzienników" L. B. Gorzeniewski — „czytelnik znajdzie sądy o ludziach bardziej wyważone". Co znaczy: już ufryzowane (ocenzurowane koneksjami i uwikłaniami towarzyskimi autora), bo tę rzecz „Kisiel" pisał (dyktował) „z perspektywy końca PRL-u", licząc na jej rychłe upublicznienie drukiem. Zatem jedynie „Dzienniki", wydane pięć lat po śmierci autora, są ekspozycją mówionej przezeń bezlitośnie „prawdy, całej prawdy i niczego jak tylko prawdy". „Kisiel" zmarł w 1991, miał więc trzy lata wolnej Polski — 1989, 1990 i 1991 — by samemu zdecydować o ich druku, lecz się nie odważył (na edycję zezwoliły roku 1995 jego dzieci, we wstępie, dla świętego spokoju, zastrzegając, że różne sądy ojca „z perspektywy czasu wydać się mogą zbyt surowe"). Notabene — mógłby to „Kisiel" sam opublikować już dużo wcześniej, korzystając z wydawnictw emigracyjnych, lub w kraju roku 1981, kiedy wystraszona przez „Solidarność" cenzura (kto dziś jeszcze o tym pamięta?) właściwie nie działała, puszczano do druku wszystko (ja wówczas publikowałem m.in. kilkuodcinkowy artykuł na te­mat... cenzury i jej represji, pt. „Cenzuriada"). Lecz się nie odważył, mniej ze względów polityczno-ustrojowych — bardziej ze strachu przed „Salonem". Diariusz „Kisiela" bowiem jest treściowo tyle samo antykomunistyczny, co antysalonowy — wprost krzyżuje wielu koryfeuszy „Salonu".

Również język kisielowego diariusza jest tak „niepoprawny", że z punktu widzenia dzisiejszych „postępowych" kryteriów stawia włosy na głowie. Nie chodzi o to, że czasami padają tam „ wyrazy " (często bez wykropkowania !): „ch..", „k...". „p .........." itp., lecz normalne słowa, które pod naciskiem każdego różowego „Salonu" (rodzimego, europejskiego, światowego) zostały surowo zakazane, więc dzisiaj nawet konserwatyści-tradycjonaliści boją się ich używać, gdyż długoletnie już lewicowe odium rzucone na dawne słownictwo działa kneblująco, wytwarzając podświadomą autocenzurę, której uniknąć nie sposób. Dziś się pisze: „gej", „homoseksualista" czy „kochający inaczej"', „Kisiel" diariuszowy nie stosuje żadnych eufemizmów, tylko pisze: „pederasta", „ciota", „pedał", „wstrętny pedzio" (no i z lubością przytacza kawały antypedalskie; exemplum: „W Ameryce wzięto do wojska wszystkich pederastów. Po co? Żeby zajść Rosję od tyłu!"). Kanalie gani wprost, pisząc: „bydlę", „skurwysyn", „świnia", „stara świnia", itp. Murzynów zwie „Murzynami" lub „czarnymi" (mnóstwo jest w „Dziennikach" złośliwości na temat Murzynów), co brzmi dzisiaj wobec „Afroamerykanów", „Afrykanów", „mieszkańców Afryki" bardzo obraźliwie. I wreszcie — horrendum horrendorum — zamiast pisać: „Polak pochodzenia żydowskiego", „Polak z rodziny żydowskiej" itp., lub (jeszcze lepiej, a właściwie najlepiej) w ogóle rezygnować ze wskazywania korzeni familijnych czy też rasowych, „Kisiel" notorycznie traktuje ludzi pochodzenia niegojskiego per: „Semita", „Żyd", „głupi Żyd", „stary Żyd", „typ rabinistyczny", itp.

 

Czy był antysemitą? Nic z tych rzeczy, i to nie dlatego, że miał serdecznych kumpli Żydów (antysemici też mają), lecz dlatego, że prawdziwym antysemityzmem gardził jak każdy przyzwoity człowiek. Zdawał sobie wszelako sprawę, że owa częsta w diariuszu krytyka peerelowskich „Żydów" (aparatczyków tudzież opozycjonistów lub pseudoopozycjonistów dominujących w ówczesnym „Salonie") wygląda niczym antysemityzm, więc tak ją komentował: „I oto sam mówię po antysemicku — każdy ma widać swój antysemityzm, na jaki go stać". To prawda — każdy ma taki antysemityzm, na jaki go stać. Żydzi również. Wielu stuprocentowych Żydów było „zoologicznymi antysemitami", choćby autor „Kapitatu", K. Marks, który wyklinał „żydowskie szachrajstwo" i samo „żydostwo" używając słów cięższych od tych, jakich Hitler użył w „Mein Kampf" (sic!). Pisarz W. Wirpsza wspominał, że znany aforysta, Żyd S. J. Lec. swego adwersarza, znanego krytyka literackiego, Żyda A. Sandauera, zwał „parchem" i na Wirpszę krzyczał (głośno, publicz­nie, w bibliotece Związków Literatów): „ — Bo to jest ten twój antysemityzm, że ty Żyda od parcha nie odróżniasz!."

Cytując „Kisiela", urwałem jego wypowiedź tyczącą antysemityzmu; teraz już daję pełny cytat: „I oto sam mówię po antysemicka — każdy ma widać swój antysemityzm, na jaki go stać. Przypomina mi to endecką, przedwojenną piosenkę, śpiewaną na nutę majufesa. «Same Żydy, same Żydy, ta ra ra ram! Jak się pozbyć tej ohydy, ta ra ra ram!». Fu! Ale prorocze". Prorocze było dlań m.in. to, że „Semici" zdominowali w PRL-u „górę" obu stron barykady — w stalinowskim PRL-u wierchuszkę represyjną (bezpieczniacką), a w „odwilżowym" PRL-u czołówkę dysydencką (czyli salonową), co następująco tłumaczył: „ Właściwie prawie wszyscy Żydzi zaczęli to z początku robić — taki ich instynkt, żeby być w przodzie..." (kropki nie moje, lecz autora). O typowym „Żydzie" peerelowskiego „Salonu" wyraził twardy sąd: „Kiedyś stalinista i literacki ubek, potem wygłupił się w telewizji służalstwem (...), donosiciel i szpicel, postać arcynędzna, ale jakoś nie mam doń pretensji toć i pluskwa jest stworzeniem bożym. Skoro tylu sprytnych Żydów z Dzielnej i Nalewek zginęło w gazie, daruję jednemu, że przeżył i wciela w sobie spryt tamtych wszystkich. A niech se żyje.'".

Ciarki przechodzą, gdy się to czyta. Tak samo przechodzą, gdy się czyta książkę S. Remuszki o „Gazecie Wyborczej". Remuszko był przyjacielem A. Michnika, uruchamiał razem z nim „GW" i przez rok współredagował. Tylko rok. Nie wytrzymał królującego w redakcji zalewu kłamstwa i hipokryzji, złożył dymisję (1990), a dziewięć lat później (1999) opublikował zbiór dokumentów na temat „GW" („«Gazeta Wyborcza». Początki i okolice. Kalejdoskop"), pisząc przy końcu: „Co się zaś tyczy antysemityzmu, to, po pierwsze, jestem antysemitą z całą nieubłaganą pewnością, ponieważ w tym zbiorku negliżuję «Gazetkę», a jak głosi złośliwa (antysemicka) zaśpiewka: «Gazetka, gazetka, nikt nie ma w niej napletka...» (...) Przed rozpoczęciem pracy w «Gazecie Wyborczej» wręcz oburzałem się, gdy ktoś w mojej przytomności wyraził się krytycznie o Żydach. Jeden rok spędzony w tej redakcji był lekcją co się zowie, święty mógłby utracić wiarę! I choć wciąż mam zaszczyt cieszyć się starą przyjaźnią paru wspaniałych Polaków żydowskiego pochodzenia, to dziś, poznając od czasu do czasu nowe osoby tej proweniencji, zachowuję — by tak rzec — dodatkową ostrożność (...) Według «Wyborczej», wszystko, co świadczy o jakichkolwiek charakterystycznych cechach pewnych żydowskich środowisk, jest przejawem antysemityzmu".

Wróćmy do „Kisiela" i jego „antysemickich" zapisków. Peerelowski „Salon" obrywa na kartach diariusza często, choć nie pada tam ów termin (ten termin pojawił się w publicystyce dopiero około połowy lat 90-ych XX stulecia). „Kisiel" wystawił surowe cenzurki tak zagranicznym ikonom „Salonu" (vide Paryżanin J. Giedroyc), jak i krajowym (vide patron A. Michnika, A. Słonimski, czy J. Turowicz, szef „Tygodnika Powszechnego” , będącego „ krakówkową" ekspozyturą kościelnej przybudówki „Salonu"). Salonowe werdykty-dogmaty miażdżył bezpardonowo. Exemplum anatema, którą lewicowcy rzucili (obowiązuje ona w „Salonie" i dzisiaj) na „faszystowskie" rządy generała Franco. „Kisiel" kontrował: „Generał Franco to jeden z największych polityków europejskich. Dla Hiszpanii zrobił masę, bo: 1) ocalił ją przed komunizmem, 2) ocalił ją przed hitleryzmem, 3) ocalił ją przed wojną, nie przystępując do niej jak idiota Mussolini, 4) przeczekał powojenne ataki aliantów, po czym wprowadził Hiszpanię do sojuszu zachodniego, co dało jej dzisiaj koniunkturę i «cud gospodarczy». W polityce liczą się prawdziwe dokonania, nie zaś bufonada i puste słowa jak u de Gaulle'a". Itp., itd. — można tak cytować długo (trochę cytatów dam jeszcze w innych rozdziałach mej książki). Nic dziwnego, że kiedy „Dzienniki" się ukazały (1996) — „Salon" dostał amoku. Lawiną „recenzji" karcono „Kisiela" za zdradę, za brednie, za ślepotę, za ksenofobię, za niesprawiedliwe sądy, krzywdzące ludzi bez skazy, etc., etc. Lecz to ujadanie trwało krótko, wściekłość raptownie zgasła, jakby przyszły inne dyspozycje, zdano sobie bowiem sprawę, że trupa nie można zabić, przeciwnie — wyklinając można go tylko wskrzesić, gdyż egzorcyzmująca nagonka jest superreklamą, dzięki której ludzie masowo biegają do księgarń po ten pasztet.

Wyraziłem opinię, że „Kisiel" mógłby lepiej niż inni sportretować „Salon", a zarazem nie mógłby. Skąd ta sprzeczność? Stąd, że „Dzienniki" mają wyraźną cezurę — jest nią rok 1976 (rok Radomia i Ursusa). Diariusz lat 1968-1975 — to czyniona ostrym piórem, bezpardonowa wiwisekcjajatka całej lewicy, tak rządowej (czerwonej), jak i dysydenckiej (różowej). Potem to się zmieniło. Zwłaszcza wobec A. Michnika, jego współpracowników, współwyznawców i giermków. W diariuszu sprzed roku 1976 co i rusz czytamy, że środowisko Michnika to „ludzie zaczadzeni marksizmem", „marksizujący Semici", „niedobitki marksistowskich rabinów we wschodniej Europie", plus proroczą obawę: „Znów jakieś marksistyczne szakale przygotowują się, aby nami rządzić". Po roku 1975 „marksistyczne szakale" prezentują się u „Kisiela" inaczej — są teraz gronem miłych i chwackich zuchów. Widać to i w „Dziennikach", i w „Abecadle Kisiela". Czy dlatego, że Michnik zlecił mu napisanie przedmowy do swej książki i zezwolił publikować w korowskich pismach (co było dla „Kisiela" bardzo istotne, bo reżimowa cen­zura nie dawała mu zarabiać publicystyką legalną)? Czy może również przez pewne kompleksy, które sprawiły, że wolał sympa­tyzować z opozycją lewacką, a nie z tą twardą, bezkompromisową, bezukładową opozycją antykomunistyczną, której żadne marksizmy się nie imały?

Figury tych nielicznych twórców o dużych nazwiskach (Herbert czy Herling-Grudziński), którzy nie chcieli akceptować żadnej reformy socjalizmu (żadnego „socjalizmu z ludzką twarzą") i żadnej pseudoopozycji („opozycji koncesjonowanej"), więc wszelakiemu lewactwu mówili krótko: paszoł won! — po roku 1976 już tylko denerwowały „Kisiela", człowieka wcześniej piętnującego próby naprawiania PRL-u jako „kompletną bzdurę", a próby dogadywania się z reżimowcami jako „dyskusje rabiniczne"! Ku naszemu zdumieniu ten „drugi" „Kisiel" mówi o Herlingu: „ Nadaje polityczną linię taką powstańczą, moralną, buntowniczą, a ja mu tłumaczę, że zostaniemy w Związku Sowieckim do śmierci, więc żeby nie zawracał głowy "; i o Herbercie: „Wydał mi się zarozumiały za bardzo, i jakiś taki... nie wiem... no, wywyższający swoją moralność ponad innych. Czego ja nie lubię, bo wszyscy jesteśmy wychowani przez Stalina i nie ma się co tak bardzo wywyższać". Tymczasem ludzi rzeczywiście „ wychowanych przez Stalina" (Herbert i Herling byli tego wychowu zaprzeczeniem) — jak Michnik, Kuroń, Geremek, Koźniewski czy Mazowiecki — „drugi" „Kisiel" chwali! Jesz­cze w 1973 roku T. Mazowiecki to dla „Kisiela" typowy „zniewolony umysł", a w roku 1988 już sama poczciwość. Kuroń zaś (dawniej „marksistyczny szakal") to „wybitny taktyk", Michnik — „człowiek ciekawy, błyskotliwy i odważny", etc. Parę lat wcześniej „pierwszy" „Kisiel" określał ich lewackie ględzenia mianem idiotyzmów.

