Waldemar Łysiak



RZECZPOSPOLITA KŁAMCÓW



SALON

 

 

  

 

Spis treści:

Zamiast noty edytorskiej

Część I — WSTĘP czyli „ — Wkurza mnie dosłownie wszystko!".

Część II — SALON WPŁYWU

1. Salon historyczny

2. „Dzieci Sartre'a".

3. „Coś w mózgu".

4. „Salon" PRL-u — część I (prostytucja)

5. „Salon" PRL-u — część II (klika i alibi)

6. W stronę Sartre'a

7. „Opozycja koncesjonowana".

8. Elitarne dziuple i centra

Część III — MALEFICUS MAXIMUS

1. Zło

2. Od trockizmu do KOR-u

3. Pieski przydrożne

4. Tajny cyrograf „świnksa"

5. Przejęcie władzy

6. Budowanie zrębów

Część IV — CZTERECH JEŹDŹCÓW „SALONU"

1. Czerwony harcerz

2. Gensek honorowy

3. Postępowy katolik

4. Święty guru

 

Część V —„SALONU" GRZECHY GŁÓWNE

1. Klientela

2. „Polityczna poprawność".

3. „Murzynek Bambo" a sprawa polska

4. „Salon" ci wszystko wybaczy

5. „Caritas maior iustitia”

6. Elegancja tolerancja

7. Rozdźwięki wśród tolerastów

Część VI — DYKTAT KULTUROWY „SALONU".

1. „Terroryzm intelektualny"

2. „No pasaran!”

3. Cenzura

4. „ — Panu już dziękujemy! "

5. Laur Nobla daj mi luby!

6. Literacki geniusz, „ Mirek "

7. Promocja, czyli „przemysł kreowania polskich Kunder"

8. Desperados

ZAKOŃCZENIE

 

 

 

Ciąg dalszy ...

 

 

7. „Opozycja koncesjonowana"

Inteligencki, opozycyjny „Salon" ostatniej fazy PRL-u, lat 1977-1989, formowali głównie ludzie, którzy potrzebowali rozgrzeszenia za swą wcześniejszą, proreżimową działalność, a coraz bardziej bezpieczna dysydenckość miała być dla nich wybielaczem.

 

Ci z wcześniejszego kontrsalonu — „Salonu" ery Słonimskiego (1968-1976) — za byle co doznawali jeszcze represji, które ich (niejako mimowolnie) wyrzucały na orbitę dysydencką, dlatego „Kisiel" pisze (1973): „Póki był u żłobu czy w UB, to było dobrze, jak przestał, to już w opozycji. Dużo takich, całe masy — to wręcz jakaś reguła (...) Opozycjonistami stają się dopiero, jak ich wyrzucą". 

Ci późniejsi często wyrzucali się już sami, i był w tym pragmatyzm tout court (coraz liczniejsze wydawnictwa podziemne, dotacje z Zachodu, itp.). Nikt nie ujął te­go celniej niż L. Tyrmand, twórca emigracyjny, podobnie jak Hemar, i tak samo jak Hemar — polski Żyd patriota klasy bry­lantowej. O intelektualistach „Salonu" dysydenckiego rzekł, iż przefarbowali się na antykomunizm wtedy, „kiedy nieszkodliwym krzykiem i niezgadzaniem się można już było w Polsce wybor­nie zarobkować, lepiej niż dotychczasowym służalstwem".

Nie tylko w Polsce można było brać honoraria, również za granicą, choćby w Paryżu, gdzie miał potężną, kultową firmę, osobliwy antykomunista, mason, lewicowiec, książę J. Giedroyc. Członkowie dysydenckiego „Salonu" pielgrzymowali do Giedroycia jak muzułmanie do Mekki, tym chętniej, że była tam kasa. Nieliczni polscy intelektualiści-twórcy wysokiej rangi, którzy zachowali suwerenność, nie adorowali Giedroycia (vide J. Narbutt) lub też szybko z nim zrywali (vide G. Herling-Grudziński — znowu: brylantowy polski patriota pochodzenia żydowskiego). Salonowcy nigdy nie wybaczyli Herlingowi, że pokazał zgięty łokieć wodzowi paryskiej „Kultury", stanowiącej misterną ma­skę Giedroyciowego lewactwa i krętactwa, a o nich samych wyrażał się bez szacunku, krytykując „atrofię zwykłej ludzkiej god­ności i odwagi cywilnej wśród polskich karmazynów intelektu­alnych", wytykając im „Zamazywanie przeszłości" vel „Zama­zywanie historii" („Zamazywanie" pisał nieodmiennie z dużej litery), etc. J. Narbutt (autor hymnu dla „Solidarności") mówił o Giedroyciu:

„Zarzuca nam ślepotę, gdy tymczasem sam jest ślepy (...), tonący w mętach swoich niedowarzonych pomysłów (...) Przerażające: ten człowiek tkwi cały w mglistych fikcjach swego umysłu i zupełnie ich nie rewiduje z rzeczywistym stanem rze­czy. Jego osławiona ost-politik, jaką wykombinował w zaciszu swego gabinetu (a potem zaraził nią elity polityczne kraju, czy­tające «Kulturę» z nabożeństwem zupełnie bezkrytycznym), opierała się na założeniu, że rozkładu rosyjskiego imperium nie ma się co spodziewać (...) Stary książę najpoważniej propono­wał Polakom, abyśmy szli w kraju w kierunku... narodowego komunizmu. Zadziwiające wspieranie Jaruzelskiego duchem wskrzeszanego Moczara. A może to było przygotowywanie «okrągłego stołu»? Nie wykluczam. Choćby z racji na masoń­skie powiązania księcia (...) «Kisiel» powiedział przed śmier­cią, że czas już, by książę zamknął swój interes. Racja: od dawna sprzedaje w tym kramiku przeterminowane buble inte­lektualne. Po co to w kraju wydawać? Po co otumaniać czytel­ników cudzymi mgłami? Czy tylko dlatego, ze istnieje dziś mo­da na Giedroycia, jak po Październiku była moda na Gomułkę? Dwaj panowie G. — książę i ciemniak. Mamy szczęście do samozwańczych «ojców ojczyzny»...".

Przed śmiercią Giedroycia (już za czasów III Rzeczypospolitej) zdążyli jeszcze stawić się u niego, i byli serdecznie przyjmowani, tacy znani antykomuniści, „ojcowie ojczyzny", jak prezydent Kwaśniewski. Ci, którzy peregrynowali tam za komuny — członkowie ówczesnego „Salonu" — nierzadko robili to cicho, intymnie, sekretnie, żeby reżimowa władza się nie dowiedziała. Jednak owa konspiracja była dziecinadą, gdyż władza wszędzie miała swoich agentów-informatorów. A. D. 1992 B. Stanisławczyk i D. Wilczak opublikowali pracę pt. „Pajęczyna", składającą się wyłącznie ze wspomnień emerytowanych oficerów bezpieki. Można było dzięki tym wspomnieniom zobaczyć wreszcie jak szeroko i skutecznie inwigilowano środowiska dziennikarzy i literatów. Już wcześniej (1991) eks-bezpieczniacy przebąkiwali o tym czasami („ — Dziennikarze byli tą inteligencką grupą zawodową, w której zwerbowaliśmy największą liczbę konfiden­tów. Jak znalazł się któryś jeszcze czysty, biliśmy się o to, kto ma go werbować"). Również A. Michnik wzmiankował, że w podziemnych wydawnictwach było pełno konfidentów. Ale dopiero dzięki „Pajęczynie" zobaczono to bliżej, gdyż były tam opisane konkretne personalne przypadki. Zacytuję dwa casusy, dla smaku:

Wspomina oficer Kazimierz M.: „Po skończeniu szkoły ofi­cerskiej pracowałem w pionie inteligencji. Mówiąc inaczej «robiłem po dziennikarzach» (...) Cała moja praca «na zagadnie­niu dziennikarskim» sprowadzała się do dokładnej penetracji środowiska i pozyskiwania agentów (...) Chciałem pozyskać kiedyś znakomitego dziennikarza H. K. Zaproponowałem spotkanie (...) Nawet sekretarki nie wpuściłem, sam przyniosłem kawę. — Proszę mi dać papier i maszynę do pisania — rzekł H. K. Napisał długi elaborat, opisując zażydzenie redakcji". Wspomina oficer Adam G.: „«Ewę» pozyskał Majchrowski, ja ją tylko przejąłem, kiedy zacząłem pracować «na zagadnieniu literackim» (...) Przed nią, żoną X-a, wszystkie drzwi świata literackiego byty otwarte. Znała wielu opozycyjnych działaczy. Była bystra, gorliwa i bardzo pracowita. Donosiła nie tylko na X-a (...) W jej domu zbierali się najważniejsi działacze opozycji, pisarze, dziennikarze. Nam to było na rękę, bo wszystkich mieliśmy na oku (...) Była lojalna wobec nas. Poza tym jej in­formacje z kręgów literackich i towarzyskich potwierdzał tajny współpracownik «Andrzej» — wybitny pisarz. Było zresztą i tak, że «Ewa» kapowała na «Andrzeja», a «Andrzej» na «Ewę». Rzecz jasna, nie wiedzieli o sobie, nie znali swoich drugich ról".

Kim była „Ewa”? Żoną „X-a", literackiej znakomitości, P. Jasienicy. Kim był „Andrzej”? Nie wiadomo. Pracowało dla bezpieki dużo literackich gwiazd, nie tylko „Andrzej". Świetnie znający akta SB oficer UOP-u (pracownik Wydziału Studiów Urzędu Ochrony Państwa za krótkich, ledwie półrocznych anty­komunistycznych rządów premiera J. Olszewskiego) wydał pod pseudonimem (M. Grocki) pracę „Konfidenci są wśród nas..." (1992), gdzie czytamy: „Jedną z najdłużej prowadzonych przez SB spraw, na którą natrafiono w trakcie poszukiwań informacji o agenturze w kręgach opozycji warszawskiej, była sprawa obiektowa założona na środowisko literackie. Inwigilacja doty­czyła przede wszystkim ZLP. Trwała od lat pięćdziesiątych aż do momentu rozwiązania SB. Jako instytucja ogromnie niewygodna władzom, ZLP byt bardzo nasycony agentami. Dość po­wiedzieć, że na jednym ze zjazdów tej organizacji, z jednego tylko województwa na sześciu delegatów przyjechało sześciu agentów. Oczywiście żaden z nich nie wiedział o roli kolegów".

I oczywiście wszystkie raporty (donosy) „kolegów" były ładnie pisane, jak to u pisarzy. Również „Ewa" nie pozostawała w tyle. M. Grocki: „Pisała bardzo długie meldunki, doskonałym językiem, literackie, dowcipne, niezwykle szczegółowe. Widać z nich, że praca sprawiała jej przyjemność. To byt agent cenniejszy niż złoto". Agentów cenniejszych niż złoto nie brakowało w tym środowisku. Dzięki udostępnieniu „teczek" przez IPN (Instytut Pamięci Narodowej) wiemy m.in., że renomowany pisarz, O. Terlecki, trzydzieści lat służył bezpiece jako płatny agent o pseudonimach „Rudnicki" i „ Lachowicz" („Ewa" też miała drugi pseudonim: „Max"). A. Łukasiak: „Zaczął wyjeż­dżać za granicę za pieniądze SB, nawiązywał kontakty z pisarzami emigracyjnymi, Jerzym Giedroyciem, Juliuszem Mieroszewskim, Gustawem Herlingiem-Grudzinskim. Jego raporty były bezcenne, charakterystyki osób wyczerpujące, sprawozdania ze spotkań dokładne".

Dokładne sprawozdania ze spotkań zezwalały Służbie Bezpieczeństwa całkowicie kontrolować dysydencką grę „Salonu" (stąd m.in. późniejsze szydercze przezwisko, jakie prawicowcy ufundowali lewicowemu „Salonowi": „opozycja koncesjonowana"), a czasami dawać klapsy niektórym gwiazdom. Te klapsy służyć będą później różnym luminarzom „ Salonu" jako składnik wybielacza kolaboracji — będą przedstawiane jako represje dotykające męczenników. Wielkiego poetę, Z. Herberta, to fałszywe a de­monstracyjne „męczeństwo" doprowadzało do furii; mówił o tym J. Trznadlowi: „ — Napuszeni mętniacy, którzy narobili strasz­liwego bigosu, a teraz chodzą w glorii męczenników! Męczen­ników czego? Przepraszam bardzo, własnej pomyłki7 A może dobrze by było pójść na pustynię i odbyć pokutę? Ja bym to zrobił. Przynajmniej przez jakiś czas wstrzymałbym się od głosu. I tutaj, widzi pan, tu znowu Adaś, który czuwa nade mną, zaraz mnie kopnie".

Notabene — Herbert nie od razu był taki radykalny. Wpierw powodowało nim chrześcijańskie miłosierdzie, i dopiero kiedy zobaczył hucpiarstwo salonowych „męczenników", uskrzydlanych-usprawiedliwianych przez „Adasia" Michnika — zmienił front. Relacja J. Narbutta: „O swym nieświadomym uczestniczeniu w cudzej grze pozorów Zbyszek Herbert przekonał się za późno, dopiero po poparzeniu sobie palców w swej misji dobrej woli wobec byłych stalinowskich kolegów po piórze, którzy okazali się — jak to twardo nazywa Biblia — «ludźmi o bezczelnych twarzach», cynicznymi i wyrachowanymi nawet w ramach walki z reżimem Jaruzelskiego, do jakiej włączyli się pod sztandarem «Solidarności», z własnymi celami w portfelach. Nie bardzo orientując się w grze pozorów stosowanej przez tzw. rewizjonistów, Herbert z zapałem pomagał im w tym, w czym mógł. Mówił do mnie, chcąc mnie przekonać: «Panie Jerzy! No, dajmy im ten odpust zupełny! » (...) Do zrozumienia pomyłki własnej misji dobrej woli Herbert doszedł znacznie później. Chcąc ją naprawić, zerwał wszelkie kontakty z Michnikiem, z «Gazetą Wyborczą», jej prasowymi filiami, i z całą tą hucpowatą sitwą międzynarodowców".

Ja tę „hucpowatą sitwę" publicznie nazwałem kilka lat temu „zmową umoczeńców". Czyli lożą lewicowych intelektualistów polskich (najpierw kolaborujących z reżimem, a później popieranych gwoli dysydencji przez lewicę zachodnią), którzy formowali opozycyjny „Salon" późnego PRL-u. Złączeni biologicznym wręcz sojuszem złej woli i faryzeuszostwa, byli umoczeni w każde zło krzywdzące Polskę od roku 1945 — w stalinizm, w bezpiekę, w klakierowanie „socjalistycznym odnowom", w PZPR, ZSL i SD, w zwalczanie „bohaterszczyzny " (antyreżimowej partyzantki), „ksenofobii", „antysemityzmu", „klerykalizmu", „tradycjonalizmu" i „szowinizmu" (czytaj: patriotyzmu), w „europejskość" i prosowieckość, w postmodernizm i postmoralność, w „poprawność polityczną" i we wszelkie formy lewac­twa. Wielu z nich uważało, że aby skończyć długoletnie „życie w odbycie" (jak to nazwał „Kisiel") — starczy rzucić legityma­cję partyjną, ergo: wystąpić z PZPR-u. M. Baterowicz (publicysta emigracyjny): „Stanisław Barańczak rzucił partyjną legitymację dopiero w 1975 roku, a więc pięć lat po masakrze na Wybrzeżu, jaką PZPR urządziła swojej klasie robotniczej. Dziwne zresztą, że człowiek inteligentny (nie tylko poeta), zna­jąc genezę PRL-u, w ogóle zapisuje się do partii. Bardziej wybredni (jak np. Adam Zagajewski czy Julian Kornhauser) po­woływali się tylko na marksizm lub inkrustowali swoje wiersze nazwiskami wodzów rewolucji, co było skuteczną przepustką do druku, bez względu na poziom utworów". Barańczak i tak był szybki. Niejeden bowiem salonowiec rzucił legitymację partyjną dopiero po wprowadzeniu przez reżim „stanu wojennego". Od tej chwili był już „opozycjonistą" pełną gębą, mógł grać rolę „autorytetu moralnego" i męczennika.

Granie takiej roli nie zmieniało faktu, że kontestowano tylko „błędy i wypaczenia" władzy, broń Boże natomiast „ojczyznę socjalistyczną" i jej wasalność (zależność od Sowietów). Było w tym lewackim pseudobuncie to samo, co włoska dziennikarka, M. Fenelli, wytknęła rosyjskim dysydentom: „W opozycji inteligentów wobec Kremla było dużo swoistego leninowskiego spektaklu. Wciąż nie do końca rozumiem, jak też się wam udawało granie «walczących z reżimem opozycjonistów » i jednocześnie deklarowanie: «nie jesteśmy wrogami władzy radzieckiej». Do­myślam się, ze chodziło o branie pieniędzy z obu stron". Pani Fenelli za domyślność winna dostać celującą notę. Podobnie jak ci, którzy ukuli szyderstwo „opozycja koncesjonowana". 

Wybitny antykomunistyczny historyk, prof. T. Strzembosz, który nazywa PRL „swoistym systemem okupacyjnym", słusznie rzekł:

„Swoisty układ między okupowanym a okupującym musiał mieć podwójne dno".

Z takich ludzi składał się „Salon" ostatniej dekady PRL-u. Trafnie charakteryzowała go emigracyjna publicystka, J. Sypuła-Gliwa: „Zaduch salonu warszawskiego. Gospodarze za nic w świecie nie chcą swego salonu przewietrzyć, a każdy podmuch świeżego powietrza uważają za zamach na swoje jestestwo. Wysiedziałe oślizgłe kanapy, na nich mędrcy z przeszłością, ich damy okołolitieraturne, poetessy, które zaczynały ze szturmówką ZMP w dłoni, i starsi panowie, co to niegdyś przekonywali się, że nie można inaczej, a literatura i talent usprawiedliwiają kłamstwo. Dziś wszyscy robią do nas oko: «bo myśmy tylko tak udawali! »".

8. Elitarne dziuple i centra

S. Remuszko, obśmiewając michnikowski „Salon" III Rzeczypospolitej, i wskazując, że wyrósł on z lewicowej elity, która „stała się w latach osiemdziesiątych «kierowniczą siłą» solidarnościowej opozycji" — dał tej elicie szyderczą (nawiązującą do PZPR) ksywkę: „Polska Zjednoczona Elita Intelektualna". Słusznie, gdyż odkąd istnieje Salon Wpływu — czyli od „salonów literackich" lub „salonów artystycznych" — pojęcie to kojarzy się automatycznie (wręcz synonimuje się) z elitą intelektu­alną bądź kulturową. A cóż to jest elita? Parafrazując biblijną (starotestamentową) i historyczną (propagandową) gadaninę o „narodach wybranych", można rzec, iż elita jest kręgiem (środowiskiem) wybranym. Przez kogo, przez społeczeństwo? Nie, raczej przez co — przez swoje cechy i czyny wyróżniające (talenty, profetyzmy, dokonania etc.), jak mówią encyklopedie. I zapominają przy tym, że elity są wybierane przez własne koneksje towarzyskie, czyli że jest to samonapędzający się mechanizm środowiskowy, mający pewne aspekty dzieworództwa. Jeśli przyjęłoby się tę moją egzegezę za słuszną, trzeba byłoby stwierdzić, iż „Salon" pierwszej fazy PRL-u nie spełniał kryteriów elity naturalnej, gdyż budował go reżim. To jak z dwiema konkurencyjnymi teoriami życia — kreacjonistyczną (biblijną) i biogenetyczną (mówiącą o samorzutnym wykształceniu się życia). Peerelowski „Salon" sprzed 1968 roku był wynikiem pragmatyzmu partyjnego, czyli kreacjonistycznej pasji reżimu, zaś „Salony" następne, dysydenckie, powstawały już bardziej same z siebie (z układów towarzysko-środowiskowych), a reżim sprawował jedynie funkcję kontrolną dzięki różnym metodom inwigilacji plus systemowi wabików, nacisków i kuksańców.

Teorię samorodnej elity dysydenckiej, która wyrosła po Marcu 68, można znaleźć w eseju Jacka Bocheńskiego „Marzec". Onże Bocheński jest klasycznym przykładem nawróconego „umoczeńca", ergo: był członkiem każdego „Salonu" doby PRL-u. Za stalinizmu brał bez skrupułów udział w kaftanowaniu (ubezwłasnowolnianiu) tudzież indoktrynowaniu (ogłupianiu) rodaków. Dla melomanów cytuję jego ówczesną stylistykę z „Piosenki o przyjaźni":

„Na zielonej, polnej śliwie

Siadły gołębice siwe —

Ta z Warszawy, tamta z Moskwy,

Polubiły się jak siostry.

 

W czarnym lesie na kwaterze

popasali dwaj żołnierze —

ten znad Wisły, ten znad Donu,

żyli wiernie w leśnym domu".

 

Wierność współżycia dwóch w jednej leśnej chałupie trąci pedalstwem, ale to chyba lapsus lirnika. Innych mieszkańców lasu (partyzantkę akowską) Bocheński flekował bez litości jako zbirów, którzy nie szanują wskazań „bat'ki" Stalina (m.in. zbiór opowiadań „Zgodnie z prawem"). Stalin był wedle Bocheńskiego uosobieniem geniuszu: „ Wyjaśniał przeszłość, teraźniejszość, przyszłość. Jeżeli epoka piętrzyła problemy, jeśli naszym my­ślom stawało się ciemniej, Stalin wiedział kiedy zaświecić nam swą mądrością. Rozlegał się wówczas jego głos, a był to głos tak prosty i mądry, ze nazajutrz inaczej patrzyliśmy na świat". Jeszcze inaczej Bocheński spojrzał później na świat pod wpły­wem Słonimskiego, dzięki czemu przeszedł od stalinizmu do michnikizmu, i to do wojującego michnikizmu, co uwieńczył morderczym atakiem na Z. Herberta w „Gazecie Wyborczej" (2001), zwąc niepokornego poetę alkoholikiem i „potworem Minotaurem".

Na genezę świata dysydenckiego „Salonu" Bocheński spojrzał już jako dysydent (1981), wspomnianym tekstem „Marzec". Pa­dło tam właśnie słowo „elita”: „Ruch marcowy ograniczał się do skromnych liczebnie grup kontestatorskich, pochodzących z elity inteligenckiej (...), z Antonim Słonimskim w jednej z głównych ról". Według autora był to ruch elitarny „nie tylko w tym sensie, ze skupiał ludzi wykształconych, lecz i tym, że przyciągał osoby wyróżniające się pewnym stylem politycznego myślenia". Bocheński bezzwłocznie objaśnił jakim: „Najogólniej można powiedzieć, że cenione były poglądy liberalno-lewicowe". To oczywiste (choć zamilczał o duchowym trendzie kosmo­politycznym), mniej wszakże oczywista jest konkluzja autora, według którego ów marcowy elitarny ruch „ w końcu stał się nie­jako mózgiem Sierpnia i «Solidarności»". Mimo że w owej eli­cie (czego Bocheński nie ukrywał, gdyż nie mógł) prym wiodła „spora grupa marksistów", a „ruch marcowy nie domagał się niczego więcej niż ważnych oczywiście, ale korekcyjnych zabiegów w obrębie systemu" — stworzono później (w „Salonie") jego nieomal narodowowyzwoleńczą mitologię, „mit «elity intelektualnej», która jakoby od lat kilkudziesięciu prowadzi naród ku jego przeznaczeniom" (S. Murzański). Murzański dodaje, że „ten żałosny «mit elity intelektualnej» zdradzał skłonność do wypierania prawdy (...) — pojawiło się egzekwowane jako nakaz moralny żądanie, by na stalinowską przeszłość bohaterów zapuścić kurtynę milczenia".

Obok kurtyny milczenia, równie ważna była kultura gaworzenia. Towarzyskiego, środowiskowego, wewnątrzsalonowego — elitarnego. Elity bowiem mają to do siebie, że — jak to „Salon" — lubią się regularnie (rytualnie) zbierać, by cementować towarzyskie więzy. Za dawnych stuleci miejscami tych zebrań były salony pałaców. A gdzie były loże salonowych meetingów w epoce PRL-u? Było ich sporo. Oprócz ulubionych knajp (to dla mniejszego towarzystwa) — Klub Krzywego Koła; Klub Poszukiwaczy Sprzeczności (założony przez A. Michnika); bardzo zmasonizowany lokal PEN-Clubu; luzacki grajdoł SPATiF-u (Stowarzyszenia Polskich Artystów Teatru i Filmu) przy al. Ujazdowskich; „Ściek" (równie wódczano-rozrywkowy grajdoł SARP-u na krańcu ul. Foksal); stołówki ZLP (Związku Literatów Polskich); relaksowe, prowincjonalne „domy pracy twórczej"; le­gendarne przywydawnicze kawiarenki Czytelnika i PIW-u; etc., etc., mieszkań prywatnych nie wyłączając (ostatnim takim prywatnym lokum grupującym salonowców będzie w późnych latach 70-ych i w latach 80-ych warszawskie mieszkanie J. Kuronia).

Słowem: „Salony" ery PRL-u miały od początku różne dziu­ple — miejsca, gdzie „trzeba było bywać", nie chcąc wylecieć z obiegu towarzyskiego. Tam się „konspirowało" na ucho, mon­towało doraźne strategie salonowej gry, plotkowało, komplemen­towało wzajemnie, a obmawiało nieobecnych chwilowo współsalonowców, którzy zbytnio „dali d..." reżimowi i myśleli, ze nikt się nie dowie (co trafnie wykpił W. P. Kwiatek, pisząc: „Między władzą a elitami twórczymi istnieją zawsze dość dwu­znaczne stosunki. Jedni bez drugich nie mogą egzystować, ale i jednym, i drugim, idzie o coś innego. Władza gotowa jest zwykle wiele dać, tyle, że nie za darmo. Elity chętnie wezmą, pod warunkiem, ze nikt się nie dowie"). Niedowiadywanie się było o tyle trudne, że trudno jest trzymać opuszczoną „kurtynę milczenia", gdy tak wielu kolegów pracuje dla tego samego SB, dla tych samych gazet, tych samych wydawnictw i tych samych kochanek bądź żon. Milczenie może i jest złotem (jak głosi po­rzekadło), ale nie cenniejszym niż złoto srebrnikiem. „Salon" to nie erem — tu trzeba gadać.

