Waldemar Łysiak



RZECZPOSPOLITA KŁAMCÓW



SALON

 

 

  

 

Spis treści:

Zamiast noty edytorskiej

Część I — WSTĘP czyli „ — Wkurza mnie dosłownie wszystko!".

Część II — SALON WPŁYWU

1. Salon historyczny

2. „Dzieci Sartre'a".

3. „Coś w mózgu".

4. „Salon" PRL-u — część I (prostytucja)

5. „Salon" PRL-u — część II (klika i alibi)

6. W stronę Sartre'a

7. „Opozycja koncesjonowana".

8. Elitarne dziuple i centra

Część III — MALEFICUS MAXIMUS

1. Zło

2. Od trockizmu do KOR-u

3. Pieski przydrożne

4. Tajny cyrograf „świnksa"

5. Przejęcie władzy

6. Budowanie zrębów

Część IV — CZTERECH JEŹDŹCÓW „SALONU"

1. Czerwony harcerz

2. Gensek honorowy

3. Postępowy katolik

4. Święty guru

 

Część V —„SALONU" GRZECHY GŁÓWNE

1. Klientela

2. „Polityczna poprawność".

3. „Murzynek Bambo" a sprawa polska

4. „Salon" ci wszystko wybaczy

5. „Caritas maior iustitia”

6. Elegancja tolerancja

7. Rozdźwięki wśród tolerastów

Część VI — DYKTAT KULTUROWY „SALONU".

1. „Terroryzm intelektualny"

2. „No pasaran!”

3. Cenzura

4. „ — Panu już dziękujemy! "

5. Laur Nobla daj mi luby!

6. Literacki geniusz, „ Mirek "

7. Promocja, czyli „przemysł kreowania polskich Kunder"

8. Desperados

ZAKOŃCZENIE

 

 

 

Ciąg dalszy ...

 

 

3. Postępowy katolik

B. Geremek był za młodu stalinistą-mediewistą, a T. Mazowiecki stalinistą-katolikiem. Czyli „katolikiem postępowym". I takim „katolikiem" — „postępowym" — nigdy być nie przestał.

Komunizm wytworzył czerwoną „nowomowę" (której poświę­cono już całe rozprawy), a obejmowała ona również kłamliwą grypserę haseł propagandowych, swoisty kod, gdzie treść propa­gandowego sformułowania była odwrotnością stanu faktycznego, zaprzeczeniem rzeczywistości. Termin „demokracja ludowa" w istocie oznaczał system totalitaryzmu. „Dyktatura proletaria­tu"— dyktaturę aparatu partii komunistycznej. „Siły pokoju"— lewackie środowiska opiniotwórcze, wspierające powojenną agresywność struktur militarnych Związku Sowieckiego. „Radziecka myśl techniczna " — kradzież rozwiązań technicznych Zacho­du (od żarówki, fotokamery czy konstrukcji samochodowych, po budowę broni atomowej). „Ruchy narodowowyzwoleńcze"— bandyckie ugrupowania komunistyczne, destabilizujące krwawym terrorem dużo państw. „Niezależne dziennikarstwo" — dzienni­karstwo agenturalne, wspierające komunizm. „Dążenia postę­powej ludzkości" — próby narzucenia całemu światu doktryny i praktyki komunistycznej. Itd., itp.

PRL miała w tej mierze własne, czyli regionalne osiągnięcia (własne terminologiczne wynalazki) — także wobec Kościoła. „Księżmi-patriotami" reżim pezetpeerowski zwał tych księży katolickich, których udało się zmusić lub nakłonić do kolaboracji proreżimowej. Zaś tych katolików, którzy współpracowali z reżi­mem, zwano „katolikami postępowymi". Czyli komunizującymi. Już w XIX wieku znakomity ówczesny politolog, markiz A. de Custine, twierdził (całkowicie słusznie), że ci, którzy zgadzają się na „katolicyzm liberalny" (tak wtedy zwano „postępową" dywersję wewnątrzkościelną) — zdradzają katolicyzm. Działal­ność „postępowych katolików" w dobie PRL-u była zdradą ka­tolicyzmu.

Gdy A. D. 1953 reżim rozpętał dziką kampanię antykościelną, i aresztowano pod zarzutem „dywersyjnej działalności" pewną liczbę księży, w tym kieleckiego biskupa, Cz. Kaczmarka — je­den z czołowych „katolików postępowych", znany dziennikarz, gorąco wspierał brutalną akcję reżimu swoim piórem, piętnując kler, a co i rusz używał przy tym terminu „postęp": „Nastawie­nie wrogie wobec postępu społecznego "', „ Wychowanie nace­chowane wrogością wobec postępu społecznego"; „Działalność wroga wobec interesu narodowego i postępu społecznego w Polsce Ludowej", etc. Tym „postępowcem" był T. Mazo­wiecki. Wiedział, jak wiedziała cała Polska, że biskupa Kacz­marka (tudzież współoskarżonych) ciężko torturowano, i że za­rzut działalności szpiegowskiej oraz dywersyjnej dla „amerykań­skiego imperializmu" to wredny kłam bolszewicki, i że proces przeciwko „klerowi" jest farsą sądową a la procesy sowieckie (biskup został skazany na 12 lat!), lecz pióro mu nie drgnęło, gdy pełen „postępowego" zaangażowania pisał:

We wtorek 22 września bieżącego roku Wojskowy Sąd Rejo­nowy w Warszawie ogłosił wyrok w sprawie ks. biskupa Kacz­marka oraz ks. J. Danilewicza, ks. Wł. Widłaka, ks. J. Dąbrow­skiego i siostry W. Niklewskiej — oskarżonych o zorganizowa­nie ośrodka prowadzącego działalność dywersyjną, wymierzoną przeciwko państwu ludowemu, działalność godzącą w najżywot­niejsze interesy naszego narodu (...) Na rozprawie sądowej zanalizowana została przestępcza działalność oskarżonych, jak i jej skutki (...) Atmosfera środowiska społecznego rozniecająca lub choćby tylko podtrzymująca bezwzględną wrogość wobec osiągnięć społecznych Polski Ludowej, wpływy polityczne przy­chodzące z zewnątrz i wyrosła na tym wszystkim błędna posta­wa polityczna ks. biskupa Kaczmarka, która doprowadziła go do kolizji z prawem — oto sumarycznie ujęte przyczyny działal­ności przestępczej oskarżonych. Doprowadziły one do czynów skierowanych przeciwko interesom własnego narodu (...) Do­prowadziły w szczególności nie tylko do postawy przeciwnej nowej rzeczywistości naszego kraju, nie tylko do podrywania zaufania w trwałość władzy ludowej i nowych stosunków spo­łecznych w Polsce — ale i do uwikłania się we współpracę z ośrodkami wywiadu amerykańskiego, które pragnęły posługi­wać się przedstawicielami duchowieństwa jako narzędziem re­alizacji swych wrogich Polsce planów (...) Z tego stanowiska wynikało wiązanie się z imperialistyczną i nastawioną na wojnę polityką Stanów Zjednoczonych (...) Przedstawiając się jako obrońca cywilizacji chrześcijańskiej, imperializm amerykański dokonuje nadużycia, pragnąc oszukać katolików w krajach de­mokracji ludowej, w szczególności w Polsce, że nowa wojna, wojna dokonywana przy pomocy neo-hitlerowskiego Wehrmachtu, ma pozostawać w zgodzie z dobrem Kościoła (...) Dla­tego więc nie tylko bolejemy, ale i odcinamy się od błędnych poglądów ks. biskupa Kaczmarka, które doprowadziły go do akcji dywersyjnej wobec Polski Ludowej (...) Wierzymy bowiem

najgłębiej, iż przyszłość należy do ustroju społecznego, w któ­rym żyjemy".

Cały ten proreżimowy bełkot brzmi dzisiaj zabawnie (wtedy miał wymowę tragiczną), ale szczególnie komiczny jest tam pas­sus piętnujący uleganie „wpływom politycznym pochodzącym z zewnątrz", gdy rządzący wówczas Polską renegaci nie śmieli nawet pierdnąć bez rozkazu lub zgody Kremla. T. Mazowiecki ulegał tylko wpływom pochodzącym z wewnątrz — nie śmiał palcem kiwnąć bez rozkazu lub zezwolenia Wydziału Kultury KC PZPR. Dlatego aprobował represje antykościelne 1953 roku (tzw. „sprawa Kaczmarka" nie była jedyną; tego samego roku proces księży krakowskich dał trzy wyroki śmierci, a polscy intelektuali­ści — Mrożek, Szymborska etc., więcej niż pół setki literatów — specjalną „rezolucją" piętnowali skazanych jako „zdrajców oj­czyzny, amerykańskich dywersantów i szpiegów, powiązanych z Krakowską Kurią Metropolitalną"). I dlatego też w konflikcie między kardynałem Wyszyńskim a bezpieką wziął stronę reżimu. Gnojenie biskupa Kaczmarka było bowiem pokazówką treningo­wą, ćwiczeniem do większej akcji — do aresztowania prymasa Polski, kardynała S. Wyszyńskiego. Nastąpiło ono momentalnie, trzy dni po skazaniu biskupa, i prymas był przez kilka lat wię­ziony. „Sprawa Kaczmarka" pokazała władzom, że służebne media umieją robić dla antykościelnych represji właściwy klimat. W. Lenkiewicz: „W ramach kampanii przygotowującej areszto­wanie Prymasa Polski (sprawa biskupa kieleckiego, Czesława Kaczmarka), właśnie Tadeusz Mazowiecki odgrywał czołową rolę w zakłamywaniu i zniewalaniu polskiej opinii publicznej".

Wymyśliłem (dawno temu) i puściłem w obieg (zrobiło ka­rierę) powiedzonko: „something pojebałoś'" (coś się pochrzaniło, coś się pomyliło, coś się po­plątało — dosłownie: coś się popier....ło). Świetnie ono pasuje do antykościelnej postawy „ka­tolika postępowego" T. Mazo­wieckiego. Jemu właśnie „some­thing pojebałoś'" — utożsamił cele katolicyzmu z celami bolszewizmu (tak jak zresztą wie­lu innych; żeby wymienić tylko pisarza J. Dobraczyńskiego, czy działacza B. Piaseckiego, stero­wanego przez enkawudystę I. A. Sierowa, późniejszego szefa GRU). A to nie był dobry pomysł.

T. Mazowiecki miał wówczas dużo kiepskich pomysłów. Jed­nym z nich było znalezienie się w paczce stalinowskich agitato­rów, którzy wysmażyli probolszewicką książkę „Wróg pozostał ten sam" (1952). Wroga wyznaczał towarzysz Bierut, i oni ro­bili co trzeba. Dzięki temu zyskiwali duże pensje, honoraria, na­grody i popularność. Nieliczni, którzy odmawiali (exemplum poeta Z. Herbert), mieli ciężkie życie i ledwie wiązali koniec z końcem, wegetując (czasami głodując). Ekonomista i pisarz, przyjaciel Herberta, W. Kieżun, powiedział o Herbercie: „ — To był uczciwy człowiek. Ci uznani za wielkich pisali stalinowskie panegiryki, choćby Szymborska. Przecież nie działali pod przy­musem. Oportunizm i zaprzaństwo — nie wiem skąd się takie odrażające cechy charakteru biorą. Wszyscy oni ulegli zniewo­leniu". Potwierdził to „Kisiel", mówiąc o Mazowieckim: „Ty­powo «zniewolony umysł», mózg wkolejony na jeden tor absur­dalnie jałowy i odcięty od wszystkiego, co się dzieje wokół". Wokół działa się „budowa socjalizmu" gnębiąca społeczeństwo, lecz apologetyzowana przez „uznanych za wielkich", których „ wkolejono na jeden tor". Apologetyzacja obejmowała tak skraj­ne formy „nowomownego" bełkotu, że nawet w encyklopediach pojawiło się hasło „OGÓLNY KRYZYS KAPITALIZMU", mó­wiące, iż „kapitalizm cechuje stopniowe zmniejszanie się zasię­gu systemu kapitalistycznego" (1965). Oczywiście — na rzecz „socjalistycznego"'. Kto to rozumiał — ten wygrywał. T. Mazo­wiecki rozumiał. „Kisiel": „Mazowiecki zawsze wierzgał, jak przeciwko socjalizmowi coś się mówiło".

W latach 60-ych i na początku 70-ych T. Mazowiecki był po­słem, dzięki czemu mógł reklamować „socjalizm" nie tylko pió­rem, ale i z mównicy sejmowej. Deklarował wówczas gorąco swoje przywiązanie do „kierowniczej roli PZPR", swoje przeko­nanie co do „trwałego związku naszego społeczeństwa z socjalistycznymi formami ustroju", i swoją obietnicę, że „nie stawia na erozję socjalizmu". Słowem: wyrażał wiarę w przyszłość, o której członek KC PZPR, M. Rakowski, mówił: „ — Warun­kiem wszelkiego skutecznego wychowania jest zdolność wzbu­dzenia w każdym kolejnym pokoleniu wiary w przyszłość, zaszczepienie przekonania, ze znamy drogę ku przyszłości i że bę­dzie ona lepsza niż teraźniejszość". Wielki francuski pisarz, A. de Saint-Exupery, odpowiedział na taki bełkot dawno temu:

„A jeśli twierdzę, że poświęcam swoje pokolenie dla szczęścia pokoleń przyszłych — poświęcam ludzi. Nie tych czy innych, lecz wszystkich. Zamykam ich po prostu w ich nieszczęściu. Ca­ła reszta to słowa puste jak wiatr".

Pytanie: co robił Mazowiecki, gdy A. D. 1968 partia wszczęła nagonkę przeciwko Żydom? Posłował i wyrażał swoje uznanie dla „kierowniczej roli PZPR". 22 lipca 1969 (był to czas, kiedy z Polski uciekała masa Żydów) partia przywiesza Mazowieckie­mu Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski (nagrodzono wte­dy orderami także B. Piaseckiego, J. Turowicza, S. Stommę, obu Morawskich i in.). „Kisiel"', komentując ów fakt, zauważył, że kryterium przyznawania było proste: „stopniowanie wazeliny, czyli lizusostwa". Mimo to (a może właśnie dlatego), gdy póź­niej A. Michnik zacznie szukać kontaktu z „postępowymi" krę­gami okołokościelnymi, by stworzyć salonowy sojusz między „lewicą laicką" a lewicą katolicką (tzw. „katolewicą" ) — wy­bierze grupę Turowicza i Mazowieckiego, czyli właśnie „postę­powych katolików".

„Postępowi katolicy" zrzeszali się już (lub byli zrzeszani) za stalinizmu, czego dowodem Stowarzyszenie PAX (Mazowiecki był członkiem PAX-u w latach 1946-1955). Gdy tylko areszto­wano prymasa Wyszyńskiego (wrzesień 1953) — J. Dobraczyński i T. Mazowiecki zostali etatowymi członkami (październik 1953) Komisji Duchownych i Świeckich Działaczy Katolickich przy Ogólnopolskim Komitecie Frontu Narodowego. W 1956 po­wstał OGPIK — Ogólnopolski Klub Postępowej Inteligencji Ka­tolickiej. Rok później podzielił się on na pięć KIK-ów — Klu­bów Inteligencji Katolickiej (Warszawa, Kraków, Toruń, Poznań i Wrocław). Mazowiecki współzakładał warszawski KIK (i został tam prominentem). Ów „koncesjonowany" twór stał się znaczą­cą siłą środowiskową, choć jego przekaz intelektualny był płaski jak biust kulturystki; środowisko to zyskało potęgę opiniotwór­czą dopiero wówczas, gdy dzięki przymierzu ze środowiskiem KOR-u weszło w skład nowego „Salonu", który po dziś dzień kręci Rzecząpospolitą. Z władzą partyjną „pan Tadeusz" dalej miał dobre stosunki. W. Lenkiewicz: „W sierpniu 1980 roku i w lipcu 1988 roku, tak jak w grudniu 1970 roku. Mazowiecki delegowany był do Gdańska jako osoba ciesząca się pełnym za­ufaniem władz sowieckiego w Polsce namiestnictwa".

Sierpień 1989 — Mazowiecki zostaje „naszym premierem", pierwszym szefem rządu III Rzeczypospolitej. Na dzień dobry za­rządził „grubą kreskę" („... odkreślenie przeszłości grubą kre­ską"), by skasować całą swoją niechlubną przeszłość i takąż przeszłość wszystkich „umoczeńców", jak również wszystkich konfidentów (TW) tudzież „prowadzących" ich esbeków, oraz wszystkich komunistów. G. Herling-Grudziński nazwał to „Zamazaniem " („ Tadeusz Mazowiecki odkreślił przeszłość, unie­możliwił konieczną lustrację i dekomunizację, przyczynił się do upragnionego przez komunistów Zamazania"). Musiał — taki „numer" był w sekretnym cyrografie „okrągłego stołu" warun­kiem sine qua non. Prof. A. Nowak mówi: „ — «Gruba kreska» Tadeusza Mazowieckiego oznaczała pełną zgodę na funkcjono­wanie peerelowskiej agentury w życiu publicznym III RP, bez jakiejkolwiek możliwości jej wyeliminowania". Pierwszym strze­gącym tego wymogu szefem MSW III RP został eks-wódz agen­tur peerelowskich, gen. Kiszczak, a jego zastępcą (wiceminis­trem) kumpel Mazowieckiego, K. Kozłowski (późniejszy minis­ter MSW, po ustąpieniu Kiszczaka), prominentny członek „Salo­nu". Od strony medialnej, jako szef TVP, interesu pilnował drugi kolega „pana Tadeusza", też gwiazdor „Salonu", notoryczny le­wak A. Drawicz („... niestety, człowiek agenturalnie uwikłany", jak zaświadcza red. naczelny „Arcanów", cytowany już prof. A. Nowak), gdy w prasie karty opiniotwórcze rozdawał salono­wy sojusz — „Tygodnik Powszechny" ze strony „postępowych katolików" i „Gazeta Wyborcza" ze strony „lewicy laickiej" (A. Nowak: „ — «Tygodnik Powszechny » i «Gazeta Wybor­cza», medialny tandem, którego rolę w procesie «amputacji» świadomości historycznej Polaków trudno wprost przecenić").

„Amputacja świadomości historycznej Polaków" przez kato­lika to rzecz szczególnie obrzydliwa jeśli się zważy, że najgło­śniejszych mordów lat 80-ych bezpieka Kiszczaka dokonała na księżach (Popiełuszko, Niedzielak, Zych, Suchowolec i kilku in­nych). Niekochany przez Mazowieckiego kardynał Wyszyński lubił powtarzać tekst z drewnianej tablicy cmentarza zakopiańskie­go: „Ojczyzna to ziemia i groby. Narody tracąc pamięć, tracą życie". Ziemia polska dźwiga groby księży, prawdziwych patrio­tów, którym śmierć zadali znani „nieznani sprawcy", a etatowy katolik nie chce łapać tych sprawców, czy nawet wspominać tych mordów — chce, by naród utracił pamięć patriotyczną. Co wię­cej — ów zawodowy katolik będzie wkrótce bez sprzeciwu tole­rował wściekłą kampanię antykościelną, jaką rozpęta różowy „Salon", ta sama „lewica laicka", która przez całe lata 80-e szukała azylu w murach kościołów i wsparcia u kościelnej hie­rarchii. Otrzymała tam i azyl, i pomoc, a gdy zdobyła władzę, przeszła metamorfozę, bluznęła wobec dobroczyńcy (Kościoła) nienawiścią przypominającą stare żydowskie porzekadło: „Jakie dobrodziejstwo ci uczyniłem, że mnie tak nienawidzisz?". J. Mikke (1993): „Kto ma długą pamięć, wie, że dla elity inte­lektualnej ta metamorfoza jest powrotem do źródeł". Zaroiło się od tekstów i wrzasków typu: „Księża na księżyc!", „Buldożery na kościoły!", „Czarni", „Kruchta", „Józef Glemp — pazerny sęp!", itp. B. Geremek sugerował: „ — Być może konkordat jest błędem", J. Turowicz kwękał: „Działania i gesty Kościoła szkodzące...", K. Orłoś parskał: „ — Błędy hierarchii Kościo­ła...", A. Michnik puentował: „ — Zagraża nam fundamenta­lizm religijny! (...) Uważam, że klerykalizm bardzo źle służy polskiemu państwu!", a „katolik" Mazowiecki milczał jak ta trusia, bo był „postępowy", i był filarem „Salonu" różowego.

W sferze gospodarczej „nasz premier" również zaczął od kiksów — od tolerancji dla seryjnych nomenklaturowych przechwytów majątku państwowego i dla mega-afer finansowych. T. Bochwic pisała: „Nomenklatura partyjna wije sobie zasobne fi­nansowo gniazdko w spółkach, tymczasem ludzi wskazujących na proces zawłaszczania przez nią majątku państwowego okrzykuje się zwolennikami «spiskowej teorii dziejów»". Podob­nie zwano tych, którzy doszukiwali się drugiego („okrągłostołowego") dna w multiplikacji gigantycznych afer drenujących skarb kraju. W. Lenkiewicz: „Prawda tymczasem jest taka, że w FOZZ, w aferze alkoholowej, tytoniowej, elektronicznej, a w szczególności w aferze rublowej, rola premiera Mazowieckiego nie polegała tylko na nieudolnościach i zaniechaniach".

Rola ta była wyjątkowo denerwująca dla patriotów przy zanie­chaniach opóźniających działania „z definicji" konieczne w pań­stwie demokratycznym i suwerennym, takie jak likwidacja peerelowskiej cenzury czy usunięcie z kraju okupacyjnych garnizonów Armii Czerwonej. T. Bochwic: „Na przełomie 1989/1990 pre­mier Mazowiecki wygłaszał oświadczenia o... obronnej roli wojsk radzieckich w Polsce! ". Ruscy wyszli z naszego kraju do­piero w roku 1993. Jedenaście lat później (2004) ujawniono nam dlaczego; prawdę (fragmencik prawdy) poznaliśmy z opubliko­wanych przez IPN „moskiewskich szyfrogramów". Pracownik IPN-u, historyk A. Dudek, tak je komentował: „ — Oczywiste było od początku, że ZSRR nie zrezygnuje z dominacji nad Europą Wschodnią bez gwarancji bezpieczeństwa dla swoich inte­resów. Rozmowy toczone przez Michnika w Moskwie były wstępem do takich gwarancji, których realnie udzielił dopiero rząd Mazowieckiego (...) Z późniejszej polityki rządu Mazowieckiego można się domyślać, że gwarancje obejmowały to, iż władze polskie nie podejmą sprawy wyprowadzenia wojsk radzieckich (...) Pytanie, czy zapadły również zobowiązania w kwestii służb specjalnych...". Cóż, z późniejszej polityki różowego „Salonu" można się domyślać, że zapadły, i to bardzo solidne. Nikt nie mógłby nam lepiej tego objaśnić niż A. Michnik, najważniejszy spośród czterech jeźdźców tworzących sztab dzisiejszego polskie­go Salonu Wpływu.

4. Święty guru

Że A. Michnik jest święty, to rozumieją i głoszą wszyscy jego wielbiciele, a on sam to potwierdził, mówiąc: „ — Nie mam cienia wątpliwości, że Chrystus mnie umiłował" (1994). Ja tedy, będąc (w przeciwieństwie do Michnika) wyznawcą Chrystusa, mogę się poniższym fragmentem książki (tudzież całą tą książką) silnie narazić Opatrzności Niebieskiej, ale co tam, jak już rzekłem: „Prawda przeciw światu!", choćby i pozagrobowemu.

Uczyniwszy wyznanie, że Jezus Chrystus go umiłował, Michnik — w trakcie tej samej rozmowy (z bardzo „postępowym" księdzem J. Tischnerem i ze swym giermkiem, redaktorem J. Żakowskim) — ujawnił też inne swoje sekrety, o które nikt by go nie posądzał prócz fanów: a to, że żyje „według przykazań", a to, że praktykuje „dobre uczynki" nie tylko dlatego, „by sobie zasłużyć na życie wieczne", itd., itp. Fazę wyznań katechetycznych zamknął konkluzją:

„ — Nie zdarzyło się w moim życiu nic ważniejszego niż to poczucie, że zrobiłem coś dobrego. Nie było dla mnie nic cenniejszego niż «być w zgodzie z tym, co się uważa za prawdę i dobro»". Pewnie dlatego szczególnie bolesny dlań musi być krzyż, który od tylu już lat dźwiga jako konstruktor, a później wódz „Salonu". To wodzostwo jest wielkim triumfem świętego, walczył o ten etat całe życie, lecz że nie ma róży bez kolców — wielkim (największym) problemem A. Michnika (tym krzyżem) jest zmasowana wrogość ze strony antysemitów. Antysemici bowiem uwzięli się na święte­go jak sfora wściekłych psów, i zupełnie bezprzyczynowo szarpią mu nogawki, szargają dobre imię, etc. Wskutek czego on cierpi. Skalę tego cierpienia można sobie wyobrazić dzięki refrenowi piosenki śpiewanej przez „Pudelsów":

W mokrej pościeli miota się,

A potem marzy cale dnie,

Że tylko ciebie chce".