Skąd ta zmiana? Nie wiem. Wiem tylko, że „pierwszy" „Kisiel" (ten sprzed roku 1976) mógłby bezkonkurencyjnie załatwić swym piórem cały „Salon" (i peerelowski, i postpeerelowski), a „drugi" „Kisiel" już raczej nie. Dlatego napisałem, że mógłby i nie mógłby. Nie mógłby, oczywiście, także z tego powodu, że zmarł A. D. 1991. Czy gdyby pożył kilkanaście lat dłużej, zdołałby się wściec widząc jak A. Michnik biesiaduje kumplowsko z czerwonymi oprawcami (Jaruzelskim, Kiszczakiem i resztą) tudzież z propagandystami (Urbanem i resztą)? Być może — tego się nie dowiemy. Wiemy jedynie, że to wysoce prawdopodobne, gdyż zdążył przynajmniej trochę wkurzyć się na Michnika. Tuż przed śmiercią powiedział (dla „Młodej Polski"): „ — Ostatnio nie bardzo przyjaźnię się z Michnikiem. Widujemy się raz na pół roku i raczej się kłócimy. Kochałem go niemal w okresie KOR-u, to było wspaniale. Natomiast to, co on teraz mówi i pisze, jest bardzo często bez sensu (...) Przecież ten dzisiejszy Michnik to totalitarysta".

Więc — być może. Ale umarł trzynaście lat temu. Zatem padło na mnie, ba ja jeszcze żyję, a swych przekonań wobec „Salonu" nie zmieniłem nigdy (nie spacyfikowałem w duchu „politycznej poprawności" czy wymogów koniunktury) ani o jotę. Wciąż (już piętnaście lat) wkurza mnie dosłownie wszystko, co ci ludzie robią wewnątrz i zewnątrz „ wyzwolonego" kraju. Dalsze rozdziały mojej książki będą więc protestem przeciwko władzotwórczemu i opiniotwórczemu terrorowi, który szerzą ci lu­dzie. Będę je pisał z pobudek nie tylko idealistycznych, lecz i pragmatycznych. Jak bowiem głosi J. Sevillia (autor dzieła „Terroryzm intelektualny"): „Lepiej być po stronie prawdy, gdyż prawda wyzwala". Wielki francuski pisarz, A. Camus, rzekł wcześniej to samo: „Być wolnym, to móc nie kłamać". Dla mnie to się w tej książce przekłada na: móc bez ogródek walić prawdę o głównych dystrybutorach kłamstwa, czyli o dysponentach różowego „Salonu". Wymaluję ich „ werystyczny portret zbiorowy" (takiej terminologii używa historiografia sztuki wobec konterfektów grupowych holenderskiego Baroku). Znienawidzą mnie jeszcze bardziej, ale kij im w oko — „Prawda przeciw światu!", mówi celtycka dewiza.

 

Część   II

SALON WPŁYWU

1. Salon historyczny

Cóż to jest: salon? Przeciętny ankietowany odpowie, że jest to główne pomieszczenie, główna (reprezentacyjna) komnata pałacu domu, mieszkania, wszelakiego przyzwoitego lokum. Solidniej wykształcony człowiek, którego o to spytają, zauważy, że termin ma również inne znaczenia, mniej lub bardziej metaforyczne („salon fryzjerski”, „salon handlowy”, „salon wystawowy” itp.). Najlepiej edukowany człowiek wskaże jeszcze jeden obszar znaczeniowy terminu, obszar wysublimowany i już trochę archaiczny, tyczący towarzyskich i światopoglądowych kręgów. Spójrzmy do leksykonu: „Salon (przestarzałe) — a) Elitarne zebranie towarzyskie odbywające się stale w danym domu. b) Grono uczestników tych spotkań". Bogatsze kompendium wyjaśni też profanowi, iż pierwociną Salonów (wolę, dla odróżnienia od „salonu kosmetycznego", stosować tu dużą literę) były „salony artystyczne” lub „salony literackie” dawnych stuleci, a więc miejsca regularnych zebrań światka elitarnego — intelektualnego, artystycznego, literackiego, naukowego, polityczne­go itp. Mówiąc ciut dosadniej: każdy taki Salon był sitwą opiniotwórczą, będę więc używał wobec nich nazwy: Salon Wpływu. Pierwsza kontrowersja tyczy chronologii i zawiera się w pytaniu: kiedy powstały takie wpływowe towarzystwa-środowiska?

Zdominowanie kultury europejskiej tudzież myśli intelektualnej Europy (od XVIII wieku do początków wieku XX) przez Francję, plus gigantyczny wpływ, który na całą racjonalistyczną świadomość Europejczyków wywarło francuskie Oświecenie — to chyba główna przyczyna sytuowania (przez historyków) korzeni Salonu Wpływu nad Sekwaną wieku XVIII. Nie sądzę, aby było to słuszne. Każda epoka (również każda cywilizacja starożytna) musiały mieć tego typu koterie stale się ze sobą kontaktujące na gruncie towarzysko-strategicznym, vulgo: nie tylko dla rozrywki czy zabicia czasu, lecz i dla montowania mód, prądów, sposobów działalności, czy też wpływów lobbystycznych kształtujących władzę i lansujących figury, bądź metod twórczych kreujących zbiorowy gust, ukierunkowujących opinię publiczną etc. Starożytnych kamaryl tego rodzaju nie znamy, lecz już renesansowe czy barokowe (a więc wyprzedzające mocno francuski XVIII-wieczny Salon Wpływu) dobrze znamy:

O różnych salonowych sitwach politycznych można całe tomy pisać, jednak nawet gdybyśmy się skupili włącznie na „salonie intelektualno-artystycznym", czy (jeszcze bardziej wąsko) na „salonie literackim" — znajdujemy mnóstwo przypadków wcześniejszych aniżeli Salony Francji XVIII-wiecznej. Ich matecznikami były choćby dwory wielkich włoskich magnatów Odrodzenia, przede wszystkim florenckich Medyceuszów (to środowisko uczyniło Florencję kolebką i królową włoskiego Renesansu, a właściwie całego Renesansu Europy), lecz także Sforzów (Mediolan), Gonzagów (Mantua), Este'ów (Ferrara) czy Montefeltrów (Urbino). „Salon literacki" prowadziła w swej posiadłości (Wiltshire) pani M. Sidney hrabina Pembroke (początek XVII wieku), tak znakomita literatka doby Elżbietańskiej, iż dzisiaj toczone są dyskusje scjentyczne wokół hipotezy, że światła Mary była współautorką dzieł Szekspira, bądź wręcz ich prawdziwą autorką. Prof. G. Waller z nowojorskiego Purchase College nazwał ten Salon „wylęgarnią rewolucji literackiej". Notabene — kobiety (nie zawsze literatki lub artystki) bardzo często były gospodyniami Salonów (dawały zbierającej się socjecie intelektualnej, czy gronu dyskutantów, pomieszczenie, wyżywienie i właściwą oprawę w swych rezydencjach), lecz jak widać, nawet ta tradycja niekoniecznie jest francuska.

O ile Salon hrabiny Pembroke stał się „wylęgarnią rewolucji literackiej", o tyle francuskie Salony XVIII wieku stały się wylęgarnią rewolucji politycznej (Rewolucji Francuskiej) — przygotowały grunt ideologiczny dla gilotyn Robespierre'a. Zaczęło się to wszystko „niewinnie", trochę literacko, a trochę erotycznie, we Francji i w Niemczech XVII wieku. We Francji, bo francuski autor, H. d'Urfé, spłodził romans pt. „Astrea", gdzie setka czułych bohaterów i bohaterek zbiera się, by głosić sobie sentymentalne frazesy. Romans zrobił furorę w całej Europie; niemiecka arystokracja tak się nim przejęła, że zaczęła te fikcyjne literackie zgromadzenia małpować na gruncie salonowym czyli realnym, pod nazwą „Akademia Prawdziwych Kochanków”. Francuzi nie chcieli być gorsi, i tak powstał pierwszy francuski Salon — „Hotel de Rambouillet" (przed 1644). Historyk obyczajów, W. Łoziński, pisze (1920): „Wpływ, który salon markizy de Rambouillet wywarł na obyczaje, na stosunki towarzyskie, a nawet na literaturę swego czasu, byt bardzo znaczny".

W XVIII i w XIX wieku Salony francuskie rozmnożyły się niczym króliki. Gospodarzami-organizatorami byli mężczyźni (P. Th. Holbach, Ch. Nodier, V. Hugo i in.) lub rolę te pełniły kobiety (panie de Lambert, de Tencin, de Staël, Recamier i in.). Analogicznie zresztą (choć z opóźnieniem) działo się w zapatrzonej we Francję Warszawie (Salony T. Mostowskiego, W. Krasińskiego, A. Nakwaskiej, K. Lewockiej, pań Łuszczewskich i in.). Ewolucja francuskich Salonów przebiegała od seksu do polityki, przy stale formalnym szyldzie literatury, sztuki, etc. Pierwsze francuskie Salony były areną frywolnych kontaktów pod pretekstem kontaktów dyskusyjno-literackich (tak jak i rokokowe teatry, które bardziej stanowiły miejsce schadzek niźli miejsce kontemplowania sztuk; Casanova kpił wówczas, że większość arystokratów została poczęta w lożach teatralnych i operowych). Salony ery Neoklasycyzmu były już piekielnie rozpolitykowane — nie bez przyczyny cesarz Napoleon wygnał do Szwajcarii panią H. de Staël, w której Salonie zbierała się cała opozycja antybonapartystowska, by knuć i pod pozorem dyskusji literackich kontaktować się z agentami brytyjskiego wywiadu. Jed­nak główną rolę polityczną odegrały francuskie Salony wcześniej, u schyłku XVIII wieku, przygotowując dyskusjami i literaturą (krytyczną tudzież propagandową) wybuch Rewolucji. Jako prekursorski taki Salon historycy wskazują „salon pani Geoffrin”.

Pani Geoffrin nie była arystokratką, lecz mieszczanką (Rewo­lucja Francuska też nie była rewolucją herbową, lecz burżuazyjną). Dzięki majątkowi męża otworzyła Salon wszechpotężny, ściągając doń nie tylko śmietankę politykujących Francuzów (Monteskiusz, Wolter, d'Alembert e tutti quanti) — również cudzoziemców (Hume, Franklin, Walpole etc.). Niemiecki historyk kultury i obyczajów, M. Boehn, pisze: „Wszyscy obcy, przyby­wający do Paryża, zabiegali, by móc wejść tam". W. Łoziński pisze to samo: „ Wszystkie kraje były tu reprezentowane. Dom pani Geoffrin był kluczem do całego światka towarzyskiego w Paryżu. Kto przyjmowany byt chętnie przez nią, ten nabywał tym samym patent wykształcenia i towarzyskiej ogłady, otrzymywał paszport do wszystkich innych salonów. Nic więc dziwnego, ze każdy cudzoziemiec przybywający do Paryża, chcąc poznać wszystko co w nim było świetnego i znakomitego, starał się najpierw dostać do salonu pani Geoffrin. Z tego też powodu Sainte-Beuve nazywa salon ten «wielkim centrum i rendez-vous wieku». Na takich «rendez-vous» europejskich w salonie pani Geoffrin nie brakło też i Polaków. Do znakomitych cudzoziemców, których spotykano u pani Geoffrin, należał i Stanisław Poniatowski, późniejszy król polski. Pani Geoffrin była poniekąd pierwszą jego nauczycielką i mentorką, i — niestety lichego wychowała nam króla"'. Owszem, lichego, bo cały czas zapatrzonego w Petersburg, tak jak dwieście lat później, u krańca PRL-u, prominentni członkowie polskiego dysydenckiego „Salonu" zapatrzeni byli w Moskwę (vide rozdział 4 części III).

Wyraźne są też analogie między francuskimi salonowcami (lewicującą lub wprost lewicową elitą intelektualną) tamtych, schyłkowoburbońskich czasów, a różowymi salonowcami III Rzeczypospolitej. Intelektualistów ówczesnej Francji zwano „filozofami" (nie istniały wtedy terminy „intelektualiści", „inteligenci". „inteligencja twórcza" etc.). Tak oto przedstawia ich M. Boehn („Rokoko we Francji"): „Filozofowie mówili wprawdzie o masach ludowych i mniemali, że działają na ich korzyść, ale o ludzie nie mieli wprost pojęcia i nie utrzymywali z nim żadnych stosunków (...) Zapomniano zupełnie, ze klasy niższe stworzone są z tego samego materiału co i wyższe, że w owej chwili składały się one z ludzi bezustannie uciskanych, poniewieranych i gnębionych, że ludzie ci w ciągu całego życia mieli na oczach rozrzutność innych ludzi, ich nadużycia i niesprawie­dliwość i że na pokrycie kosztów wszystkich tych nadużyć oni właśnie pracować musieli"*. Czyż nie taki jest również, wypisz wymaluj, dzisiejszy stosunek między inteligenckim „Salonem" III Rzeczypospolitej a biedującą większością narodu? Miał świętą rację G. Nenning, który na początku lat 90-ych XX wieku autokrytycznie scharakteryzował własną klasę, lewicową inteligencie pisząc m.in.: „Bezmyślność, oschłość, zgodne wyśmiewanie Kościoła, a przede wszystkim brak serca i odwagi, by dojrzeć sytuację, w jakiej znajduje się naród".

 

*—Tłum.P.Hulka-Laskowski.

 

Kilkunastoletni okres między Salonem pani Geoffrin a Rewolucją wypełniło w Paryżu kilka Salonów, coraz bardziej upolitycznianych. Masoni (prekursorzy dzisiejszej lewicy, nienawidzący Kościoła równie mocno co ona), rozmaitej maści libertyni (wolnomyśliciele), „filozofowie”, adwokaci, literaci i biurokraci (przyszli Jakobini), słowem wszelka ateistyczna lewackość — retorycznie „ruszali z posad bryłę świata", podpalając słowami lont. Słowami kuszącymi jak rajskie jabłko, exemplum firmowe zawołanie masonów („Wolność, równość, braterstwo"), które później stało się hasłem paryskich rewolucjonistów-gilotynowców. Te ich przedrewolucyjne Salony stworzyły wówczas coś większego — „Salon". Już nie konkretny Salon w salonie mającym pawiment, drzwi, ściany, okna i sufit, lecz ponadsalonowy światopoglądowy „Salon", jednoczący wszystkie konkretne Salony Wpływu, obejmujący całe buntowniczo filozofujące środowisko inteligenckie i promieniujący na całą Europę. Jego ponadlokalna siła propagandowa — siła salonowego Paryża — była znaczna. M. Boehn: „Umysł francuski, który w wieku XVIII cały świat uzależnił od siebie, znajdował ogniska skupiające w kołach towarzyskich. Duch francuski zrodził się w salonie i rozpowszechniał się, przechodząc z jednego do drugiego, dopóki nie obiegł całego świata (...) Tylko Paryż mógł stać się ośrodkiem życia umysłowego w rozmiarach, jakich dotychczas nie znano, gdyż jednoczył w sobie wszystkie korzyści, jakie daje fakt, że w stolicy gromadzili się ludzie najwybitniejsi. Wszyscy oni znali się, obcowali ze sobą (...) Ruch umysłowy zbliżał najróżniejsze koła i przyczynił się do wytworzenia warstwy społecznej, w której jako w elicie jednoczyły się wszystkie wybitniejsze umysły"*.„warstwę społeczną" obdarzono później (dopiero w XX stuleciu) mianem „środowiska inteligencji" vel „środowiska intelektualistów" — lewicowych, rzecz jasna, bo czyż inteligencja ludzka w ogóle może być prawicowa?