Opisanie wszystkich spotkaniowych komnatek peerelowskich „Salonów" zabrałoby zbyt wiele miejsca; dla przykładu spójrz­my na legendarną kawiarnię PIW-u (Państwowego Instytutu Wy­dawniczego). J. Szumilas: „Spotkania w kawiarence PIW-u, w stołówce Czytelnika, zaprzyjaźnianie się, całe to rozgadane towarzystwo wspólnego zachwycania się sobą...". Z. Herbert: ,, — Oczywiście, to targowisko próżności było wpisane w atmosferę «warszawki», której nie lubię. To znaczy towarzyskie kontakty, stoliczek w PIW-ie, stoliczek w Czytelniku...". Naj­sławniejszy stolik w kawiarence PIW-u był przez dłuższy czas „własnością" Słonimskiego (aż do jego śmierci). W. P. Kwiatek:

Przy «jego» słynnym stoliku w kawiarni PIW sytuacja w pol­skiej kulturze dyskutowana była od dawna; diagnozy były jed­noznaczne — nikt z uczestników owych dyskusji nie miał wąt­pliwości, ze niezbędna jest jakaś forma reakcji na czerwone sobiepaństwo w kulturze. Słonimski pojawił się pewnego dnia z gotowym projektem tekstu [chodzi o „List 34" — W. Ł.]. Rozpoczęło się zbieranie podpisów. W środowisku PEN-CLUBU robił to sam autor listu, do pozostałych luminarzy życia in­telektualnego udawał się Jan Józef Lipski". J. Szumilas: „Drugą historyczną postacią z galerii PRL-u był szef PIW-u, sekre­tarz KC PZPR, krytyk literacki Andrzej Wasilewski, który w la­tach 1967-1986 (!) «wytyczał» linię programowo-wydawniczą Instytutu (czyli planował to, co później zgodnie z jego decyzja­mi czytały miliony Polaków). W ilu procentach dzięki towarzy­szowi sekretarzowi dzisiejsza [2002 — W. Ł.] «inteligencja polska» jest tak różowa, tak lewicowa, tak trącąca dziecięcym trockizmem? Czy bez jego «zestawu lektur» dawałaby się tak łatwo sterować przez Michnika, Geremka i Mazowieckiego? Je­stem pewien, że nie. Towarzysz Wasilewski i jego PIW wnieśli olbrzymi wkład w sączenie zatrutego «różowego lubczyku» w dusze ówczesnych młodych pokoleń Polaków".

Wasilewski był więc swoistym odgórnym ekonomem „Salo­nu" kręcącego się wokół PIW-u z nadzieją na zarobki, i nieła­two było nim manipulować (sam był lepszym manipulatorem), czego dowodzi choćby smaczny casus salonowca Brandysa, opi­sany przez Herberta w 1994 roku: „Kazimierz Brandys. Należał do salonu, w którym noszono się nawzajem na rękach: Holo­ubek, Konwicki, Szymańska, Słonimski, nic lepszego nie można było znaleźć w całej Warszawie. Marzyło mu się, żeby zostać ulubionym pisarzem «Solidarności», ale całe kilogramy jego twórczości «okresu błędów i wypaczeń» nie nadawały się do wznowienia. Zresztą doskonale zdawał sobie z tego sprawę. W latach 70-ych przychodził do dyrektora PIW, Andrzeja Wasilewskiego, i żądał: «— To ma być wydane w nakładzie 100 tysięcy, a tamto w nakładzie 50 tysięcy egzemplarzy». Wasilew­ski mówił: « — Dobrze, ale wydamy również „Obywateli"». Tu partyjny dyrektor trafiał w sedno, a Brandys trzepocząc rączka­mi wybiegał z krzykiem, że go szantażują". I tak „Salon" otrzy­mywał kolejnego „męczennika", puszącego się później (w Pary­żu) „represjami", które go dotykały za komuny. Herbert i to wykpił: „Brandys teraz mieszka w Paryżu, jak Norwid, tylko bardziej komfortowo. Wylądował tu, jak wielu innych, jako ofiara polskiego antysemityzmu i komunizmu. Ale nieskalane socjalistyczne serce nosi dalej po lewej stronie. Francuzi wie­dzą o nim tylko tyle, ze jest wielkim pisarzem prześladowanym przez rodaków, o czym zresztą pisze często i z zamiłowaniem". Z takim samym zamiłowaniem, z jakim wcześniej, przy pomocy Wasilewskich, „wnosił olbrzymi wkład w sączenie zatrutego «różowego lubczyku» w dusze ówczesnych młodych pokoleń Polaków".

Olbrzymi, pierwszoplanowy wkład wnosiły dwa centra metro­politalne „Salonu" — Warszawa (salonowa „warszawka") i Kraków (salonowy „krakówek") — reszta była daleką, nieważ­ną prowincją. Literacka Warszawa miała swój reżimowy sztab (J. Iwaszkiewicz, J. Putrament i in.), a Kraków swój (W. Machejek, długoletni szef „Życia Literackiego"; Wydawnictwo Li­terackie, itp.). W Warszawie mieszkało najwięcej gwiazd pióra, lecz i w Krakowie było trochę tuzów (W. Szymborska, S. Lem, S. Mrożek i in.). Co ciekawe — o ile mnóstwo długotrwałych gwiazd literackich Warszawy (S. Dygat, R. Bratny, W. Żukrowski, J. Andrzejewski et consortes) zostało już dziś kompletnie lub prawie kompletnie zapomnianych, o tyle gwiazdy Krakowa lśnią dalej pełnym blaskiem — pod tym względem wygrał Kraków. Szymborska dostała Nobla (Nobla dostał też mieszkający długo w Krakowie Miłosz), Mrożek jest dalej ceniony i wystawiany, a Lem, tak jak był ikoną kolejnych „Salonów" PRL-u, tak jest nią i dzisiaj. Mieli większy talent pisarski niż Warszawiacy, a tylko równy z warszawskim talent do prokomunistycznego serwilizmu.

Zbyt dużo już miejsca poświęcałem na wcześniejszych stronach piętnowaniu gwiazd „warszawki", czas więc wyrównać ra­chunek ukazaniem moralności chowu „krakówkowego". A. Lewmar i M. Kosewska, pisząc o grzechach S. Lema, zadali pytanie: „Czy warto, czy należy, wreszcie czy wolno wytykać człowiekowi grzechy przeszłości? Odpowiedź — «Czy warto przypominać Polakom stalinizm, kolaborację, podłość? » — znajduje się w książce Bohdana Urbankowskiego". W tejże książce („Czerwona msza", 1995) autor słusznie twierdzi, że im większy talent twórczy, tym większa wina kolaborancka utalentowanych. 

Choćby Mrożka, który wzywał kolegów do „czujności pisarza (...) na podstawie marksistowskiego światopoglądu". Czy Lema, który gromił zachodni system „rządzenia terrorem", bredząc, iż „całkowicie odmiennie jest w społeczeństwie budującym socjalizm; z niego wszystkie drogi prowadzą w przyszłość". 

Czy Szymborskiej, która gorąco zapewniała, że przenieść się z II Rzeczypospolitej („sanacyjnej") do PRL-u „to jak po ciężkiej chorobie po raz pierwszy wejść do ogrodu". Czy też Miłosza (Z. Herbert: „Nasz Noblista pisywał felietony w prasie codziennej. Tylko strach może zmusić zdrowego na ciele i umyśle, mężczyznę do takich ekscesów konformizmu i kłamstwa"). Osobista znajomość z Miłoszem zezwoliła Herbertowi zapamiętać również gorsze rzeczy: „Był 1968 czy 1969 rok. Powiedział mi — na trzeźwo — że trzeba przyłączyć Polskę do Związku Radzieckiego. Ja na to: «Czesiu, weź lepiej zimny tusz i chodźmy na drinka». Myślałem, że to żart czy prowokacja. Lecz gdy powtórzył to na kolacji, gdzie byli Amerykanie, którym się to nawet bardzo spodobało — wstałem i wygarnąłem (...) Wszystkie kłopoty wynikały z cech jego charakteru. Powiedział mi kiedyś: «Rozumiesz, ja chciałem i chcę służyć...» ".

Ci salonowcy, którzy służyli czerwonemu „Imperium Zła", próbowali później — jak to ukazywałem już — traktować (grzebać) tę służbę amnezyjnie lub ją faryzeuszowsko wybielać. Sam S. Lem (na łamach „Odry") kpił: „Wielu piszących Polaków odcina sobie tę przykrą część dorobku, która im się napisała za komuny. Jedni przemilczają owe brzydoty, innym koledzy wypo­minają...". Dziwne, że mówiąc to zapomniał o własnych „brzydotach". A było ich mnóstwo — i były straszne. 

Wspomniana dwójka publicystów (Lewmar i Kosewska) zrobiła drobiazgowy przegląd wczesnych powieści i esejów (wstępów) Lema, wyciągając (cytując) tak dużo prokomunistycznego i antydemokratycznego („antyimperialistycznego", czyli antyzachodniego, zwłaszcza antyamerykańskiego) bełkotu, że nazwali to w konkluzji „obsesją komunistyczno-imperialistyczną Stanisława Lema". Amerykanie są tam systemowymi (taki ustrój) ludobójcami, „mają piekielną cenzurę", chcą zniszczyć cały świat bronią biologiczną (i tylko komuniści im ten zamiar uniemożliwiają), et cetera — strach powtarzać te brednie. Kłania się znowu herbertowski passus: czemu „zdrowy na ciele i umyśle mężczyzna" posuwa się „do takich ekscesów konformizmu i kłamstwa"? Również do drwin z krzyża, z religii, ze wszystkiego co daje Kościół (u S. Lema było to notoryczne, podobnie jak u Cz. Miłosza — patrz rozdział 3 części III). Nic dziwnego, że stał się Lem najczęściej tłumaczonym pisarzem polskim — „proletariusze wszystkich krajów łączyli się" w uznaniu wyścigowo.

Gdy już mowa o Kościele — trzeba przypomnieć, że „Salony" doby PRL-u miały również swoje filie katolickie. Tu także funkcjonowały dwa te same metropolitalne centra jako połączone naczynia. W Warszawie główną rolę katolicką grało sejmowe Koło Poselskie „Znak", wspierane przez miesięcznik „Więź", którego redaktorem-szefem był T. Mazowiecki, jeden z fila­rów późniejszej partii UD (UW). W Krakowie prym wiódł reda­gowany przez J. Turowicza „Tygodnik Powszechny", o którym „Libération" napisze po latach, że był i jest „głosem liberalnej i często filosemickiej inteligencji". Z oboma tymi centrami współpracował „Kisiel", i z oboma zrywał, rozwścieczony ich prokomunistyczną salonowością. Już w 1970 rzekł: „Przed laty wymyśliłem z kolegami «Znak», dzisiaj «Znak» stał się gów­nem: człowiek w polityce staje się odwrotnością króla Midasa — czego się tylko dotknie, zamienia się to nie w złoto, lecz w gówno. Na zdrowie — ale już beze mnie!". A o „Tygodniku Powszechnym": „«Tygodnik Powszechny» również przyjął niefrasobliwą postawę państwowego konformizmu i gładko utoż­samił sobie społeczne cele Kościoła z interesem komunizmu. Co to ma wspólnego z katolicyzmem? Tfu, rzygać mi się chce na nich i na Jerzego Turowicza (...) Ci moi dawni przyjaciele nie wytrzymali dwudziestu pięciu lat komunizmu, przerobiono im mózgi, ani się obejrzeli. Już po nich — odpisuję ich na straty".

Duchowo „odpisał" (za wszystko — za wrogość „Tygodni­ka" do antykomunisty, prymasa S. Wyszyńskiego; za firmowanie działań partii; etc.), lecz nie „odpisał" fizycznie, bo było to jedyne miejsce gdzie mógł cokolwiek publikować. Dwa lata póź­niej (1972) pisze, pełen już nie tylko gniewu wobec nich, ale i wstrętu do siebie samego: „Oni w «Tygodniku» umieszczają różne państwowotwórcze, deklaratywne bzdury (...) «Tygodnik» staje się nie do zniesienia, po prostu organ MSZ, dlaczego ja mam to firmować? (...) Obrzydł mi ten «Tygodnik» i sam siebie się brzydzę, ze w nim piszę — ale przecież nie mam gdzie!". Dlatego tak chętnie przyjmie wkrótce (w drugiej połowie lat 70-ych) propozycję Michnika, by publikować na łamach kilku pism podziemnych (korowskich i zbliżonych do KOR-u). To było dobrze płatne, co nieopatrznie wypaplał później J. Kuroń („Spoko!, czyli kwadratura koła"), pisząc, że dzięki takim honorariom miał za co pić (sic!).

Każdy salonowiec miał swoje coś z tego układu. Dzięki oby­dwu filiom katolickim „Salonu" katolicka inteligencja (zrzeszająca się m. in. w Klubach Inteligencji Katolickiej) miała i poczucie przynależności do Salonu Wpływu, i poczucie dysydenckiej odrębności od laickiej, ateistycznej struktury „Salonu", co razem dawało róźowość okołokościelną, identycznie pseudobuntowniczą (pseudo ,, anty socjalistyczną") jak opozycja lewackiej inteligencji salonowej. Po roku 1988 jedni i drudzy i trzeci („lewica laicka", „katolewica" i „czerwoni") złączą swe siły dla budowania zrębów „wyzwolonej” (III Rzeczypospolitej). Mazowiecki zostanie premierem, Kiszczak wicepremierem, Jaruzelski prezydentem, Siwicki, Geremek i Kuroń ministrami, a Michnik medialnym, opiniotwórczym „Wielkim Bratem" całego państwa.

 

Część III

MALEFICUS MAXIMUS

1. Zło

„Maleficus maximus" to po łacinie: największy złoczyńca. Mógłbym użyć innego łacińskiego terminu: „sons gravissimus" — główny winowajca. Winowajca czego? Zła, które ogarnęło Polskę w ciągu piętnastu lat suwerenności zdobytej A. D. 1989. Zła, które przeklina dzisiaj większość rodaków.

Doniesienie kościelne: „W ojczyźnie niepowstrzymanie wzrasta upadek obyczajów i moralności — rozwiązłość, ekshibicjonizm, publiczne epatowanie seksem, zboczenia, pornografia".

Doniesienie statystyczne: „Zakłady penitencjarne są przepełnione ponad wszelką miarę, mimo zbyt dużej łagodności sądów, która nie równoważy gwałtownego wzrostu przestępczości".

Doniesienie telewizyjne: „W Polsce można kupić ustawę sejmową. Znane są już dwa takie przypadki".

Doniesienie związkowe: „Nie ma przypadku, aby choć jeden zachodni supermarket zapłacił w Polsce podatek od zysku".

Doniesienie unicefowskie: „Z braku środków Polska ma najmniejszą liczbę przedszkoli wśród wszystkich państw Unii Euro­pejskiej i, co za tym idzie, najmniejszą liczbę dzieci uczęszczających do przedszkola (...) Jedna trzecia polskich dzieci jest codziennie niedożywiona".

Doniesienie rankingowe: „Spośród 25 należących do Unii Europejskiej państw — Polska jest (według raportu Europejskiego Biura Statystycznego — sierpień 2004) krajem najbiedniejszym: ma najniższe tempo rozwoju gospodarczego, najgor­sze finanse publiczne i najwyższe bezrobocie. Zajmuje ostatnie miejsce jeśli chodzi o płacę minimalną (najniższa pensja mini­malna) i ostatnie miejsce pod względem dochodu przypadającego na głowę obywatela (...) W najnowszym (sierpień 2004) rankingu wolności gospodarczej, sporządzonym przez niezależny ośrodek analityczny Heritage Foundation, Polska plasuje się na 57 miejscu; wyprzedza ją nawet Uganda, Armenia, Jamajka i Belize (...) W dziedzinie niewydolności prawa Polska rywalizuje z... Burkina Faso".

Doniesienie zasiłkowe: „Polskie «sprzężenie zwrotne» w obszarze rent i emerytur polega na tym, iż za PRL-u Służba Bezpieczeństwa pilnowała, by ludzie niepokorni nie dostawali pracy bądź. dostawali pracę bardzo źle płatną, skutkiem czego dzisiaj ci ludzie dostają najniższe (głodowe) emerytury i renty, podczas gdy ich dawni prześladowcy dostają emerytury i renty najwyższe".

Doniesienie dyplomatyczne: „Cały świat śmieje się z polskich władz i z polskiej dyplomacji, gdyż Polska podjęła wojskową misję iracką bezwarunkowo, licząc na laskową wdzięczność Amerykanów dla sojusznika, i jako «łatwa dziewczyna» nie uzyskała niczego, teraz więc regularnie (oraz całkowicie bezskutecznie) żebrze w USA o jakiekolwiek honorarium, gdy tymczasem stary sojusznik Ameryki, Turcja, wysunęła twarde żądania, każąc sobie z góry zapłacić za ewentualną pomoc, i Amerykanie kupili tę turecką pomoc (dużo mniejszą niż polska), płacąc miliardy dolarów".

Doniesienie agencyjne: „Sąd w Tarnobrzegu umorzył postępowanie wobec prezydenta Ostrowca Świętokrzyskiego, Jana Sz., oskarżonego o wyłudzanie łapówek. Jak orzeczono, Sz. dopuścił się «czynu o znikomej szkodliwości społecznej», dlatego nie został ukarany".

Doniesienie prasowe: „Nieomal za darmo oddaliśmy różnego rodzaju zagranicznym biznesmenom krajowy, blisko 40-milionowy rynek zbytu, dużą część dochodowych przedsiębiorstw, cenne grunty śródmiejskie i wartą miliardy dolarów rocznie przestrzeń tranzytową".

Dane oficjalne: „Rzesza bezrobotnych liczy ponad trzy miliony ludzi zdolnych do pracy".

Dlatego ludzie (mnóstwo ludzi) klną lub wręcz wyją z gnie­wu. Mam tego świadectwa w postaci listów, jakie piszą do mnie moi Czytelnicy; cytuję list najświeższy (sierpień 2004), od pana M. Cieślaka z Tych: „Dziś, gdy widzę ludzi szukających jedze­nia wewnątrz śmietników, gdy widzę brudne, głodne, zaniedbane dzieci (...), wzbiera we mnie agresja. Lałbym (przepraszam, ale taka jest prawda) po mordach złoczyńców, którzy to państwo doprowadzili do takiego stanu, ciągnąc profity z urzędów, stanowisk, łapówek i każdej formy sprzedajnej niegodziwości". Ów gniew wzbiera. To było łatwo przewidzieć, gdy się w roku 1989 widziało kto będzie rozdawał karty na zielonym stoliku nowopowstałej III Rzeczypospolitej. A zwłaszcza, gdy się obserwowało pierwsze ruchy. Stąd, roku 1993, w książce „Łysiak na łamach 2" pozwoliłem sobie zamieścić własne proroctwo dla Lechistanu: „Będzie głośno. Będzie tak, jak pisał Ortega y Gasset: «Potężne wołanie wznoszące się ku gwiazdom, niby wycie niezliczonych psów, z błaganiem, by zjawił się ktoś lub coś i wszystkim się zajął». Albo będzie jeszcze głośniej...".

No i jest głośno, z każdym rokiem głośniej, bo szczęśliwsi niż pechowcy mają zbyt mało pieniędzy (pechowcy w ogóle ich nie mają). A przecież średnia pensja Polaków nie jest najgorsza. Chociaż rzecznik praw obywatelskich, prof. A. Zoll, mówi (2004): „ — Nie znam drugiego państwa, poza Polską, w którym byłyby tak duże dysproporcje, sięgające 100-, 200-, a nawet 300-krotności pomiędzy wynagrodzeniem najniższym a najwyższym, mówię o płacach w sektorze publicznym", lecz weźmy przeciętną. Co prawda nędza ludzi jest większa niż wska­zują czarne statystyki, lecz kiedy obliczymy „pensję przecięt­ną", sumując wszystkie zarobki (w tym zarobki panów Gudzowatego, Krauzego, Kulczyka, Niemczyckiego, Stokłosy i innych baronów biznesu, tudzież szefów banków, ergo: pensje wszelkich dużych pracodawców), a potem dzieląc to przez liczbę pracobior­ców — dostaniemy „przeciętną" całkiem znośną. Zupełnie jak w tej anegdocie na temat „przeciętnej", którą opowiedział „Ki­sielowi" jego znajomek: „Było posiedzenie Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów, wbiega minister Jędrychowski (wiadomo, idiota) i mówi: « — Towarzysze, mam radosną wiadomość, przeciętna spożycia stali na głowę wzrosła o ileś tam!». A Wolski na to: « — Towarzyszu Jędrychowski, jeżeli ja zdradzam żonę cztery razy na tydzień, a wy wcale, to przeciętnie zdradzamy po dwa razy, ale co wy z tego macie za przyjem­ność, to ja nie wiem»".

Powstaje proste pytanie: jeżeli już piętnaście lat jest tak źle, z każdym rokiem gorzej, to dlaczego nasza ekonomia jeszcze nie zbankrutowała? Odpowiedź jest równie prosta: bo III Rzeczpo­spolita cały czas żyje „na borg". J. Pawlas: „Wyprzedaż za bezcen majątku państwowego i zaciąganie kredytów na pokrycie dziury budżetowej — to wynalazek okresu tzw. transformacji". Majątek wyprzedawano póki było co wyprzedawać, a kiedy wyprzedano już prawie wszystkie „srebra rodowe" — zostało tylko pożyczanie pieniędzy przez kolejne rządy. Jak się to robi? J. Pawlas: „Gdy rośnie deficyt budżetu, państwo emituje papiery dłużne — bony skarbowe lub obligacje skarbowe. Dłużne papiery wartościowe emituje się na rynku krajowym lub za gra­nicą. W ten sposób nabywcy kredytują państwo, które może finansować swoje potrzeby. W konsekwencji powiększa się dług państwa". Uprośćmy to tłumaczenie: taki system finansowania potrzeb państwa jest rosnącą wciąż spiralą zadłużenia, bo każdego roku trzeba pożyczyć więcej, by spłacić dług zeszłoroczny i mieć na bieżące wydatki. Trwa to już piętnaście lat. Bez końca trwać nie może (spróbujcie sami pożyczać w ten sposób na swe domowe potrzeby), gdyż istnieje wyliczona przez ekspertów gra­nica bezpieczeństwa (notabene tak oczywista, że zapisana w konstytucji), po przekroczeniu której następuje wielkie „bum!" — krach, czyli „casus argentyński". Ta granica to 60% PKB (zadłużenie Argentyny niedawno przekroczyło 60% PKB, więc runęła gospodarka tego kraju, banki przestały wypłacać ludziom pieniądze, itp.). Zadłużenie Polski przekracza już 55% PKB — jesteśmy bliziutko wilczego dołu. J. Pawlas: „Podczas gdy połowa obywateli wegetuje na poziomie minimum socjalnego — Polska żyje na kredyt. Taki sposób finansowania gospodarki to tylko przedłużanie agonii" (2004).

Czy ten czarny gospodarczy scenariusz musi się sprawdzić? Nie musi — wystarczy solidny (autentyczny, a nie medialno-wirtualny) wzrost gospodarczy, regularnie wzmacniający dochody budżetu. J. Pawlas: „Niestety, w obecnej sytuacji nie można przedstawić takiej wizji. Nie widać możliwości spłacenia zadłu­żenia". Do kogo mieć pretensje? Jasne, że do polityków. Tu­dzież do natury ludzkiej i do fatum historii. Głośny XVIII-wieczny historyk brytyjski, E. Gibbon, tak podsumował przeszłość naszego gatunku: „Historia to w rzeczywistości tylko ciut więcej niż rejestr wszystkich zbrodni, szaleństw i nieszczęść, jakie były dziełem człowieka". Fakt, starczy sięgnąć po wielką literaturę opisującą wybryki ludzkości: Biblia, „Iliada", „Hamlet", „Don Kichot", „Kandyd", „Nędznicy", „Wojna i pokój", „Przygody Hucka", etc. Człowiek to wieczny głupol, co może­my wyczytać już na glinianej tabliczce, znalezionej przez archeo­logów w ruinach Babilonu — inskrypcja zapewnia: „Jeśli się tak dobrze rozejrzeć wokoło — ludzie wszyscy razem są głupi". Wszyscy razem i każdy osobno, co wiem po sobie samym, gdyż często absorbuję nikotynę trzymając papierosa: ognik na jednym krańcu, na drugim głupek. Tłumaczę to sobie (jak to głupek) siłą woli i upodobaniem wolności. Miałem wystarczająco dużo tej pierwszej, by po trzydziestu latach forsownego palenia rzucić od ręki (kilkanaście lat temu), i wystarczająco wolnomyślicielski kaprys, by po siedmiu latach niepalenia wrócić do „szlugów"— bo tak mi się podobało! Ale ja nie kieruję państwem z kilkudziesięciomilionową ludnością, więc moja prywatna głupota nie jest destruktywna dla rzesz bliźnich, podobnie jak nie było socjodestruktywne ucinanie sobie jednej piersi przez starożytne amazonki, i nie jest socjodestruktywne dźwiganie ciężarów przez współczesne olimpijki. Tymczasem z politykami sprawa ma się zupełnie inaczej.

Polityk nieustannie prowadzi grę, manipulując tobą i sterując własną karierą. Ciebie traktuje jak gumę do żucia, a swą karierę jako absolut. I zawsze prowadzi się niczym kleptoman lub wariat, nawet jeśli przed wyborami nie było u niego widać objawów niepoczytalności. Po zwycięskich wyborach grasuje już na całego, wyłączając wszystkie alarmy antywłamaniowe: prawo, sądy, policję, instytucje nadzoru i kontroli (wyłączyłby również sumienie, gdyby je miał); czasami kłopot robi mu tylko niedostateczne zdyscyplinowanie wolnych mediów. Najwybitniejszy spośród wszystkich XX-wiecznych prezydentów USA, R. Reagan, świetny „causeur" i bonmotowiec, rzekł w 1978 roku: „ — Po­lityka jest, jak mówią, drugą najstarszą profesją świata. Dosze­dłem do wniosku, ze ma ona dużo wspólnego z pierwszą". Do tego samego wniosku doszło już wielu Lechitów — świeżuteńki (2004) sondaż OBOP-u wykazał, że według 60% rodaków nasi politycy są mniej uczciwi niż przedstawiciele innych profesji, a według 46% — są pod względem uczciwości gorsi od polityków innych krajów. Ciekawą ilustracją dla takiego mniemania było publiczne (sejmowe) wyznanie ministra zdrowia (lipiec 2004), że gdyby chciał przeglądać życiorysy wszystkich kandydatów na swoich współpracowników, nie znalazłby żadnego godne­go. Stańczykopodobny prześmiewca, M. Rybiński, wykpił rzecz kąśliwie: „To piękne stwierdzenie. Nie ma w Polsce wystarczającej liczby ludzi uczciwych, aby obsadzić nimi rządowe funkcje, i w takiej sytuacji, przymuszony okolicznościami minister nie może grymasić. Musi dobierać z uczciwych inaczej".

