Waldemar Łysiak



RZECZPOSPOLITA KŁAMCÓW



SALON

 

 

  

 

Spis treści:

Zamiast noty edytorskiej

Część I — WSTĘP czyli „ — Wkurza mnie dosłownie wszystko!".

Część II — SALON WPŁYWU

1. Salon historyczny

2. „Dzieci Sartre'a".

3. „Coś w mózgu".

4. „Salon" PRL-u — część I (prostytucja)

5. „Salon" PRL-u — część II (klika i alibi)

6. W stronę Sartre'a

7. „Opozycja koncesjonowana".

8. Elitarne dziuple i centra

Część III — MALEFICUS MAXIMUS

1. Zło

2. Od trockizmu do KOR-u

3. Pieski przydrożne

4. Tajny cyrograf „świnksa"

5. Przejęcie władzy

6. Budowanie zrębów

Część IV — CZTERECH JEŹDŹCÓW „SALONU"

1. Czerwony harcerz

2. Gensek honorowy

3. Postępowy katolik

4. Święty guru

 

Część V —„SALONU" GRZECHY GŁÓWNE

1. Klientela

2. „Polityczna poprawność".

3. „Murzynek Bambo" a sprawa polska

4. „Salon" ci wszystko wybaczy

5. „Caritas maior iustitia”

6. Elegancja tolerancja

7. Rozdźwięki wśród tolerastów

Część VI — DYKTAT KULTUROWY „SALONU".

1. „Terroryzm intelektualny"

2. „No pasaran!”

3. Cenzura

4. „ — Panu już dziękujemy! "

5. Laur Nobla daj mi luby!

6. Literacki geniusz, „ Mirek "

7. Promocja, czyli „przemysł kreowania polskich Kunder"

8. Desperados

ZAKOŃCZENIE

 

 

 

Ciąg dalszy ...

 

 

3. Postępowy katolik

B. Geremek był za młodu stalinistą-mediewistą, a T. Mazowiecki stalinistą-katolikiem. Czyli „katolikiem postępowym". I takim „katolikiem" — „postępowym" — nigdy być nie przestał.

Komunizm wytworzył czerwoną „nowomowę" (której poświę­cono już całe rozprawy), a obejmowała ona również kłamliwą grypserę haseł propagandowych, swoisty kod, gdzie treść propa­gandowego sformułowania była odwrotnością stanu faktycznego, zaprzeczeniem rzeczywistości. Termin „demokracja ludowa" w istocie oznaczał system totalitaryzmu. „Dyktatura proletaria­tu"— dyktaturę aparatu partii komunistycznej. „Siły pokoju"— lewackie środowiska opiniotwórcze, wspierające powojenną agresywność struktur militarnych Związku Sowieckiego. „Radziecka myśl techniczna " — kradzież rozwiązań technicznych Zacho­du (od żarówki, fotokamery czy konstrukcji samochodowych, po budowę broni atomowej). „Ruchy narodowowyzwoleńcze"— bandyckie ugrupowania komunistyczne, destabilizujące krwawym terrorem dużo państw. „Niezależne dziennikarstwo" — dzienni­karstwo agenturalne, wspierające komunizm. „Dążenia postę­powej ludzkości" — próby narzucenia całemu światu doktryny i praktyki komunistycznej. Itd., itp.

PRL miała w tej mierze własne, czyli regionalne osiągnięcia (własne terminologiczne wynalazki) — także wobec Kościoła. „Księżmi-patriotami" reżim pezetpeerowski zwał tych księży katolickich, których udało się zmusić lub nakłonić do kolaboracji proreżimowej. Zaś tych katolików, którzy współpracowali z reżi­mem, zwano „katolikami postępowymi". Czyli komunizującymi. Już w XIX wieku znakomity ówczesny politolog, markiz A. de Custine, twierdził (całkowicie słusznie), że ci, którzy zgadzają się na „katolicyzm liberalny" (tak wtedy zwano „postępową" dywersję wewnątrzkościelną) — zdradzają katolicyzm. Działal­ność „postępowych katolików" w dobie PRL-u była zdradą ka­tolicyzmu.

Gdy A. D. 1953 reżim rozpętał dziką kampanię antykościelną, i aresztowano pod zarzutem „dywersyjnej działalności" pewną liczbę księży, w tym kieleckiego biskupa, Cz. Kaczmarka — je­den z czołowych „katolików postępowych", znany dziennikarz, gorąco wspierał brutalną akcję reżimu swoim piórem, piętnując kler, a co i rusz używał przy tym terminu „postęp": „Nastawie­nie wrogie wobec postępu społecznego "', „ Wychowanie nace­chowane wrogością wobec postępu społecznego"; „Działalność wroga wobec interesu narodowego i postępu społecznego w Polsce Ludowej", etc. Tym „postępowcem" był T. Mazo­wiecki. Wiedział, jak wiedziała cała Polska, że biskupa Kacz­marka (tudzież współoskarżonych) ciężko torturowano, i że za­rzut działalności szpiegowskiej oraz dywersyjnej dla „amerykań­skiego imperializmu" to wredny kłam bolszewicki, i że proces przeciwko „klerowi" jest farsą sądową a la procesy sowieckie (biskup został skazany na 12 lat!), lecz pióro mu nie drgnęło, gdy pełen „postępowego" zaangażowania pisał:

We wtorek 22 września bieżącego roku Wojskowy Sąd Rejo­nowy w Warszawie ogłosił wyrok w sprawie ks. biskupa Kacz­marka oraz ks. J. Danilewicza, ks. Wł. Widłaka, ks. J. Dąbrow­skiego i siostry W. Niklewskiej — oskarżonych o zorganizowa­nie ośrodka prowadzącego działalność dywersyjną, wymierzoną przeciwko państwu ludowemu, działalność godzącą w najżywot­niejsze interesy naszego narodu (...) Na rozprawie sądowej zanalizowana została przestępcza działalność oskarżonych, jak i jej skutki (...) Atmosfera środowiska społecznego rozniecająca lub choćby tylko podtrzymująca bezwzględną wrogość wobec osiągnięć społecznych Polski Ludowej, wpływy polityczne przy­chodzące z zewnątrz i wyrosła na tym wszystkim błędna posta­wa polityczna ks. biskupa Kaczmarka, która doprowadziła go do kolizji z prawem — oto sumarycznie ujęte przyczyny działal­ności przestępczej oskarżonych. Doprowadziły one do czynów skierowanych przeciwko interesom własnego narodu (...) Do­prowadziły w szczególności nie tylko do postawy przeciwnej nowej rzeczywistości naszego kraju, nie tylko do podrywania zaufania w trwałość władzy ludowej i nowych stosunków spo­łecznych w Polsce — ale i do uwikłania się we współpracę z ośrodkami wywiadu amerykańskiego, które pragnęły posługi­wać się przedstawicielami duchowieństwa jako narzędziem re­alizacji swych wrogich Polsce planów (...) Z tego stanowiska wynikało wiązanie się z imperialistyczną i nastawioną na wojnę polityką Stanów Zjednoczonych (...) Przedstawiając się jako obrońca cywilizacji chrześcijańskiej, imperializm amerykański dokonuje nadużycia, pragnąc oszukać katolików w krajach de­mokracji ludowej, w szczególności w Polsce, że nowa wojna, wojna dokonywana przy pomocy neo-hitlerowskiego Wehrmachtu, ma pozostawać w zgodzie z dobrem Kościoła (...) Dla­tego więc nie tylko bolejemy, ale i odcinamy się od błędnych poglądów ks. biskupa Kaczmarka, które doprowadziły go do akcji dywersyjnej wobec Polski Ludowej (...) Wierzymy bowiem

najgłębiej, iż przyszłość należy do ustroju społecznego, w któ­rym żyjemy".

Cały ten proreżimowy bełkot brzmi dzisiaj zabawnie (wtedy miał wymowę tragiczną), ale szczególnie komiczny jest tam pas­sus piętnujący uleganie „wpływom politycznym pochodzącym z zewnątrz", gdy rządzący wówczas Polską renegaci nie śmieli nawet pierdnąć bez rozkazu lub zgody Kremla. T. Mazowiecki ulegał tylko wpływom pochodzącym z wewnątrz — nie śmiał palcem kiwnąć bez rozkazu lub zezwolenia Wydziału Kultury KC PZPR. Dlatego aprobował represje antykościelne 1953 roku (tzw. „sprawa Kaczmarka" nie była jedyną; tego samego roku proces księży krakowskich dał trzy wyroki śmierci, a polscy intelektuali­ści — Mrożek, Szymborska etc., więcej niż pół setki literatów — specjalną „rezolucją" piętnowali skazanych jako „zdrajców oj­czyzny, amerykańskich dywersantów i szpiegów, powiązanych z Krakowską Kurią Metropolitalną"). I dlatego też w konflikcie między kardynałem Wyszyńskim a bezpieką wziął stronę reżimu. Gnojenie biskupa Kaczmarka było bowiem pokazówką treningo­wą, ćwiczeniem do większej akcji — do aresztowania prymasa Polski, kardynała S. Wyszyńskiego. Nastąpiło ono momentalnie, trzy dni po skazaniu biskupa, i prymas był przez kilka lat wię­ziony. „Sprawa Kaczmarka" pokazała władzom, że służebne media umieją robić dla antykościelnych represji właściwy klimat. W. Lenkiewicz: „W ramach kampanii przygotowującej areszto­wanie Prymasa Polski (sprawa biskupa kieleckiego, Czesława Kaczmarka), właśnie Tadeusz Mazowiecki odgrywał czołową rolę w zakłamywaniu i zniewalaniu polskiej opinii publicznej".

Wymyśliłem (dawno temu) i puściłem w obieg (zrobiło ka­rierę) powiedzonko: „something pojebałoś'" (coś się pochrzaniło, coś się pomyliło, coś się po­plątało — dosłownie: coś się popier....ło). Świetnie ono pasuje do antykościelnej postawy „ka­tolika postępowego" T. Mazo­wieckiego. Jemu właśnie „some­thing pojebałoś'" — utożsamił cele katolicyzmu z celami bolszewizmu (tak jak zresztą wie­lu innych; żeby wymienić tylko pisarza J. Dobraczyńskiego, czy działacza B. Piaseckiego, stero­wanego przez enkawudystę I. A. Sierowa, późniejszego szefa GRU). A to nie był dobry pomysł.