* — Tłum. P. Hulka-Laskowski.

 

2. „Dzieci Sartre’a”

Termin „inteligencja" to w znaczeniu psychologicznym zespół zdolności umysłowych człowieka. Natomiast w znaczeniu socjologicznym to warstwa społeczna. Jako pierwszy użył owego drugiego znaczenia... Polak, K. Libelt (1844); jako drugi... Rosjanin, W. G. Bieliński (1846); jako trzeci... również Rosjanin, P. D. Bobrykin (~ 1860). Lecz do powszechnego użycia termin taki wszedł dopiero po I Wojnie Światowej, a rangę encyklopedyczną i swoiście klanową zyskał po II Wojnie. Rodzime encyklopedie przedwojenne zupełnie go nie stosują, z jednym wyjątkiem — „Encyklopedia Ultima Thule" (1933) daje przy zakończeniu hasła psychologicznego „Inteligencja" krótką notkę:

W znaczeniu zbiorowym inteligencją nazywa się ogół ludzi mniej lub więcej wykształconych". Tymczasem we wszystkich encyklopediach drugiej połowy XX wieku to znaczenie dostaje już odrębne hasła, spore w dużych kompendiach lub lapidarne w jednotomowych (exemplum „Mała Encyklopedia PWN”:

„Inteligencja — warstwa ludzi wykształconych, zajmujących się zawodowo pracą umysłową; zależnie od poziomu wykształcenia, kwalifikacji intelektualnych i umiejętności pełnią funkcje naukowe, kulturalne, organizatorskie, ideologiczne". W PRL-u zaszeregowanie: „inteligencja pracująca" brzmiało dla tak zaszeregowanych nobilitujące, i w III Rzeczypospolitej „inteligencja" to wciąż brzmi dumnie, bo wyróżnia z tłumu „roboli” i „chamów”. Gdy A. Michnik oznajmił dekadę temu dziennikarzom „Polityki": „ — Ja jestem polskim inteligentem!  (redakcja dała tę frazę na pierwszej stronie jako tytuł całego wywiadu) — była to i deklaracja, i dewiza środowiskowa. Taki bełkot nie zostałby jednak zrozumiany przez ludzi Zachodu (Francuzów, Włochów, Anglików, Amerykanów itd.). Dlaczego? Z przyczyn właśnie terminologicznych.

Napisałem, że hasła rozpatrujące kwestie „inteligencji" socjologicznej znajdujemy we wszystkich encyklopediach. Czy we wszystkich encyklopediach świata? Otóż nie. Tylko w encyklopediach środkowo-wschodniej Europy, Rosji i niektórych krajów Ameryki Łacińskiej tudzież Afryki, bo encyklopedie Zachodu nie znają takiego socjologicznego pojęcia, stosują wyłącznie termin: „intelektualiści”. Według badaczy problemu różnica bierze się z odmiennego tempa rozwoju gospodarczego — stosunki społeczno-ekonomiczne regionów świata zapóźnionych, wolniej usuwających feudalizm, trudniej przyswajających sobie nowoczesne formy gospodarki, wytworzyły edukowaną warstwę „inteligentów”, podczas gdy tam, gdzie zatriumfował kapitalizm (i gdzie nastąpiła „instytucjonalizacja kategorii zawodowych pracowników umysłowych”), o szerokiej warstwie społecznej się nie mó­wi, a szerokiej elicie umysłowej daje się miano „intelektualistów" (w Polsce to miano daje się wąskiej elicie twórczej).

Sama ta kategoria ludzi jest prastara — czyż Arystoteles nie był intelektualistą? Jednak dwieście kilkadziesiąt lat temu, wraz z eksplozją Oświecenia, zyskała ona nowe znaczenie — znaczenie świeckie, ateistyczne (kontrkościelne), czyli (mówiąc dzisiejszym językiem) — lewicowe. Dlatego wybitny brytyjski historyk, P. Johnson, swą głośną pracę „Intelektualiści" („Intellectuals", 1988), w której obnażył całą nędzę etyczną (a po części również rozumową) sztandarowych figur lewicy intelektualnej (Marks, Brecht, Sartre, Russell etc.), zaczyna tak: „Przez ponad dwa ostatnie stulecia wpływ intelektualistów stale wzrastał. «Awans» świeckiego intelektualisty był rzeczywiście kluczowym czynnikiem w kształtowaniu świata nowożytnego. Oceniane w dalekiej perspektywie historii, zjawisko to jest pod wieloma względami nowe (...) W wieku XVIII, wraz z upadkiem władzy duchownej, pojawił się nowy typ mentora, chętny wypełnić pustkę i  zdobyć posłuch społeczeństwa. Świecki intelektualista mógł  być deistą, sceptykiem lub ateistą. Od samego początku głosił, że poświęca się dla dobra rodzaju ludzkiego i ma obowiązek ulepszania świata. Nie czuł się związany żadnym dekalogiem religii objawionej"*.

* Tlum. A. Piber.

 

Z tym ostatnim zdaniem trudno się zgodzić, gdyż marksizm był swoistą „religią objawioną” — chociaż świecką, to fundamentalnie doktrynalną (podobnie jak jego bękart, bolszewizm, vulgo: leninizm plus stalinizm), a czołowi intelektualiści XX wieku wyznawali marksizm i komunizm, lewicując na wszelki możliwy sposób. Lewicowy intelektualizm lat 1989-2004, któremu poświęcam tę książkę, został ukształtowany przez dominującą wewnątrz warstw inteligenckich i środowisk intelektual­nych lewicowość (przez lewacki Salon Wpływu, czyli przez euro-amerykański „Salon") XX stulecia, stąd miniony wiek jest bardzo ważny dla analizowania problemu. Lista lewicujących i lewackich koryfeuszy tamtej epoki (w tym mnóstwo obdarzonych Noblem) zapełniłaby cały tom, tedy wymienię tylko przykładowe grono twórców: P. Picasso, P. Neruda, Le Corbusier, G. B. Shaw, J. P. Sartre, L. Aragon, E. Triolet, E. Herriot, H. Barbusse, U. Sinclair, E. Dmytryk, E. Kazan, R. Rolland, B. Kellerman, S. Zweig, A. Gide, H. Laxness, S. Quasimodo, etc., etc. Byli „humanistami”, gęby mieli pełne wzniosłych frazesów o „szczęściu ludów", a chociaż znali większość potworności komunizmu, nie wyłączając państwowego terroru i ludobójstwa — hołdowali Stalina i swoimi talentami sławili komunizm jako raj.

Francuski uczony, S. Leys, zapytany przez dziennikarzy „Paris Match": skąd bierze się na Zachodzie ta fascynacja intelektualistów komunizmem i Rosją — odparł (1983); „ — To stara historia. Proszę sobie przypomnieć postawę inteligencji europejskiej w latach trzydziestych. Mówiono wtedy o Stalinie dokładnie to, co trzydzieści lat później o Mao. A przecież często byli to ludzie, których trudno nazwać głupcami. Wśród wielbicieli Stalina była prawdziwa elita intelektualna, ludzie wykształceni, utalentowani, światli. Myślę, że motywy takiego postępowania są różne. Są pobudki tych, którzy stają po stronie Stalina czy Mao dlatego, że dysponują oni wielką potęgą, i że można skorzystać z odprysków tej potęgi oraz tej chwały za cenę pochlebstw i panegiryków. Jest to zjawisko niepokojące, lecz nie­stety rozpowszechnione wśród intelektualistów: korne zginanie karku przed tyranią, kult siły i władzy. Ale może też występować zjawisko przeniesienia uczuć religijnych. Stalinizm i maoizm niektórych ludzi można wytłumaczyć tylko w kategoriach religijnych. Ludzie, którzy utracili prawdziwą wiarę, szukają substytutów, bo potrzebują w coś wierzyć”.

„W kategoriach religijnych" tłumaczy się również same systemy totalistyczne. Szwajcarski konserwatywny filozof, D. de Rougemont, pisał („Udział diabła"): „System jest totalitarny, jeśli dąży do radykalnego scentralizowania wszelkich władz, świeckich i wszelkiego autorytetu duchowego. Przekształca się on wtedy w religię polityczną lub w politykę zbliżoną charakterem do religii. I to tym łatwiej, że religii, jaką przyjmuje, całkowicie obca jest wszelka transcendencja, a jej czysto doczesne cele nie tylko nie są już rozbieżne ze zwykłymi celami polityki, lecz wręcz pokrywają się z nimi”*. XX wiek udowodnił to lepiej niż jakikolwiek wcześniejszy (dużo lepiej niż choćby absolutyzmy XVII wieku, nie wyłączając rządów „króla-Słońce", czyli Ludwika XIV). Możemy, oczywiście, sięgać do Dżyngischana i porównywać, ale zostańmy raczej przy czasach nam bliższych, zwłaszcza przy paralelach między wiekiem XVIII a XIX stuleciem, porównując rusofilię intelektualistów obu epok.

*—Ttum.A.Prybes.

 

Rusofilia ma szczególnie twardą i głęboko zakorzenioną tradycję we francuskim Salonie Wpływu. Mimo że barbarzyńska XVIII-wieczna Rosja Katarzyny II była wówczas najbardziej represyjnym państwem globu, bo prawo i cywilizację pisał w niej knut — czołowi francuscy „humaniści" kształtujący wtedy opinię publiczną, vulgo: czołowi paryscy salonowcy Oświecenia (Wolter, Diderot, d'Alembert itp.) konsekwentnie gloryfikowali carycę jako arcykapłankę wolności, sprawiedliwości i humanizmu, mieniąc ją „Słońcem Północy”, wbrew najdrastyczniejszym okropnościom (chwalili nawet rozbiór Polski, twierdząc, że carat zagarnął Polskę, aby ją wyzwolić!). Jedyne ich alibi to fakt, że nie znali Rosji autopsyjnie, nie jeździli tam, łykali więc petersburską propagandę z łatwowiernością durniów. Dlatego kilkadziesiąt lat później inny Francuz, markiz A. de Custine, który wojażował po Rosji długo, opublikował na jej temat książkę (1846) będącą bestsellerem przez kolejne półtora stulecia (chociaż relacja de Custine'a charakteryzowała carat sprzed roku 1840, w XX wieku wybitny amerykański rusycysta, G. Kennan, uznał ją za „najlepszą książkę ze wszystkich, jakie poświęcono Rosji... Stalina i jego następców"!). Otóż de Custine, widząc zaszczepiony przez paryski „Salon" poziom rusofilii francuskiej, dał receptę-odtrutkę na tę ciężką chorobę umysłową, pisząc tak: „Każdemu, kto nie będzie kontent z Francji czy z własnego życia, radźcie jechać do Rosji. To podróż użyteczna dla każdego cudzoziemca. Ktokolwiek przyjrzy się temu krajowi, temu więzieniu bez wytchnienia, będzie zadowolony z życia w każdym innym miejscu".

Różnica między francuskim „Salonem" epoki Oświecenia a francuskim „Salonem" XX wieku była pod tym względem taka, że elita francuskich intelektualistów minionego stulecia jeździła do Rosji na różne stalinowskie Kongresy, Zjazdy Młodzieży czy Meetingi Pokoju, i widziała całą sowiecką potworność. Wszelako między pismami jednych i drugich różnicy nie ma żadnej! J. P. Sartre, kiedy wrócił z Sowietów (1954) i chwalił ten system, usłyszał od dziennikarza, że „coś tu chyba nie tak”, bo przecież Rosjanom nie wolno nawet wyjeżdżać za granicę z ich kraju-łagru. Skwitował to (zupełnie serio) twierdzeniem, że Rosjanie nie jeżdżą za granicę tylko dlatego, iż nie chcą, gdyż uważają swój kraj za najpiękniejszy, więc wolą siedzieć w domu!