Pojęcie „uczciwy inaczej" należy do klasycznego już repertuaru „politycznej poprawności", terroryzującej tradycjonalistów i całe społeczeństwo — owej „political correctness", wykoncypowanej przez zachodnie lewactwo czarownej krainy braku zakazów i libertyńskiej frazeologii, który to Eden, antydekalogowy (antychrześcijański) świat „dolce vita" (słodkiego życia), jest często reklamowany niezwykle atrakcyjnymi „klipami" i sprzedawany w bajeranckim opakowaniu. Symbolem może tu być głośny słodki film L. Hallströma „Czekolada" (2000), nakręcony według powieści pani J. Harris — film o „poszukiwaniu tolerancji i wolności osobistej, a także o walce z nietolerancją i bigoterią" (zacytowałem opinię recenzentów). Prawdziwa czekoladka — smakołyk. Film bowiem jest wyborny artystycznie, najwyższa półka, tego mu odmówić nie można. A treść ma prostą. Małe prowincjonalne miasteczko francuskie u schyłku lat 50-ych XX wieku. Wszyscy mieszkańcy to katolicy, i wszyscy ze skazą: od tępych brutali i kołtunów do moczymordów i dewiantów, plus kobiety ciemiężone przez mężów, jak to w katolickich małżeństwach. Rządzi burmistrz, despotyczny bigot, który terroryzuje nawet młodziutkiego księdza, bezwolnego pajaca. Ciężka (katolicka) atmosfera dwulicowości, moresu i strachu. Do miasta przybywa jednak wędrowniczka, zawzięta ateistka, która razem z drugim ateistą, przygodnie poznanym Cyganem, uzdrowi tę ciemną społeczność, wprowadzi ożywczy ferment, rozluźni wię­zy, zerwie okowy, słowem: uszczęśliwi tych biednych ludzi. Na samym końcu ksiądz, który też przejrzał, ogłasza: „ — Już wiemy, ze nie możemy mówić, iż jesteśmy dobrzy, jeśli czegoś sobie odmawiamy", po czym pada finalny komentarz „z offu": „ — Przeszli duchowe oświecenie i uwolnili się od starych porządków". Kropka. Słodka bombonierka z trucizną.

Niczego sobie nie odmawiać i zlikwidować stary (tradycyjny) etyczny porządek — taka jest właśnie dewiza terroryzującej świat Zachodu „politycznej poprawności"', którą od piętnastu lat zaszczepia (przeflancowuje) na rodzimym gruncie lewicowy „Salon" III Rzeczypospolitej. A każdy terror — jak wiadomo — musi mieć swą centralę polityczną, partię, która jest sztabem de­cyzyjnym. W Polsce ta partia nazywa się dzisiaj Unią Wolności. To dobra nazwa, jeśli tylko przyjmiemy, że chodzi o wolność według modelu „róbta co chceta" — wolność robienia wszystkiego „postępowego". I proszę mi nie mówić, że mylę Unię Wolności ze środowiskami feministek, pederastów, anarchistów, szalonych ekologów, pacyfistów i antyglobalistów, tudzież innych wojujących „mniejszości" spod znaku „Ery Wodnika" i ultrapostępu libertyńskiego, bo starczy zajrzeć do „Wysokich Obca­sów" (lato 2004), magazynu „Gazety Wyborczej" (medialnej tuby UD-UW od piętnastu lat), by zobaczyć gromką akcję „Ko­szulki na rzecz wolności", gdzie koszulki mają triumfalne nadru­ki: „Jestem gejem", „Jestem lesbijką", „Masturbuję się", „Usunęłam ciążę", „Noszę spiralę", „Nie słucham papieża", „Nie chodzę do kościoła" i inne, afirmujące radykalną „polityczną poprawność " gangów antytradycjonalistyczno-kontrkulturowych. Jednak pisząc ten rozdział, wskazujący partię Unia Wolności (eks-Unia Demokratyczna) jako czołowego winowajcę („sons gravissimus") wszystkiego zła, które wyrządzono Polsce w ostatnim piętnastoleciu — mam na myśli sferę polityczno-gospodarczą. Korzystającemu z tego partyjnego środowiska Salonowi Wpływu — „Salonowi", którego szkieletem politycznym jest UW, a tubą opiniotwórczą „Gazeta Wyborcza" — poświęcę kolejne części książki.

Co uprawnia do oskarżania UD-UW jako złoczyńcy głównego („maleficus maximus")? Niejeden prawicowiec wskaże raczej postkomunistów, których nieudolno-złodziejskie rządy (ekipy J. Oleksego, W. Cimoszewicza i zwłaszcza L. Millera) odebrały III Rzeczypospolitej szansę na zdrowie; a także przypomni, że przez minione piętnaście lat podskórną siłą manipulującą każdą władzą były stare, niezreformowane, postpeerelowskie służby specjalne (zwłaszcza zupełnie nietknięte WSW-WSI — Wojskowe Służby Informacyjne), trzymające w rękach mnóstwo „haków" do szantażowania polityków każdej frakcji. Ktoś tak argu­mentujący zapomina o sprawie generalnej vel źródłowej. Nie chodzi już nawet o to, iż UD vel UW również miała trzy ekipy rządowe (T. Mazowieckiego, H. Suchockiej i J. Buzka); formalnie dwie i pół, bo w rządzie premiera Buzka (prawie tak samo aferalnym jak rządy L. Millera) byli koalicjantami, jednak koalicjantami rozgrywającymi na zasadniczych polach (a i w rządzie premiera K. Bieleckiego mieli wpływy bardzo duże). I nie o to, że L. Balcerowicz (eks-szef UW) przez całe piętnastolecie jest głównym rozgrywającym, wręcz guru polskiej ekonomiki, którą zdominował monetaryzm sprzyjający międzynarodowym spekulantom, wyniszczającym naszą gospodarkę. I nie o to, że UW lokalnie rządziła jeszcze u schyłku piętnastolatki, zwłaszcza w stolicy (niesławne rządy P. Piskorskiego, którym wytyka się mega-korupcję a la „budujemy mosty dla pana starosty"). Chodzi o coś innego, ważniejszego — o to, że ta partia zaczynała trans­formację PRL-u w suwerenne państwo demokratyczne i dysponowała wówczas wszystkimi atutami, wybierała jak chciała środki, metody i strategiczne kierunki, mogła wszystko. Wszystkie karty były trzymane przez nich, to oni je rozdawali. Rozdali tak, a nie inaczej. Rozdali tym, a nie innym (nomenklaturze postkomuni­stycznej, esbekom, hochsztaplerom). Efektem jest dzisiejsza wszechstronna (ekonomiczna, socjalna i moralna) zapaść kra­ju. Dlatego ta formacja jest, bez żadnych wątpliwości, głównym partyjnym złoczyńcą. Grzech pierworodny, który wytworzył permanentny stan kryzysu — był ich dziełem. Chodzi tu i o „schizofreniczną tożsamość, którą proponowali twórcy III RP" (D. Karłowicz), i o gangrenę ekonomiczną, jak również kulturową.

Ktoś może jeszcze rzec, iż kopię trupa, bo przecież wyborcy zepchnęli już UW na margines sceny politycznej. Nie tak zupełnie (o czym świadczą choćby wybory do parlamentu europejskiego), lecz ważniejszy jest fakt, iż Salon Wpływu, który utworzył tę partię, wciąż stanowi główną, wręcz mocarstwową siłę opiniotwórczą III Rzeczypospolitej, i nic nie wskazuje, by miało się to zmienić. Nie tkwiąc już pod tym szyldem w Sejmie i w rządo­wych ławach, ci ludzie dalej sterują umysłami rodzimych inteli­gentów, jakby los przyznał im dyrygencki monopol. Nadto dalej trzymają ster gospodarki (L. Balcerowicz i spółka), a w czołowej partii politycznej dnia dzisiejszego (PO) znajduje się wielu by­łych członków UW, również prominentnych (są tacy i wśród postkomunistów, w SLD i SdPl, vide A. Celiński). To ciągle nie jest przeszłość — to jest teraźniejszość. Teraźniejszość, której kulturowe zręby budował mason A. Słonimski, a polityczne zręby stawiał trockista J. Kuroń roku... 1965, czterdzieści lat temu!

 

2. Od trockizmu do KOR-u

Jak to się zaczęło na płaszczyźnie politycznej? Od trockizmu, w marcu, i to podwójnie w marcu. „Marzec 68" jest wciąż pamiętany (bo przypominany), lecz niewielu już pamięta Marzec 65. W tym pierwszym marcu dwaj czerwoni młodzi-gniewni, K. Modzelewski i J. Kuroń, upublicznili wysmażony rok wcześniej „List otwarty do partii", żądający trockizacji PRL-u.

Trockizm to lewacka ideologia-doktryna Żyda L. D. Trockiego (Bronsteina). Trockiści byli tak skrajnie lewicowi, iż zwano ich „lewicą komunizmu". Głosili, za swym prorokiem, „teorię permanentnej rewolucji światowej", wdrażanej przez uzbrojony proletariat. 

Socjalanarchistyczna doktryna trockistowska zyskała szerszy rozgłos dzięki V Światowemu Kongresowi IV Międzyna­rodówki (1957). Opracowany tam „Program rewolucji politycznej IV Międzynarodówki" głosił: „Międzynarodówka stanie się narzędziem koordynacji i impulsu wszelkich działań awangardy rewolucyjnej w państwach robotniczych w ramach procesu ciągłej rewolucji, aż do zakończenia budowy światowego komunizmu". Chodziło o „prawdziwy komunizm", czyli jeszcze bardziej lewicowy (zdeburżuazyjniony) niż ten funkcjonujący już w totalitarnych państwach. Różne goszystowskie ugrupowania młodzieżowe tamtych czasów przyjęły ową inicjatywę entuzjastycznie. Fala zachodniego buntu młodzieżowego lewaków w latach 1968-1969 była ulicznym (a później terrorystycznym) rezultatem wspomnianej inicjatywy. Wszystkie bandyckie organizacje podziemne Europy (włoskie Czerwone Brygady, niemiecka Frakcja Czerwonej Armii, francuska Akcja Bezpośrednia, grupy maoistów, siatka „Szakala" Carlosa, itp.) — wszystkie te zbrodnicze gangi, przez ćwierć wieku zabijające i okaleczające setki „burżuazyjnych świń" — wyrosły z IV Międzynarodówki trockistowskiej.

Już około roku 1956 polscy lewacy weszli w ideologiczną strefę trockizmu. J. Kossecki: „W 1957 roku Karol Modzelewski nawiązał kontakt z emisariuszem IV Międzynarodówki i przeprowadził z nim wstępne rozmowy na temat współpracy z tą międzynarodową organizacją pewnych grup w Polsce, działających w ramach organizacji partyjnych i młodzieżowych. Podczas swego pobytu we Włoszech w latach 1961-1962 Modzelewski spotkał się z sekretarzem IV Międzynarodówki, Livio Maitanim. Od tego czasu rozpoczęły się stałe kontakty przedstawicieli grupy, która zyskała później miano «komandosów», z trockistami. Przewodzili jej m.in. Karol Modzelewski, Jacek Kuroń oraz Adam Michnik. «Komandosi» wyjeżdżali za granicę i kontaktowali się z kierownictwem IV Międzynarodówki, a zwłaszcza z takimi jego przedstawicielami, jak: G. Dobbeler, L. Maitani, P. Frank i E. Mandel. Szkolili się tez na specjalnych kursach dla trockistowskiego aktywu. Przedstawiciel IV Międzynarodówki, Dobbeler, przyjeżdżał do Polski. Podczas prowadzonych tu rozmów z przedstawicielami «komandosów» podkreślał m.in., ze w każdym kraju należy wstępować do tej partii robotniczej, która jest najsilniejsza, i działać w jej obrębie w taki sposób, aby z jej lewego skrzydła utworzyć z czasem partię z silnym skrzydłem trockistowskim".

Gdy szesnastoletni A. Michnik w roku 1962 zakładał (dzięki inicjatywie J. J. Lipskiego i pod patronatem członka KC PZPR, A. Schaffa, czołowego ideologa komunizmu) młodzieżowy klub dyskusyjny mający związek z IV Międzynarodówką Komunistyczną — J. Kuroń i K. Modzelewski byli już dawno pełnoletni i należeli do partii. Kilka lat wcześniej tą partią targały rozgrywki międzyfrakcyjne, wzajemna wrogość „Chamów" i „Żydów" (terminologię taką historiografia stosuje wedle tytułu oraz treści głośnego studium W. Jedlickiego „Chamy i Żydy"). Trockista Kuroń związany był wtedy z „Żydami" czyli „puławianami", którzy „Chamów" ergo „ natolińczyków " uważali za biurokratyczną burżuazję partyjną skłonną do prawicowości. Wynikiem tej orientacji Kuronia (tudzież rozmów z Dobbelerem) stał się „List otwarty do partii", spłodzony przy udziale Modzelewskiego. Wynikiem „Listu" natomiast — partyjne represje, które uderzyły obu autorów. Już bowiem Lenin głosił, że nie ma wroga gorszego niż wróg wewnątrzpartyjny. „Wierny uczeń Lenina", Stalin, bez reszty akceptował tę mądrość i wyrzucił Trockiego z bolszewickiej partii (oraz z kraju) na zbity pysk (dosłownie zbity trochę później, za pomocą czekana dziurawiącego czaszkę, w Meksyku).

„List" Kuronia i Modzelewskiego bywa jeszcze dzisiaj przywoływany przez „Salon" jako szlachetny antyreżimowy bunt młodych lewicujących idealistów, które to tłumaczenie jest śmiechu warte par excellence. Został oceniony bardzo surowo nie tylko wówczas przez PZPR, lecz i przez wszystkich komentatorów prawicowych bądź kościelnych uprawiających autentyczny patrio­tyzm. „Kisiel" rzekł o nim: „ Ultralewicowe, maoistowskie hasła Kuronia i Modzelewskiego — to już kompletna bzdura". Biskup A. Śliwiński nazwał Kuronia „spadkobiercą totalitaryzmu", wskazując jako dowód właśnie ów „List". 

Prof. J. R. Nowak wyraził taki sąd: „Cały ten «List otwarty» ma tyle samo wspólnego z walką o demokrację i wolność, co inne podobne sekciarskie programy trockistowskie. Jednoznacznie przeciwstawia się systemowi parlamentarnemu. Autorzy głoszą hasło swo­istej wielopartyjności robotniczej, w której rolę gwaranta decy­dującego głosu klasy robotniczej w państwie, «zabezpieczające­go ją przed prawicą», miała spełniać «milicja robotnicza» jako organizacja skupiająca środki przemocy (!!!). I jak tu po takim «Liście» nazywać Kuronia i Modzelewskiego szermierzami wolności i demokracji?". Według mecenasa J. Olszewskiego (obrońcy Kuronia przed peerelowskim sądem) ów „List", pełen reklamy robotniczych „sił militarno-represyjnych" i apologii gigantycznych PGR-ów, „zawierał takie rzeczy, że gdyby je opowiedziano normalnemu robotnikowi czy rolnikowi, to ogarnąłby ich pusty śmiech (...) Takich postulatów przebudowy ustroju komunistycznego na «autentycznie komunistyczny» było w tym tekście sporo (...) To wszystko, co Gomułka uznawał za konieczną polską specyfikę, było tam traktowane jako zasadnicze ustępstwo, jeśli nie zdrada prawdziwego komunizmu". Nawet lewicowiec J. Giedroyc, który opublikował „List” (Paryż 1965), uznał tekst Kuronia i Modzelewskiego za „szalenie sekciarski".

Co by się stało (pofantazjujmy), gdyby partia przyjęła „List" jako obowiązującą instrukcję — teoretyczną platformę praktycznego działania? Musiałaby przejść na trockizm i oddać realną władzę uzbrojonym rzeszom robotników, a wówczas PRL stałaby się jedyną we świecie autentyczną (nie zaś nowomowną) „dykta­turą proletariatu". I wówczas mogłaby się urzeczywistnić anegdota o matce wielkiego rosyjskiego pianisty, W. Horowitza, którą to damę bolszewicka rewolucja tak zdegustowała, że pani Horowitz przestała w ogóle wychodzić z domu. Po wielu tygodniach tego dobrowolnego aresztu synowi udało się namówić matkę, by wybrała się w otoczeniu rodziny do kina. Mme Horowitz ubrała gorset i elegancką suknię, skropiła się perfumami „Lorigan" fir­my Coty, i pierwszy raz od dawna wyszła na ulicę. Tam cała rodzina wsiadła do tramwaju. Tramwaj był pełen robotników. Pani Horowitz podniosła lornion, by zlustrować szkiełkiem proletariat, a kiedy się już napatrzyła, prychnęła głośno: „ — I to nami rzą­dzi?...". Pewnie z tego samego powodu lewicujący książę Giedroyc uznał kuroniowy „List" za „szalenie sekciarski".

Ja przypominam tak rozwlekle ów trockistowski „List" z dwóch powodów. Raz, że jest on ewi­dentnym dowodem „odlotu ro­zumu" u J. Kuronia, późniejsze­go ministra i czołowego machera „Salonu" III Rzeczypospolitej. A dwa (co ważniejsze), że był on pierwszą publiczną, mającą duży rozgłos akcją polityczną lewackie­go środowiska „komandosów", które dekadę później stworzyło KOR, czyli zalążek UD-UW.

Salonową perłą mitologii „komandosów" jest pamiętny „Marzec 68": bunt warszawskich studentów, antyreżimowy wiec na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego i pałowanie buntowników przez „aktyw robotniczy", którym sterowała bezpieka. Młodzieżowym protestem kierowali A. Michnik i J. Kuroń, a większość studentów nie miała pojęcia, że chodzi o trockizm — myślano, że chodzi o antysowieckość. „Kisiel" tak pisze w 1970: „Spotkałem panią docent Z., Żydówkę, która w 1968 dostała mocno po dupie, a która powiedziała mi, że jest nadal marksistką, bo marksizm to jedyna «naukowa analiza społeczna». O idiotka — niczego się nie nauczyła! Gdy jej mówię, ze praktyka nasza dowodnie wskazuje plajtę marksizmu, ona powiada, ze to nic: idea dobra, tylko wykonanie złe. Ileż ja razy słyszałem tę groźną bzdurę, śpiewkę wszystkich rewizjonistów, wszystkich «zniewolonych umysłów», którzy nie mogą żyć bez sztucznej podpórki umysłowej, jaką jest dla nich marksizm (...) I pomyśleć, ze to opium duchowe nadal działa na różne idiotki. Dlatego to w Marcu 68 młodzież studencka wykazała tak żenujący brak konkretnych haseł: prowadzili ich ludzie nadal zaczadzeni marksizmem, stąd powta­rzanie tych samych «socjalistycznych» bełkotów. Naprawdę, na owych wciąż marksizujących Semitów jedna jest tylko rada czy odtrutka: zdrowo nacjonalistyczna i prężna postawa państwa Izrael. Ten Dawidek nie daje się dwóm Goliatom w imię nor­malnej narodowej racji. Brawo — uczcie się u swych braci, wy niedobitki marksistowskich rabinów we wschodniej Europie!".

„Niedobitki marksistowskich rabinów" dość szybko zrozumiały — nolens volens — że trockizm to nie jest w Polsce chodliwy towar. Marksizm owszem, socjalizm też, tym można grać, ale nie ultralewackość. Michnik, cwańszy niż inni, zaczął się go wypierać pierwszy. „Kisiel": „«Wolna Europa» nadała sądowe przemówienie młodego Michnika, bardzo się tym nasładzając. Bohater nasz cacka się ogromnie ze swoim ciągle podkreślanym marksizmem i «socjalizmem», dużo tez mówi o Kuroniu i Modzelewskim, drobiazgowo analizując swoje z nimi różnice. Przypomina mi to rabiniczne dyskusje między Plechanowem a Leninem — znów jakieś marksistyczne szakale przygotowują się, aby nami rządzić".

Do rządzenia było jeszcze kilkanaście lat. Po „Marcu 68" antysemickie represje partii przerzedziły trochę szeregi „komandosów" (wyemigrowali m.in. H. Paszt, S. Bekier, J. Goldberg, by na Zachodzie prowadzić regularną działalność w szeregach IV Międzynarodówki Komunistycznej). 

J. Kossecki: „Natomiast działalność tych «komandosów », którzy pozostali w Polsce (jak Jacek Kuroń, Karol Modzelewski, Adam Michnik, Jan Lityński, Seweryn Blumsztajn), wyraźnie osłabła. Zaniechali popularyzacji poglądów trockistowskich, uznając, że nie są one przyjmowane w Polsce, zaczęli natomiast szukać kontaktów ze środowiskami katolickimi. Głównym terenem, na którym nawiązywano te kontakty, stały się Kluby Inteligencji Katolickiej, z którymi zresztą niektórzy «komandosi» nawiązali współpracę już przed 1968 r.".

Kluby Inteligencji Katolickiej (KIK) były —jak już wzmiankowałem — okołokościelną (bo nie kościelną, tylko samozwańczo okołokościelną) filią lewicowego peerelowskiego „Salonu". Na pomysł budowania tego sojuszu wpadł — rzecz prosta, któż inny mógł być taki łebski? — A. Michnik we własnej osobie. Wspomni później: „ Próbowałem zbudować most między laicką, antyklerykalną inteligencją, a katolikami" (czytaj: między „lewicą laicką" a lewicą kikowską). On też wykoncypował ów ter­min, „lewica laicka", którym zastąpiono termin „komandosi", by nie przywoływać widma trockizmu. Ale fakty były takie, że gdy w roku 1976 „klasa robotnicza" Radomia i Ursusa wściekła się, bo rząd znowu podniósł cenę kiełbasy, a obniżył cenę loko­motyw (co dawało „przeciętną" podwyżkę równą zeru) — to właśnie środowisko eks-„ komandosów" bezbłędnie wykorzystało sytuację i stworzyło KOR (Komitet Obrony Robotników), dobierając sobie jako listek figowy paru frajerów z KIK-ów i z opo­zycji rzeczywiście patriotycznej.

Jednym spośród tych kikowców był W. Ziembiński, swego czasu członek OKPIK-u (Ogólnopolskiego Klubu Postępowej Inteligencji Katolickiej, zamienionego później na sieć KIK-ów). I tak jak inni patrioci (nawrócony na antylewicowość były wielbiciel „Che" Guevary, A. Macierewicz, P. Naimski, etc.) szybko zrozumiał, że znalazł się w niedobrym towarzystwie, bo wódz naczelny KOR-u, J. Kuroń, propaguje „finlandyzację" Polski (pseudosuwerenność będącą uzależnieniem od ZSRR) i wcale nie chce obalać komunizmu, tylko go reformować (w „Biuletynie Informacyjnym KSS KOR" Kuroń pisał A. D. 1979, że KOR musi „dążyć do naprawy systemu, a nie do jego zmiany"). Ziembiński wspominał później: „ — KOR podczas pierwszych miesięcy (...) stwarzał coraz częstsze wrażenie, iż bliższe mu są związki z reformatorami niereformowalnego skądinąd systemu, bliżej mu do lewicy, do flirtów z eurokomunizmem". Flirt z eurokomunizmem zapewnił bywalec salonów lewackiej Europy, A. Michnik. 

Znowu fragment wspominków W. Ziembińskiego:

„ — Michnik, który latem 1976 roku wyjechał na zaproszenie sympatyzującego z komunistami Sartre'a do Paryża, nie był obecny przy powoływaniu KOR. Gdy dowiedział się o jego powstaniu, odwiedził trzech czołowych komunistów zachodnich (w tym Berlinguera), by nawiązać współpracę. Budowa ideologii eurokomunizmu to nie była moja parafia".

Wszyscy należący do wczesnego KOR-u patrioci, dla których komunizm to była obca parafia, prędzej czy później wyszli z KOR-u, zakładając inne organizacje lub szukając miejsca w takich, które lansowały demokrację bez szyldu „socjalistycznego". KOR przestał się tym ludziom podobać wskutek trzech przyczyn: lewackiej hipokryzji (polegającej na maskowaniu lewackich planów współczuciem dla gnębionych robotników), lewackiej ideologii i lewackiego terroru. Dobrym przykładem takiego terroru jest casus L. Skonki, organizatora protestu robotniczego we Wrocławiu. Dr Skonka zaczął mieć kłopoty, gdy do związku zawodowego wszedł KOR (1980). Tak to opisał wtedy: „Konflikt między mną a pewną grupą ludzi pojawił się wówczas, gdy do MKZ weszło kilku działaczy politycznych KOR (...) Ludzie tej grupy opanowali stanowiska w samym zarządzie oraz innych działach, w tym wydawnictwa (...) Ich zdaniem niezależność związków, zwłaszcza w naszych warunkach, jest niebezpieczną utopią, i każdego, kto głosi taki pogląd, należy zwalczać (...) Ponieważ nie chciałem zrezygnować z głoszenia poglądu o niezależności i czyniłem to także na wykładach — zostałem naj­pierw usunięty ze ścisłego Prezydium, a następnie z Zarządu, i w końcu zawieszono moje wykłady". Facet miał pecha — nie był „swój"'.

Podczas I Zjazdu „Solidarności", gdzie KOR starał się grać czołową rolę, ci nienależący do „swoich" zadawali kłopotliwe dla KOR-u pytania i opublikowali tekst, którego fragment cytuję: „Czym jest KOR? Na ogół ugrupowanie to reklamuje się bądź jest reklamowane jako organizacja o celach samoobronnych i patriotycznych. Sprzyja temu legenda KOR-u o pomocy dla robotników oraz związanych z tym prześladowaniach tej or­ganizacji. W rzeczywistości osławione szykany nic mu nie szkodziły, a zwiększały tylko jego popularność. Nie ma wątpliwości, że reżim Gierka mógł zlikwidować KOR w ciągu kilkudziesięciu godzin, i jeżeli tego nie uczynił, to dlatego, że zgodził się na jego istnienie. Co więcej: istniała dyskretna kolaboracja korowsko-gierkowska. Np. warunkiem niejednej pożyczki zagranicznej było pozostawienie KOR-u w spokoju, i E. Gierek to przyjmował".