„Ciebie", czyli wolności od wszechobecnego antysemityzmu. Michnik marzy — jak to święty — by antysemici dali mu wreszcie święty spokój. Oni jednak — jak to antysemici — nie ustają już kilkadziesiąt lat. Niżej garść przykładów:

• Antysemita Z. Herbert wypowiedział się kilkakrotnie o A. Michniku:

„ — Wierzyłem w jego intelekt, a także w zwykłą uczciwość — zawiodłem się "; „ — On stacza się po równi pochyłej"; „ — Cynizm i najpospolitszy nihilizm"; „ — Jest on klasycznym przykładem kariery komunistycznego Dyzmy"; „ — Zawiódł niemal wszystkich swoich przyjaciół". Konkluzja Herberta: „ — Michnik jest manipulatorem. To jest człowiek złej woli, kłamca, oszust intelektualny". Konkluzja moja: Herbert się myli, bo autentycznym Dyzmą III RP był L. Wałęsa — Michnik to inna kategoria mentalna i losowa, jego literackim pierwowzorem jest Mefisto.

• Antysemita S. Remuszko (były przyjaciel Michnika, były dziennikarz „Gazety Wyborczej"): „Michnik jest faryzeuszem o mentalności Kalego (...) Obłudy Michnika, «Wybiórczej» i całego tego środowiska nie przebije w Polsce nikt, to pewne".

• Antysemita A. Besancon (francuski historyk i filozof) nazwał Michnika człowiekiem gorszym od targowiczan, człowiekiem pokroju kolaborantów Vichy, twierdząc, że jego działalność „budzi niesmak, usuwa w cień wszelką sprawiedliwość i wszelką odwagę".

• Antysemita R. Lazarowicz: „Adam Michnik ma szczególną inklinację do otaczania się kanaliami".

• Antysemita L. Dymarski: „Michnik zerwał wiele przyjaźni lub z nim zerwano, odmawiając po prostu wpuszczenia do domu. Lukę tę snadnie wypełnił m.in. p.p. Jaruzelskim, Kiszczakiem, Urbanem. Są na «ty», lubią się, rozumieją, i ten stan rzeczy demonstrują w telewizji. Niektórzy tłumaczą to paranoją". Dymarski dodał jeszcze, że dawniej Michnik tylko „majaczył", lecz później „wszedł w fazę jakiejś aberracji", która wymaga „diagnozy psychiatrycznej".

• Antysemita G. Herling-Grudziński: „ — Michnik winien pójść do dobrego psychiatry".

• Antysemita R. A. Ziemkiewicz: „Michnik to leninowski «pożyteczny idiota» (...), człowiek nieopisanie szkodliwy".

• Antysemita J. R. Nowak: „Michnik to cyniczny, instrumentalny krętacz. Prawdziwy «homo sovieticus», który nigdy faktycznie nie wyzwolił się spod ducha skrajnej komunistycznej nietolerancji wobec wszystkich inaczej myślących".

• Antysemita S. Kisielewski („Kisiel"): „Przecież ten dzisiejszy Michnik to totalitarysta. Demokratą jest ten, kto jest po mojej stronie. Kto się ze mną nie zgadza, jest faszystą i nie można mu podać ręki. A tylko Michnik wie na czym polega demokracja i tolerancja. On jest tutaj sędzią, alfą i omegą".

• Antysemita S. Michalkiewicz jako bazę ideologiczną werdyktów Michnika wskazał „płynne kryteria towarzysko-polityczne wypracowane w sanhedrynie warszawsko-krakowskim"'.

• Antysemita A. Lenkiewicz: „Za swojego wroga numer 1 uznał Michnik naród polski, zarzucając mu przy każdej okazji, a także bez okazji: antysemityzm, ciemnotę, klerykalizm i szowinizm. «Gazeta Wyborcza», która miała służyć całej anty­komunistycznej opozycji, stała się obrońcą peerelowskich struk­tur w środkach masowego przekazu, w wojsku, w służbach specjalnych, w bankach i w całym życiu społeczno-politycznym PRL-bis".

• Antysemita W. Łysiak opublikował esej („Ministerstwo Prawdy") o działalności Michnika, dając jako motto słowa Mefistofelesa z „Fausta" Goethe'ego:

To wszystko razem, co wy zwiecie

Grzechem, zniszczeniem, krótko: zła zespołem,

Najistotniejszym moim jest żywiołem (...)

Słów i złudy kłam

Zmysły zmąci wam"*.

* — Tłum. P. Konopka.

 

W tekście eseju Łysiak antysemita napisał m.in.: „Czuję do Michnika i do jego stachanowszczyzny pogardę i obrzydzenie. Cóż bowiem innego jak wstręt można czuć do byłego «dysydenta», który pije z Urbanem, Kiszczakiem, Jaruzelskim i Kwaśniewskim, toczy rozpaczliwą walkę przeciw lustracji (a więc przeciw deagenturyzacji Rzeczypospolitej), ogłupia i deprawuje Polaków apologią relatywizmu moralnego, leseferyzmu, permisywizmu etc., całe lata trzyma nad komuną ochronny parasol i staje się heroldem-symbolem tej różowej koterii udeckiej, co doprowadziła Polskę do stanu zawałowego pod względem etycznym? (...) Sianie relatywizmu moralnego (zwane przez michnikowców «tolerancją»), antykatolicyzmu (zwanego «anty-klerykalizmem»), antypatriotyzmu (zwanego «otwarciem na świat»), różowego lewactwa (zwanego «demokracją»), niesprawiedliwości (zwanej «praworządnością»), etc. — to wypa­czanie prawdy metodą wypaczania języka. Wracamy tu do żonglerki słowem, z której jakobinizm i bolszewizm uczyniły sztukę mistrzowską. Młody mózg jest często bezbronny wobec szalbier­stwa semantycznego. Można ów mózg łatwo wyuczyć tej wizji świata i własnego kraju, której nauczyciel pragnie wyuczyć (...) Michnik robi Polakom wodę z mózgu. Fakt, że jego wielbiciele nie pojmują, iż jest to klasyczne szachrajstwo typu «trzy karty » lub «trzy lusterka», przejdzie do annałów głupoty zbiorowej".

• Antysemita K. Wojtyła (Jan Paweł II): „ — Armia Czerwona przyniosła Polsce nie tylko wyzwolenie od hitlerowskiej okupacji, ale także nowe zniewolenie (...) Lata panowania nowej władzy były dalszym ciągiem znęcania się nad wielu Polakami. Nowi panujący uczynili wszystko, ażeby ujarzmić naród, podporządkować go sobie pod względem politycznym, ideologicznym, ekonomicznym". Cóż było antymichnikowskiego w tym fragmencie przemówienia do narodu? To, że owa wypowiedź dezawuowała tezę, którą szerzy Michnik; według Michnika: „Nie można dorosłemu społeczeństwu opowiadać, iż ono żyło pod sowiecką okupacją". Rozeźlony Michnik zrewanżował się, nazywając papieża „byłym autorytetem naszych czasów". Później, kiedy Michnikowi nie spodobały się poglądy Wojtyły a propos liberalizmu, zarzuci papieżowi myślenie „w kategoriach, które zdają się pochodzić z Soboru Trydenckiego".

• Antysemita S. Wyszyński (prymas Polski), kiedy Michnik i Kuroń proponowali mu współpracę, odmówił, pisząc: „Kościół zawsze broni interesów narodu i nie da się wykorzystać do koniunkturalnych celów ugrupowań politycznych". Co znaczyło: Kościół nie da się wciągnąć w rozgrywkę o żłób między różowymi a czerwonymi, nie zostanie kooperantem „Salonu", bo nie sądzi, by służyło to interesom narodu. Kardynał wyraźnie nie był „postępowym katolikiem". Michnik i Kuroń wiedzieli to zresztą już od 1963 roku. „Postępowy katolik", S. Stomma (przyjaciel T. Mazowieckiego), opublikował wówczas w „Tygodniku Powszechnym" (piśmie innego „postępowego katolika", J. Turowicza) lizusowski tekst, karcący Polaków za antycarskie bunty, zwłaszcza za Powstanie Styczniowe; Stomma nazwał je chorymi przejawami antyrosyjskich kompleksów narodu. Oburzony Wyszyński ripostował wspaniałym kazaniem, mówiąc, że nie chodziło o żadne kompleksy, tylko o niezbywalne prawo narodu do suwerenności. Wiele lat później Michnik wyzna (w książce „Między Panem a Plebanem"): „ — Nikt z nas nie potrafił wówczas zrozumieć, co się Prymasowi stało...". Gdy Wyszyński od­trącił rękę różowego „Salonu"— przestali mieć złudzenia. Za­częli zwać „Prymasa Tysiąclecia" konserwatystą „anachronicznym", „nacjonalistą" i „wstecznikiem". Później (w tej samej książce) Michnik dołoży jeszcze jeden zarzut — że Wyszyński nigdy nie potępił antysemityzmu polskiego.

• Antysemita L. Kaczyński: „ — Metody walki politycznej uległy znikczemnieniu, ale trzeba wreszcie powiedzieć, że palma pierwszeństwa należy się nie komu innemu, tylko Adamowi Michnikowi (...) Naczelny «Wyborczej » wierzy, iż można się posuwać do wykorzystywania skrajnie nikczemnych metod".

Według międzynarodowego porzekadła: „Jeśli ktoś ci powie, że jesteś świnią — nie przejmuj się. Ale jeśli powie ci to pięciu ludzi — czas wyjść z chlewa". A jeśli stu, dwustu, tysiąc? Widać każdy ma swoją miarę, i dlatego właściwy czas jeszcze nie nadszedł. Kiedy nadejdzie? Któż to wie — u „świnksa", przepraszam: u sfinksa, wszystko jest tajemnicą. Tymczasem antysemici — jak to antysemici — nie ustają w strzelaniu do świętego salonowego guru pociskami ciężkimi niby głazy. Przyjrzyjmy się temu kamienowaniu męczennika:

• Antysemici zarzucają Michnikowi, że bezpodstawnie nosi wetkniętą mu przez jego fanów buławę współwyzwoliciela kraju spod opresji peerelowskiej, nieustraszonego partyzanta, dzięki któremu tamten reżim wykoleił się na swych świetlanych torach, prowadzących ze stale złej codzienności w niezmiennie lepszą przyszłość. I dowodzą, że szyn nie rozkręciła różowa „lewica laicka" inteligentów (ta tylko szarpała się o koryto z czerwonym), lecz „Solidarność" robotnicza, plus troje-czworo ludzi mieszkających za granicą: Ojciec Święty (dzięki sile swych natchnieniodajnych słów) tudzież prezydent R. Reagan (przy pomocy szefa CIA, W. Caseya, i brytyjskiej pani premier, M. Thatcher), wdrażając genialną politykę restrykcyjną wobec ZSRR i komunizmu. Usiłowania tej głównej dwójki zostały szybko rozszyfrowane przez KGB, więc obydwu (i papieża, i prezydenta) próbowano zastrzelić. Obydwu trafiono, lecz strzelające marionetki (i turecki terrorysta, i amerykański „psychol") nie trafiły dość precyzyjnie, oba cele się wykurowały, zostały lepiej zabezpieczone i kontynuowały dzieło, aż czerwony pociąg spadł z na­sypu. Do członków polskiego „Salonu" nikt nie strzelał. Dlatego antysemici pytają Michnika: jak to jest, że w latach 80-ych bezpieka mordowała skrytobójczo tylko księży (Popiełuszkę plus innych, około dziesięciu) tudzież opozycjonistów nieróżowych (Bartoszcze i innych, około stu), a nawet nie próbowała dokonać choćby jednego zamachu na kogoś z „Salonu", czyli z KOR-u i z lewicowej, inteligenckiej frakcji „Solidarności"?

• Antysemici mają za złe Michnikowi permanentną miłość do komunizmu, wyssaną z mlekiem rodziców, jako że jego ojciec, O. Szechter, był walczącym komunistą (antysemita J. R. Nowak: „ Ozjasz Szechter był starym, wypróbowanym agentem Moskwy w Polsce"), i matka, H. Michnik, autorka stalinowskich podręczników, była komunistką również. 

Sam Michnik deklarował:

„ — Środowiskiem, z którego pochodzę, jest liberalna żydokomuna. To jest żydokomuna w sensie ścisłym". 

Dla antysemitów określenie „liberalna żydokomuna" brzmi identycznie jak: biało­skóry Murzyn, prostooki Chińczyk, kolosalny Pigmej lub demokracja leninowska, wypominają wszakże Michnikowi nie pochodzenie, lecz poglądy, czerpiąc z jego wyznań („ — Należałem do komunistów w sześćdziesiątych latach. Uważałem, że komunistyczna Polska to moja Polska"), wskazując jego wrogość wobec kapitalizmu (roku 1989, pytany o system, który ludziom by odpowiadał, Michnik rzekł: „ — Niekiedy słyszy się opinię, że powinien to być system kapitalistyczny. Dla mnie jest to absurdalne. Obecnie w niektórych kołach w Polsce powstał kult słowa «prywatyzacja». Co to znaczy? Co prywatyzować? Koleje, samoloty? Przecież to bajki, absurd"), tudzież piętnując jego stałą wrogość wobec antykomunistów, nie tylko zresztą na terenie Polski.

Antysemici przypominają kilka faktów. 

Roku 1990 gościł A. Michnika Uniwersytet Hebrajski w Jerozolimie;

Michnik dał tam wykład, tłumacząc, że „Polsce grozi antykomunistyczna dyktatura, antykomunizm z bolszewicką twarzą, któremu towarzyszyć będzie szowinizm, klerykalizm, populizm i ksenofobia, nie mówiąc o groźbie antysemityzmu" (prof. J. R. Nowak za Ch. Hoffmanem). Gdy prezydent Gruzji, antykomunista Gamsahurdia, robił co tylko mógł, by dać swej ojczyźnie suwerenność, „Gazeta Wyborcza" konsekwentnie, artykuł za artykułem, prezentowała go jako psychopatę, „faszysto-nacjonalistę", tyrana, maniaka, etc., a Gruzję pod rządami Gamsahurdii jako despotię współczucia godną. Gdy agenci Kremla zamordowali Gamsahurdię, i gdy sowieckie wojska, na prośbę renegata Szewardnadze, zlikwidowały gruzińską niezależność — Gruzja przestała budzić obrzydzenie michnikowskiej gazety. Gdy w Bułgarii antykomuniści walczyli przeciwko komunistom (1992-1993) — Michnik pofatygował się do Sofii i wystąpił gwałtownie na rzecz komunistów, zwąc ich przeciwników „neofaszystami". Dla bułgarskich patriotów, którzy wcześniej słyszeli, że Michnik to polski rycerz wolności i demokracji, był to szok. Trzech znanych pisarzy (B. Christow, D. Korudżijew i J. Wasiliew) opublikowało wówczas gniewny anty-michnikowski tekst pt. „Cynizm i nietolerancja", pisząc m.in.:

Wizyta A. Michnika głęboko zraniła wszystkich bułgarskich demokratów. Przyjechał, żeby stanąć w obronie komunistów. Zrobił to w sposób butny. Jego wypowiedzi były demagogiczne, nieodpowiedzialne i bardzo dla nas bolesne (...) Jak można nazwać setki tysięcy demonstrujących przeciw komunizmowi demokratów neofaszystami! Kto Michnikowi pozwolił obrażać tych najmniej podatnych na konformizm Bułgarów? (...) Dawni idole typu Michnika gotowi są dzisiaj wspierać fasadową demokrację, za której kulisami wszystkie sznurki są znowu w rękach komunistów (...) Michnik to człowiek cyniczny, nietolerancyjny wobec bułgarskiej demokracji, i dlatego utracił nasz szacunek". Okazało się, że w Bułgarii też jest pełno antysemitów.

• Antysemici polscy utracili resztki szacunku dla A. Michnika, kiedy ten „dobry człowiek", głoszący bez przerwy tolerancję jako cnotę główną, okazał „cynizm i nietolerancję" wobec wszystkich, którzy uważają abolicję za zły sposób rozliczania win. Takie głupie stanowisko patriotów (antysemitów), którzy żądają wymierzenia sprawiedliwości peerelowskim reżimowcom (konfidentom, kolaborantom, partyjnym szychom, bezpieczniackim oprawcom i przestępcom sądowym) — wymierzenia jej choćby tylko werbalnym napiętnowaniem — uznał za „polowanie na czarownice", tout court.

Pierwszy znaczący (rozgłośny) występ abolicyjny mecenasa Michnika miał miejsce w Sejmie 28 kwietnia 1990 roku. Usłyszawszy tam propozycję nacjonalizacji mienia PZPR, guru „Salonu" ryknął z trybuny: „ — Co ja tu słyszę? ! Nienawiść!...", przezwał te żądania „jaskiniowym antykomunizmem" i wylał kubeł pomyj na głowy „jaskiniowców"'. „Jaskiniowcy" (antysemici) wściekli się słysząc takie dictum, i wylali podobne kubły na adwokata nomenklatury partyjnej, zarzucając mu, że broni łupu złodziejskiego. Antysemita R. Bieliński pisał: „Adam Michnik i jego parlamentarni koledzy bronią praw spadkobierców PZPR. Bardzo to chwalebne, ale wydaje mi się, ze winni bronić najpierw moich praw, bo bardziej (chyba) są moimi posła­mi niż posłami PZPR. Otóż przez wiele lat, via budżet, mnie i wielu milionom bezpartyjnych wyjmowano z kieszeni pieniądze

na rzecz PZPR, bez pytania nas o zgodę. Dlaczego, nie będąc członkiem partii, przez wiele lat musiałem ją finansować, a obecnie mam się godzić z tym, ze to, co zostało mi zabrane, będzie dalej służyć ludziom, którzy mnie ograbili?".

Dwa lata później (czerwiec 1992) miał miejsce kolejny ogólnopolski show abolicyjny mecenasa Michnika — gdy antykomu­nistyczny rząd premiera J. Olszewskiego rozpoczął lustrację peerelowskich kapusiów od sporządzenia listy prominentnych konfi­dentów, i został za to skasowany w ciągu jednej „nocy długich noży" przez L. Wałęsę (trzęsącego się o akta TW „Bolka") i przez całą czerwono-różową ferajnę złajdaczonych. Jak pisze antysemita R. A. Ziemkiewicz — ta ferajna odpowiedziała na to nie tylko likwidacją zbyt dociekliwego rządu, lecz i „swoistym tournee Adama Michnika, który jednego dnia wystąpił w trzech telewizjach (dwóch prywatnych i państwowej), w każdej zionąc właściwym sobie miłosierdziem wobec każdego, kto ma czel­ność domagać się ujawnienia prawdy. Nikogo to oczywiście nie zaskoczyło: Michnik zawsze zachowuje się tak samo, i niczego nowego raczej się już nie nauczy. Jego występ jak zwykle był popisem histerii, egzaltacji i typowego michnikowskiego wrza­sku". „Gazeta Wyborcza" do dzisiaj przeklina lustrację kiedy tylko może.

Abolicyjna kampania Michnika objęła również prokuratorskie i sędziowskie środowisko. Według antysemitów dlatego, że brat Michnika, kpt. S. Michnik, był stalinowskim sędzią wojskowym, który skazywał patriotów (głównie akowców, za to, że zwalczali Hitlera bez rozkazu Stalina) na ciężkie więzienie i na śmierć (na śmierć skazał kilkakrotnie!). Antysemita J. Sęk pisze: „Pan Adam Michnik niepotrzebnie martwił się w Sejmie o stosunek narodu polskiego do komunistów, którzy sprawili tu po wojnie nie jeden, a dziesięć Katyniów. Zabili w polskich więzieniach ponad 40 tysięcy ludzi. My komunistów nie nienawidzimy. My nimi gardzimy. Również podporucznikiem Stefanem Michnikiem, stalinowskim sędzią-mordercą, pojętnym uczniem katyńskich oprawców".

• Antysemici wściekli się na Michnika jeszcze bardziej — dostali wprost białej gorączki — gdy jego gadzinówka (antysemita W. Łysiak przezwał ją „Gadułą Wyrodną") zaczęła brukać świetlaną legendę Armii Krajowej, zarzucając jej m.in. premedytacyjne Żydobójstwo. Antysemita A. Lenkiewicz: „W roku 1994, w związku z 50 rocznicą Powstania Warszawskiego, Michnik opublikował całą serię perfidnych i absurdalnych tekstów, su­gerujących, że jednym z celów Powstania było dobijanie resztek Żydów". Wśród tych nikczemnych tekstów szczególnie agresywny był duży artykuł jednego z fagasów Michnika do brudnej roboty, M. Cichego, mówiący expressis verbis, że powstańcy z AK programowo mordowali niedobitków z getta warszawskie­go (ten właśnie artykuł sprawił, iż antysemici uznali, że gazeta Michnika przekroczyła nikczemności ostatnią granicę). Expressis verbis nie znaczy, że w oparciu o dowody. Były tam głównie mętne spekulacje, pomówienia, przeinaczenia, szemrane i manipulowane „cytaty", vulgo: kupa kalumnijnego łajna (stąd antysemici mogli opublikować aż dwie niezależne listy tych „przekrętów" — pierwszą ułożył prof. T. Strzembosz; drugą zamieściła „Trzecia Rzeczpospolita"). 

Ale był tam również jeden silny „dowód" — M. Cichy wskazał konkretny przypadek i konkretny dzień akowskiego mordu na Żydach, mordu dokonanego przez kaprala „Unruga"'. Gdy antysemici zweryfikowali tę informację, okazało się, że kapral „Unrug" nie mógł tamtego dnia mordować Żydów, z prostej przyczyny: nie żył już od dwóch tygodni, bo AK rozstrzelała go za rabunek! To antysemickie detalistyczne czepiactwo (jakby głupie dwa tygodnie robiły jakąś różnicę!) spłynęło po „GW" niby woda po kaczce (dziennikarskiej). Przypominanie przez antysemickich historyków, że AK nie mordowa­ła Żydów, lecz odwrotnie, pomagała Żydom ile tylko mogła, a tzw. szmalcowników rozwalała bez litości — też nic nie pomogło (jakby fakty miały jakieś znaczenie!). Ergo: historyczne realia nie zmieniły zdania „Salonu" o akowskich współsprawcach Holocaustu uprawianego pod parawanem antyniemieckiej rebelii. Przypomina się diagnoza antysemity P. Johnsona na temat rzetelności różowych Salonów Wpływu: „Lewicowa inteligencja zawsze jest gotowa stłumić prawdę w imię popieranej przez siebie wyższej prawdy".

Tego roku (2004), po raz pierwszy za piętnastolecia III RP, miały miejsce godne uroczystości obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego. Czemu dopiero teraz? Bo wcześniej burmistrzami stolicy byli albo czerwoni, albo różowi (członkowie UW: M. Święcicki i P. Piskorski). Dopiero gdy społeczność Warszawy wybrała prawicowca L. Kaczyńskiego — można było stworzyć Muzeum Powstania i solennie czcić pamięć herosów. T. Kuczyńska: „Dlaczego przez te piętnaście lat niepodległej Polski stosunek władz i najpotężniejszych mediów do Powstania byt tak niechętny i pomniejszający jego znaczenie? Odpowiedział na to pytanie w swoim przemówieniu Prezydent Warszawy, Lech Kaczyński. Przede wszystkim działały w tym kierunku pewne potężne grupy, traktujące niepodległość i uczucia patriotyczne Polaków jako zagrożenie dla swoich wpływów, swoich interesów". Kaczyńskiemu nie chodziło tu o czerwonych, lecz o michnikowszczyznę, gdyż wyraźnie podkreślił, że „te dominujące grupy posługiwały się sztandarami «Solidarności»".

• Antysemici wytykają Michnikowi, że jest permanentnym kłamcą, królem kłamców, więc gdyby był Pinokiem, czubek jego nosa sięgnąłby już Księżyca lub może nawet Marsa. Zarzut ten mija się całkowicie ze zdaniem oskarżanego, który głosi w tej kwestii poglądy ekstremalnie odmienne — że kłamstwo go mierzi („Uporczywy nawyk kłamstwa jest brzydkim rysem charakteru") i że on sam jest królem prawdomówców. W TVP Michnik oświadczył swego czasu: „ — Moim obowiązkiem jako dzienni­karza są dwie rzeczy: walka o wolność i walka o prawdę. Jeśli ja to zdradzę — to zdradzam swoje dziennikarskie powołanie". Zapytany przez „Życie Warszawy": „ — Czego by pan nigdy w swej gazecie nie zamieścił ?” odparł: „ — Nigdy nie zamieściłbym czegoś, co byłoby nieprawdą". Tymczasem antysemici — jak to antysemici — nie wierzą mu. 

Antysemita Z. Herbert: „ — Michnik to kłamca". 

Antysemita J. R. Nowak: „Jarosław Kaczyński, opisując kiedyś zachowanie Michnika, podkreślał jego niebywałą skłonność do kłamstwa, to, ze potrafi łgać w żywe oczy, dosłownie iść w zaparte". Tegoż antysemity Kaczyńskiego brat-bliźniak, również antysemita, L. Kaczyński, gada bliźniaczo: „ — Michnik wierzy, że można co innego mówić, a co innego robić, zachowując przy tym opinię człowieka o mo­ralności nieskalanej". Kolejny antysemita, O. M. Rudak: „Wobec swoich czytelników «Gazeta Wyborcza» posługuje się wrednymi uproszczeniami i kłamstewkami".

