Waldemar Łysiak



RZECZPOSPOLITA KŁAMCÓW



SALON

 

 

  

 

Spis treści:

Zamiast noty edytorskiej

Część I — WSTĘP czyli „ — Wkurza mnie dosłownie wszystko!".

Część II — SALON WPŁYWU

1. Salon historyczny

2. „Dzieci Sartre'a".

3. „Coś w mózgu".

4. „Salon" PRL-u — część I (prostytucja)

5. „Salon" PRL-u — część II (klika i alibi)

6. W stronę Sartre'a

7. „Opozycja koncesjonowana".

8. Elitarne dziuple i centra

Część III — MALEFICUS MAXIMUS

1. Zło

2. Od trockizmu do KOR-u

3. Pieski przydrożne

4. Tajny cyrograf „świnksa"

5. Przejęcie władzy

6. Budowanie zrębów

Część IV — CZTERECH JEŹDŹCÓW „SALONU"

1. Czerwony harcerz

2. Gensek honorowy

3. Postępowy katolik

4. Święty guru

 

Część V —„SALONU" GRZECHY GŁÓWNE

1. Klientela

2. „Polityczna poprawność".

3. „Murzynek Bambo" a sprawa polska

4. „Salon" ci wszystko wybaczy

5. „Caritas maior iustitia”

6. Elegancja tolerancja

7. Rozdźwięki wśród tolerastów

Część VI — DYKTAT KULTUROWY „SALONU".

1. „Terroryzm intelektualny"

2. „No pasaran!”

3. Cenzura

4. „ — Panu już dziękujemy! "

5. Laur Nobla daj mi luby!

6. Literacki geniusz, „ Mirek "

7. Promocja, czyli „przemysł kreowania polskich Kunder"

8. Desperados

ZAKOŃCZENIE

 

© Copyright by Waldemar Łysiak 2004 

[copyright autora obejmuje również wszystkie rozwiązania graficzne i typograficzne książki ]


Wydanie I Warszawa 2004

Opracowanie typograficzne i graficzne: Waldemar Łysiak i Adam Wojtasik 

Projekt okładki: Adam Wojtasik

Redakcja techniczna: Adam Wojtasik

WYDAWNICTWO NOBILIS — Krzysztof Sobieraj ul. Dominikańska 33, 02-738 Warszawa, tel./fax: 853-12-61, e-mail: nobilis_l@wp.pl

ISBN 83-917612-5-8

Skład i łamanie: Wydawnictwo Key Text, Warszawa
Druk: Łódzka Drukarnia Dziełowa SA 90-215 Łódź ul Rewolucji 1905 r. nr 45

 

 

 

Zamiast noty edytorskiej

Zamiast noty edytorskiej chcemy dać tylko krótki cytat. Pasuje on do niejednej z książek Waldemara Łysiaka, lecz do żadnej innej jego książki tak bardzo, jak do tej, którą właśnie oddajemy w ręce Czytelników. Dziewięć lat temu amerykański (polonijny) publicysta i edytor, Józef Dudkiewicz, rzeki:

Pisarz tak wrażliwy jak Łysiak jest genialnym sejsmografem nastrojów społecznych, wydobywa i wypowiada to, co skryte jest głęboko, jeszcze nie artykułowane, niepokoi, porusza, a nawet kieruje zbiorowymi emocjami (...) W polskiej tradycji uważa się, że jeżeli naród nie może mówić własnym głosem, Bóg zsyła mu pisarza. On mówi za naród i w imieniu narodu".

 

 

Pamięci Zbigniewa Herberta książkępoświęcam

„niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda

dla szpiclów katów i tchórzy (...)

i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy

przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie"

Zbigniew Herbert, „Pan Cogito"

Nie masz ze złymi pokoju"

Jean de La Fontaine

 

Część I

WSTĘP

czyli „— Wkurza mnie dosłownie wszystko”

 

 

— Wkurza mnie dosłownie wszystko! Ale najbardziej wkurzają mnie Zośka i telewizja. I Zośka, i telewizja, mówią mi, że nie jestem stuprocentowym mężczyzną. Według Zośki powinienem zwolnić lub przynajmniej zastrzelić mojego szefa, a według telewizji powinienem cały czas wymierzać ciosy karate i grzać z broni maszynowej do wielu bezczelnych osób, robiąc przy tym przerwy dla akrobatycznego seksu lub dla lizania silikonu o rozmiarach piłek futbolowych. No i powinienem być kulturystą, jak ci telewizyjni mężczyźni, którzy są zawsze opaleni i uśmiechają się dwiema koliami idealnie równych, śnieżnobiałych zębów.

Kto tak mówi ? Tak mówi niejeden mający jakąś Zośkę i łykający zglobalizowaną telewizję mieszkaniec naszego globu, lecz nie Polak. Polak mówi cosik innego, kiedy zaczyna od słów:

„ — Wkurza mnie dosłownie wszystko!". Polaka bowiem wkurzają problemy ważniejszej rangi niż głupi-wredny-skąpy szef i wyścigowy megaerotyzm supersamców i supersamic, lansowany przez media jako zwykła norma gatunku „homo sapiens". Polaka wkurza wielostronna mocarstwowość jego niepodległej ojczyzny, wypracowana mozolnie w ciągu piętnastu lat kultywowania suwerenności (1989-2004). Między innymi:

• Mocarstwowość aferalna. III Rzeczpospolita jest absolutnym rekordzistą świata pod względem mnogości i częstotliwości występowania afer finansowych z udziałem sfer rządzących i wyższych szczebli administracji. Liczba tych kryminalnych afer w stosunku do liczby ludności daje imponujący wskaźnik procentowy — mocarstwowy tout court.

• Mocarstwowość parlamentarna. III Rzeczpospolita ma funkcjonujący parlament, mimo iż ogromna większość posłów tudzież senatorów to analfabeci, półanalfabeci oraz wszelkiej maści szumowiny. Tylko prawdziwe mocarstwo jest w stanie przetrzymać taki poziom parlamentaryzmu.

• Mocarstwowość korupcyjna. III Rzeczpospolita (obok kilku krajów Czarnej Afryki) plasuje się na samym wierzchołku potęg łapówkarskich, gdyż bez trudu (a często i bez możliwości uniknięcia tego) kupuje się w niej wszystkich, od gliniarza i biurokraty niskiego szczebla, przez sędziego, prokuratora i członka administracji każdego szczebla, do funkcjonariusza rangi rządowej i do ustawodawcy czyli do Sejmu włącznie (exemplum ustawa o grach losowych).

• Mocarstwowość kooperacyjna. Rodzimi politycy i urzędnicy nagminnie kooperują z gangsterami, gangsterzy z policją, a policja z każdym, kto wręczy stówę lub więcej, czemu parasol dają tzw. „służby", wobec którego to układu legendarna siatka powiązań i model skuteczności mafii sycylijskiej są mizernym przedszkolem systemowo-strukturalnej kooperacji.

• Mocarstwowość myśliwska. W III Rzeczypospolitej nie ma ludzi kuloodpornych, bez kłopotów odstrzeliwuje się każdego, z premierami (exemplum były premier Jaroszewicz), ministrami (exemplum Dębski czy Sekuła) tudzież komendantami głównymi policji (exemplum Papała) włącznie. Czasami tylko broń myśliwską zastępują wnyki płócienne bądź sznurowe (exemplum regularne „samobójstwa" popełniane wewnątrz cel przez tzw. „głównych świadków" w sprawach kryminalnych grożących zdemaskowaniem politykom szczebla rządowego).

• Mocarstwowość walutowa. III Rzeczpospolita ma walutę dużo silniejszą od permanentnie słabnącej waluty USA, co Amerykanom nakręca eksport (wiadomo, że im słabsza waluta, tym zyskowniejszy eksport), a sternikom polskiego monetaryzmu (L. Balcerowicz i spółka) winduje dumę i stopę życiową. A. Kaletsky („The Times"): „Dla gospodarki uzależnionej od eksportu silna waluta to pocałunek śmierci (...) Amerykański biznes kwitnie dzięki niskiemu kursowi dolara". Znaczącym rewersem tej walutowej mocarstwowości III RP jest fakt, iż Polska to bezkonkurencyjne Eldorado dla międzynarodowych spekulantów walutowych, których „krótkoterminowe kapitały spekulacyjne" determinują (łatają dorywczo) polski budżet, z gigantyczną szkodą dla bieżących i dla perspektywicznych finansów państwa, a cudzoziemskim spekulantom przynoszą szybkie fortuny.

• Mocarstwowość eksportowa. III Rzeczpospolita eksportuje rekordową liczbę czarnej siły roboczej do europejskich krajów rozwiniętych i za ocean.

• Mocarstwowość zatrudnieniowa. Aż 80% Polaków nadających się do pracy zdobyło zatrudnienie! Co prawda większość z nich ma pracę bardzo źle płatną, lecz 80% to jest liczba!

• Mocarstwowość egzystencjalna. Aż 50% polskich rodzin nie egzystuje w strefie ubóstwa, i aż 70% polskiego społeczeństwa nie egzystuje na granicy wegetacji biologicznej z braku środków do życia!

• Mocarstwowość postępowo-artystyczna. Antykatolicko ukrzyżowany przez polską artystkę penis jako sztandarowe (bo najgłośniejsze) dzieło sztuki III RP, dające nam bardzo wysoką pozycję w rankingu kulturowym „postępowej ludzkości", którego kryteria wyznacza międzynarodowa awangarda.

• Mocarstwowość sportowa. Polski góral, skaczący na nartach, parokrotnie zwyciężył wszystkich konkurentów z kilku krajów uprawiających tę dyscyplinę sportową.

 

Owa wieloraka prężność państwowa (którą ino nadmieniłem, bo można długo wskazywać jej filary) coraz to wyrywa Polakom warknięcie: „ — Wkurza mnie dosłownie wszystko!". Gdy na początku lipca tego roku (2004) zebrał się wewnątrz salki warszawskiego Stowarzyszenia Studiów i Inicjatyw Społecznych tłumek patriotów, znany pisarz-satyryk, M. Wolski, rzekł dziennikarzom: „ — Przyszło nas tak wielu, ponieważ każdego z nas krew zalewa pięć razy w tygodniu. A mnie może nawet częściej, kiedy widzę co się dzieje w kraju z wywalczoną wolnością!". Jak ten czas leci! Wywalczyliśmy ją półtorej dekady temu!

Piętnaście lat to dużo czasu. Co prawda tuż przed tymi latami wasalna Polska (PRL) odnotowała dekadencję gospodarczą (głęboki kryzys ekonomiczny lat 80-ych XX stulecia) i zbiedniała koszmarnie (kartki zaopatrzeniowe, ocet na półkach sklepowych), lecz piętnaście lat to wystarczająca ilość czasu, by suwerennie i mądrze się rządząc — rozkwitnąć. Niemcy (NRF) w ciągu piętnastu lat (1949-1964) dźwignęli się ze schyłkowowojennej i poklęskowej nędzy do stanu kwitnącego, lecz mieli polityków (K. Adenauer) i ekonomistów (L. Erhard) klasy super. Kogo miała przez swoje piętnaście wiosen (1989-2004) III Rzeczpospolita? Przez cały ten czas rządzili nią kombinatorzy i nieudacznicy, dlatego Ojczyzna dalej jest europejskim krajem drugiej kategorii, na cokolwiek nie spojrzymy: krajem nędznych szos trzeciej (prowincjonalnej) i czwartej (śmiertelnej) klasy; krajem nędznych pensji i nędznego prawodawstwa (utrudniającego rozwój, a krępującego sprawiedliwość); krajem nędznych (wręcz katastrofalnych) systemów ubezpieczeń, oświaty i służby zdrowia; krajem nędznych „stróżów prawa" (nie odróżniających łuski pistoletowej od czołgowej); krajem nędznych polityków (nie odróżniających interesów państwa od interesów szwagra); itd.