Wtedy coraz częściej padały ze strony adwersarzy KOR-u par­sknięcia: „opozycja licencjonowana!" vel „opozycja koncesjonowana!" (PZPR i KPZR nazywały KOR „opozycją konstruk­tywną'"). Później, gdy KOR przejmie władzę nosząc już inne szyldy (KO, ROAD, UD itd.) — padną zarzuty jeszcze grubsze­go kalibru. J. Oszmianowski spyta (1995): „Czy to normalne, że konspirator wychodzi z podziemia z majątkiem pozwalającym założyć dużą firmę?". Będą też padały pytania o inteligencję i o humanizm: tacy inteligentni ludzie, heroldowie humanizmu, a nie wiedzieli, że ustrój komunistyczny jest karykaturą cywiliza­cji? Będzie sarkanie kwestionujące ich „etos" bojowników-męczenników, którzy robią wszystko, by nie pamiętano ich wcześniejszej symbiozy z czerwonymi (poeta Z. Herbert, pisząc list otwarty do innego poety, korowca S. Barańczaka — list, w któ­rym piętnował bronionych przez Michnika „samych swoich" — warknie: „I to jest ich historyczna wina, której, co gorsza, nie potrafią odpokutować choćby skromnym przyznaniem się. Przeciwnie, zacierają ślady i chodzą pomiędzy nami jako niewinne ofiary!"). Wreszcie — „last but not least" — będzie zastana­wianie się: jaki jest u tych ludzi procentowy stosunek między pa­triotyzmem a kosmopolityzmem? Kosmopolityzmem, którego źródło stanowiły: trockistowski „ internacjonalizm" i masoński rodowód „Salonu" pana Słonimskiego.

3. Pieski przydrożne

J. Kossecki: „Kiedy po II Wojnie Światowej powstał cały system «państw socjalistycznych», podstawą akcji «zmiękcza­nia komunizmu» i «obrony praw człowieka» stała się ideologia liberalno-wolnomularska. Nurt ten był w PRL powiązany z róż­nymi centrami zachodnimi, jak paryska «Kultura», a jawną formę organizacyjną przybrał pod postacią KSS KOR w latach 1976-1981, przenikając nie tylko do kręgów kultury, nauki i dziennikarstwa, lecz także do niektórych środowisk katolic­kich. Mafijne metody działania («swoi» — «obcy») i techniki manipulacji obejmowały oskarżanie przeciwników tego nurtu o zaściankowość, obskurantyzm, nacjonalizm i ksenofobię, a jednocześnie — indoktrynowanie ludzi wciąganych w sferę wpływów KOR bardzo elastyczną argumentacją, wyrabiającą u indoktrynowanych poczucie ważności wobec otoczenia z racji «wyższej misji» (...) Wśród założycieli i przywódców KOR zna­leźć można wielu ludzi organizacyjnie lub przynajmniej ideolo­gicznie związanych z wolnomularstwem. Jednym z przywódców KOR był Adam Michnik, ideowy wychowanek Słonimskiego, czołowego polskiego wolnomularza".

„Antyklerykalizm" i kosmopolityzm — fundamenty „braterskiej" doktryny masońskiej (wszyscy ludzie równiejsi są braćmi) — stały się też tajoną bazą ideologiczną dysydenckiej „lewicy laickiej" w PRL-u. Tajoną, gdyż świadomość narodową Pola­ków ciągle jeszcze mocno zaśmiecał nieszczęsny patriotyzm, bę­dący dla różowych elit (podobnie jak dla wolnomularzy) nacjo­nalizmem faszystowskim par excellence. Korowscy „ludzie świa­tli" vel „ludzie rozumni", którzy później (1990) utworzą „partię ludzi rozumnych" (Unię Demokratyczną), wykorzystywali dla szerzenia kosmopolitycznych („europejskich") poglądów nie tyle swą trybunę polityczną (tu trzeba było udawać stonowany patriotyzm i mówić do szarego tłumu o „obronie robotników", „obronie praw człowieka" etc.), ile lansowane przez siebie ikony literackie, międzynarodowe nazwiska, zwłaszcza Gombrowicza i Miłosza, co mocno działało na świadomość inteligencji polskiej .

Zaczęło się to długo przed zbudowaniem KOR-u — wraz z „odwilżą" roku 1956. A. Waśko: „Podstawę podskórnego, antypolskiego nihilizmu w kulturze rozpowszechnili po roku 1956, powołując się na autorytet Gombrowicza, sfrustrowani eks-zetempowcy, szukający podświadomie literackiego alibi dla swoich stalinowskich zaangażowań. A takiego alibi dostarczało właśnie głoszenie poglądu, że tradycje narodowe, którymi żyła Polska międzywojenna i podziemna w latach 40-ych, były anty-intelektualne i nieeuropejskie, więc ich odrzucenie (nawet na rzecz sowieckiego marksizmu) było właściwie zrozumiałe i nie stanowiło żadnej zdrady. Tezę powyższą głosili mistrzowie inte­ligencji polskiej: Miłosz, Kołakowski, Mrożek, Błoński i inni".

„Gombrowiczowską" diagnozę Waśki potwierdził A. Horubała: „Jak można przemawiać, jak można dalej pisać książki, gdy się uczestniczyło w tak gigantycznym kłamstwie i firmowało zbrodnię? Można wybrać drogę zanegowania sensu historii, za­negowania odpowiedzialności. Śmiech ze wszystkiego, negacja wartości tradycji — to wszystko było doskonałym alibi (...) Stało się tak głównie dzięki «Trans-Atlantykowi» Gombrowi­cza. Ta opowieść dezertera, który własne tchórzostwo uzasadnia śmiesznością narodowej tradycji i wiernością samemu so­bie, była niezwykle atrakcyjną protezą".

Protezą dla bieżącego wybielania się i dla bardzo rozwojowego (myślimy o przyszłości, panowie!) antypatriotycznego kosmopolityzmu. Słusznie rzecze R. A. Ziemkiewicz, iż według michnikowszczyzny: „Dobry Polak to taki Polak, który całkowicie odrzuca swą narodowość na rzecz kosmopolityzmu. A jeśli nie może się wylegitymować jakimś przodkiem w KPP lub organizacjach zbliżonych, to jedyną drogą uzyskania przezeń glejtu człowieka rozumnego jest publiczna aprobata dla stwierdzenia, ze wszyscy Polacy, z wyjątkiem tych, którzy to publicznie przyznają, to ciemni antysemici". Ów filosemicki kosmopolityzm był oczywiście (był, jest i będzie) maskowany przez „Salon" wznio­słą frazeologią, a podpierany miazmatami wspomnianych, wynarodowionych ikon „Salonu", na czele właśnie z W. Gombrowi­czem. Głównie dlatego (a nie przez wartość swych dzieł literackich) Gombrowicz jest jak Lenin, „wiecznie żywy". Pewien bohater mojej powieści „Dobry" tłumaczy to rozmówcy tak:

„ — Pan nie czytał Gombrowicza, «wielkiego polskiego pisarza »? Bożyszcze polskich intelektualistów i literackich smakoszów Polskę ma za nic, za szambo, za śmieć, ojczyznę za anachronizm, patriotyczne myślenie za nacjonalizm, szowinizm i debilizm, przywiązanie do rodzimych symboli za obmierzłą staroświeckość, kult męczenni­ków za analfabetyzm, słowem polskość to strawa głupków. Robił wszystko, by jego czytel­nik poczuł wstyd i wstręt do samego siebie, iż urodził się jako Polak, żeby się jak najszybciej wyzbył polskiego łupieżu w kosmopolitycznej odwszalni".

Cz. Miłosz, autor „Pieska przydrożnego" (gazetowyborcza nagroda „Nike"), poszedł jeszcze dalej. I zaszedł dalej — do Nobla (J. Narbutt: „Miłosz brnął w pogoni za sukcesem, podlizując się międzynarodówce kosmopolitów i antypolonistów. Za­płacono mu za to Noblem"). Oba pieski przydrożne — i Gom­browicz, i Miłosz — nie kochały (delikatnie mówiąc) Polski, polskości i Polaków, lecz o ile Gombrowicz gardził tym wszyst­kim, to urodzony na Litwie Miłosz prócz pogardy czuł również zwierzęcą wprost nienawiść „kresową", tę charakterystyczną, nieuleczalną złość (lub raczej wściekłość), którą Litwini, Biało­rusini i Ukraińcy czują wobec „ Koroniarzy " i „Lachów". Za­wsze twierdził, że nie jest Polakiem i że nie czuje się Polakiem ani trochę — jest stuprocentowym Litwinem (dziwne tedy, że nie osiadł w ukochanym, wolnym już Wilnie, i że nie podpisywał się per Miłoszevicius lub Miłoszevickas, lecz tylko pozornie dziwne — na Litwie nie było michnikowskiego różowego „Salonu" ro­biącego mu klakę i „szmal"', zaś Kraków wybrał, jak tłumaczył, bo ten przypomina Wilno). Głosił to całemu światu — w radiu francuskim przedstawił się: „ — Jestem Litwinem, który pisze po polsku". Co jest znowu dziwne (że po polsku), bo na kartach swych „Prywatnych obowiązków" stwierdził: „Zamiast ogła­szać książki po polsku, z równym powodzeniem można by było umieszczać rękopisy w dziuplach drzew". Swoją niechęć do ję­zyka polskiego wyrażał bez ustanku, tak przy użyciu poezji (poetycko zwał ów język „mową nierozumnych i nienawidzących" tudzież „mową pomieszanych, chorych na własną nienawiść"), Jak i przy użyciu prozy, zarzucając językowi Polaków „ niechlujność fonetyczną" („Piesek przydrożny") oraz „ciamkanie, syczenie, bełkotanie, arytmię, bezkształtność i bijące wszelkie re­kordy ubóstwo literackich form" („Prywatne obowiązki"). J. Majda: „Okazuje się, że Miłosz nie jest jednym z nas, lecz człowiekiem zewnętrznym i zupełnie nam narodowo obcym, wręcz obcokrajowcem, gdyż pasją jego twórczości literackiej stało się obrzucanie Polaków i języka polskiego złośliwymi oszczerstwami".

Nie tylko Polaków i języka — również Polski jako państwa i polskości jako takiej. Polska to był dla niego „irytujący obszar między Niemcami a Rosją" („Prywatne obowiązki"), którego właściwie nie powinno być — „Dla Polski nie ma miejsca na Ziemi" („Rok myśliwego"). Mawiał: „Polska to Ciemnogród" („Prywatne obowiązki"), z lubością dokładając grubszą obelgę, zaczerpniętą u pewnego hitlerowca: „«Anus mundi» — odbyt­nica świata. To określenie Polski odnotował pewien Niemiec w 1942 roku" („Abecadło Miłosza"). Zapytywał też siebie (w wierszu „Natura"): „Na jak długo starczy mi nonsensu Polski?", i wreszcie znalazł rozwiązanie: „Gdyby mi dano spo­sób, wysadziłbym ten kraj w powietrze" („Rodzinna Euro­pa"), „Prymas Tysiąclecia", kardynał S. Wyszyński, przeczy­tawszy kilka antypolskich fraz Miłosza, wybuchnął (świadectwo M. Okońskiej): „ — Może czlowiek błądzić, ale nie ma prawa o tym pisać, upowszechniać tego, zatruwać tym duszy narodu! Tego czynić nie wolno! To jest wobec narodu zbrodnia!".

„Anus" Miłosza musiał być obszerny, jeżeli ów Litwin trzymał tam nie tylko cały „ten kraj", lecz i jego mieszkańców:

„Nieszczęsnych Polaków, umiejących myśleć tylko politycznie, mam w dupie" („Zaraz po wojnie"). Miał tam również orła polskiego, więc kiedy amerykański wydawca umieścił orła na projekcie okładki miłoszowego (wielce paszkwilanckiego) pod­ręcznika do historii literatury polskiej, Miłosz się wściekł; póź­niej wspominał („Prywatne obowiązki"): „Na okładce był orzeł bez korony. Mój list — ze są dwa orły, jeden z koroną, drugi bez, i że żadnego sobie nie życzę — wprawił wydawcę w najwyższe zdumienie (...) Przyznaję, że na «polskość» jestem alergiczny" (ta alergia nie przeszkodziła mu wziąć „chlebowca" — Orderu Orła Białego). Przyznał również, iż trwa to u niego od dziecka — od wczesnej młodości czuł „obsesyjną nienawiść" do Polaków („Zaczynając od moich ulic"). Nie przeszło mu to nigdy — nigdy nie polubił „świń": „Polak musi być świnią, ponieważ się Polakiem urodził" („Prywatne obo­wiązki").

Przyczyny świniowatości Polaków są według Miłosza aż trzy: głupawy nawyk patriotyzmu (zwał go „moczopędnym środkiem narodowym" — wiersz „Toast"), obsesyjny nawyk antysemityzmu i bezsensowny nawyk katolicyzmu. Patriotyzm jako taki budził w Miłoszu permanentny gniew, gdyż był przezeń kojarzony (wręcz utożsamiany) z „nacjonalizmem" typu faszystowskiego. A czasami również z pederastią: „Kurczowy patriotyzm bywa nieraz odpowiedzią na wewnętrzną zdradę. Czy Polacy nie są podobni do niektórych homoseksualistów?" („Rodzinna Europa"). Miłosz więc unikał tego pedalstwa bardzo starannie, m.in. komunizując, już od młodości („ — Nie macie pojęcia jaką fa­scynującą przygodą intelektualną byt komunizm", 1992), i w dobie stalinowskiej pracując etatowo dla czerwonego reżimu. Pracą dla instytucji antykomunistycznych brzydził się zawsze:

„Pośród emigrantów byłem bodaj jedynym, który odmówił pisa­nia dla Wolnej Europy, bo nie podobało mi się jej bicie w patriotyczny bęben i kropienie święconą wodą" („Abecadło Miłosza"). Nie podobał mu się również opór antyhitlerow­ski : „ Warszawa okupacyj­na była dla mnie miejscem i czasem spotkania z pol­skim nacjonalizmem w jego najwyższym natężeniu, kiedy to występował wyłącznie jako patriotyzm, którego nikt nie ma prawa krytykować " („Rok myśliwego"). „Moja niechęć do przywódców AK była silna (...), cały konspiracyjny aparat żył nierealnością, ponieważ w siebie pompował naro­dową ekstazę" („Rodzinna Europa"). Wpompowali, skurczybyki, również w Litwina uważającego patriotyzm za tyfus, zmuszając go do majstrowania an­tologii poezji patriotycznej pt. „Pieśń niepodległa" (1942), co uczynił klnąc, ze strachu, by nie podpaść akowskim skrytobój­com, czyli „jakoś ustawić się w tamtej Polsce" (sic!). Później nigdy nie dał wznowić tej antologii: „Cisną mnie, żebym pozwolił na jej druk w Polsce. Mówię: nie chcę, bo to było daw­no i nie mam z tym nic wspólnego (...), nie życzę sobie podpisywać się pod «Pieśnią niepodległą»" („Rok myśliwego").

Wszawemu patriotyzmowi Miłosz przeciwstawiał rozsądną („bierną") kolaborację. Nie tylko z sowietyzmem, również z na­zizmem, o czym świadczy jego wrogość wobec zbrojnego konte­stowania hitlerowskiej okupacji. J. Majda: „Miłosz był wtedy zwolennikiem narodowej bierności i lojalności wobec okupan­tów. Uważał, że partyzantka, konspiracje, powstania to non­sens; podawał tu za chwalebny przykład postawę Francuzów". Rzeczywiście podawał: „Jeżeli 99% Francuzów żyło jak zwykle po klęsce 1940 roku, to jest to normalne" („Rok myśliwego"). „Nienormalna" alias „nonsensowna" była dla Miłosza wszelka ojczyźniana walka, bitwy pod Grunwaldem nie wyłączając (na­zwał Grunwald „plugawym nonsensem"). Całość tej przyrodzo­nej głupoty Polaków określił jako „powiązany system narodowej paranoi" („Życie na wyspach"). S. Trepka: „Oto do czego może prowadzić fałszywy blask noblisty pierwotnie zafascynowanego komunizmem, kosmopolity obcego naszej suwerenności i wypranego z uczuć patriotycznych".

Sam Miłosz — podobnie jak Kuroń i cały KOR — unikał sło­wa „kosmopolityzm"; zwał tę predestynację elegancko: „pewną międzynarodowością umysłu": „Moją ambicją od dawna była pewna międzynarodowość umysłu" („Zaraz po wojnie"). 

W liście do M. Wańkowicza serio o sobie i kpiąco o Polakach tłumaczył: Jestem bardzo mało polski w sensie, jaki temu słowu zwykło się nadawać; standardy obowiązujące wśród szlachetnych Polaków są mi najzupełniej obce. Mój umysł jest żydowski". Dlatego wiązał się zawsze z Żydami przeciw Polakom, czując silną duchową więź: „Gdzieś na dnie tliła się myśl, że ich i moja lewicowość jest przebraniem dla naszej inności" („Rodzinna Europa"). Wolał eksponować lewicowość, zamilczając porównywalną litewską i żydowską nienawiść wobec Polaków. To on — wbrew nieustannej pomocy, jaką gojowska Warsza­wa i Armia Krajowa udzielały gettu — rozpowszechnił (wiersz „Campo di Fiori") jedną z najparszywszych kalumni wymierzonych w Polaków: że gdy Niemcy mordowali Żydów z warszawskiego getta, Polacy beztrosko bawili się obok muru getta na karuzeli, przy wesołej muzyczce.

Czegóż jednak można oczekiwać od katolików? Ich religię Miłosz przezwał „narodową ułudą" („Traktat teologiczny") i „glebą dla snów paranoicznych" („Prywatne obowiązki"); ich Madonnę (Najświętszą Marię Pannę Częstochowską) — „po­gańską boginią" (dlaczego? — bo nie jest judaistyczna?); ich Śluby Jasnogórskie — „ przedsięwzięciem faszyzacji Polski" służącym „kropionemu święconą wodą gałgaństwu" („Tygodnik Powszechny" 1997); ich krucyfiksy — „próchnem":

„Krucyfiks chwytasz, bo tak ci bezpieczniej.

Drewno masz w ręku, a w tym drewnie próchno.

Pacierze mruczysz, ale strachem cuchną".

Jemu cuchnęła wiara katolicka, dlatego zaperzył się solennie:

„Z polskim katolicyzmem nie chcę mieć nic wspólnego" („Zie­mia Ulro"). „Przyrzekłem sobie, że nie zawrę nigdy przymierza z polskim katolicyzmem (...), czyli że nie poddam się małpom" („Rodzinna Europa"). Nawet tu okazał się przecherą — umie­rając „poddał się małpom": wysłał list do czołowej „małpy" vel „świni", do Jana Pawła II, prosząc o błogosławieństwo tego króla „małp". I otrzymał je, ale to nie dziwota, gdyż ów król traktował już jako „ludzi dialogu" różnych ludobójców (Arafata — wielokrotnie, Saddama, bojówkarza Al Sadra, etc.), tudzież kilku komunistycznych oprawców. Summa summarum liczy się to, że — jak krzyczały telewizje — „Czesław Miłosz umarł po­jednany z Bogiem". Co musi go w grobie uwierać, gdyż ów pie­sek przydrożny pisał w „Piesku przydrożnym": „Kiedy byłem, jak to się mówi, pogodzony z Bogiem i światem, czułem się fałszywie, jakbym udawał kogoś, kim nie jestem". No właśnie.

Dzięki glejtowi od króla „małp" i dzięki gwałtownym naciskom „Salonu" — truchło renegata zostało złożone (przy tyle razy wyszydzanym przezeń „kropieniu święconą wodą") na Skałce, w Krypcie Zasłużonych krakowskiego kościoła Paulinów. Rozsierdziło to wielu Polaków. Obiektem krytyki stali się m.in. kardynał F. Macharski i przeor skałkowskich Paulinów, A. Napiórkowski. Prezes Krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich, K. Strzelewicz, publicznie zapytał: „Czy o. Napiórkowski nie rozumie, że hańbi polski panteon szczątkami człowieka, który zwał członków Armii Krajowej bandytami, a Polaków świniami z urodzenia, i który oświadczał, że jest alergicznie uczulony na wszystko co polskie? (...) Oburzająca impreza pochówku Miłosza na Skałce dowodzi, ze Polacy są pod kolejną okupacją".

Skałka to istotnie święte miejsce — znajdują się tam sarkofagi kilku głośnych polskich ludzi pióra (Wyspiański, Pol, Kraszewski, Asnyk itd.; także Długosz, chwalca „plugawego nonsensu" Grunwaldu). Te sarkofagi popękają chyba od furii przewracających się szkieletów, bo Miłosz jako „literaturoznawca" nie zostawił suchej nitki na wszystkich swych poprzednikach, całą polską literaturę chłoszcząc jako bałach prowincjonalny. Słowacki i Norwid to nacjonalistyczni durnie, Sienkiewicz i Reymont to grafo­mani, etc. — aż głupio te antypolskie i antygojowskie brednie cytować. Przed Miłoszem Polska miała tylko jedno złote pióro — łatwo zgadnąć, to Gombrowicz! „Późno, chyba dopiero przy końcu lat pięćdziesiątych, zrozumiałem, że mimo wszelkich różnic łączy nas ta sama obsesja" („Zaczynając od moich ulic") — chodziło o obsesję antypolskości; polskość drażniła jednego i drugiego. Miłosza drażnił nawet Chopin: „Chopin drażni" pisał („Inne Abecadło"). Wyłącznie Gombrowicza głaskał:

„«Trans-Atlantyk» (...) zawiera podstawową rozprawę z Polską-zmorą i z polskim ceremoniałem nacjonalistycznego karlenia". „W miarę sił szerzyłem kult Gombrowicza" („Ziemia Ulro"). Ergo: masoński (vide Słonimski), korowski i salonowy kult kosmopolityzmu. Rzecz charakterystyczna: chociaż Miłosz cenił też S. Brzozowskiego, za to, że ów protestował „przeciwko swemu rodzinnemu środowisku, tj. przeciwko Polsce rozczulają­cego obyczaju, katolickiego kościółka, kultu narodowego mę­czeństwa", tudzież za to, że bohater powieści Brzozowskiego „ uzyskuje wewnętrzną wolność przez podeptanie narodowego zakazu", wreszcie za całą Brzozowskiego próbę „wyzwolenia się od Polski" („Człowiek wśród skorpionów") — nie starał się szerzyć kultu Brzozowskiego, gdyż ten nie szerzył kosmopolityzmu, tylko, niestety, pragnął ulepszać „zmorę" („Miałem pretensję do Brzozowskiego o to, że pragnął być wychowawcą narodu").

Decyzja władz Krakowa o złożeniu w Krypcie Zasłużonych truchła kosmopolity, który się zasłużył chłoszcząc przez całe życie oszczerczo „zmorę" (Polskę) tudzież polskie „małpy" i „świnie" — wzburzyła patriotów („skorpionów"). Lecz to wzburzenie jest mało zrozumiałe dla większości społeczeństwa, bo z telewizora tudzież z salonowych gazet wie ono, że Miłosz był noblistą, „wielkim polskim poetą", a niewielu zna jego książki. Tym bardziej niewielu zna monografie naukowe, gdzie jest mowa o antypolskości Miłosza. Pisali lub napomykali o niej prof. B. Chrząstowska, prof. A. Fiut, prof. M. Stępień, dr hab. J. Majda, J. Trznadel, T. Walas, A. Romanowski, E. Morawiec, S. Trepka i inni. Ale gdy docent Majda mówił o tym publicznie, zauważył, iż nawet belfrowie polonistyki grzeszą tu ignorancją („Nawet nauczyciele poloniści znali najczęściej tylko kilka lekturowych wierszy i byli zaskoczeni, gdy mówiłem o awersji Miłosza do polskości").

Dzięki „Salonowi" wywodzącemu się z KOR-u — III Rzecz­pospolita pełna jest purenonsensów, krzyczących absurdów, rzeczy stojących na głowie, obrażających elementarną sprawiedli­wość, przyzwoitość i herbertowską „kwestię smaku". Nie trzeba daleko sięgać — weźmy tylko dwa tegoroczne pogrzeby (a możnaby dodać i trzeci: pogrzeb „barda" J. Kaczmarskiego, gorącego piewcy antypolskości i kosmopolityzmu, człowieka, który porzucił wojujący judaizm dla „zbawieniowego" chrześcijaństwa, czyli przechrzcił się, w dniach zgonu!). Latem 2004 sprowadzono do kraju prochy płk. R. Kuklińskiego, a na cmentarzu miał spicz były pełnomocnik antykomunistycznego bohatera, J. Szaniawski, ewidentny długoletni kapuś SB (vide mój artykuł pt. Pełnomocnik", tom „Łysiak na łamach 6"). Również latem 2004 nienawidzący Polski i Kościoła Litwin ląduje z honorami w kościelnej Krypcie Zasłużonych. Łatwiej byłoby znieść pogrzebanie go w Alei Zasłużonych cmentarza Rakowickiego, bo każdą taką aleję (Warszawa ma swoją, powązkowską, gdzie leżą

Bierut i in.) będzie można kiedyś, gdy jakimś cudem „Salon" utraci władzę, przemianować na Aleję Zasłużonych dla Komunizmu, i po krzyku. Lecz Skałka to groza, chyba że chodzi o paralelę z proniemieckim biskupem, który wyklął i unicestwił króla patriotę (vide rozdział „Blizna" moich „Wysp bezludnych"). Wojtyła nie zdąży już chyba wyświęcić Miłosza na kolejnego patrona kraju, tak jak Miłosz nie zdążył „wysadzić tego kraju w powietrze", chociaż bardzo chciał, bo to „irytujący obszar miedzy Niemcami a Rosją", ergo „zmora".