Antysemici gotowi są podać mnóstwo dowodów, wskazując same tylko „sprostowania" w „Gadule Wyrodnej". Nigdzie indziej geremkowskie „fakty prasowe" nie święcą większych triumfów jak tam. Organ Michnika skarżył już niewinnych, grzebał żywych, szkalował przyzwoitych (np. Z. Herberta), siał fałszywie antypolonizm, majstrował cyferkami, datami, życiorysa­mi, etc., a przyłapywany wielokrotnie na „przekrętach" — zamieszczał setki sprostowań drukowanych małą czcionką obok kolejnych wieloczcionkowych bałamuctw. Chcąc skompromitować znanego antykomunistycznego polityka, „GW" wydrukowała list komplementujący go, a podpisany przez... mordercę prezydenta Narutowicza! Chcąc zgnoić człowieka, który przeszkadzał kandydującemu do prezydentury T. Mazowieckiemu, „GW" opublikowała precyzyjne (całkowicie kłamliwe) dane paszportowe owego konkurenta. Itd., itp. Dzięki temu właśnie zyskała wśród antysemitów anglojęzyczną ksywkę: „ The paper of dirty tricks" („Gazeta brudnych sztuczek"). Antysemita W. Łysiak zakończył swój esej o niej i o Michniku („Ministerstwo Prawdy") zdaniem: „Nie wiem czy grozi nam świat Orwella. Wiem tylko, że idealnego kandydata na stanowisko szefa w kluczowym orwellowskim ministerstwie — w Ministerstwie Prawdy — mamy już".

• Antysemici czepiają się Michnika „względem antykościelność", wypominając mu niewdzięczność. Chodzi o ten wzmiankowany przeze mnie, azylowo-pomocowy dług, który „lewica laicka" zaciągnęła wobec Kościoła w latach 80-ych. Walka różowej (salonowej) lewicy z nomenklaturową (partyjną) lewicą o żłoby i koryta przyszłej Polski stawała się, wzorem wszelkich wojen domowych, bolesna. „Lewica laicka" (opozycyjna), jako dużo słabsza, chroniła się przed kopami i kuksańcami pod skrzydła Kościoła. Nie była to współpraca ideowa vel polityczna (tę wykluczył prymas S. Wyszyński) — była to ze strony Kościoła chrześcijańska opieka i wsparcie materialne represjonowanych (nawet B. Geremkowi i B. Labudzie dał wówczas pracę zakon ojców Jezuitów!). Kiedy wreszcie, dzięki „paktowi z Magdalenki", ogrzana na kościelnym piecu różowa żmija wzięła władzę — zmieniła front. Niedawny opiekun (Kościół) stał się dla niej cię­żarem, gdyż zawsze i wszędzie konkurent do „rządu dusz" jest ciężarem. Zaczęto więc konkurenta flekować, szermując bez skrupułów epitetami: „fundamentalizm religijny", „klerykalizm", „czarna władza", „Kruchta" itp. Bez skrupułów i z genetyczną wprawą, bo masoneria zwalczała Kościół odkąd istniała, a wśród salonowych dygnitarzy było masonów jak psów. Ma­jąc w ręku telewizję i gazetę bezkonkurencyjną pod względem nakładu — dało się skutecznie prowadzić wojnę antykościelną.

Michnik grał w tej bajce o żmiji i piecu główną rolę. Antysemita J. R. Nowak: „Środowiskom Kościoła katolickiego Michnik też «się odwdzięczył». Póki obronny puklerz Kościoła był mu potrzebny, kadził Kościołowi jak mógł i bił się w piersi za swe dawne antykościelne wyzwiska, wołając o potrzebie dialogu. Jak został naczelnym «GW», robił wszystko dla maksymal­nego dyskredytowania Kościoła i wartości chrześcijańskich. Nawet Jarosław Gowin, redaktor naczelny «Znaku», jeden z czołowych przedstawicieli «katolewicy», którego Michnik tylekroć nagłaśniał na tamach «GW», w pewnej chwili nie mógł już dłużej kryć irytacji z powodu ciągłych uszczypliwości «GW» w stosunku do Kościoła. I uznał postępowanie Michnika za «przejaw zepsucia obyczajów i porażki rozumu»".

• Antysemici oskarżają Michnika o brutalny, inwektywowy, lżący, pełen nienawiści język wy­stąpień przeciwko adwersarzom. Sam Michnik ma znowu zupełnie inne zdanie wobec tej kwe­stii: „Adam Michnik wielokrot­nie, w mowie i w piśmie, twier­dził, ze przeraża go język obelg, nienawiści, insynuacji, kłamstwa i pomówień" (T. Bochwic). Przykład: roku 1994, w telewizji, „zionąc miłosierdziem", katechetyzowat: „ — Jeżeli my, dziennikarze, będziemy kłamać i lżyć naszych adwersarzy, to nasi czytelnicy odmówią nam zaufania".

Zaufania pierwsi odmówili mu antysemici. Antysemita L. Kaczyński: „ — Niewielu ludzi ma taki udział w szerzeniu nienawiści w życiu publicznym, jak Adam Michnik. Na pewno zaś nikt nie potrafi łączyć jej krzewienia z zapewnianiem o własnej szlachetności. Michnik przyjmuje postawę chuligana, który napada przechodnia i jednocześnie krzyczy: «Ratunku! Policja! ». Zachowuje się tak w sposób konsekwentny". 

Antysemita R. A. Ziemkiewicz rzekł o Michniku to samo: „Kompletna schi­zofrenia. Można nazywać rywali do władzy «chorymi z nienawiści», krzycząc do kamery, z nabrzmiałymi żyłami i z nabiegłą krwią twarzą. Ten sam publicysta «GW» potrafi w tym samym numerze gazety na jednej stronie potępiać po faryzejsku używanie «pełnego nienawiści języka», a zaraz na drugiej określać twórczość jednego z najwybitniejszych polskich pisarzy mianem «fekaliów»". Tu akurat Ziemkiewicz bronił mnie, lecz byłem w dobrym towarzystwie, bo równe bluzgi co ja dostawało od „GW" kilku innych uprawiających literaturę antysemitów, choć­by Z. Herbert („alkoholik", „potwór Minotaur", „stevensonowski wampir Hyde", „malał w żenujący sposób", itd., itp.) czy J. Mackiewicz. Antysemitka T. Bochwic: „Najlepszym przykładem języka obelg i nienawiści jest wypowiedź Michnika o Józefie Mackiewiczu i o czytelnikach jego książek".

Zasób leksykalny Michnika jest bardzo bogaty — twier­dzą antysemici. Od epitetów prostych („ świnie! ", „faszyści ! ", „neofaszyści! " itd.), do złożonych — dwuwyrazowych („barbarzyńskie schamienie!" itd.), a nawet wyra­finowanych, czyli trójwyrazowych („tępy zoologiczny antykomunizm!"). Wali tak po łbach ludzi żywych i umar­łych, pomników nie wyłączając (marszałka Piłsudskiego nazwał „twórcą faszystowskiej konstytucji, wrogiem postępu"). Antysemita J. R. Nowak: „Zdumiewa wprost, do jakiego stopnia Adam Michnik potrafi dziś twórczo rozwijać pełną jadu i nienawiści stylistykę (...) Przypomnijmy tylko niektóre z rozlicznych michnikowskich wyskoków jadu i nienawiści, w stylu słów «świnie» pod adresem po­litycznych oponentów, «kurwiosum» pod adresem grupy profe­sorów z KUL, «bestiarium» pod adresem telewizyjnego progra­mu z udziałem Parysa, Kaczyńskiego i Macierewicza. Czy epitety Michnika o «młodocianych, głupawych olszewikach», wy­zywanie Waldemara Łysiaka, ataki na Zbigniewa Herberta, napaści na ojca Józefa M. Bocheńskiego, zatrute strzały posyłane pod adresem Ojca Świętego przez Michnika i jego podwładnych, etc., etc.".

Antysemici zacierają ręce, kiedy Michnik pieni się i bluzga na oczach widowni wielomilionowej — „na wizji". To są niezapomniane telewizyjne „reality-shows". 

Antysemici J. M. Jackowski i S. Żaryn („Interpelacje. Kulisy manipulacji"): „Michnik potrafi kopać swoich przeciwników politycznych i ideowych bezwzględnie, z dziką zaciętością. Gdy mu nie staje argumentów, rzuca inwektywy, nieelegancko przerywa, nie odpowiada na pytania, zmienia temat, krzyczy, i wychodzi z niego jakaś zapiekła agresja w stosunku do tych, którzy się z nim nie zgadzają". Ostatnio cała Polska mogła kontemplować te eksplozje michnikowskiej furii dzięki telewizyjnym relacjom z przesłuchań Sejmowej Komisji Śledczej badającej „sprawę Rywina" i dzięki telewizyjnym migawkom z procesu L. Rywina.

• Antysemici wmawiają społeczeństwu, że w „aferze Rywina" Michnik był bardziej „umoczony" od samego bohatera tytułowego, gdyż — co wykazały indagacje rzeczonej Komisji — przez dłuższy czas mataczył cichcem, utrzymując tajne kontakty z kancelarią czerwonego premiera, L. Millera, dla przyklepania sekretnego konszachtu, który dałby koncernowi Michnika, „Agorze", jeszcze większy zasięg medialny — telewizyjny. Podnoszą przy tym, że trefną taśmę magnetofonową, kompromitującą Rywina, Michnik upublicznił dopiero pół roku od czasu jej nagrania, i że tłumaczył to kłamliwie „śledztwem dziennikarskim", gdy w istocie służyła mu ona przez ten czas jako instrument kom­binacji podczas walki o wchłonięcie WSiP (Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne), którą bossowie „Agory" prowadzili, by móc indoktrynować na różowo także dzieci i młodzież ze szkół. Kiedy tę walkę przegrali (bo nie dali im wygrać czerwoni) — rozwścieczony Michnik ujawnił taśmę artykułem „Przychodzi Rywin do Michnika". Antysemici bezzwłocznie sparodiowali rzecz po antysemicku: „Przychodzi Żyd do Żyda", wskazując jako alibi dla tej złośliwości fragment nagranego dialogu: „ — Rozu­miesz, Adaś, to jest koszerny interes...". No i wykorzystali fakt, że publiczne spektakle tyczące „afery Rywina" wzbudziły niechęć rzesz telewidzów wobec świętego guru „Salonu" i wobec „Agory" jako ośmiornicy — poinformowali, że „afera Rywin-Michnik" stworzyła nad Wisłą zupełnie nowe znaczenie ter­minu „agorafobia"'.

Fobia antysemitów wobec „Agory" posiada długą brodę. Już u progu lat 90-ych antysemici krzyczeli, że „Gazeta Wybor­cza" miała być gazetą całej opozycji solidarnościowej, tymczasem Michnik zawłaszczył ją i uczynił z niej wyłącznie tubę różowego „Salonu", wspomagającą UD (później UW), ergo: przeznaczył całe pieniądze, które przyszły z zagranicy dla niekomunistycznych mediów, na prywatną salonową spółkę „Agora". Szczególnie głośno eksponował taką tezę antysemita J. Maziarski, więc Michnik oddał do sądu sprawę przeciwko Maziarskiemu i po wielu rozprawach (ciągnęło się to prawie dwa lata) wygrał proces, gdyż sąd zawyrokował, że „otrzymanie kredytu bankowego nie może być równoznaczne z otrzymaniem pieniędzy" (sic!). Kredyty kredytami (bezpieniężnymi?), lecz antysemitom chodziło o coś mniej kredytowego, raczej darowiznowego — m.in. o pieniądze, które Amerykanie dali (według przewodni­czącego Komisji Polskiej Kongresu Polonii Amerykańskiej, anty­semity W. Wierzewskiego — l milion dolarów) na całą polską „prasę niezależną". Wierzewski: „ — Kto mógł przewidzieć, że te pieniądze trafią akurat w ręce «Gazety Wyborczej»?". Tak czy owak, sąd polski uznał, że wszystko było okey, bo kredyty to nie pieniądze, i szlus! Lecz Amerykanie to mieszkańcy Stanów Zjednoczonych, a tam nie znają się na żartach obejmujących finansowość, rachunkowość i księgowość. Dlatego czołowy pu­blicysta amerykańskiej prasy polonijnej, antysemita A. Jarmakowski, skomentował wyrok konkluzją: „Malarski miał rację, a Michnik łgał w żywe oczy".

Antysemici podtrzymują ów sąd i dzisiaj, głosząc, że mocarstwowość „Agory" została kreowana dorwaniem się do tej forsy, którą Zachód przeznaczył na solidarnościowe media, vulgo: Michnik to złodziej, ukradł cały księżyc. I sugerują, że ma on złodziejstwo we krwi, a jako dowód wskazują nieopatrzne wy­znanie kolegi „Adasia", J. Kuronia, o bibliofilstwie Michnika: „ — Adaś jest książkowym wariatem. Swego czasu wylansował modę na kradzież książek. Kradł, to znaczy brał u kogoś z półki i sobie zabierał". Ten akurat chwyt antysemitów (zoologiczny) nie znalazł w społeczeństwie polskim zrozumienia, bo bibliofilstwo nie jest nad Wisłą uważane za ciężki grzech — każdy Polak wie, że „kradzież chleba i książki nie hańbi". Prócz kradzieży książeczki czekowej.

• Antysemici dywagują, że być może najbardziej zhańbił się Michnik agenturalnością esbecką bądź kagiebowską, czyli łubiankową par excellence. IPN, odtajniając „moskiewskie szyfrogramy", dał antysemitom powód do spekulacji, że Michnik czuł się w Moskwie jak u siebie w domu, z czego rychło zmaj­strowano antysemicki kawał: „Roku 1989 Jaś pyta nauczyciel­kę: « — Proszę pani, czy pan Michnik jest zegarmistrzem?». Nauczycielka: « — Ależ nie, Jasiu, pan Michnik jest politykiem-opozycjonistą. Skąd ci się wziął pomysł, że jest zegarmistrzem? ». Jasio: « — Bo mój tata mówił wczoraj mamie, że pan Michnik jeździ do Moskwy po wskazówki»".

Teraz coś bardziej serio. Niewiele już osób pamięta dzisiaj młodego antykomunistę M. Falzmanna — człowieka, którego śmierć na początku lat 90-ych spowodowała dużo szumu. Był tym inspektorem NIK-u, który wykrył mega-aferę FOZZ, zdobył przerażające dokumenty, rozpoczął nagłaśnianie sprawy i raptownie umarł, rzekomo wskutek zawału, lecz powszechnie mówiono i pisano, że to bardzo dziwna śmierć (przypomniano sobie o tej sprawie, gdy w 2004 IPN ujawnił, że SB namówiła koleżankę działaczki „Solidarności", A.Walentynowicz, do podania jej herbaty ze specyfikiem wywołującym „naturalny" zawał). Żona zmarłego opublikowała wstrząsający tekst pt. „Dlaczego mój mąż musiał umrzeć" (1992). Jest tam m.in. taki wspominek:

Pamiętam, że kiedyś powiedział, iż dojście do władzy grupy Michnika będzie następną tragedią Polski, ponieważ jest to elita promoskiewska. Wybuchła kolejna afera towarzyska. Michał argumentował, że środowisko to najlepiej będzie chroniło inte­resy Moskwy w Polsce. Wskazywał na liczne absurdy sytuacyjne — w jaki sposób represjonowany opozycjonista może w więzieniu pisać książki, mieć dostęp do tekstów źródłowych i jeszcze wydawać je...".

Tym opozycjonistą, o którym mówił antysemita Falzmann, był A. Michnik, zaś sprawa jego szokująco ekskluzywnych (nie jest znany drugi taki przypadek) warunków więziennych — to jedna z kilku przesłanek, jakie każą antysemitom wnioskować, że był konfidentem. Gdy w Czechach i w Niemczech ujawniono tamtejszych współpracowników bezpieki, okazało się, że rutynową metodą stosowaną przez czerwone służby dla uwiarygodniania szpicli pośród dysydentów-opozycjonistów było ciągłe represjono­wanie takiego gościa, i pakowanie go do celi na niezbyt długi czas. W NRD uwiarygodniono tą metodą czołówkę „opozycjonistów" — Böhme'ego, Andersena i innych piesków Stasi, czyniąc z nich antykomunistycznych bohaterów. Metodę wypracowało KGB i nauczyło „służby" wszystkich satelickich państw. W po­czątkach lat 90-ych oficer SB kierujący siatką TW opowiedział dziennikarce o wsadzaniu do więzienia tych, z których MSW ro­biło herosów: „ — Nagłaśnianie nazwisk odbywało się pod nasze dyktando i według schematu: represja, informacja o represji, nagłośnienie (...) To takie dziecinnie łatwe sposoby uwiarygodniania". Antysemici mówią: więc w Polsce działano identycznie jak wszędzie! I wskazują zamienioną na pisarskie studio celę Michnika.

Te spekulacje były często poprzedzone zdziwieniem tzw. bez­brzeżnym. Antysemita L. Antonowicz: „Nie mogłem zrozumieć jak znienawidzony i więziony przez «Czerwonego» działacz jest w stanie pisać wewnątrz celi skierowane przeciw temuż «Czerwonemu» obszerne teksty z licznymi, bardzo długimi i trafnymi cytatami, do których wyboru potrzebna jest cała biblioteka? Jak to się odbywa? Zanim klawisz zerknie w judasz, to sprytny więzień zręcznym ruchem chowa rękopis i bibliotekę pod siennik ? A jeśli robią kipisz, to co ? Łyka to wszystko na czas rewizji? Posiada skrytkę w ścianie? Miałem wątpliwości, i chodziły mi po głowie różne dziwne myśli...". Antysemita W. Łysiak: „Michnikowi zezwalano pisać w pierdlu książki, dostarczano ryzy papieru i biblioteczny «aparat naukowy», choć innym po­litycznym zabierano skrawek ołówka i gazety, by nie napisali kilku zdań. Owe teksty wędrowały z celi do druku". Antysemita S. Murzański ujął to celniej i krócej: „Jedni, jak Adam Michnik, pisali w więzieniu książki, drudzy zbierali na posadzce zęby".

Michnik uznał, że takie sugestie — takie antysemickie „dawanie do zrozumienia" — godne jest tylko wyniosłej ciszy ze strony szkalowanego, nie będzie się zniżał, żadnych ripost. 

Antysemita A. Zybertowicz: „Nigdy nie spotkałem się z wyjaśnieniem przez samego Michnika fenomenu jego więziennej twórczości. I choć rzeczywiście poszlaki nie są dowodami, to dobrze byłoby wątpliwości wyjaśniać". Podobno jednak raz komuś Michnik wyjaśnił — wyjaśnił swą przemyślnością więzienną. Antysemita J. R. Nowak: „O dziwo, z jego celi swobodnie wychodzą na świat kolejne listy, artykuły i książki, podczas gdy inni współwięźniowie nie mogą się doprosić nawet ołówka. Czy wszystko to dzieje się rzeczywiście przypadkowo — dzięki wyjątkowej zręczności Michnika, której nie umiał przeciwdziałać cały per­sonel MSW, jak to przedstawiał sam Michnik ? A może było tak dlatego, ze o wyjątkowym uprzywilejowaniu Michnika w więzieniu decydowały pewne wpływowe kręgi partyjne, te same, które tak zabiegały o poparcie Żydów dla Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (żydowski publicysta, Abel Kainer, pisał w 15 nu­merze podziemnej «Krytyki» z 1983 roku, że «WRON grała rolę wielkiej opiekunki Żydów»)".

W roku 1992 dziennikarka M. Olejnik spytała Michnika o to (wywiad dla „Wprost"): „ — Waldemar Łysiak w swojej książce zasugerował, że był pan agentem. Miał pan lepsze warunki pobytu od innych więźniów. Mógł pan pisać książki, gdy tymczasem innym odbierano najmniejszy strzęp gazety. Czy poda pan Łysiaka do sądu?". Michnik odrzekł: „ — Nie, nie podam go do sądu. Dlatego, że byłoby to zrobienie mu niesłychanej reklamy. Nagle z trzeciorzędnego grafomana, insynuatora, stałby się ważną postacią. Jak chce, niech się stanie, ja mu w tym nie będę pomagał. A co do moich luksusowych warunków w więzieniu — nigdy nie opowiadałem o swojej martyrologii, nie lubię tego, nigdy też nie napisałem żadnych wspomnień z więzienia ani z ośrodka dla internowanych. Nie udzielam też na ten temat wywiadów, chociaż się o to do mnie zwracano. Ale oczywiście można powiedzieć, że miałem lepsze warunki niż Łysiak. Żeby się o tym przekonać, starczy przeczytać jego książki i moje. I porównać".

Myślący spekulatywnie antysemici wymieniają jako drugą wię­zienną przesłankę dla swoich podejrzeń pewne dzieło filmowe, które ukazuje najbardziej dramatyczny moment „martyrologii" A. Michnika. Chociaż on sam nie chciał i nie chce puścić pary z gęby na temat „swojej martyrologii", ale od czego są przyjaciele? — zrobił to za niego bliski przyjaciel, generał Cz. Kiszczak. Tak, ten sam, który „Adasia" uwięził. Wystąpili razem (1993) w programie telewizyjnym „Portret". Chodziło o zbio­rowy portret dwóch serdecznych kolegów, lecz głównie

o portret bohatera walki narodowowyzwoleńczej. W trakcie programu puszczono film „dokumentalny", ukazujący wstrząsającą scenę więzienną: jakiś ciemny loch (aczkolwiek rozświetlony reflektorami na stojakach, bo inaczej nie można byłoby kręcić filmu), kilku oprawców szamocze się z wściekle walczącym Michnikiem, próbują wykręcić mu ręce i powalić, ten się miota niczym dzik opadnięty przez sforę zajadłych psów, mordercza wal­ka, bitewny kłąb, trzeszczą kości, duuuże wrażenie! Film przekazał telewizji generał Kiszczak — jako dowód, że jego katowany w lochu przyjaciel (którego on sam wpakował do tiurmy) był prawdziwym bohaterem lochu, znaczy podziemia.

Antysemitami ten film nie wstrząsnął, albowiem uznali, że na­stąpiła tu pomyłka w rozróżnianiu filmowych gatunków — mylenie farsy z „thrillerem". I zaczęli stawiać nieeleganckie (niesalonowe) pytania o twórców (o reżysera tudzież o autora scenariusza), dzięki którym bohater filmu wypada jak prawdziwy bohater. 

Anonimowy antysemita M. W. pisał wówczas w „Nowym Świecie" (tytuł: „Z życia... bohaterów"): „16 stycznia telewizja nadała program z panem Adamem Michnikiem, program ilustrowany migawką filmową ze sceną turbowania go przez służbę więzienną (...) To robi wrażenie. Ale kiedy się już ochłonie, nasuwają się pytania: skąd ten film? Czy był w więzieniach zwyczaj filmowania scen maltretowania więźniów? Czy były to praktyki rutynowe, czy wyjątkowe? Kiedy je stosowano i dlaczego? Sprawa o tyle istotna, że może moglibyśmy zobaczyć więcej takich filmów (...) Jeszcze jedno pytanie: dlaczego tamto kierownictwo MSW, tak skrupulatnie niszczące różne trefne dokumenty ze swej działalności — oszczędziło właśnie ten film ? Może na to pytanie mógłby udzielić odpowiedzi gość programu, gen. Kiszczak, który tak wzruszająco mówił o bohaterze programu?". Rzeczywiście, mówił wzruszająco. Antysemitka Z. Jaszcza: „Kiszczak w nadanym ostatnio przez TVP programie tak mu [Michnikowi — W. Ł.] kadził, tak kadził, że ciarki szły po plecach...". Jeszcze większe ciarki szły antysemitom po plecach, gdy równocześnie Michnik kadził Kiszczakowi jako wspaniałemu facetowi, „człowiekowi honoru", itp. Antysemita K. Brodacki skomentował te filmowe wzruszenia, to picie sobie przed kamerami z dzióbków, oraz tę bratnią zażyłość „kata i ofiary", parafrazując Majakowskiego:

„Mówimy «Michnik», a w domyśle — «Kiszczak»,

mówimy «Kiszczak», a w domyśle — «Michnik».

Tego samego roku antysemitka E. Barańska-Jamrozik wyłożyła to samo okładkowym projektem graficznym dla zbioru felieto­nów R. Legutki „Nie lubię tolerancji": z lewej Kiszczak dźwiga na plecach Michnika (faza PRL-u), z prawej Michnik dźwiga na plecach Kiszczaka (faza III RP).