Ze wszystkich tych fatalnych atrybutów III Rzeczypospolitej, jako główną (gdyż bazową, źródłową) „czarną dziurę" trzeba wskazać tzw. „czynnik ludzki": rządzących, którzy sprzeniewierzyli się (jedni premedytacyjnie, inni mimowolnie, dzięki własnej głupocie) swemu posłannictwu, ergo: powinnościom człowieka sprawującego władzę. Są one klarowne, a ich definicja nie wymaga wielu słów. Cesarz Napoleon ujął je krótką (i całkowicie wyczerpującą) formułą: „Zadaniem rządzących jest prawidłowe administrowanie tudzież krzewienie gospodarki, kultury, nauki, moralności, sprawiedliwości i dobrobytu". Wszystko. Polska, wyzwolona (staraniem prezydenta R. Reagana i „Solidarności") z tłamszącego komunizmu sterowanego przez Moskwę, i funkcjonująca długie piętnaście lat jako suwerenna III Rzeczpospolita, nie dorobiła się niczego prócz owej suwerenności (czyli prócz samostanowienia terytorialnego, demokracji elekcyjnej, swobody prywatnej działalności ekonomicznej i wolności słowa). Żadnych plusów ujętych przez definicję Bonapartego: ani dużej, konkurencyjnej gospodarki (wyjątki, jak Orlen, tylko potwierdzają czarną regułę), ani rzetelnej administracji, ani chwalebnej kultury, ani przyzwoitej nauki, ani moralności, sprawiedliwości i dobrobytu. Ani nawet cywilizowanych szos. Powiedzcie Francuzowi, Hindusowi czy Włochowi, że największe terytorialnie państwo wschodniej Europy, któremu doskwiera brak dobrych dróg, przez ostatnie piętnaście lat zdołało wybudować ledwie sto kilkadziesiąt kilometrów autostrad, a on umrze ze śmiechu. To jest jak symbol całej sytuacji — całej dzisiejszej kondycji państwa polskiego.

Czemu kilkudziesięciomilionowego kraju nie stać na więcej niż parę mikroskopijnych odcinków autostrad? Bo władza nie ma pieniędzy. Nie ma na drogi, na służbę zdrowia, na rozwój nauki, na renty, na zasiłki, na godziwe pensje dla maluczkich — na wszystko (ma tylko na sowite emerytury dla dawnej „nomenklatury" i dla komunistycznych oprawców — esbeków, politruków, wszelakich „mundurowych" — tu forsa leje się strumieniem, ci nie płaczą). Cóż, wpływy do budżetu są zbyt małe! — mówi władza (każda władza w ciągu minionego piętnastolecia). Fakt, są zbyt małe. Ale prawda jest taka, że byłyby wręcz „zbyt duże" (jakkolwiek bulwersujące czy cudacko to brzmi), gdyby notorycznie nie tracono miliardów.

Przyczyn idiotycznego bądź łajdackiego tracenia przez państwo polskie miliardów złotych można wskazać mnóstwo, lecz trzy główne to absurdalnie rozbuchany moloch etatowo-dietowy prominentów (od kancelarii premiera do rad samorządowych), prywatyzacja i aferyzacja. Pierwszy grzech główny z wyżej wzmiankowanych: mamy szesnaście województw, gdy starczyłoby kilka; mamy horrendalną (zupełnie bezsensowną) liczbę powiatów; mamy przeogromny Sejm i duży Senat (odchudzenie każdego o co najmniej 50% radykalnie poprawiłoby ich funkcjonalność); mamy zbyt liczne i zbyt komórkowe (czytaj: etatowo) rozdęte ministerstwa, pełne multiplikujących się „gabinetów"', mamy dziesiątki państwowych Agencji, Funduszy, Rad oraz innych, równie niepotrzebnych instytucji, które bez żadnego pożytku dla ludzi ssą wielkie pieniądze. Cały ten monstrualny system parlamentarnej i administracyjnej biurokracji, w której wszędzie funkcje i etaty się dublują (exemplum Rada Polityki Pieniężnej, struktury wojewódzkie, itd.), jest synekurowo-farmazońską maszynką do połykania bajońskich pieniędzy, które zamiast wzmacniać państwo i ułatwiać życie społeczeństwu — utrzymują tylko (i to utrzymują luksusowo) nieprzebrane rzesze „znajomych królika". Wszystkie te sowite (eufemizm, gdyż bardzo często: arcylukratywne) płace, premie, nagrody, odprawy, diety, rekompensaty, „zwroty kosztów", etc., etc., etc. — to kolosalna studnia bez dna, permanentnie masakrująca budżet. Sekundują temu rytualne wręcz procedury tracenia olbrzymich sum w ramach prywatyzacji i aferyzacji:

Pierwotna prywatyzacja majątku postpeerelowskiego (czyli „uwłaszczeniowa" prywatyzacja fabryk przez ludzi starego, czerwonego reżimu) dawała państwu wpływy komiczne, bo było to prywatyzowanie hucpiarskie, właściwie rozdawnictwo „samym swoim" lub sprzedaż za bezcen, a późniejsza „przetargowa" prywatyzacja (sprzedawanie, głównie cudzoziemcom, metodą przetargów) dawała wpływy mocno zaniżone (gdyż wyprzedawano głupio lub łapówkarsko — często „zwyciężała" firma oferująca mniej, a przegrywała ta, która proponowała dużo więcej). Do tego rozliczne mega-afery, setki głośnych afer — od „afery FOZZ", przez, „markową", „rublową", „bankową", „alkoholową", „papierosową", „benzynową", etc., etc., aż do najświeższej (lato 2004), tej ze sprzętem medycznym, plus afery ciche, nieumedialnione — zabrały państwu (czyli społeczeństwu) setki miliardów złotych! Łącznie — sumy tak gigantyczne, że ich połowa uczyniłaby III Rzeczpospolitą krainą „płynącą mlekiem i miodem". Tymczasem stało się odwrotnie — kraj płynie szam­bem. Nie jest to wina przypadku, losu, zbiegu okoliczności, naturalnych kłopotów „transformacji", pecha, fatum, kiepskiej koniunktury międzynarodowej, klęsk żywiołowych czy bezlitosnej Opatrzności Bożej, tylko takich a nie innych ludzi rozdających polskie karty, vulgo: sprawujących w Polsce rządy. Już dekadę temu (1994) publicznie wyraziłem marzenie, iż kiedyś „władzę w dręczonym, ośmieszanym i prostytuowanym kraju przejmie si­ła honoru, wyznająca kult polskiej racji stanu oraz prymat służebności wobec człowieka. Ci, którzy dziś władają, są lokajami diabła". Scharakteryzowałem ich wtedy następująco (odwołując się metaforycznie do trzech wielkich dzieł literackich):

„Budują złodziejsko-bananowy ustroik, w którym «folwark zwierzęcy» przybiera dla zamydlenia oczu trochę bardziej ludzką twarz dzięki humorystycznym elementom «komedii ludzkiej». Orwell + Balzac + Hugo, gdyż, kapitanowie dryfującej łajby to «nędznicy». Spryciarze, których przeszłością jest prosowiecka agenturalność bądź kolaboracja ideologiczna, a teraźniejszością władza zachapana dzięki trikowi z «okrągłym stołem». Nie mają żadnych talentów do wznoszenia autentycznych struktur praworządności. Co gorsza — nie mają nawet chęci budowania czegoś przyzwoitego. Mają tylko genetyczne cwaniactwo, lepkie łapy, zgniłe sumienia i gęby pełne uspokajających frazesów. Ta sama, co niegdyś, «dyktatura ciemniaków», wzbogacona o współudział szulerów dyplomowanych. Zamiast pracy dla rozwoju, zamiast realizowania znośnej codzienności i projektowania szlachetnej wizji dla milionów ludzi — kompletny pat, kreu­jący wszechobecną upiorność. Upiorna gospodarka, upiorna administracja i sejmokracja, upiorna jurysdykcja, upiorna korupcja, upiorna przestępczość, upiorne dziury szos i domowych budżetów — pełny rozkład funkcjonalności, sprawiedliwości, moralności, zdrowego rozsądku oraz szacunku wobec prawdy i prawa. Upiorni spryciarze-grabarze na belwederskich, sejmowych, rządowych, wojewódzkich, miejskich, gminnych i bankowych-tronach. Upiorny kraj, w którym życie to koszmarny sen — czysta upiorność. Cóż zawiniła Polska losowi, że oddał ją w pacht takim ludziom ?

Pytanie egzaltowane? Bez wątpienia. Lecz egzaltacja płynąca z rozwścieczonej duszy jest mniej karygodna niż hipokryzja płynąca z ich pysków nawykłych do łgarstw, do tumanienia grabionego przez nich ludu. Tak jak histeria buntownika ma wartość większą od historii tworzonej przez komediowych łotrzyków, którzy sprawują rządy lekceważąc Dekalog".

Minęło dziesięć lat. Czy oprócz jednego słowa („belwederskich" — prezydent już nie mieszka w Belwederze) musiałbym cokolwiek zmienić w powyższym tekście dając go dzisiaj do gazety jako recenzję obecnego stanu państwa i obecnej konduity tegoż państwa sterników? Nic! I wcale nie wygląda to tak tragicznie tylko na prowincji, gdzie nędza jest dziś straszna, przekraczająca wszelkie wyobrażenia tych grup sytych mieszczuchów, którzy sądzą, że odwiedzają prowincję, kiedy jadą do swoich relaksowych dacz mazurskich. Weźmy duże miasto, Poznań, stolicę Wielkopolski, zamożniejszej przecież aniżeli tzw. „Polska B" (Polska wschodnia). Rzeszów czy Białystok nigdy nie przestały marzyć o dobrobycie Poznaniaków. Tymczasem najnowsze dane (2004) mówią, iż w Poznaniu 85% rodzin wielodzietnych (czworo dzieci lub więcej) żyje poniżej minimum socjalnego, 53% poniżej minimum ubóstwa, i 38% poniżej minimum egzystencji ! Co pozwala zrozumieć czemu 73 % rodaków tęskni do PRL-u — wtedy było im lepiej! Kto jest temu winny?