T. Mazowiecki miał wówczas dużo kiepskich pomysłów. Jed­nym z nich było znalezienie się w paczce stalinowskich agitato­rów, którzy wysmażyli probolszewicką książkę „Wróg pozostał ten sam" (1952). Wroga wyznaczał towarzysz Bierut, i oni ro­bili co trzeba. Dzięki temu zyskiwali duże pensje, honoraria, na­grody i popularność. Nieliczni, którzy odmawiali (exemplum poeta Z. Herbert), mieli ciężkie życie i ledwie wiązali koniec z końcem, wegetując (czasami głodując). Ekonomista i pisarz, przyjaciel Herberta, W. Kieżun, powiedział o Herbercie: „ — To był uczciwy człowiek. Ci uznani za wielkich pisali stalinowskie panegiryki, choćby Szymborska. Przecież nie działali pod przy­musem. Oportunizm i zaprzaństwo — nie wiem skąd się takie odrażające cechy charakteru biorą. Wszyscy oni ulegli zniewo­leniu". Potwierdził to „Kisiel", mówiąc o Mazowieckim: „Ty­powo «zniewolony umysł», mózg wkolejony na jeden tor absur­dalnie jałowy i odcięty od wszystkiego, co się dzieje wokół". Wokół działa się „budowa socjalizmu" gnębiąca społeczeństwo, lecz apologetyzowana przez „uznanych za wielkich", których „ wkolejono na jeden tor". Apologetyzacja obejmowała tak skraj­ne formy „nowomownego" bełkotu, że nawet w encyklopediach pojawiło się hasło „OGÓLNY KRYZYS KAPITALIZMU", mó­wiące, iż „kapitalizm cechuje stopniowe zmniejszanie się zasię­gu systemu kapitalistycznego" (1965). Oczywiście — na rzecz „socjalistycznego"'. Kto to rozumiał — ten wygrywał. T. Mazo­wiecki rozumiał. „Kisiel": „Mazowiecki zawsze wierzgał, jak przeciwko socjalizmowi coś się mówiło".

W latach 60-ych i na początku 70-ych T. Mazowiecki był po­słem, dzięki czemu mógł reklamować „socjalizm" nie tylko pió­rem, ale i z mównicy sejmowej. Deklarował wówczas gorąco swoje przywiązanie do „kierowniczej roli PZPR", swoje przeko­nanie co do „trwałego związku naszego społeczeństwa z socjalistycznymi formami ustroju", i swoją obietnicę, że „nie stawia na erozję socjalizmu". Słowem: wyrażał wiarę w przyszłość, o której członek KC PZPR, M. Rakowski, mówił: „ — Warun­kiem wszelkiego skutecznego wychowania jest zdolność wzbu­dzenia w każdym kolejnym pokoleniu wiary w przyszłość, zaszczepienie przekonania, ze znamy drogę ku przyszłości i że bę­dzie ona lepsza niż teraźniejszość". Wielki francuski pisarz, A. de Saint-Exupery, odpowiedział na taki bełkot dawno temu:

„A jeśli twierdzę, że poświęcam swoje pokolenie dla szczęścia pokoleń przyszłych — poświęcam ludzi. Nie tych czy innych, lecz wszystkich. Zamykam ich po prostu w ich nieszczęściu. Ca­ła reszta to słowa puste jak wiatr".

Pytanie: co robił Mazowiecki, gdy A. D. 1968 partia wszczęła nagonkę przeciwko Żydom? Posłował i wyrażał swoje uznanie dla „kierowniczej roli PZPR". 22 lipca 1969 (był to czas, kiedy z Polski uciekała masa Żydów) partia przywiesza Mazowieckie­mu Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski (nagrodzono wte­dy orderami także B. Piaseckiego, J. Turowicza, S. Stommę, obu Morawskich i in.). „Kisiel"', komentując ów fakt, zauważył, że kryterium przyznawania było proste: „stopniowanie wazeliny, czyli lizusostwa". Mimo to (a może właśnie dlatego), gdy póź­niej A. Michnik zacznie szukać kontaktu z „postępowymi" krę­gami okołokościelnymi, by stworzyć salonowy sojusz między „lewicą laicką" a lewicą katolicką (tzw. „katolewicą" ) — wy­bierze grupę Turowicza i Mazowieckiego, czyli właśnie „postę­powych katolików".

„Postępowi katolicy" zrzeszali się już (lub byli zrzeszani) za stalinizmu, czego dowodem Stowarzyszenie PAX (Mazowiecki był członkiem PAX-u w latach 1946-1955). Gdy tylko areszto­wano prymasa Wyszyńskiego (wrzesień 1953) — J. Dobraczyński i T. Mazowiecki zostali etatowymi członkami (październik 1953) Komisji Duchownych i Świeckich Działaczy Katolickich przy Ogólnopolskim Komitecie Frontu Narodowego. W 1956 po­wstał OGPIK — Ogólnopolski Klub Postępowej Inteligencji Ka­tolickiej. Rok później podzielił się on na pięć KIK-ów — Klu­bów Inteligencji Katolickiej (Warszawa, Kraków, Toruń, Poznań i Wrocław). Mazowiecki współzakładał warszawski KIK (i został tam prominentem). Ów „koncesjonowany" twór stał się znaczą­cą siłą środowiskową, choć jego przekaz intelektualny był płaski jak biust kulturystki; środowisko to zyskało potęgę opiniotwór­czą dopiero wówczas, gdy dzięki przymierzu ze środowiskiem KOR-u weszło w skład nowego „Salonu", który po dziś dzień kręci Rzecząpospolitą. Z władzą partyjną „pan Tadeusz" dalej miał dobre stosunki. W. Lenkiewicz: „W sierpniu 1980 roku i w lipcu 1988 roku, tak jak w grudniu 1970 roku. Mazowiecki delegowany był do Gdańska jako osoba ciesząca się pełnym za­ufaniem władz sowieckiego w Polsce namiestnictwa".

Sierpień 1989 — Mazowiecki zostaje „naszym premierem", pierwszym szefem rządu III Rzeczypospolitej. Na dzień dobry za­rządził „grubą kreskę" („... odkreślenie przeszłości grubą kre­ską"), by skasować całą swoją niechlubną przeszłość i takąż przeszłość wszystkich „umoczeńców", jak również wszystkich konfidentów (TW) tudzież „prowadzących" ich esbeków, oraz wszystkich komunistów. G. Herling-Grudziński nazwał to „Zamazaniem " („ Tadeusz Mazowiecki odkreślił przeszłość, unie­możliwił konieczną lustrację i dekomunizację, przyczynił się do upragnionego przez komunistów Zamazania"). Musiał — taki „numer" był w sekretnym cyrografie „okrągłego stołu" warun­kiem sine qua non. Prof. A. Nowak mówi: „ — «Gruba kreska» Tadeusza Mazowieckiego oznaczała pełną zgodę na funkcjono­wanie peerelowskiej agentury w życiu publicznym III RP, bez jakiejkolwiek możliwości jej wyeliminowania". Pierwszym strze­gącym tego wymogu szefem MSW III RP został eks-wódz agen­tur peerelowskich, gen. Kiszczak, a jego zastępcą (wiceminis­trem) kumpel Mazowieckiego, K. Kozłowski (późniejszy minis­ter MSW, po ustąpieniu Kiszczaka), prominentny członek „Salo­nu". Od strony medialnej, jako szef TVP, interesu pilnował drugi kolega „pana Tadeusza", też gwiazdor „Salonu", notoryczny le­wak A. Drawicz („... niestety, człowiek agenturalnie uwikłany", jak zaświadcza red. naczelny „Arcanów", cytowany już prof. A. Nowak), gdy w prasie karty opiniotwórcze rozdawał salono­wy sojusz — „Tygodnik Powszechny" ze strony „postępowych katolików" i „Gazeta Wyborcza" ze strony „lewicy laickiej" (A. Nowak: „ — «Tygodnik Powszechny » i «Gazeta Wybor­cza», medialny tandem, którego rolę w procesie «amputacji» świadomości historycznej Polaków trudno wprost przecenić").

„Amputacja świadomości historycznej Polaków" przez kato­lika to rzecz szczególnie obrzydliwa jeśli się zważy, że najgło­śniejszych mordów lat 80-ych bezpieka Kiszczaka dokonała na księżach (Popiełuszko, Niedzielak, Zych, Suchowolec i kilku in­nych). Niekochany przez Mazowieckiego kardynał Wyszyński lubił powtarzać tekst z drewnianej tablicy cmentarza zakopiańskie­go: „Ojczyzna to ziemia i groby. Narody tracąc pamięć, tracą życie". Ziemia polska dźwiga groby księży, prawdziwych patrio­tów, którym śmierć zadali znani „nieznani sprawcy", a etatowy katolik nie chce łapać tych sprawców, czy nawet wspominać tych mordów — chce, by naród utracił pamięć patriotyczną. Co wię­cej — ów zawodowy katolik będzie wkrótce bez sprzeciwu tole­rował wściekłą kampanię antykościelną, jaką rozpęta różowy „Salon", ta sama „lewica laicka", która przez całe lata 80-e szukała azylu w murach kościołów i wsparcia u kościelnej hie­rarchii. Otrzymała tam i azyl, i pomoc, a gdy zdobyła władzę, przeszła metamorfozę, bluznęła wobec dobroczyńcy (Kościoła) nienawiścią przypominającą stare żydowskie porzekadło: „Jakie dobrodziejstwo ci uczyniłem, że mnie tak nienawidzisz?". J. Mikke (1993): „Kto ma długą pamięć, wie, że dla elity inte­lektualnej ta metamorfoza jest powrotem do źródeł". Zaroiło się od tekstów i wrzasków typu: „Księża na księżyc!", „Buldożery na kościoły!", „Czarni", „Kruchta", „Józef Glemp — pazerny sęp!", itp. B. Geremek sugerował: „ — Być może konkordat jest błędem", J. Turowicz kwękał: „Działania i gesty Kościoła szkodzące...", K. Orłoś parskał: „ — Błędy hierarchii Kościo­ła...", A. Michnik puentował: „ — Zagraża nam fundamenta­lizm religijny! (...) Uważam, że klerykalizm bardzo źle służy polskiemu państwu!", a „katolik" Mazowiecki milczał jak ta trusia, bo był „postępowy", i był filarem „Salonu" różowego.