Zatem irytację patriotów można zrozumieć. Dla nich danie Mi­łoszowi rangi narodowego idola jest faktem z gatunku „horribilis". Jeśli człowiek, który konsekwentnie wyrażał się o Polsce, Polakach i wszelkiej polskości w sposób bardziej brutalny (bardziej nienawistnie) niż Hitler i Stalin razem wzięci — jeśli taki człowiek zostaje z fanfarami pochowany wewnątrz Krypty Zasłu­żonych, pośród pisarzy i poetów, którymi gardził jak wszami — to to jest „Finis Poloniae!" dla ludzi kochających Ojczyznę. Cóż mógłby im poradzić terapeuta? Może śmiech? — wiadomo, że terapia śmiechem czasami przynosi dobre rezultaty. Lecz jak ich rozśmieszyć? Czy wystarczy dać im do przeczytania najświeższą (pośmiertną) włoską opinię o Miłoszu? Profesor języka i literatury rosyjskiej na Uniwersytecie Weneckim, lewak V. Strada, tak się wypowiedział dla lewicowego „Corriere della Sera": „Gorące pragnienie stworzenia poezji, w której rozpoznałby się cały naród, wyniosło twórczość Miłosza do roli symbolu samej Polski". No pewnie! Rozpoznaliśmy się bez trudu. Cały naród, pardon — cała chlewna trzoda. My, obywatele irytu­jącego chlewa między Niemcami a Rosją, też tak uważamy, signore Strada! Tylko z „zoologicznymi" patriotami mamy jeszcze kłopot. Im chyba trzeba mocniejszej niż śmiech terapii — elektrowstrząsów. Albo „pulia w gołowinu!". Za bardzo się przejmują. Bez rozwałki — tacy już będą.

Natomiast polska klasa wyższa — elita inteligencka, elitka półinteligencka i subelitka ćwierćinteligencka — będzie jak za­wsze wodoszczelna, faktoodporna skafandrowo. Fakty do niej nie dotrą i spłyną bez żadnego śladu. Jeśli bowiem fakty przeczą dogmatom „Salonu" — to tym gorzej dla faktów! Jeśli prawda przeczy tezom „Salonu" — to na pohybel prawdzie! „Salon" solidnie trzyma polską warstwę inteligencką za jaja, czyli w okolicach, gdzie ona ma sumienie i rozum. Tresuje ją kosmopolitycznie, antypatriotycznie, antypolsko, „postępowo", używając niby spotów reklamowych dwóch zboczeń wielkich ikon: homoseksualnego „internacjonalizmu" W. Gombrowicza i filosemickiej „międzynarodowości" Cz. Miłosza. Komunizm, trockizm i wolnomularstwo były w PRL-u katapultą tej gry, a w III Rze­czypospolitej „globalizm", „antyklerykalizm", „polityczna poprawność" i „tolerancja" stanowią jej hasła zamydlające (maskujące) istotę. Lecz wpierw korowcy musieli zdobyć władzę polityczną i stworzyć III RP, o czym mówi następny rozdział.

 

4. Tajny cyrograf „świnksa"

Około połowy lat 80-tych wieku XX wymyślono wspólne sprawowanie władzy przez byłych korowców (plus sympatyków KOR-u) i pezetpeerowców. Wykoncypowano, że taki duet — de­legaci różowej opozycji i delegaci czerwonego reżimu — najle­piej poprowadzi nową, już nie peerelowską, lecz demokratyczną Polskę. Kto to wykoncypował? Dwa najtęższe mózgi — najtęż­szy mózg strony reżimowej, osławiony, błyskotliwy rzecznik pra­sowy rządu, J. Urban, i najtęższy mózg strony opozycyjnej, supergwiazdor „lewicy laickiej" tudzież KOR-u, wodzirej „Salo­nu" dysydenckiego, A. Michnik.

O Michniku tak pisała znana włoska dziennikarka, B. Spinelli:

„Michnik jest jaskrawym przykładem głębokiej dezorientacji duchowej, która opanowała polską elitę intelektualną. Elitę, która nie chce mieć nic wspólnego z Polską przedwojenną, któ­ra nie wie co to znaczy służyć naprawdę krajowi, która żywi pogardę do przedwojennych metod budowania demokracji. Eli­tę, która jest dzieckiem komunizmu i która siłą rzeczy należy po części do albumu rodzinnego Bieruta, Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego". W kwestii władzy najciekawsze zdanie antysalonowego wywodu pani Spinelli brzmiało: „Michnik zdaje się przygoto­wywać do dziwnych i przewrotnych sojuszów".

Wiosną roku 1985 A. Michnik, pisząc książkę „Rzecz o kompromisie", wysuwa tezę o potrzebie dogadania się z komunistami. Nieomal równocześnie J. Urban przedstawia swoim zwierzchnikom, generałom Jaruzelskiemu i Kiszczakowi, elaborat proponujący to samo (dogadanie się z reprezentującymi „Solidarność" byłymi członkami KOR-u), mądrze argumentując wedle nauk Makiawela: „Doświadczenie wskazuje, że wczorajszy przeciwnik, wciągnięty w obręb władzy, raczej staje się szczególnie gorliwym sojusznikiem niż utajonym wrogiem". J. Kuroń napisze później (wspominając) o komitywie łączącej A. Michnika i J. Urbana: „Bywali często w cocktail-barze w Bristolu i pijali «harcerzyki», to jest wódkę wyborową z grapefruitem".

U schyłku lat 70-ych główną (bo masową) siłą strony opozycyjnej nie był KOR — była nią „Solidarność". Triumfująca w 1980, spacyfikowana w 1981-1982, funkcjonująca podziemnie przez całe lata 80-e. KOR rozumiał, że musi tę siłę wykorzy­stać, wchodząc do niej. J. Narbutt: „Korowcy weszli bocznym wejściem, w ostatniej chwili". Weszli, by grać rolę mózgu (elity intelektualnej związku), czyli pełnić funkcję rozgrywającego, ra­zem z charyzmatycznym półanalfabetą Wałęsą jako legendarnym szyldem i symbolem całego buntowniczego ruchu. W latach 90-ych ukazało się sporo prac dających mnóstwo dowodów na to, że ruch był niezwykle mocno kontrolowany przez bezpiekę (według jednych tylko inwigilowany, według drugich sterowany kierowniczo) — prac takich, jak „Służby specjalne atakują", „Imperium służb specjalnych", „W uścisku tajnych służb", „Pajęczyna", „Szpiedzy", „Być szpiegiem", „Konfidenci są wśród nas...", itp. Prace te pisali historycy i publicyści obu stron, a ranga faktograficzna tych dzieł budzi spory, naturalne, zważywszy, iż zawartość deprecjonuje (odmitologizowuje) walkę narodowowyzwoleńczą wielkiego ruchu.

Ciekawsze informacje przyszły z zagranicy. Otóż głośnemu ro­syjskiemu dysydentowi, pisarzowi W. Bukowskiemu, udało się spenetrować sowieckie tajne archiwa, gdzie przeczytał o „Solidarności" rzeczy bulwersujące. Australijski polonijny „Tygodnik Polski" pisze o tym tak (artykuł W. Michałowskiego): „Skok przez stoczniowy płot małego człowieczka, któremu po latach najbliżsi współpracownicy nie chcą podawać ręki, był elementem określonego scenariusza. Wieloletniemu więźniowi łagrów i psychuszek, mieszkającemu w Anglii Wołodii Bukowskiemu, można wierzyć. Za prezydentury Jelcyna w Rosji umożliwiono mu dostęp do kremlowskich archiwów. Jego zdaniem w powstaniu «Solidarności» i w inicjatywach «okrągłostołowych» znaczącą, jeśli nie decydującą rolę odegrały określone służby. Czy ich przedstawiciele spotykali się pod Waszyngtonem, czy pod Moskwą, nie ma zbyt wielkiego znaczenia".

Według „Salonu" to jest właśnie „spiskowa teoria dziejów". Bolesnym dla „Salonu" ciosem stało się więc ogłoszenie przez IPN w kwietniu 2004 roku tajnych meldunków (szyfrogramów), wysyłanych z Moskwy od roku 1983 do 1989. Spotykali się nie pod Waszyngtonem, lecz pod Moskwą!

Całe piętnaście lat antysalonowi Polacy myśleli, że „okrągłostołowy" spisek nazywa się Magdalenka. Ot, czerwone krasnoludki usiadły sobie w leśnym domku z różowymi krasnoludkami, i gęsto zakąszając (są zdjęcia) wynegocjowały szacher-macher, czyli podział ról tudzież łupów w „transformowanym" kraju. Tymczasem było to tylko niuansowanie układu negocjowanego trochę wcześniej i gdzie indziej. Niuansowanie zresztą nie całkiem definitywne, bo po „okrągłym stole" dalej układ precyzo­wano, też tajnie i też bezpośrednio z Moskwą. W kwietniowym „Biuletynie IPN" pracownik IPN-u, historyk A. Dudek, opubli­kował szyfrogramy nadsyłane między 1983 a 1989 do J. Seredy, dyrektora kontrwywiadu MSW, przez Żarskiego (kryptonim), szefa Grupy Operacyjnej Wisła, moskiewskiej placówki kontrwywiadu PRL. Wskazują one, że tak przed „okrągłym stołem", jak i po nim, faraon opozycyjnego „Salonu", A. Michnik, prowadził strategiczne rozmowy z wysokimi figurami „aparatu" Kremla. Ł. Perzyna: „ Weterani opozycji antykomunistycznej, którzy na polityce zjedli zęby, przyznają, że szyfrogramy to po­rażająca lektura. Niektórzy porównują je do zapisu rozmowy Michnika z Lwem Rywinem (...) Z szyfrogramów płynie wniosek, że władze radzieckiej partii komunistycznej już wiosną 1988 roku były gotowe do dialogu z «konstruktywną opozycją» w Polsce".

Wniosek słuszny i niesłuszny, bo Moskwa już wcześniej była gotowa do tego. A. Dudek, udzielając wywiadu na temat szyfrogramów, które za zgodą IPN-u opublikował, cofa się do 1986 roku: „ — Ludziom Jaruzelskiego grunt palił się pod stopami. Dlatego ekipa Gorbaczowa gdzieś od 1986 roku zdecydowana była na zmianę w Polsce (...) Moskwa od dawna nosiła się z zamiarem podjęcia dialogu z «konstruktywną opozycją». Wytypowała ludzi, którzy mieli się w niej znaleźć (...) Jasne, że negocjacje były de­cyzją władz sowieckich, które sa­me wybierały z kim rozmawiają. Wybrano środowisko lewicy post-korowskiej (...) Rozmowy toczono w pewnym sensie obok Jaruzelskiego, ale nie wbrew niemu (...) Rozmowy toczone przez Michnika w Moskwie były wstępem...". Dudek nazwał te rozmowy „niejawnym kontraktem politycznym".

Ów tajny kontrakt polityczny wzbudził — tuż po publikacji IPN-u — szok wśród komentatorów. Poseł M. Kamiński (PiS):

„ — W oparciu o te materiały można zadać pytanie o kulisy powstania III RP. Tam, w Biurze Politycznym KPZR, zapadały decyzje dotyczące zmian w Polsce (...) Decyzje polityczne, jak ma wyglądać Polska po «okrągłym stole », podjęto nie w Mag­dalence, lecz w Moskwie. Wykoślawiło to charakter III RP. Do gospodarki wpuszczono na uprzywilejowanych zasadach no­menklaturę, a w służ­bach specjalnych mo­nopol utrzymali komuniści. Opozycja dostała gwarancje udziału we władzy i częściowych reform. Za to nasi «umiar­kowani» długo nie wspominali o NATO, zaś wojska radzieckie wycofano dopiero w 1993 roku!".

Krótko mówiąc: chodziło o ratowanie polskich komunistów. Nie udało się to nigdzie indziej. W NRD „rewolucja muru", w Czechosłowacji „aksamitna rewolucja", w Bułgarii wygrużenie Żiwkowa, w Rumunii rozstrzelanie Ceausescu, na Łotwie, Litwie („rewolucja wieży telewizyjnej") i na Węgrzech oraz w Estonii — wszędzie komuniści dostali ciężkiego kopa i już nie mogli się podnieść ku dawnej sile i chwale. W Polsce zostali uratowani tak skutecznie, że mimo formalnego „wyzwolenia" (odpeerelizowania) kraju, przetrwali u władzy jako jej współudziałowcy (gen. Jaruzelski prezydentem, gen. Kiszczak wice­premierem, gen. Siwicki ministrem obrony), co szybko (1993) umożliwiło im demokratyczny powrót do władzy samodzielnej — mamy już rok 2004, a prezydent to eks-komuch i rząd jest czer­wony również. Nasuwa się analogia z bolszewikami Lenina i Sta­lina, którzy nie przetrwaliby do roku 1920, gdyby nie skuteczna pomoc wojsk anarchisty N. Machno. Armia Czerwona byłaby rozbita (i to kilkakrotnie) przez armie białogwardyjskie, lecz Machno „trzy razy zawierał tajne porozumienia z władzą so­wiecką" (O. Gierczikow) i kolejno sparaliżował białą armię Krasnowa (1918, 1919), białą armię Denikina (1919) oraz białą ar­mię Wrangla (1920). Jedynie dzięki sprytowi i militarnym zabie­gom tego człowieka, skutecznie wspomagającego sypiącą się Ar­mię Czerwoną, bolszewizm nie został zmieciony. Tamtejsi histo­rycy (m.in. S. Serehin) wykryli, że oryginalnie nie nazywał się Machno, tylko Michno (zapis w akcie urodzenia) vel Michnenko (zapis w akcie urodzenia jego córki). Wróćmy znowu do naszych spraw.

Opublikowane przez IPN szyfrogramy dają, prócz generaliów, również sporo smacznych ciekawostek. Wszystkich nie zmieszczę (książka nie może się zbytnio rozrosnąć), lecz przynajmniej jed­ną muszę. Otóż Grupa Operacyjna Wisła, raportując michnikowskie „podmoskiewskie wieczory", nie zapomniała o przyjacielu Michnika, współwynalazcy cyrografu między komuną a „kon­struktywną opozycją" — o J. Urbanie. Exemplum szyfrogram z 23 stycznia 1989 (krótko przed „okrągłym stołem"), mówiący, że Michnik wyprasza sobie głupich pośredników między nim a Rosjanami, bo tacy pośrednicy tylko przeszkadzają w (słowa Michnika) „poszukiwaniu nowych dróg i wzajemnym zrozumieniu"'. Raport kończy się zdaniem:Z kserokopią listu będzie za­poznany minister Urban".

Dla ministra J. Urbana treść każdego takiego listu-raportu mu­siała być czymś bardzo rajcującym. Te szyfrogramy wypływające z sekretnego miejsca dawały mu dużą satysfakcję, a ich listo­noszka, Grupa Operacyjna Wisła, była jak piękna kobieta wrę­czająca kochankowi „lettres d'amour". Co mi przypomina anegdotę o tzw. „żywym telegramie", który wysłał producent holly­woodzki, R. Evans (lewak) do wpływowego ongiś scenarzy­sty, głośnego erotomana i pornofila, J. Eszterhasa (też lewicow­ca). Eszterhas (autor m.in. scenariuszy „Nagiego instynktu" i „Showgirls") dał Evansowi do przeczytania nowy scenariusz i czekał na werdykt. Pewnego dnia rozległ się dzwonek u drzwi. Eszterhas otworzył i zobaczył młodą, piękną damę w norkowym futrze. Dziewczyna rozpięła futro (pod nim nie miała nic) i wy­jęła z wnętrza pochwy kartkę papieru. Widniało tam: „Joe! Naj­lepszy scenariusz, jaki kiedykolwiek czytałem. Robert Evans". Moskiewski scenariusz tajnego „poszukiwania nowych dróg" też był świetny. Wątpię, czy minister Urban kiedykolwiek wykombi­nował drugi równie dobry bądź lepszy scenariusz. A. Dudek:

„ — Polska miała być laboratorium — chodziło o przetestowa­nie metod, które także w ZSRR się przydadzą. Miano testować u nas rozwiązania ustrojowe i gospodarcze".

Zreasumujmy: wielki koncert „okrągłego stołu", który wzbu­dził aplauz polskiej i (zwłaszcza) zagranicznej widowni — był klasyczną „sztuczką pod publiczkę", wcześniej przygotowa­ną. Biegli muzycy rutynowo stosują takie „grepsy". Genialny XIX-wieczny skrzypek, N. Paganini, czarował tłumy grając na jednej strunie, ostatniej, która nie pękła podczas wykonywania przezeń własnej fantazji „Mojżesz". W rzeczywistości skompo­nował „Mojżesza" specjalnie do tego triku — do wykonywania utworu na jednej strunie — a grając go, niezauważalnie dla pu­bliczności przecinał ostrym paznokciem lewej ręki kolejno trzy struny (struny były wówczas z żyłki, a nie z metalu), by grać dalej na ostatniej i zaliczać jeszcze jeden „ boski" triumf. Głośny rosyjski skrzypek wieku XX, N. Milstein, grając przy udziale równie głośnego pianisty, W. Horowitza, koncert pod gołym nie­bem w Jekaterynosławiu, wykorzystał wiadomość, iż w parku koncertowym zrywa się czasami gwałtowny wiatr, który szybko cichnie. Więc chociaż zawsze grali wszystkie utwory z pamięci, tam położyli przed sobą na pulpitach nuty i bacznie się w nie ga­pili grając. Gdy wicher zerwał nuty i rozrzucił wśród krzewów, grali dalej, nie przerywając, a publiczność z zachwytu szalała. Głupkom, którzy piętnaście lat temu fetowali brawami „okrągły stół", IPN pokazał właśnie, że nuty były napisane trochę wcze­śniej w Warszawie i w Moskwie, a wtajemniczeni wirtuozi sie­dzący przy tym meblu grali z pamięci „jak z nut".

Jeżeli komuś nie odpowiada metafora koncertowa, użyję innej, którą nazwałbym „ekologiczną". Wpływowy minister Ludwika XIV, N. Fouquet, wybudował sobie piękny pałac, Vaux-le-Vicomte, i zaprosił tam króla. Z tarasu rozpościerał się widok pysz­nych ogrodów, lecz monarsze nie podobał się wielki las przesła­niający horyzont. Dzień później Fouquet wziął króla na ten sam taras i spytał:

— Czy ów las wciąż razi twoje oko, Miłościwy Panie?

— Tak, mój drogi.

— Więc niech znika!

Uniósł dłoń i wszystkie drzewa padły, odsłaniając linię wid­nokręgu. Ścięto je nocą, ale tysiące ludzi trzymały las w pionie, czekając na sygnał Fouqueta. PRL podcięto przed „okrągłym stołem", lecz przy tym meblu ci, którzy zdecydowali, by go formalnie usunąć, odegrali dla zaproszonych do dialogu frajerów (prawicowców) i dla społeczeństwa komedię likwidacyjną. Roz­grywającym był „poszukiwacz nowych dróg".

Pytany przez dziennikarzy o swoje moskiewskie „poszukiwa­nie nowych dróg", Michnik kategorycznie odmówił wypowiada­nia się na temat szyfrogramów kontrwywiadu placówki moskiew­skiej. „Tygodnik Solidarność" jest tym zdegustowany: „Uczest­nicy rozmów, którzy dotąd o nich wstydliwie, co zrozumiałe, milczeli, powinni odpowiedzieć na pytanie, czy fundamenty III Rzeczypospolitej oparte były na ugodzie z Sowietami (...)

Michnik nie chce komentować dlaczego w 1988 roku pertrakto­wał z sowieckimi dostojnikami, kiedy jeszcze nikt nie mówił o Okrągłym Stole".

O drewnianym meblu rzeczywiście nikt wtedy jeszcze nie mó­wił, ale o kontrakcie politycznym Michnik i Urban już gaworzyli przy „ harcerzykach". Symbol reżimu seryjnie mordującego nie­pokornych księży (J. Urban pisał tuż przed męczeńską śmiercią księdza J. Popietuszki szczególnie napastliwe teksty wymierzo­ne w niego, pełne inwektyw, oszczerstw, kłamstw) i symbol antyreżimowej kontestacji — spiskujący jak dwaj bracia, jak para jednojajowych bliźniaków. Przyszedł różowy diabeł do czerwo­nego diabła (lub odwrotnie) i wymyślili wzajemny cyrograf — „mniejsze zło" dla każdej ze stron (dla każdej bowiem złem większym byłoby zwycięstwo białogwardzistów). Stare powie­dzonko o „faustowskiej transakcji z komunizmem", generalnie

używane wobec prokomunistycznego służalstwa elit intelektual­nych — tutaj zabrzmiało tak dosłownie, jak jeszcze nigdy wcze­śniej między Bałtykiem a Gubałówką. Piosenkarz R. Tymański („Tymon") zaśpiewał (2004):

„Michnik ciała dał,

, Wszystkich boli zad".

Wielki poeta, Z. Herbert, nie dożył ujawnienia „moskiewskich szyfrogramów", ale dożył publicznego efektu tajnych rozmów — paktu przy „okrągłym stole" i wczesnych faz dyktatury michnikowskiego „Salonu" — a to starczyło mu, by scharakteryzować Michnika przy pomocy jedenastu celnych słów: „ — Michnik jest manipulatorem. To jest człowiek złej woli, kłamca, oszust intelektualny". Zabrakło stwierdzenia, że i oszust polityczny, które to doprecyzowanie wydaje mi się istotne, choćby było ledwie sugerowane, ujęte delikatnym acz wielemówiącym sarka­zmem „Kisiela", w ostatnim zdaniu jego biogramowej wypowie­dzi o Michniku („Abecadło Kisiela"): „Tylko że on się teraz bawi polityką..." (te trzy kropki!).

Bawiący się tajnie polityką i unikający mówienia o tym prawdy „marksistyczny szakal" stał się też przedmiotem filozoficznych rozważań wybitnego myśliciela i pisarza, J. Narbutta: „A co do tej nieszczęsnej prawdy, której Michnik tak się boi, preferując wolność poza prawdą, to przypomina mi to, «mutatis mutandis», wypowiedź Leszka Kołakowskiego w warszawskim KIK-u:

po oświadczeniu w dyskusji, iż jego zdaniem z tzw. pięciu dróg Tomasza z Akwinu «żaden Bóg nie wynika», złożył nam dekla­rację następującą: «Lecz jeśli nawet, jak państwo twierdzą, Bóg istnieje, to ja Go nie chcę, ja Go odrzucam ». Odrzucanie praw­dy jest podobne do tego odrzucania Boga: jest buntem przeciw rzeczywistości. Bo cokolwiek by się tam mówiło na temat defini­cji prawdy, trudno — jeśli nie jest się przewrotnym — zaprzeczyć jednej prostej intuicji: iż stosunek do prawdy jest tożsamy ze stosunkiem do rzeczywistości. Trudno więc zrozumieć Adama Michnika. Czyżby — na wzór Hegla z jego «tym gorzej dla rze­czywistości» — odwracał się od rzeczywistości tyłem?".

Michnik odwraca się tyłem wyłącznie do tej rzeczywistości, która mogłaby go skompromitować lub skompromitować jeszcze bardziej niż to, co już zostało ujawnione. A że „trudno go zro­zumieć”?  Nic w tym dziwnego nie ma — sfinksa zrozumieć nie sposób. Jak w tej anegdocie „Kisiela" o facecie, „który się jąkał", a kiedy zapytano go, co myśli na temat pewnej figury publicznej, rzekł: „ — Ja niii... iic nie myślę, bo... bo to jest świ... świ... świnks".

5. Przejęcie władzy

W dniu, w którym „Gazeta Wyborcza" ogłosiła na pierwszej stronie sławne hasło Michnika (będące tytułem jego artykułu): „Wasz prezydent, nasz premier!" (co znaczyło: niech Jaruzelski zostanie prezydentem, a Mazowiecki niech weźmie fotel premiera) — antykomunistyczny historyk, prof. T. Strzembosz, odwiedził redakcję i zapytał: czemu pan to robi? Michnik wyjaśnił mu krótko: „ — Trzeba władzę brać!".

Wzięli i jedni (czerwoni), i drudzy (różowi), tak jak ustalili przy „okrągłym stole". Mebel ten pracował między początkiem lutego a początkiem kwietnia 1989 roku. O ile wcześniejszym stolarzem konszachtu był Michnik, heblujący (wygładzający) taj­ne rozmowy z Moskwą i z ambasadą sowiecką w Warszawie, o tyle ze strony reżimowej budowniczym „okrągłego stołu" był szef peerelowskiej bezpieki, Cz. Kiszczak. Naczelny redaktor „Arcanów", historyk A. Nowak, tak sumuje dziś prawdę oczywistą już właściwie dla każdego: „ — Generał Kiszczak, który był architektem tego porozumienia, nie szukał bynajmniej trudnych rozmówców, lecz raczej ówczesnych lub byłych agentów, ludzi złamanych, na których są kompromitujące papiery. Również takich, którzy w swej bohaterskiej skądinąd biografii mieli tragiczny epizod współpracy ze służbami PRL-u". Dlatego — dzięki tzw. „służbom specjalnym" — nie było specjalnie trudno zawrzeć „okrągłostołowy" układ. Dwaj główni partnerzy rozmów (czerwoni i różowi) dostali co chcieli, i jak się to mówi: „wszyscy byli zadowoleni", prócz nieprzejednanych (niezahakowanych) antykomunistów, ergo: prawdziwych patriotów. Ci ostatni jeszcze nie wszystko wtedy rozumieli, więc ich zdziwie­nie budził pewien drobiazg. Wspomina J. Kaczyński: „ — Ko­muna chciała mieć takiego partnera, jakiego miała, to znaczy Komitet Obywatelski [wnuka KOR-u — W. Ł.], z kontrolujący­mi wszystko Geremkiem i Kuroniem. Przy Okrągłym Stole wyszło na jaw — i to jest istotny element folkloru tej operacji — z iloma eksponowanymi ludźmi tamtej strony są po imieniu Kuroń czy Geremek. Po imieniu nie dlatego, ze zetknęli się przy Okrągłym Stole, lecz dlatego, ze byli po imieniu od trzydziestu lat!". G. Herling-Grudziński, pytany a propos „okrągłego stołu", nazwał go „orgią obłapek".

Gdyby się chciało cały ten przyjacielski geszeft „okrągłostołowy" ująć jednym zdaniem — zdanie tak by brzmiało: komuniści dostali zgodę na prywatne anektowanie większej części państwowego majątku, w zamian za co zrezygnowali z władzy politycznej, ale zostawili sobie instrumenty dające możliwość rychłej reaktywacji władzy. Proste, prawda? 

Nie wszyscy wszakże umieją stosować taką aż lapidarność przy wyjaśnianiu procesów ekonomicznych i socjopolitycznych, więc A. Nowak musiał użyć kilku zdań, charakteryzując efekty „okrągłostołowej" transakcji między różowym „Salonem" a komuną: „ — Zmiana struktury władzy w Polsce po roku 1989 dokonywała się pod dyktando ukrytych gospodarczych i agenturalnych wpływów ludzi dawnego systemu, zwanych postkomunistami. Drogę do przejęcia kontroli nad gospodarką otworzyły im ustawy uwłaszczeniowe przyjęte jeszcze za rządów premiera Rakowskiego. A układ przy «okrągłym stole » dopełnił reszty (...) Skutki są czytelne: brak kontroli nad wielką częścią realnych procesów gospodarczych, na­ganny styk kapitału z władzą, czyniący polityków narzędziami grup interesu, wreszcie obszar powiązań ze służbami".