Winowajcom — różowemu „Salonowi" — poświęcam tę książkę. Ramy czasowe (1989-2004) nie wynikają tylko z faktu, iż piszę ją właśnie w roku 2004. To nie jest przypadkowe piętna­ście lat. Rok 1989 dał początek III Rzeczypospolitej, a rok 2004 dał swoistą klamrę — Polska wstąpiła do Unii Europejskiej, częściowo tracąc odzyskaną piętnaście lat wcześniej suwerenność. Zaczął się nowy etap, będący logiczną konsekwencją procesów globalizujących, unifikujących, kosmopolityzujących (czy jak je tam zwać), trwających już od dawna. Od jak dawna? W sferze ideologii: od panświatowego zakusu spiskujących „mędrców Syjonu", bądź od Leninowsko-Stalinowskiej chętki, by zbolszewizować całą ludzkość („... gdy związek nasz bratni ogarnie ludzki ród!", „Komunizm zmiecie wszystkie granice!", etc.), a bardziej serio mówiąc — od McLuhanowskiej teorii-przepowiedni względem „wioski globalnej". Zaś praktycznie: od zburzenia muru berlińskiego i od rozpowszechnienia Internetu. Prognozy głoszą (exemplum tezy wybitnej socjolożki i politolożki, prof. J. Staniszkis), że schyłek metafizyki państwa narodowego i postępujący uwiąd jego znaczenia doprowadzą jeszcze w naszym stuleciu do zaniku państw, a być może również do zaniku społeczeństw narodowych. Jedni (exemplum polski socjolog, prof. Z. Bauman) myślą, iż wkrótce nie zdoła się w ramach jednego państwa zapewnić obywatelom wolności, bezpieczeństwa i dobrobytu, więc utrzymywanie swobód demokratycznych i dawanie ludziom pracy będzie wymagało struktur większych, ponadnarodowych, globalnych. Inni (konserwatyści, tradycjonaliści) biadają, iż zmierzch państwa całkowicie suwerennego będzie Apokalipsą ludów. Lecz i oni widzą, że niełatwo będzie utrzymać dawny porządek świata, vulgo: egzystować na interglobie (internetowym globie) „po staremu". Każdy to widzi.

Jedni zrozumieli to wcześniej, inni dopiero teraz, z chwilą wstąpienia Polski do Unii. Ja byłem wśród tych, którzy zrozumieli (co nie znaczy, że się ucieszyli) wcześniej. Wcale nie dlatego, że jestem taki mądrala, lecz dlatego, że byłem kibicem najbardziej uniwersalnego sportu świata — futbolu. Futbol radykalnie się zmienił pod każdym względem — i pod względem try­bun, i pod względem murawy. Kiedy chodziłem na stadion jako smarkacz (z ojcem), jako gołowąs (z gronem kolegów) i jako wąsacz (z żoną) — obok siedziała elita artystów i aktorów (K. Rudzki, G. Holoubek i inni). Mecz to było kulturalne święto. Później wszyscy kulturalni uciekli z trybun, bo nikt nie lubi obrywać szklaną butelką w czerep. Dzisiaj na mecze piłkarskie jeździ i chodzi już wyłącznie bandycka dzicz, nie po to, by obserwować grę, tylko by dewastować kolej państwową i autobusy, dyskutować ze sobą łańcuchami, nożami, „bejsbolami", „francuzami", prętami i siekierami, a wspólnie przywalać munduro­wym „psom", którzy zresztą boją się „kiboli" panicznie. Ale jeszcze bardziej zmieniła się murawa stadionu, dokładniej zaś ci, którzy po niej biegają — przestali być narodowi.

Dziesiątki lat drużyny ligowe i reprezentacje państwowe były jednolite narodowo, stanowiąc swoiste (sportowe) delegatury i zworniki patriotyzmu. Człowiek był dumny, kiedy wygrywali „nasi". Kibicowało się „swoim", rodakom (jakże to „szowinistycznie" dzisiaj brzmi, z punktu widzenia regulaminów „poprawności politycznej"). Hiszpanie grali przeciwko Anglikom („Angolom"), Niemcy („Szkopy") przeciw Francuzom („Żabojadom"), Czesi („Pepiki") przeciw Włochom („Makaroniarzom"), et cetera. Później międzynarodowe władze futbolu umiędzynarodowiły drużyny klubowe, ale tylko kosmetycznie, zezwalając, by w klubie grało dwóch cudzoziemskich piłkarzy. Nacisk dużych pieniędzy, które daje piłka, zniósł po pewnym czasie wszelkie ograniczenia i bariery, dlatego dzisiaj niejedna drużyna klubowa ma w składzie więcej cudzoziemców niż autochtonów, i więcej kopaczy czarnoskórych, śniadoskórych lub żółtoskórych niż białych. Wśród elity klubowej nie ma już drużyn narodowych par excellence. Definitywne internacjonalizowanie stało się faktem, gdy za sprawą różnych sztuczek z imigracją i z obywatelstwem („naturalizacja" etc.) reprezentacje państwowe Europy poczerniały od przedstawicieli tropikalnych wysp i Czarnego Lądu (Anglia, Francja, Holandia itd.) tudzież zmuzułmanizowały się od wyznawców islamu (Niemcy, kraje skandynawskie itd.). Często widzimy, że 50% reprezentacji brytyjskiej składa się z Murzynów; w reprezentacji francuskiej 80% czarnoskórych muzułmanów jest normą, a zdarzało się już, że wybiegała ona na boisko bez jednego białego! Pan Molier umarł za wcześnie, on by to dobrze skomentował. Fredro też by miał twórczą inspirację, gdyby widział jak w reprezentacji Lechistanu biega czarnoskóry (ksywka od kibiców: „Czarnecki") Polonus rodem z Kenii, a może z Nigerii lub innego regionu nadwiślańskiego. Mnie to bardziej wstydzi niż złości, czego proszę nie mylić z rasizmem (jedyny rasizm wyznaję wobec rasy ludzi wrednych, bez względu na kolor skóry) — ma to tylko związek z czymś, co zwę „elementarną przyzwoitością", no i z nostalgią. Żal mi tamtych czasów, gdy drużyny (klubowe i państwowe) reprezentowały jedenastoosobowo kraj swoich przodków — swój historycznie rodzinny kraj. Było w tym coś pięknego, romantycznego, patriotycznego. Coś nie tylko dla oczu, lecz i dla serca. Kiedy się to zmieniło radykalnie w tyglu globalnej koktajlizacji i kosmopolityzacji — zrozumiałem (kilkanaście lat temu!), że futbolowa rewolucja to jedynie próg rewolucji światowej (w pierwszym rozpędzie europejskiej) o charakterze analogicznym. Jej finalnym europejskim akordem będzie przerobienie Wieży Eiffla na minaret meczetu.

Ta rewolucja, czy raczej rewolucyjna ewolucja, doprowadziła Polskę do Unii Europejskiej, czyli do kołchozu, gdzie patriotyzm może sobie być klubowy, lecz nie narodowy, a suwerenność duchowa, lecz już nie jurysdykcyjno-administracyjna. Polacy zgodzili się na to w sposób demokratyczny — głosowaniem. Nie poszedłem głosować; wcale nie dlatego, że byłem przeciwny wstąpieniu mojego kraju do Unii, tylko dlatego, że nie potrafiłem we własnym rozumie i we własnym sumieniu rozstrzygnąć co będzie lepsze, akceptacja czy odmowa. Widziałem pewne „za", i widziałem pewne „przeciw"; jedne i drugie równoważyły się jak szale wagi, której ramię tkwi poziomo. Mając tę ambiwalencję, wolałem nie przykładać ręki. Wskutek tego zachowałem czyste sumienie. Dzisiaj postąpiłbym inaczej — z czystym sumieniem oddałbym głos. Gdyby drugie referendum było dzisiaj — głosowałbym przeciwko wstąpieniu bez wahania. Nie wstępuje się do jaskini szulerów. Nie zezwala na to scalająca Dekalog maksyma (przykazanie przykazań): „Pewnych rzeczy się nie robi!".

Molestowano cię, byś rozegrał mecz piłki nożnej, wchodząc do drużyny kompletowanej przez twoich sąsiadów. Zgodziłeś się, bo zagwarantowano ci (pisemnie!), że w wybranej spośród tychże sąsiadów jedenastce będziesz grał jako napastnik. Tuż po pierwszym gwizdku sędziego inni (co silniejsi) członkowie drużyny, owi sympatyczni sąsiedzi, którzy cię namówili, każą ci zejść z boiska, wyznaczając funkcję podającego piłki, jakie wyleciały na out. A w przerwie mógłbyś przynieść graczom piwo. Po meczu zaś wysprzątać szatnię. Dowcipni sąsiedzi, prawda? Jeżeli dla któregoś Czytelnika futbolowa metafora jest zbyt zawiła, użyję drugiej, karcianej. Namówiono cię, byś został członkiem klubu pokerowego, zapoznano z regułami gry i podpisano z tobą umowę. Gdy już siedziałeś przy stoliku, oznajmiono ci, że w każdym rozdaniu dostaniesz jedynie trzy karty, a przewidziany regułami gry komplet kart (pięć) będą dostawali tylko gracze silniejsi od ciebie muskulaturą, na co masz się zgodzić, bo inaczej zostaniesz uznany za chuligana i możesz być represjonowany. Dowcipne, prawda? Taki właśnie dowcip zrobiono Polsce.

Sterujący Europą lewaccy farmazoni (Francuzi, Niemcy i Belgowie) znęcili Polaków traktatem Nicejskim, czyli wizją związku suwerennych państw, wśród których Polska miałaby mocną rangę elektorską, vulgo: decyzyjną. Dlatego głosujący w sprawie akcesji Polacy opowiedzieli się za akcesją: za Unią funkcjonującą według Nicejskiego traktatu — traktatu, który sygnowali wszyscy partnerzy. Tymczasem, tuż po naszym przystąpieniu do Unii, jej wcześniejsi członkowie oznajmili Warszawie (wskutek dyktatu Francuzów, Niemców i Belgów), że Nicea przestała się im podobać, więc arbitralnie uznają tamten pakt za nieważny. Miast niego, będzie obowiązywała wykreowana przez nich konstytucja unijna, która radykalnie zmniejsza polską siłę głosu, czyli deklasuje Polskę — wyrzuca nasz kraj z grona państw rozgrywających, spychając go do grona ciurów. Tym sposobem Paryż, Berlin, Bruksela and Co. złamały swoje obietnice (wabiki) wobec Polski (który to już raz w historii Zachód cynicznie Polskę okłamał?), gwiżdżąc na paragrafy świeżo sygnowanego traktatu. Co zrobił wobec tego „przekrętu" (szantażu-dyktatu) warszawski rząd? Komunistyczny rząd M. Belki podpisał się pod tą szczwaną intrygą unijnych hochsztaplerów (czerwiec 2004), „dając d..."! Użyłem kolokwializmu rodem z rynsztoka, bo wprowa­dzono nas do Rynsztoka — do europejskiej szulerni, gdzie lewicowi zachodni kłamcy, niczym farmazońskie lumpy, kochają „ dymać frajerów ".

Konstytucja unijna, przyjęta przez wszystkie rządy (ale miejmy nadzieję, że nie przez wszystkie społeczeństwa — będą jeszcze referenda konstytucyjne!), daje kilku „rozgrywającym" państwom (zwłaszcza Francji i Niemcom) pozycję unijnych hegemonów, którzy mogą lekceważyć dużo z tego, co zostało ich rękami podpisane. Klasyczny przykład już dokonany to bezkarne złamanie przez Francję i Niemcy wymogów tzw. Paktu Stabilizacyjnego, który zabrania przekraczać trzyprocentowy deficyt państwa, a przekraczającemu grozi surową finansową karą. Paryż i Berlin przekroczyły (2003) i nie zostały ukarane wcale, co jest zrozumiałe, bo w przyrodzie rzadko się zdarza, by słabszy mógł karać silniejszego. Ów precedens bezspornie dowiódł, że — jak w każdej zdemoralizowanej ferajnie — zakazowe prawo obowiązuje tylko maluczkich, nigdy gigantów. Inne precedensy (rozliczne afery łapówkarskie i kumoterskie na szczytach biurokracji unijnej) dowiodły już, że ta struktura i jej formalna stolica (Bruksela) są równie zdegenerowane jak wszystkie centralistyczne biuro­kracje systemów, w których malwersacja stanowi regułę, a kłamstwo gra rolę „modus operandi" (sposobu działania). Tylko między latami 1995 a 1999 wykryto wewnątrz UE półtora tysiąca afer i nadużyć, na łączną kwotę 950 milionów euro! Tylko za kadencji J. Santera jako przewodniczącego Komisji Europejskiej jego unijni komisarze (siedemnastu ludzi) dopuścili się co najmniej 27 wielkich złodziejskich, łapówkarskich i spekulacyjnych „przekrętów" (27 wykryto). Skorumpowany moloch europejski cuchnie jak każdy centralistyczny demokratyzm-autokratyzm.