Siedem lat później (2001) „Gazeta Wyborcza" opublikowała wielokolumnowy dialog między Michnikiem a Kiszczakiem, reinterpretujący najnowszą historię Polski. Czytelnicy dowiedzieli się, że zerwanie półwiecznych pęt komunizmu zawdzięczają dwóm spiskowcom, duetowi K.—M. Resort Kiszczaka mordował patriotów, księży nie oszczędzając, ale wszechwładny szef resortu parł do wyzwolenia narodu spod pięści resortu, zaś Michnik to rozumiał i doceniał. Dlatego szef „GW" będzie bronił generała „jak niepodległości" (sic!), bo to przyzwoity człowiek. Kiszczak zaś dał dowód, że jest przyzwoitym człowiekiem, mówiąc, iż kazał wstawiać więźniom politycznym telewizory do cel, ale „klawisze" sabotowali ten rozkaz. Pewna prawicowa gazeta skomentowała to chęcią przeczytania teraz wywiadu z Himmlerem, który się skarży, iż kazał wstawiać telewizory do baraków Auschwitzu, jednak nieposłuszni „kapo" zignorowali rozkaz i nie wstawili. Lecz odbiegliśmy od wątku filmowego, wróćmy więc tam:

Michnik, swoim zwyczajem, znowu nie odpowiedział na antysemickie sugestie tyczące filmu, a zwłaszcza na pytanie: dlacze­go bezpieka nikomu innemu spośród tylu więźniów nie wykonała podobnego filmu? Lub: jeśli wykonała, to czemu żaden inny tego rodzaju „thriller" nigdy nie został wyemitowany? Udzielając wtedy wywiadu czerwonej „Trybunie" (1993) Michnik rzekł, iż należy do osobników, którzy „przebierają się w różne stroje", ale o stroju filmowym nie wspomniał.

Antysemici, sugerując po antysemicku, że Michnik przebrał się w strój cichego kolaboranta bezpieki, nie tworzyli formacji solidarnej. Wyłamał się antysemita R. A. Ziemkiewicz, pisząc (1994): „Każdy, kto udeckiego guru nazywa agentem, niepotrzebnie i niezasłużenie go dowartościowuje. Michnik był tylko, jak to zwał Lenin, «pożytecznym idiotą», miotanym jakimiś zapiekłymi kompleksami i urazami, urabiającym milionową rzeszę udeckich potakiwaczy podług swych neurotycznych odlotów. Jeśli go czymś kupiono, to daniem mu możliwości nadymania się do woli, daniem mu mesjanistycznego poczucia, że prowadzi masy ku rajowi tolerancji. Zdaje się, że to wystarczyło, by się pan Michnik swym mesjanizmem upił do nieprzytomności, tak, że nawet nie zauważył, iż mu ktoś włożył kijek w d... i kręci nim jak kukiełką. To by miał być agent? Kpiny. To pajac. Szmaciany pajacyk na patyku, nic więcej. Kto by na jego werbowanie marnował pieniądze? ".

„Jeśli go czymś kupiono" — rzekł Ziemkiewicz. Abstrahując od tego czym — przekonanie, że jednak czymś „kupiono", wyrazili roku 1995 również antysemici proletariaccy. Michnik przyjechał wówczas na Śląsk, by zeznawać jako świadek w procesie Kiszczaka oskarżonego o współsprawstwo mordu, którego ZOMO dokonało na dziewięciu górnikach kopalni „Wujek". Widząc jak czule ci dwaj się witają, górnicy nie wstrzymali gniewu, powiedzieli Michnikowi wprost: „ — Mamy prawo sądzić, iż jest pan kupiony!". A że wcześniej już pewien major SB, charakteryzowany przez swe ofiary jako szczególnie bestialski oprawca, pu­blicznie się wyraził o Michniku: „ — Cóż za wspaniały, mądry człowiek!" — komitety strajkowe Związku „Solidarność" zaczęły wywieszać transparenty brzmiące tak: „«Psom» [czyli esbekom — W. Ł.] ; i dziennikarzom «Gazety Wyborczej» wstęp wzbroniony!". Notabene: przyszłych historyków-antysemitów winna zainteresować ciekawostka, o której się dziś w Polsce milczy — „dziwna" prawidłowość „klasowa" tycząca tortur. SB torturowała nie gorzej niż Gestapo i NKWD — strasznie! Jeden z katów esbeckich, Z. Kmietko (później, za III Rzeczypospolitej, szanowany biznesmen), opowiedział dziennikarzowi jak w latach 80-ych, w katowniach SB, bito prawdziwych opozycjonistów. Bito tak, że słychać było „już nie krzyk człowieka, ale wycie zarzynanego zwierzęcia". I spytał retorycznie: „ — Widział pan kiedyś osobę bitą po stopach?...". Ciekawostka, o której wspomniałem, to fakt, że katowano tak (i zabijano) wyłącznie plebs miejski i wiejski, proletariuszy, czyli należących do opozycji robotników bądź chłopów — nigdy inteligentów (nie licząc zabitych antykomunistycznych księży — to była osobna kategoria do odstrzału). Nie jest znany ani jeden przypadek maltretowania dysydenta-inteligenta, członka „Salonu" różowego!

Kolejna poszlakowa przesłanka, która prowokuje wymierzone w Michnika spekulacje antysemitów, to jego ekstremalna wrogość wobec czegoś, czego dokonały, gwoli oczyszczenia życia publicznego, wszystkie (za wyjątkiem Polski) dawne KDL-e — wobec tzw. lustracji, czyli demaskacji prominentnych agentów bezpieki komunistycznej. „Gazeta Wyborcza" piętnaście lat temu rozpętała wściekłą propagandę kontrlustracyjną i trzyma ten kurs do dzisiaj, nie dając się wyprzedzić nikomu między Bałtykiem a Tatrami w deza­wuowaniu „polowań na czarownice". Wszyscy zwolennicy lustracji zwani są więc przez różowy „Salon" nikczemnikami, inkwizytorami, jaskiniowcami, oszołomami, etc. Tymczasem antysemici przypominają, że pierwszej „lustracji" dokonała osławiona, działająca zupełnie bezprawnie, tzw. „Komisja Michnika" (1990). Michnik i trzej jego salonowi „podwładni" weszli sobie, tak po prostu, do archiwów MSW, i buszowali tam przez dwa i pół miesiąca bez żadnej kontroli! Kto ich wpuścił? Delegat „Salonu", K. Kozłowski, minister MSW za rządów innego salonowego kumpla, premiera T. Mazowieckiego. Po co? Żeby sobie „Adaś" poszperał w „teczkach" według woli własnej. 

Oddaję głos fachowcowi, byłemu pracownikowi UOP-u, antysemicie M. Greckiemu, autorowi pracy „Konfidenci są wśród nas...":

Tak zwana «Komisja Michnika» działała na terenie MSW mając dostęp do najtajniejszych materiałów w okresie od 12 kwietnia do 27 czerwca 1990 roku (...) W jej skład weszli: Andrzej Ajnenkiel, Jerzy Holzer, Adam Michnik i Bogdan Kroll. Jeden z nich figurował w kartotekach jako TW. Jedynym materiałem, który po sobie pozostawiła «Komisja», jest liczące dwie strony sprawozdanie wraz z enigmatycznym spisem materiałów archiwalnych i wnioskiem o przekwalifikowanie kategorii dokumentów z tej wyrywkowej listy. Nie wiadomo do jakich dokumentów członkowie «Komisji» mieli dostęp. Nie wiadomo, czy z tych materiałów nie zostały sporządzone kopie bądź odpisy, nie wiadomo wreszcie, gdzie takowe — jeśli istnieją — są przechowywane. Wiadomo, że jej członkowie mieli dostęp do akt współ­pracowników UB i SB. Nie wiadomo w jaki sposób pracowała «Komisja», nie istnieją żadne dokumenty, które mogłyby wskazać, z jakich obszarów archiwum MSW korzystali jej członko­wie. «Komisja» miała zapewne wgląd do wszystkich dokumen­tów, o jakie jej członkowie prosili — mówili pracownicy Biura Ewidencji i Archiwum UOP. Na pewno mieli też dostęp do ma­teriałów operacyjnych, wszystkich opatrzonych klauzulą «tajne specjalnego znaczenia». Nie ma jednak żadnej podstawy prawnej działania «Komisji». Korzystanie z dokumentów odbywało się poza wszelkimi procedurami obowiązującymi w MSW".

Owo kilkumiesięczne „korzystanie z dokumentów" przez Michnika uskrzydla spekulatywność poszlakową antysemitów trójtorowo. Primo: czy piewca tolerancji był tolerancyjny dla dokumentów z „teczki" własnej? Secundo: czy w ogóle zaglądał do własnej, którą jego przyjaciel, Kiszczak, mógł po przyjacielsku już wcześniej wyczyścić? Tertio: ile „haków" na przeciwników znalazł w cudzych „teczkach”?  Ja bym dołożył jeszcze quarto: ile rozczarowań przeżył samowolny „lustrator" wertując „teczkę" śmiertelnego wroga swojego i esbecji nie zawierającą „haków”?  Taka absencja kijów rodzi bezradność „lustratora" — można wroga opluwać epitetami rodzaju literackiego (grafoman bądź plagiator), ale nie można trzymać go za jaja, wymuszając prosalonową kolaborację bądź milczącą uległość. Kłopot, psiakrew!

Największy lustracyjny kłopot Michnika to pewna lista „tajnych współpracowników" bezpieki. Były wiceprzewodniczący NSZZ „Solidarność", antysemita A. Gwiazda, opowiedział o niej w 2002 roku australijskiemu „Tygodnikowi Polskiemu". Wywiad ten (wieloodcinkowy) zawiera mnóstwo negliżujących świętego guru smaczków, choćby relacjonowane przez Gwiazdę wyznania robotników o tym, jak „Michnik namawiał ich w zakładzie do porozumiewania się z Sowietami ponad głową PZPR". I tu Gwiazda kontynuuje: „ — No, ale było to już wtedy, kiedy nie mieliśmy wątpliwości, że Michnik przeszedł na stronę wroga (...) Jak wiemy z analiz dokonanych przez byłego ministra Spraw Wewnętrznych, Antoniego Macierewicza, Michnik był współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa od 1968 roku (...) Na pierwszym Zjeździe Neo-«Solidarności» krążyła wśród uczestników lista agentów SB z byłego KOR-u, na której był Michnik, obok zresztą wielu innych prominentnych nazwisk. Podobną listę opublikowało pismo «Poza Układem »". Widziałem tę listę. Przy nazwisku Michnika figuruje tam dopisek: „Kolaboracja z SB od 1968 r. «Nie za ostro, dostaniesz czasem w mor­dę, ale wam się to opłaci» — cytat z archiwizowanej rozmowy werbunkowej". Lista owa może być, rzecz jasna, antysemicką fałszywką. Ale nawet gdyby nią nie była — „gdyby okazało się, że słuszne są nawet najbardziej ponure podejrzenia wobec Adama Michnika" (A. Zybertowicz, „W uścisku tajnych stużb") — to i tak trudno byłoby zaprzeczyć, że antysemityzm jest dużo gorszy od antylustracjonizmu i od życia salonowego.

• Antysemici są wreszcie tak perfidni, że zarzucają Michnikowi krzewienie w Polsce antysemityzmu, twierdząc, iż wielki żydowski pisarz-noblista, antysemita J. B. Singer, myślał o Michniku, kiedy mówił w noweli „Mentor": „Żyd współczesny nie może żyć bez antysemityzmu. Jeśli antysemityzm gdzieś nie istnieje — on go stworzy". Naczelny mentor polskiej inteligencji salonowej, istotnie, niczym naczelny rabin wojującego semityzmu, bez przerwy znajduje w kraju pokarm dla swych obsesji. Antysemitami są wszyscy przeciwnicy, żywi i umarli, powstańców warszawskich nie wyłączając. Roku 1993 Michnik napisał, że „składnikiem polskiego dziedzictwa" jest m.in. „podłość antysemitów"', jaką przejawiali również niektórzy „bohaterowie antyhitlerowskiego podziemia". Co zatkało antysemitów (zwłaszcza akowców), i to dosłownie, dzięki czemu nie było protestów medialnych. 

Antysemita J. R. Nowak dziwił się temu:

„Zdumiewające, że nikt w całej prasie polskiej nie postawił wówczas Michnikowi pytania: na czym oparł swoje obrzydliwe pomówienie? Dlaczego nie zażądano, by wymienił choć jedno nazwisko bohatera antyhitlerowskiego podziemia, który byłby jakoby «podłym antysemitą»! Bo tak przyparty do muru Michnik mógłby tylko przepraszać za haniebne pomówienia, tak jak to musiał zrobić w przypadku fałszywie oskarżonych przez nie­go działaczy «Mazowsza ». Bo mógłby najwyżej powołać się na fałsze stalinowskiej kuźni kłamstw, którymi obsypywano skazanych na śmierć bohaterów AK, takich jak generał «Nil»-Fieldorf. Prawda o czasach wojny mówi, ze właśnie AK robiła co tylko było możliwe dla ratowania Żydów (słynna zainicjowana przez nią Akcja «Żegota»), i że dowództwo AK wprowadziło wyrok śmierci na wszelkie przejawy donosicielstwa na Żydów, tzw. szmalcownictwa".

Wedtug antysemitów główną krzewicielką rzekomego polskie­go antysemityzmu stała się główna medialna tuba różowego „Salonu". Każda okazja jest dobra. Jakieś prymitywne bydlę spaskudziło mur antyżydowskim graffiti, i już „Gazeta Wyborcza" krzyczy: antysemityzm szaleje w Polsce!, ani się zająknąwszy, że sto razy częściej bezczeszczone są w Polsce nagrobki chrześcijańskie (przez nygusów, których właśnie „GW" uczy „antyklerykalizmu" i luzackiego stylu życia typu „róbta co chceta"). Troglodyci kupują rasistowskie pisemka maniaka L. Bubla, i już wrzask, że „literatura antysemicka" ma u nas powodzenie. Skini lgną do psychopaty B. Tejkowskiego, i już Michnik ma dowód, że naród polski to naród urodzonych faszystów. Tymczasem nikt bardziej nie nagłośnił Tejkowskiego (notabene: ubeka i Żyda z pochodzenia, podobnie jak jego rosyjski odpowiednik, W. Żyrynowski) niż „Gazeta Wyborcza", która opublikowała z nim dwukolumnową pogawędkę. Opublikowała roku 1991. Chyba nie za to A. Michnik był honorowany tego samego roku w Nowym Jorku jako „Żyd roku 1991"? Raczej za inne metody krzewienia antysemityzmu w Polsce. Znowu antysemita J. R. Nowak: „Z perspektywy lat coraz bardziej widoczna będzie rola Adama Michnika jako tego, który zrobił niebywale wiele dla sprowokowania antyżydowskości w Polsce przez swój fanatyzm i jawne prowokacje, czy haniebne ataki na polską historię (w stylu ataku Cichego na Powstanie Warszawskie). Nikt bardziej niż Michnik nie przyczynił się do utrudnienia autentycznego dialogu polsko-żydowskiego; on sam jest jego widocz­nym przeciwstawieniem".

Jak to zwykle bywa u „świnksów" — przepraszam: u sfinksów — wszystko u Michnika jest tajemnicą. I jego moskiewskie pertraktacje 1988-1989, i przyczyny jego komfortowego (literackiego) męczeństwa więziennego, i wiele innych fragmentów życiorysu, z których on nie chce się nikomu opowiadać. Wśród tych tajemnic jest również zagadka jego moralnego relatywizmu względem antysemityzmu. Nienawidzący antysemitów guru lubi wysokiego aparatczyka PZPR, S. Cioska, który u schyłku lat 80-ych narzekał: „Zauważa się tworzenie swoistego lobby ży­dowskiego". Gardzący antysemitami rycerz ściska się i biesiaduje z generałem W. Jaruzelskim, naczelnym „aryzatorem" LWP, który w 1986 roku ubolewał: „Niedawno ksiądz Jankowski zaprosił Michnika do św. Brygidy i ten Żyd zawładnął całym kościołem, wydawało się, że przystąpi do ołtarza i będzie celebrował mszę!". Prawdziwi antysemici są dla Michnika w porządku: „ — Odpier... cię się od generała!". Dziwne? Wcale nie — przecież to sfinks.

*   *   *

„Rzeczpospolita" opublikowała w roku 1997 panegiryczny wobec A. Michnika artykuł J. Skórzyńskiego pt. „Polityk czy wychowawca?". Odpowiedź brzmi: jedno i drugie. Faraon „Salonu" wychował i wychowuje miliony swoich wyborców, szczepiąc im — jako „ najprzebieglejszy harcownik walki z religią, niszczyciel tradycyjnych wartości narodowych i tradycyjnych wartości etycznych" (J. R. No­wak) — swoją moralność i swoje „politycznie poprawne", „tolerancyjne", nowoczesne „otwarcie na świat". Mefistofeles:

„Miło jest młodych stworzyć taką masę!

Siać tylko trzeba, a zbierze się z czasem (...)

 

Więc radzę mistrza jednego wybierzcie

I w słowa jego już na ślepo wierzcie (...)

 

W tej wiedzy drogach nie każdy się wyzna,

Niejedna kryje ci się tam trucizna,

Którą niełatwo odróżnić od leku (...)

 

Kunszt ten jest stary i nowy jak grzech.

Taki już usus istniał zawdy,

Że przez trzy w jednym, jeden w trzech,

Błąd się rozgłasza zamiast prawdy (...)

 

Niech tylko w złud i czarów dziwy

Pcha cię wciąż dalej duch kłamliwy,

A już bez reszty będziesz mój! (...)

 

Jak bydlę z bydłem żyj, za grabież nie poczytaj,

Że łan, z którego zbierasz, własnym sumptem gnoisz (...)

 

A zresztą wcale cnotliwie się czuję,

Złodziejski smaczek w tym i ździebko rui"*.

 

* — Tłum. F. Konopka.

 

„Żdziebka rui" jeden przykład: w 1992 Michnik (na łamach swej „Gazety Wyborczej") przekonywał czytelników, że ćwiczenia „trawkowe" i pozamałżeńskie (czyli ekscesy narkotykowe i seksualne) prezydenta Clintona, cała clintonowska moralność, „ będzie — być może — i dla nas wariantem jakiejś innej, bardziej nowoczesnej propozycji cywilizacyjnej" (sic!).

O propozycjach cywilizacyjnych i kulturowych lewicowego (różowego) michnikowskiego „Salonu" mówi część V mego dzieła.

 

 

 

Część V

„SALONU” GRZECHY GŁÓWNE

1. Klientela

Definicyjną cechą każdej władzy jest panowanie. Dwa główne rodzaje panowania to rządzenie administracyjne (władza polityczna) i tzw. „rząd dusz" (panowanie, w sferze pojęć kulturowych i obyczajowych, nad umysłami — a jeszcze lepiej nad sercami). Marzeniem każdej władzy jest równoczesne sprawowanie obu tych rządów. Marzeniem każdego społeczeństwa jest, by rządzono nim uczciwie, sprawiedliwie, pięknie, szlachetnie itp. Ale ponieważ „władza zawsze korumpuje" (jak słusznie rzekł w XVIII wieku lord Acton) — wspomniana nadzieja będzie zawsze matką z porzekadła kwestionującego ludzkie walory umysłowe. 

Do minionych piętnastu lat III Rzeczypospolitej i do dzisiejszej Polski pasuje nie tylko uniwersalna sentencja lorda Actona, lecz i fraza Wielkiego francuskiego malarza Romantyzmu (pierwsza połowa XIX wieku), E. Delacroix: Panowanie zbrodniarzy i kapusiów nie może być panowaniem piękna, a zwłaszcza panowaniem prawdy". Rządzi kłamstwo, i to w obu „grupach trzymających władzę" — politycznej, jak i kulturowej. Tę drugą grupę stanowi mocarstwowo opiniotwórczy „ Salon". Szefem jest tam A. Michnik, trzymający magiczną różdżkę pod nazwą „Gazeta Wyborcza". Różdżka spełnia sen o władzy. Prof. R. Legutko sądzi, że współredaktorzy organu Michnika „pragnęliby widzieć Polskę jako jedną wielką redakcję «Gazety Wyborczej»".

Ze wszystkich zdolności Michnika najważniejsza jest umiejętność odróżniania ludzi dobrych od złych. Robi to metodą Cartera. Były prezydent USA, J. Carter, jako sześcioletni chłopiec sprzedawał orzeszki ziemne. Później powiedział, udzielając wywiadu: „ — Wtedy właśnie nauczyłem się odróżniać ludzi dobrych od złych. Dobrzy byli ci, którzy kupowali mój towar". Ci, którzy kupują idee, manie, sądy, przesądy i gazety Michnika, są ludźmi dobrymi. To jego klientela, o którą musi się martwić coraz bardziej — tym mocniej, im mocniej ogólna pauperyzacja Mieszkańców III RP pustoszy im sakiewki.

Naturalną klientelą każdego Salonu Wpływu były niegdyś wyższe sfery herbowe, bogate oświecone mieszczaństwo i środowiska twórców, a później głównie inteligencja, bez względu na to jak ją zwano czy definiowano. Podobnie jest dzisiaj. A. Michnik wie o tym, dlatego stara się swoją klientelę pieścić, a zwłaszcza jej „twarde jądro", czyli różową inteligencję. Dowartościowuje jak może tę grupę społeczną, co wzmacnia jej poczucie wyższości nad resztą narodu, vulgo: jej arogancję. J. Białek i P. Skórzyński: „Bez wątpienia ta niesamowita arogancja bierze się ze swego rodzaju «państwowej ideologii III Rzeczypospolitej», jaką od 1989 roku lansuje Adam Michnik i jego zausznicy. Opie­ra się ona na micie — prościej byłoby go nazwać bajką — wedle którego szlachetna inteligencja twórcza PRL wywalczyła i wynegocjowała wolność w porozumieniu z «ludźmi honoru» rodzaju Kiszczaka. Nie jest więc przypadkiem, że czytelnicy «Gazety Wyborczej» oraz sojuszniczych czasopism są od kilkunastu lat przekonywani o niezwykłych cnotach i zaletach, jakie spływają na każdego, kto ma coś wspólnego z literaturą, teatrem, kinem lub muzyką poważną". Czyli z twórczymi kręgami „Salonu".

Ale Michnik wie także (nie jest ślepy i głuchy), iż w III RP jego klientela mocno materialnie podupadła. Skończyły się szczodre państwowe datki (dotacje, gratyfikacje, pensje za tzw. „gotowość twórczą", stypendia, honoraria etc.) dla mrowia beztalenci obdarzanych mianem „twórców", i klasa inteligencka zaryła nosem w ziemię. Trzeba się teraz straszliwie napocić, by sprzedać swój „twórczy" produkt, który nieźle się sprzeda tylko wtedy, kiedy spodoba się nabywcom (czyli ćwierćinteligentom, półinteligentom i nietwórczym inteligentom, których również gnębi bieda). Obie strony „Salonu" dostały materialnie po tyłku, co rekompensować im może jedynie teza o wyższym statusie duchowym, lansowana przez „GW". 

Znowu duet Białek i Skórzyński:

Absurd takiej tezy nie umniejsza jej doraźnej, socjotechnicznej skuteczności. Michnik bowiem znakomicie potrafił rozniecić i wyzyskać tę bynajmniej niebagatelną siłę społeczną, jaką jest snobizm. Przeciętny inteligent, nawet bezrobotny, dzięki codziennej lekturze «GW» i poruszaniu się w zamkniętym kręgu znajomych, może poczuć się członkiem warstwy, do której należą też Miłosz, Lem czy Szymborska. Jak osiemnastowieczny sztachetka, któremu została już tylko chabeta i zardzewiała szabla, czuje się w ten sposób lepszy od pospólstwa bez herbu. Jako Obrońca Kultury przed klerykalnym motłochem, może uznać się za członka «europejskiej elity»".

Według powszechnego mniemania — papiery na tę „elitarność" daje wyższe wykształcenie (ergo: dyplom wyższej uczelni). Lecz starczy porozmawiać serio z typowym członkiem „fan-klubu" Michnika, entuzjastycznym konsumentem „Gazety Wyborczej", by odnieść wrażenie, że dyplomowana ludzka inteligencja „postępowa" nie bardzo lubi się zadawać ze zdrowym rozsądkiem — „jamais couche avec". Co mi przypomina głośną swego czasu powieść E. M. Remarque'a „Na zachodzie bez zmian", gdzie pewien poborowy (w cywilu szewc), spec od wykombinowywania deficytowych dóbr (żywności itp.), klasyczny czciciel zdrowego rozsądku, twierdzi z przekonaniem, że „wykształcenie ogłupia". To właśnie wrażenie odnosi rozsądny człowiek mając do czynienia z michnikointeligentami — z klientelą „Gazety Wyborczej". Jedenaście lat temu (1993) R. A. Ziemkiewicz wygłosił trafny sąd o czytelnikach „GW": „Tak zwany inteligent to w siedmiu przypadkach na dziesięć istota absolutnie bezmyślna, niezdolna do jakichkolwiek samodzielnych procesów myślowych. Co usłyszy — to powtarza, i dumny jest ze swojej przynależności do elit (...) Mamy w Polsce, tak lekko licząc, z milion kretynów, dla których co napisane w ulubionej gazecie i powtórzone przy rytualnej herbatce w pracy — to święte. Nawet się ich nie rozstrzela, bo gdzie by potem tylu pochować? ".