Chociaż prawie wszyscy francuscy salonowcy XX stulecia łgali równie bezczelnie, przytoczyłem właśnie Sartre'a, bo jest on figurą kluczową. O ile w XVIII wieku taką figurą był niekoronowany monarcha paryskiego „Salonu" wolnomyślicieli, superlibertyn, „filozof” Wolter, o tyle w pierwszych dekadach drugiej połowy XX wieku  tę samą rolę pełnił filozof Sartre. Nastąpiła tu klasyczna „powtórka z rozrywki" zwana również „czkawką historii", ergo: reaktywacja libertyńskiego „Salonu" (ulubione hasełko Sartre'a i jego muzy, pani S. de Beauvoir: „Zabrania się zabraniać!"). Szanując sugestię S. Leysa, iż tego typu zjawiska „można tłumaczyć tylko w kategoriach religijnych" powiedziałbym, że Wolter był arcykapłanem „objawionej religii" francuskiego „Salonu" swoich czasów, zaś Sartre arcykapłanem lewicowej wiary „Salonu" swoich czasów. Jako prorok egzystencjalizmu, ten filozofujący pisarz i publicysta stał się niekwestionowanym guru całej światowej (a już zwłaszcza europejskiej) lewicy intelektualnej, bożkiem, któremu bito ciągłe pokłony i którego każde słowo, choćby najgłupsze, było przez co najmniej trzydzieści lat traktowane jako „słowo objawione" — „nec plus ultra" (łacińskie: szczyt perfekcji, wierz­chołek prawdy). Konfrontacji swego ukochanego egzystencjalizmu z marksizmem dokonał w „Rozważaniach o kwestii żydowskiej", dając tam m.in. miażdżące baty wszelkim antysemitom, nie tylko faktycznym, lecz i potencjalnym, czym trochę przegiął pałę, gdyż noworodki nie poczuwały się zbytnio. Założył pismo „Les Temps Modernes" („Czasy Współczesne"), długo będące jego główną trybuną, z której szerzył tezę, iż współczesność musi być lewacka i żadna inna. Nie wytrwał wszakże przy czerwieni jednego rodzaju — zrazu stalinista, po buncie anarchistycznym roku 1968 przerzucił się na maoizm, a później na goszyzm, czyli na tę formę lewicowego ekstremizmu, która zaowocowała wkrótce terroryzmem. Sartre uchodzi (słusznie) za duchowego ojca takich harcowników goszyzmu jak osławiony D. Cohn-Bendit, lecz właściwie całe pokolenie tamtych czasów to były „dzieci Sartre’a” , nie tylko zresztą w Europie, czego jaskrawym przykładem ludobójca Pol Pot, który dla lewackiej utopii wymordował co najmniej jedną trzecią Kambodżan (co najmniej dwa miliony ludzi), a studiował lewackość w sartrowskim Paryżu, czyli „Salonie" Sartre'a. Zjeżdżali do tego „Salonu" wszyscy lewicowi młodzi-gniewni świata, i znowu można to uznać za powtórkę z historii — powtórkę franc-„Salonu" XVIII-wiecznego. M. Boehn pisze o paryskim „Salonie" czasów Woltera, że ,,był nie tylko ośrodkiem towarzyskim, lecz po prostu instytucją społeczną, a co do wpływów, przewyższał siłę dzisiejszych gazet. Wszystko, co cudzoziemcy widzieli w tym salonie, było dla nich istnym objawieniem miarodajnego ducha francuskiego " *. Ana­logicznie rzecz wyglądała za czasów Sartre'a. Wśród garnących się doń cudzoziemców nie brakowało i Polaków. Wizyty składał mu patron i pracodawca A. Michnika, wolnomularz (loża „Kopernik") A. Słonimski. Z „ Kisielowego" diariusza czerpiemy ta­ką m.in. wiedzę: „Michnik wybiera się za granicę, dostał paszport (!!), miał zaproszenie Sartre'a"', „Michnik dostał pasz­port do Francji na zaproszenie Sartre'a", itp. Notabene — o samej Francji „Kisiel" pisał krótko: „Francja to kurwa", a Michnika porównywał w 1968 z Cohn-Benditem: „Cohn-Bendit, coś w rodzaju naszego Michnika", „... Cohn-Benditów (Michników)", itd. Sam Michnik mówił później (1988) do Cohn-Bendita: „ — Nie będę ukrywał, że coś mieliśmy wspólnego z trockizmem". Ano mieli (patrz rozdział 2 części III). Było to „coś w mózgu".

* — Tłum. P. Hulka-Laskowski.

 

3. „Coś w mózgu”

Noblista Cz. Miłosz, komentując służalczy wobec czerwonego reżimu etap swego życia, powiedział: „ — Uprawiałem prostytucję" (S. Wygodzki rzekł na swój temat dokładnie to samo). Owa deklaracja tyczy wszystkich intelektualistów hołdujących i reklamujących komunistyczny totalitaryzm, więc gdy dziesięć lat temu opublikowałem artykuł pt. „Blaski i nędze intelektualistów", nie bez przyczyny dałem mu jako motto tytuł sławnej po­wieści Balzaca „Blaski i nędze życia kurtyzany". Ale tu powstaje pytanie: jak to możliwe, że ludzie „z definicji" najrozumniejsi, umysłowa elita gatunku ludzkiego, ci, którzy formują opiniotwórczy „Salon", grając „moralne autorytety", przywdziewając skórę mentorów ludzkości i mechaników reperujących świat, tak łatwo i tak ochoczo stają się sługusami diabła, wyznawcami kłamstwa, szerzycielami głupot wprost piramidalnych? P. Johnson dał ostatniemu rozdziałowi swej książki „Intelektualiści" tytuł „Odlot rozumu”, konkludując: „Intelektualistom przytrafia się groźna umysłowa menopauza, którą można nazwać odlotem rozumu". R. A. Ziemkiewicz nazwał rzecz podobnie (1992): „To po prostu coś w mózgu. Jakiś obluzowany styk". Ów „obluzowany styk", którego efektem jest „odlot rozumu", czyni lewicowych intelektualistów ludzi ekstremalnie niebezpiecznych jako opiniotwórców, belfrów i sterników. Teza Kartezjusza, że „wszelka niedorzeczność znajdzie swego mecenasa wśród filozofów", pasująca bardziej do „filozofów" (intelektualistów) ery „Siècle des Lumières" niż do prawdziwych filozofów — bez­błędnie pasuje również do intelektualnej lewicy wieku XX. Każ­da bowiem bzdura, choćby drastycznie kretyńska, znajdowała wyznawcę wśród zachodnich piewców komunizmu, będących gwiazdami lewicowego „Salonu". Chcecie drastycznego przykładu? Kilkanaście lat temu prof. D. Goldfrank, podczas prelekcji w waszyngtońskim Instytucie Kennana, uczenie dowodził, że Rosja nigdy nie była siłą imperialistyczną! Chcecie świeższego przykładu? Kilka lat temu lewicowi „eksperci", pracujący dla lewicującej rozgłośni BBC, ogłosili Marksa „myślicielem tysiąclecia”!

Gdy diagnozując Salon Wpływu rzucamy terminami: „odlot rozumu", „obluzowany styk mózgu" itp. — wchodzimy na teren psychiatryczny par excellence. Ciekawą analogią wydaje mi się tu równie potężna co „Salon", równie wpływowa siła, jaką jest korporacja vel koncern finansowo-przemysłowy, będący międzynarodowym wodzirejem dzisiejszej fazy kapitalizmu. W Wielkiej Brytanii i USA furorę zrobił właśnie (2004) film dokumentalny pt. „The Corporation". Recenzując go, tygodnik „The Economist pisał: „Już w XIX wieku ustawodawstwo amerykańskie zaczęło  traktować firmy jako osoby prawne. Twórcy dokumentu (M. Achbach, J. Bakan i J. Abbott) zadali więc pytanie: skoro korporacja może być traktowana jako osoba, to jaki typ osobowości prezentuje? Odpowiedź, którą uzyskali, jest przerażająca. To psychopata. A dlaczego? Ponieważ zachowuje się w sposób typowy dla psychopaty. Korporacja działa brutalnie, zawsze podkreśla swą szczególną pozycję, głosi na prawo i lewo, że jest najlepsza, góruje nad innymi. Nie odczuwa empatii, odmawia wzięcia odpowiedzialności za swoje czyny i nie ma wyrzutów sumienia. Kontaktuje się z innymi wyłącznie powierzchownie, pokazując wykreowaną wizję samej siebie”*. Toczka w toczkę autorytet z opiniotwórczego „Salonu" lewicowych intelektualistów, i cały lewicowy „Salon"', nie trzeba zmieniać choć­by jednego słowa tej diagnozy. „The Economist" tak zakończył kluczowy passus: „Konkluzja filmu jest jednoznaczna — jeśli potraktować korporację jako osobę, jest to jednostka klinicznie obłąkana. Gdybyśmy mieli do czynienia z prawdziwym człowiekiem, należałoby go leczyć w szpitalu"*.

* — Tłum. D. Kaźmierski.

 

Paralela psychiatryczna między tak zdiagnozowanym koncernem a lewicowym „Salonem" wydaje mi się słuszna również dlatego, że wszystkie wariatkowa goszczą rozlicznych Napoleonów i Jezusów Chrystusów starających się uprawiać mesjanizm, a według P. Johnsona, badacza grzechów głównych środowiska intelektualistów, każdy lewicowy mędrek „czuje się powołany do odgrywania roli Mesjasza, pragnie być prorokiem, tworzyć religię i przekształcać świat oraz ludzkość". Co mi przypomina refleksję autentycznego Napoleona: „ — Między wzniosłością a śmiesznością jeden tylko krok", tudzież radę biblijną (starotestamentową): „Bacz, byś nie zgłupial od mądrości swojej!". Problem salonowego mesjanizmu to wszakże choroba nie wyłącznie do żartów, również do analizy scjentycznej, gdy obiektem badań staje się kwestia pewnej nieśmiertelnej chimery — „utopii”.

Stymulowana wpływem Sartre'a „faustowska transakcja z ko­munizmem" wielu intelektualistów XX stulecia (zwana też „ukąszeniem sartrowskim", przez analogię z wcześniejszym, porzekadłowym już „ukąszeniem heglowskim", tyczącym marksizmu). miała wsparcie w odwiecznej inklinacji tej warstwy ludzi do od­górnych metod budowania raju ziemskiego. S. Leys wymieniał jako przyczyny lewackiego prostytuowania się intelektualistów: konformizm-oportunizm i „przenoszenie uczuć religijnych”,. lecz zapomniał o utopiofilii, którą każdy były komunista czy sympatyk komunizmu (sługus komunizmu, piewca komunizmu itp.) może dziś wzniośle tłumaczyć swój błąd. Utopiofilia bowiem to przecież nic innego jak szlachetne marzycielstwo — czy wolno zabraniać człowiekowi marzeń? A zwłaszcza marzenia o naprawie ludzkości, która wciąż ma tyle wad? Encyklopedyczna wykładnia utopiofilii też zawiera słowo „marzenie"; cytuję Wielką Encyklopedię Powszechną PWN" (1969): „Utopia — wizje idealnego społeczeństwa (...); wszelkie ideologie społeczno-polityczne, głoszące radykalne programy i postulaty przebudowy społeczeństwa (...), oparte na marzeniach o jakimś idealnym ustroju społecznym i na krytyce aktualnej rzeczywistości z punktu widzenia głoszonego ideału". Tygodnik „Marianne" (2000): „Orwell w swoim «Roku 1984» dał opis takiego «ideału», dostarczając broni przeciw analogicznym obłędom".

„Analogiczne obłędy” zaczęły się już w Starożytności (Pla­ton, Ksenofont, Arystoteles). P. Girard: „Od Platona myśliciele marzyli o idealnym społeczeństwie lub państwie. Na ogół, gdy tylko marzenie się spełniło, we wzniesionym gmachu czekał koszmar". Girard dodaje: „Wszyscy utopiści mają jedną cechę wspólną, a mianowicie przekonanie, iż tylko oni posiedli Prawdę, jedną i jedyną, zaś kres ludzkich niedoli nastąpi wówczas, gdy władzę obejmą filozofowie, mózgowcy, lub też gdy władcy będą filozofować ". W „Państwie" filozofa Platona jest jasna wizja: obywatele idealnego „polis" (miasta-państwa) mieli pod­legać rygorystycznym, restrykcyjnym (totalistycznym) prawom, skazującym bezwolne społeczeństwo na szczęście, zakazującym lenistwa, wprowadzającym drobiazgową kontrolę wszystkich ludzi, wyjąwszy poetów, gdyż tych by tam w ogóle nie tolerowano (ustawowe przepędzanie każdego, kto uprawia poezję). Równie ciekawa była „Utopia", czyli wizja Th. Morusa, od której bie­rze się sam termin (utopia to greckie „ou”  plus „topos" — miejsce, którego nie ma). Morusowska „Prawdziwie złota książeczka o najlepszym urządzeniu państwa i o nowej wyspie Utopii” (1516) reklamowała idealny ustrój na fikcyjnej wyspie Utopia, zakładając nieustanną harówkę umundurowanych (siermiężnie obywateli,  którzy nie mają prawa do pieniędzy, do własności, do emigracji i do protestu. Jeszcze śmielej antycypował bolszewizm, w swym „Mieście słońca" (1602), inny renesansowiec, T. Campanella, proponując (jak Marks czy Lenin) „społeczeństwo bezklasowe", zupełną likwidację własności prywatnej i „rządy mędrców". Wtedy i później było takich pomysłów mniej lub bardziej radykalnych, mnóstwo („Nowa Atlantyda" F. Bacona, i in.). Niektóre cudownie przeginały, jak choćby „ falanster" francuskiego myśliciela, Ch. Fouriera („Phalanstère" pierwsza połowa XIX wieku), czyli propozycja komuny, w której nie tylko wszystkie dobra, ale i wszystkie kobiety byłyby wspólną własnością (co niejednej bardzo by się podobało). Marks i Engels (obdarzający Fouriera sympatią) nazywali to „socjalizmem utopijnym" i „komunizmem utopijnym".

Jak widać — intelektualiści zawsze mieli słabość do totalizmu. „Utopie wiodą prostą drogą do totalitaryzmu" („Marianne"); „Utopijne «idealne państwa» byłyby dużo gorsze niż istniejące społeczeństwa ze wszystkimi ich wadami" (M. A. Burnier); „Te koncepcje to istne gułagi rządzone przez mędrków o szumnych tytułach" (P. Girard). Takie werdykty nie zostały podyktowane analizą teoretyczną, lecz praktyką, która sprawdziła wszystkie realizowane utopie, od rewolucyjno-egalitarystycznej gminy „anabaptystów z Münster" (pierwsza połowa wieku XVI), kierowanej przez J. de Leyde, który się ogłosił „królem Syjonu" (nieustanne masakry, represje, poligamia itp.), aż do komunizmu Lenina i Stalina, tudzież goszyzmu sorbonisty Pol Pota, który ludobójczo wprowadzał lewacką utopię „Angkar". mieniąc się „Bratem numer 1" (czyli skromnie, po proletariacku, bo mógł przecież przybrać orwellowskie miano: „Wielki Brat").