Przez niespełna pół wieku taką dyspozycyjno-nakazową centralą dla Polski i dla kilku KDL-ów („Krajów Demokracji Ludowej") była Moskwa. Teraz jest nią dla prawie całej Europy Bruksela, jej unijna biurokracja, która ma działać wedle traktatu konstytucyjnego, a ten równie głęboko jak dyktat Kremla ogranicza suwerenność państwową członków Unii. Powie ktoś: demonizujesz, eurosceptyku, przecież Unia to nie czerwony system nakazowo-rozdzielczy — to kapitalizm, liberalizm i wolny rynek! Czyżby? M. Słomczyński: „Gospodarka UE jest daleka nie tylko od zasad liberalnych, lecz także od zasad bardzo nawet ograniczonej gospodarki wolnorynkowej. Dopłaty, kwoty produkcyjne, kontrola handlu, podział rynków zbytu, wszechobecna biurokracja, itd. — to odwzorowanie przez UE gospodarki nakazowo-rozdzielczej realnego socjalizmu".

Wspomniana „wszechobecna biurokracja UE" będzie dyrygowała nie tylko gospodarką — będzie, wedle konstytucji, rozdawała karty w każdej dziedzinie funkcjonowania każdego kraju. Nie chcąc, by zarzucono mi antyunijny subiektywizm — miast wyszczególniania wątpliwości czy obiekcji własnym językiem, cytuję szacowny „The Economist", który z chwilą przyjęcia konstytucji przez rządy pisał: „Formalnie Unia będzie działać tylko w sprawach «ponadkrajowych». Wszelako każda kwestia «ponadkrajowa» rzutuje na politykę wewnętrzną krajów-członków, nie wyłączając polityki zagranicznej, społecznej, środowi­skowej (ekologia) czy podatkowej. Owszem, kraje mają możli­wość weta w czterdziestu «obszarach», lecz każde weto może być odrzucone liczbą głosów przez silniejszych. Brukseli oddano w pacht rozliczne aspekty sądownictwa i kodeksu karnego, problemy azylowe, migracyjne oraz związane z przepływem siły roboczej, uregulowania tyczące sfery socjalnej państw-członków, itd. Zatem Unia będzie miała prerogatywy we wszystkich niemal «obszarach» i możliwości rozszerzania tych prerogatyw. Weźmy choćby kwestię podatkową. Co prawda konstytucja unij­na mówi o podatkach od firm i podatkach typu VAT, lecz któż wzbroni Brukseli rozszerzyć te regulacje na podatki od do­chodów osobistych ? Są to kwestie tak istotne dla polityki wewnętrznej każdego państwa, iż każdy suwerenny rząd winien się sprzeciwić pozbawianiu swych wyborców prawa decydowania o nich samych". „Financial Times" sumował krytykę identycz­nie, pisząc, że tylko dzięki radykalnemu zreperowaniu (to jest usensownieniu, i uprzyzwoiceniu, i odtotalizowaniu) tej fatalnej konstytucji „wyborcy zyskaliby wreszcie poczucie, ze Europa biurokratów i bankierów może być w każdej chwili rozliczona przez zwykłych obywateli". Czyż nie o to chodzi w demokracji? Unijny demokratyzm ma się do demokracji mniej więcej tak, jak miała się do demokracji bolszewicka „demokracja ludowa", a do prawidłowej ekonomii — „gospodarka socjalistyczna". Co rodzi obawę, że zamieniając Moskwę na Brukselę — „zamienił stryjek siekierkę na kijek".

Wśród eurosceptyków Unia budzi wiele obaw, nie wyłączając gastronomicznych (vide szokujące czasami, a czasami komiczne regulacje i restrykcje wobec lokalnych przysmaków, mierzenie krzywizny bananów i długości ogórków, etc.) tudzież terytorialnych. Polscy eurosceptycy boją się zwłaszcza o nasze Ziemie Zachodnie, traktując unifikację Europy jako niemiecki spisek, który umożliwi „Szwabom" pokojową restytucję dawnych niemieckich terenów metodą gier prawnych, gdy metoda wojenna jest obecnie niemodna i niewykonalna. Co wcale nie musi być oszołomską „spiskową teorią dziejów"', bo historia wielokrotnie już dowiodła, iż „spiskowa teoria dziejów" ma permanentną skłonność do zamieniania się w spiskową praktykę dziejów. Mnożące się niemieckie organizacje (Powiernictwo Pruskie, Ziomkostwo Ślązaków, Związek Wypędzonych itp.), które twardo i coraz bezczelniej żądają zwrotu niemieckich „majątków" (czyli, mówiąc klarownie: polskich Ziem Odzyskanych), liczą na to, że prawodawstwo UE da im je przejąć, a politycy niemieccy wypowiadają się w tej materii mętnie, mydląc oczy. Euroentuzjasta ceni niedawne słowa kanclerza G. Schrödera, iż Berlin nie będzie akceptował i wspomagał dążeń do zwrotu. Ów euroentuzjasta zapomina (lub nie wie), że ten sam Schröder wcześniej rzekł „ ziomkostwom"'.

„— Bądźcie cierpliwi, ja wam zwrócę wschodnie landy. Zaufajcie mojej metodzie". Dlatego dzisiaj sytuacja zrobiła się ta­ka, iż nawet liberalny „Newsweek" (piórem W. Korzyckiego) piętnuje terytorialne żądania Niemców (2004): „Wygląda na to, ze zwolennicy zbliżenia polsko-niemieckiego nie docenili potrzeby uregulowań prawnych. Skupiając się przez minione dziesięciolecia na wybaczaniu i proszeniu o wybaczenie, i taktownie czekając aż niezabliźnione rany przeszłości same się zagoją, zostawiliśmy pożywkę dla gangreny, która dziś rozprzestrzenia się z zaskakującą szybkością". Unijna konstytucja nie rozprasza takich obaw — raczej obawy potęguje. Między innymi przez rozwlekłość, zawiłość i mętny język swych paragrafów, dzięki czemu możliwe są różne triki z „interpretacją".

Wzorem bezbłędnej konstytucji jest konstytucja USA. Krótka, lapidarna, klarowna — samo sedno. Natomiast pisana biurokratycznym żargonem konstytucja unijna to dwustustronicowy (!) gniot o 450 (!) artykułach, z którego normalni ludzie zrozumieją mało. Przez swą bełkotliwość ułatwia ona krętactwo „interpretacyjne" i generalnie sprawia, że — jak się wyraził znany niemiecki filozof, J. Habermas — „Elity polityczne będą teraz mogły realizować co chcą nad głowami ludów". „Financial Times":

„Autorzy konstytucji unijnej niczego się nie nauczyli od amery­kańskich „ojców-założycieli», których dzieło to jasny i zwięzły dokument". Unijny dokument jest równie jasny co hieroglify faraonów. Dam przykład. Oto fragment pewnego bardzo istotnego paragrafu: „Zgodnie z traktatem Amsterdamskim, postanowiono o przeniesieniu JHA z trzeciego filaru do pierwszego, z automatyczną klauzulą przejściową". Tłumaczenie tego hieroglifu (alias wyrażenie jego treści po ludzku) brzmi tak: sprawy wewnątrzkrajowe, również związane z sądownictwem, mogą być rozpatrywane na poziomie europejskim, a więc ponadkrajowym (czyli ograniczającym, uszczuplającym bądź wręcz lekceważącym suwerenność kraju w wielu dziedzinach).

Kto zmajstrował tę „ eurokonstytucję " dzielącą członków Unii po orwellowsku ( na „równych" i „równiejszych"), a będącą zbiorem praw zaspokajających głównie ambicje Francji i Niemiec? Europejski lewicowy „Salon"— różowe (lewicujące) towarzystwo, które od dawna wyznacza polityczno-obyczajowy tudzież laicki kurs „starego kontynentu" dzięki licznym ławom rządowym i przede wszystkim dzięki swej nieomal monopolistycznej sile opiniotwórczej (medialnej), indoktrynującej miliony ludzi lewacko-ateistyczną, modernistyczno-leseferyczną, tolerancjonistyczno-utopijną, tresującą świadomość formułą 3 x „po" („postępowa polityczna poprawność"). Przynosi ona autentyczny, znany medycynie, „paraliż postępowy" — rosnący paraliż mózgów i sumień dużej części europejskiego stada. Ale właśnie o to lewackim dyrygentom idzie — o łatwość sterowania bydłem ludzkim, tak gminnym, jak i (zwłaszcza) wykształconym, fakultetowym, mającym się (całkowicie niesłusznie) za ludzi inteligentnych, a nie tylko za formalnych inteligentów.

Jako naczelny redagował „ eurokonstytucję " były prezydent Francji, V. Giscard-d'Estaing (klasyczny przykład rozpowszech­nionego we Francji, kryptolewicowego „postępowca", grającego centrystę bądź centro-prawicowego liberała, jak choćby obecny prezydent, J. Chirac), który miał dużo współpracowników i doradców z kilkunastu krajów, jednak wśród tych pomagierów nie widziano autentycznych prawicowców, konserwatystów, tradycjonalistów (prawicowe rządy Hiszpanii czy Włoch wniosły jedynie poprawki, dla kosmetyki). Nic więc dziwnego, że teraz lewica zazwyczaj wychwala „eurokonstytucję", a prawica ją toleruje (exemplum Włochy), gani (exemplum Holandia) lub przeklina jako skandaliczny knot (exemplum Anglia). Również w Polsce zachwyt deklarują czerwoni (SLD, SdPl, UP) i różowi (UW), gdy cała opozycja wiesza psy na tym dokumencie i na sygnatariuszu, którym był pupil prezydenta A. Kwaśniewskiego, premier M. Belka. Nie musiał sygnować bez walki o polskie interesy — konstytucja wcale nie musiała być uchwalona w czerwcu 2004 (premier Irlandii, B. Ahern, obejmując kilka miesięcy wcześniej prezydencję Unii, głosił, iż nie sądzi, by „eurokonstytucja" została uchwalona już w roku 2004). To fakt, że Hiszpanie, sterroryzowani przez muzułmańskich ludobójców, błyskawicznie wymienili sobie rząd na lewicowy, i Warszawa straciła sojusznika negocjacyjnego, lecz to nie powód, by haniebnie, w dzikim pośpiechu, kapitulować przed Niemcami i Francją. Zwłaszcza co doliczby należnych Polsce głosów i co do braku Chrześcijaństwa wewnątrz preambuły konstytucyjnej.