W sferze gospodarczej „nasz premier" również zaczął od kiksów — od tolerancji dla seryjnych nomenklaturowych przechwytów majątku państwowego i dla mega-afer finansowych. T. Bochwic pisała: „Nomenklatura partyjna wije sobie zasobne fi­nansowo gniazdko w spółkach, tymczasem ludzi wskazujących na proces zawłaszczania przez nią majątku państwowego okrzykuje się zwolennikami «spiskowej teorii dziejów»". Podob­nie zwano tych, którzy doszukiwali się drugiego („okrągłostołowego") dna w multiplikacji gigantycznych afer drenujących skarb kraju. W. Lenkiewicz: „Prawda tymczasem jest taka, że w FOZZ, w aferze alkoholowej, tytoniowej, elektronicznej, a w szczególności w aferze rublowej, rola premiera Mazowieckiego nie polegała tylko na nieudolnościach i zaniechaniach".

Rola ta była wyjątkowo denerwująca dla patriotów przy zanie­chaniach opóźniających działania „z definicji" konieczne w pań­stwie demokratycznym i suwerennym, takie jak likwidacja peerelowskiej cenzury czy usunięcie z kraju okupacyjnych garnizonów Armii Czerwonej. T. Bochwic: „Na przełomie 1989/1990 pre­mier Mazowiecki wygłaszał oświadczenia o... obronnej roli wojsk radzieckich w Polsce! ". Ruscy wyszli z naszego kraju do­piero w roku 1993. Jedenaście lat później (2004) ujawniono nam dlaczego; prawdę (fragmencik prawdy) poznaliśmy z opubliko­wanych przez IPN „moskiewskich szyfrogramów". Pracownik IPN-u, historyk A. Dudek, tak je komentował: „ — Oczywiste było od początku, że ZSRR nie zrezygnuje z dominacji nad Europą Wschodnią bez gwarancji bezpieczeństwa dla swoich inte­resów. Rozmowy toczone przez Michnika w Moskwie były wstępem do takich gwarancji, których realnie udzielił dopiero rząd Mazowieckiego (...) Z późniejszej polityki rządu Mazowieckiego można się domyślać, że gwarancje obejmowały to, iż władze polskie nie podejmą sprawy wyprowadzenia wojsk radzieckich (...) Pytanie, czy zapadły również zobowiązania w kwestii służb specjalnych...". Cóż, z późniejszej polityki różowego „Salonu" można się domyślać, że zapadły, i to bardzo solidne. Nikt nie mógłby nam lepiej tego objaśnić niż A. Michnik, najważniejszy spośród czterech jeźdźców tworzących sztab dzisiejszego polskie­go Salonu Wpływu.

4. Święty guru

Że A. Michnik jest święty, to rozumieją i głoszą wszyscy jego wielbiciele, a on sam to potwierdził, mówiąc: „ — Nie mam cienia wątpliwości, że Chrystus mnie umiłował" (1994). Ja tedy, będąc (w przeciwieństwie do Michnika) wyznawcą Chrystusa, mogę się poniższym fragmentem książki (tudzież całą tą książką) silnie narazić Opatrzności Niebieskiej, ale co tam, jak już rzekłem: „Prawda przeciw światu!", choćby i pozagrobowemu.

Uczyniwszy wyznanie, że Jezus Chrystus go umiłował, Michnik — w trakcie tej samej rozmowy (z bardzo „postępowym" księdzem J. Tischnerem i ze swym giermkiem, redaktorem J. Żakowskim) — ujawnił też inne swoje sekrety, o które nikt by go nie posądzał prócz fanów: a to, że żyje „według przykazań", a to, że praktykuje „dobre uczynki" nie tylko dlatego, „by sobie zasłużyć na życie wieczne", itd., itp. Fazę wyznań katechetycznych zamknął konkluzją:

„ — Nie zdarzyło się w moim życiu nic ważniejszego niż to poczucie, że zrobiłem coś dobrego. Nie było dla mnie nic cenniejszego niż «być w zgodzie z tym, co się uważa za prawdę i dobro»". Pewnie dlatego szczególnie bolesny dlań musi być krzyż, który od tylu już lat dźwiga jako konstruktor, a później wódz „Salonu". To wodzostwo jest wielkim triumfem świętego, walczył o ten etat całe życie, lecz że nie ma róży bez kolców — wielkim (największym) problemem A. Michnika (tym krzyżem) jest zmasowana wrogość ze strony antysemitów. Antysemici bowiem uwzięli się na święte­go jak sfora wściekłych psów, i zupełnie bezprzyczynowo szarpią mu nogawki, szargają dobre imię, etc. Wskutek czego on cierpi. Skalę tego cierpienia można sobie wyobrazić dzięki refrenowi piosenki śpiewanej przez „Pudelsów":

W mokrej pościeli miota się,

A potem marzy cale dnie,

Że tylko ciebie chce".

„Ciebie", czyli wolności od wszechobecnego antysemityzmu. Michnik marzy — jak to święty — by antysemici dali mu wreszcie święty spokój. Oni jednak — jak to antysemici — nie ustają już kilkadziesiąt lat. Niżej garść przykładów:

• Antysemita Z. Herbert wypowiedział się kilkakrotnie o A. Michniku:

„ — Wierzyłem w jego intelekt, a także w zwykłą uczciwość — zawiodłem się "; „ — On stacza się po równi pochyłej"; „ — Cynizm i najpospolitszy nihilizm"; „ — Jest on klasycznym przykładem kariery komunistycznego Dyzmy"; „ — Zawiódł niemal wszystkich swoich przyjaciół". Konkluzja Herberta: „ — Michnik jest manipulatorem. To jest człowiek złej woli, kłamca, oszust intelektualny". Konkluzja moja: Herbert się myli, bo autentycznym Dyzmą III RP był L. Wałęsa — Michnik to inna kategoria mentalna i losowa, jego literackim pierwowzorem jest Mefisto.

• Antysemita S. Remuszko (były przyjaciel Michnika, były dziennikarz „Gazety Wyborczej"): „Michnik jest faryzeuszem o mentalności Kalego (...) Obłudy Michnika, «Wybiórczej» i całego tego środowiska nie przebije w Polsce nikt, to pewne".

• Antysemita A. Besancon (francuski historyk i filozof) nazwał Michnika człowiekiem gorszym od targowiczan, człowiekiem pokroju kolaborantów Vichy, twierdząc, że jego działalność „budzi niesmak, usuwa w cień wszelką sprawiedliwość i wszelką odwagę".

• Antysemita R. Lazarowicz: „Adam Michnik ma szczególną inklinację do otaczania się kanaliami".

• Antysemita L. Dymarski: „Michnik zerwał wiele przyjaźni lub z nim zerwano, odmawiając po prostu wpuszczenia do domu. Lukę tę snadnie wypełnił m.in. p.p. Jaruzelskim, Kiszczakiem, Urbanem. Są na «ty», lubią się, rozumieją, i ten stan rzeczy demonstrują w telewizji. Niektórzy tłumaczą to paranoją". Dymarski dodał jeszcze, że dawniej Michnik tylko „majaczył", lecz później „wszedł w fazę jakiejś aberracji", która wymaga „diagnozy psychiatrycznej".

• Antysemita G. Herling-Grudziński: „ — Michnik winien pójść do dobrego psychiatry".

• Antysemita R. A. Ziemkiewicz: „Michnik to leninowski «pożyteczny idiota» (...), człowiek nieopisanie szkodliwy".

• Antysemita J. R. Nowak: „Michnik to cyniczny, instrumentalny krętacz. Prawdziwy «homo sovieticus», który nigdy faktycznie nie wyzwolił się spod ducha skrajnej komunistycznej nietolerancji wobec wszystkich inaczej myślących".

• Antysemita S. Kisielewski („Kisiel"): „Przecież ten dzisiejszy Michnik to totalitarysta. Demokratą jest ten, kto jest po mojej stronie. Kto się ze mną nie zgadza, jest faszystą i nie można mu podać ręki. A tylko Michnik wie na czym polega demokracja i tolerancja. On jest tutaj sędzią, alfą i omegą".

• Antysemita S. Michalkiewicz jako bazę ideologiczną werdyktów Michnika wskazał „płynne kryteria towarzysko-polityczne wypracowane w sanhedrynie warszawsko-krakowskim"'.

• Antysemita A. Lenkiewicz: „Za swojego wroga numer 1 uznał Michnik naród polski, zarzucając mu przy każdej okazji, a także bez okazji: antysemityzm, ciemnotę, klerykalizm i szowinizm. «Gazeta Wyborcza», która miała służyć całej anty­komunistycznej opozycji, stała się obrońcą peerelowskich struk­tur w środkach masowego przekazu, w wojsku, w służbach specjalnych, w bankach i w całym życiu społeczno-politycznym PRL-bis".

• Antysemita W. Łysiak opublikował esej („Ministerstwo Prawdy") o działalności Michnika, dając jako motto słowa Mefistofelesa z „Fausta" Goethe'ego:

To wszystko razem, co wy zwiecie

Grzechem, zniszczeniem, krótko: zła zespołem,

Najistotniejszym moim jest żywiołem (...)

Słów i złudy kłam

Zmysły zmąci wam"*.

* — Tłum. P. Konopka.