Autor „Intelektualistów", P. Johnson, nie mógł, rzecz prosta, pominąć zagadnień współczesnego mesjanizmu tudzież „inżynierii społecznej"— poświęcił krytyce utopiofilii XX-wiecznego „Salonu" sporo fragmentów (cytuję kilka wybranych): „Intelektualiści dziwnie się łudzą, że mogą rozwiązać odwieczne problemy ludzkości za jednym zamachem, wprowadzając nowy system. Wszystkie systemy inżynierii społecznej były pierwotnie stworzone przez intelektualistów (...) Intelektualista dąży do realizacji abstrakcyjnych idei kosztem ludzi. Bezduszna tyrania idei jest najgorszą postacią despotyzmu (...) Nasze tragiczne stulecie, które widziało tyle milionów niewinnych istnień poświęconych realizacji planów poprawienia losów ludzkości, udzieliło nam nauki: strzeżcie się intelektualistów!". Zaraz potem  Johnson dodał, ze chodzi mu o cały Salon Wpływu, o całe środowisko, regularnie się kontaktujące i zbierające: „Strzeżcie się komitetów, konferencji i porozumień intelektualistów! Nie wierzcie oświadczeniom wychodzącym z ich zwartych szeregów. Nie traktujcie ich opinii poważnie (...) Intelektualiści często są bowiem skrajnymi konformistami, poruszającymi się w obrębie koła nakreślonego przez tych, których aprobaty szukają i których cenią. To właśnie czyni ich, «en masse», tak niebezpiecznymi, bo umożliwia im tworzenie klimatu opinii i powszechnych ortodoksji, które same często rodzą irracjonalne i niszczące kierunki działania". Wszystko to pisał o intelektualistach lewicowych, puentując: „Lewica jest zdolna do popełniania niesprawiedliwości w stopniu dotychczas prawie nieznanym, i gotowa jest stłumić prawdę w imię lansowanej przez siebie wyższej prawdy"*.

*— Tłum. A. Piber.                       

 

Owo „tłumienie prawdy" Szwajcar de Rougemont nazywał „upadlaniem prawdy", pisząc: „Tu dotykamy tajemnicy zła. Ojcem własnego kłamstwa jest ten, kto je płodzi, kto przez swe własne uczynki poczyna je, dokonując gwałtu na prawdzie, któ­rą upodliwszy porzuca, aby umarła wydając na świat potwora (...) Odkrywamy tu być może ostateczną rację kłamstwa: jest nią zawsze pragnienie utopijnej niewinności. Zwykłe kłamstwo było jedynie rozmijaniem się z prawdą lub jej zaprzeczaniem. Prawda pozostawała prawdą i występowała jako nasz sędzia. Ale kłamstwo diabelskie odrzuca sędziego. Bierze się wyłącznie z samego siebie; rozrasta się samoistnie jak rakowata komórka, puszczając w świat ten sofizmat, przejmujący trwogą naszą najgłębszą istotę: kłamstwo, że nie ma prawdy"* („Udział diabła").

* — Tłum. A. Frybes.

 

Padło tu właściwe słowo: sofizmat. Sofizmat to rozumowanie z pozoru bezbłędne, w którym jednak tkwi błąd lub celowy fałsz, trudny nieraz do wykrycia, a nadający pozory prawdziwości nonsownemu lub kłamliwemu twierdzeniu. Mesjanizujący intelektualiści uwielbiają posługiwać się retoryką sofizmatyczną, gdyż nic lepiej nie bałamuci prostaczków, półinteligentów i głupców. Pisząc o B. Russellu, który był wojującym ateistą, socjalistą, długoletnim supergwiazdorem „Salonu" XX stulecia, i „całe swoje życie spędził na mówieniu ludziom co winni myśleć oraz czynić" — Johnson zatytułował rozdział: „Russell — przykład logicznych bzdur".

To właśnie dzięki tym „logicznym bzdurom" — dzięki sofizmatom — członkowie lewicowego „Salonu" stają się instrukto­rami opinii publicznej (de Rougemont nazwał ich „kierownikami nieświadomości zbiorowej"), a rozgłos zyskują dzięki lewicującym mediom, które zdominowały świat medialny. W Polsce trwa to od pół wieku. Z. Herbert: „Geneza obecnej zapaści semantycznej sięga lat 50-ych. «Wierni dialektyce» są po dobrym treningu. Dobry marksista, podobnie jak dobry sofista, z równym powodzeniem będzie bronił niewinności Heleny [Trojańskiej — W. Ł.], jak i udowadniał, że była dziwką". Z równym powodzeniem, gdyż publika wierzy we wszystko co jest produktem intelektualnego autorytetu. Powszechna ludzka wiara w mądrość i prawość sławnych (lansowanych przez media) figur to ciągła współprzyczyna katastrof i kłopotów dotykających ludzkość. Jeden z bohaterów mojej powieści „Statek" mówi:

— Wielkie nazwiska uprawdopodobniają największe idiotyzmy, gdyż tłum ma naiwną pewność, że wielcy ludzie bredzić nie mogą.

Mogą, i co gorsza chcą to robić, i robią, z różnych przyczyn, przez konformizm, przez pragmatyczną nikczemność, przez duży zysk i przez owo „coś w mózgu", które grzeczniejsi niż Johnson, Ziemkiewicz czy ja nazywają delikatniej (exemplum R. Legutko, mówiący o „schematyzmie myślenia Michnika" tudzież o „intelektualnej niemocy Michnika"). Coś w mózgu, a pustka w sercu. Dlatego nimi gardzę — inteligencką lewicą. Lewicowcy (czerwoni) i lewicujący (różowi) to nie są ludzie honoru i wielkiego ducha. Ludzie honoru, ludzie wielkiego ducha, to ci, co nie sprzedają się za wszawe srebrniki, nie gną karków, by mieć święty spokój, nie łżą, nie pajacują, i gwiżdżą na błaznów, których tłum otumanionych wymoczków uczynił (głosowaniem) lewicową władzą. Sama erudycja, biegła szczekaczka i dobre koneksje środowiskowe nie robią jeszcze prawdziwego intelektualisty. Lewicowi intelektualiści wykorzystują słowa tak, jak złodziej wykorzystuje ciemność. Sama zresztą lewicowość to dosyć, by kwestionować intelektualne pretensje lewusa. Nie można być człowiekiem przyzwoitym mając czerwone lub różowe zboczenie, i nie można być człowiekiem rozsądnym mając popaprane „coś w mózgu".

Czym jest zatem prawdziwy intelektualizm, który przecież istnieje? Na czym polega? Nie wiem na czym on polega. Być może na dojrzewaniu tych inteligentnych ludzi, którzy czytali wszystko, dowiedzieli się wszystkiego, zrozumieli każdą rzecz, by wreszcie się przekonać, iż wzorem wielkich erudytów nie wiedzą nic. Mam wrażenie, że jego cechą koronną jest ten wieczny, pesymistyczny niepokój, ten ciągły nastrój wątpienia i rozterki samotniczej, ten permanentny klimat podróży przez własną niedoskonałość ku bezludnym wyspom wtajemniczenia, o którym Słowacki rzekł tak pięknie, iż nie umiałbym dodać nic prócz milczącego zachwytu:

......... Gdzie jadę ? Powie drugie canto.

Tymczasem pierwsze odpowiedzieć musi,

Skąd się wybrałem, po co i dlaczego ?

Chrystusa diabeł kusił, i mnie kusi;

Na wieży świata postawił smutnego

Życia nicością, i pokazał wszędzie

Pustynie, mówiąc: «tam ci lepiej będzie»".

To też jest „coś w mózgu". Ale coś zupełnie innego.

 

4. ,,Salon” PRL-u — część I  (prostytucja)

Napisałem: „To nie są ludzie honoru". Nigdy ludźmi honoru nie byli, a takich pojęć jak sumienie czy honor bali się niczym diabeł wody święconej. Gdy ucichła II Wojna, i Polska musiała zostać krainą komunistyczną, bo od hitleryzmu nie wyzwoliły jej czołgi generała Pattona, tylko czołgi marszałka Żukowa — honor Sarmatów próbowały jeszcze ratować „bandy leśne", żołnierze AK oraz WiN, co się Sowietom bardzo nie podobało. W ogó­le nie podobały się im wszelkie polskie działania mające za hasło „Bóg, honor, ojczyzna", również historyczne, a już zwłaszcza wszelkie walki przeciw Rosji (powstania narodowowyzwoleńcze, wojny napoleońskie itp.), zwali je więc szyderczo „ bohaterszczyzną", czyli samobójczą burdomanią, tak jak im przykazali klasycy marksizmu. Roku 1851 guru „proletariuszy wszystkich krajów", F. Engels, pisał do arcyguru lewicowców, K. Marksa:

„Polacy nigdy nic nie zdziałali w historii prócz wygłupiania się walecznością i pochopnego wywoływania burd. Trudno byłoby wskazać polski czyn o historycznym znaczeniu (...) Nieśmiertelna była u Polaków tylko ich zwadliwość bez żadnego powodu". To bezprzyczynowe pieniactwo miało za fundament honor patriotyczny, dlatego z tym honorem należało się porachować. Wydrwiwano więc honor i ludzi honoru, patriotów. Poezja była tu ważnym orężem. Rozprawienie się z tradycyjnym polskim honorem wojującym zlecono satyrycznemu poecie, J. Minkiewiczowi, i ten się wywiązał:

„Dziejów Polski tenorem

było: ginąć z honorem.

Każdy życiem szafował bez żenad...

Pradziadowie i ojce

raźno szli w samobojce:

tylko ten sławę miał, kto był denat.

 

Ten dziedziczny nasz konik

znany z dawnych jest kronik,

w których próżno byś danych chciał ścisłych...

Treść tych dziejów — to mięta,

jedno tam się pamięta:

Wandę — chlup! — co wskoczyła do Wisły...

 

Topi się Poniatowski...

Ginie Wołodyjowski

(dla podobnych powodów, choć wcześniej...).

Bohaterów korowód

po śmierć zwraca się do wód —

i w historii, i w książkach, i w pieśni.

 

Trędowata i Halka,

i Wokulski (patrz: Lalka)...

Smętny zawsze był los polskich natur:

albo — jak honor każe —

z lubym iść przed ołtarze,

albo zginąć! Bo tertium non datur.

 

Dziś, gdy już naród przebrnął

poprzez śmierć niepotrzebną,

gdy pracuje radośnie i żyźnie,

proponuję: a może

trochę mniej o honorze?

Dajmy odeń odpocząć ojczyźnie!".

 

Dali. Intelektualiści pokroju Minkiewicza (absolutna większość rodzimych intelektualistów) utworzyli wtedy peerelowski „Salon", który miał honor za nic. Był to odgórnie sterowany Salon Wpływu, tumaniący na żądanie bezpieki „masy pracujące radośnie i żyźnie".  

Wyjątki były tak nieliczne (L. Tyrmand, Z. Herbert, G. Herling-Grudziński, S. Kisielewski, J. Narbutt), iż palców jednej ręki starcza. Przy czym od razu chcę sprecyzować, że mówiąc o „Salonie" PRL-u — mówię o sitwie lat 1945-1968. Później ów „Salon" został zdominowany (czy raczej: zluzowany, zastąpiony) przez „Salon" antypeerelowski (co nie znaczy, że antylewicowy), vulgo: przez „koncesjonowaną" frondę dysydencką lewicowych intelektualistów. Ten drugi „Salon" doby peerelowskiej, który był ojcem, a właściwie starszym bratem dzisiejszego „Salonu" (czy może jeszcze ściślej: dzisiejszy, post-peerelowski „Salon" jest kontynuacją tego drugiego) — scharakteryzuję w 6 rozdziale. Teraz tylko zauważmy, że oba „Salony" doby PRL-u — i proreżimowy, i dysydencki — wyznawały lewicowość, hołdując socjalizm jako ideę i Socjalizm jako formę rządów. Czym zaś jest państwowy Socjalizm (tak komuniści nazywali swój dyktat)? „Socjalizm jest uciskaniem społeczeństwa przy użyciu elit inteligenckich, które dadzą się do tego zatrudnić" — powiedział słusznie Z. Kubiak.

Jak to się zaczęło? „ Faustowska transakcja z komunizmem" polskich intelektualistów, których część wcale nie była przed Wojną lewicowa, zaczęła się normalnie, po faustowsku: przyszedt Mefisto. Mefisto zwał się wtedy Urzędem Bezpieczeństwa (UB). Z. Herbert wypunktował genezę cyrografu rozmawiając z J. Trznadlem; czytamy o tym w książce „Hańba domowa":

„ — Ekipa agentów potrzebowała na gwałt inteligencji, elity". Tak więc ekipa agentów przyszła do grona Faustów z propozycją — zaproponowali transakcję. J. Sypuła-Gliwa: „Normalna transakcja. Dawali całkiem dużo: mieszkania, towar w powojennej rzeczywistości deficytowy, przydziały wczasowe w domach związkowych w Sopocie i Zakopanem, przyjęcia w Urzędzie Rady Ministrów, nagrody państwowe, ordery, a przede wszystkim nakłady, które pisarzom dzisiejszej doby mogą się tylko przyśnić — 150 tysięcy egzemplarzy, 200 tysięcy, pieniądze, pieniądze. A w zamian? W zamian tak niewiele, garść słów, ciepła myśl w nowym wierszu, jakiś podpis pod deklaracją, protest «obrońców pokoju», depesza z okazji czerwonej rocznicy, tylko słowa i myśli".

„Ciepła myśl w nowym wierszu"... Na początek, towarzyszu pisarzu, o Leninie. Albo: towarzyszko poetko. Więc W. Szymborska pisze wiersz „Lenin", gdzie ludobójca Lenin to „nowego człowieczeństwa Adam". Taka ciepła myśl, pośród innych myśli pachnących identycznie. 

K. I. Gałczyński:

 

„Przysięgam: Już nigdy nie będę słaby,

pióro w promień przemienię i niech się promieni.

Oto nowe stulecie. A tylko dwie sylaby:

LENIN".

 

Po śmierci megaludobójcy, Stalina (prawie sto milionów ofiar!), „Salon" chóralnie zapłakuje się na śmierć. Trzeba, towarzysze twórcy, podkreślić, iż nie umarł — wykazać nieśmiertelność. Wykazują. 

A. Międzyrzecki:

 

„Płakaliśmy w Warszawie,

Na Śląsku, na dumnym Helu,

I przysięgaliśmy sprawie,

I przysięgaliśmy dziełu.

Uderzą jak erkaemy

Nasze górnicze świdry.

Odeszli Stalin i Lenin,

Ale nie umrą nigdy".