Koroną niemoralności „eurokonstytucji" jest milczenie preambuły głównego dokumentu jednoczącej się Europy na temat głównego fundamentu Europy, jakim było Chrześcijaństwo. Cała kultura i cywilizacja europejska tworzyły się, wzrastały i krzepły w oparciu o tę wiarę — bez niej byłyby zupełnie inne, vulgo: Europa byłaby zupełnie inna. Negowanie tego (przemilczenie jest w tym wypadku aktem brutalnej wprost negacji) to sprawka nikczemna. A. Besancon (antylewicowy filozof francuski): „ Coś, co nazywamy Europą, uformowało się na terenie panowania Kościoła rzymskiego z obrządkiem łacińskim. Takie są fakty. Ich negowanie przez wojujący laicyzm jest zniekształcaniem przeszłości. Zły to znak, że zaprzeczamy prawdzie". Amerykanin K. L. Woodward: „Jakiego rodzaju przyszłość może być udziałem zjednoczonej Europy, jeżeli wypiera się ona swej własnej przeszłości?". Woodwarda ostrzegłbym, że to samo się szykuje i w jego kraju, w zjednoczonej Ameryce (United States), bo Amerykanie również zaczynają się wypierać — oto właśnie Sąd Apelacyjny Kalifornii nakazał usunąć z pustyni Mojave wielki żelbetowy krzyż (wzniesiony tam A. D. 1934 ku czci amerykańskich żołnierzy, którzy zginęli podczas I Wojny Światowej), bo raził uczucia... buddystów! W Europie krzyż i cały Chrystianizm najwcześniej zaczęły razić przesiąkniętych Wolterem Francuzów, którzy od ponad stu lat tak dziarsko swój kraj laicyzują (mieli już kilka rządów masońskich jawnie, wręcz formalnie!), że wspomniany piórem Besancona „wojujący laicyzm" zrobił stolicę Francji metropolią europejskiego antychrześcijańskiego zacietrzewienia.

Francja i Niemcy przeforsowały pominięcie Chrześcijaństwa w preambule konstytucji również ze strachu: są obecnie dwoma najbardziej zmuzułmanizowanymi (nie licząc potureckich Bałkanów) krajami starej Europy. Kiedyś król Młot, a później król Sobieski wstrzymali inwazję islamu na zachodnią Europę. Dzisiaj kontynent europejski stał się bezbronny. K. Grzybowska: „Zgoda na wyłączenie wartości chrześcijańskich z preambuły jest poddaniem się próbie narzucenia wszystkim nam światopoglądu laickiego, ateistycznego, odebraniem Europie duszy i jej prawdziwych korzeni. Jest również ustępstwem na rzecz mniejszości muzułmańskich, z którymi przywódcy kilku krajów, a najbardziej Niemiec i Francji, muszą się liczyć, i których po prostu się boją". Czego wystraszył się premier Rzeczypospolitej, że przyklepał swym podpisem formułę antychrześcijańską? Może gniewu swego protektora, bo „Aleksander Kwaśniewski jest an­tyklerykałem i nie kryje tego". Czyja to opinia? Opinia eksperta i naocznego świadka, Francuza J. Segueli, specjalisty od kampanii wyborczych, którego zaangażował sztab wyborczy Kwaśniewskiego, i który tak solidnie pomógł Kwaśniewskiemu, że zyskał miano „architekta triumfu Olka". Seguela opublikował kilka lat później wspomnienia ze swej roboty dla Kwaśniewskiego, ujaw­niając różne pikantne szczegóły, między innymi fakt, że ciągle musiał tłumić antykościelność pretendenta: „Musiałem go wciąż namawiać do oparcia się pokusom wsadzania Kościołowi szpili przy każdej okazji". Szpila wsadzona Kościołowi jednym podpisem przez premiera arcykatolickiego kraju ma duży ciężar. Sam M. Belka to bagatelizuje, mówiąc (konferencja prasowa), że „nie ucierpią na tym ani chrześcijaństwo, ani bóg". Co do Boga ma rację; co do Chrześcijaństwa — też chyba ma rację; lecz Europa ucierpi na tym bez wątpienia (patrz „Zakończenie" książki).

Pytanie: czy Rzeczpospolita ucierpi, czy zyska jako członek Unii? W przyszłości być może ekonomicznie zyska; chwilowo cierpi dalej, tak jak cierpiała przez piętnaście minionych lat. Dzięki wyzwoleniu z pęt komunizmu miała być ogólna poprawa, a jest bonanza dla garstki uprzywilejowanych, chwiejna stabilizacja („da się żyć") dla nielicznych, i piekło niekończącej się „transformacji" (wegetacja) dla większości, stąd większość ro­daków mówi: „ — Wkurza mnie dosłownie wszystko! ". Wszystko, czyli „perpetuum mobile" niesprawiedliwości, rosnącego ubóstwa, szalejącego złodziejstwa i dominującego w życiu publicznym kłamstwa. To nie przypadek, że — jak wykazał tegoroczny (2004) sondaż — 71% Polaków twierdzi, iż za PRL-u kłamstwa było w życiu publicznym mniej! Według tych cierpiących ludzi — kłamcy ery komunizmu (przecież systemu kłamli­wego „ex definitione") mogliby się uczyć łgać od kłamców wyzwolonej Polski, vulgo: III RP została zakłamana totalnie. Gdyby ankieterzy zapytali rozgoryczonych i wściekłych: kto tak okłamuje społeczeństwo? — usłyszeliby, ze politycy wszelakiego sortu. Premierzy, ministrowie, wojewodowie, burmistrzowie, parlamentarzyści, radni, etc. — horda demokratycznie wybieranych mandarynów i kacyków, tudzież ich kolesiów i kumotrów „ciągnących do siebie" metodą rozkradania majątku państwowego, dzielenia wpływów podatkowych, łykania dotacji, pseudokredytowania, itd., itp. (jako że każdy taki cwaniak jest bezpośrednim lub pośrednim produktem urn — w Polsce głosuje coraz mniejszy elektorat, co się zwie fachowo: „zniechęceniem elektoratu"). To oni są wszystkiemu winni! — krzyczą masy. Łapownicy, pijawki, darmozjady, karierowicze, wydrwigrosze, bufony, Dyzmy z piekła rodem — nowi „Oni", banda kłamców, „góra"! Prawdziwego, głównego, źródłowego, genezowego winowajcę i króla kłamców — różowy „ Salon" — wskazałby mało kto spośród ankietowanych. Dlatego ja chcę im go wskazać tą książką.

Naturalnie — obywatele wykształceni, myślący i bystrzy, bez ściągawki wiedzą, że złe elity polityczne (administracyjne, par­tyjne, sejmowe, rządowe et cetera) to tylko zauważalny łatwo trąd lub widoczna gołym okiem wysypka skórna, gdy źródło choroby tkwi głębiej, w innej elicie — elicie decydującego wpływu. O tej ukrytej elicie mówiła już dwanaście lat temu (1992) szefowa emigracyjnego pisma „Echo — Niezależny Tygodnik Polski" (Toronto), G. Farmus: „Polski układ polityczny ma w środku jakiś niedostrzegalny gołym okiem stalowy trzon, jakieś spoiwo niewiadomego pochodzenia, które ujawnia się w momentach konfliktów. Okazuje się, ze jest pewna grupa ludzi, która tym wszystkim steruje". Steruje i deprawuje — nie tylko polityków, lecz i masy ludzi. Nawet lewicujący B. Margueritte (spolszczony Francuz) przyznał dekadę temu: „Wyśmienitym sposobem zagwarantowania władzy pewnych grup, pewnych elit, jest podejmowana szeroko próba deprawowania ludzi, co czyni ich podatnymi na wszelkie manipulacje". Ten właśnie mechanizm i te "pewne grupy, pewne elity" — chcę wskazać moją książką.

Kłopot ze wskazywaniem nie będzie merytoryczny (dowodów i argumentów jest aż nadto), tylko rynkowy. By wskazać super-kłamcę biedniejącemu społeczeństwu (owym trzem czwartym bądź czterem piątym społeczeństwa, którym w III Rzeczypospolitej wiedzie się tak źle, iż szorstki „kraj demokracji ludowej" ja­wi się im krainą raju, stąd bez uśmiechu powtarzają dowcip: „lepiej już było") trzeba tym ludziom sprzedać napisaną książkę. Jednak „tym ludziom" brak pieniędzy na mleko i na skarpetki dla dzieciaków, więc żadnej książki nie kupią, choćby kosztowała kilka złotych. Mówię o ludziach czytających dawniej (o belfrach, studentach, absolwentach, pielęgniarkach, niższej rangi medykach, urzędnikach, itp.), którzy dzisiaj wegetują. Sprzedaż książek malała co roku przez te piętnaście lat — była to piętnastoletnia „krzywa opadająca", z każdym rokiem mniejsze nakłady. Im bardziej wzrastała pauperyzacja społeczeństwa, tym słabiej sprzedawał się druk — to są naczynia połączone. Swoją rolę gra tu również urynkowienie kosztów: koszty tzw. „przygotowalni", papieru oraz druku, plus marże hurtowników i księgarzy (a więc łącznie rynkowa cena książki) są w Polsce porównywalne z kosztami produkcji i dystrybucji (a więc z ceną książki) na Zachodzie, tymczasem płace, emerytury i renty są wielokrotnie mniejsze niż tam. Krach definitywny nastąpił późną wiosną 2004, gdy równoczesne wejście Polski do Unii i skok cen benzyny wywołały lawinowy wzrost cen żywności i nie tylko (podrożenie kredytów, inflacja etc.). Wówczas „ostatni Mohikanie" czytelnictwa zaczęli omijać księgarnie. Hurtownicy książkowi masowo bankrutują, księgarze też (w mojej dzielnicy, na Saskiej Kępie, padła właśnie przedostatnia księgarnia — została już tylko jedna); bessa księgarska przypomina legendarny krach z Wall Street. Bóg wie dla ilu ludzi (dla ilu niedobitków) piszę tę książkę.

Mam zresztą wrażenie, iż to nie ja winienem ją pisać, ale ktoś inny, bardziej utalentowany. Znam co najmniej sześciu ludzi, którzy napisaliby ją lepiej. M. Ogórek lub M. Rybiński — wirtuozi satyry felietonowej — zrobiliby sobie z tematu cudowne „ja­ja", gdyby chcieli, jednak pierwszy na pewno nie chciałby, bo pracuje dla flagowej gazety „Salonu", organu A. Michnika, zaś drugi też chyba nie ryzykowałby, bo pracuje dla „Rzeczypospolitej", która się o „Salon" ociera, wykazując instynkt samozachowawczy „comme il f aut". Cudownie wypatroszyłby „Salon" rymami satyryk-poeta, M. Wolski, ale tu dla jednej tylko (choć już wyblakłej) gwiazdy „Salonu"— dla „pana Tadeusza" Mazowieckiego — trzeba byłoby użyć niewiele mniej rymów niż w „Panu Tadeuszu", więc pewnie Wolskiemu nie chce się aż tak rymotwórczo harować. Również J. Szpotański, autor kapitalnych kontrpeerelowskich satyr pisanych sekretnie za czasów PRL-u („Cisi i gęgacze", etc.) — rymami wrzuciłby „Salon" do wychodka, czyli tam, gdzie jego miejsce. Brawurowo mogłoby się rozprawić z „Salonem" pióro wybornego publicysty i pisarza, R. A. Ziemkiewicza, który niegdyś smażył pyszne anty salonowe felietony (będę je cytował), lecz teraz szef jego rodzimej .Gazety Polskiej", P. Wierzbicki, tak lizusowsko kokietuje Michnika, że autorzy publikujący w „GP" mają „szlaban" na flekowanie „Salonu" (wolno im ciężko dokładać tylko Lepperowi, Millerowi i innym czerwonym) — nie wiem, czy to formalny zakaz szefa, czy autocenzura odkąd „Gazeta Wyborcza" publikuje felietony Wierzbickiego. No i wreszcie S. Kisielewski — „Kisiel"!  Każdy, kto zna „Dzienniki" „Kisiela", wie, że mógłby on roznieść na strzępy swym bezlitosnym, ostrym niby brzytwa piórem, cały różowy „Salon". Mógłby — i nie mógłby. Wpierw powiem dlaczego mógłby to zrobić jak nikt inny.