 

W tekście eseju Łysiak antysemita napisał m.in.: „Czuję do Michnika i do jego stachanowszczyzny pogardę i obrzydzenie. Cóż bowiem innego jak wstręt można czuć do byłego «dysydenta», który pije z Urbanem, Kiszczakiem, Jaruzelskim i Kwaśniewskim, toczy rozpaczliwą walkę przeciw lustracji (a więc przeciw deagenturyzacji Rzeczypospolitej), ogłupia i deprawuje Polaków apologią relatywizmu moralnego, leseferyzmu, permisywizmu etc., całe lata trzyma nad komuną ochronny parasol i staje się heroldem-symbolem tej różowej koterii udeckiej, co doprowadziła Polskę do stanu zawałowego pod względem etycznym? (...) Sianie relatywizmu moralnego (zwane przez michnikowców «tolerancją»), antykatolicyzmu (zwanego «anty-klerykalizmem»), antypatriotyzmu (zwanego «otwarciem na świat»), różowego lewactwa (zwanego «demokracją»), niesprawiedliwości (zwanej «praworządnością»), etc. — to wypa­czanie prawdy metodą wypaczania języka. Wracamy tu do żonglerki słowem, z której jakobinizm i bolszewizm uczyniły sztukę mistrzowską. Młody mózg jest często bezbronny wobec szalbier­stwa semantycznego. Można ów mózg łatwo wyuczyć tej wizji świata i własnego kraju, której nauczyciel pragnie wyuczyć (...) Michnik robi Polakom wodę z mózgu. Fakt, że jego wielbiciele nie pojmują, iż jest to klasyczne szachrajstwo typu «trzy karty » lub «trzy lusterka», przejdzie do annałów głupoty zbiorowej".

• Antysemita K. Wojtyła (Jan Paweł II): „ — Armia Czerwona przyniosła Polsce nie tylko wyzwolenie od hitlerowskiej okupacji, ale także nowe zniewolenie (...) Lata panowania nowej władzy były dalszym ciągiem znęcania się nad wielu Polakami. Nowi panujący uczynili wszystko, ażeby ujarzmić naród, podporządkować go sobie pod względem politycznym, ideologicznym, ekonomicznym". Cóż było antymichnikowskiego w tym fragmencie przemówienia do narodu? To, że owa wypowiedź dezawuowała tezę, którą szerzy Michnik; według Michnika: „Nie można dorosłemu społeczeństwu opowiadać, iż ono żyło pod sowiecką okupacją". Rozeźlony Michnik zrewanżował się, nazywając papieża „byłym autorytetem naszych czasów". Później, kiedy Michnikowi nie spodobały się poglądy Wojtyły a propos liberalizmu, zarzuci papieżowi myślenie „w kategoriach, które zdają się pochodzić z Soboru Trydenckiego".

• Antysemita S. Wyszyński (prymas Polski), kiedy Michnik i Kuroń proponowali mu współpracę, odmówił, pisząc: „Kościół zawsze broni interesów narodu i nie da się wykorzystać do koniunkturalnych celów ugrupowań politycznych". Co znaczyło: Kościół nie da się wciągnąć w rozgrywkę o żłób między różowymi a czerwonymi, nie zostanie kooperantem „Salonu", bo nie sądzi, by służyło to interesom narodu. Kardynał wyraźnie nie był „postępowym katolikiem". Michnik i Kuroń wiedzieli to zresztą już od 1963 roku. „Postępowy katolik", S. Stomma (przyjaciel T. Mazowieckiego), opublikował wówczas w „Tygodniku Powszechnym" (piśmie innego „postępowego katolika", J. Turowicza) lizusowski tekst, karcący Polaków za antycarskie bunty, zwłaszcza za Powstanie Styczniowe; Stomma nazwał je chorymi przejawami antyrosyjskich kompleksów narodu. Oburzony Wyszyński ripostował wspaniałym kazaniem, mówiąc, że nie chodziło o żadne kompleksy, tylko o niezbywalne prawo narodu do suwerenności. Wiele lat później Michnik wyzna (w książce „Między Panem a Plebanem"): „ — Nikt z nas nie potrafił wówczas zrozumieć, co się Prymasowi stało...". Gdy Wyszyński od­trącił rękę różowego „Salonu"— przestali mieć złudzenia. Za­częli zwać „Prymasa Tysiąclecia" konserwatystą „anachronicznym", „nacjonalistą" i „wstecznikiem". Później (w tej samej książce) Michnik dołoży jeszcze jeden zarzut — że Wyszyński nigdy nie potępił antysemityzmu polskiego.

• Antysemita L. Kaczyński: „ — Metody walki politycznej uległy znikczemnieniu, ale trzeba wreszcie powiedzieć, że palma pierwszeństwa należy się nie komu innemu, tylko Adamowi Michnikowi (...) Naczelny «Wyborczej » wierzy, iż można się posuwać do wykorzystywania skrajnie nikczemnych metod".

Według międzynarodowego porzekadła: „Jeśli ktoś ci powie, że jesteś świnią — nie przejmuj się. Ale jeśli powie ci to pięciu ludzi — czas wyjść z chlewa". A jeśli stu, dwustu, tysiąc? Widać każdy ma swoją miarę, i dlatego właściwy czas jeszcze nie nadszedł. Kiedy nadejdzie? Któż to wie — u „świnksa", przepraszam: u sfinksa, wszystko jest tajemnicą. Tymczasem antysemici — jak to antysemici — nie ustają w strzelaniu do świętego salonowego guru pociskami ciężkimi niby głazy. Przyjrzyjmy się temu kamienowaniu męczennika:

• Antysemici zarzucają Michnikowi, że bezpodstawnie nosi wetkniętą mu przez jego fanów buławę współwyzwoliciela kraju spod opresji peerelowskiej, nieustraszonego partyzanta, dzięki któremu tamten reżim wykoleił się na swych świetlanych torach, prowadzących ze stale złej codzienności w niezmiennie lepszą przyszłość. I dowodzą, że szyn nie rozkręciła różowa „lewica laicka" inteligentów (ta tylko szarpała się o koryto z czerwonym), lecz „Solidarność" robotnicza, plus troje-czworo ludzi mieszkających za granicą: Ojciec Święty (dzięki sile swych natchnieniodajnych słów) tudzież prezydent R. Reagan (przy pomocy szefa CIA, W. Caseya, i brytyjskiej pani premier, M. Thatcher), wdrażając genialną politykę restrykcyjną wobec ZSRR i komunizmu. Usiłowania tej głównej dwójki zostały szybko rozszyfrowane przez KGB, więc obydwu (i papieża, i prezydenta) próbowano zastrzelić. Obydwu trafiono, lecz strzelające marionetki (i turecki terrorysta, i amerykański „psychol") nie trafiły dość precyzyjnie, oba cele się wykurowały, zostały lepiej zabezpieczone i kontynuowały dzieło, aż czerwony pociąg spadł z na­sypu. Do członków polskiego „Salonu" nikt nie strzelał. Dlatego antysemici pytają Michnika: jak to jest, że w latach 80-ych bezpieka mordowała skrytobójczo tylko księży (Popiełuszkę plus innych, około dziesięciu) tudzież opozycjonistów nieróżowych (Bartoszcze i innych, około stu), a nawet nie próbowała dokonać choćby jednego zamachu na kogoś z „Salonu", czyli z KOR-u i z lewicowej, inteligenckiej frakcji „Solidarności"?

• Antysemici mają za złe Michnikowi permanentną miłość do komunizmu, wyssaną z mlekiem rodziców, jako że jego ojciec, O. Szechter, był walczącym komunistą (antysemita J. R. Nowak: „ Ozjasz Szechter był starym, wypróbowanym agentem Moskwy w Polsce"), i matka, H. Michnik, autorka stalinowskich podręczników, była komunistką również. 

Sam Michnik deklarował:

„ — Środowiskiem, z którego pochodzę, jest liberalna żydokomuna. To jest żydokomuna w sensie ścisłym". 

Dla antysemitów określenie „liberalna żydokomuna" brzmi identycznie jak: biało­skóry Murzyn, prostooki Chińczyk, kolosalny Pigmej lub demokracja leninowska, wypominają wszakże Michnikowi nie pochodzenie, lecz poglądy, czerpiąc z jego wyznań („ — Należałem do komunistów w sześćdziesiątych latach. Uważałem, że komunistyczna Polska to moja Polska"), wskazując jego wrogość wobec kapitalizmu (roku 1989, pytany o system, który ludziom by odpowiadał, Michnik rzekł: „ — Niekiedy słyszy się opinię, że powinien to być system kapitalistyczny. Dla mnie jest to absurdalne. Obecnie w niektórych kołach w Polsce powstał kult słowa «prywatyzacja». Co to znaczy? Co prywatyzować? Koleje, samoloty? Przecież to bajki, absurd"), tudzież piętnując jego stałą wrogość wobec antykomunistów, nie tylko zresztą na terenie Polski.

Antysemici przypominają kilka faktów. 

Roku 1990 gościł A. Michnika Uniwersytet Hebrajski w Jerozolimie;

Michnik dał tam wykład, tłumacząc, że „Polsce grozi antykomunistyczna dyktatura, antykomunizm z bolszewicką twarzą, któremu towarzyszyć będzie szowinizm, klerykalizm, populizm i ksenofobia, nie mówiąc o groźbie antysemityzmu" (prof. J. R. Nowak za Ch. Hoffmanem). Gdy prezydent Gruzji, antykomunista Gamsahurdia, robił co tylko mógł, by dać swej ojczyźnie suwerenność, „Gazeta Wyborcza" konsekwentnie, artykuł za artykułem, prezentowała go jako psychopatę, „faszysto-nacjonalistę", tyrana, maniaka, etc., a Gruzję pod rządami Gamsahurdii jako despotię współczucia godną. Gdy agenci Kremla zamordowali Gamsahurdię, i gdy sowieckie wojska, na prośbę renegata Szewardnadze, zlikwidowały gruzińską niezależność — Gruzja przestała budzić obrzydzenie michnikowskiej gazety. Gdy w Bułgarii antykomuniści walczyli przeciwko komunistom (1992-1993) — Michnik pofatygował się do Sofii i wystąpił gwałtownie na rzecz komunistów, zwąc ich przeciwników „neofaszystami". Dla bułgarskich patriotów, którzy wcześniej słyszeli, że Michnik to polski rycerz wolności i demokracji, był to szok. Trzech znanych pisarzy (B. Christow, D. Korudżijew i J. Wasiliew) opublikowało wówczas gniewny anty-michnikowski tekst pt. „Cynizm i nietolerancja", pisząc m.in.:

Wizyta A. Michnika głęboko zraniła wszystkich bułgarskich demokratów. Przyjechał, żeby stanąć w obronie komunistów. Zrobił to w sposób butny. Jego wypowiedzi były demagogiczne, nieodpowiedzialne i bardzo dla nas bolesne (...) Jak można nazwać setki tysięcy demonstrujących przeciw komunizmowi demokratów neofaszystami! Kto Michnikowi pozwolił obrażać tych najmniej podatnych na konformizm Bułgarów? (...) Dawni idole typu Michnika gotowi są dzisiaj wspierać fasadową demokrację, za której kulisami wszystkie sznurki są znowu w rękach komunistów (...) Michnik to człowiek cyniczny, nietolerancyjny wobec bułgarskiej demokracji, i dlatego utracił nasz szacunek". Okazało się, że w Bułgarii też jest pełno antysemitów.