Górnolotni inteligenci, vulgo: elita „warszawki" i „krakówka", plus okołosalonowy inteligencki plankton, to wszakże zbyt mało, żeby stworzyć rzeszę akolitów. Niezbędne są również masy ćwierćinteligentów i zwłaszcza półinteligentów. Tych nie brakuje, pochodzą jeszcze ze starego wychowu, co tak widział „Kisiel": „Polska Ludowa to wielka szkoła półinteligencji, wszyscy będą półinteligentami, nawet (a zwłaszcza) ci, co kończą wyższe uczelnie. Jest więc u nas niby-stan, o którym niegdyś wielekroć pisałem (...) Jednego tylko nie powiedziałem — że to będzie tak nudne i głupie". Nudne i głupie może sobie być — ważne jest, aby było duże liczbowo i aby wierzyło w „centralę". Dlatego Michnik robił i robi wszystko, by trafiać do mas studentów i absolwentów (gdzie tylko część jest pochodzenia inteligenckiego), oraz do emancypujących się mozolnie na inteligenckość warstw półinteligenckich, wywodzących się głównie z raczkującej „klasy średniej" (biznesmeni, urzędnicy itp.). 

Bohater mojej powieści „Kielich" próbował tak ich definiować:

„ — Między tępą hołotą a kulturową elitą zawsze istniał człon pośredni, pewna liczba ludzi świadomie bądź podświadomie aspirujących do kulturowego oszlifowania. Dzisiaj daje się im miano ćwierćinteligentów lub półinteligentów, lecz ta pejoratywna terminologia nieprecyzyjnie identyfikuje stan, o którym mówię. Chodzi o kulturowych aspirantów, o swoisty półprodukt ewolucji kulturowej, o czeladników kulturowego szlachectwa".

Sumując: Michnika nie interesują (i słusznie) półgłówki wertujące wyłącznie „tabloidy" — to nie jego klientela. Obchodzi go inteligent, półinteligent i ewentualnie ćwierćinteligent, których inteligencja jest podszyta bezmyślnością i lewicowością, czyli bezoporną podatnością na salonową indoktrynację. Ergo: dla stworzenia własnego stada nie jest mu potrzebny ani zupełny (genetyczny czy środowiskowy) prymityw, ani człowiek samodzielnie myślący (taki jest niebezpieczny, gdyż zazwyczaj jest wrogiem różowego „Salonu"), tylko „lewak z poprawnie polityczną wydmuszką zamiast mózgu" (jak to ładnie ujął pisarz-satyryk M. Wolski) — taki człowiek, który bezkrytycznie uzna, że „jedynie Michnik wie na czym polega demokracja i tolerancja, on jest tutaj alfą i omegą" (jak to celnie ujął „Kisiel").

Wajda zrobił kiedyś marny film pt. „Piłat i inni", ale ten film miał genialną metaforyczną scenę wprowadzającą. Ona mi się zawsze przypomina, gdy myślę o A. Michniku i o hordzie jego klientów. Dla tych, którzy filmu nie mieli okazji widzieć, cytuję streszczenie wzmiankowanej sceny dokonane przez L. Antonowicza: „Rzecz dzieje się w rzeźni. Stado baranów tłoczy się, popycha, jest bałagan, dezorientacja. W pewnej chwili pojawia się, wepchnięty przez rzeźników, dorodny tryk z pięknie zakręconymi rogami. Urodzony przywódca. Staje na czele stada i prowadzi je. Barany biegną za nim, robi się wreszcie jakiś porządek. Barany o nic nie pytają. Po prostu ufają swojemu przywódcy. Wszak ma takie piękne rogi. W ostatniej zagrodzie jest mała, niepozorna furtka w ogrodzeniu, przez którą wódz zostaje wyprowadzony. Pozostałym baranom podrzynają gardła. Wódz udziela wywiadu. Mówi do mikrofonu, że przecież lepiej, aby stado szło porządnie, niż by się mieli tratować. Poza tym, gdyby nie zrobił tego on, zrobiłby to ktoś inny, gorszy".

Metafora nie byłaby metaforą, gdyby niosła treści dosłowne. Nie chodzi mi więc o podrzynanie gardeł ludziom. W przypadku, jaki diagnozuję, chodzi o podrzynanie im mózgów. O mentalne ubezwłasnowolnianie ludzi pajęczyną kłamstw, która tworzy system myślenia (postrzegania, wartościowania, funkcjonowania) — do taktu. Każdy wielki totalizm zaczynał się właśnie od tego — od zglajszachtowania przez kuglarstwo informacyjno-interpretacyjne i opiniotwórcze ludzkich poglądów, od dezindywidualizacji umysłów, od umiejętnego zdegradownia wszystkiego co święte i zaszczepienia powszechnej wiary w dobroć oraz prawdomówność Zła — a rozwijał się do wtóru werbli, których twarde pałki wybijają takt wegetacji niewolniczej. 

Mefistofeles Goethe'ego mówi:

„Potem przykażą wam surowo,

Że co czynicie odruchowo,

Jedzenia, picia prosty akt

Na raz! dwa! trzy! ma dziać się w takt"*.

* —Tłum. F. Konopka.

Jest to orwellowska wizja ubezwłasnowolnienia — w danym przypadku: ubezwłasnowolnienia mózgów (vel: wykastrowania intelektu) — a Mefistofeles Michnik to orwellowski „Wielki Brat", który narzuca swej klienteli diabelską transakcję. O niej za chwilę, dygresyjnie bowiem warto wspomnieć, że do miana Mefistofelesa III Rzeczypospolitej Michnik ma konkurenta — swego biesiadnego kumpla, J. Urbana. W połowie lat 80-ych wieku XX ci dwaj wykoncypowali razem różowo-czerwoną post-peerelowską elitę nowej władzy, odnieśli triumf, i teraz każdy dysponuje potężnym prasowym medium, z tym, że „Nie" Urbana ma inną klientelę, głównie postaparatczykowską, postmilicyjną, postesbecką, kołtuńską, prymitywnie (nie zaś „postępowo") antykościelną — wszystkich tych ćwierćinteligenckich i półinteligenckich chamusiów, których rajcuje pornografia i językowe „mięso", a którzy nie wykazują chęci, by ewoluować od ćwierć -inteligenckości-półinteligenckości ku inteligenckości salonowej. 

J. Urban może mieć jednak o tyle bardziej uzasadnione pretensje do grania roli Mefistofelesa, że fizycznie przypomina go nieomal sobowtórzo. Znamy wyłącznie je­den „autentyczny" konterfekt tego diabła uchodzącego za symbol kusicielstwa i deprawacji, wizerunek pierwszy (wczesnorenesansowy) — wszystkie późniejsze (zwłaszcza XVIII-wieczne i XIX-wieczne) to nonsensowne wytwory fantazji preromantycznych i roman­tycznych grafików (nie znali pierwowzoru, alias oryginału). Został on narysowany przez niemieckiego czarnoksiężnika, doktora J. Fausta (1480-1540), który rzekomo kontaktował się z Mefistofelesem. Faust zamieścił ów konterfekt „en pied" (całopostaciowy) w swym dziele „Hollenzwang", ukazując jowialnego, wielkouchego, łysego grubasa o nikczemnym wzroście. Proszę spojrzeć na reprodukcję — wypisz wymluj J. Urban! Ale tu koniec żartów — wróćmy do diabelskiej transakcji Michnika z jego klientelą.

Kilkadziesiąt lat temu miała miejsce — między czerwonym „Wielkim Bratem" (Stalinem) a „postępową inteligencją" — sławna „faustowska transakcja z komunizmem". „Wielki Brat" Michnik narzucił „postępowej inteligencji" faustowska transak­cję z różowym „Salonem"', który powie jak żyć, jak myśleć, jak widzieć świat i jego przemiany, jak reagować na wszystko. Wypisze ci każdą receptę, skomentuje po swojemu każde wydarzenie, rozwieje każdą wątpliwość. Ty nie musisz się męczyć — ta pralka „sama pierze". Wskaże ci bezbłędną-bezstresową dro­gę przez życie i właściwe towarzystwo („dobre towarzystwo") o mózgach czystych (równie solidnie wypranych), da ściągawkę do głoszenia inteligenckich sądów i poglądów, uświadomi z czego można się śmiać, czym trzeba gardzić (np. dekomunizacją i nietolerancją wobec żądań gejów), nad czym wolno biadolić i kogo winno się kochać. Nie przemęczaj się i wyluzuj!

Proszek, który został wrzucony do tej pralki, zwie się „poli­tyczna poprawność". Grzechy różowego „Salonu" są rozliczne (kolejno je omówię), lecz bazowym jest lewacka tyrania „politycznej poprawności", która przyszła do nas z „postępowych" kręgów Zachodu. R. Legutko: „To właśnie ta ideologia tworzy dzisiaj najbardziej wpływowe stereotypy i z niej biorą się naj­popularniejsze schematy, banały, półfałsze i pozorne oczywistości". Pytanie zasadnicze brzmi: czym grożą? W przypadku zwy­czajnym: ogłupieniem tudzież zdemoralizowaniem społeczeństwa i sterroryzowaniem tych inteligentów oraz intelektualistów, którzy wyznają, miast „postępowych", wartości dekalogowe, czyli tradycyjną moralność i uczciwość myślową wykluczającą sztuczki relatywistyczne. W przypadku najdrastyczniejszym: anihilacją państwa i jego tysiącletniej kultury. Pierwszą europejską owcą kandydującą do zarżnięcia jest Francja.

Francja to z salonowego (czyli „poprawnościowo-politycznego") punktu widzenia przypadek osobliwy. Funkcjonują tam bowiem dzisiaj dwa wrogie sobie „Salony" — filosemicki (wspomnę o nim w rozdziale 3 tej części książki) i dużo silniejszy (!) „Salon" filomuzułmański. Oba są umysłowo zboczone, ale to nie może dziwić, bo mózgowo zboczony jest każdy na świecie lewicowy „Salon", wszelako francuskie elity inteligenckie starają się pod względem głupoty i wredności bić światowe rekordy par force. W wielu przypadkach, gdy chodzi o „political correctness", oba te nadsekwańskie „Salony" działają zgodnie, jak choćby w przypadku ekstradycji do Włoch (lato 2004) włoskiego terrorysty-mordercy, lewaka C. Battistiego. Cała francuska elita umysłowa gromko zaprotestowała przeciwko wydaniu zbrodniarza, co tak rozwścieczyło Włochów, że nawet lewicowa włoska „Unita" zbeształa francuskie „Salony" za — cytuję — „głęboką degradację moralną i mentalną francuskich lewicowych intelek­tualistów". Dla Francji jako państwa groźniejszy jest rodzimy „Salon" filomuzułmański, absurdalnie dopieszczający huragano­wo rosnącą, wielomilionową islamską „mniejszość narodową " tego kraju. Jak obliczono — już w 2050 roku we Francji liczba muzułmanów zrówna się z liczbą niemuzułmanów, a później muzułmanie zdominują białą ludność bez reszty, vulgo: Francja (ciekawe pod jaką nazwą?) stanie się krajem muzułmańskim tout court. 

Latem 2004 odważył się wskazać tę konsekwencję „politycznej poprawności" (na łamach „Le Figaro") znany etnolog i pisarz, J. Raspail, mówiąc:

„Los Francuzów jest przypieczętowany (...) Cała starzejąca się (gasnący przyrost demograficzny), intensywnie muzułmanizowana Europa zmierza ku śmierci, lecz Francja pierwsza zawali się pod presją niewyczerpywalnego rezerwuaru imigracyjno-demograficznego islamu o charakterze zaborczym i fundamentalistycznym (...) Rdzenni Francuzi nie zdają sobie sprawy z tej groźby, gdyż są od dziecka nieustannie poddawani praniu mózgów — terrorystycznej propagandzie «praw człowieka», «otwarcia się na innych», «solidarności ogólnoludzkiej», «pluralizmu», «tolerancji» i wypaczonej idei chrześcijańskiego miłosierdzia, czyli sztampowych chwytów z arsenału «politycznej poprawności», wspieranych przez «ustawy antyrasistowskie» (...) Jednego nie mogę pojąć — jak i dlaczego tylu niegłupich przecież Francuzów i tylu francuskich polityków (również prezydent J. Chirac, bredzący, iż «korzenie Europy są w równej mierze muzułmańskie co chrześcijańskie») świadomie i metodycznie, by nie powiedzieć — cynicznie, przykłada rękę do poświęcania Francji na ołtarzu utopijnego humanizmu, posuniętego blisko granic absurdu. Zadaję sobie to samo pytanie a pro­pos tych wszystkich wszechobecnych [salonowych — W. Ł.] i hałaśliwych organizacji na rzecz praw takich czy owakich, stowarzyszeń intelektualistów, subsydiowanych oficyn propagandowych, siatek manipulatorów, którzy zinfiltrowali wszystkie mechanizmy państwa, zawodowych sygnatariuszy przeróżnych apeli, «poprawnych politycznie» mediów, i wszystkich tych «ludzi inteligentnych» [klientela — W. Ł.], którzy dzień po dniu systematycznie i bezkarnie wstrzykują substancję paraliżującą do wciąż jeszcze żywego organizmu francuskiego. Wszyscy ci ludzie aż do mdłości odmieniają na wszelkie sposo­by określenie «wartości republikańskie», lecz ani słowem nie wspominają przy tym o Francji. Tymczasem Francja to prze­de wszystkim namacalna, fizyczna ojczyzna. Republika to tylko określona forma rządów, będąca dla tych ludzi symbolem pewnej ideologii. I w imię tej ostatniej gotowi są poświęcić tę pierwszą — Francję".

We Włoszech analogiczną Kasandrą jest najgłośniejsza dziennikarka Italii, niegdyś lewicująca, dziś konserwatywna O. Fallaci, która dwiema swymi książkami („Wściekłość i duma" tudzież „Siła rozumu") wypowiedziała wojnę islamizacji Europy, konkludując: „Europa staje się Eurarabią. Wkrótce będzie kolonią islamu, muzułmańską prowincją. Nie lubię wieszczyć, że Troja zapłonie, lecz takie są fakty". Fallaci jasno wskazuje winowajcę: „postępowy" lewicowy „Salon" filomuzułmański tudzież klientelę wyborczą tego gangu: inteligencję, półinteligencję i ćwierćinteligencję otumanianą hasłami „poprawności politycznej" na rzecz „tolerancji dla kolorowych".

Właśnie współczucie — współczucie skądinąd humanitarnie jak najbardziej słuszne — dla ludzi mających niebiałą barwę skóry wyprodukowało „political correctness", o czym mówi kolejny rozdział.

 

2. „Polityczna poprawność”

„Political correctness" —- „polityczna poprawność". Co to jest? Jest to lewicowa (lewacka), obyczajowo-kulturowa i semantyczna vel leksykalna (tycząca słownictwa), dżuma naszych cza­sów. Ale o co tu chodzi? Jednym zdaniem mówiąc: chodzi o nazywanie białego czarnym i vice versa. Atoli za jedno tylko zdanie wydawca dałby mi nie więcej niż jedną tylko złotówkę, tedy muszę się trochę rozpisać na temat „politycznej poprawności"'.

Słowa „czarny" użyłem automatycznie, metaforyzując. Lecz tym samym trafiłem przez przypadek celnie w samo praźródło dżumy, gdyż „political correctness" zaczęła kiełkować w USA , wiele lat temu jako forma walki z dyskryminacją czarnych (Murzynów), a precyzyjniej rzecz biorąc: jako forma kampanii o dowartościowanie czarnoskórych obywateli Stanów Zjednoczonych. Później włączyły się feministki, lesbijki, męskie mniejszości homoseksualne i wszelakie inne, ekolodzy, anarchiści, nihiliści, antyglobaliści, różni „postępowcy"', kulty, sekty, zboczenia, wynaturzenia, itp., itd. — i poooszło! Ale zaczęło się od Murzynów.

Historyk-maniak, czyli upierdliwy detalista, wskazałby już XVI wiek jako początek walki „białasów" o prawa kolorowych, zaś jako niefortunnego pioniera — hiszpańskiego mnicha Las Casasa. Ów misjonarz tak się ciskał, że w roku 1555 cesarz Karol V urządził na swym dworze publiczną dyskusję między nim a elokwentnym humanistą Sepulvedą, który bronił starożytnej tezy Arystotelesa o prawie narodów wyższych do sprawowania zwierzchności nad ludami niższymi. Las Casasowi chodziło wtedy o Indian, którzy nie nadawali się do ciężkich niewolniczych robót na plantacjach (padali jak muchy). Chciał im ulżyć, wymyślił metodę i rozgłosił swój pomysł. Pomysł był prosty: zastępować Indian dużo wytrzymalszymi Murzynami z Afryki! Pomysł się spodobał, więc realizowano go (co mi przypomina równie humanitarny późniejszy pomysł „dobrych ludzi", który upowszechnił straszliwy narkotyk — pomysł leczenia morfinistów heroiną).

Gdy już Ameryka pełna była przywleczonych z Afryki czarnych niewolników — w Stanach wykluł się (wiek XIX) Ruch Abolicjonistów, toczący walkę o wyzwolenie ludności murzyńskiej. Dla „ludzi postępu" całego świata i całego XX stulecia idolem tej walki był amerykański prezydent A. Lincoln (często określano go jako największego ze wszystkich prezydentów USA), który zniósł w Stanach niewolnictwo (sławna proklamacja wyzwolenia Murzynów) i stoczył ciężką Wojnę Domową ze stanami Południa gwoli przeforsowania tej szlachetnej idei. Od dawna jego gigantyczny monument flankuje wejście do waszyngtońskiego Kapitolu. Tymczasem u schyłku XX wieku czarnoskóry amerykański pisarz, L. Bennett, dorwał się do „Archiwum Lincolna" i znalazł papiery, które bezlitośnie kruszą świetlaną le­gendę. Bennett wydał dwie książki ze swymi ustaleniami, określając Lincolna jako „maskującego się rasistę" i oskarżając go o to, że wyzwolenie przezeń czarnych było tylko częściowe, lokalne, i generalnie było tylko chwytem taktycznym dla osłabienia południowców, oraz — co najważniejsze — wstępem do... wyrzucenia całej „czarnej hołoty" ze Stanów! Realizacji tego planu przeszkodziła nagła śmierć prezydenta. Komentator pracy Bennetta „Bia;e marzenie Abrahama Lincolna", J. Borger, tak streścił jej zawartość:

„Jest więc pewnym szokiem, kiedy się czyta, ze człowiek znany jako Wielki Wyzwoliciel, był w istocie rasistą (...) Wysławiana proklamacja wyzwolenia Murzynów posłużyła Lincolnowi nie do uwolnienia niewolników, lecz do osłabienia Południa, aby można było wygrać Wojnę Domową i wszystkich czarnych deportować do Afryki (...) Bennett rzuca snop światła na wczesny okres działalności Lincolna, kiedy był on stanowym politykiem w Illinois; zwykł wtedy nazywać czarną ludność pogardliwie «czarnuchami», zarówno rozmawiając prywatnie, jak i przemawiając. Bez końca opowiadał «murzyńskie» dowcipy o czarnej służbie, i gwałtownie sprzeciwiał się zniesieniu niewolnictwa, popierając stanowe ustawy, które wzbraniały czarnej ludności głosowania oraz zajmowania urzędowych stanowisk (...) Bennett przekonuje, że do opublikowania w 1863 ro­ku proklamacji znoszącej niewolnictwo zmusiła Lincolna konieczność dania satysfakcji rozeźlonemu skrzydłu abolicjonistycznemu jego partii, lecz skrupulatnie manipulował sformułowaniami, by proklamacja miała zastosowanie tylko wobec wro­gich stanów, pozostających poza kontrolą Unii. W rezultacie ów dekret nie uwolnił ani jednego niewolnika. Bennett cytuje m.in. sekretarza stanu Lincolna, Williama Henry'ego Sewarda, który bez żenady określił proklamację jako iluzję, mówiąc: «Przejawiamy w niej sympatię dla niewolników, uwalniając ich tam, gdzie nie mamy nad nimi władzy, i utrzymując ich w nie­woli tam, gdzie moglibyśmy ich uwolnić». Aprobując niewolnictwo na terenie południowych enklaw kontrolowanych przez Unię (jak Nowy Orlean, gdzie już wcześniej wojsko Unii wyzwoliło niewolników) — proklamacja z 1863 roku w istocie przywróciła niewolnictwo, oddając Murzynów ponownie daw­nym panom, czyli reaktywując sytuację sprzed wojny: «antebellum status quo». Bliski przyjaciel Lincolna, Henry Clay Whitney, otwarcie stwierdził, że proklamacja Lincolna «nie była celem, lecz jedynie środkiem do celu, zaś celem była deportacja niewolników». Lincoln przed i w trakcie swej prezydentury stawiał wielokrotnie sprawę wywiezienia niewolników okrętami do Afryki, chcąc stworzyć coś, co Bennett określa jako «białą niczym lilia Amerykę, bez Amerykanów pochodzenia afrykań­skiego i Martinów Lutherów Kingów» (...) Jeśli zaś idzie o mit Wielkiego Wyzwoliciela, pisze on: «Historia żadnego innego Amerykanina nie została równie zafałszowana». Język Bennetta pełen jest gniewu, ale na razie nikomu nie udało się zakwestio­nować autentyczności wykorzystanych przezeń dokumentów i sumienności jego badań".

Dlaczego tyle miejsca poświęcam Lincolnowi i jego ukochanemu pomysłowi, by odesłać Murzynów tam skąd ich przywieziono? Dlatego, że „rewizjonistyczna historiografia" Bennetta wywołała gromki skandal, który miał symptomatyczny efekt: dzięki niej ujawniono kompromitujące absurdy „politycznej poprawności", obnażając przy tym pułapki, w które wpadają jej heroldo­wie, krusząc szerzone przez nich mity, demaskując ich pokrętną lewacką mentalność. Cóż się bowiem stało w efekcie odbrązowienia Lincolna piórem Bennetta? Zrazu lewacy zgłupieli, lecz wkrótce rozpętała się dyskusja o słuszności-niesłuszności planów „powracania do kraju korzeni" (czyli do Afryki) przez ludność murzyńską. Przypomniano, że już od roku 1822 biali amerykań­scy „dobrzy ludzie" („abolicjoniści") hurtowo odsyłali wyzwolonych Murzynów na Czarny Ląd, i że tam owi „reemigranci" założyli sobie państwo pt. Liberia (Wolność, Wolny Kraj), które błyskawicznie stało się prawdziwym koszmarem i jest typowo afrykańskim piekłem do dzisiaj. Ale czymś dużo gorszym — istnym nokautem — stała się dla wyznawców „political correctness" deklaracja znanego amerykańskiego dziennikarza, czarnoskórego K. Richburga:

Richburg byt w latach 1991-1994 szefem biura „The Washington Post" na Afrykę i później zmajstrował głośną książkę pt. „Out of America: A Black Man Confronts" (co można tłumaczyć: „Przybysz z Ameryki; czarny doświadcza Afryki"), pełną bezpardonowego wstrętu do Czarnego Kontynentu. Richburg błogosławi w niej niewolnictwo, dzięki któremu stał się Amerykaninem, a nie Afrykaninem: „Różni politycznie poprawni mędrkowie twierdzą, że biała Ameryka ma wobec nas, czarnych, dług, bo nasi przodkowie byli tu niewolnikami. Zaś Afrykę reklamują jako rodzaj murzyńskiej Walhalli, czyli raju, do którego winni wracać potomkowie niewolników pragnący odzy­skać swą ludzką godność. Przepraszam, ale ja tam pojechałem, i doświadczyłem Afryki... Błogosławię fakt, iż moich przodków, zakutych w łańcuchy, przewieziono przez ocean. Dzięki Bogu Jestem Amerykaninem". W pewnym momencie Richburg (komentując sadystyczne rzezie międzyplemienne) mówi wprost o czarnych mieszkańcach Afryki: „To nie są ludzie. To bydlęta". Czytając takie rzeczy, ludzie „politycznie poprawni" dosta­wali szału. Lecz gnojenie Richburga utrudniały im dwa szlabany: fakt, iż jest on Murzynem, i świadomość, że każdy amerykański Murzyn, którego by deportowano do Afryki — uznałby to za krzywdę niewyobrażalną.

Każda taka „zdrada" ze strony „Afroamerykanina" boli „Salon". Ból najświeższy (lato 2004) to kilka publicznych wystąpień sławnego czarnoskórego aktora, B. Cosby'ego, który bezlitośnie zrugał swych czarnoskórych „braci" z murzyńskich gett za ich lenistwo, chamstwo, głupotę, narkomanię, alkoholizm, bandytyzm i antyfamilijność, mówiąc, że „tych ludzi nic nie usprawiedliwia", gdyż Ameryka daje im szczodrze wszelkie szanse nauki i awansu społecznego, lecz oni nie chcą tego wykorzystywać, preferując wulgarny „tumiwisizm" bądź działalność kryminalną. „ — To są głąby same sobie winne, a swoje frustracje odreagowują brutalnością. Przestańcie bić swoje kobiety tylko dlatego, ze wskutek niechęci do nauki nie nadajecie się do żadnej sensownej pracy. Trzeba było nie uciekać ze szkół! Przestańcie chrzanić o niewolnictwie — to było bardzo dawno temu. Biedni Azjaci przybywają tu i błyskawicznie robią karierę, bo chce im się uczyć, a wy nie umiecie się nawet wysławiać po ludzku angielskim językiem!". Itd. Duży dla „Salonu" kłopot!