„Kisiel" pisał diariusz w latach 1968-1980. Formalnie pisał „do szuflady" (o czym wielokrotnie wspomina, wyrażając obawę, iż prędzej czy później bezpieka skonfiskuje zapiski), lecz jak każdy piszący twórca (był kompozytorem, publicystą i literatem) musiał brać pod uwagę, że kiedyś doczekają się druku. Ciche pisarstwo (antykomunistyczne pisanie w erze komunizmu) nie zmienia faktu, że człowiek tworzący piórem nigdy nie pisze wyłącz­nie „sobie a muzom" lub tylko dla własnych wnuków — zawsze smaruje dla szerszego grona odbiorców, choćby jeszcze nienarodzonych, i choćby realia polityczne miały uniemożliwić druk przez wiele lat. Czy jest to świadome, czy podświadome — nie ma znaczenia. Znaczenie ma wszakże inny fakt: takie notatki pisane bez szansy rychłego druku (a „Kisiel" nie przewidział, iż komunizm padnie nim upłynie wiek XX) — czyli, z punktu wi­dzenia bieżącej logiki, istotnie pisane „do szuflady" — są zawsze swobodniejsze vel prawdomówniejsze, bardziej bezkompromisowe, gdyż piszącego nie krępuje autocenzura stricte polityczna tudzież (co może i ważniejsze) autocenzura towarzyska (środowiskowa) oraz żadne hamulce obyczajowe tego rodzaju, który dziś zwiemy „polityczną poprawnością". Stąd kolosalna różnica między tymi notatkami a późniejszym (później pisanym, lecz wcześniej wydanym) „Abecadłem Kisiela", gdzie —jak eufemizował w przedmowie do „Dzienników" L. B. Gorzeniewski — „czytelnik znajdzie sądy o ludziach bardziej wyważone". Co znaczy: już ufryzowane (ocenzurowane koneksjami i uwikłaniami towarzyskimi autora), bo tę rzecz „Kisiel" pisał (dyktował) „z perspektywy końca PRL-u", licząc na jej rychłe upublicznienie drukiem. Zatem jedynie „Dzienniki", wydane pięć lat po śmierci autora, są ekspozycją mówionej przezeń bezlitośnie „prawdy, całej prawdy i niczego jak tylko prawdy". „Kisiel" zmarł w 1991, miał więc trzy lata wolnej Polski — 1989, 1990 i 1991 — by samemu zdecydować o ich druku, lecz się nie odważył (na edycję zezwoliły roku 1995 jego dzieci, we wstępie, dla świętego spokoju, zastrzegając, że różne sądy ojca „z perspektywy czasu wydać się mogą zbyt surowe"). Notabene — mógłby to „Kisiel" sam opublikować już dużo wcześniej, korzystając z wydawnictw emigracyjnych, lub w kraju roku 1981, kiedy wystraszona przez „Solidarność" cenzura (kto dziś jeszcze o tym pamięta?) właściwie nie działała, puszczano do druku wszystko (ja wówczas publikowałem m.in. kilkuodcinkowy artykuł na te­mat... cenzury i jej represji, pt. „Cenzuriada"). Lecz się nie odważył, mniej ze względów polityczno-ustrojowych — bardziej ze strachu przed „Salonem". Diariusz „Kisiela" bowiem jest treściowo tyle samo antykomunistyczny, co antysalonowy — wprost krzyżuje wielu koryfeuszy „Salonu".

Również język kisielowego diariusza jest tak „niepoprawny", że z punktu widzenia dzisiejszych „postępowych" kryteriów stawia włosy na głowie. Nie chodzi o to, że czasami padają tam „ wyrazy " (często bez wykropkowania !): „ch..", „k...". „p .........." itp., lecz normalne słowa, które pod naciskiem każdego różowego „Salonu" (rodzimego, europejskiego, światowego) zostały surowo zakazane, więc dzisiaj nawet konserwatyści-tradycjonaliści boją się ich używać, gdyż długoletnie już lewicowe odium rzucone na dawne słownictwo działa kneblująco, wytwarzając podświadomą autocenzurę, której uniknąć nie sposób. Dziś się pisze: „gej", „homoseksualista" czy „kochający inaczej"', „Kisiel" diariuszowy nie stosuje żadnych eufemizmów, tylko pisze: „pederasta", „ciota", „pedał", „wstrętny pedzio" (no i z lubością przytacza kawały antypedalskie; exemplum: „W Ameryce wzięto do wojska wszystkich pederastów. Po co? Żeby zajść Rosję od tyłu!"). Kanalie gani wprost, pisząc: „bydlę", „skurwysyn", „świnia", „stara świnia", itp. Murzynów zwie „Murzynami" lub „czarnymi" (mnóstwo jest w „Dziennikach" złośliwości na temat Murzynów), co brzmi dzisiaj wobec „Afroamerykanów", „Afrykanów", „mieszkańców Afryki" bardzo obraźliwie. I wreszcie — horrendum horrendorum — zamiast pisać: „Polak pochodzenia żydowskiego", „Polak z rodziny żydowskiej" itp., lub (jeszcze lepiej, a właściwie najlepiej) w ogóle rezygnować ze wskazywania korzeni familijnych czy też rasowych, „Kisiel" notorycznie traktuje ludzi pochodzenia niegojskiego per: „Semita", „Żyd", „głupi Żyd", „stary Żyd", „typ rabinistyczny", itp.

 

Czy był antysemitą? Nic z tych rzeczy, i to nie dlatego, że miał serdecznych kumpli Żydów (antysemici też mają), lecz dlatego, że prawdziwym antysemityzmem gardził jak każdy przyzwoity człowiek. Zdawał sobie wszelako sprawę, że owa częsta w diariuszu krytyka peerelowskich „Żydów" (aparatczyków tudzież opozycjonistów lub pseudoopozycjonistów dominujących w ówczesnym „Salonie") wygląda niczym antysemityzm, więc tak ją komentował: „I oto sam mówię po antysemicku — każdy ma widać swój antysemityzm, na jaki go stać". To prawda — każdy ma taki antysemityzm, na jaki go stać. Żydzi również. Wielu stuprocentowych Żydów było „zoologicznymi antysemitami", choćby autor „Kapitatu", K. Marks, który wyklinał „żydowskie szachrajstwo" i samo „żydostwo" używając słów cięższych od tych, jakich Hitler użył w „Mein Kampf" (sic!). Pisarz W. Wirpsza wspominał, że znany aforysta, Żyd S. J. Lec. swego adwersarza, znanego krytyka literackiego, Żyda A. Sandauera, zwał „parchem" i na Wirpszę krzyczał (głośno, publicz­nie, w bibliotece Związków Literatów): „ — Bo to jest ten twój antysemityzm, że ty Żyda od parcha nie odróżniasz!."

Cytując „Kisiela", urwałem jego wypowiedź tyczącą antysemityzmu; teraz już daję pełny cytat: „I oto sam mówię po antysemicka — każdy ma widać swój antysemityzm, na jaki go stać. Przypomina mi to endecką, przedwojenną piosenkę, śpiewaną na nutę majufesa. «Same Żydy, same Żydy, ta ra ra ram! Jak się pozbyć tej ohydy, ta ra ra ram!». Fu! Ale prorocze". Prorocze było dlań m.in. to, że „Semici" zdominowali w PRL-u „górę" obu stron barykady — w stalinowskim PRL-u wierchuszkę represyjną (bezpieczniacką), a w „odwilżowym" PRL-u czołówkę dysydencką (czyli salonową), co następująco tłumaczył: „ Właściwie prawie wszyscy Żydzi zaczęli to z początku robić — taki ich instynkt, żeby być w przodzie..." (kropki nie moje, lecz autora). O typowym „Żydzie" peerelowskiego „Salonu" wyraził twardy sąd: „Kiedyś stalinista i literacki ubek, potem wygłupił się w telewizji służalstwem (...), donosiciel i szpicel, postać arcynędzna, ale jakoś nie mam doń pretensji toć i pluskwa jest stworzeniem bożym. Skoro tylu sprytnych Żydów z Dzielnej i Nalewek zginęło w gazie, daruję jednemu, że przeżył i wciela w sobie spryt tamtych wszystkich. A niech se żyje.'".

Ciarki przechodzą, gdy się to czyta. Tak samo przechodzą, gdy się czyta książkę S. Remuszki o „Gazecie Wyborczej". Remuszko był przyjacielem A. Michnika, uruchamiał razem z nim „GW" i przez rok współredagował. Tylko rok. Nie wytrzymał królującego w redakcji zalewu kłamstwa i hipokryzji, złożył dymisję (1990), a dziewięć lat później (1999) opublikował zbiór dokumentów na temat „GW" („«Gazeta Wyborcza». Początki i okolice. Kalejdoskop"), pisząc przy końcu: „Co się zaś tyczy antysemityzmu, to, po pierwsze, jestem antysemitą z całą nieubłaganą pewnością, ponieważ w tym zbiorku negliżuję «Gazetkę», a jak głosi złośliwa (antysemicka) zaśpiewka: «Gazetka, gazetka, nikt nie ma w niej napletka...» (...) Przed rozpoczęciem pracy w «Gazecie Wyborczej» wręcz oburzałem się, gdy ktoś w mojej przytomności wyraził się krytycznie o Żydach. Jeden rok spędzony w tej redakcji był lekcją co się zowie, święty mógłby utracić wiarę! I choć wciąż mam zaszczyt cieszyć się starą przyjaźnią paru wspaniałych Polaków żydowskiego pochodzenia, to dziś, poznając od czasu do czasu nowe osoby tej proweniencji, zachowuję — by tak rzec — dodatkową ostrożność (...) Według «Wyborczej», wszystko, co świadczy o jakichkolwiek charakterystycznych cechach pewnych żydowskich środowisk, jest przejawem antysemityzmu".