• Antysemici polscy utracili resztki szacunku dla A. Michnika, kiedy ten „dobry człowiek", głoszący bez przerwy tolerancję jako cnotę główną, okazał „cynizm i nietolerancję" wobec wszystkich, którzy uważają abolicję za zły sposób rozliczania win. Takie głupie stanowisko patriotów (antysemitów), którzy żądają wymierzenia sprawiedliwości peerelowskim reżimowcom (konfidentom, kolaborantom, partyjnym szychom, bezpieczniackim oprawcom i przestępcom sądowym) — wymierzenia jej choćby tylko werbalnym napiętnowaniem — uznał za „polowanie na czarownice", tout court.

Pierwszy znaczący (rozgłośny) występ abolicyjny mecenasa Michnika miał miejsce w Sejmie 28 kwietnia 1990 roku. Usłyszawszy tam propozycję nacjonalizacji mienia PZPR, guru „Salonu" ryknął z trybuny: „ — Co ja tu słyszę? ! Nienawiść!...", przezwał te żądania „jaskiniowym antykomunizmem" i wylał kubeł pomyj na głowy „jaskiniowców"'. „Jaskiniowcy" (antysemici) wściekli się słysząc takie dictum, i wylali podobne kubły na adwokata nomenklatury partyjnej, zarzucając mu, że broni łupu złodziejskiego. Antysemita R. Bieliński pisał: „Adam Michnik i jego parlamentarni koledzy bronią praw spadkobierców PZPR. Bardzo to chwalebne, ale wydaje mi się, ze winni bronić najpierw moich praw, bo bardziej (chyba) są moimi posła­mi niż posłami PZPR. Otóż przez wiele lat, via budżet, mnie i wielu milionom bezpartyjnych wyjmowano z kieszeni pieniądze

na rzecz PZPR, bez pytania nas o zgodę. Dlaczego, nie będąc członkiem partii, przez wiele lat musiałem ją finansować, a obecnie mam się godzić z tym, ze to, co zostało mi zabrane, będzie dalej służyć ludziom, którzy mnie ograbili?".

Dwa lata później (czerwiec 1992) miał miejsce kolejny ogólnopolski show abolicyjny mecenasa Michnika — gdy antykomu­nistyczny rząd premiera J. Olszewskiego rozpoczął lustrację peerelowskich kapusiów od sporządzenia listy prominentnych konfi­dentów, i został za to skasowany w ciągu jednej „nocy długich noży" przez L. Wałęsę (trzęsącego się o akta TW „Bolka") i przez całą czerwono-różową ferajnę złajdaczonych. Jak pisze antysemita R. A. Ziemkiewicz — ta ferajna odpowiedziała na to nie tylko likwidacją zbyt dociekliwego rządu, lecz i „swoistym tournee Adama Michnika, który jednego dnia wystąpił w trzech telewizjach (dwóch prywatnych i państwowej), w każdej zionąc właściwym sobie miłosierdziem wobec każdego, kto ma czel­ność domagać się ujawnienia prawdy. Nikogo to oczywiście nie zaskoczyło: Michnik zawsze zachowuje się tak samo, i niczego nowego raczej się już nie nauczy. Jego występ jak zwykle był popisem histerii, egzaltacji i typowego michnikowskiego wrza­sku". „Gazeta Wyborcza" do dzisiaj przeklina lustrację kiedy tylko może.

Abolicyjna kampania Michnika objęła również prokuratorskie i sędziowskie środowisko. Według antysemitów dlatego, że brat Michnika, kpt. S. Michnik, był stalinowskim sędzią wojskowym, który skazywał patriotów (głównie akowców, za to, że zwalczali Hitlera bez rozkazu Stalina) na ciężkie więzienie i na śmierć (na śmierć skazał kilkakrotnie!). Antysemita J. Sęk pisze: „Pan Adam Michnik niepotrzebnie martwił się w Sejmie o stosunek narodu polskiego do komunistów, którzy sprawili tu po wojnie nie jeden, a dziesięć Katyniów. Zabili w polskich więzieniach ponad 40 tysięcy ludzi. My komunistów nie nienawidzimy. My nimi gardzimy. Również podporucznikiem Stefanem Michnikiem, stalinowskim sędzią-mordercą, pojętnym uczniem katyńskich oprawców".

• Antysemici wściekli się na Michnika jeszcze bardziej — dostali wprost białej gorączki — gdy jego gadzinówka (antysemita W. Łysiak przezwał ją „Gadułą Wyrodną") zaczęła brukać świetlaną legendę Armii Krajowej, zarzucając jej m.in. premedytacyjne Żydobójstwo. Antysemita A. Lenkiewicz: „W roku 1994, w związku z 50 rocznicą Powstania Warszawskiego, Michnik opublikował całą serię perfidnych i absurdalnych tekstów, su­gerujących, że jednym z celów Powstania było dobijanie resztek Żydów". Wśród tych nikczemnych tekstów szczególnie agresywny był duży artykuł jednego z fagasów Michnika do brudnej roboty, M. Cichego, mówiący expressis verbis, że powstańcy z AK programowo mordowali niedobitków z getta warszawskie­go (ten właśnie artykuł sprawił, iż antysemici uznali, że gazeta Michnika przekroczyła nikczemności ostatnią granicę). Expressis verbis nie znaczy, że w oparciu o dowody. Były tam głównie mętne spekulacje, pomówienia, przeinaczenia, szemrane i manipulowane „cytaty", vulgo: kupa kalumnijnego łajna (stąd antysemici mogli opublikować aż dwie niezależne listy tych „przekrętów" — pierwszą ułożył prof. T. Strzembosz; drugą zamieściła „Trzecia Rzeczpospolita"). 

Ale był tam również jeden silny „dowód" — M. Cichy wskazał konkretny przypadek i konkretny dzień akowskiego mordu na Żydach, mordu dokonanego przez kaprala „Unruga"'. Gdy antysemici zweryfikowali tę informację, okazało się, że kapral „Unrug" nie mógł tamtego dnia mordować Żydów, z prostej przyczyny: nie żył już od dwóch tygodni, bo AK rozstrzelała go za rabunek! To antysemickie detalistyczne czepiactwo (jakby głupie dwa tygodnie robiły jakąś różnicę!) spłynęło po „GW" niby woda po kaczce (dziennikarskiej). Przypominanie przez antysemickich historyków, że AK nie mordowa­ła Żydów, lecz odwrotnie, pomagała Żydom ile tylko mogła, a tzw. szmalcowników rozwalała bez litości — też nic nie pomogło (jakby fakty miały jakieś znaczenie!). Ergo: historyczne realia nie zmieniły zdania „Salonu" o akowskich współsprawcach Holocaustu uprawianego pod parawanem antyniemieckiej rebelii. Przypomina się diagnoza antysemity P. Johnsona na temat rzetelności różowych Salonów Wpływu: „Lewicowa inteligencja zawsze jest gotowa stłumić prawdę w imię popieranej przez siebie wyższej prawdy".

Tego roku (2004), po raz pierwszy za piętnastolecia III RP, miały miejsce godne uroczystości obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego. Czemu dopiero teraz? Bo wcześniej burmistrzami stolicy byli albo czerwoni, albo różowi (członkowie UW: M. Święcicki i P. Piskorski). Dopiero gdy społeczność Warszawy wybrała prawicowca L. Kaczyńskiego — można było stworzyć Muzeum Powstania i solennie czcić pamięć herosów. T. Kuczyńska: „Dlaczego przez te piętnaście lat niepodległej Polski stosunek władz i najpotężniejszych mediów do Powstania byt tak niechętny i pomniejszający jego znaczenie? Odpowiedział na to pytanie w swoim przemówieniu Prezydent Warszawy, Lech Kaczyński. Przede wszystkim działały w tym kierunku pewne potężne grupy, traktujące niepodległość i uczucia patriotyczne Polaków jako zagrożenie dla swoich wpływów, swoich interesów". Kaczyńskiemu nie chodziło tu o czerwonych, lecz o michnikowszczyznę, gdyż wyraźnie podkreślił, że „te dominujące grupy posługiwały się sztandarami «Solidarności»".

• Antysemici wytykają Michnikowi, że jest permanentnym kłamcą, królem kłamców, więc gdyby był Pinokiem, czubek jego nosa sięgnąłby już Księżyca lub może nawet Marsa. Zarzut ten mija się całkowicie ze zdaniem oskarżanego, który głosi w tej kwestii poglądy ekstremalnie odmienne — że kłamstwo go mierzi („Uporczywy nawyk kłamstwa jest brzydkim rysem charakteru") i że on sam jest królem prawdomówców. W TVP Michnik oświadczył swego czasu: „ — Moim obowiązkiem jako dzienni­karza są dwie rzeczy: walka o wolność i walka o prawdę. Jeśli ja to zdradzę — to zdradzam swoje dziennikarskie powołanie". Zapytany przez „Życie Warszawy": „ — Czego by pan nigdy w swej gazecie nie zamieścił ?” odparł: „ — Nigdy nie zamieściłbym czegoś, co byłoby nieprawdą". Tymczasem antysemici — jak to antysemici — nie wierzą mu. 

Antysemita Z. Herbert: „ — Michnik to kłamca". 