 

Pewnie, że nie umrą. Nie umrą póki my żyjemy. J. Ficowski tym właśnie pocieszał „lud", gdy zabrakło Stalina:

„Czyś mi ojcem był moim rodzonym,

Że stanąłem i stoję jak wryty

W tym dniu zimnym i nagle zgaszonym

Jak planeta strącona z orbity ?

 

Gdzieś głęboko w sercu ukrywałem

Promyk wiary dziecięco naiwnej,

Że śmierć z Twoim nie spotka się Ciałem

I że Ono nigdy nie ostygnie.

 

Jutro przyjdzie agitator z Partii —

Powie głosem drgającym z rozpaczy,

Żeś nie umarł, bo pełnimy warty

W służbie życia, któreś Ty wyznaczył.

 

Jutro w ciszy nabrzmiałej boleścią,

Na tysiącach Akademii w świecie,

Megafony fabryczne obwieszczą

Twój testament i Twoje Stulecie.

 

Chciałbym umieć swą boleść obrócić

W siłę, w dzielność, w partyjną wytrwałość,

I nie płaczem, ale walką uczcić

Pamięć Twoją — jak młodym przystało!".

 

O właśnie, towarzysze twórcy — „partyjną wytrwałość”! Partię, która przewodzi narodowi, musicie sławić bez ustanku. No to siup, sławimy! 

W. Szymborska:

„Partia. Należeć do niej,

 z nią działać, z nią marzyć,

z nią w planach nieulękłych

 z nią w trosce bezsennej —

wierz mi, to najpiękniejsze,

co się może zdarzyć".

 

Najpiękniejsze, co się zdarzało, to była też Armia Czerwona, walka z „zachodnim imperializmem" tudzież z „zaplutymi karłami reakcji" nad Wisłą (AK, WiN, itp.), ubecja bohatersko strzegąca „praworządności", towarzysze Bierut, Ochab, Berman, Gomułka i spółka, braterstwo z ZSRR i NRD, a przede wszystkim rajska codzienność PRL-u. Lawina poematów, hymnów, chorałów, dytyrambów, tym gorętszych, im cięższy był terror i paskudniejsza wegetacja społeczeństwa. 

K. I. Gałczyński:

 

„Kto umie z siebie jak słońce

ziemi dać światłość wszystką,

ten właśnie jest bolszewikiem,

ten właśnie jest komunistą".

 

Lub  S. J. Lec:

 

„Deszcz gwiazd czerwonych serca zmęczone użyźnił

i zorza flag codziennie w oczach dzień nam budzi".

 

Dzień robił się nocą, a noc dniem (gdy do drzwi pukała bezpieka). Czerwone robiło się białym, a białe czerwonym. Pisarze, poeci i publicyści mogą wmówić wszystko — to magia słów. Mefistofeles Goethe'ego wie co głosi, kiedy twierdzi:

 

„Słowem się tnie jak ostrza świstem,

Słowami tworzyć można system,

Słowom skwapliwie się dowierza " *.

 

*—— Tłum F. Konopka.

Tworzyli słowami system. Miliony słów, tysiące srebrników, setki kłamców. J. Pawlas: „Inteligencja, która sprzeniewierzyła się swemu powołaniu, indoktrynując i deprawując społeczeństwo, stała się profitentem systemu". S. Murzański (więzień PRL-u, autor pracy „Między kompromisem a zdradą"): „Oportunistycznie usposobiona inteligencja objęła uczelnie, prasę, wydawnictwa, radio, tworząc nową świadomość społeczną, fałszu­jąc obraz przeszłości". Ich haniebny dorobek przypomniany zostanie później (lata 90-e) w licznych monografiach i antologiach (S. Kobierzycki, „Liber lizusorum"; A. Roman, „Paranoja, zapis choroby"; W. P. Szymański, „Uroki dworu"; B. Urbankowski, „Czerwona msza", itp.), które budzą furię żyjących jeszcze dinozaurów tamtego „Salonu" i wściekają dzisiejszy, różowy „Salon", lecz pozwalają ludziom zapoznać się z bezmiarem nikczemności peerelowskich opiniotwórców. Wszyscy oni, jak ten norwidowski ptasior, „śpiewali wiosnę, gdy dokoła zima". Herbert: „ — To było małe, głupie, nędzne, zakłamane".

Lenin prawidłowo określał tych zachodnich intelektualistów, członków europejskiego „Salonu", którzy po całym świecie sławili bolszewicką Rosję jako zdrowy kraj — nazywał ich (wśród swoich) „pożytecznymi idiotami". Członkowie peerelowskiego „Salonu" też byli bardzo pożyteczni, lecz w przeciwieństwie do tamtych (często nieświadomych) nie byli idiotami, tylko cwaniakami — widzieli całe zło, widzieli wszystko, kłamali zatem z premedytacją, świadomie. Chodziło o dubeltowy zysk: reżim dawał „Salonowi" to, czego każdy „Salon" pragnie najbardziej i bez czego żaden „Salon" nie byłby Salonem Wpływu — „rząd dusz" w kulturze oraz w edukowaniu społeczeństwa — i jeszcze płacił za to luksusowymi warunkami bytu tudzież gotówką. No i tulił do piersi. Z. Herbert: „ — Artystów podniecała nowa władza, że taka prosta, przystępna i swojska. Zaproszenie do Belwederu, nagrody, rozmowa z Bierutem. Surowy pan, ale sprawiedliwy, podziemie wytłukł, ale nas kocha. Co to wszystko właściwie miało znaczyć? Duże nakłady i podpisywanie książek, kwiatek w celofanie, wieczór autorski, pięć tysięcy ospałych, zmęczonych robotników przychodzi i bije brawo towarzyszowi pisarzowi. Pycha rosła. Życie artystów było idyllą, podszytą co prawda strachem, że można zlecieć w ten okropny dół, gdzie żyło realne społeczeństwo. Kluby, domy wypoczynkowe, wysoki standard, salon literacki pani Nałkowskiej, wyjazdy za granicę. Nigdzie w świecie realnego kapitalizmu nie powodziło się pisarzowi tak dobrze. Przeciętny literat na Zachodzie nie może utrzymać się z literatury. O, tu jest pies pogrzebany! Musi być profesorem uniwersytetu, bidaka, jak ma odpowiednie wykształcenie, albo pracować w banku, jak Eliot. Ktoś, kto tam decyduje się pisać, podejmuje ogromne ryzyko, natomiast tutaj opływał w honory, żył w dostatku, znacznie powyżej przeciętnego poziomu fachowca z innej branży. Ryzyko było tylko polityczne — wyczuć wiatry".

Bo też role były nie tylko salonowe, artystyczne, lecz i polityczne (z natury rzeczy), zaś czasami i stanowiska bywały polityczne. Rozmaici ludzie pióra, jak przypomniał Herbert, „poszli w dyplomację" (K. Pruszyński, M. Żuławski, A. Słonimski, S. Kot, T. Breza, J. Putrament, Cz. Miłosz i in.). Czyli w prostytucję funkcjonariuszowską. Stąd owo: „ — Uprawiałem prostytucję" Miłosza. Egzystowanie „Salonu" jako burdelu, i reżimu jako alfonsa bądź burdelmamy, rodzi kolejną platformę nazewniczą, gdzie zresztą „wielki językoznawca", towarzysz Stalin, był prekursorem. O ile bowiem zachodni salonowcy, którzy chwalili wczesny reżim bolszewicki dzięki swej ślepocie i głupocie, mogli być przez Lenina zwani „pożytecznymi idiotami", o tyle później Stalin używał wobec ich następców, którzy świadomie kłamali chwaląc sowiecki raj, terminu krótszego: „kurwy". Miano to idealnie pasuje również do członków peerelowskiego „Salonu". Ale członkowie różowego „Salonu" (Michnik, Geremek et consortes) twierdzą, że trzeba to kurewstwo tamtym wybaczyć. Słusznie. U Defoe'a („Moll Flanders") stara prostytutka mówi: „Jeżeli cokolwiek pozwala wybaczyć kurwienie się, to tylko korzyści, jakie ono przynosi".

Gdy już tak cytuję klasyków rzucających „mięsem" na literę „k", zacytuję klasyka znowu. G. Orwell rzekł: „Raz się skurwisz — kurwą zostaniesz".

 

 

5. „Salon" PRL-u — część II   (klika i alibi)

Lupanar peerelowskiego „Salonu" dawał inteligencji twórczej korzyści nie tylko dzięki jej współpracy z reżimem, lecz i dzięki wewnątrzsalonowym kontaktom towarzyskim, które cementowały to środowisko wedle reguł charakterystycznych dla każdej sitwy i każdego zamtuza: mimo wzajemnej rywalizacji, czy różnych ansów, fochów, resentymentów wobec siebie — byli (jak wszelki „Salon") swoistą „rodzinną" grupą mafijną. Chociaż nie byli szczerze „ towarzystwem wzajemnej adoracji" (nawet wtedy, gdy pisali entuzjastyczne recenzje dziełom kolegów-konkurentów), lecz tworzyli kawiarniane „ towarzycho" spotykające się bez ustanku, razem pijące, plotkujące, ustalające doraźne strategie czy alianse, etc. „Warstwa społeczna" oznaczała zarazem warstwę towarzyską", co zresztą precyzuje jasno encyklopedia PWN-u, używając takiej terminologii (hasło „Inteligencja", 1965): „ W literaturze socjologicznej spotyka się ponadto próby wyodrębnienia inteligencji przez odwołanie się do jej określonych cech jako specyficznej warstwy społecznej — «warstwy towarzyskiej»". To stara definicja. Już W. Łoziński, nieomal sto lat temu, pisał o Salonach Wpływu: „Salon, ten kwiat nowożytnej towarzyskości". Dzisiaj W. P. Szymański („Uroki dworu", 1994) zwie „Salon" PRL-u „dobranym towarzystwem", a S. Murzański („Między kompromisem a zdradą", 1993) precyzuje: „Poeci, powieściopisarze, nie działali w tamtych latach w osamotnieniu. Prócz powołanych do tego przez władzę organów, wspierali ich dziennikarze, publicyści, krytycy. Każdy robił co mógł, by wokół pojawiających się dzieł tworzyć atmosferę sprzyjającą ich właściwej percepcji (...) Ów krąg stalinowskiego piekła, jakim była kultura tego okresu, zaludniał tłum artystów, literatów i naukowców".

Gdy już padło słowo „naukowców" — warto dla przypomnienia zauważyć, iż żaden Salon Wpływu nie składa się tylko z „literatów". To również elita innych „pracowników umysłowych", choćby plastyków (przypomnijcie sobie probolszewickie, „antyimperialistyczne" karykatury E. Lipińskiego czy Sz. Kobylińskiego), reżyserów (przypomnijcie sobie A. Wajdę kręcącego „Pokolenie"), aktorów (przypomnijcie sobie A. Łapickiego, entuzjastycznego lektora stalinowskich kronik filmowych, oraz G. Holoubka, maszerującego dziarsko w 1-majowych pochodach i machającego radośnie do trybuny reżimowych bonzów), tudzież „ludzi nauki" (exemplum podpisana przez same sławy odezwa Stowarzyszenia Historyków Sztuki, która z okazji krakowskiego procesu księży piętnowała „zdradę" biskupów, „wrogich Polsce Ludowej elementów hierarchii kościelnej", nawołując do „kształtowania nowej, socjalistycznej kultury i sztuki"). Efek­tem działań Salonu Wpływu kooperującego z władzą były m.in. nominacje funkcyjne (stanowiska redaktorów naczelnych gazet, szefów wydawnictw, przewodniczących organizacji i stowarzyszeń kulturalnych, etc.), nie wyłączając foteli akademickich i nominacji profesorskich. R. A. Ziemkiewicz: „Za PRL-u rzutowała na nie «polityka», jak uprzejmie nazywano wówczas dyspozycyjność wobec reżimu, oraz środowiskowe układy. Obecnie te drugie wysunęły się na plan pierwszy". Vulgo: więzy towarzyskie, salonowe par excellence. Ziemkiewicz uprecyzyjnił to następująco: „Żeby zostać profesorem, trzeba być mile widzianym wśród profesorów". Tak samo było wśród adwokatów, co rów­nież trwa do dzisiaj (stąd niedawna krytyczna dyskusja prasowa nad „dziedzicznością" pokoleniową w hermetycznym dla nieustosunkowanych w środowisku adwokackim). Jeden przykład ilustruje całą tę salonową gangrenę lepiej niż rzeki słów: J. Łojek, najwybitniejszy polski historyk doby późnego PRL-u, radykalnie opozycyjny wobec wymogów „metodologii marksistowskiej", nigdy nie dostał profesorskiej nominacji!

Wszystko to funkcjonowało zgodnie z odwiecznymi regułami gry przestępczo-kumoterskiej; tak działa każda koteria, masone­ria, mafia, ferajna, sitwa, klika. W. P. Szymański bez ogródek nazwał „Salon" PRL-u kliką, pisząc, że tamto „dobrane towarzystwo było jedną wielką kliką, istniejącą tylko na różnych poziomach". I dodał: „Życie w obrębie kliki jest życiem wygodnym i bezpiecznym. Życie w obrębie kliki dzięki chyba nie tylko bolszewickiemu zniewoleniu...". Zgadza się, nie tylko — również dzięki uwikłaniom towarzyskim, środowiskowym, dzięki uczestnictwu w zbiorowym tańcu pawi tamtych lat. Chęć podobania się każdemu, przemożna żądza aplauzu, najpierw środowiskowego, dopiero później publicznego. M. von Ebner-Eschenbach:

„Nic bardziej nie czyni człowieka tchórzliwym i pozbawionym sumienia, niż chęć podobania się wszystkim". Swoisty „savoir-vivre" towarzystwa „warszawkowo-krakówkowego". Przypomina mi się tu książka wspomnieniowa A. Chciuka pt. „Atlantyda. Opowieść o Wielkim Księstwie Bałaku" (2002). Jest tam kilka świetnych rad życiowych, które dał autorowi jego ojciec — m.in. żeby unikać głupiego towarzystwa („... broń swego czasu, nie daj się terroryzować polskiemu pojęciu dobrego wychowania"), żeby rozsądnie selekcjonować otoczenie („Lepszych trzech mądrych wrogów niż stu fałszywych, letnich i mało lojalnych przyjaciół"), i żeby nie ustępować, gdy trzeba się przeciwstawić („Bo tylko w walce człowiek rośnie, inaczej jełczeje  w taniutkim smrodku"). „Kisiel", charakteryzując peerelowski „Salon", odwołał się właśnie do tego smrodu („Trzeba im kupić szklany nocnik — zęby zobaczyli co narobili"), zaś wspominki salonowców tłumaczących się później sofizmatycznie i wybiórczo z „życia towarzyskiego" (L. Tyrmand wprowadził ów termin swą antysalonową powieścią „Życie towarzyskie i uczuciowe", 1967) — sumował używając również skatologicznej paraleli: „Życie w odbycie, czyli pamiętnik gówna".