Wróćmy do „Kisiela" i jego „antysemickich" zapisków. Peerelowski „Salon" obrywa na kartach diariusza często, choć nie pada tam ów termin (ten termin pojawił się w publicystyce dopiero około połowy lat 90-ych XX stulecia). „Kisiel" wystawił surowe cenzurki tak zagranicznym ikonom „Salonu" (vide Paryżanin J. Giedroyc), jak i krajowym (vide patron A. Michnika, A. Słonimski, czy J. Turowicz, szef „Tygodnika Powszechnego” , będącego „ krakówkową" ekspozyturą kościelnej przybudówki „Salonu"). Salonowe werdykty-dogmaty miażdżył bezpardonowo. Exemplum anatema, którą lewicowcy rzucili (obowiązuje ona w „Salonie" i dzisiaj) na „faszystowskie" rządy generała Franco. „Kisiel" kontrował: „Generał Franco to jeden z największych polityków europejskich. Dla Hiszpanii zrobił masę, bo: 1) ocalił ją przed komunizmem, 2) ocalił ją przed hitleryzmem, 3) ocalił ją przed wojną, nie przystępując do niej jak idiota Mussolini, 4) przeczekał powojenne ataki aliantów, po czym wprowadził Hiszpanię do sojuszu zachodniego, co dało jej dzisiaj koniunkturę i «cud gospodarczy». W polityce liczą się prawdziwe dokonania, nie zaś bufonada i puste słowa jak u de Gaulle'a". Itp., itd. — można tak cytować długo (trochę cytatów dam jeszcze w innych rozdziałach mej książki). Nic dziwnego, że kiedy „Dzienniki" się ukazały (1996) — „Salon" dostał amoku. Lawiną „recenzji" karcono „Kisiela" za zdradę, za brednie, za ślepotę, za ksenofobię, za niesprawiedliwe sądy, krzywdzące ludzi bez skazy, etc., etc. Lecz to ujadanie trwało krótko, wściekłość raptownie zgasła, jakby przyszły inne dyspozycje, zdano sobie bowiem sprawę, że trupa nie można zabić, przeciwnie — wyklinając można go tylko wskrzesić, gdyż egzorcyzmująca nagonka jest superreklamą, dzięki której ludzie masowo biegają do księgarń po ten pasztet.

Wyraziłem opinię, że „Kisiel" mógłby lepiej niż inni sportretować „Salon", a zarazem nie mógłby. Skąd ta sprzeczność? Stąd, że „Dzienniki" mają wyraźną cezurę — jest nią rok 1976 (rok Radomia i Ursusa). Diariusz lat 1968-1975 — to czyniona ostrym piórem, bezpardonowa wiwisekcjajatka całej lewicy, tak rządowej (czerwonej), jak i dysydenckiej (różowej). Potem to się zmieniło. Zwłaszcza wobec A. Michnika, jego współpracowników, współwyznawców i giermków. W diariuszu sprzed roku 1976 co i rusz czytamy, że środowisko Michnika to „ludzie zaczadzeni marksizmem", „marksizujący Semici", „niedobitki marksistowskich rabinów we wschodniej Europie", plus proroczą obawę: „Znów jakieś marksistyczne szakale przygotowują się, aby nami rządzić". Po roku 1975 „marksistyczne szakale" prezentują się u „Kisiela" inaczej — są teraz gronem miłych i chwackich zuchów. Widać to i w „Dziennikach", i w „Abecadle Kisiela". Czy dlatego, że Michnik zlecił mu napisanie przedmowy do swej książki i zezwolił publikować w korowskich pismach (co było dla „Kisiela" bardzo istotne, bo reżimowa cen­zura nie dawała mu zarabiać publicystyką legalną)? Czy może również przez pewne kompleksy, które sprawiły, że wolał sympa­tyzować z opozycją lewacką, a nie z tą twardą, bezkompromisową, bezukładową opozycją antykomunistyczną, której żadne marksizmy się nie imały?

Figury tych nielicznych twórców o dużych nazwiskach (Herbert czy Herling-Grudziński), którzy nie chcieli akceptować żadnej reformy socjalizmu (żadnego „socjalizmu z ludzką twarzą") i żadnej pseudoopozycji („opozycji koncesjonowanej"), więc wszelakiemu lewactwu mówili krótko: paszoł won! — po roku 1976 już tylko denerwowały „Kisiela", człowieka wcześniej piętnującego próby naprawiania PRL-u jako „kompletną bzdurę", a próby dogadywania się z reżimowcami jako „dyskusje rabiniczne"! Ku naszemu zdumieniu ten „drugi" „Kisiel" mówi o Herlingu: „ Nadaje polityczną linię taką powstańczą, moralną, buntowniczą, a ja mu tłumaczę, że zostaniemy w Związku Sowieckim do śmierci, więc żeby nie zawracał głowy "; i o Herbercie: „Wydał mi się zarozumiały za bardzo, i jakiś taki... nie wiem... no, wywyższający swoją moralność ponad innych. Czego ja nie lubię, bo wszyscy jesteśmy wychowani przez Stalina i nie ma się co tak bardzo wywyższać". Tymczasem ludzi rzeczywiście „ wychowanych przez Stalina" (Herbert i Herling byli tego wychowu zaprzeczeniem) — jak Michnik, Kuroń, Geremek, Koźniewski czy Mazowiecki — „drugi" „Kisiel" chwali! Jesz­cze w 1973 roku T. Mazowiecki to dla „Kisiela" typowy „zniewolony umysł", a w roku 1988 już sama poczciwość. Kuroń zaś (dawniej „marksistyczny szakal") to „wybitny taktyk", Michnik — „człowiek ciekawy, błyskotliwy i odważny", etc. Parę lat wcześniej „pierwszy" „Kisiel" określał ich lewackie ględzenia mianem idiotyzmów.

Skąd ta zmiana? Nie wiem. Wiem tylko, że „pierwszy" „Kisiel" (ten sprzed roku 1976) mógłby bezkonkurencyjnie załatwić swym piórem cały „Salon" (i peerelowski, i postpeerelowski), a „drugi" „Kisiel" już raczej nie. Dlatego napisałem, że mógłby i nie mógłby. Nie mógłby, oczywiście, także z tego powodu, że zmarł A. D. 1991. Czy gdyby pożył kilkanaście lat dłużej, zdołałby się wściec widząc jak A. Michnik biesiaduje kumplowsko z czerwonymi oprawcami (Jaruzelskim, Kiszczakiem i resztą) tudzież z propagandystami (Urbanem i resztą)? Być może — tego się nie dowiemy. Wiemy jedynie, że to wysoce prawdopodobne, gdyż zdążył przynajmniej trochę wkurzyć się na Michnika. Tuż przed śmiercią powiedział (dla „Młodej Polski"): „ — Ostatnio nie bardzo przyjaźnię się z Michnikiem. Widujemy się raz na pół roku i raczej się kłócimy. Kochałem go niemal w okresie KOR-u, to było wspaniale. Natomiast to, co on teraz mówi i pisze, jest bardzo często bez sensu (...) Przecież ten dzisiejszy Michnik to totalitarysta".

Więc — być może. Ale umarł trzynaście lat temu. Zatem padło na mnie, ba ja jeszcze żyję, a swych przekonań wobec „Salonu" nie zmieniłem nigdy (nie spacyfikowałem w duchu „politycznej poprawności" czy wymogów koniunktury) ani o jotę. Wciąż (już piętnaście lat) wkurza mnie dosłownie wszystko, co ci ludzie robią wewnątrz i zewnątrz „ wyzwolonego" kraju. Dalsze rozdziały mojej książki będą więc protestem przeciwko władzotwórczemu i opiniotwórczemu terrorowi, który szerzą ci lu­dzie. Będę je pisał z pobudek nie tylko idealistycznych, lecz i pragmatycznych. Jak bowiem głosi J. Sevillia (autor dzieła „Terroryzm intelektualny"): „Lepiej być po stronie prawdy, gdyż prawda wyzwala". Wielki francuski pisarz, A. Camus, rzekł wcześniej to samo: „Być wolnym, to móc nie kłamać". Dla mnie to się w tej książce przekłada na: móc bez ogródek walić prawdę o głównych dystrybutorach kłamstwa, czyli o dysponentach różowego „Salonu". Wymaluję ich „ werystyczny portret zbiorowy" (takiej terminologii używa historiografia sztuki wobec konterfektów grupowych holenderskiego Baroku). Znienawidzą mnie jeszcze bardziej, ale kij im w oko — „Prawda przeciw światu!", mówi celtycka dewiza.

 

Część   II

SALON WPŁYWU

1. Salon historyczny

Cóż to jest: salon? Przeciętny ankietowany odpowie, że jest to główne pomieszczenie, główna (reprezentacyjna) komnata pałacu domu, mieszkania, wszelakiego przyzwoitego lokum. Solidniej wykształcony człowiek, którego o to spytają, zauważy, że termin ma również inne znaczenia, mniej lub bardziej metaforyczne („salon fryzjerski”, „salon handlowy”, „salon wystawowy” itp.). Najlepiej edukowany człowiek wskaże jeszcze jeden obszar znaczeniowy terminu, obszar wysublimowany i już trochę archaiczny, tyczący towarzyskich i światopoglądowych kręgów. Spójrzmy do leksykonu: „Salon (przestarzałe) — a) Elitarne zebranie towarzyskie odbywające się stale w danym domu. b) Grono uczestników tych spotkań". Bogatsze kompendium wyjaśni też profanowi, iż pierwociną Salonów (wolę, dla odróżnienia od „salonu kosmetycznego", stosować tu dużą literę) były „salony artystyczne” lub „salony literackie” dawnych stuleci, a więc miejsca regularnych zebrań światka elitarnego — intelektualnego, artystycznego, literackiego, naukowego, polityczne­go itp. Mówiąc ciut dosadniej: każdy taki Salon był sitwą opiniotwórczą, będę więc używał wobec nich nazwy: Salon Wpływu. Pierwsza kontrowersja tyczy chronologii i zawiera się w pytaniu: kiedy powstały takie wpływowe towarzystwa-środowiska?

Zdominowanie kultury europejskiej tudzież myśli intelektualnej Europy (od XVIII wieku do początków wieku XX) przez Francję, plus gigantyczny wpływ, który na całą racjonalistyczną świadomość Europejczyków wywarło francuskie Oświecenie — to chyba główna przyczyna sytuowania (przez historyków) korzeni Salonu Wpływu nad Sekwaną wieku XVIII. Nie sądzę, aby było to słuszne. Każda epoka (również każda cywilizacja starożytna) musiały mieć tego typu koterie stale się ze sobą kontaktujące na gruncie towarzysko-strategicznym, vulgo: nie tylko dla rozrywki czy zabicia czasu, lecz i dla montowania mód, prądów, sposobów działalności, czy też wpływów lobbystycznych kształtujących władzę i lansujących figury, bądź metod twórczych kreujących zbiorowy gust, ukierunkowujących opinię publiczną etc. Starożytnych kamaryl tego rodzaju nie znamy, lecz już renesansowe czy barokowe (a więc wyprzedzające mocno francuski XVIII-wieczny Salon Wpływu) dobrze znamy:

O różnych salonowych sitwach politycznych można całe tomy pisać, jednak nawet gdybyśmy się skupili włącznie na „salonie intelektualno-artystycznym", czy (jeszcze bardziej wąsko) na „salonie literackim" — znajdujemy mnóstwo przypadków wcześniejszych aniżeli Salony Francji XVIII-wiecznej. Ich matecznikami były choćby dwory wielkich włoskich magnatów Odrodzenia, przede wszystkim florenckich Medyceuszów (to środowisko uczyniło Florencję kolebką i królową włoskiego Renesansu, a właściwie całego Renesansu Europy), lecz także Sforzów (Mediolan), Gonzagów (Mantua), Este'ów (Ferrara) czy Montefeltrów (Urbino). „Salon literacki" prowadziła w swej posiadłości (Wiltshire) pani M. Sidney hrabina Pembroke (początek XVII wieku), tak znakomita literatka doby Elżbietańskiej, iż dzisiaj toczone są dyskusje scjentyczne wokół hipotezy, że światła Mary była współautorką dzieł Szekspira, bądź wręcz ich prawdziwą autorką. Prof. G. Waller z nowojorskiego Purchase College nazwał ten Salon „wylęgarnią rewolucji literackiej". Notabene — kobiety (nie zawsze literatki lub artystki) bardzo często były gospodyniami Salonów (dawały zbierającej się socjecie intelektualnej, czy gronu dyskutantów, pomieszczenie, wyżywienie i właściwą oprawę w swych rezydencjach), lecz jak widać, nawet ta tradycja niekoniecznie jest francuska.