Antysemita J. R. Nowak: „Jarosław Kaczyński, opisując kiedyś zachowanie Michnika, podkreślał jego niebywałą skłonność do kłamstwa, to, ze potrafi łgać w żywe oczy, dosłownie iść w zaparte". Tegoż antysemity Kaczyńskiego brat-bliźniak, również antysemita, L. Kaczyński, gada bliźniaczo: „ — Michnik wierzy, że można co innego mówić, a co innego robić, zachowując przy tym opinię człowieka o mo­ralności nieskalanej". Kolejny antysemita, O. M. Rudak: „Wobec swoich czytelników «Gazeta Wyborcza» posługuje się wrednymi uproszczeniami i kłamstewkami".

Antysemici gotowi są podać mnóstwo dowodów, wskazując same tylko „sprostowania" w „Gadule Wyrodnej". Nigdzie indziej geremkowskie „fakty prasowe" nie święcą większych triumfów jak tam. Organ Michnika skarżył już niewinnych, grzebał żywych, szkalował przyzwoitych (np. Z. Herberta), siał fałszywie antypolonizm, majstrował cyferkami, datami, życiorysa­mi, etc., a przyłapywany wielokrotnie na „przekrętach" — zamieszczał setki sprostowań drukowanych małą czcionką obok kolejnych wieloczcionkowych bałamuctw. Chcąc skompromitować znanego antykomunistycznego polityka, „GW" wydrukowała list komplementujący go, a podpisany przez... mordercę prezydenta Narutowicza! Chcąc zgnoić człowieka, który przeszkadzał kandydującemu do prezydentury T. Mazowieckiemu, „GW" opublikowała precyzyjne (całkowicie kłamliwe) dane paszportowe owego konkurenta. Itd., itp. Dzięki temu właśnie zyskała wśród antysemitów anglojęzyczną ksywkę: „ The paper of dirty tricks" („Gazeta brudnych sztuczek"). Antysemita W. Łysiak zakończył swój esej o niej i o Michniku („Ministerstwo Prawdy") zdaniem: „Nie wiem czy grozi nam świat Orwella. Wiem tylko, że idealnego kandydata na stanowisko szefa w kluczowym orwellowskim ministerstwie — w Ministerstwie Prawdy — mamy już".

• Antysemici czepiają się Michnika „względem antykościelność", wypominając mu niewdzięczność. Chodzi o ten wzmiankowany przeze mnie, azylowo-pomocowy dług, który „lewica laicka" zaciągnęła wobec Kościoła w latach 80-ych. Walka różowej (salonowej) lewicy z nomenklaturową (partyjną) lewicą o żłoby i koryta przyszłej Polski stawała się, wzorem wszelkich wojen domowych, bolesna. „Lewica laicka" (opozycyjna), jako dużo słabsza, chroniła się przed kopami i kuksańcami pod skrzydła Kościoła. Nie była to współpraca ideowa vel polityczna (tę wykluczył prymas S. Wyszyński) — była to ze strony Kościoła chrześcijańska opieka i wsparcie materialne represjonowanych (nawet B. Geremkowi i B. Labudzie dał wówczas pracę zakon ojców Jezuitów!). Kiedy wreszcie, dzięki „paktowi z Magdalenki", ogrzana na kościelnym piecu różowa żmija wzięła władzę — zmieniła front. Niedawny opiekun (Kościół) stał się dla niej cię­żarem, gdyż zawsze i wszędzie konkurent do „rządu dusz" jest ciężarem. Zaczęto więc konkurenta flekować, szermując bez skrupułów epitetami: „fundamentalizm religijny", „klerykalizm", „czarna władza", „Kruchta" itp. Bez skrupułów i z genetyczną wprawą, bo masoneria zwalczała Kościół odkąd istniała, a wśród salonowych dygnitarzy było masonów jak psów. Ma­jąc w ręku telewizję i gazetę bezkonkurencyjną pod względem nakładu — dało się skutecznie prowadzić wojnę antykościelną.

Michnik grał w tej bajce o żmiji i piecu główną rolę. Antysemita J. R. Nowak: „Środowiskom Kościoła katolickiego Michnik też «się odwdzięczył». Póki obronny puklerz Kościoła był mu potrzebny, kadził Kościołowi jak mógł i bił się w piersi za swe dawne antykościelne wyzwiska, wołając o potrzebie dialogu. Jak został naczelnym «GW», robił wszystko dla maksymal­nego dyskredytowania Kościoła i wartości chrześcijańskich. Nawet Jarosław Gowin, redaktor naczelny «Znaku», jeden z czołowych przedstawicieli «katolewicy», którego Michnik tylekroć nagłaśniał na tamach «GW», w pewnej chwili nie mógł już dłużej kryć irytacji z powodu ciągłych uszczypliwości «GW» w stosunku do Kościoła. I uznał postępowanie Michnika za «przejaw zepsucia obyczajów i porażki rozumu»".

• Antysemici oskarżają Michnika o brutalny, inwektywowy, lżący, pełen nienawiści język wy­stąpień przeciwko adwersarzom. Sam Michnik ma znowu zupełnie inne zdanie wobec tej kwe­stii: „Adam Michnik wielokrot­nie, w mowie i w piśmie, twier­dził, ze przeraża go język obelg, nienawiści, insynuacji, kłamstwa i pomówień" (T. Bochwic). Przykład: roku 1994, w telewizji, „zionąc miłosierdziem", katechetyzowat: „ — Jeżeli my, dziennikarze, będziemy kłamać i lżyć naszych adwersarzy, to nasi czytelnicy odmówią nam zaufania".

Zaufania pierwsi odmówili mu antysemici. Antysemita L. Kaczyński: „ — Niewielu ludzi ma taki udział w szerzeniu nienawiści w życiu publicznym, jak Adam Michnik. Na pewno zaś nikt nie potrafi łączyć jej krzewienia z zapewnianiem o własnej szlachetności. Michnik przyjmuje postawę chuligana, który napada przechodnia i jednocześnie krzyczy: «Ratunku! Policja! ». Zachowuje się tak w sposób konsekwentny". 

Antysemita R. A. Ziemkiewicz rzekł o Michniku to samo: „Kompletna schi­zofrenia. Można nazywać rywali do władzy «chorymi z nienawiści», krzycząc do kamery, z nabrzmiałymi żyłami i z nabiegłą krwią twarzą. Ten sam publicysta «GW» potrafi w tym samym numerze gazety na jednej stronie potępiać po faryzejsku używanie «pełnego nienawiści języka», a zaraz na drugiej określać twórczość jednego z najwybitniejszych polskich pisarzy mianem «fekaliów»". Tu akurat Ziemkiewicz bronił mnie, lecz byłem w dobrym towarzystwie, bo równe bluzgi co ja dostawało od „GW" kilku innych uprawiających literaturę antysemitów, choć­by Z. Herbert („alkoholik", „potwór Minotaur", „stevensonowski wampir Hyde", „malał w żenujący sposób", itd., itp.) czy J. Mackiewicz. Antysemitka T. Bochwic: „Najlepszym przykładem języka obelg i nienawiści jest wypowiedź Michnika o Józefie Mackiewiczu i o czytelnikach jego książek".

Zasób leksykalny Michnika jest bardzo bogaty — twier­dzą antysemici. Od epitetów prostych („ świnie! ", „faszyści ! ", „neofaszyści! " itd.), do złożonych — dwuwyrazowych („barbarzyńskie schamienie!" itd.), a nawet wyra­finowanych, czyli trójwyrazowych („tępy zoologiczny antykomunizm!"). Wali tak po łbach ludzi żywych i umar­łych, pomników nie wyłączając (marszałka Piłsudskiego nazwał „twórcą faszystowskiej konstytucji, wrogiem postępu"). Antysemita J. R. Nowak: „Zdumiewa wprost, do jakiego stopnia Adam Michnik potrafi dziś twórczo rozwijać pełną jadu i nienawiści stylistykę (...) Przypomnijmy tylko niektóre z rozlicznych michnikowskich wyskoków jadu i nienawiści, w stylu słów «świnie» pod adresem po­litycznych oponentów, «kurwiosum» pod adresem grupy profe­sorów z KUL, «bestiarium» pod adresem telewizyjnego progra­mu z udziałem Parysa, Kaczyńskiego i Macierewicza. Czy epitety Michnika o «młodocianych, głupawych olszewikach», wy­zywanie Waldemara Łysiaka, ataki na Zbigniewa Herberta, napaści na ojca Józefa M. Bocheńskiego, zatrute strzały posyłane pod adresem Ojca Świętego przez Michnika i jego podwładnych, etc., etc.".

Antysemici zacierają ręce, kiedy Michnik pieni się i bluzga na oczach widowni wielomilionowej — „na wizji". To są niezapomniane telewizyjne „reality-shows". 

Antysemici J. M. Jackowski i S. Żaryn („Interpelacje. Kulisy manipulacji"): „Michnik potrafi kopać swoich przeciwników politycznych i ideowych bezwzględnie, z dziką zaciętością. Gdy mu nie staje argumentów, rzuca inwektywy, nieelegancko przerywa, nie odpowiada na pytania, zmienia temat, krzyczy, i wychodzi z niego jakaś zapiekła agresja w stosunku do tych, którzy się z nim nie zgadzają". Ostatnio cała Polska mogła kontemplować te eksplozje michnikowskiej furii dzięki telewizyjnym relacjom z przesłuchań Sejmowej Komisji Śledczej badającej „sprawę Rywina" i dzięki telewizyjnym migawkom z procesu L. Rywina.

• Antysemici wmawiają społeczeństwu, że w „aferze Rywina" Michnik był bardziej „umoczony" od samego bohatera tytułowego, gdyż — co wykazały indagacje rzeczonej Komisji — przez dłuższy czas mataczył cichcem, utrzymując tajne kontakty z kancelarią czerwonego premiera, L. Millera, dla przyklepania sekretnego konszachtu, który dałby koncernowi Michnika, „Agorze", jeszcze większy zasięg medialny — telewizyjny. Podnoszą przy tym, że trefną taśmę magnetofonową, kompromitującą Rywina, Michnik upublicznił dopiero pół roku od czasu jej nagrania, i że tłumaczył to kłamliwie „śledztwem dziennikarskim", gdy w istocie służyła mu ona przez ten czas jako instrument kom­binacji podczas walki o wchłonięcie WSiP (Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne), którą bossowie „Agory" prowadzili, by móc indoktrynować na różowo także dzieci i młodzież ze szkół. Kiedy tę walkę przegrali (bo nie dali im wygrać czerwoni) — rozwścieczony Michnik ujawnił taśmę artykułem „Przychodzi Rywin do Michnika". Antysemici bezzwłocznie sparodiowali rzecz po antysemicku: „Przychodzi Żyd do Żyda", wskazując jako alibi dla tej złośliwości fragment nagranego dialogu: „ — Rozu­miesz, Adaś, to jest koszerny interes...". No i wykorzystali fakt, że publiczne spektakle tyczące „afery Rywina" wzbudziły niechęć rzesz telewidzów wobec świętego guru „Salonu" i wobec „Agory" jako ośmiornicy — poinformowali, że „afera Rywin-Michnik" stworzyła nad Wisłą zupełnie nowe znaczenie ter­minu „agorafobia"'.