„Faustowska transakcja z komunizmem" vel „zdrada klerków" (termin ukuty dzięki tytułowi książki J. Bendy), czyli prostytucja rodzimej inteligencji twórczej po II Wojnie Światowej, była przez winowajców i przez ich epigonów (przez różowy „Salon") tłumaczona (wybielana) wielorako. Najciekawszą koncepcję obrończą wysunął mecenas A. Michnik, wskazując humanistyczno-humanitarną przyczynę: chęć zablokowania... antysemityzmu ! Na słowo nie uwierzyłby mi tutaj nikt o zdrowych zmysłach (może tylko ktoś pijany jak bela), więc muszę posłużyć się cytatem. A. D. 1978 Michnik opublikował tekst „Intelektualiści i komunizm w Polsce po roku 1945", tłumacząc: „Przed ówczesną inteligencją stanęła alternatywa: albo obóz rewolucji jako konieczność dziejowa, albo obóz reakcji, antysemityzm typu oenerowskiego, pałkarski, często ludobójczy, często czerpiący z wzorów hitlerowskiego rasizmu". Mecenasowi wyraźnie „something pojebałoś'", lub może zapomniał (ta wybiórcza pamięć!), że to właśnie „obóz rewolucji" (reżim stalinowski) zorganizował „pogrom kielecki" (ręka NKWD), a później antyżydowskie represje pomarcowe (1968-1970), wcześniej zaś bezpieka najęła do współpracy rządowo-opiniotwórczej B. Piaseckiego, figurę wręcz symboliczną wśród antysemickich „pałkarzy oenerowskiego typu"! Czymś jeszcze gorszym było, iż tak a nie inaczej ustawiając problem — mecenas zdawał się sugerować, że gwiazdozbiór peerelowskiego „Salonu", czołówka „ówczesnej polskiej inteligencji", to (używając słownictwa „Kisiela") pra­wie „sami Semici" lub przynajmniej większość. Fakt faktem, jednak taka a nie inna argumentacja ułatwiła później co odważniejszym publicystom (exemplum S. Michalkiewicz) werdykt o salonowych „płynnych kryteriach towarzysko-politycznych wypracowanych w warszawsko-krakowskim sanhedrynie". Horrendum! Jak to trzeba uważać na każdą rzucaną myśl, bacząc przy tym, iż kij ma dwa końce, panie mecenasie!

Ciekawostka: ta sama myśl wróci po roku 1989 (w znowelizowanej, trochę tylko złagodzonej formie), gdy władzę nad formalnie wyzwoloną spod komunizmu Polską obejmie Unia Demokratyczna (czyli „Salon" Michnika, Geremka, Kuronia i Mazowieckiego), współpracując z komunistami tak głęboko, iż budzić to będzie osłupienie i przerażenie patriotów. R. Kostro powie wówczas (1991) o UD: „Działacze UD prezentują się jako partia ludzi światłych, Europejczyków, którzy bronią kraju przed żądną rewanżu na komunistach, ciemną i antysemicką tłuszczą". Znowu „czkawka historii", jeśli uznamy, że myśl rzucona piórem A. Michnika o przyczynach kolaboracji intelektualistów po II Wojnie Światowej jest „non plus ultra".

Najprostszym alibi eks-kolaborantów była teza, że ich — tak jak wszystkich — „oszukano". Chcieli współtworzyć szlachetną, antysanacyjną utopię czerwonego raju, ale wystawiono ich do wiatru. Nie warto temu głupiemu kłamstewku poświęcać zbyt dużo miejsca; zacytuję tylko A. Horubałę piętnującego ów alibijny bałach: „Niedawni słudzy najeźdźcy, szyderczo wyśmiewający narodową tradycję, teraz łączyli się z ofiarami w obłędnym karnawałowym tańcu. Bo przecież wszyscy zostali oszukani (...) Cóż z tego, że sprawa wcale tak nie wyglądała? I że najpierw przyjechały tu sowieckie czołgi i wyszkoleni w Moskwie agenci? Lepiej przecież stroić się w szatki oszukanego inteligenta...".

Bardziej „filozoficzne" alibi wykoncypował dla swego pokolenia T. Konwicki, pupil wszystkich „Salonów" PRL-u, nie tylko zawzięty stalinista („Nasza miłość do Józefa Stalina nie jest abstrakcyjna..." itd.), lecz i czerwonokulturowy („socrealistyczny") żandarm, stwierdzając, że nie on winien — winna jest tamta epoka przełomu. Wpierw ujmował to ideologicznie i modologicznie: „Cała Europa była na lewo! Na lewo to było w porządku! Na lewo to był szpan!". Później już alogicznie, czyli sofizmatycznie, przekonując, że tamte wredne czasy wymuszały wredność intelektualistów jego pokroju. Od ręki też znokautował ewentualnych krytyków, skarżąc się, że może go teraz „dopaść każda menda, którą ktoś przypadkowo począł dziesięć lat za późno, i wyruchać bezwstydnie na oczach rozbawionej gawiedzi". Słowem: ci młodsi nie mają zbrukanych rąk i sumień tylko dlatego, że mieli głupi fart — spłodzono ich zbyt późno, aby stalinizm mógł ich spodlić tak, jak jego spodlił. Trik był retorycz­nie sprytny, wszelako logicznie nie był „ben trovato", bo prócz spóźnionych małolatów zachowali dziewictwo we wrednej epoce także niektórzy rówieśnicy Konwickiego, nie każdy z nich poszedł na płatny serwilizm. I właśnie te oporne „mendy" rówieśnicze (Herbert, Herling, Tyrmand i in.) miały pełne moralne prawo „ruchać" eks-żandarma za jego stachanowszczyznę.

Ważniejsze wybielająco-usprawiedliwiające argumenty rzucane przez peerelowskich salonowców łączyły wszystkie wzniosłe pobudki kolaborowania — i dziecięcą wiarę w czerwoną utopię, i „konieczność dziejową", i ożywczy „wiatr historii", i możli­wość konstruktywnej „pracy dla narodu". Z. Herbert wyśmiał te łgarstwa: „ — Więc uczuli nagle, ze ster historii jest w ich rękach, i że opłaca się nawet w jakimś sensie okłamywać ten zbełkotany naród, na który patrzyli z pogardą. Na tę masę (...) I uzasadniali własne świństwo, że my to robimy, ale z myślą o przyszłości, my z narodem. Guzik prawda! Oni nie wiedzieli czym to społeczeństwo żyje, jakimi troskami i kłopotami. Oni byli w akwarium, mieli swoje kluby, samochody, żyli po prostu w izolacji, stworzono ten zamknięty krąg ludzi [„Salon" — W. Ł.], którzy odbijali sami siebie (...) Jaka szkoda, że tę bajkę reżyserował stary czekista. Obyczajowa otoczka jest ważna, i te przyjęcia, te kontakty z pseudozałogami, te jakieś beneficja. Do dzisiaj są faceci, którzy noszą tytuły jakiegoś «ordieronosca», nagrody państwowej, biegają do kliniki rządowej, bo tam są lepsze lekarstwa, a są przecież teraz w opozycji [różowy „Salon" — W. Ł.]. Niewiele możemy wymagać od młodego po­kolenia, jeżeli dorośli nie wypowiedzieli o sobie prawdy. Ja nie mam pretensji do tego, że oskarżony się broni, tylko wypada przynajmniej zdobyć się na akt szczerości i skruchy".

Za czasów PRL-u pojęcie „salon" właściwie nie istniało, czy raczej: nie funkcjonowało szeroko — było bardzo rzadko używane. Wobec opiniotwórczej sitwy intelektualistów stosowano inne terminy; jeden z nich brzmiał: „księstwo warszawskie". J. Sypuła-Gliwa użyła tej właśnie ksywki pisząc o genezie peerelowskiego „Salonu": „W stolicy powstawały zręby struktury, która okazała się równie trwała, co bezwartościowa, równie śmieszna, co bezkrytyczna wobec siebie samej. Z samouwielbienia, pychy, lizusostwa, rodziło się coś, co niektórzy nazwą «księstwem warszawskim», reszta kraju pogardliwie «warszawką»". Prawdziwe Księstwo Warszawskie (1807-1815) założyli Francuzi, i „księstwo warszawskie" również funkcjonowało pod silnym wpływem Paryża. W. P. Szymański, używający wobec peerelowskiego „Salonu" określenia „dobrane towarzystwo", pisze: „To «dobrane towarzystwo» wiedzę swoją czerpało przede wszystkim z Zachodu, z opinii zachodnich intelektualistów. Zachod­nich, to znaczy nieomal wyłącznie francuskich". I w drugim miejscu „Uroków dworu": „To «dobrane towarzystwo», w latach czterdziestych, pięćdziesiątych, a nawet sześćdziesiątych (w tych ostatnich zakres kontaktów już się poszerzył), było formowane przez zachodnią intelektualną lewicę. Zapatrzone w jej sądy, przyjmowało absolutnie bezkrytycznie jej światopogląd (...) Jakie byty wtedy główne składniki lewicowej myśli francuskiej? Były przede wszystkim cztery: laickie rozumienie świata (stąd anty klerykalizm), antyamerykanizm, antyniemieckość, prorosyjskość (miłość totalna, absolutna, do Związku Radzieckiego)".

Tak wraca w moim eseju wspomniane już „ukąszenie sartrowskie", które zainkasował i zaaprobował peerelowski „Salon". Wywarło ono szczególny wpływ na lewicowy „Salon" drugiego etapu PRL-u — Polski lat 1969-1989.

 

6. W stronę Sartre’a

Przed rokiem 1968 „robiący w kulturze" aparatczycy PRL-u cenzurowali życie kulturalne, lecz i współpracowali z „elitami kulturowymi" („Salonem"), wszechstronnie je dopieszczając (medale, nagrody, talony, paszporty, wczasy, samochody, miesz­kania, stypendia, „domy pracy twórczej" itp.). Po roku 1968 to dalej trwało, lecz już nie wobec wszystkich, gdyż sytuacja się zmieniła. Detonatorami zmian były dwa marce: marzec 1964 był jaskółką, a marzec 1968 — datą graniczną.

Wielu intelektualistów sądziło, że datą graniczną będzie „Paź­dziernik W. Gomułki" (1956), czyli „odwilż październikowa" alias „odwilż gomułkowska" — upadek stalinizmu. Przeliczyli się — „towarzysz Wiesław" wybił im to z łbów szybko. Już u progu lat 60-ych nic po „Październiku" nie zostało, wrócił zamordyzm, skasowano „ odwilżowy " tygodnik „Po prostu", nie wyrażono zgody na druk „odwilżowego" miesięcznika „Europa", zlikwidowano klub Krzywego Koła (forum dyskusyjne intelektualistów), chociaż był równie lewicowy jak dyskutanci; itp. Członkom ówczesnego „Salonu" zaczęło coś doskwierać. Co? Licho wie co, ale stare porzekadło mówi, że „kiedy nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze". Fakty są takie: drastycznie malały wówczas sumy przeznaczane z budżetu państwa na kulturę, przydziały papieru spadły o jedną piątą (vulgo: o tyleż spadły nakłady książek), i był to proces postępujący. Im bardziej robiło się cieniutko w kieszeniach, tym bardziej rósł żal w sercach. Człowiek tak się stara, by im dogodzić, a oni coraz mniej płacą! Względna pauperyzacja „Salonu" budziła jego rozgory­czenie, i spowodowała wreszcie protest części środowiska intelektualistów. 

13 marca 1964 roku A. Słonimski („spiritus movens" całej akcji) zaniósł tzw. „List trzydziestu czterech" do sekretariatu premiera J. Cyrankiewicza. 

List podpisało trzydziestu czterech luminarzy: L. Infeld, M. Dąbrowska, A. Słonimski, P. Jasienica, K. Górski, M. Ossowska, K. Wyka, T. Kotarbiń­ski, K. Estreicher, S. Pigoń, J. Turowicz, A. Kowalska, M. Jastrun, J. Andrzejewski, A. Rudnicki, P. Hertz, S. Mackiewicz, S. Kisielewski, J. Parandowski, Z. Kossak, J. Zagórski, J. Kott, W. Sierpiński, K. Kumaniecki, A. Sandauer, W. Tatarkiewicz, E. Lipiński, S. Dygat, A. Ważyk, M. Falski, M. Wańkowicz, J. Szczepański, A. Gieysztor i J. Krzyżanowski. 

List był krótki:

„Do prezesa Rady Ministrów, Józefa Cyrankiewicza

Ograniczenia przydziału papieru na druk książek i czasopism oraz zaostrzenie cenzury prasowej stwarza sytuację zagrażającą rozwojowi kultury narodowej. Niżej podpisani, uznając istnienie opinii publicznej, prawa do krytyki, swobodnej dyskusji i rzetel­nej informacji za konieczny element postępu, powodowani tro­ską obywatelską, domagają się zmiany polskiej polityki kultu­ralnej w duchu praw zagwarantowanych przez konstytucję pań­stwa polskiego i zgodnych z dobrem narodu".