Jeszcze rozwlekłej przedstawili to samo S. Dąbrowski i A. Glapiński (może dlatego, że było ich dwóch): „W czasie obrad «okrągłego stołu» ustalono, iż komuniści nie zostaną rozliczeni ze swej działalności, a ich wpływy polityczne w państwie nie zostaną naruszone. Jednocześnie przyjęto, że w systemie post­komunistycznym podstawową klasą właścicieli w Polsce będzie środowisko komunistyczne oraz ludzie wywodzący się ze służb specjalnych. Dlatego po 1989 roku w sferze gospodarczej błyskawicznie postępowało uwłaszczanie się komunistów na majątku narodowym i przejmowanie przez nich na własność kolejnych firm i banków. Natomiast w sferze politycznej zablokowano desowietyzację, dekomunizację i lustrację. Dzięki temu czołowi politycy komunistyczni stali się na następne lata gwiazdami demokracji i autorytetami moralnymi".

Jednak większymi gwiazdorami i autorytetami stały się primadonny różowego „Salonu", co przewidział już w kwietniu 1989 ówczesny emigracyjny („londyński") prezydent RP, K. Sabbat, mówiąc T. Strzemboszowi z wieszczą intuicją: „ — Powiem panu co się zdarzy. Przede wszystkim na czoło wysuną się ludzie z KOR, tak zwana «lewica laicka ». W podziemiu byli potęgą, w społeczeństwie są niczym. Będą musieli zweryfikować się wo­bec społeczeństwa. Toteż obejmą czołowe stanowiska w państwie, między innymi po to, by ciągle widziano ich w środkach masowego przekazu, zwłaszcza w telewizji. Będą urabiali społeczeństwo, bo to jest ich jedyna szansa przetrwania po prze­łomie, który dokonał się w kraju".

Komuniści też mieli niezłą intuicję — rozumieli, że aby zyskać status gwiazd publicznych i autorytetów moralnych, muszą się skumplować z pierwszoplanowymi członkami różowego „Salonu". Jak się da — to nawet partyjnie. Znowu fragment wspominków J. Kaczyńskiego: „ — Ich idealnym scenariuszem, wiem to na pewno, było rozwiązanie PZPR i stworzenie sojuszu — w skrajnie optymistycznym przypadku nawet jednej partii — z lewicową elitą «Solidarności». W sierpniu 1989 pijaniusieńcy Kwaśniewski i Szmajdziński, obecni posłowie SLD, chodzili po «reżimówku» [zamieszkane przez nomenklaturę osiedle warszawskie, zwane też „zatoką czerwonych świń" — W. Ł.]. Chodzili z wódką od mieszkania do mieszkania i przechwalali się:

« — Już niedługo będziemy w jednej partii z Michnikiem! ». Było to wtedy, gdy powstawał rząd Mazowieckiego".

Właśnie wtedy drugi Kaczyński (L. Kaczyński) opowiedział bratu (J. Kaczyńskiemu) analogiczną historyjkę o dwóch tęgich moczymordach, „Jacku" i „Olku" — historyjkę z przeciwległego krańca Warszawy (tamta rozegrała się pod Wilanowem). Kaczyńscy mieszkali na Żoliborzu. Pół kilometra od nich mieszkał J. Kuroń. Gdy między „okrągłym stołem" a powstaniem rządu Mazowieckiego toczyły się gorące targi względem kwestii perso­nalnych, któregoś dnia Kuroń zaprosił L. Kaczyńskiego do siebie, by omówić kilka problemów. W trakcie tej rozmowy wszedł bez pukania lider komunistów, A. Kwaśniewski, i nastąpiła wymiana czułości między dwoma kumplami: „ — Cześć, Olek!",  Cześć, Jacek!". Buzi-buzi i do wódzi! Przerażony Kaczyński zerwał się i wyszedł trzasnąwszy drzwiami — nie dlatego, że przeraziła go wizja libacji alkoholowej, lecz dlatego, iż zszokowała go komitywa między liderami dwóch rzekomo wrogich wobec siebie stron dyskursu „okrągłostołowego".

A gdzie miał wyjść przyzwoity sympatyk KOR-u czy też „lewicy solidarnościowej", który całe lata wierzył, że sympatyzu­je z antykomuną? Miał trzasnąć drzwiami i wyjść z tej nowej-starej Polski? Nieliczni tak zrobili, wyemigrowali; większość (mó­wię o autentycznych patriotach) przeżuwała in situ swą gorycz, traktując pookrągłostołową rzeczywistość jako koszmarny sen. Czerwony generał-zamordysta, architekt „stanu wojennego", W. Jaruzelski, zostaje (sejmowymi głosami różowego „Salonu") pierwszym prezydentem III Rzeczypospolitej. Czerwony generał-oprawca, szef bezpieki, Cz. Kiszczak, zostaje wicepremierem w rządzie „naszego premiera", kikowca T. Mazowieckiego. Czerwony generał-zupak, kamandir peerelowskiej soldateski, F. Siwicki, zostaje ministrem obrony narodowej. I wszyscy oni są skumplowani arcyserdecznie z niedawną „opozycją", wszyscy są po czułych brudziach (brudziach różnych — świeżych i bar­dzo dawnych), a „nasi" nie zezwalają rzucać przeciwko „tam­tym " choćby jednego złego słowa! Gdy takie słowa jednak pada­ją przeciw Jaruzelskiemu, Michnik publicznie ryczy: „ — Odpier...cie się od generała!" (do publicystyki i historiografii trafiła wersja złagodzona: „ — Odpieprzcie się od generała!") — i to jest jak symbol. Naiwniacy, już tyle lat kochający Michnika niczym świętego, czują się oszukani, więcej — zdradzeni. „Ty­godnik Solidarność" drukuje listy, które też miały wymowę symbolu.

Wśród tych listów szczególnie dramatyczne były listy od kobiet (wiadomo, kobieca egzaltacja!). 

Cytuję list K. Nowińskiej, działaczki podziemnych struktur „Solidarności" we Wrocławiu:

„To jest nie tylko mój przypadek, lecz również przypadek wielu znanych mi z konspiracji osób — osób tak jak ja walczących o wolność. Dla nas to nie jest wolność — to jakieś nieporozu­mienie. Doczekaliśmy się oto dziwnego państwa, gdzie jednako­wo waży cnota i występek, tchórzostwo i bohaterstwo, a koszty ponoszą zwycięzcy zamiast zwyciężonych. Czy wobec tego był jakiś sens, aby oddać tej walce kilka lat życia pełnych wyrzeczeń? Oto jest problem, z którym zmagają się ludzie".

Wtedy zmagali się wskutek pierwszego szoku, a dzisiaj (2004) zmagają się (dalej z tym samych problemem) wskutek piętnastu lat „transformacji". Mnóstwo rodaków pyta dzisiaj siebie i swoich znajomych: czy warto było wyzwalać się od komunizmu po to, aby teraz zdesperowana większość społeczeństwa tęskniła (jak mówią sondaże) do tamtej, komunistycznej Polski? Odpo­wiadam im: pewnie, że było warto! Było warto, bo bez tego „wyzwolenia" spod czerwonej dyktatury A. Michnik nie miałby koncernu „Agora", a my nie mielibyśmy rozrywkowego „reality-show" z byłymi „dysydentami", rekinami biznesu i czerwo­nymi politykami, wspólnie kręcącymi „koszerne interesy" (L. Rywin: „ — Wiesz, Adaś, to jest koszerny interes!...") w zaciszach medialnych, bankowych i rządowych gabinetów. Lecz tą aktualnościową dygresją uciekłem od epistolograficznego wątku. Wróćmy tedy do tamtego czasu sprzed kilkunastu lat, i do rozpaczliwych listów tych patriotek, które rozsierdził „koszerny interes" okrągłego mebla:

Patriotki pisały, dramatyzując nie tylko z perspektywy krajowej, ale i zagranicznej. Choćby francuskiej. Gdy w telewizyjnym francuskim programie „La Marche du Siecle" rozgościli się razem A. Michnik i W. Jaruzelski, by ten pierwszy mógł również cudzoziemcom zaprezentować tego drugiego jako swego uko­chanego przyjaciela, człowieka o czystych rękach i szlachetnych intencjach, dźwigającego niesprawiedliwe miano kata-ciemiężcy, choć był tylko nosicielem „ognia prometejskiego" (sic!) — wielu Francuzów osłupiało. Zwłaszcza tych Francuzów, którzy latami wspomagali materialnie KOR i „Solidarność". A już naj­bardziej tych, którzy pokochali dzielnego lechickiego rycerza, „Adasia". W ich imieniu machnęła gniewny list H. Sikorska, tłumacząc: „Francuzów ten program zostawił oniemiałych ze zdumienia. Dla Francuza Jaruzelski to dyktator o rękach splamionych krwią, którego bieg wypadków rzucił na śmietnik hi­storii. Mówić dziś we Francji, ze «stan wojenny », więzienia, skrytobójstwa, to były tylko takie «rodzinne nieporozumienia» — to usłyszeć w odpowiedzi: « — Kochany, więc to tak? A myśmy myśleli, że tobie chodziło o wartości najwyższe, o wolność — i to o wolność od komunizmu! Bo nam właśnie o to chodziło, kiedyśmy słali forsę, sprzęt, żarcie, i robili co mogli, że­by ratować wasz umęczony naród, «Solidarność» i ciebie, Adamie, z rąk oprawców... A więc nie tylko oszukiwałeś nas przez tyle lat, ale na domiar złego — jeśli już mówić zupełnie szczerze — wykorzystałeś jak pierwszą naiwną i uciekłeś z forsą...»".

Cóż, „forsa nie śmierdzi", wiedzieli to już starożytni („pecunia non olet"). Przyjaźń też nie śmierdzi, gdy tylko człowiek potrafi uzasadnić przyjaźń. Exemplum rodzimy program telewi­zyjny „Portret", w którym Michnik wystąpił z drugim swoim generalskim przyjacielem, Kiszczakiem, i obaj zagłaskiwali się duserami — Michnik wielbił Kiszczaka jako „człowieka honoru", a Kiszczak Michnika jako superpatriotę. Lecz czy i antysemityzm nie śmierdzi? Jaruzelski był przecież swego czasu urzędowym „Żydobójcq" wewnątrz LWP! 

A. Zambrowski: „Cieszy się uznaniem w swym obozie ideowym jeden z czołowych bohaterów hecy antyżydowskiej — generał Wojciech Jaruzelski. Ten dżentelmen, będący mężem zaufania policyjnych służb specjalnych ZSRR, stał na czele państwowej akcji «aryzacji» wojska, która wyniosła go najpierw na stanowisko ministra obrony narodowej PRL, a później na szczyty władzy partyjnej i państwowej w Polsce!". Taki antysemicki „prometejski ogień" jakoś Michnika nie odstręczył od braterstwa z generałem J. i z resztą czerwonych udziałowców „okrągłego stołu", chociaż antysemitów było wśród nich co niemiara. Dlaczego? Bo istnieje jeszcze jedna rzecz, która nie śmierdzi — władza. Władzuchna! „ — Trzeba władzę brać!".

Wzięli mocą paktu podmoskiewsko-magdalenkowego, symbolizowanego „okrągłym stołem". Kilka cytowanych przeze mnie wcześniej sądów o tym meblu i o jego skutkach różowy „Salon" pewnie by zanegował jako głosy samych prawicowców-antysalonowców, więc dodam jeszcze opinię dzisiejszą (2004), wyrażoną piórem J. Surdykowskiego przez liberalny „Newsweek", który nie lubi drzeć kotów z „Salonem" (choć raz już był kopnięty przez „Gazetę Wyborczą" red. Michnika za antysemickość):

,, Układ okrągłostołowy był i jest szkodliwy, bo konserwował wszystko, co stało się w gospodarce w latach 80-ych. Wtedy PZPR-owska nomenklatura bezczelnie uwłaszczała się na zarządzanym przez siebie majątku państwowym. Wtedy bonzowie partyjni przekształcili się w bonzów finansowych przy czynnym współudziale tajnych służb, które w ten sposób utwierdzały swoją dominującą pozycję, co pozwoliło im mieć w nosie wszystkie późniejsze weryfikacje i inne burze personalne. Ten układ nie tylko uniemożliwiał rozliczenie tego, co faktycznie działo się w PRL-u, ale wytwarzał sieć korupcyjnych powiązań między biznesem a polityką, sięgającą szczytów władzy i owocującą spektakularnymi aferami". Zabrakło tu tylko wskazania głównego winnego („ maleficus maximus") — na to już „Newsweek" się nie odważył.

6. Budowanie zrębów

Różowy „Salon" zaczął formalnie i praktycznie (z ław rządowych) dyrygować krajem w sierpniu 1989 roku. Pierwszy etap ich politycznych rządów (rządy premierów T. Mazowieckiego, J. K. Bieleckiego i H. Suchockiej) był prawie czteroletni — w 1993 zwrócili całą władzę komunistom („postkomunistom"). Te cztery lata — sam początek „transformacji", kiedy można było zbudować takie fundamenty III Rzeczypospolitej i tak ustawić jej strategiczne wektory, że dzisiaj by kwitła (kwitłoby i państwo, i społeczeństwo) — został prawie zupełnie zmarnowa­ny, gdyż ukręcono łeb prawie wszystkim szansom zdrowego rozwoju państwa, i zabito moralność polityczną, szerząc „modus" cwaniactwa oraz kult kłamstwa, charakterystyczny (genetyczny?) dla lewicowców. By samemu nie biadolić na ten temat zbyt roz­wlekle, oddam głos trzem mądrym ludziom — wybitnemu poecie, wybitnemu publicyście i wybitnemu satyrykowi. Niech oni scharakteryzują budowanie przez różowy „Salon" zrębów gmachu III RP.

Z. Herbert (genialny rymopis): „ — Wielu z nas sądziło, że po 1989 roku, choć nie zbudujemy od razu raju na ziemi, to przynajmniej otrząśniemy się z dawnego kłamstwa. Nie było to możliwe, ponieważ ludzie elit, tłumaczący swe dawne postawy «ukąszeniem heglowskim» (według mnie było to raczej ukąszenie Bermanem), nie stworzyli języka prawdy". Istotnie — nie było to możliwe. Patentowany kłamca nie może stworzyć języka prawdy, tak jak mańkut nie zagra w tenisa prawą ręką. Samochodowy ruch lewostronny wyklucza ruch prawostronny.

R. A. Ziemkiewicz (arcyfelietonista): „Taka bowiem była «filozofia rządzenia» eleganckiego towarzystwa. Towarzystwo owo było czułe na demokratyczne pryncypia do tego stopnia, ze nie czekając aż demokracja zacznie być w Polsce czymkolwiek więcej niż obietnicą, przyznało wszystkie wynikające z niej pra­wa czerwonej mafii, która przez pół wieku niszczyła Polskę i wysługiwała się sowieckim okupantom. Towarzystwo tak poważnie traktowało niezbędną dla demokracji praworządność, ze ze sklerotyczną pedanterią trzymało się w szczegółach każdego peerelowskiego przepisu, choćby pochodził jeszcze z dekretu Bieruta, i miesiącami [dziewięć miesięcy — W. Ł.] nie pozwa­lało sobie na zmiany tak oczywiste, jak likwidacja cenzury". Fakt — moja powieść „Dobry" (głośna „ostatnia książka ocen­zurowana przez cenzurę PRL-u") ukazała się pół roku po obję­ciu rządów przez „Salon" i miała białe strony tudzież białe frag­menty stron opatrzone cenzorskim nadrukiem: „[Ustawa z dnia 31 lipca 1981 roku o kontroli publikacji i widowisk, artykuł 2, punkt 3 (Dziennik Ustaw nr 20, pozycja 99; zmiany: 1983, Dziennik Ustaw nr 44, pozycja 204)]". Ziemkiewicz tak zakoń­czył swój felieton: „Mazowiecki, jeden z tych, którzy mieli «Złoty Róg», nie ma do siebie żadnych pretensji. Nie mają sobie niczego do zarzucenia".

J. Szpotański (król antykomunistycznych satyryków epoki PRL-u, autor „dram" „Cisi i gęgacze", „O carycy Leonidzie" i in.): „ — Przejmować po komuchu władzę i nie zrobić nawet bilansu państwa, nie przegnać Rusa, pozwolić nomenklaturze rozkraść to, co jeszcze zostało... Uważam za gruby błąd polityczny zaniechanie ostrej rozprawy propagandowej z upada­jącym czerwonym. Oni jakby się czegoś bali, a zarazem byli kompletnie niedołężni. Trwał ten niepojęty kontredans z komuchem, to chuchanie na niego, żeby przypadkiem się nie przezię­bił złażąc z tronu (...) Tu nie było ani czasu, ani sensu bawić się w niuanse, tutaj trzeba było postawić na kilka zasadniczych punktów. Na prywatyzację, na wykup ziemi (sprzedaż PGR), na pozbycie się dawnej biurokracji i zastąpienie jej nową, wielokrotnie zmniejszoną, i wreszcie — na jakiś produkt lub gałąź przemysłu, które stałyby się polską specjalnością eksporto­wą. Tymczasem oni, przez swoje niepohamowane gadulstwo, nieudolność, zachwyty nad sobą, doprowadzili do tego, ze nastąpiła galopująca pauperyzacja społeczeństwa, a kraj stał się wymarzoną areną dla popisów coraz to nowych aferzystów i hochsztaplerów". Szpotański mówił to na przełomie lat 1991 i 1992!

Od tamtego czasu do dzisiaj liczba „aferzystów i hochsztaplerów" wzrosła kilkakrotnie, ale to właśnie wtedy — budując zrę­by (przegniłe fundamenty) gmachu III RP — zbudowano solidne fundamenty tej „wymarzonej areny dla popisów", którą ganił „Szpot". Jak bardzo wymarzonej — niech powie jeden tylko przykład. Ówczesny wicepremier i minister finansów rządu Mazowieckiego, L. Balcerowicz, spowodował osiemnastomiesięczne (!) zamrożenie kursu dolara, przy równoczesnym, sięgającym 90% rocznie (!!), bankowym oprocentowaniu kapitału złotówkowego, co pozwoliło niebieskim ptakom całego globu przywieźć nad Wisłę wagony dolarów, a kilkanaście miesięcy później wywieźć znad Wisły dwa i pół raza tyle (prawie 250%!!!). Za ten wymarzony „numer" cwaniacy Wschodu i Zachodu winni soli­darnie wznieść panu Balcerowiczowi pomnik o wysokości Wieży Eiffla, i to ze szczerego złota, którego ciężar byłby lichym ułamkiem ich „doli". Historia ekonomii zna niewiele finansowych „ przekrętów ", które miały skalę porównywalną. Ten sam gwiazdor różowego „Salonu" trzęsie do dzisiaj polską gospodarką, co czyni ją permanentnym dłużnikiem, bez końca spłacającym długi boleśniejsze każdego roku. Za to kochają go wszyscy finansowi spekulanci tej Ziemi.

Krytykowanie sterników pierwszej, decydującej fazy „transformacji", skupione na karygodnych błędach i niegodziwościach ekonomicznych, daje wszakże bardzo niepełny obraz, gdyż pomija inne obszary ich ówczesnej działalności (jak choćby problemy kulturowe, które omówię później), vulgo: inne źródłowe grzechy różowego „Salonu". Spośród nich szczególnie paskudnym zanie­dbaniem wydaje mi się cała sfera praworządności — sprawied­liwość tout court. Tamte różowe rozwiązania zyskały trwałość i sprawiły, że dziś — po piętnastu latach formalnej demokracji — wśród Polaków panuje powszechne przekonanie, iż sprawiedliwości nie ma co szukać w instytucjach, które „z definicji" winny jej służyć: na policji, w prokuraturze czy w sądzie. Skorumpowana policja, dyspozycyjna politycznie (partyjnie) prokuratura, i sądownictwo będące niemoralnym skansenem PRL-u wskutek zaniechania weryfikacji sędziów, głębszego nawet niż kosmetyczna weryfikacja służb specjalnych, które, miast strzec Polski, grają swoje gierki polityczne jak państwo w państwie — oto „strażnicy prawa" III Rzeczypospolitej uformowanej przez różowy „Salon". Państwo, w którym istnieje prawo (kodeks), a nie istnieje sprawiedliwość; pakujące do więzień drobnicę przestępczą, a nie tuzów zbrodni i malwersacji; dające wysokie emerytury katom, a głodowe renty ich ofiarom — jest patologicznym straszydłem, upiorną karykaturą demokratycznego kraju, niewiele lepszą pod tym względem od reżimów komunistycznych i autokratycznych.

Wymienianie filarów bezprawia lub niesprawiedliwości jest tylko suchym rejestrowaniem, nie działa na wyobraźnię — tu trzeba żywych przykładów. Dam jeden, bardzo świeży. Schyłek sierpnia 2004 roku. Koniec toczącego się przez trzy lata procesu człowieka, który siłą obronił swój przybytek (kawiarnię), gdy wtargnęła tam żulia i „bejsbolami" demolowała wszystko. Przed sądem postawiono nie bandytów, lecz napadniętego (bo użył dla obrony swego mienia i życia broni myśliwskiej). Przez te trzy lata jego dziecko nie mogło bez ochrony pójść do szkoły, jego rodzinie cały czas grożono śmiercią, itp. Sąd uniewinnił nieszczęśnika. Czekająca w sali sądowej na wyrok żulia, usłyszawszy ten werdykt, wściekła się i rykiem zapowiedziała uniewinnionemu, co z nim zrobią („ — Ty już nie masz, życia! Już po tobie!"). W każdym normalnym kraju tych zbirów bezzwłocznie by aresz­towano. Lecz III RP nie jest krajem normalnym. Dziennikarze te­lewizyjni podsunęli mikrofony pod nos uniewinnionemu, a ten płacząc rzekł: „ — Ludzie, nigdy się nie brońcie, gdy was napadną, bo będziecie tego żałować do końca życia!". Czyli: „milczenie owiec". Zafundowane nam przez „Salon".

Cały czas używam wobec tych pierworodnych złoczyńców określeń zastępczych („lewicowy Salon Wpływu", „różowy «Salon»", „różowi", „lewacy", „postępowcy", „oni", „ich", et cetera), a przecież pisząc o trzech pierwszych latach politycznych rządów „Salonu" (ekipy T. Mazowieckiego, J. K. Bieleckiego i H. Suchockiej) winienem już używać terminologii partyjnej. Ówczesny „Salon", z którego wykluty się tamte rządy, skupiał się bowiem wokół partii Unia Demokratyczna. Od KOR-u, poprzez lewicę „Solidarności", Komitety Obywatelskie i ROAD (Ruch Obywatelski Akcja Demokratyczna) — środowisko to doszło do sformowania partii UD, która później (1994) przekształci się w Unię Wolności (UW). Czym tak naprawdę była UD? Według jej adwersarzy — już wtedy była unią wolności („unią wol­ności od przyzwoitości"). Według jej członków i sympatyków — była „partią ludzi światłych" alias „partią ludzi rozum­nych". Według wszystkich — była politycznym sztabem opinio­twórczej elity inteligenckiej, czyli „Salonu". 

W 1991 roku J. Puchalski wydał kompendium „Polskie polityczne partie, stronnictwa, stowarzyszenia, związki i kluby". Czytamy tam o UD:

Unię Demokratyczną utworzyły ugrupowania inteligenckie z Krakowa i Warszawy, głoszące idee laickie i liberalne, stawiające za wzór model obywatelskiego społeczeństwa zachodniego. Ten internacjonalizm przejawił się w lansowaniu tezy powrotu Polski do Europy, co spotkało się z ripostą różnych środowisk, ze Polska nie tylko geograficznie, ale i kulturowo tkwi ponad 1000 lat w Europie. Działacze partii tworzyli i tworzą obecnie elity władzy, sprawujące bezpośrednią władzę (...) Unia Demokratyczna ma absolutny monopol w środkach prze­kazu. Prawie każde prywatne zdanie działaczy staje się publicznym, kiedy oświadczenia innych partii nie przebijają się do ser­wisu Polskiej Agencji Prasowej. To powoduje, że tworzy się mit zdominowania polskiej sceny politycznej przez UD. Prasa, radio i telewizja pełne są postaci UD (...) UD nie rekomenduje do pracy ludzi spoza kręgów towarzyskich, nawet na podrzędne stanowiska".

Wspomniane przez Puchalskiego zdominowanie mediów służyło dwóm celom. Pierwszym było lansowanie „samych swoich", czyli utrwalanie i rozszerzanie własnej siły, co nie może dziwić ani bulwersować — takie są chęci i reguły postępowania każdej partii, która przejmuje władzę (komuniści, kiedy wrócą do władzy, będą robili to samo i wydrą z rąk UD-UW dużą część medialnych wpływów, zwłaszcza radio i telewizję; zaniechał takich praktyk tylko kontrlewicowy rząd J. Olszewskiego, przez co m. in., już po pół roku rządzenia bez medialnego wsparcia, został tym łatwiej zmieciony). A więc nie powinno to bulwersować, jednak bulwersowało, bo naiwni sądzili, że demokracja na czymś innym polega. J. Galarowicz grzmiał wtedy (1993): „Niegdysiejsi piewcy komunizmu, jego wierni słudzy, ludzie skompromitowani — naukowcy, artyści, dziennikarze — stają na czele budowniczych nowych czasów, wracają (w przebraniu socjaldemokratów, liberałów, europejczyków) na pierwsze strony gazet, gorliwie naród pouczając, radząc mu itp. Zdrajcy sugerują, że należą się im pomniki. W najwyższej cenie są konwertyci — lu­dzie, którzy odeszli od komunizmu. Prawdziwi patrioci, spychani na margines, są bezradni".