Fobia antysemitów wobec „Agory" posiada długą brodę. Już u progu lat 90-ych antysemici krzyczeli, że „Gazeta Wybor­cza" miała być gazetą całej opozycji solidarnościowej, tymczasem Michnik zawłaszczył ją i uczynił z niej wyłącznie tubę różowego „Salonu", wspomagającą UD (później UW), ergo: przeznaczył całe pieniądze, które przyszły z zagranicy dla niekomunistycznych mediów, na prywatną salonową spółkę „Agora". Szczególnie głośno eksponował taką tezę antysemita J. Maziarski, więc Michnik oddał do sądu sprawę przeciwko Maziarskiemu i po wielu rozprawach (ciągnęło się to prawie dwa lata) wygrał proces, gdyż sąd zawyrokował, że „otrzymanie kredytu bankowego nie może być równoznaczne z otrzymaniem pieniędzy" (sic!). Kredyty kredytami (bezpieniężnymi?), lecz antysemitom chodziło o coś mniej kredytowego, raczej darowiznowego — m.in. o pieniądze, które Amerykanie dali (według przewodni­czącego Komisji Polskiej Kongresu Polonii Amerykańskiej, anty­semity W. Wierzewskiego — l milion dolarów) na całą polską „prasę niezależną". Wierzewski: „ — Kto mógł przewidzieć, że te pieniądze trafią akurat w ręce «Gazety Wyborczej»?". Tak czy owak, sąd polski uznał, że wszystko było okey, bo kredyty to nie pieniądze, i szlus! Lecz Amerykanie to mieszkańcy Stanów Zjednoczonych, a tam nie znają się na żartach obejmujących finansowość, rachunkowość i księgowość. Dlatego czołowy pu­blicysta amerykańskiej prasy polonijnej, antysemita A. Jarmakowski, skomentował wyrok konkluzją: „Malarski miał rację, a Michnik łgał w żywe oczy".

Antysemici podtrzymują ów sąd i dzisiaj, głosząc, że mocarstwowość „Agory" została kreowana dorwaniem się do tej forsy, którą Zachód przeznaczył na solidarnościowe media, vulgo: Michnik to złodziej, ukradł cały księżyc. I sugerują, że ma on złodziejstwo we krwi, a jako dowód wskazują nieopatrzne wy­znanie kolegi „Adasia", J. Kuronia, o bibliofilstwie Michnika: „ — Adaś jest książkowym wariatem. Swego czasu wylansował modę na kradzież książek. Kradł, to znaczy brał u kogoś z półki i sobie zabierał". Ten akurat chwyt antysemitów (zoologiczny) nie znalazł w społeczeństwie polskim zrozumienia, bo bibliofilstwo nie jest nad Wisłą uważane za ciężki grzech — każdy Polak wie, że „kradzież chleba i książki nie hańbi". Prócz kradzieży książeczki czekowej.

• Antysemici dywagują, że być może najbardziej zhańbił się Michnik agenturalnością esbecką bądź kagiebowską, czyli łubiankową par excellence. IPN, odtajniając „moskiewskie szyfrogramy", dał antysemitom powód do spekulacji, że Michnik czuł się w Moskwie jak u siebie w domu, z czego rychło zmaj­strowano antysemicki kawał: „Roku 1989 Jaś pyta nauczyciel­kę: « — Proszę pani, czy pan Michnik jest zegarmistrzem?». Nauczycielka: « — Ależ nie, Jasiu, pan Michnik jest politykiem-opozycjonistą. Skąd ci się wziął pomysł, że jest zegarmistrzem? ». Jasio: « — Bo mój tata mówił wczoraj mamie, że pan Michnik jeździ do Moskwy po wskazówki»".

Teraz coś bardziej serio. Niewiele już osób pamięta dzisiaj młodego antykomunistę M. Falzmanna — człowieka, którego śmierć na początku lat 90-ych spowodowała dużo szumu. Był tym inspektorem NIK-u, który wykrył mega-aferę FOZZ, zdobył przerażające dokumenty, rozpoczął nagłaśnianie sprawy i raptownie umarł, rzekomo wskutek zawału, lecz powszechnie mówiono i pisano, że to bardzo dziwna śmierć (przypomniano sobie o tej sprawie, gdy w 2004 IPN ujawnił, że SB namówiła koleżankę działaczki „Solidarności", A.Walentynowicz, do podania jej herbaty ze specyfikiem wywołującym „naturalny" zawał). Żona zmarłego opublikowała wstrząsający tekst pt. „Dlaczego mój mąż musiał umrzeć" (1992). Jest tam m.in. taki wspominek:

Pamiętam, że kiedyś powiedział, iż dojście do władzy grupy Michnika będzie następną tragedią Polski, ponieważ jest to elita promoskiewska. Wybuchła kolejna afera towarzyska. Michał argumentował, że środowisko to najlepiej będzie chroniło inte­resy Moskwy w Polsce. Wskazywał na liczne absurdy sytuacyjne — w jaki sposób represjonowany opozycjonista może w więzieniu pisać książki, mieć dostęp do tekstów źródłowych i jeszcze wydawać je...".

Tym opozycjonistą, o którym mówił antysemita Falzmann, był A. Michnik, zaś sprawa jego szokująco ekskluzywnych (nie jest znany drugi taki przypadek) warunków więziennych — to jedna z kilku przesłanek, jakie każą antysemitom wnioskować, że był konfidentem. Gdy w Czechach i w Niemczech ujawniono tamtejszych współpracowników bezpieki, okazało się, że rutynową metodą stosowaną przez czerwone służby dla uwiarygodniania szpicli pośród dysydentów-opozycjonistów było ciągłe represjono­wanie takiego gościa, i pakowanie go do celi na niezbyt długi czas. W NRD uwiarygodniono tą metodą czołówkę „opozycjonistów" — Böhme'ego, Andersena i innych piesków Stasi, czyniąc z nich antykomunistycznych bohaterów. Metodę wypracowało KGB i nauczyło „służby" wszystkich satelickich państw. W po­czątkach lat 90-ych oficer SB kierujący siatką TW opowiedział dziennikarce o wsadzaniu do więzienia tych, z których MSW ro­biło herosów: „ — Nagłaśnianie nazwisk odbywało się pod nasze dyktando i według schematu: represja, informacja o represji, nagłośnienie (...) To takie dziecinnie łatwe sposoby uwiarygodniania". Antysemici mówią: więc w Polsce działano identycznie jak wszędzie! I wskazują zamienioną na pisarskie studio celę Michnika.

Te spekulacje były często poprzedzone zdziwieniem tzw. bez­brzeżnym. Antysemita L. Antonowicz: „Nie mogłem zrozumieć jak znienawidzony i więziony przez «Czerwonego» działacz jest w stanie pisać wewnątrz celi skierowane przeciw temuż «Czerwonemu» obszerne teksty z licznymi, bardzo długimi i trafnymi cytatami, do których wyboru potrzebna jest cała biblioteka? Jak to się odbywa? Zanim klawisz zerknie w judasz, to sprytny więzień zręcznym ruchem chowa rękopis i bibliotekę pod siennik ? A jeśli robią kipisz, to co ? Łyka to wszystko na czas rewizji? Posiada skrytkę w ścianie? Miałem wątpliwości, i chodziły mi po głowie różne dziwne myśli...". Antysemita W. Łysiak: „Michnikowi zezwalano pisać w pierdlu książki, dostarczano ryzy papieru i biblioteczny «aparat naukowy», choć innym po­litycznym zabierano skrawek ołówka i gazety, by nie napisali kilku zdań. Owe teksty wędrowały z celi do druku". Antysemita S. Murzański ujął to celniej i krócej: „Jedni, jak Adam Michnik, pisali w więzieniu książki, drudzy zbierali na posadzce zęby".

Michnik uznał, że takie sugestie — takie antysemickie „dawanie do zrozumienia" — godne jest tylko wyniosłej ciszy ze strony szkalowanego, nie będzie się zniżał, żadnych ripost. 

Antysemita A. Zybertowicz: „Nigdy nie spotkałem się z wyjaśnieniem przez samego Michnika fenomenu jego więziennej twórczości. I choć rzeczywiście poszlaki nie są dowodami, to dobrze byłoby wątpliwości wyjaśniać". Podobno jednak raz komuś Michnik wyjaśnił — wyjaśnił swą przemyślnością więzienną. Antysemita J. R. Nowak: „O dziwo, z jego celi swobodnie wychodzą na świat kolejne listy, artykuły i książki, podczas gdy inni współwięźniowie nie mogą się doprosić nawet ołówka. Czy wszystko to dzieje się rzeczywiście przypadkowo — dzięki wyjątkowej zręczności Michnika, której nie umiał przeciwdziałać cały per­sonel MSW, jak to przedstawiał sam Michnik ? A może było tak dlatego, ze o wyjątkowym uprzywilejowaniu Michnika w więzieniu decydowały pewne wpływowe kręgi partyjne, te same, które tak zabiegały o poparcie Żydów dla Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (żydowski publicysta, Abel Kainer, pisał w 15 nu­merze podziemnej «Krytyki» z 1983 roku, że «WRON grała rolę wielkiej opiekunki Żydów»)".