Równy kłopot mają amerykańscy „politycznie poprawni" ze swym największym „czarnym sukcesem" — z tak zwaną „akcją afirmacyjną", czyli z preferencjami dla Murzynów przy przyjmowaniu do pracy i zwłaszcza przy rekrutowaniu na studia (coś w rodzaju peerelowskich „punktów za pochodzenie robotnicze i chłopskie", tylko w skali dużo większej). Władze amerykańskie wprowadziły takie przywileje ćwierć wieku temu pod naciskiem lobby „postępowców" (amerykańskich wojujących „liberałów", ergo: lewaków). Dzisiaj wiele stanów się z tego wyco­fuje (identycznie jak z niefrasobliwego zniesienia kary śmierci), m.in. pod naciskiem... Murzynów, gdyż „akcja afirmacyjną" sprawiła, że każdy czarny absolwent, choćby bardzo zdolny, jest postrzegany jako głup, który dostał się na studia i ukończył je wyłącznie dzięki realizowaniu przez państwo zasady politycznej, czyli dzięki sztucznym przywilejom, a nie wskutek własnego ilo­razu inteligencji (IQ). I tu, nim pociągnę wątek dalej, trzeba rzec kilka słów o amerykańskich burzach wokół IQ.

Pierwsza gigantyczna awantura gruchnęła roku 1969, kiedy W. Schockley (laureat Nobla) i A. Jensen (psycholog z Uniwersytetu Berkeley) publicznie zażądali, by nie mieszać dzieci czarnych i dzieci białych w jednych klasach szkolnych, gdyż taki koktajl drastycznie obniża poziom nauczania (ze względu na genetycznie determinowany, dużo niższy iloraz inteligencji Murzynów), wskutek czego dzieciaki białe ponoszą szkodę. Buchnęło wówczas chóralne oskarżenie dwóch uczonych o rasizm i ruszyły antyrasistowskie demonstracje, m.in. w Berkeley (nadwiślańskie echa tego skandalu streścił R. Legutko: „Testy na inteligencję, pokazujące statystyczne różnice między wynikami szkolnymi, są piętnowane jako wyraz pogardy białej kultury wobec czarnej"). Ale było to „małe piwo" przy burzy, która się rozpętała A. D. 1994, kiedy Ch. Murray (socjolog) i R. Herrnstein (psycholog z Harvardu) opublikowali pracę pt. „The Bell Curve". Prawie 900 stron tabel, wykresów i pomiarów, będących efektem wielo­letnich badań naukowych, dowodziło tam, że IQ Murzynów jest dużo niższe od IQ białych, oraz że ta „intelektualna dysfunkcjonalność" jest dziedziczna, a więc nie wynika z warunków środo­wiskowych (życie wewnątrz murzyńskich gett, nędza etc.), tylko ma źródło genetyczne. Książka wprawiła „politycznie poprawnych" w stan białej gorączki. Ówczesny amerykański korespon­dent „Gazety Wyborczej", J. Kalabiński, donosił: „Burza, jaka rozszalała się w amerykańskich środkach przekazu, nie ma pre­cedensu. Przy lekturze większości komentarzy odnosi się wrażenie, że podczas ich pisania autorzy byli bliscy furii. Od dwóch tygodni w prasie, radiu i telewizji króluje temat «krzywej inte­ligencji»". Trwało to długo. Lewicowy „The New Republic" poświęcił sprawie cały numer, „liberalny" „Newsweek" dał książkę na okładkę, inne czasopisma tygodniami wałkowały IQ. Gazety europejskie określiły dzieło Murraya i Herrnsteina jako „książkę, która wstrząsnęła Ameryką". Chociaż żadne kontrbadania nie zdołały obalić wyników badań dwójki autorów (co nie znaczy, że ich wnioski nie są kontrowersyjne — potrzebne byłyby tu żmudne badania genetyczne), obaj naukowcy zostali zlinczowani przez „politycznie poprawną" opinię lewicową — za rasizm. Ale dzięki temu tamtejszy antyrasistowski „Salon" wpadł w pułapkę — w wilczy dół wykopany przez siebie samego. Okazało się, że antyrasizm to kij, który ma dwa końce.

Drugi koniec kija zaczął spadać na „politycznie poprawnych", kiedy do sądów poszli ze skargą biali kandydaci, którzy świetnie zdali uczelniane egzaminy wstępne i nie zostali przyjęci wskutek „braku miejsc", bo te miejsca zajęli czarnoskórzy, którzy zdali dużo gorzej. Najpierw jeden biały odważył się zaskarżyć uczelnię, potem drugi zaskarżył „akcję afirmacyjną" jako taką (czyli państwo), i wreszcie przerodziło się to w masówkę procesów. Jedni sędziowie oddalali skargi, lecz inni, odważniejsi, przyznawali rację powodom, a te drugie werdykty bazowały na dwóch oczywistościach trudnych do obalenia: matematycznej i socjologicznej. O ile bowiem ciężko jest udowodnić, że szef firmy, mając dwóch kandydatów na swego zastępcę czy na jakiekolwiek inne stanowisko, wybrał Murzyna a nie białego, gdyż uległ terrorowi „politycznej poprawności" zamiast kierować się względami merytorycznymi — o tyle w przypadku akademickich egzaminów dowód jest bezsporny, ponieważ tam się odnotowuje punkty. Bez trudu więc wykazano, że gdyby nie „akcja afirmacyjną" — na tysiąc studentów przypadałoby nie 120 Murzynów (dane z roku 1994), lecz tylko jeden (sic!). Bez trudu również dowiedziono, że wyłączną bazą „akcji afirmacyjnej" jest kryterium rasowe, a więc rasistowskie par excellence! Wunderwaffe „politycznej poprawności" — kij antyrasizmu — walnął „politycznie poprawnych" w łeb. „Kto mieczem wojuje...".

Odbili to sobie za pomocą Hollywoodu. Już w latach 80-ych filmowa „polityczna poprawność" made in USA była smaczna. Przypomnijcie sobie sławnego „Terminatora" ze Schwarzeneggerem: biega tam na ekranie wielu białych zabijaków, przeciętniaków i głąbów, lecz jest również pewien supernaukowiec, wielki mózg, genialny wynalazca, Einstein nowych czasów — i jest nim Murzyn. Wtedy to jeszcze raczkowało, ale dekadę później stało się rutyną: w zdecydowanej większości amerykańskich filmów kinowych i telewizyjnych lat 90-ych i dzisiaj szefami (czyli tymi od myślenia) są czarni, a biali to ich podwładni („fizyczni") — w „thrillerach" czy w „cop movies" (filmach policyj­nych) czarny szef i biała załoga to już rytualny standard, wyjątki są rzadkie. Trzeba arcymózgu (exemplum Morfeusz w „Matrixie"), filozofa, pisarza, poetę, profesora akademickiego, mądrego sędziego lub admirała (exemplum szef CIA w serii głośnych „Ryanowskich" filmów według prozy T. Clancy'ego) czy też chirurga-wirtuoza? — proszę bardzo, byleby miał czarną skórę, pielęgniarze mogą być biali. Ta mania to już jakaś choroba, bo w społeczeństwie amerykańskim jest niewiele ponad 10% Murzynów. Ale widocznie prawie wszyscy spośród nich to geniusze bądź przynajmniej „jajogłowi", intelektualny sztab.

Równie wielkie sukcesy odnosi amerykańska „polityczna po­prawność" w innych dziedzinach, np. w sądownictwie. Pamiętacie nie tak dawny superproces O. J. Simpsona — słabego aktora („Koziorożec 1") i wybitnego mięśniaka (futbol amerykański), idola kibiców? Tego ewidentnego podwójnego mordercę (mnóstwo bezspornych dowodów, m.in. testy DNA) sąd uniewinnił, gdyż zamordowani byli biali, a nacisk na ławę przysięgłych ze strony Murzynów (gigantyczne demonstracje uliczne, groźba spalenia kilku dzielnic Los Angeles), wspieranych przez lewaków, miał ciężar kafaru „postępowego". W pedagogice i w propagandzie medialnej wielkim triumfem „politycznej poprawności" stało się wywyższanie rockmenów i jazzmenów, tudzież bezimien­nych afrykańskich „plastyków" i gawędziarzy („griotów") nad gorzej utalentowanych „białasów"', takich jak Mozart, Chopin, Beethoven, Bach, Rubens, Leonardo, El Greco, Platon, Kartezjusz, Kant, Szekspir, Byron, Molier czy Cervantes. Była to ri­posta amerykańskiego „Salonu" przeciwko głosom (m.in. przeciwko zgryźliwej opinii znanego pisarza, S. Bellowa), iż nie po­jawił się nigdy żaden wielki literat, rzeźbiarz, malarz, uczony bądź wynalazca rasy murzyńskiej. Ta riposta szybko przybrała charakter kampanii dużego kalibru. Mówię o mocno nagłaśnianej akcji „Down with DWEMs!" („Precz z DWEMsami.'"). DWEM to „Dead White European Men" („Martwi Biali Europejczycy"). Vulgo: mówię o niższości białego, który wynalazł telefon lub kolej, wobec Murzyna, który wynalazł bambus. Przepraszam: wobec „Afroamerykanina", bo tylko tak wolno teraz nazywać amerykańskich Murzynów, podobnie jak debila wolno zwać tylko „inteligentnym inaczej", kalekę — „sprawnym inaczej" (Europa przyjęła wersję łagodniejszą: „niepełnosprawni"), złodzieja — „uczciwym inaczej", itp. Najlepszy status obywatel­ski, jaki można sobie wyobrazić w Ameryce (i do którego trzeba dążyć), to czarna lesbijka transwestytka wyznania konfucjańskiego i pochodzenia meksykańskiego, gdyż wtedy ma się kilka premii („bonusów"): jedną za mniejszość religijną, dwie za mniejszość seksualną i dwie za mniejszości narodowe. Powodzenia!

Cały ten problem „źródłowy" dla terroru „political correctness" — problem ludzi o czarnym bądź czekoladowym kolorze skóry — nie tyczy, rzecz prosta, wyłącznie Stanów. Dzięki „Salonom" Europa przerabia go również. Vide Anglia, gdzie mamy do czynienia z dewiacją polegającą na tym, że chociaż nie można kolorowym (Afrykanom, Jamajczykom, Pakistańczykom, Cejlończykom etc.) wybielić skóry, próbuje się im sztucznie (statystycznie) wybielić erudycję, wiedzę, inteligencję, gusta, słowem „kulturalność'". Jak? Ano choćby tak, że wyznacza się muzeom obowiązkowe procentowe „kwoty" zwiedzających o innym niż biały kolorze skóry. Procent zwiedzających o skórze kolorowej nie może zejść poniżej wyznaczonego limitu. Dyrektorzy muzeów pytają: jak to robić? Ograniczając liczbę białych zwiedzających, czy zapędzając kolorowych siłą do muzeów? Świat jest karmiony takimi aberracjami coraz częściej, a dla zamykania ust krytykom tych zboczeń służy specjalny słownik terminów „politycznie poprawnych" — kneblujących i zastraszających. Kiedy niedawno płonęły angielskie Oldham i Bradford, podpalone i obrócone w perzynę przez społeczność kolorową, której przywódcami-prowodyrami są handlarze narkotyków, angielskie media zgodnym chórem kłamały, iż źródłem tego dzikiego szaleństwa są prowokacje ze strony „skrajnie prawicowych bojówek". Każdemu, kto chciał wtedy mówić prawdę na ten temat, zamykano usta epitetem „rasista" lub „faszysta", bo tak nakazywała „politycznie poprawna wyższa konieczność"! Dopiero kilka tygodni później H. Ouseley, przewodniczący Komisji do Spraw Równości Rasowej, ujawnił, że te straszliwe zamieszki i zniszczenia miały jako jedyne źródło instynkt agresji przeciwko białym rozpierający kolorowych imigrantów, którzy nie chcą się asymilować nawet na poziomie elementarnym, i że — cytuję — „Te problemy znane są od dawna, ale wszyscy nabierają wody do ust w obawie przed posądzeniem o rasizm". M. Eaton, członkini władz miejskich w Bradford, skarży się prasie, że kiedy na posiedzeniu Rady Miejskiej zwróciła uwagę, iż młodzież z dzielnicy pakistańskiej unika nawet własnych, „etnicznych" i objętych specjalną pomocą szkół, robiąc sobie półroczne „wakacje", czyli bezterminowe wagary — została nazwana „faszystką"! Przez kogo? Przez „tolerancjonistów-postępowców". Ergo: przez „Salon".

Bazując na czerni, pionierskiej dla tematu, objaśniłem wyżej niuanse (fałsze, piruety, absurdy i wpadki) dżumy zwanej „political correctness". Czytelnik może tu spytać: ale co ma, do cholery, cały ten „Murzynek Bambo" wspólnego z Polską? Ma. Wyjaśnienie w rozdziale kolejnym.

 

3. „Murzynek Bambo" a sprawa polska

W czasach stalinowskich (i później też) dzieciom polskim czytano wierszyk J. Tuwima pt. „Murzynek Bambo", który zaczynał się od słów:

„Murzynek Bambo w Afryce mieszka,

Czarną ma skórę ten nasz koleżka".

Dzisiaj w licznych stanach Ameryki nie wolno policji nadmienić, że ścigany przestępca ma czarną skórę (sic!), bo „politycznie poprawni" bali się, iż precyzyjne („rasistowskie") listy gończe dokumentowałyby fakt, że Murzyni, chociaż jest ich dużo mniej niż białych, popełniają dużo więcej kryminalnych czynów. Lecz w PRL-u czarna skóra była instrumentem propagandy (dekolonizacyjnej, proletariackiej itp.), zresztą według opartej na realiach anegdoty, iż każdy zarzut jankeskich polityków czy dziennikarzy tyczący komunistycznego totalitaryzmu, propaganda sowiecka odpiera rutynowo: „ — A u was biją Murzynów!".

Wierszyk „Murzynek Bambo" miał wpajać dzieciom zrozumienie dla wysiłków „postępowej ludzkości" (komunizmu), by stworzyć „braterskie więzy" (wprowadzić na orbitę prosowiecką) z „proletariatem krajów uciemiężonych przez kolonializm" (z czerwoną partyzantką afrykańskich krajów, finansowaną przez

Kreml), wedle marksistowsko-leninowskiego przykazania „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!" (wstąpcie do „obozu Krajów Demokracji Ludowej "!). Jednak nie wszyscy rodzice byli przekonani, że to dobry pomysł, zaś niektórzy rodzice byli aż tak „niepostępowi", że w ogóle nie lubili „postępowych" bliźnich, od czerwonych bliźnich zaczynając, a na czarnych kończąc. Exemplum „Kisiel", który w swych intymnych „Dzienni­kach" bez przerwy chłostał piórem „komuchów", lecz, nie zapominał też o chłostaniu „czarnuchów". Podczas lekkoatletycznych igrzysk, zwanych Memoriałem Kusocińskiego, wkurzał się, że jest tam „za dużo Murzynów". Innym razem zdenerwował go film „Chłodnym okiem": „Przerażający są Murzyni, których głupota, terroryzm i egocentryzm wychodzą w filmie jak na dłoni, wbrew pewno intencjom autorów". Część tej „rasistow­skiej ksenofobii" S. Kisielewskiego przeniknęła jednak na forum publiczne, bo w 1975 roku oberwał klapsa od czerwonej „Polityki" („«Polityka» zaatakowała mnie wreszcie za «zły» stosunek do narodów murzyńskich..."). Dziś jako pierwsza zaatakowałaby go „Gazeta Wyborcza", żandarm „Salonu", strzegący czystości języka „politycznie poprawnego".

Dużo wcześniej niż zrodził się tak popularny dzisiaj anglosaski termin „political correctness" — sowieckopochodny komunizm wytworzył własną „polityczną poprawność", mieszając leksykalnie mocniej niż powiada Biblia o Wieży Babel, bo wiele propagandowych terminów znaczyło coś odwrotnego od ujmo­wanych nimi realiów. Mówiłem to już kilka razy w tej książce, a teraz powtarzam wyłącznie dlatego, by uprzytomnić Państwu, że komunizm był prekursorem „pc". Jednym celnym zdaniem wypunktowała problem M. Miklaszewska, pisząc, iż był to wtedy „szczególny gatunek terroryzmu intelektualnego, który nie pozwalał nazwać dobra — dobrem, a zła — złem". Czy coś się zmieniło? Nie — identycznie jest dzisiaj, gdy nowa (choć też le­wicowa) „polityczna poprawność" wyznacza standardy obyczajowe i formułuje „postępowe" terminy pełne jawnych kłamstw. Jest to absolutnie ten sam schemat: nazywanie dobra złem, a zła dobrem. 

Bardzo pięknie mówił o tym, kilka lat temu, amerykański pastor J. Wright, podczas otwarcia stanowej sesji ustawodawczej w Kansas:

„ — Ojcze Niebieski, stajemy dziś przed Tobą prosząc o przebaczenie i szukając Twego przewodnictwa. Znamy Twoje słowa, które mówią: «Biada tym, którzy zło nazywają dobrem», a właśnie to popełniliśmy. Straciliśmy równowagę duchową i obaliliśmy nasze wartości. Wyznajemy, że: ośmieszyliśmy absolutną prawdę Twojego Syna — i nazwaliśmy to pluralizmem; popieraliśmy perwersję — i nazwaliśmy to alternatywnym stylem życia; premiowaliśmy lenistwo — nazywając to opieką społeczną; mordowaliśmy nienarodzone dzieci — nazywając to wyborem; zaniedbaliśmy dyscyplinę naszych dzieci — i nazwaliśmy to rozwijaniem ambicji oraz poczucia własnej godności; skaziliśmy powietrze bezbożnością i pornografią — nazywając to swobodą wypowiedzi; szydzimy z uświęconych wiekami wartości przodków — i nazywamy to oświeceniem, postępem tudzież nowoczesnym stylem życia". Itd. — mówił długo. Ale już na początku duża część rozwścieczonych ustawodawców wyszła z sali!

Wielu przyzwoitych ludzi (ten gatunek jeszcze przetrwał) chętnie wyszłoby z celi „politycznej poprawności", także między Tatrami a Bałtykiem. Gdyż dżuma „pc", która się zaczęła od słusznej skądinąd walki na rzecz równouprawnienia czarnoskórych mieszkańców USA, dotyka wszystkich, wszędzie bowiem lewicowe „Salony" wdrażają dryl ten sam i „nowomowę" tę samą. Związek „Murzynka Bambo" z Polską jest więc przyczynowo-skutkowy: podsuwają nam jako panaceum tę samą truciznę. Od eufemizmów dających alibi mordercom nienarodzonych dzieci — do kłamstw propagandowych mordujących prawdę historyczną. Co się robi nie tylko przeinaczaniem faktów, lecz i nazewnictwem. Przykładów można rzucić setki, każdego roku kwitną „kwiatki" kolejne, lecz gdy tak się mnożą — weźmy najświeższe, sprzed kilkunastu dni, z lipca roku 2004 (piszę te słowa w sierpniu):

W lipcu 2004 kanadyjska telewizja CTV rytualnie wspomniała o „polskich obozach koncentracyjnych, gdzie mordowano Żydów". Kanadyjska Polonia i nasza dyplomacja interweniowały bezzwłocznie, żądając sprostowania kalumni i przeprosin. CTV kategorycznie odmówiła, argumentując, że „takie nazewnictwo jest stosowane na całym świecie od bardzo dawna". I miała rację! Takie nazewnictwo przyjęło się we wszystkich prawie krajach świata i od kilkudziesięciu już lat corocznie, comiesięcznie, cotygodniowo protesty Polaków (głównie Polonusów) są przez adresatów wyrzucane do kosza. Polacy tłumaczą, że byli najechani, zwyciężeni, okupowani i niewoleni, i że okupanci (Niemcy) budowali Auschwitze gdzie chcieli (chcieli tam, gdzie mieszkało dużo Żydów, bo transport mniej kosztował) — ale to groch miotany o ścianę. Jakie krasnoludki za tym stoją, pilnując „inte­resu", czyli bacząc, by termin „polskie obozy koncentracyjne" nie wyszedł z użycia — by dalej wpajał całemu światu Żydobójczy (holocaustowy) wizerunek narodu polskiego? Czyja „polityczna poprawność" wymaga kultywowania aż tak wielkiego fałszu? Germańska? Nie tylko — Szkopy jedynie ubiły ten „interes", sfinansowały go po kupiecku, by odium antysemityzmu przerzucić na kogoś innego, a krasnoludki powiedziały: „gut!". 

Już sto kilkadziesiąt lat temu A. Asnyk słusznie zauważył, że:

„Antysemityzm często hodują handlarze,

Z których każdy dla siebie pewien zysk w tym widzi;

Kiedy się interesem korzystnym ukaże,

Ujmą go w swoje ręce niezawodnie Żydzi".

Na przełomie lipca i sierpnia 2004 Warszawa okazale czciła 60-ą rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Światowe media poinformowały o tym światową opinię publiczną, głosząc. iż jest to 60-a rocznica wybuchu powstania Żydów w getcie warszawskim. Prawie wszystkie media — również te największe. Serwis globalnej telewizji CNN informował, że „sekretarz stanu USA, generał Colin Powell, jedzie do Polski, by wziąć udział w obchodach 60-ej rocznicy powstania w getcie warszawskim". Europejskie media rozczulały się, iż „niemiecki kanclerz Gerhard Schröder weźmie udział w warszawskich uroczystościach na cześć powstania Żydów z getta warszawskiego". Niektórzy dziennikarze zachodni są lepiej wyedukowani — wiedzą. że były aż dwa powstania. Ci nazywają Powstanie Warszawskie „drugim powstaniem w getcie" (sic! — vide „Le Figaro"). Et cetera, et cetera. Nie słyszałem, by i to oprotestowała nasza dyplomacja, lecz gdyby nawet protestowała — usłyszałaby znowu. że przecież tak się mówi i pisze już wiele, wiele lat. Fakt — tak się mówi wszędzie, od dawna. Nikt na świecie nie słyszał o żadnym warszawskim zrywie Polaków przeciw Niemcom — Powstanie Warszawskie to był bunt Żydów warszawskiego getta. Również według dyplomowanych historyków — N. Davies (2004):

Większość historyków europejskich i większość amerykańskich jest przekonana, że Powstanie Warszawskie odbyło się w getcie". 

Jedna z największych bitew II Wojny Światowej, dwumiesięczna krwawa walka całego metropolitalnego miasta przeciwko okupantom, została wymazana z historycznej świadomości globu półtora roku wcześniejszym, kilkudniowym buntem garstki Żydów pośród kilku ulic getta! Jakiej siły medialnej trzeba, aby wpoić światu na trwałe taki „politycznie poprawny" fałsz? I jakiego terminu trzeba użyć, by określić chorobę, która każe Żydom lansować ów fałsz? Pisarz-noblista V. S. Naipul mówi mądrze: „ — Masz zdrową psychikę, jeśli znasz prawdę o swej historii".

W Polsce, rzecz jasna, nikt nie uwierzy oszczerstwom michnikowskiego „Salonu", że Powstanie Warszawskie Armii Krajowej służyło akowcom do wybicia resztek Żydów, lecz świat wierzy, gdy ogląda wystawę (ostatnio Narodowa Galeria Victorii w Mel­bourne) z całościennymi zdjęciami, które ukazują masakrę Żydów, i których podpisy głoszą, że oto polskie wojsko („Polish troops"), tłumiące Powstanie Warszawskie, wściekłymi rozstrzeliwaniami („shooting rampages") wymordowuje ostatnich Żydów („kills last remaining Jews") na terenie warszawskiego get­ta, dnia 19 kwietnia 1943 roku! Powtarzam pytanie: jakie kra­snoludki za tym stoją? Byłem, jestem i będę Bonapartystą, nie mogę więc być rasistą, gdyż Bonaparte uczył: „Wszelki rasizm jest obłędem i łajdactwem". Lecz nóż mi się otwiera w kieszeni, gdy obserwuję wieloletni festiwal żydowskiego rasizmu antypolskiego, kreowany, napędzany i oliwiony przez „polityczną poprawność" światowych „Salonów".

Istnieją na świecie różne lewicowe „Salony". Funkcjonuje także antysemicki Salon Wpływu, formalnie uprawiający tylko anty-izraelskość. Są to kraje muzułmańskie i rozliczne państwa egzotyczne, „Trzeci Świat" etc. , a w Europie duszą tego „Salonu" jest Francja, która ma pod tym względem bogate tradycje ery Vichy, kiedy bez żalu wysyłała wielkie transporty swoich Żydów do niemieckich obozów zagłady. Dla tego „Salonu" mające skalę ludobójczą mordowanie Izraelczyków przez Palestyńczyków było i będzie „politycznie poprawne", natomiast barbarzyńskie, czyli „politycznie niepoprawne", są akcje odwetowe Izraela i w ogóle wszelkie starania, by uchronić Żydów od kolejnego Holocaustu. Ten właśnie „Salon" sprawił ostatnio (lipiec 2004), że Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości zdelegalizował betonową barierę, jaką Izrael odgrodził się od islamskich terrorystów, którzy regularnie masakrowali społeczeństwo Izraela (dzięki „płotowi" liczba tych sadystycznych zamachów zmalała radykalnie). Słusznie rzekł były premier Izraela, B. Netanjahu: „Finansowany ze środków ONZ międzynarodowy trybunał, zamiast postawić palestyńskich terrorystów i ich mocodawców przed sądem, posadził na ławie oskarżonych państwo Izrael, zarzucając mu działanie szkodliwe dla jakości życia Palestyńczyków. Ale ratowanie życia jest ważniejsze niż ochrona jego jakości. Jakość życia zawsze można poprawić. Śmierć jest nieodwracalna. Palestyńczycy skarżą się, że ich dzieci spóźniają się do szkoły wskutek ogrodzenia. Ale zbyt wiele naszych dzieci nigdy nie dotarło do szkoły — są one rozrywane na strzępy bombami terrorystów, którzy przedostają się na teren Izraela w miejscach, gdzie ogrodzenie jeszcze nie istnieje (...) Werdykt międzynarodowego trybunału to kpina z izraelskiego prawa do samoobrony".