Galarowicz dotyka tu problemu, który już szeroko omawia­łem, a który wyznaczył różowym drugą konieczność opanowania mediów przez „Salon" — bez mediów nie można kreować opinii publicznej, a więc m.in. budować publicznego alibi dla winowajców. Wtedy chodziło o alibi dla wspomnianych „konwertytów"'. Później (gdy już powstała UW, a na całą salonową formację zaczęły ze strony prawicowców padać gromy, że „przerąbała" budowanie zrębów RP) — chodziło o wyłgiwanie się z odpowiedzialności za zło korodujące kraj. Czyli o rozstrzeliwanie tezy, że „ Salon" to „maleficus maximus". Co trwa i dziś, i wciąż budzi naturalną furię przeciwników „Salonu". Poseł J. M. Jackowski niedawno (wrzesień 2003) z pasją obrugał medialną politykę wybielania czy wręcz negowania pierworodnej winy UD:

„Ponure jest to, ze taką politykę uprawiają osoby współod­powiedzialne za stan Polski. Są to politycy upowszechniający mity i herezje, które odcisnęły niezatarte piętno na III RP i za które obecnie wszyscy płacimy. Ci architekci i konstruktorzy III RP przekonywali, że ich recepta transformacji jest jedynie słuszną, a kto ma inne zdanie, ten nie rozumie rzeczywistości, jest oszołomem, ksenofobem lub reprezentantem ciemnogrodu. To oni wykuwali propagandowe hasła, że Polsce grozi klerykalizacja, budzą się «demony przeszłości», zmierzamy w stronę państwa wyznaniowego. To oni wcielili się w rolę strażników świętego ognia postępu i ze swych telewizyjnych ambon wygła­szali mentorskie kazania z dziedziny «politycznej poprawności». Kto w najbardziej opiniotwórczych mediach opowiadał bajki o tym, że lustracja i dekomunizacja to polowanie na czarownice ? Kto nam wmawiał, że pierwszy milion należy ukraść, bo tak wszędzie rodził się kapitalizm, i że wszystkie problemy gospodarcze załatwi niewidzialna ręka rynku? Kto odpowiada za bezmyślną i szkodliwą prywatyzację, wyprzedaż za bezcen majątku narodowego, doprowadzenie polskich przedsiębiorstw do ruiny? Kto — komentując kolejne strzelaniny na ulicy — twierdził, ze w Polsce nie ma mafii i zorganizowanej przestępczości? Kto przekonywał, że społeczeństwo nie dorosło do demokracji, że potrzebna jest «gruba kreska», że środowisko sędziowskie oczyści się samo? Kto blokował reprywatyzację i uporządkowanie stosunków własności, bez czego nie sposób bu­dować gospodarki wolnorynkowej? Kto głosił tezy, że obcy ka­pitał w mediach jest bezstronny, bo nie ma w Polsce interesów? Kto zapewniał, ze nie istnieje problem upartyjnienia mediów publicznych ? Kto?!...".

Jak to kto? Ludzie najinteligentniejsi spośród inteligentów, „creme de la creme" — różowe środowisko, które samo się mianowało (przy „okrągłostotowym" wsparciu ze strony komunistów) elitą inteligencką społeczeństwa polskiego. Superinteligentni. Vulgo: najbardziej predestynowani do mądrego budowa­nia nowej rzeczywistości (nowego systemu) i do sprawowania władzy. Przypomnijcie sobie pierwszy parlament III Rzeczypos­politej — iluż tam było lansowanych przez KO i UD artystów (znanych aktorów, reżyserów itp.), profesorów, myślicieli etc. Lud wówczas nie wątpił, że „tacy mądrzy ludzie" zbudują polski raj. Wątpili tylko prawicowi malkontenci. Gdy J. Pawlas zapytał S. Murzańskiego (autora książki „Między kompromisem a zdradą"): „ — Kto winien sprawować przywództwo intelektualno-moralne społeczeństwa?", ten odparł: „ — Nie sądzę, by zadaniu temu mogli sprostać niegdysiejsi orędownicy komunizmu, lansujący obecnie teorie europejskiej wspólnoty, pozbawionej narodowej odrębności. Istota ich destrukcyjnej działal­ności jest taka sama — niwelacja tożsamości narodowej". Lud wszakże bardziej był zdegustowany destrukcyjną działalnością „Salonu" w sferze gospodarczej, działalnością, która skutkowała pustymi kieszeniami i talerzami, więc A. D. 1993 (listopad) odesłał „Salon" na ławkę rezerwowych, a na murawę wpuścił zno­wu czerwońców — „chłopów" (ludowców) plus „komuchów" (postkomunistów). Inaczej mówiąc: lud, widząc co robi z „tą Polską" inteligencja, zagłosował na „chamów" wszelakiej maści, i długo mu to jeszcze nie chciało przejść.

Dla Unii Demokratycznej ta porażka była przykrością, lecz zarazem była „mniejszym złem". Gdy sondaże już nie dawały jej szans na kolejną kadencję — „partia ludzi światłych" robiła co mogła, by schedę przejęli partnerzy z „okrągłego stołu". J. Pa­rys (minister w chwilowym rządzie J. Olszewskiego) tak wtedy (1993) to komentował: „ — Unia Demokratyczna jest gotowa oddać Polskę w ręce komunistów, byle nie oddać jej w ręce prawicy. Od zimy do wyborów UD zrobiła wszystko, żeby do takiego wyniku wyborów doszło. Tak były ustawione media, które rząd całkowicie kontrolował".

*   *   *

To tyle na temat „sons gravissimus" — głównego partyjnego winowajcy wszechstronnej zapaści III RP. Mój wywód, jako krótki, nie mógł się obyć bez uproszczeń; exemplum: wrzucenie efemerycznych rządów J. K. Bieleckiego (1991), szefa partii KL-D (Kongres Liberalno-Demokratyczny), do wspólnego kotła z UD, ale jak słusznie pisał J. Puchalski (1991): „KL-D w wielu taktycznych posunięciach jest blisko Unii Demokratycznej, m.in. realizując politykę monetarną L. Balcerowicza". Wkrótce (1994) KL-D sama wrzuciła się do tego kotła, łącząc się z UD, który to ślub dał UW — Unię Wolności, nowe partyjne godło „Salonu".

Pod kotłem paliło wielu prominentnych członków „Salonu", lecz bez wątpienia czterema palaczami głównymi byli przez minione piętnaście lat: czerwony harcerz, honorowy gensek, postępowy katolik i święty guru. Dzięki nim „Salon" cwałował i cwałuje opiniotwórczo jak burza. W następnej części książki krótkie charakterystyki tych czterech jeźdźców.

 

Część   IV

CZTERECH JEŹDŹCÓW „SALONU"

1. Czerwony harcerz

Jedyny spośród czterech jeźdźców, który już umarł. W piętnastym roku III Rzeczypospolitej zmarło dwóch popularnych Jacków K. — J. Kaczmarski („bard «Solidarności»") i J. Kuroń (bard KOR-u). Zatem wobec obu pióro winno się przed pisaniem wzdragać, bo jak uczyli starożytni: na temat umarłych trzeba mówić tylko dobrze lub nie mówić wcale („de mortuis nil nisi bene" vel „de mortuis aut bene aut nihil"). Gdyby traktować to przykazanie serio, nikt nigdy nie mógłby słowa rzec o Hitlerze czy Neronie, i w ogóle historiografia nie istniałaby jako dyscyplina naukowa — uprawianoby wyłącznie hagiografię. Jednak ten problem (zwłaszcza kiedy świeży) puka do sumienia, i niejeden dręczył się nim już. Exemplum „Kisiel". Po śmierci członka peerelowskiego „Salonu", prof. K. Grzybowskiego (1970), które­go uważał za „koniunkturalnego wazeliniarza, perfidnego tchó­rza tudzież krakowskiego błazna, gotowego wysługiwać się wszelkim reżimom" — „Kisiel" wzdragał się użyć o nim tych słów. Chciał, lecz się wahał: „Tyle, że «de mortuis...». Ale ja pamiętam jego czasy stalinowskie! Co zrobić z za dobrą pamięcią?". I użył.

Ten sam problem miałem ja (co zrobić z za dobrą pamięcią?), słysząc i czytając (w prasie wszelkich odłamów) bombastyczne peany nad grobem „wielkiego Polaka", J. Kaczmarskiego, jakby wszystkich ogarnęła amnezja i jakby nie liczyło się, że ów „bard" przez całą drugą połowę lat 90-ych opluwał polski Kościół, „polski antysemityzm" i wszelkie „polactwo" hurtem. Wyemigrował do Australii (później wrócił), tłumacząc, że robi to dlatego, iż nienawidzi Polaków (sic!). Tam udzielał prasie wywiadów, w których wszystko co polskie (papieża, religię, patrio­tyzm itd.) odsądzał od czci i wiary grubymi słowy, bez przerwy wałkując mantrę „polskiego antysemityzmu". Lecz może ci ogarnięci zbiorową amnezja nie czytali tych jego wywiadów i wspominków (ja czytałem, bo Polonia australijska przysyłała mi gazety), i dlatego nie wiedzą, tak jak mało kto wie, iż godzinę przed śmiercią ów wojujący Żyd pojednał się na wiedeńskim szpitalnym łóżku z chrześcijańskim Bogiem, przyjmując wiarę katolicką, którą tyle lat ganił jako wredny kult. Tak na wszelki wypadek...

Kuroń, bard „czerwonego harcerstwa", trockizmu i KOR-u, był przez całe życie równie zagorzałym wrogiem Pana Boga i krzyża (nawet enkawudystę Bieruta nienawidził za to, że ten wziął raz udział w kościelnej procesji — określił wtedy Bieruta jako „zdrajcę"). Był również konsekwentnym lewakiem, chociaż ewoluował taktycznie (pragmatycznie) od stalinizmu i skrajnego goszyzmu do liberalnego (różowego) lewactwa „Salonu" III RP. Gdy po kilkudziesięciu latach znajomości (kiedy skompromitowany całkowicie komunizm już się walił) W. Lenkiewicz spytał Kuronia: „ — Czy wyleczyłeś się wreszcie z komunizmu?", ten twardo odparł: „ — Jestem i pozostanę marksistą!". Był i pozo­stał do końca życia czerwonym harcerzem — prowadził jako harcmistrz stalinowskie harcerstwo i nigdy nie przestał być harcerskim luzakiem, noszącym wytartą dżinsową kurtkę nawet wtedy, gdy jako podstarzałemu dygnitarzowi przypinano mu wstążki orderów.

Według jego wielbicieli, powołujących się na Komitet Obrony Robotników, na „ kuroniówki" (zasiłki) i na „zupę Kuronia" — był tzw. dobrym człowiekiem. Właśnie przez to inni „dobrzy ludzie" kochali go, płakali u jego trumny i wychwalali epitafiami oraz epitafijnymi publikacjami jako niezmordowanego dobroczyńcę, „brata-tatę", naturę arcyszlachetną, zawsze gotową do poświęceń dla bliźnich. Miały go też za to kochać miliony szarych rodaków — w pierwszej dekadzie III RP przez kilka lat wszystkie sondaże wskazywały, że jest politykiem najpopularniejszym: 72%-78% zwolenników. Słowem „żelazny elektorat", właściwie aklamacja, ergo: murowana prezydentura, w cuglach! Lecz coś chyba było z tymi sondażami nie tak, bo życie boleśnie zweryfikowało to poparcie — zredukowało do poparcia jedynie przez elitę salonową i przez okołosalonowych „użytecznych idiotów". Gdy w 1995 Unia Wolności (był jej współzałożycielem i wice­przewodniczącym UD) wystawiła Kuronia na arenę elekcji prezy­denckiej — mimo gigantycznych starań propagandy („Gazeta Wyborcza" i inne media UW szalały wprost), zainkasował ledwie... 9% głosów, co było kompromitacją. Wyborcy nie okazali się dobrymi ludźmi i „popędzili" różowy „Salon", woląc czerwonego oczywistego, a nie farbowanego na różowo liska. Aż żal było wtedy salonowych „dobrych ludzi", gdy się widziało ich oczy „szeroko zamknięte" wskutek szoku. B. Geremek mógł powtórzyć swoje zdanie sprzed kilku lat, iż „społeczeństwo polskie nie dojrzało do demokracji".

Własne dojrzewanie do demokracji Kuroń opisał w kilku (sześciu czy siedmiu) wspomnieniowych książkach. Mimo że są one napisane „ze szwungiem" (miał i „gadane", i pióro; wzorem rasowych demagogów potrafił i krzykiem, i drukiem wmawiać ludziom co tylko chciał) — zyskały aprobatę ledwie kilku pro­cent czytelników. Były powszechnie wykpiwane („Moja zupa" zyskała uliczne, przedrzeźniające nazwy: „Moja kupa" i „Moja d..."), a poważni komentatorzy nie zostawili na tych memuarach-„wybielaczach" suchej nitki (chwaliła je tylko sfora re­cenzentów pracujących dla „Salonu"). Krakowska „Arka" no­minowała dzieło Kuronia „Spoko!, czyli kwadratura koła" do Nagrody Intelektualnego Knota Roku (1992), i nawet okołosalonowa „Rzeczpospolita" wkurzyła się (piórem K. Masłonia), wi­dząc liczbę „zafałszowań, przemilczeń i prymitywnych sądów" w kuroniowej pracy pt. „PRL dla początkujących" (1995), stąd dała książce notę: „Ręce opadają! ".

Ręce opadają jeszcze niżej (razem ze szczęką), gdy się czyta najważniejszą książkę J. Kuronia, „Wiara i wina — do i od komunizmu" (1989). Mnie opadły niegdyś bardziej niż komukolwiek innemu, bo jako bibliofilowi udało mi się zdobyć ten egzemplarz dru­giego (pierwszego krajowego) wydania (1990), który Kuroń podarował szefowi bezpieki schyłkowego PRL-u, genera­łowi Kiszczakowi (egzemplarz ów sprzedała antykwariuszowi pani Kiszczakowa!). Widnieje tam nakreślona długopisem dedy­kacja autora dla obdarowanego:

„Panie Czesławie, może ta dedykacja Pana skompromituje w tzw. pewnych kręgach (mnie w innych), ale pragnę oświadczyć, że jestem pełen podziwu dla Pana osobiście i roli jaką Pan odegrał w naszej «pokojowej rewolucji».

Jacek Kuroń 11 czerwca 1990".

Ów podziw dla oberszefa esbeckich skrytobójców (używali na­wet trucizn — w Radomiu próbowali wykończyć przy pomocy zatrutej herbaty czołową działaczkę „Solidarności", A. Walentynowicz) jest prostą kontynuacją sofizmatów Kuronia na temat własnej ewolucji od PZPR-u do „okrągłego stołu". „Wiara i wina", kluczowa ekspiacyjno-wybielająca pozycja ober„dobrego człowieka", pisana jest, można rzec, „z sercem na dłoni". Rozczulająca szczerość, typowa dla „dobrych ludzi", którzy (po tym można ich poznać) nawet gdy kłamią, to patrzą uczciwie w oczy, i jeśli nawet popełniają jakąś nikczemność, to tylko w walce o byt lub żeby nie wyjść z wprawy. Jawi się spomiędzy tych kilkuset stron błędny rycerzyk — przepraszam: błędny harcerzyk (nie mogący uniknąć błędów) — notoryczny (regularny) prawiczek o naiwnej duszyczce, gołębim sercu i bardzo bystrym wzroku, dzięki któremu widzi, że świat wokół niego to tylko wielka platforma odchodów, które jednak harcerz, przez swą wzniosłą łatwowierność, co i rusz bierze w rączki albo miesi zapalczywie dla dobra odchodowej (dochodowej) idei, utopii czy doktryny, by po niejakim czasie zauważyć (ten bystry wzrok!), że się ubrudził, więc dla obmycia z fekaliów nurkuje w rwący nurt historii i wychodzi na drugim brzegu, by dopiero tam spo­strzec, że wskutek pomyłki znowu przepłynął szambo, co rodzi konieczność samobiczowania nim nie porwie go kolejny rycerski miraż zbawiciela bliźnich, przynoszący kolejną czystą motywację i wkrótce kolejne rozczarowanie, które jest karą za lewico­we marzycielstwo pięknoducha. Jak w tym starym powiedzonku:

„Za wszystkie dobre uczynki spotka cię zasłużona kara". Bied­ny „dobry człowiek" — fatum dziejowe płatało mu tyle brzyd­kich figlów! Wreszcie jednak dorósł do demokracji, po wielu latach „błędów i wypaczeń". Niestety — „społeczeństwo nie dorosło".

Pierwsza demokracja, którą obstawił J. Kuroń, to była „demo­kracja ludowa", czyli anty demokracja — stalinowski zamordyzm. Wyniósł tę skłonność z domu, gdyż jego ojciec był „nało­gowym bezbożnikiem" i aktywnym komunistą. Jako młodzian nieletni, czytał Kuroń z zapałem stosy literatury komunistycznej, od dzieł Marksa do dzieł Stalina, a jego ulubioną bajeczką by­ła praca Lenina „Państwo i rewolucja" („Ta ostatnia wywarła na mnie szczególne wrażenie"). Kiedy tylko się upełnoletnił, wstąpił do partii (wtedy, gdy dokonywała ona rzezi patriotów), a swoją dziewczynę zapewniał: „ — Kocham cię prawie tak sa­mo jak partię!". Dzięki tej miłości szybko awansował — został kierownikiem Wydziału Propagandy ZS ZMP. Propagandystą był wybornym: Piłsudskiego prezentował jako „faszystę", akowców jako „bandytów" i morderców Żydów (powtórzy te kalumnie później w jednej ze swych książek, w latach 90-ych!), etc. No­tabene patrioci-antykomuniści będą przezeń flekowani zawsze. Na starość Kuroń-dygnitarz państwowy, za inicjatywę lustracyjną obrzuci stekiem wyzwisk ekipę premiera Olszewskiego: „Nie­przejednani patrioci, niepokalani rycerze najjaśniejszej Rzeczypospolitej! Całe życie marzyli o wielkim oczyszczeniu, o naro­dowym powstaniu, które zmiecie komunę i wymierzy ostateczną sprawiedliwość! Chwalić Boga, nie spełniły im się te marze­nia". Którego Boga, panie Jacku?

Natomiast marzenia towarzysza Jacka spełniały się jedno po drugim. Partia, widząc, że słowami włada jak cyrkowy żongler piłeczkami, zleciła mu wychowywanie pokoleń młodszych od zetempowców: przejął harcerstwo. Przejął i stworzył „walterowców", czyli „czerwone harcerstwo", najbardziej upadlającą ze wszystkich młodzieżowych organizacji, jakie kiedykolwiek po­wstały w Polsce, istną komunistyczną Hitlerjugend. Zabronił dzieciakom śpiewania tradycyjnej „Roty" jego „czerwoni harcerze" śpiewać musieli o chwale bolszewizmu. I to nie po polsku. Ówczesny „czerwony harcerz", A. Michnik, wspominał później: „Bez sentymentu nie umiem myśleć o tej gromadce chłopców i dziewcząt, która latem 1958 roku w czerwonych chustach nawiedzała chłopskie zagrody, śpiewając piosenki po rosyjsku i po żydowsku". Michnik zapamiętał też, że wśród har­cerzy Kuronia panował „nastrój komsomolskich idealistów".

Kuroń podsycał ów idealizm, zalecając ścisłą współpracę z mili­cją i bezpieką (proszę przeczytać jego książkę o harcerstwie, dro­dzy salonowcy!). Jeszcze w roku 1995 „Gazeta Polska" przypo­minała, że harcmistrz Kuroń wygłaszał szkolne prelekcje, agitu­jąc dzieci, by donosiły na swych rodziców słuchających „wra­żych radiostacji" imperializmu. Wiem, że za to dawanie wzoru Pawlika Morozowa bił się w piersi później, i wiem, że człowiek może się jak Szaweł zmienić, ale wiem też, że pewne cechy cha­rakteru, pewne inklinacje mentalne, choćby minione, durno-młodzieńcze, mówią o człowieku, o jego duszy, coś ważnego, coś wedle diagnozy „ten typ tak ma".

Zmieniać się Kuroń zaczął w drugiej połowie lat 60-ych. Nie od swojej i Modzelewskiego propozycji przerobienia partii komu­nistycznej na bardziej komunistyczną czyli trockistowską („List otwarty do członków PZPR"), za co partyjna wierchuszka sko­pała mu tyłek, lecz od roku 1968, czyli od antysemickich sza­leństw reżimu. W latach 70-ych był już „opozycjonistą" peł­ną gębą, a w roku 1980 jego żoliborskie mieszkanie stało się nie tylko centralą KOR-u, lecz i centralą telefoniczną — tam dzwo­nili wszyscy dysydenci i stamtąd dzwoniono po całej Polsce, jak również do zagranicznych gazet tudzież agencji prasowych, sie­jąc propagandę antyreżimową. A bezpieka jakoś nie umiała tele­fonu Jacka K. wyłączyć! Może dlatego, że nawet nie próbowała. Sam ryżowłosy gensek ze Śląska, E. Gierek, dziwił się później („Przerwana dekada", 1990): „ — Jakimś dziwnym trafem te­lefon Kuronia działał bez usterek, nie było żadnych awarii. Są­dzę, że odpowiedni funkcjonariusze pilnowali, aby nic się w tej bezcennej dla Kani aparaturze nie zepsuło". Czy można się dzi­wić, że prawicowcy mówili o „opozycji licencjonowanej"?  Żar­ty skończyły się jednak, gdy gen. Jaruzelski wprowadził „stan wojenny" — przywódcę KOR-u znowu zapuszkowano.

„Stan wojenny", co wszyscy wiedzą, był efektem powstania i rośnięcia w siłę Wolnych Związków Zawodowych, a te były efektem masowych strajków 1980 roku. 

Ówczesną rolę KOR-u tak wspomina (2003) jeden z pierwszych współzałożycieli WZZ, K. Wyszkowski: „ — Podkreśla się dziś chętnie, że bez «stanu wojennego» nie byłoby «okrągłego stołu». Owszem, bez czołgów i ZOMO, bez zniszczenia pierwszej «Solidarności», nie udałoby się przerobić Kuronia, Geremka, Michnika i Mazowieckiego na przywódców narodu, bo przed 13 grudnia 1981 oni wcale takiej pozycji nie zajmowali (...) Wobec kuroniady długo mieliśmy złudzenia, gdyż Kuroń potrafił ukrywać rzeczywiste motywy swoich działań. Nie wiedzieliśmy, że KOR to typowa leninowska jaczejka, składająca się z kadrowej partii wewnętrznej i otaczającego ją środowiska tzw. pożytecznych idio­tów. Złudzenia straciłem późno, bo nie brałem wtedy pod uwa­gę trwałego porażenia złem, jakie zostawia w człowieku zaangażowanie w leninizm (...) W sierpniu 1980 roku i władze, i lewica korowska, tzw. eksperci i doradcy, mieli wspólny program — za wszelką cenę nie dopuścić do powstania prawdziwie wolnej organizacji związków zawodowych. Kuroń przyjechał do Gdańska z chytrze skonstruowanym planem działań, który (gdyby został przyjęty) zniweczyłby nasze długotrwałe starania. Przyjechał jako działacz niezależnej struktury opozycyjnej, a działał niczym wysłannik jakiegoś powołanego przez władze sztabu kryzysowego (...) Kuroń przywiózł też, wręcz zbrodniczy koncept zniszczenia dzieła strajku. Podczas strajku tzw. doradcy usilnie namawiali nas do rezygnacji z prawa do tworzenia wolnych związków zawodowych (...) Ustalenie źródeł koncepcji nałożenia «Solidarności» kagańca powinno być jednym z pilniejszych zadań badawczych dla historyków IPN".

Założycielowi i faraonowi Komitetu Obrony Robotników jakoś nigdy nie udało się zdobyć zaufania robotników. Ostatni raz przekonał się o tym roku 1994, gdy gniewni proletariusze nie wpuścili go do klubu „Ursus", gdzie przyjechał, by z nimi rozmawiać. Czekał pod drzwiami prawie godzinę i musiał odjechać jak niepyszny. Wrogość tych robociarzy wobec Kuronia wynikała z dawnych jego „zasług", pacyfikujących „Solidarność", i ze świeżych, ministerialnych, bo dopiero co pełnił funkcję ministra w ekipach T. Mazowieckiego i H. Suchockiej.

Że dawny trockista zostaje dygnitarzem państwowym — to nic dziwnego; dla lewicowej Europy wprost reguła (były goszystowski bojówkarz, J. Fischer, został niemieckim ministrem spraw zagranicznych; były maoista, Portugalczyk J. Barroso, został przewodniczącym Komisji Europejskiej UE; etc.). Ale że lewak zostaje ministrem fatalnym dla proletariatu — to już sprawa przynajmniej terminologicznie osobliwa. Kuroń był fatalnym ministrem pracy, gdyż zamiast pracy dawał ludziom zupki przed kamerami i w blasku fleszów, nosząc kucharski czepek na głowie. Jak to „dobrzy ludzie". Źli ludzie krytykowali go za to mocno. Prof. A. Tymowski: „Minister nie może kłaść głównego akcentu na zbieranie jałmużny". „Kisiel": „Kuroń rozzłościł mnie, gdy jako minister pracy i spraw socjalnych, zamiast uczyć ludzi jak mają szukać pracy w nowym ustroju, mówił tylko o filantropii, radził gdzie i jak zebrać, dokąd zgłaszać się po branie zasiłków". Prof. J. R. Nowak: „Stał się jaskrawym przykładem bezgranicznej niekompetencji, której koszty odczuwamy po dziś dzień. Efektem tej jego niekompetencji, braku walki z bezrobociem i fatalnego braku polityki społecznej, było bezrobocie 2 600 000 osób (...) Kompetencje Kuroń zastępował ckliwym sentymentalizmem ".

Ale tak właśnie, dzięki taniemu aktorstwu i „ckliwemu senty­mentalizmowi", rodzi się idolatria. Czerwony harcerz stał się maszynką różowego „Salonu" do uwodzenia rzesz półinteligentów i biedaków. Prof. A. Sarapata (tekst „Idol", 1995); „Jacek Kuroń posiada wielki kunszt aktorski, wie dobrze jak «grać», jak zręcznie blagować. Bez zająknienia mówi o «gigantycznych rozmiarach zaniedbań», słowem nie wspominając o swym resortowym podwórku, za które jest odpowiedzialny. W spo­łeczeństwie naszym, pobłażliwym wobec nierzetelności i bra­ku kwalifikacji, tęskniącym za idolami i bohaterami, mistrz autoreklamy zdobywa powszechne uznanie i zaufanie. Nieudolny, nierzetelny, blagier, lecz «rozumiejący ludzi», «troszczący się» o nich, mówiący, że «serce go boli», dowcipny, nie gardzący kielichem, «nasz»".