O ile Salon hrabiny Pembroke stał się „wylęgarnią rewolucji literackiej", o tyle francuskie Salony XVIII wieku stały się wylęgarnią rewolucji politycznej (Rewolucji Francuskiej) — przygotowały grunt ideologiczny dla gilotyn Robespierre'a. Zaczęło się to wszystko „niewinnie", trochę literacko, a trochę erotycznie, we Francji i w Niemczech XVII wieku. We Francji, bo francuski autor, H. d'Urfé, spłodził romans pt. „Astrea", gdzie setka czułych bohaterów i bohaterek zbiera się, by głosić sobie sentymentalne frazesy. Romans zrobił furorę w całej Europie; niemiecka arystokracja tak się nim przejęła, że zaczęła te fikcyjne literackie zgromadzenia małpować na gruncie salonowym czyli realnym, pod nazwą „Akademia Prawdziwych Kochanków”. Francuzi nie chcieli być gorsi, i tak powstał pierwszy francuski Salon — „Hotel de Rambouillet" (przed 1644). Historyk obyczajów, W. Łoziński, pisze (1920): „Wpływ, który salon markizy de Rambouillet wywarł na obyczaje, na stosunki towarzyskie, a nawet na literaturę swego czasu, byt bardzo znaczny".

W XVIII i w XIX wieku Salony francuskie rozmnożyły się niczym króliki. Gospodarzami-organizatorami byli mężczyźni (P. Th. Holbach, Ch. Nodier, V. Hugo i in.) lub rolę te pełniły kobiety (panie de Lambert, de Tencin, de Staël, Recamier i in.). Analogicznie zresztą (choć z opóźnieniem) działo się w zapatrzonej we Francję Warszawie (Salony T. Mostowskiego, W. Krasińskiego, A. Nakwaskiej, K. Lewockiej, pań Łuszczewskich i in.). Ewolucja francuskich Salonów przebiegała od seksu do polityki, przy stale formalnym szyldzie literatury, sztuki, etc. Pierwsze francuskie Salony były areną frywolnych kontaktów pod pretekstem kontaktów dyskusyjno-literackich (tak jak i rokokowe teatry, które bardziej stanowiły miejsce schadzek niźli miejsce kontemplowania sztuk; Casanova kpił wówczas, że większość arystokratów została poczęta w lożach teatralnych i operowych). Salony ery Neoklasycyzmu były już piekielnie rozpolitykowane — nie bez przyczyny cesarz Napoleon wygnał do Szwajcarii panią H. de Staël, w której Salonie zbierała się cała opozycja antybonapartystowska, by knuć i pod pozorem dyskusji literackich kontaktować się z agentami brytyjskiego wywiadu. Jed­nak główną rolę polityczną odegrały francuskie Salony wcześniej, u schyłku XVIII wieku, przygotowując dyskusjami i literaturą (krytyczną tudzież propagandową) wybuch Rewolucji. Jako prekursorski taki Salon historycy wskazują „salon pani Geoffrin”.

Pani Geoffrin nie była arystokratką, lecz mieszczanką (Rewo­lucja Francuska też nie była rewolucją herbową, lecz burżuazyjną). Dzięki majątkowi męża otworzyła Salon wszechpotężny, ściągając doń nie tylko śmietankę politykujących Francuzów (Monteskiusz, Wolter, d'Alembert e tutti quanti) — również cudzoziemców (Hume, Franklin, Walpole etc.). Niemiecki historyk kultury i obyczajów, M. Boehn, pisze: „Wszyscy obcy, przyby­wający do Paryża, zabiegali, by móc wejść tam". W. Łoziński pisze to samo: „ Wszystkie kraje były tu reprezentowane. Dom pani Geoffrin był kluczem do całego światka towarzyskiego w Paryżu. Kto przyjmowany byt chętnie przez nią, ten nabywał tym samym patent wykształcenia i towarzyskiej ogłady, otrzymywał paszport do wszystkich innych salonów. Nic więc dziwnego, ze każdy cudzoziemiec przybywający do Paryża, chcąc poznać wszystko co w nim było świetnego i znakomitego, starał się najpierw dostać do salonu pani Geoffrin. Z tego też powodu Sainte-Beuve nazywa salon ten «wielkim centrum i rendez-vous wieku». Na takich «rendez-vous» europejskich w salonie pani Geoffrin nie brakło też i Polaków. Do znakomitych cudzoziemców, których spotykano u pani Geoffrin, należał i Stanisław Poniatowski, późniejszy król polski. Pani Geoffrin była poniekąd pierwszą jego nauczycielką i mentorką, i — niestety lichego wychowała nam króla"'. Owszem, lichego, bo cały czas zapatrzonego w Petersburg, tak jak dwieście lat później, u krańca PRL-u, prominentni członkowie polskiego dysydenckiego „Salonu" zapatrzeni byli w Moskwę (vide rozdział 4 części III).

Wyraźne są też analogie między francuskimi salonowcami (lewicującą lub wprost lewicową elitą intelektualną) tamtych, schyłkowoburbońskich czasów, a różowymi salonowcami III Rzeczypospolitej. Intelektualistów ówczesnej Francji zwano „filozofami" (nie istniały wtedy terminy „intelektualiści", „inteligenci". „inteligencja twórcza" etc.). Tak oto przedstawia ich M. Boehn („Rokoko we Francji"): „Filozofowie mówili wprawdzie o masach ludowych i mniemali, że działają na ich korzyść, ale o ludzie nie mieli wprost pojęcia i nie utrzymywali z nim żadnych stosunków (...) Zapomniano zupełnie, ze klasy niższe stworzone są z tego samego materiału co i wyższe, że w owej chwili składały się one z ludzi bezustannie uciskanych, poniewieranych i gnębionych, że ludzie ci w ciągu całego życia mieli na oczach rozrzutność innych ludzi, ich nadużycia i niesprawie­dliwość i że na pokrycie kosztów wszystkich tych nadużyć oni właśnie pracować musieli"*. Czyż nie taki jest również, wypisz wymaluj, dzisiejszy stosunek między inteligenckim „Salonem" III Rzeczypospolitej a biedującą większością narodu? Miał świętą rację G. Nenning, który na początku lat 90-ych XX wieku autokrytycznie scharakteryzował własną klasę, lewicową inteligencie pisząc m.in.: „Bezmyślność, oschłość, zgodne wyśmiewanie Kościoła, a przede wszystkim brak serca i odwagi, by dojrzeć sytuację, w jakiej znajduje się naród".

 

*—Tłum.P.Hulka-Laskowski.

 

Kilkunastoletni okres między Salonem pani Geoffrin a Rewolucją wypełniło w Paryżu kilka Salonów, coraz bardziej upolitycznianych. Masoni (prekursorzy dzisiejszej lewicy, nienawidzący Kościoła równie mocno co ona), rozmaitej maści libertyni (wolnomyśliciele), „filozofowie”, adwokaci, literaci i biurokraci (przyszli Jakobini), słowem wszelka ateistyczna lewackość — retorycznie „ruszali z posad bryłę świata", podpalając słowami lont. Słowami kuszącymi jak rajskie jabłko, exemplum firmowe zawołanie masonów („Wolność, równość, braterstwo"), które później stało się hasłem paryskich rewolucjonistów-gilotynowców. Te ich przedrewolucyjne Salony stworzyły wówczas coś większego — „Salon". Już nie konkretny Salon w salonie mającym pawiment, drzwi, ściany, okna i sufit, lecz ponadsalonowy światopoglądowy „Salon", jednoczący wszystkie konkretne Salony Wpływu, obejmujący całe buntowniczo filozofujące środowisko inteligenckie i promieniujący na całą Europę. Jego ponadlokalna siła propagandowa — siła salonowego Paryża — była znaczna. M. Boehn: „Umysł francuski, który w wieku XVIII cały świat uzależnił od siebie, znajdował ogniska skupiające w kołach towarzyskich. Duch francuski zrodził się w salonie i rozpowszechniał się, przechodząc z jednego do drugiego, dopóki nie obiegł całego świata (...) Tylko Paryż mógł stać się ośrodkiem życia umysłowego w rozmiarach, jakich dotychczas nie znano, gdyż jednoczył w sobie wszystkie korzyści, jakie daje fakt, że w stolicy gromadzili się ludzie najwybitniejsi. Wszyscy oni znali się, obcowali ze sobą (...) Ruch umysłowy zbliżał najróżniejsze koła i przyczynił się do wytworzenia warstwy społecznej, w której jako w elicie jednoczyły się wszystkie wybitniejsze umysły"*.„warstwę społeczną" obdarzono później (dopiero w XX stuleciu) mianem „środowiska inteligencji" vel „środowiska intelektualistów" — lewicowych, rzecz jasna, bo czyż inteligencja ludzka w ogóle może być prawicowa?

* — Tłum. P. Hulka-Laskowski.

 

2. „Dzieci Sartre’a”

Termin „inteligencja" to w znaczeniu psychologicznym zespół zdolności umysłowych człowieka. Natomiast w znaczeniu socjologicznym to warstwa społeczna. Jako pierwszy użył owego drugiego znaczenia... Polak, K. Libelt (1844); jako drugi... Rosjanin, W. G. Bieliński (1846); jako trzeci... również Rosjanin, P. D. Bobrykin (~ 1860). Lecz do powszechnego użycia termin taki wszedł dopiero po I Wojnie Światowej, a rangę encyklopedyczną i swoiście klanową zyskał po II Wojnie. Rodzime encyklopedie przedwojenne zupełnie go nie stosują, z jednym wyjątkiem — „Encyklopedia Ultima Thule" (1933) daje przy zakończeniu hasła psychologicznego „Inteligencja" krótką notkę:

W znaczeniu zbiorowym inteligencją nazywa się ogół ludzi mniej lub więcej wykształconych". Tymczasem we wszystkich encyklopediach drugiej połowy XX wieku to znaczenie dostaje już odrębne hasła, spore w dużych kompendiach lub lapidarne w jednotomowych (exemplum „Mała Encyklopedia PWN”:

„Inteligencja — warstwa ludzi wykształconych, zajmujących się zawodowo pracą umysłową; zależnie od poziomu wykształcenia, kwalifikacji intelektualnych i umiejętności pełnią funkcje naukowe, kulturalne, organizatorskie, ideologiczne". W PRL-u zaszeregowanie: „inteligencja pracująca" brzmiało dla tak zaszeregowanych nobilitujące, i w III Rzeczypospolitej „inteligencja" to wciąż brzmi dumnie, bo wyróżnia z tłumu „roboli” i „chamów”. Gdy A. Michnik oznajmił dekadę temu dziennikarzom „Polityki": „ — Ja jestem polskim inteligentem!  (redakcj