Czy jednak relatywizowanie przez ten sam Izrael ludobójczych zbrodni XX wieku nie jest kpiną ze sprawiedliwości, nie jest stosowaniem „podwójnej miary", nie jest umniejszaniem „czerwonego Zła" dla większego zdemonizowania „brunatnego Zła”?  Ci sami Żydzi, którym tak zależy (i mają rację), by sprawiedliwie osądzano czyny Izraelczyków i Palestyńczyków — siłą swego międzynarodowego „Salonu" wszczepili światu nieuprawniony sąd o dużo większym tragizmie ludobójstwa hitlerowskiego niż stalinowskiego. J. F. Revel (2000): „ Porównywanie tych dwóch czołowych totalizmów XX wieku jeszcze jakieś piętnaście lat temu było zabronione i w dużym stopniu ten zakaz obowią­zuje nadal". To fakt — „politycznie poprawne" jest tylko piętnowanie nazizmu. 

Tymczasem, chociaż nazizm i bolszewizm wiele łączy, lecz dzieli je rażąco matematyka główna. Nazizm powstał jako zapora ogniowa przed komunizmem, i bezzwłocznie skopiował jego metody: władzę kultowego, wszech­władnego wodza, centralnie sterowaną gospodarkę, polityczny terror, prześladowania twórczości, i zwłaszcza logikę eksterminacyjną o skali masowej. Zasadnicza różnica polega na tym, że Hitler wymordował kilka milionów ludzi, a Stalin równie bestialskimi (i bardziej bestialskimi) metodami — około sto milionów ! Subtelna różnica — głupie dziewięćdziesiąt kilka milionów — lecz „polityczna poprawność " już od pół wieku każe zwać niemieckie ludobójstwo głównym horrorem XX stulecia, a rosyjskie minimalizować lub przemilczać. R. Konik (2002): „Ciągle jeszcze wielu historyków lokuje nazizm najwyżej w makabrycznej drabinie okrucieństw, ale musimy pamiętać, że nie ma różnicy między skazaniem na śmierć głodową ukraińskiego dziecka w 1932 roku (wskutek «interwencji socjalistycznej» umarło z głodu 6 milionów mieszkańców Ukrainy, najbogatszego w zboże regionu ZSRR), a żydow­skim dzieckiem z warszawskiego getta". Tej różnicy rzeczywi­ście nie ma — wiadomo, iż „jedno życie znaczy cały świat". Lecz trzeba widzieć oboje tych dzieci — i pamiętać, że komunizm wymordował dużo więcej dzieci aniżeli nazizm. „Politycznie poprawny" lewicowy „Salon" woli być ślepy i uprawia pół-amnezję. B. H. Levy (2000): „Istnieje pewien «mechaniczny» sposób podtrzymywania pamięci o zbrodniach hitlerowskich, który ma opaczny skutek w postaci zamykania oczu i uszu na drugą wielką zbrodnię XX stulecia. Jest to nieznośne stosowa­nie «dwóch wag i dwóch miar» (...) Zbyt dużo światłych umysłów nadal relatywizuje grozę, jaką «czerwone » obozy koncentracyjne stanowiły aż do czasów Kambodży".

Z kolorem czarnym jest tak samo. „Zbyt dużo światłych umy­słów" (członków lewicowego „Salonu"), kochając poczciwych czarnoskórych mieszkańców Afryki, równocześnie nienawidzi innych „czarnych" (księży i mnichów), „relatywizując grozę". Poczciwy „Murzynek Bambo" może sobie być ludobójcą (jak Amin — to „konflikty między plemienne"), albo ludożercą (jak Bokassa — to folklor, „specyfika etniczna"), albo szefem mu­rzyńskiego młodzieżowego gangu w Los Angeles (jak „Mister X" — to „subkultura wielkomiejska" bądź „regionalna")lecz „klecha" jest zły wskutek samego noszenia komży i habitu czy używania krzyża misyjnego. Zwłaszcza katolicki „klecha". Masowe rzezie praktykowane przez luteran w dobie Reformacji to pestka (naturalny efekt wojny religijnej), lecz każdy więzień Świętej Inkwizycji — to dowód hańby Kościoła Rzymskiego. Taką wredną propagandę Polacy mają dobrze przerobioną, słuchają jej już kilkadziesiąt lat. I tuszowanie zbrodni stalinowskich (Katyń, Archipelag Gułag) gwoli uwypuklania hitlerowskich, i flekowanie ojczyźnianego Kościoła przed „okrągłym stołem" tu­dzież po nim. Za Bieruta, Gomułki i Gierka wychodziło dużo broszur o „zbrodniach papiestwa", itp. Za Mazowieckiego, Suchockiej i Balcerowicza papiestwo było w porządku, bo papieżem był rodak, więc wzięto się ostrzej do przyprawiania „gęby" Świętej Inkwizycji. Ta instytucja (Święte Oficjum) to ulubiony katolicki „chłopiec do bicia" dla wszystkich „Salonów" Europy krzewiących „polityczną poprawność". Całą kłamliwą perfidię różowych lóż można analizować na tym jednym przykładzie:

Wbrew powszechnemu mniemaniu, trybunały Inkwizycji rozstrzygały nie tylko sprawy religijne, lecz i zwykłe, kryminalne, dla odciążenia sądów świeckich (grodzkich lub innych). Po tym stwierdzeniu można by właściwie zamknąć całą dyskusję jednym miażdżącym lewaków pytaniem: jeśli Inkwizycja była tak okrutna i śmiercionośna jak twierdzą jej wrogowie, to dlaczego każdy schwytany przestępca tamtych czasów marzył o tym, by oddano go trybunałowi inkwizycyjnemu? Bo sąd Inkwizycji był najłagodniejszym z sądów; różnica między nim a świeckimi sądami była w tej materii (materii wyrozumiałości) tudzież w każdej innej (warunki więzienne, tortury itp.) kolosalna — miało się aż 98,5% (czyli prawie 100%) szans uniknięcia kary lub surowej kary! Skąd tak dokładne wyliczenie procentowe? Stąd, że przez 450 lat swej działalności Inkwizycja rozpatrzyła 125 tysięcy pro­cesowych spraw, z czego tylko 1,5% zakończyło się wyrokiem śmierci (a bóstwo lewaków, Rewolucja Francuska, która przy udziale Oświecenia stworzyła inkwizycyjną „czarną legendę", skazała na śmierć trzydzieści razy więcej ludzi!), zaś ogromną większość wyroków stanowiły pokuty i napomnienia. M. Skowron: „Pomimo późniejszych mód, Inkwizycja znalazła także uznanie w oczach współczesnych historyków prawa. Dokonała bowiem rewolucji, wprowadzając obowiązkowe prawo do obrony i do zapoznania oskarżonych z materiałem dowodowym. Procesy inkwizycyjne przypominały sposób, w jaki odbywają się rozprawy w dzisiejszych sądach. Inkwizycja stanowiła więc pod względem ustrojowym milowy krok naprzód. Do dziś przetrwały zresztą liczne jej wynalazki, jak areszt tymczasowy bądź przedterminowe zwolnienie (...) Inkwizycja była wręcz ostoją praworządności. Problem w tym, że przeciwnicy i krytycy Kościoła są niewolnikami dogmatów. Potok bzdur wypowiadanych na temat Świętej Inkwizycji będzie więc trudno przerwać".

To oczywiste — dogmaty „politycznej poprawności" mają zbyt wielu wpływowych mecenasów. Szary człowiek nie będzie studiował takich dzieł jak praca R. Konika „W obronie Świętej Inkwizycji" (2002), tylko będzie dalej czerpał swą wiedzę o Inkwizycji z głośnego francuskiego filmu „Imię róży" (według prozy lewaka U. Eco), gdzie wstrętny inkwizytor chce spalić na stosie biedną dziewczynę (palenie czarownic na stosie było specjalnością trybunałów protestanckich, a nie katolickich!), i będzie pewien prawdziwości tej wiedzy równie mocno jak większość ludzi Zachodu jest pewna, że Polacy trudnią się głównie prześladowaniem Żydów.

Kończąc ten rozdział uświadomiłem sobie coś mimowolnie dowcipnego — iż lewicowe „Salony" właściwie mało się różnią od Świętej Inkwizycji. Albowiem jej główną praktyką procesową było okazywanie tolerancji wobec grzeszników, a praktyką werdyktową — wybaczanie. „Polityczna poprawność" uczyniła z tego samego — z tolerancji i wybaczania — swoje credo, godło i szyld. Czego dowiodę w kolejnym rozdziale części V mego dzieła o cnotach „Salonu".

 

4. „Salon" ci wszystko wybaczy...

Wszystko, z wyjątkiem dwóch grzechów („Wyjątki potwierdzają regułę"): „Salon" nie wybacza wrogości wobec „Salonu" i lekceważenia (a tym bardziej zwalczania) dogmatów „politycznej poprawności". Reszta może być wybaczona, i jest wybaczana (zgodnie z dewizą śpiewaną przez „Ordonkę"), co — mimo programowego laicyzmu, „ antyklerykalizmu" itp. — czyni „politycznie poprawnych" salonowców istną elitą chrześcijańską, bo czyż Chrystus nie rzekł (w „Kazaniu na Górze"): „ — Błogosławieni miłosierni”?  To dlatego „zionący miłosierdziem" Michnik ma rację, kiedy mówi: „ — Chrystus mnie umiłował". Lewicowy „Salon" nie wybaczy wrogowi „Salonu" za żadną cholerę, ale sojusznikowi „Salonu" ci „dobrzy ludzie" wybaczą każdą cholerę, czego papierkami lakmusowymi — by dać przykład — są dwaj znani ludzie: superprezydent Reagan (wróg, a do tego goj) i superspekulant Soros (przyjaciel, a do tego Żyd).

Prezydent R. Reagan właśnie zmarł (latem 2004 roku), więc wszyscy jeszcze pamiętamy, że podczas ceremonii przedfuneralnych i funeralnych, z całej Ameryki i z całego świata płynął chór sugestii (antysalonowych — „Salon" wtedy milczał bądź krzywił się kwaśno), iż Reagan to największy amerykański przywódca minionego wieku, lub może największy w ogóle prezydent USA. Ja twierdziłem tak samo (drukiem) już piętnaście lat temu, i liczni prawicowcy, konserwatyści, antykomuniści podzielali ów werdykt, gdyż Reagan rozwalił uchodzące za niezwyciężone „Imperium Zła" (to jego neologizm), czyli ZSRR, i swą genialną „reaganomiką" wydźwignął gospodarkę Ameryki z głębokiego kryzysu ery Cartera, czyniąc USA bezkonkurencyjnym światowym numerem l. Był to człowiek niezwykle prawy (jak rzadko u polityków), a także wybitnie inteligentny, błyskotliwy, mający fenomenalne poczucie humoru (jego cudowne bonmoty są wciąż przytaczane), wielki erudyta (cytujący na wyrywki dzieła konserwatywnych ekonomistów stulecia XIX oraz XX), znawca literatury pięknej, słowem „mózg". Ale komuniści i lewacy całego globu, z typowym dla siebie szacunkiem wobec realiów i prawdy, per­manentnie prezentowali go jako prymitywa, „drugorzędnego amerykańskiego kowboja" (rytualny epitet kontrreaganowski), gdyż w młodości występował w westernach klasy B. Szczególną nienawiść „Salonu" wobec Reagana budziła jego wrogość wobec „Salonu", ergo: bezkompromisowe odrzucanie przezeń salonowej relatywizacji dobra i zła. R. Legutko:

„Ronalda Reagana nienawidzono, ponieważ kierował się jasnym podziałem na zło i dobro, jego podział zaś nie dawał się pogodzić z tym, jaki akceptowali intelektualiści (...) Współcześni intelektualiści wytworzyli sobie coś w rodzaju świeckiej religii, która ma swojego boga, swoich aniołów, swoje świętości, swoje dogmaty, a nawet sakramenty. Wiedzą oni doskonale co jest słuszne, a co nie; wiedzą jaki język jest dopuszczalny, a jaki nie; wiedzą kto jest niebezpieczny, a kto nie. Reagan nie tylko tej religii nie przyjmował, ale wydawał się nią pogardzać. W jej świetle był więc nie tylko głupcem, lecz nadto człowiekiem szalonym i niebezpiecznym. Był kimś, kto odrzuca to, co dla wyznawców tej religii wydawać się musiało szczytem roz­woju moralnego i najszlachetniejszym wykwitem ludzkiego ducha. I nie ma znaczenia, że jako polityk Reagan odniósł spektakularny sukces (...) W przyjętej religii grzechy Reagana są znacznie ważniejsze i nigdy nie mogą zostać odpuszczone".

Zwróćmy uwagę na ten fragment powyższego cytatu, gdzie mowa o pedagogice „Salonu", który wie lepiej niż inni jak żyć, kogo i co lubić, etc. Wcześniej już analizowałem szczegółowo tę misjonarską pasję „politycznie poprawnych" elit, teraz więc tylko dodam, iż system pedagogiczno-totalistyczny (treserski) „Salonu" został mocno napiętnowany przez Reagana, który tłumaczył ludziom: „ — Żaden dyktatorski system nie może nam mówić co mamy robić, w co wierzyć, jak wydawać nasze pieniądze i jak troszczyć się o nasze rodziny". Dla lewicowego „Salonu" było to wyzwanie — krytyka nie do przebaczenia.

Natomiast G. Sorosowi „Salon" wybaczył wszystkie grzechy, bo chociaż były ciężkie — nie były antysalonowe. G. Soros jest „geniuszem spekulacji finansowych", prawdziwym ich wirtuozem, „królem spekulantów" — tego nie kwestionuje nikt. Przezywa się go również „wielkim destruktorem, obalaczem skarbów państwa, rządów i walut". W dobie, gdy globalny ruch pieniądza ma głównie motywację i bazę spekulacyjną — człowiek ten rzeczywiście stał się Leonardem i Mozartem spekulacji. Żadnemu innemu „finansiście" nie udało się ani razu równie mocno potrząsnąć światową gospodarką, jak jemu udało się kilkakrotnie. Roku 1992, w ciągu jednej doby wściekłego giełdowego hazardu, tak „zadołował" kurs funta szterlinga, że Anglia z najwyższym trudem uniknęła bankructwa — skończyło się ciężkim kryzysem ekonomicznym. Indonezja nie uniknęła — Soros premedytacyjnie rzucił ją na kolana serią wyrafinowanych spekulacji fi­nansowych, i cały świat ze zdumienia otworzył gębę: jeden cudzoziemiec może powalić duże państwo! Gdy go zapytano: jak mu się udają takie „cuda"? — odparł, że sprawia to „boska siła" (sic!) jego „żydowskiego geniuszu". Teza o „istnieniu ży­dowskiego geniuszu" należy do ulubionych mantr Sorosa. Czyż więc „Salon" mógł nie wybaczyć panu S. grzechu mega-spekulacji i grzechu pauperyzowania społeczeństw obalaniem gospo­darczych systemów? Wybaczyłby mu zresztą dużo więcej, gdyż cała filozofia Sorosa jest właściwie bliźniacza z dogmatyką lewicowych Salonów Wpływu.

W encyklopediach nie piszą, że Soros to lewak i mason, lecz można tam przeczytać, iż Soros to „propagator idei społeczeństwa otwartego". Ki diabeł? Otóż „społeczeństwo otwarte" to takie społeczeństwo, które otwiera się na wszystko co propagują lewicowe „Salony". K. Murasiewicz: „Chęć budowania «społeczeństw otwartych» poprzez uwolnienie od cywilizacyjnych i religijnych norm, uwolnienie od narodowych i państwowych korzeni, przy jednoczesnej dbałości o naród żydowski — wydają się wystarczająco obnażać autora tych pomysłów (...) George'a Sorosa «społeczeństwo otwarte» ma być wolne od wszystkich obowiązujących sposobów zachowania. Cechować je ma tolerancja (czyli obojętność wobec postępków bliźnich) i relatywizm moralny, zezwalający przyjąć, ze nie istnieją dobro oraz prawda. Za to człowiek tak «uwolniony» jawiłby się jako istota najwyższa. Przyjęcie takich zasad, odrzucających normy cywilizacyjne i religijne, mogłoby się wydawać jedynie rojeniami jeszcze jednego masona. Mogłoby, gdyby nie próby ich wdraża­nia podejmowane przez Sorosa poprzez zakładane przez niego fundacje, jak np. Fundacja Batorego. Na użytek maluczkich Soros stroi się w piórka bezinteresownego filantropa".

Filantrop Soros założył swe fundacje typu „jaczejka" w kilku­dziesięciu krajach globu (od RPA po Rosję). U nas jest to Fun­dacja Batorego — chluba filialna polskiego różowego „Salonu", z którą związani są liczni bonzowie Unii Wolności, m.in. były przewodniczący UW, L. Balcerowicz (do dziś realizuje monetarystyczny „plan Sorosa"; W. Kuczyński: „Soros przyjechał z planem reformy gospodarki polskiej, zwanym planem Sorosa") i wieczny honorowy gensek UW, B. Geremek. J. R. Nowak: „Geremek uważany jest dziś za kluczową w Polsce postać w kontaktach z czołowymi zagranicznymi lobby kosmopolitycz­nymi i globalistycznymi, począwszy od osławionego George'a Sorosa. Pełnił funkcję prezesa klubu Europa, stanowiącego integralną część sponsorowanej przez Sorosa Fundacji im. Stefana Batorego, jest też, wpływowym członkiem Rady tej Fundacji. Częstokroć nagłaśniał różne inicjatywy Sorosa".

„Unforgiven" (niewybaczone) i „forgiven" (wybaczone) pokazałem za pomocą duetu politycznego. Równie dobrze można się w tym celu posłużyć duetem filmowym (reżyserskim), biorąc dwa casusy gorące jak świeże bułeczki, bo oba z roku bieżącego (2004): casus Gibsona i casus Moore'a. Ich filmy wywołały rekordowe burze, pełne piorunów bez precedensu:

M. Gibson stworzył najwspanialszy film, jaki kiedykolwiek nakręcono o Chrystusie — „Pasję". J. D. Telejko: „We współczesnym świecie niezmiernie rzadko możemy zobaczyć tak jasne i jednoznaczne świadectwo wiary. Okrutna scena biczowania Chrystusa może bulwersować i przerażać — ale tak było! (...) Mel Gibson w mistrzowski sposób odstonił nam historię, która w naszej wyobraźni już się tak spłaszczyła i spowszedniała, że w zasadzie nie robi na nas żadnego wrażenia, kiedy słyszymy ją po raz kolejny czytaną w kościele". Wybuchowe wrażenie historia owa, ukazana gibsonowską kamerą, zrobiła na wszystkich lewicowych „Salonach" globu. Środowiska żydowskie (wszelkie — ortodoksyjne i liberalne) dostały szału i przez kilka miesięcy w setkach mediów krzyżowano reżysera gwoździami brutalnych i niesprawiedliwych słów, zarzucając mu wojujący antysemityzm. Żydzi wszystkich krajów — wzorem proletariuszy Marksa — połączyli się, by dalszą wędrówkę M. Gibsona przez świat uczynić drogą krzyżową. Nie wybaczą mu nigdy, bo według nich kłamał. Kiedy o tym myślę, przypomina mi się jak M. Niemcewicz (ojciec wielkiego historyka, J. U. Niemcewicza) próbował działalności misjonarskiej wobec dwóch Żydów na popasie w karczmie blisko Janówka. Nie mógł przekonać rozmówców.

— Toż to jest wyraźnie zapisane w Ewangelii! — krzyczał.

— Uś, potrzebujemy wierzyć co jakieś kłamcy napisały! Lecz gdy jakiś kłamca, amerykański wojujący goszysta, długoletni harcownik „Salonu", M. Moore, spreparował pseudodokumentalny, kontrbushowski film „Fahrenheit 9/11"„Salony" świata oszalały wskutek podziwu, mimo że nawet „New York Times" (dziennik uchodzący za główne lewicowo-żydowskie medium Stanów) wykazał z masochistyczną precyzją (punkt po punkcie), że Moore nieustannie przeinacza w tym filmie fakty, dokonuje oszczerczych manipulacji i kłamie jak z nut. Ale kłamie broniąc dobrej sprawy, atakując wroga! Dlatego trzeba mu wybaczyć! I nagrodzić! Więc francuski „Salon" (korzystając ze wsparcia drugiego amerykańskiego lewaka, Q. Tarantino) bez­zwłocznie przyznaje filmowi Złotą Palmę w Cannes, a lewicowe i lewicujące media globu przez cały czerwiec i lipiec 2004 pie­ją z zachwytu, bijąc brawo. I tak jak Żydzi krzyżujący Gibsona znaleźli również nad Wisłą „pożytecznych idiotów", wspierających krytykę „Pasji" kąśliwościami tudzież pseudomerytorycznymi zarzutami (wielu znanych ludzi, aktorzy Hanuszkiewicz, Nowicki etc.) — tak i w przypadku „Fahrenheit 9/11" nie brakowało u nas lizusowsko prosalonowych głosów, pełnych popar­cia dla Moore'a. M. Skowron: „Co ciekawe, w Polsce zachwycają się tymi bredniami Moore'a te same media, które wcześniej czuły jednak opór przed wmawianiem ludziom, że talibowie lądowali w Klewkach". M. Rybiński: „Gdzieś w dalekiej Ameryce twórca Michael Moore wypełnia dyrektywy Anatolija Łunaczarskiego, robi film zaangażowany, propagitkę, za którą jeszcze niedawno dostałby nie tylko Złotą Palmę, ale i Nagrodę Leninowską". Wykpiwając ględzenie rodzimych entuzjastów filmu, że produkt Moore'a jest „dziełem kinematografii niezależ­nej" — Rybiński parsknął: „Najlepsza jest niezależna od rozu­mu i przyzwoitości". A swojemu felietonowi dał pyszny tytuł: „Celsjusz 39,9".

Takie są wszystkie lewicowe „Salony" globu, i nasz „Salon" również — niezależne od rozumu i przyzwoitości. Wróćmy jednak do wybaczania. Wybaczanie panu M. (Moore'owi) jawnych kłamstw dla dobrej sprawy to syndrom, który przerabiamy w Polsce od piętnastu lat — fani pana M. (Michnika) notorycznie wybaczają mu wszystkie łgarstwa, na których został przyła­pany, bo czynił je dla wyższego celu. Ten rodzaj „politycznej poprawności" zezwala wybaczać nawet branie dużych łapówek gwoli szczytnego farmazonu — exemplum tzw. „ekoterroryzm". Dawne idealistyczne organizacje ekologów (mające spore zasługi wobec przyrody i całego ekosystemu planety) przerodziły się w cyniczne maszynki do korupcyjnego wyłudzania dużej forsy, odkąd się zorientowały jak bardzo intratny może to być biznes. Dzisiaj ruch ekologiczny (pseudoekologiczny wszędzie, również w Polsce) to gigantyczny, niezwykle dochodowy przemysł szantażu — wymuszania od inwestorów wielkich łapówek za cofnięcie sprzeciwu przeciwko budowom śródmiejskim i rustykalnym. Ułatwia ten proceder masa luk prawnych, zezwalających dowolnie interpretować budowlane i lokalizacyjne prawo. Najświeższy przykład: lipiec 2004. Warszawskie stowarzyszenie ekologiczne „Przyjazne miasto" blokuje budowę megakompleksu w samym centrum stolicy i bez żenady deklaruje chęć cofnięcia sprzeciwu za sumkę mającą kilka zer. Dlatego padają już głosy polityków i przedsiębiorców, że tylko specjalna ustawa sejmowa może wy­hamować „ekoterror". Ale jak tu ustawowo bruździć szlachetnym obrońcom ptaszków, zwierzaczków i roślinek? „Dobrym ludziom" wybacza się drobne grzeszki z kilkoma zerami. Wszystkim „dobrym"', nie tylko ekologom. Sportowcom także:

Ponieważ nagminnie rzucam przykłady z lipca bieżącego roku, niech i ten (siła przyzwyczajenia) będzie lipcowy. W lipcu 2004 głośny piłkarz, G. Lato, ujawnił, że trzydzieści lat wcześniej, podczas mistrzostw świata roku 1974, Argentyńczycy wręczyli pewnemu reprezentantowi Polski łapówkę dla polskiej drużyny, 18 tysięcy dolarów (to były wtedy wielkie pieniądze), lecz on nie podzielił się z kolegami, tylko całą tę forsę schował dla siebie. „Miasto" zaczęło szeptać, że ów skąpiec to R. Gadocha. Wąskie grupy wtajemniczonych ze środowisk futbolu i dziennikarstwa wiedziały o tym już dawno temu. Znano rozliczne paskudne grzechy „orłów Górskiego": nocne pijackie wyczyny A. Iwana i A. Musiała, brutalne napastowanie pasażerek pociągu przez J. Gorgonia i A. Szarmacha (od gwałtu uchroniła te dwie damy interwencja kierownictwa ekipy), itp. Gadocha nie był jedynym „orłem", który wykolegował kolegów finansowo. Argentyńska Polonia cichcem wręczyła dużą sumę gratyfikacyjną dla zespołu (pono 25 tysięcy dolarów) kapitanowi zespołu, K. Deynie, a ten również pragnął „skasować" to tylko dla siebie, lecz rzecz się wydała i na pokładzie samolotu, którym „orły" wraca­ły do ojczyzny, reszta kolegów o mało nie zlinczowała „Kaki" (przed ciężkim pobiciem uchronili go trenerzy, zastawiając wła­snymi ciałami! — dowiedziałem się o tym od uczestnika lotu). Ale wszystkie te obrzydliwości wybaczano i tuszowano — by nie brukać świetlanej legendy „orłów Górskiego", którzy w czerwonym tunelu PRL dawali społeczeństwu światełko. Teraz również — gdy Lato odważył się puścić trochę farby — buchnął chór głosów, że taki rewizjonizm to szarganie świętości. Środowisko futbolowe murem stanęło za legendą. „Miłość ci wszystko wybaczy...".