Wśród Polaków „niegardzenie kielichem" zawsze było cnotą, ale cudzoziemców trochę zdumiewało, że to cnota ministerialna. Znany francuski ekonomista, G. Sorman, po wizycie w Polsce i zetknięciu się z J. Kuroniem pisał: „Wódka jest obecna już od rana w biurze ministra. On nie tyle pije, co wręcz tonie wewnątrz szklanki. Fioletowy, wrzeszczący, dziwny, przekrzykuje i nie słucha pytań. Czy nie runie przy mnie na podłogę? (...) W jakim innym kraju taki Kuroń byłby ministrem?". Niestety, prócz opisów zostały i zdjęcia. Znany papieski fotografik, A. Bujak: „ — Są fotografie, które ścinają człowieka z nóg. Proszę sobie wyobrazić, zasiadam w jury Ogólnopolskiego Konkursu na Fotografię Prasową. Otwieramy kopertę i cóż widzimy? Towarzysz Kuroń, z białkami wywróconymi do góry, z rozpiętymi spodniami...".

Lecz przecież zawsze i z rozpostartymi ramionami, co jest typowe dla „dobrych ludzi" — rozpostartymi zwłaszcza wobec komunistów (exemplum gwałtowna obrona SLD przez Kuronia na łamach „Gazety Wyborczej" w szczytowym momencie tzw. „sprawy Oleksego", gdy wałkowano tegoż agenturalność) i wobec peerelowskich nomenklaturowców tudzież esbeków, których z upodobaniem przyjmował do pracy, dając wysokie stanowiska (jak choćby byłego członka KC PZPR, J. Szretera, czy byłego zastępcę Kiszczaka, płk. A. Gdulę). „Express Wieczorny" pisał wtedy (artykuł „Esbek u Kuronia", 1993): „Po ministerstwie rozniosła się fama, ze Kuroń ma wobec Gduli dług wdzięczności z dawnych czasów". Gorzej było z długiem wdzięczności wobec dawnych wyrobników KOR-u, których Kuroń do ministerstwa nie ciągnął. „Tygodnik Solidarność" pisał o nich, że „mają wszelkie powody czuć się przegranymi. Bo kiedy było ciężko, i trzeba było nadstawić karku, przewieźć bibułę, byli potrzebni, ale kiedy w wolnej Polsce rozdzielało się posady, funkcje i zaszczyty — już nie". Kuroń, odpierając zarzut, iż faworyzuje esbeków, burknął: „ — Potrzebni mi są fachowcy z kompetencjami!". Naiwni eks-towarzysze walki mieli kompe­tencje do czegoś innego — nie te, co trzeba. Byli tragarzami KOR-u, ale nie członkami różowego „Salonu" — cecha dyskwalifikująca tout court.

2. Gensek honorowy

Gdyby trzeba było scharakteryzować prof. B. Geremka jednym zdaniem, rzekłbym tak: bardzo sympatyczny pan, który wyzna­je bardzo niesympatyczne poglądy i stosuje bardzo niesympatycz­ne chwyty. Lecz profesor, który zawsze kochał grać role królów, a nie role halabardników, obraziłby się, gdybym poświęcił mu tylko jedno zdanie, bo przecież J. Kuroniowi poświęciłem kilka stron. Więc ad (ge)rem.

Kiedy już wspomniałem raz jeszcze Kuronia, zacznijmy od je­go opinii o Geremku. Któregoś dnia Kuroń wytłumaczył jednemu z braci Kaczyńskich: „ — Ty się nie dziw, że Geremek jest czę­sto przeciwko różnym przedsięwzięciom. On je ocenia w zależ­ności od tego, czy sam w tym uczestniczy i odgrywa czołową rolę, czy nie. Jeśli nie odgrywa, to jest źle, jeśli odgrywa, do­bre. No, każdy ma w sobie trochę tego rodzaju tendencji, ja oczywiście też, ale jednak jestem w stanie powiedzieć o czymś coś dobrego, mimo że w tym nie uczestniczę, a Geremek nie".

Mimo że ja nie uczestniczę w różowym „Salonie" pana Ge­remka i spółki, „jednak jestem w stanie" powiedzieć o nim (o Geremku) coś dobrego: ten człowiek ma wygląd biblijnego (starotestamentowego) proroka-arystokraty. Zauważono to już dawno. Pewien rozmówca red. J. Paradowskiej (dziennikarskiej gwiazdy czerwonej „Polityki") tak jej opisał Geremka: „ — Typ arystokraty. Nie słucha ludzi, jeżeli z góry założy, że nie mają mu nic do powiedzenia. Moim zdaniem jest to jego dramat i dramat wielu polityków jego obozu (...) Ma dar stwarzania konfliktów". O geremkowskim darze stwarzania pozorów arystokratyczności-monarchiczności-profetyczności (a przy okazji o si­le różowego Salonu Wpływu jako swoistej „grupy trzymającej władzę") pisał też J. Urban („Atlas Urbana"): „Geremek nale­ży do trzech-czterech ludzi, którzy rządzą Polską. Zabawne, że mając taki łeb i taką władzę, dba o to, aby tę swoją rolę ak­centować i uzewnętrzniać każdym słowem i gestem. Mówi, pod­kreślając intonacją, że cokolwiek wypowie, ma to wartość i wa­gę worka złota. Nosi się jak monarcha, na oczach milionów wręcz puchnie od ważności. Takie przedstawienia urządzają so­bie na ogół ludzie, którzy władzy nie mają, lecz obnoszą tylko jej pozór. Tymczasem to polityk poważny i rozważny, a władzę ma rzeczywiście. Jednym słowem, facet wyjęty jakby z prowin­cjonalnego teatrzyku, który nieudolnie i mozolnie udaje kogoś, kim rzeczywiście jest".

Kim rzeczywiście jest Geremek ustalał m.in. prof. J. R. Nowak, pomieszczając biogram w „Czarnym leksykonie" (1998); warto zaczerpnąć stamtąd kilka sądów: „Przy każdej okazji profe­sor Geremek stara się, z wielkim napuszeniem, stworzyć obraz człowieka obdarzonego swego rodzaju posłannictwem, wręcz

misją dziejową (...) Zawsze kojarzył mi się głównie z postacia­mi wielkich faryzeuszy z historii. Dobrotliwe miny i pełen na­maszczenia i zatroskania o rodaków głos ukrywały niemałe stężenie jadu, z jakim czaił się na swych przeciwników, lecz umiał zawsze dobrze ukrywać te mniej nobliwe swoje uczucia i z rzadka tylko zawodziły go nerwy (...) Reklamowany w «ró­żowych» mediach jako niezwykły umysł, największy z geniuszy politycznych (...) Dość powszechnie był i jest oceniany jako mistrz zakulisowych manipulacji (...) Jest prawdziwym mi­strzem dezinformacji i kłamstwa. Gdyby byt średniowiecznym władcą, na pewno przeszedłby do historii z przydomkiem «Kłamliwy» (...) Umie z dnia na dzień zaadaptować na swe potrzeby pogląd, który był mu obcy jeszcze wczoraj (...) Szara eminencja UD, a później UW (...) Unijny guru".

Nie ze wszystkimi tezami prof. Nowaka się zgadzam, sądzę bowiem, iż co najmniej dwie z tych opinii lepiej pasowałyby do A. Michnika — jako średniowieczny władca ksywkę „Kłamli­wy" prędzej zyskałby wybiórczy „Adaś" niż unijny „Bronek", i również tamten, a nie Geremek, jest od dawna salonowym guru nad Wisłą. „Guru" to mentor, mistrz, belfer, i takiego właśnie opiniotwórcę-przewodnika, zwornik „Salonu", tubę definitywną, gra już piętnaście lat szef „Gazety Wyborczej", z dużym skut­kiem, bez dwóch zdań. Prof. R. Legutko: „Wpływ Michnika na niektórych ludzi jest tak duży, a jego retoryka tak silnie działa­jąca, że pojawiła się rzesza osób, które przyjęły jego schemat jako słowo objawione. Mówią one «Michnikiem» i myślą nim w sposób bezrefleksyjny; od krytycznego namysłu powstrzymuje je mocne przekonanie, ze skoro Mistrz walczy z Ciemnogro­dem, to krytykować go może również tylko Ciemnogród". Nato­miast B. Geremek nie pretenduje do roli guru, gra raczej patriar­chę „Salonu", autorytet olimpijski brodaty, swoistego Jowisza czy Jehowę po świecku, rzeczywiście będąc „szarą eminencją" różowego Salonu Wpływu w naszym państwie. Współzakładał i ROAD, i Unię Demokratyczną, i Unię Wolności, nigdy jednak nie został przewodniczącym tych partyjnych struktur — zawsze sterował partią „Salonu" z tylnego siedzenia (tuż za plecami szofera), ergo: spoza kulis. Anglosasi zwą podobnych sztukmi­strzów: „wire-puller" (machinator; ten, który rusza sznurkami marionetek). Był i jest wiecznym gensekiem honorowym (rosyj­skie „gensek" — generalny sekretarz partii), ale praktycznie mającym realną władzę naczelną. Taki „pułkownik czyli generalissimus". Jak symbol brzmiało otwarcie przez formalnego szefa UD jej kongresu: „ — Oddaję obrady w doświadczone i spraw­dzone ręce Bronisława Geremka". J. R. Nowak: „Dla kosmo­politycznych elit «warszawki» i «krakówka» nie ma większego polityka niż Geremek".

Ten „największy polityk", przemawiając do krajów Europy w Strasburgu (przemawiał jako deputowany Parlamentu Europej­skiego — lipiec 2004), ubolewał, że Polska była długo, wbrew swej woli, odcięta od Europy cywilizowanej. Nie dodał tylko, że tę Polskę odcięła wysługująca się Kremlowi partia renegatów, w której on pracował (i to jako lokalny VIP) przez całe osiemna­ście lat. Rzekł również wtedy: „ — Znacie mnie, znacie mój ży­ciorys". Miał na myśli ostatnie piętnaście lat — reszta jest mil­czeniem. Nieładnie tak manipulować prawdą, „panie Bronku”!

Profesor Geremek, uczony, badacz, historyk, to jeden z ży­wych dowodów, iż kolaboracja inteligencji polskiej z czerwoną dyktaturą — owa „faustowska transakcja z komunizmem" — nie obejmowała tylko pisarzy, poetów i artystów, lecz również renomowanych naukowców. O tej kooperacji między elitą twór­czą a totalitaryzmem tak mówi Geremka „kolega po fachu", też historyk (tylko antykomunistyczny), prof. T. Strzembosz: „Bar­dzo istotny jest problem postaw ludzi pióra, nauki, mass me­diów, którzy kolaborując z tym specyficznym systemem okupa­cyjnym lat 1945-1989, określanym jako PRL, wyrządzali szcze­gólne szkody (...) Promowano wtedy karierowiczostwo, służalstwo, zaś karano niezależność myślenia, patriotyzm, tożsamość narodową. Pedagogika kłamstwa, schizofreniczny rozziew mię­dzy wzorem człowieka lansowanym przez literaturę i mass me­dia a wzorem rzeczywiście akceptowanym i popieranym przez władze, stanowiły jeden z najboleśniejszych aktów niesprawie­dliwości społecznej (...) Do PZPR wstępuje magister, doktor, profesor, pisarz, człowiek dojrzały, zorientowany w świecie. Fakt, że tacy ludzie, należący do elity, wspierali ten system, jest jednym z powodów zachwiania równowagi moralnej społe­czeństwa, swoistego zatrucia". Polonijny dziennikarz, Z. Koreywo, ujął to mniej akademicko i trochę krócej: „Trzeba było być nie lada świnią, by zgodzić się na piastowanie choćby podrzęd­nej funkcji w aparacie partyjnym PZPR-u". B. Geremek był se­kretarzem Oddziałowej Organizacji Partyjnej PZPR Uniwersytetu Warszawskiego.

Jako historyk zasłynął prof. Geremek pracami o proletariacie i o „ludziach marginesu" (mętach i przestępcach) średniowiecz­nego tudzież renesansowego Paryża. Pisząc o prostytutkach, na­pomknął: „Czasy renesansu wytwarzają nieznaną chyba w śre­dniowieczu kategorię kurtyzan wykształconych (...) Czy prosty­tutki te miały własną organizację?". Nie wiadomo (autor nie rozstrzygnął tego problemu). Wiadomo natomiast, że wykształco­ne prostytutki epoki PRL-u miały organizację o nazwie PZPR. Po upadku komunizmu niejednokrotnie pytano Geremka dlaczego wstąpił do tej prosowieckiej partii. Odpowiadał: „ — Wstąpiłem, bo uważałem, ze istnieje zespól fundamentalnych wartości, któ­re mnie z tą partią wiążą (...) Sądziłem wtedy, że komunizm jest młodością świata". Sądził tak, gdy PZPR masowo mordo­wała patriotów. Sądził tak, gdy jego uczelniana komórka partyjna piętnowała desperacki bunt poznańskich robotników (1956) jako „wichrzycielstwo wrogów narodu polskiego budującego socja­lizm" (wytłumaczył swą nieświadomość faktem, że wówczas był w Paryżu). Sądził tak, gdy swym piórem apologetyzował totali­tarny ustrój (R. Bender: „Bronisław Geremek, będąc w partii, pisał panegiryki o PRL-u i o komunistycznym raju, wychwala­jąc «chorążego pokoju», Józefa Wissarionowicza"). Sądził tak bardzo długo.

Wystąpił z partii A. D. 1968. „Wstąpiłem do PZPR z iluzji, i wystąpiłem, gdy te iluzje straciłem". Rzekomo stracił je do­piero wtedy, bo wówczas Sowieci najechali Czechosłowację (gdy wcześniej najechali Węgrów, to mu nie przeszkadzało). Wydaje się jednak, że motywem głównym stała się ówczesna kampania antysemicka prowadzona przez „górę" PZPR-u. Syn warszaw­skiego rabina, ocalony z Holocaustu dzięki gojom, państwu Geremkom (stąd nowe nazwisko), którzy jak tysiące innych pol­skich rodzin uprawiali „tradycyjny polski antysemityzm" prze­chowując sekretnie Żydów, choć groziła za to (i często była eg­zekwowana) automatyczna kara śmierci dla całej łamiącej nie­mieckie prawo rodziny — nie mógł Geremek pozostać obojętnym na antysemickie represje własnej partii. Jednak marksistą nigdy być nie przestał; jeszcze w 1994 roku zapewniał, że „upadek marksizmu jako doktryny politycznej nie oznacza porażki inspi­racji marksistowskiej".

Legendą obrosła, przez kilka lat była porzekadłem i zasiliła dzieje semantycznego kuglarstwa tudzież fałszów geremkowska wykładnia faktologii. Już w III RP — wskutek być może lapsusu językowego, lecz niewykluczone, że i przez rutynę stosowania sofizmatów — Geremek powołał się na coś, co nie było prawdą. Kiedy mu błąd wytknięto, tłumaczył się, że gdzieś o tym prze­czytał, więc musi to być fakt — „fakt prasowy". Później geremkowskimi „faktami prasowymi" zwano w Polsce wydru­kowane kłamstwa. Odwracając całą tę wpadkę — można chyba uznać za kłamstwa fałszowanie rzeczywistości metodą niedrukowania faktów. Biogram B. Geremka zamieszczony przez biogra­ficzne kompendium „Kto jest kim w Polsce" (1993), a zmaj­strowany przez niego samego — ma ciekawe życiorysowe luki. Brak tam choćby informacji, że był współredaktorem „Argu­mentów", pisma wojujących ateistów. Bądź faktu jeszcze cie­kawszego — że przez cztery lata (1962-1965) był dyrektorem Ośrodka Kultury Polskiej w Paryżu, czym przecież winien się chlubić! Ale wolał to zamilczeć, skasować, jakby według reguły, że gdy coś jest niewydrukowane, to nie było istniejące — faktu nie było! Zwłaszcza ten drugi, paryski, niewydrukowany-,,nieist­niejący" fakt bulwersuje mocno.

Geremek spędził w Paryżu sporo czasu. Był to Paryż stalinisty Sartre'a, królującego wszystkim europejskim lewakom. I Paryż masonerii twardo walczącej z Kościołem (A. Lenkiewicz, „Typy i typki postkomunizmu":Wszystko wskazuje na to, że opi­nie, m.in. prof. Ryszarda Bendera, o wejściu Geremka w struk­tury masońskie, są całkowicie uzasadnione"; J. Korwin-Mikke: „ — Ogromne wpływy ma u nas masoneria. Niestety, głównie Wielki Wschód, czyli ta najbardziej lewicowa. Jeśli państwo so­bie myślą, ze Geremek zostal zaproszony do Paryża i do Sorbo­ny tak sobie, to się państwo mylą"). Wrogowie Geremka twier­dzili i twierdzą, iż obejmując tam prestiżowe stanowisko dyrekto­ra Ośrodka Kultury Polskiej musiał być agentem peerelowskich „słuzb", gdyż było wówczas absolutnie niemożliwe, aby tak od­powiedzialną funkcję zagraniczną dano komuś spoza „Firmy". Jako przesłankę pomocniczą wskazują jego wściekłość wobec wszelkich prób lustracji (gdy 1990 roku, podczas obrad komisji sejmowej, R. Bartoszcze proponował, by uniemożliwić MSW niszczenie „teczek", bo jest to niszczenie dowodów — zawsze zrównoważony Geremek zsiniał, zerwał się i zaczął nań krzyczeć z taką furią, że nikt nie zrozumiał treści wykrzykiwanych zdań, bo wskutek gniewu krzyczący połykał słowa!). Ale to nie dowód. W roku 1995 „Gazeta Polska" (wówczas jeszcze antysalonowa, czyli antymichnikowska) wydrukowała tekst P. Bączka „Profesor Geremek — stary gracz", i niedługo po tym zamie­ściła „wyjaśnienie" uzupełniające, które tyczyło tzw. „listy Macierewicza" (listy rządowych i sejmowych prominentów, co nie­gdyś byli TW — „tajnymi współpracownikami"): „Minister Macierewicz usunął z listy przekazanej Konwentowi Seniorów nazwisko Bronisława Geremka z powodu braku niepodważal­nych dowodów. Geremek widniał jako TW tylko w odziedziczo­nym po SB zapisie systemu komputerowego (...) i uznano to za niewystarczający dowód".

Równie mocno co prób lustracji, prof. Geremek nienawidzi postulowania dekomunizacji (choć denazyfikację osądza jako akt sprawiedliwości dziejowej), mówiąc: „ — Za monetę o nazwie dekomunizacja nie można kupić niczego wartościowego". Myli się pan, szanowny numizmatyku! Za tę monetę można byłoby kupić wymiecenie z rodzimego cyrku politycznego sfory „ umo­czeńców", co zderatyzowałoby nadwiślańskie życie polityczne, przydając mu więcej godności. Ale rozumiem, że taki akt nie­sprawiedliwości dziejowej przerzedziłby jednocześnie pański „Sa­lon", eliminując zbyt dużą liczbę „moralnych autorytetów"...

Warto tu zauważyć, iż bardzo dzisiaj popularny termin „mo­ralny autorytet", którym „Salon" namaszcza salonowych kory­feuszy, został przylepiony B. Geremkowi jako pierwszemu, ergo: kariera tego określenia zaczęła się od „pana Bronka". Symbo­liczne dla owej autorytetowości moralnej Geremka i ludzi Gerem­kowi podobnych wydaje mi się skojarzenie, jakie miałem ogląda­jąc kilka dni temu dziennik telewizyjny stacji TVN („Fakty"). Dużą sekwencję poświęcono tam problemowi przekupności rodzi­mych sędziów piłkarskich (a propos meczu Wisła Płock—Polonia Warszawa, gdzie sędzia „drukował" wprost bezwstydnie), pięt­nując ten proceder, i użyczono głosu „autorytetowi moralnemu" — emerytowanemu sędziemu piłkarskiemu, który niegdyś, przez dwie dekady PRL-u, był najsławniejszym polskim „sędzią mię­dzynarodowym". Szlachetne wystąpienie tego nobliwego pana musiało do łez rozśmieszyć kibiców-weteranów, którzy pamięta­ją, że za swoich czasów był on żywym symbolem korupcji sę­dziowskiej, nie tylko nad Wisłą — chętnie zapraszano go do sę­dziowania meczów w całej Europie, bo był tani (jak mówiono: „ustawiał" mecz za karton whisky) i nigdy nie odmawiał. Tego typu „autorytetów moralnych" nadwiślański „Salon" wyhodo­wał sobie mnóstwo.

Jako „moralny autorytet" pierwszorzędnego kalibru i jako „ekspert" Geremek zadebiutował roku 1980, udając się do straj­kującej Stoczni Gdańskiej. W. Kwiatkowska („«Solidarność» i opozycja antykomunistyczna w Gdańsku 1980-1989") poda­je, że na warszawskie lotnisko odprowadził Geremka i Mazo­wieckiego pułkownik MSW, który do ostatniej chwili instruo­wał ich: „ — Ten konflikt trzeba rozładować, koniecznie rozładować!". A. Lenkiewicz: „Prawdziwa kariera Geremka rozpo­częła się w sierpniu 1980 roku. Za przyzwoleniem służb spe­cjalnych, razem z Tadeuszem Mazowieckim znalazł się w Stoczni Gdańskiej". Co tam robił? To samo, co J. Kuroń i „eksperci" KOR-u. J. R. Nowak: „Wraz z Mazowieckim próbował nakło­nić stoczniowców do rezygnacji z postulatu niezależnych związ­ków zawodowych (...) Na szczęście stoczniowcy nie posłuchali tych «eksperckich» rad". Jeden ze strajkowych przywódców, A. Kołodziej, tak wspomina („Zaciskanie pięści"): „Geremek i Mazowiecki przekonywali nas, że żądanie wolnych związków zawodowych jest absurdalne (...) Wtedy nie wiedzieliśmy, że Geremek miał jakieś kontakty z Gierkiem. Te rzeczy dotarły do nas później".

W kolejnym roku, 1981, „najlepszy polityk" dalej uprawiał „te rzeczy". J. R. Nowak: „ Odegrał fatalną rolę przy opraco­waniu tzw. porozumienia warszawskiego, kończącego strajk warszawski, doprowadzając do pójścia na zbyt wielkie ustęp­stwa wobec rządu". W. Kwiatkowska: „Historycy są zgodni, ze dokonano wtedy sprytnej manipulacji, która zdezorientowała związkowców". To właśnie wówczas rozwścieczony A. Gwiaz­da, widząc „co jest tu grane", złożył rezygnację z funkcji wice­przewodniczącego „ Solidarności".

W 2001 roku Instytut Historyczny Uniwersytetu Wrocławskie­go wydał solidną pracę zbiorową pt. „Drogi do niepodległości 1944-1956/1980-1989 — nieznane źródła do dziejów najnow­szej Polski". Szczególnie interesujące są tam „nieznane źródła" Stasi (bezpieki enerdowskiej), które upublicznił W. Sawicki. Oto fragment szyfrogramu wysłanego do Berlina przez warszawskiego ambasadora NRD, H. Neubauera, niedługo przed wprowadze­niem „stanu wojennego" (l981): „Miałem właśnie bulwersują­cą rozmowę z, szefem ekspertów «Solidarności», Geremkiem (ściśle związki z międzynarodówką socjaldemokratyczną). Nie wierzyłem własnym uszom. Geremek oświadczył, ze dalsza po­kojowa koegzystencja «Solidarności» i realnego socjalizmu jest niemożliwa w takiej formie jak obecna, zatem nieunikniona jest konfrontacja siłowa. Wobec tego trzeba przesunąć wybory do rad narodowych. Organy władzy państwowej muszą zniszczyć solidarnościowy aparat. Po takiej rozprawie «Solidarność » mogłaby się reaktywować, ale już jako rzeczywisty związek zawodowy, bez Matki Boskiej w klapie marynarki, bez programu gdańskiego, bez ambicji politycznych. Geremek kontynuował: można byłoby zachować tylko siły umiarkowane (...) Nie mogę jeszcze ocenić, czy mówił tylko we własnym imieniu". Brzydko się pan bawił „tą Polską", panie profesorze!

W roku 1988, a także w 1989 roku — roku „okrągłego stołu" — również nie najładniej. W 1988 proponował pan utrzymanie „przewodniej roli PZPR" (tzw. Pakt Antykryzysowy), a w 1989, podobnie jak Kuroń, „sojusz z reformatorskim skrzydłem PZPR" (wywiad dla Agencji TASS) oraz utrzymanie przy życiu NRD, niemieckiego satelity Kremla. To ostatnie podczas „sondażowej" rozmowy (ileż było tych rozmów!), którą odbył z panem pracownik ambasady NRD. Ów dialog tak rozanielił tego pracownika, funkcjonariusza von Zwolla, że wysłał on bezzwłocznie do Berlina szyfrogram, gdzie stało: „Proszę o wskazówki w sprawie dalszych nieoficjalnych kontaktów".

Żadnych kontaktów, ani oficjalnych, ani nieoficjalnych, nie chciał prof. Geremek utrzymywać tylko z antykomunistami. Koalicję pięciu partii wspierających krótkotrwały antykomunistyczny rząd premiera J. Olszewskiego (1991/1992) przezwał wzgardliwie „bandą pięciorga". Jako członek ścisłego sztabu różowego „Salonu" — bandy czworga — zawsze nienawidził antykomunistów bardziej niż antysemitów. Co można też rzec i o trzecim spośród czterech jeźdźców różowej dżumy:

3. Postępowy katolik

B. Geremek był za młodu stalinistą-mediewistą, a T. Mazowiecki stalinistą-katolikiem. Czyli „katolikiem postępowym". I takim „katolikiem" — „postępowym" — nigdy być nie przestał.

 

 

 
      >  >  >   ciąg dalszy  -  część Trzecia

 

 

 
* * *

 

z pełnym poszanowaniem i respektem dla autorów, wydawców i praw autorskich; w dzisiejszych czasach powszechnego przemilczania i fałszowania historii i faktów historycznych, uważamy za szczególnie ważną powinność i obowiązek rozpowszechniania informacji, celem edukacji i uświadamiania, oraz bezpardonowej walki z owymi przemilczeniami i fałszami.

 

 

wersje internetową przygotowala  Polonica.net

 

Polski Niezależny Związek Patriotyczny      Katolicko-Narodowy Ruch Oporu kontrreformacji i kontrjudaizacji

 

O.R.K.A.N.

 

 

 

> > >  Kliknij -  Wróć do góry - do początku strony  < < <

 

 

 

Zamknij to okno