Gdzie sygnatariusze mieli „dobro narodu", mówi choćby opi­nia Herberta, którą cytowałem kilka stron wcześniej. Szło o własne dobro, zagrożone teraz, a wstawka tycząca presji cenzury miała jedynie uwiarygodnić prospołeczny, wolnościowy motyw listu. Cenzura gomułkowska była, owszem, twarda, lecz wobec minionej, bierutowskiej (której „Salon" nie kontestował listami „powodowanymi troską obywatelską"), zdecydowanie łagodniej­sza. Właśnie dlatego sygnatariusze sądzili, ze głos tylu publicz­nych autorytetów ugnie miększy reżim. „— Point de reveries, messieurs!" („ — Koniec z rojeniami, panowie!"), jak mawiał Polakom-reformatorom car Mikołaj I. Reżim się wściekł i przy­kręcił śrubę. Wobec tego część sygnatariuszy (Sandauer, Parandowski i in.) błyskawicznie swe podpisy wycofała, a inni (Tatarkiewicz, Kumaniecki, Krzyżanowski, Lipiński, Górski, Sierpiński, Szczepański, Wyka, Infeld, Gieysztor) podpisała... kontrlist (formalnie przeciw wykorzystaniu „Listu 34" na Zachodzie — „na łamach prasy zachodniej oraz na falach dywersyjnej roz­głośni radiowej Wolna Europa" — lecz praktycznie było to kla­syczne przyjście na kolanach „do Canossy"). Ów lizusowski kontrlist, będący wyrazem pełnego poparcia dla reżimu („Polity­ka kulturalna jest wspólną sprawą inteligencji twórczej oraz kierownictwa politycznego i państwowego kraju"), sygnowało aż 600 (!) koryfeuszy i akolitów „Salonu" (J. Iwaszkiewicz, T. Różewicz, J. Broszkiewicz, J. Hen, J. Przyboś, W. Szymborska, e tutti quanti).

Pisnęli, wycofali i ucichli: przestali miauczeć, by nie ucichnąć szerzej (publicznie) — by móc dalej zarabiać drukiem swych „politycznie poprawnych" płodów. Piękne pytanie Norwida ich dotyczyło:

„Skoro ten druk — to pieniądz, a ten pieniądz — siła,

Jak chcecie, by się wolność słowa rozszerzyła? ".

Wszystko jednak zmieniło się kilka lat później, kiedy władza (czerwona partia), na skutek wewnętrznych rozgrywek frakcyj­nych, popełniła kretyński błąd: wszczęła dziką, ogólnopolską kampanię antysemicką (1968), szermując faryzeuszowskim ha­słem „antysyjonizmu". Była to kampania wymierzona w inteli­gencję pochodzenia żydowskiego, czyli w autorytetowe jądro i w przeważającą część „Salonu" tudzież zwolenników „Salo­nu". Żydzi masowo emigrowali z kraju (również pisarze, S. Wygodzki i inni), zmuszani do tego różnymi, mniej lub bardziej chamskimi metodami. Wtedy wściekła się część „Salonu" — że tak potraktowano ich dwudziestokilkuletnią wysługę dla komuny. A gdy jeszcze zachodnia lewica (zwłaszcza sartrowska Francja) wszczęła głośną kontrkampanię — kampanię piętnowania antyse­mickich władz PRL-u — wzmiankowana część „Salonu" wyciągnęła ręce do sojusznika francuskiego, tam upatrując sobie nowy żłób. 

Rozprowadzającym tej nowej gry — nowopowstającego dysydenckiego „Salonu" — był A. Słonimski, członek (wolnomularski „brat") Macierzystej Loży Polskiej „Kopernik" (o której 1968 roku radio francuskie mówiło: „Loża «Kopernik» działa legalnie w ramach Wielkiej Loży Francji jako jednostka suwerenna polska i trwać będzie póki znowu, jak przed laty, los pozwoli jej wrócić do Warszawy i Krakowa"), a także patron, pracodawca i wychowawca A. Michnika, czyli młodej siły owego i przywódcy kolejnego, różowego „Salonu".

Z. Kubiak: „Już u schyłku lat 60-ych pisarze czy intelektualiści wiedzieli, że kryzys komunizmu jest nieuchronny, że to się nie rozwija". Może nie wszyscy wiedzieli, lecz tym, którzy sami jeszcze tego nie rozumieli, pomagał zrozumieć Słonimski, ówczesny kawiarniany (salonowy) guru. Słonimski był barwną (wielobarwną) figurą. Przed II Wojną pisał modne felietony i robił za liberała-racjonalistę-humanistę-progresistę (postępowca). 

Gdy Wojna się skończyła, kilka lat pracował jako delegat PRL-u w UNESCO, a roku 1956, stanowiąc przeciwwagę dla Iwaszkiewicza, został prezesem Związku Literatów Polskich i pełnił tę funkcję póki reżim się na niego nie wkurzył. Do czasu tego roz­wodu Słonimski wszystkie zadania intelektualisty „Salonu" peerelowskiego wypełniał piórem akuratnie. Kilka próbek, dla sma­ku: „ W dziełach Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina odnaleźć można jedyną dziś obronę postępowej myśli europejskiej"; „Hi­storia nauczyła nas, Polaków, że przebudowa świata, zwycię­stwo sprawiedliwości społecznej i nawet samo istnienie narodu polskiego możliwe jest tylko w oparciu o naukę marksistowską i siłę Związku Radzieckiego"; „Kraj znajduje się pod obstrza­łem wrogiej propagandy (...) Ci pisarze, którzy potrafią, pe­wien jestem, że odpowiedzą gorąco na apel ministra Bermana. Ważne jest, aby nie brakowało ich głosu: «jesteśmy z wami!»"; „W księdze dziejów polskich historia dwudziestolecia kurczy się do paru wstydliwych linijek"; „Warto zastanowić się, co się stało z pięknym słowem patriotyzm, do jakiego samozaprzeczenia i splugawienia doszło ono w ustach emigra­cyjnej kliki londyńskiej, gdy tym słowem próbuje ona pokryć swój akces do zbójeckiego hitlerowsko-amerykańskiego paktu w Bonn"; „Stalinowska Nagroda Pokoju. Najwyższe to na świecie odznaczenie i najzaszczytniejsze (...) Nagroda Stalinowska ma ponadto autorytet moralny, którego nigdy mieć nie mogła nagroda Nobla". Etc., etc. Trudno się dziwić, że Z. Kubikowski, pisarz i kolega A. Słonimskiego, przezwał go później „pieskiem stalinowskim".

Rymami szło mu równie gładko jak prozą; cytuję fragment wiersza „Portret prezydenta", będącego hołdem dla Bieruta:

„Oto w ludu niepamięć, w mroki historii odchodzi

Orszak książąt i królów, panów wielmożnych i krwawych.

       W szkole, z ramy portretu, oczy łagodne i czyste

Patrzą na młodość twoją. Oddać jej nie chcą zniszczeniu.

Wieków dawnych nie żałuj, lepszych masz dziś gospodarzy!".

 

Nie radził też żałować represjonowanego Kościoła, co przy­chodziło mu o tyle łatwo, że tu wypełniał dubeltowy serwitut, komunistyczny i masoński. 

Dlatego „Kisiel" napisze później:

„Religia podgryzana jest dziś przez «postępowców» w rodzaju właśnie Kotarbińskiego czy Słonimskiego, których zresztą Hitler utwierdził w mniemaniu, ze «wróg postępu» jest tylko na pra­wicy. I w ten sposób ułatwili gładką robotę komunizmowi, uro­dzili bękartów w rodzaju Urbana". Generalnie „Kisiel" miał na temat Słonimskiego złą opinię, a gdy miał o kimś złą opinię, to się nie patyczkował i przywalał z grubej rury; exemplum opinia o prof. B. Suchodolskim („Stary wazeliniarz sanacji, a teraz komuny. Nigdy w życiu nie powiedział jednej twórczej myśli"), o A. Morawskiej („Rzadka idiotka typu «międzynarodowego»"), o J. Waldorffie („Coraz głupszy! ") lub o W. Gombro­wiczu, po jego śmierci („I nigdy już nie będę się mógł dowiedzieć czy był pederastą, czy impotentem, czy — jak twierdził K. — «zwykłym onanistą» "). Na temat Słonimskiego „Kisiel" wyrzekł kilka ciężkich słów (1972): „Słonimski to dureń (...), człowiek mały, megaloman i samochwalca, po prostu ustawia sobie swoją legendę i karierę (nawet pośmiertną), a nic go więcej nie obchodzi (...) Pseudoopozycjonista, co to długo się opiera, ale w odpowiednim momencie zrezygnuje jednak z opozycji i da rządzącym dupy — tak właśnie było na Zjeździe Lite­ratów w Łodzi!". Równie ciężkich słów użył, pisząc o Słonimskim, wybitny emigracyjny poeta, M. Hemar:

 

.......... Cóż za szmata

Pod pozorami literata.

Popatrzcie na ten rzymski profil:

Były frankofil i anglofil (...)

I były sanacyjny cwaniak,

Pan-europejczyk i Pen-klubczyk.

Przechrzta co tydzień, na wyścigi,

Co z wszystkich sobie wziął religii

Jedną religię: Oportunizm —

Dziś się obrzezał na komunizm".  

Gdyby coś takiego warknął goj, po kres życia dźwigałby brzemię, miano antysemity, lecz Hemar też był Żydem (polskim Żydem patriotą), więc jemu uchodziło. W drugiej części tego samego wiersza („Do poety reżimu") Hemar wyraził co myśli o Słonimskim jako o poecie:

„Poecie wolno szkód przyczynić,

Wolno się załgać i ześwinić,

Merdać ogonem i uciekać,

Pod stół wleźć i hau-hau odszczekać,

Wolno ze słowa zrobić łajno —

Jak tylko wierszem, to już fajno!

Wolno mu zdradzać — jak do rymu,

To nie weźmiemy za złe my mu,

To już nie błąd, to już zaleta,

Bo pan poeta! Pan poeta!

Bo pan artysta! Bo artyście

Wolno tym kurrrkiem być na dachu!

Nie mógł, Słonimski, rzeczywiście,

Lepszego sobie dobrać fachu".

 

W ostatnim zdaniu cytowanego wiersza Hemar nawiązał do te­go „kurrrkiem", zwąc Słonimskiego kurwą:

„Znasz kawat ten o Leszku?

Leż ku...!"

Hemar, chłoszcząc Słonimskiego, pomylił się tylko w jednym, gdy napisał: „były frankofil". Słonimski nigdy nie przestał być wewnętrznie frankofilem, a został franc-lewakiem odkąd poznał stalinistę-maoistę-goszystę Sartre'a, z którym się kontaktował często. W roku 1993 „Najwyższy Czas!" drukuje taki passus:

„Wśród emigracji rozwijała się loża «Kopernik», której łącznikiem z krajem był Antoni Słonimski. Na swojego sekretarza powołał w swoim czasie «poszukiwacza sprzeczności», Adama Michnika". Autorzy tekstu słusznie twierdzili, że „ten trzyletni staż (1973-1976) u wytrawnego masona" grał istotną rolę w kształtowaniu Michnika. Ciekawa rzecz: pogrzeb Słonimskiego odbył się 9 lipca 1976 roku, a już niecały miesiąc później (jak zaświadcza „Kisiel") Michnik „dostał paszport do Francji na zaproszenie Sartre'a"! Sartre widocznie rozumiał, że po śmierci starego mistrza — „Adasiowi" konieczny jest nowy mentor tego samego rodzaju, bo ktoś w Polsce musi przejąć kierowniczą salonową schedę.

Tak więc po roku 1968 zaczął w PRL-u funkcjonować drugi „Salon", właściwie równoległy kontrsalon, który grupował dysydentów kręcących się wokół Słonimskiego niczym satelity wokół słońca. „Słonimski stal się przywódcą pewnej grupy inteligencji warszawskiej" („Kisiel") i „nieomal wcieleniem całej formacji inteligenckiej" (P. Kuncewicz). Ta salonowa „grupa" alias „formacja" wciąż rosła, i w 1976 była już tak duża (niewąt­pliwie pomógł tu czerwcowy, radomsko-ursuski bunt robotników, który ośmielił intelektualistów), że na po­grzebie Słonimskiego „Kisiel" wybałuszył oczy: „Pogrzeb Słonimskiego (...) Bóg z nim, ale nie bardzo rozumiem co to za prorok dla tej zebranej tam inteligenckiej rzeszy (...) Miał swoje personalne zagrywki taktyczne i narzucał je niemądremu literackiemu środowisku, wmawiając, że tylko on jest «sumieniem». No, dość się naszczekałem, ukamienowaliby mnie za to".

Spośród wszystkich „personalnych zagrywek taktycznych" Słonimskiego, szczególnie brawurowym chwytem był jego „testament". „Kisiel" już w 1972 roku zauważył, że „Słonimski ustawia sobie karierę nawet pośmiertną". Była to prawda. Pi­sarz i krytyk literacki, P. Kuncewicz, wspomina (1995), iż „jedyny testament" A. Słonimskiego stanowiło polecenie sprzeda­nia na bazarze jego ubrań. Miał Słonimski rzec przed śmiercią:

„ — Niech moje ciuchy jeszcze rok czy dwa pochodzą po Warszawie". Pochodziły dłużej. Myślę o członkach założonego przezeń „ Salonu " — o owym mocno dziwiącym „Kisiela", lewicowym „niemądrym środowisku", które bezbłędnie ilustruje tytuł tudzież smakowita przedwojenna okładka zbioru felietonów Słonimskiego „Mętne łby".

 

 

7. „Opozycja koncesjonowana"

Inteligencki, opozycyjny „Salon" ostatniej fazy PRL-u, lat 1977-1989, formowali głównie ludzie, którzy potrzebowali roz­grzeszenia za swą wcześniejszą, proreżimową działalność, a coraz bardziej bezpieczna dysydenckość miała być dla nich wybielaczem.

 

      >  >  >   ciąg dalszy  -  część Druga

 

 

 
* * *

 

z pełnym poszanowaniem i respektem dla autorów, wydawców i praw autorskich; w dzisiejszych czasach powszechnego przemilczania i fałszowania historii i faktów historycznych, uważamy za szczególnie ważną powinność i obowiązek rozpowszechniania informacji, celem edukacji i uświadamiania, oraz bezpardonowej walki z owymi przemilczeniami i fałszami.

 

 

wersje internetową przygotowala  Polonica.net

 

Polski Niezależny Związek Patriotyczny      Katolicko-Narodowy Ruch Oporu kontrreformacji i kontrjudaizacji

 

O.R.K.A.N.

 

 

 

> > >  Kliknij -  Wróć do góry - do początku strony  < < <

 

 

 

Zamknij to okno