W roku 2004 środowiskowe „stawanie murem" gwoli wybaczenia przybrało już rozmiary surrealistyczno-tragikomiczne. Jest to patologiczna wręcz solidarność towarzyska ze środowiskowymi idolami. Gdy szef chóru Poznańskich Słowików, dyrygent W. Krolopp, zostaje aresztowany za wieloletnią pedofilię (za seksualne wykorzystywanie powierzonych mu dzieciaków) — rodzice tych dzieci pikietują więzienie, machając transparenta­mi: „Uwolnić Wojtka!", i skandując: „ — Wojtek, jesteśmy z tobą!" (Kroloppa skazano na 8 lat). Gdy guru psychologii polskiej, A. Samson, zostaje aresztowany za równie ewidentne pedofilstwo (za seksualne wykorzystywanie swych dziecięcych pacjentów ) — utytułowani psycholodzy organizują natychmiast głośny medialnie, środowiskowy protest (ucichł, jak tylko zboczeniec przyznał się do winy). Gdy producent L. Rywin zostaje taśmą magnetofonową oskarżony o uprawianie mega-korupcji, znani reżyserzy bezzwłocznie publikują gremialny protest przeciwko oskarżeniu. Gdy wysokiej rangi sędzia Wielkanowski zostaje dowodowo oskarżony o interesowne kontakty z gangsterami — prawie całe środowisko sędziowskie wrzeszczy w jego obronie. „Miłość ci wszystko wybaczy", bo tak każe środowiskowa „polityczna poprawność". Finansowa zresztą też. I czyż ktoś inny, jak nie mocarstwowe opiniotwórczy mentor, różowy „Salon", był pramatką wszystkich tych, wybaczanych później grzechów, szerząc dewizę: „Róbta co chceta!”?

Salonowym, „politycznie poprawnym" wybaczeniem numer 1 było wszakże coś innego. Numer 1, gdyż to wybaczenie obejmuje nie indywidualne figury bądź grupki figur, tylko (hurtem) wielotysięczną armię esbeków i kapusiów:

5. „Caritas maior iustitia”

Przez minione kilkanaście lat wielokrotnie (vide moja publicystyka i kolejne tomy książkowego cyklu „Łysiak na łamach") piętnowałem politykę zbiorowego wybaczenia peerelowskim, skrytobójczym „służbom", i peerelowskim donosicielom, którzy dzięki temu wybaczeniu zawładnęli dużymi obszarami III RP. A. Karst: „Ta armia konfidentów sprawiła, iż termin «Rzeczpospolita kapusiów», lansowany przez Waldemara Łysiaka, jest najzupełniej zasadny". Nie chcąc się powtarzać, będę w niniejszym tekście mało mówił własnym słowem — oddam głos innym patriotom. Zacznijmy (tradycyjnie już) od głosów najświeższych, z lata 2004 — głosów podsumowujących piętnastolatkę i przeczących zdaniu J. F. Revela (2000), że rezygnacja z rozliczeń „mia­ła na celu oszczędzenie skruchy komunistom, czerwonym zbrod­niarzom". Ta rezygnacja miała cel dużo bardziej pragmatycz­ny niż skrucha łotrów. W „Gazecie Polskiej" (czerwiec 2004) R. A. Ziemkiewicz podsumowuje tak: „Pięknoduchostwo, moralizowanie o «przebaczeniu» czy powstrzymywaniu się od zemsty, i wszystkie te świętoszkowate miny, były od samego po­czątku zasłoną dla politycznego wyrachowania, dla posunięć i sojuszy, które miały jedynie słusznemu towarzystwu dać mo­nopol władzy". Czyli różowemu „Salonowi" Michnika, Kuronia, Geremka i Mazowieckiego.

Z kolei K. Gottesman („Rzeczpospolita", lipiec 2004) argu­mentuje następująco: „Wciąż nie potrafimy z przeszłością sobie poradzić. Nawet bardzo łagodna obowiązująca dziś ustawa lustracyjna, która miała rozwiązać problem obecności w życiu publicznym byłych współpracowników komunistycznych służb specjalnych, nie jest w pełni respektowana (...) To bardzo niebez­pieczna sytuacja dla państwa. Wiadomo, jak bardzo polskie służ­by specjalne związane były ze Związkiem Radzieckim. Ewentual­ne przenoszenie tych zależności na dzisiejsze czasy — a taka może być konsekwencja ułomnej lustracji — związki te będzie konserwować. Ciągnąca się od lat niemożność przeprowadzenia lustracji przynosi wielkie szkody. Moralne przede wszystkim. Zło nienazwane i nierozliczone przestaje być traktowane jak zło i staje się częścią normalnego życia. Przynosi tez szkody konkretne. Powoduje udział w życiu politycznym, gospodarczym i społecznym sił niepodlegających konstytucyjnej kontroli".

Właśnie o to chodziło, tak wobec dekomunizacji, jak i wobec lustracji. Jednym ze smaczniejszych (bo aż nadto ewidentnych) dowodów uprawianego przez różowy „Salon" relatywizowania Zła jest fakt, iż według „Salonu" Michnika denazyfikacja była bardzo „cacy", a dekomunizacja byłaby bardzo „be". Kilka postkomunistycznych państw nie przejęło się takim faryzeuszostwem i wykonało dekomunizację bez pardonu. Choćby Czechy. Co uniemożliwiło czeskim „postkomunistom" ogłupianie narodu (bo nie zgarnęli licznych mediów), kontrolowanie narodu (bo nie zachowali policji tudzież „służb") i trzymanie sznurków finansowych (bo nie capnęli banków). Krótko mówiąc: uniemożliwiło im to odzyskanie władzy. W Polsce odzyskali szybko, dzięki współpracy „czterech jeźdźców" i całego różowego „Salonu". A. D. 1991 R. Kostro pisał: „Działacze Unii Demokratycznej prezentują się jako partia ludzi światłych, Europejczyków, którzy bronią kraju przed żądną rewanżu na komunistach ciemną i antysemicką tłuszczą".

Nie chodziło o żaden niski rewanż (a już zwłaszcza antysemicki) — chodziło o retoryczne napiętnowanie Zła i o sprawiedliwe ukaranie głównych złoczyńców (zwłaszcza konkretnych morderców). Wszyscy wielcy zbrodniarze z PZPR (rozkazodawcy strzelania do manifestujących robotników), z UB i SB (torturujący i zabijający kaci), z peerelowskiego MSW (szefowie krwawej maszynerii) i z sądownictwa (skazujący ofiary terroru) — uniknęli kar dzięki nikczemnym abolicjonistom, dowodzonym przez Kuronia, Geremka, Michnika i Mazowieckiego, którzy już na samym początku III RP karcili wszelkie próby upodmiotowienia sprawiedliwości, zwąc je „polowaniami na czarownice". T. Mazowiecki zadeklarował „grubą kreskę" kontrdekomunizacyjną. B. Geremek apelował: „ — Nie dajmy się porwać niena­wiści i głupocie! (...) Polityka dekomunizacji powoduje krzywdę ludzką!" (a krzywdę ludzi nękanych, torturowanych i mordowanych przez komunistyczny reżim miał w nosie). J. Kuroń ogłaszał: „ — Rozliczeń nie będzie! Nie bardzo jest ich za co rozliczać" (słuchający tego robotnik spytał wówczas Kuronia: „ — To portret Lenina mordował i grabił?..."). A. Michnik rzekł: „ — Jestem generalnie za abolicją. Bez warunków. Uważam, że okres historycznych rozliczeń, rozumianych jako rozliczenia sądowe, karne, trzeba zamknąć (...) Nie można w kółko żyć obsesją wymierzania sprawiedliwości".

„Obsesja wymierzania sprawiedliwości"... Gdyby wcześniej ludzkość wyleczyła się z tej choroby — można byłoby nie tylko kraść, lecz i zabijać „skolko ugodno"', aż ostatni zabójca zostałby Robinsonem i zszedłby bezpotomnie z tego świata, co rozwiązałoby wszelkie problemy ludzkości w radykalny sposób. Światły humanitaryzm „Salonu" sięgnął tu szczytu, lansując humanistyczną łacińską tezę „caritas maior iustitia" (miłosierdzie większe od sprawiedliwości). Michnikowi i jego kompanom odpowiedzieli na ten sofizmat nie tylko ludzie prześladowani za PRL-u, tudzież rozgniewani myśliciele polscy, lecz i humaniści cudzoziemscy; cytuję dwóch. Rumuński pisarz P. Goma: „Jeżeli ktoś ma na rękach krew, nie można mu tak po prostu przebaczyć. Inaczej naprawdę uwierzy, że sprawiedliwość nie istnie­je". Francuski filozof, A. Besancon: „ — To jednak niesprawiedliwe, że ludzie, którzy utrzymywali wielki kraj w stanie niewolniczym przez czterdzieści pięć lat, i którzy są odpowiedzialni za jego dogłębną ruinę, podlegają amnestii. Że sam komunizm został amnestionowany w waszym kraju".

Spośród rodzimych krytyków tego upokarzania sprawiedliwości cytuję historyka, prof. T. Strzembosza: „Nie dokonano aktu sprawiedliwości, nie potępiono zbrodni. Poczucie sprawiedliwości jest zgwałcone (...) Wszystko wskazuje na to, że pozostanie nierozliczone całe pięćdziesięciolecie, okres życia dwóch pokoleń Polaków. Jakże to niszczy tkankę społeczną, zmienia hierarchię wartości! Cwaniactwo, hasło «śmierć frajerom!», koniec z praniem brudów, koniec «polowań na czarownice» — trzeba budować przyszłość. Zapomina się jednak, że nie można budować gmachu przyszłości na bagnie przeszłości". Tę samą niemożność prorokowała w tym samym czasie (1992) działaczka podziemnych struktur „Solidarności", K. Nowińska: „Ze zgrozą obserwujemy jak «nieustraszeni działacze podziemia» w rządzie boją się dekomunizacji i lustracji. Jak wielki jest ich humanitaryzm w stosunku do byłych gnębicieli i morderców, a jak mało przyzwoitości w zatroszczeniu się o tych bitych, gnębionych, a dziś pozostawionych na środku drogi z ich «dziwnymi» problemami. Lustracji się nie boję, ale boję się jutra i tego, że nigdy nie wydostaniemy się z szamba".

Być może ta Kasandra nie miała racji mówiąc: „nigdy", lecz póki co, wszystko się zgadza — szambo jest, trudno zaprzeczyć (P. Chmielowski: „Koń jaki jest, każdy widzi"). Jest lustracja, a jakby lustracji nie było. Gdyż „Salon" robi wszystko, by przetrącić jej, i tak wątły, kręgosłup. P. Semka (lipiec 2004): „Proces lustracyjny wszedł w życie po wielu latach od upadku PRL i przez cały czas jest obiektem wściekłej kampanii obozu post­komunistów i środowiska «Gazety Wyborczej». Wielokrotnie próbowano lustrację zadeptać lub wręcz wyrwać z korzeniami. Pod podobnym ostrzałem medialnym znajduje się od dnia swe­go powołania rzecznik interesu publicznego, sędzia Bogusław Nizieński. Pod jego adresem wysuwano wulgarne inwektywy i wyrafinowane kłamstwa. Najbardziej haniebnym przykładem tej kampanii była karykatura w «Gazecie Wyborczej», która przedstawiała sędziego Nizieńskiego jako kata ze stryczkiem w kształcie paragrafu".

Gdyby ktoś chciał narysować wymierzoną w antylustratorów karykaturę samej lustracji, ergo: stworzyć graficzny wizerunek lustracji będący metaforą — winien narysować nożyce. Lustracja bowiem przecina linki, dzięki którym manipulatorzy (rodzi­mi i zagraniczni, choćby kremlowscy) mogą poruszać zza kulis marionetkami piastującymi stanowiska. Polityczne zabawy minionych piętnastu lat III RP to ciągła (pytanie: jak rozległa i jak niebezpieczna dla interesów kraju?) gra w „haki" — gdy się ma na kogoś dobrego „haka" (sekretną wiedzę o jego agenturalnej współpracy z esbecją lub z obcym wywiadem, np. z gospodinem Ałganowem), ma się kukiełkę, którą można sterować lub klinczować, szantażując groźbą upublicznienia sekretu. Będąca upublicznianiem lustracja przecina te linki i czyni marionetkę bezu­żyteczną w politycznych (dyplomatycznych, rządowych, administracyjnych, medialnych) gierkach. Jeżeli ktoś woli inną metafo­rę, użyję karcianej: „teczki" to karty do pokera. Szuler jest przy stole gry panem, gdyż zna nieodkryte karty. Lustracja je odkry­wa, psując mu skuteczność. Stąd tak zajadłe (maskowane miłosierdziem) zwalczanie regulaminowej procedury odkrywania „te­czek" przez Rzecznika Interesu Publicznego. Natomiast nie będące upublicznianiem, indywidualne udostępnianie „teczek" przez IPN (Instytut Pamięci Narodowej) osobom prywatnym — budzi mniejsze resentymenty szulerów, bo psuje tylko związki prywatne (przyjacielskie, rodzinne, miłosne), góra środowiskowe (towarzyskie), nie ma więc znaczenia politycznego.

Indywidualny dostęp zainteresowanych do ich „teczek" został w Polsce wprowadzony dużo później niż w innych postkomunistycznych krajach — trzy lata temu. „Nowe Państwo" (czerwiec 2004): „Już od trzech lat możemy przeglądać akta gromadzone na nasz temat przez służby specjalne PRL. Ale zainteresowanie «teczkami» jest niewielkie, dlatego, że sporo dokumentów zniknęło". Nie tylko dlatego. Również dlatego, że od krachu PRL do udostępnienia «teczek» minęło aż dwanaście lat. Celowo opóźniano tę zdawałoby się oczywistą w demokratycznym kraju inicjatywę i procedurę, by problem się zakurzył, spatynował, stał prehistorią, nie budząc już emocji i ciekawości nawet u tych, którzy walczyli z komuną, a jeszcze żyją. Podania o udostępnienie złożyło ledwie 15 tysięcy ludzi (w byłej NRD prawie 2 miliony, ale już w Czechach, gdzie wystartowano dużo później niż w Niemczech — choć dużo wcześniej niż w Polsce — tylko 40 tysięcy). Faktem jest wszelako, iż swoje zrobiła również propa­ganda kontrteczkowa, szermująca tu nie „wybaczaniem", lecz argumentem likwidacyjnym: ludzie, przecież owe „teczki" to lipa, tam już nic nie ma, nie dowiecie się kto spośród bliskich na was donosił, wszystko co ważne zostało zniszczone! Rzeczywiście, w latach 1989-1991 MSW masowo niszczyło „teczki". Robiono to mądrze, a więc nie tak, jak pokazał film „Psy" — nie niszczono „teczki" na ślepo, kompletnie, lecz fragmentarycznie (selekcyjnie). Exemplum „teczka" mego przyjaciela, działacza podziemnej „Solidarności", W. Kochlewskiego, który znalazł w niej tylko akta sprzed 1980 roku — wszystkie późniejsze wyparowały. Lecz kontrteczkowy argument o możliwości całkowitego zatarcia śladów współpracy agenturalnej jest kolejną salonową nieprawdą. Bardzo boleśnie przekonali się czym grozi zbytnia ufność w takie brechty eks-kapusie ze Śląska, którzy chcieli zyskać pewność: wiedzą o mnie, czy nie wiedzą? Vulgo: został jakiś ślad mojej konfidenckiej działalności, czy nie został? Ich trik był prosty, ale nie da się wyjaśnić prosto, jednym tylko zdaniem, więc muszę rozpisać się trochę, by Czytelnik zrozumiał na czym to polegało:

O udostępnienie mu jego esbeckiej „ teczki" może się starać każdy obywatel, którego SB inwigilowała bądź represjonowała. Lecz żeby uzyskać wgląd do „teczki", trzeba najpierw otrzymać od IPN-u status „osoby pokrzywdzonej" przez reżim PRL-u („osoba pokrzywdzona" to formuła prawna, zawarta w artykule

6 Ustawy o IPN-ie z 1998 roku). J. Kostrzewa: „Za takiego nie może być uznany ktoś, kto w jakiejkolwiek formie współpracował ze służbami specjalnymi PRL". Jeśli więc nie byłeś „osobą pokrzywdzoną" (czyli prześladowaną) — niczego nie zobaczysz. Wspomniani eks-kapusie rozumowali następująco: złożę prośbę o udostępnienie mi moich akt, i albo mnie opieprzą, że złożyłem, chociaż sam byłem TW („tajnym współpracownikiem" SB), czyli prześladowcą, nie zaś prześladowanym, albo wyjaśnią, że są bezradni, bo wszystkie dotyczące mnie dane zniknęły, i wtedy będę miał po kres życia święty spokój, gdyż będę miał pewność, że MSW wszystkie dowody mojej hańby zniszczyło. Błąd! Sprytni chłopcy okazali się za mało sprytni: ufając ględom, że masowe niszczenie „teczek" przez MSW uniemożliwia wykrycie większej części „tajnych współpracowników", nie przeczytali solidnie i Ustawy, i treści druku, który się wypełnia w biurze IPN-u, gdy się składa na tym formularzu podanie. Nie zauważyli, że są tam paragrafy grożące karą sądową każdemu es-bekowi lub TW, który podszywając się pod osobę prześladowaną składa do IPN-u prośbę o udostępnienie akt. Na mocy tego paragrafu IPN skierował przeciwko śląskim cwaniakom sprawy do sądów; będą ukarani. Ich pech miał dwie przyczyny. Pierwsza — to wspomniana nieznajomość grożącego karą paragrafu. Ale druga — to fakt, że nawet niszcząc całą „teczkę" konfidenta nie można całkowicie wytrzeć śladów jego działalności, bo zachowały się one w dziesiątkach miejsc (nie tylko w centralnych archi­wach MSW, SB, WSW etc., lecz także w różnych kartotekach prowincjonalnych i obocznie w aktach osób inwigilowanych bądź innych osób inwigilujących, w aktach i kartotekach funkcjonariuszy „prowadzących", itd.), więc IPN, prowadząc żmudne śledz­two, zawsze może namierzyć cwaniaka. Każdy oficer SB czy UOP-u potwierdzi (kilkakrotnie już potwierdzali wywiadami prasowymi), iż zupełne, stuprocentowe wyczyszczenie życiorysu metodą niszczenia akt jest fizycznie niewykonalne.

Sam z tego skorzystałem, gdy uzyskawszy status „osoby pokrzywdzonej" (czyli pisemne „świadectwo dziewictwa", jak kpię z kumplami), zgłosiłem się w wyznaczonym terminie do IPN-u, by przejrzeć akta Łysiaka. Zobaczyłem śmiecie. J. Ko­strzewa : „ Kiedy już autor wniosku zostanie uznany za pokrzywdzonego i zasiądzie do przeglądania swoich akt, srogo się może zawieść. Nic jednak dziwnego: wiele materiałów peerelowskich służb zaginęło (...) Dlatego wiele osób jest zawiedzionych tym, co znalazły w swoich «teczkach»". Byłem zawiedziony bardzo. Dlaczego? Dlatego, że jak tłumaczyła „ Newsweekowi" A. Lasek, naczelnik Wydziału Udostępniania Akt IPN: „ — Ludzie występują o akta SB, bo chcą poznać nazwiska donosicieli". Vulgo: nazwiska osób, które na nich donosiły. Poznałem kilka kryptonimów („Ikar", „Cedyk"), lecz były to kryptonimy pracujących przeciwko mnie esbeków, nie zaś kapusiów. Poza tym trochę bezwartościowych z mojego punktu widzenia dokumentów (kartotekowych, paszportowych itp.). Wściekłem się i zapytałem: dlaczego widzę tylko drugorzędne śmiecie? Odpowiedziano mi, że nie jestem jedyną ze znanych osób, które są bardzo zawiedzione. Jako przykład drastyczny wskazano mi casus głośnego polityka, R. Bugaja, który skarżył się w „Rzeczypospolitej", iż trzy lata czekał na wezwanie do IPN-u i zobaczył swoją „tecz­kę"... pustą („Tylko cztery nic nie warte świstki!"). Poinformowano mnie wszakże, iż mogę pisemnie zażądać rozszerzenia tyczącego mojej osoby śledztwa i pomóc tu IPN-owi przez wska­zanie dwóch rodzajów osób: tych, których podejrzewam, iż na mnie donosili, oraz tych, którzy byli mi bliscy, a wobec których przypuszczam, że ich również inwigilowano, więc być może ich akta obocznie ujawnią jakichś inwigilujących mnie TW. Do pier­wszej grupy włożyłem m.in. M. Pawlaka, niegdyś mojego znajo­mego, którego przed upadkiem PRL-u szwedzkie Seapo aresztowało za współpracę z KGB (opisałem to w „Lepszym", 1990). Do drugiej — historyka A. Korynia, z którym za czasów prześladowań „Solidarności" (lata 80-e) utrzymywałem codzienny kontakt, a który jako działacz Związku musiał być inwigilowany przez SB, więc w jego aktach mogą być wymienieni kapusie, którzy zajmowali się także moją osobą.

Kto nam zafundował cały ten cyrk? Różowy „Salon". W rzą­dzie T. Mazowieckiego (pierwszym rządzie III RP) pierwszym ministrem Spraw Wewnętrznych (i wicepremierem) był szef peerelowskiej bezpieki, generał Cz. Kiszczak, i to za jego urzędo­wania MSW niszczyło „teczki" wręcz przemysłowo. Kontynuowano ów proces za jego następcy, salonowca K. Kozłowskiego, a pan premier nie przeszkadzał w tym zbożnym dziele, bo taki był wymóg „ okrągłostołowego" kontraktu. Czerwoni i różowi pojednali się dla wspólnego konsumowania władzy, i rozgrzeszyli „grubą kreską" zbrodniarzy oraz kapusiów, konsumując „teczki", żeby trudniej było dojść prawdy. Jak pisała M. Miklaszewska: „Rozgrzeszenie bez skruchy. Wina bez kary. Wybaczenie bez zadośćuczynienia. Pojednanie z kłamstwem, aferą, zbrodnią". Bez skruchy, bez kary, bez zadośćuczynienia — czyli bez sprawiedliwości. Ale za to z „tolerancją": pod względem tolerancji dla wszelkich przejawów Zła, „Salon" nie ma równych sobie.

 

6. Elegancja tolerancja

Rok 1995 został mianowany przez „postępowe" światowe gremia (czyli przez lewicowe „Salony") Rokiem Tolerancji. Ów Rok to najdłuższy rok w dziejach — trwa do dzisiaj (a zaczął się długo przed 1995) i nic nie wróży, by miał się skończyć rychło.

 

 

 
      >  >  >   ciąg dalszy  -  część Czwarta

 

 

 
* * *

 

z pełnym poszanowaniem i respektem dla autorów, wydawców i praw autorskich; w dzisiejszych czasach powszechnego przemilczania i fałszowania historii i faktów historycznych, uważamy za szczególnie ważną powinność i obowiązek rozpowszechniania informacji, celem edukacji i uświadamiania, oraz bezpardonowej walki z owymi przemilczeniami i fałszami.

 

 

wersje internetową przygotowala  Polonica.net

 

Polski Niezależny Związek Patriotyczny      Katolicko-Narodowy Ruch Oporu kontrreformacji i kontrjudaizacji

 

O.R.K.A.N.

 

 

 

> > >  Kliknij -  Wróć do góry - do początku strony  < < <

 

 

 

Zamknij to okno