W roku 1992 dziennikarka M. Olejnik spytała Michnika o to (wywiad dla „Wprost"): „ — Waldemar Łysiak w swojej książce zasugerował, że był pan agentem. Miał pan lepsze warunki pobytu od innych więźniów. Mógł pan pisać książki, gdy tymczasem innym odbierano najmniejszy strzęp gazety. Czy poda pan Łysiaka do sądu?". Michnik odrzekł: „ — Nie, nie podam go do sądu. Dlatego, że byłoby to zrobienie mu niesłychanej reklamy. Nagle z trzeciorzędnego grafomana, insynuatora, stałby się ważną postacią. Jak chce, niech się stanie, ja mu w tym nie będę pomagał. A co do moich luksusowych warunków w więzieniu — nigdy nie opowiadałem o swojej martyrologii, nie lubię tego, nigdy też nie napisałem żadnych wspomnień z więzienia ani z ośrodka dla internowanych. Nie udzielam też na ten temat wywiadów, chociaż się o to do mnie zwracano. Ale oczywiście można powiedzieć, że miałem lepsze warunki niż Łysiak. Żeby się o tym przekonać, starczy przeczytać jego książki i moje. I porównać".

Myślący spekulatywnie antysemici wymieniają jako drugą wię­zienną przesłankę dla swoich podejrzeń pewne dzieło filmowe, które ukazuje najbardziej dramatyczny moment „martyrologii" A. Michnika. Chociaż on sam nie chciał i nie chce puścić pary z gęby na temat „swojej martyrologii", ale od czego są przyjaciele? — zrobił to za niego bliski przyjaciel, generał Cz. Kiszczak. Tak, ten sam, który „Adasia" uwięził. Wystąpili razem (1993) w programie telewizyjnym „Portret". Chodziło o zbio­rowy portret dwóch serdecznych kolegów, lecz głównie

o portret bohatera walki narodowowyzwoleńczej. W trakcie programu puszczono film „dokumentalny", ukazujący wstrząsającą scenę więzienną: jakiś ciemny loch (aczkolwiek rozświetlony reflektorami na stojakach, bo inaczej nie można byłoby kręcić filmu), kilku oprawców szamocze się z wściekle walczącym Michnikiem, próbują wykręcić mu ręce i powalić, ten się miota niczym dzik opadnięty przez sforę zajadłych psów, mordercza wal­ka, bitewny kłąb, trzeszczą kości, duuuże wrażenie! Film przekazał telewizji generał Kiszczak — jako dowód, że jego katowany w lochu przyjaciel (którego on sam wpakował do tiurmy) był prawdziwym bohaterem lochu, znaczy podziemia.

Antysemitami ten film nie wstrząsnął, albowiem uznali, że na­stąpiła tu pomyłka w rozróżnianiu filmowych gatunków — mylenie farsy z „thrillerem". I zaczęli stawiać nieeleganckie (niesalonowe) pytania o twórców (o reżysera tudzież o autora scenariusza), dzięki którym bohater filmu wypada jak prawdziwy bohater. 

Anonimowy antysemita M. W. pisał wówczas w „Nowym Świecie" (tytuł: „Z życia... bohaterów"): „16 stycznia telewizja nadała program z panem Adamem Michnikiem, program ilustrowany migawką filmową ze sceną turbowania go przez służbę więzienną (...) To robi wrażenie. Ale kiedy się już ochłonie, nasuwają się pytania: skąd ten film? Czy był w więzieniach zwyczaj filmowania scen maltretowania więźniów? Czy były to praktyki rutynowe, czy wyjątkowe? Kiedy je stosowano i dlaczego? Sprawa o tyle istotna, że może moglibyśmy zobaczyć więcej takich filmów (...) Jeszcze jedno pytanie: dlaczego tamto kierownictwo MSW, tak skrupulatnie niszczące różne trefne dokumenty ze swej działalności — oszczędziło właśnie ten film ? Może na to pytanie mógłby udzielić odpowiedzi gość programu, gen. Kiszczak, który tak wzruszająco mówił o bohaterze programu?". Rzeczywiście, mówił wzruszająco. Antysemitka Z. Jaszcza: „Kiszczak w nadanym ostatnio przez TVP programie tak mu [Michnikowi — W. Ł.] kadził, tak kadził, że ciarki szły po plecach...". Jeszcze większe ciarki szły antysemitom po plecach, gdy równocześnie Michnik kadził Kiszczakowi jako wspaniałemu facetowi, „człowiekowi honoru", itp. Antysemita K. Brodacki skomentował te filmowe wzruszenia, to picie sobie przed kamerami z dzióbków, oraz tę bratnią zażyłość „kata i ofiary", parafrazując Majakowskiego:

„Mówimy «Michnik», a w domyśle — «Kiszczak»,

mówimy «Kiszczak», a w domyśle — «Michnik».

Tego samego roku antysemitka E. Barańska-Jamrozik wyłożyła to samo okładkowym projektem graficznym dla zbioru felieto­nów R. Legutki „Nie lubię tolerancji": z lewej Kiszczak dźwiga na plecach Michnika (faza PRL-u), z prawej Michnik dźwiga na plecach Kiszczaka (faza III RP).

Siedem lat później (2001) „Gazeta Wyborcza" opublikowała wielokolumnowy dialog między Michnikiem a Kiszczakiem, reinterpretujący najnowszą historię Polski. Czytelnicy dowiedzieli się, że zerwanie półwiecznych pęt komunizmu zawdzięczają dwóm spiskowcom, duetowi K.—M. Resort Kiszczaka mordował patriotów, księży nie oszczędzając, ale wszechwładny szef resortu parł do wyzwolenia narodu spod pięści resortu, zaś Michnik to rozumiał i doceniał. Dlatego szef „GW" będzie bronił generała „jak niepodległości" (sic!), bo to przyzwoity człowiek. Kiszczak zaś dał dowód, że jest przyzwoitym człowiekiem, mówiąc, iż kazał wstawiać więźniom politycznym telewizory do cel, ale „klawisze" sabotowali ten rozkaz. Pewna prawicowa gazeta skomentowała to chęcią przeczytania teraz wywiadu z Himmlerem, który się skarży, iż kazał wstawiać telewizory do baraków Auschwitzu, jednak nieposłuszni „kapo" zignorowali rozkaz i nie wstawili. Lecz odbiegliśmy od wątku filmowego, wróćmy więc tam:

Michnik, swoim zwyczajem, znowu nie odpowiedział na antysemickie sugestie tyczące filmu, a zwłaszcza na pytanie: dlacze­go bezpieka nikomu innemu spośród tylu więźniów nie wykonała podobnego filmu? Lub: jeśli wykonała, to czemu żaden inny tego rodzaju „thriller" nigdy nie został wyemitowany? Udzielając wtedy wywiadu czerwonej „Trybunie" (1993) Michnik rzekł, iż należy do osobników, którzy „przebierają się w różne stroje", ale o stroju filmowym nie wspomniał.

Antysemici, sugerując po antysemicku, że Michnik przebrał się w strój cichego kolaboranta bezpieki, nie tworzyli formacji solidarnej. Wyłamał się antysemita R. A. Ziemkiewicz, pisząc (1994): „Każdy, kto udeckiego guru nazywa agentem, niepotrzebnie i niezasłużenie go dowartościowuje. Michnik był tylko, jak to zwał Lenin, «pożytecznym idiotą», miotanym jakimiś zapiekłymi kompleksami i urazami, urabiającym milionową rzeszę udeckich potakiwaczy podług swych neurotycznych odlotów. Jeśli go czymś kupiono, to daniem mu możliwości nadymania się do woli, daniem mu mesjanistycznego poczucia, że prowadzi masy ku rajowi tolerancji. Zdaje się, że to wystarczyło, by się pan Michnik swym mesjanizmem upił do nieprzytomności, tak, że nawet nie zauważył, iż mu ktoś włożył kijek w d... i kręci nim jak kukiełką. To by miał być agent? Kpiny. To pajac. Szmaciany pajacyk na patyku, nic więcej. Kto by na jego werbowanie marnował pieniądze? ".

„Jeśli go czymś kupiono" — rzekł Ziemkiewicz. Abstrahując od tego czym — przekonanie, że jednak czymś „kupiono", wyrazili roku 1995 również antysemici proletariaccy. Michnik przyjechał wówczas na Śląsk, by zeznawać jako świadek w procesie Kiszczaka oskarżonego o współsprawstwo mordu, którego ZOMO dokonało na dziewięciu górnikach kopalni „Wujek". Widząc jak czule ci dwaj się witają, górnicy nie wstrzymali gniewu, powiedzieli Michnikowi wprost: „ — Mamy prawo sądzić, iż jest pan kupiony!". A że wcześniej już pewien major SB, charakteryzowany przez swe ofiary jako szczególnie bestialski oprawca, pu­blicznie się wyraził o Michniku: „ — Cóż za wspaniały, mądry człowiek!" — komitety strajkowe Związku „Solidarność" zaczęły wywieszać transparenty brzmiące tak: „«Psom» [czyli esbekom — W. Ł.] ; i dziennikarzom «Gazety Wyborczej» wstęp wzbroniony!". Notabene: przyszłych historyków-antysemitów winna zainteresować ciekawostka, o której się dziś w Polsce milczy — „dziwna" prawidłowość „klasowa" tycząca tortur. SB torturowała nie gorzej niż Gestapo i NKWD — strasznie! Jeden z katów esbeckich, Z. Kmietko (później, za III Rzeczypospolitej, szanowany biznesmen), opowiedział dziennikarzowi jak w latach 80-ych, w katowniach SB, bito prawdziwych opozycjonistów. Bito tak, że słychać było „już nie krzyk człowieka, ale wycie zarzynanego zwierzęcia". I spytał retorycznie: „ — Widział pan kiedyś osobę bitą po stopach?...". Ciekawostka, o której wspomniałem, to fakt, że katowano tak (i zabijano) wyłącznie plebs miejski i wiejski, proletariuszy, czyli należących do opozycji robotników bądź chłopów — nigdy inteligentów (nie licząc zabitych antykomunistycznych księży — to była osobna kategoria do odstrzału). Nie jest znany ani jeden przypadek maltretowania dysydenta-inteligenta, członka „Salonu" różowego!

Kolejna poszlakowa przesłanka, która prowokuje wymierzone w Michnika spekulacje antysemitów, to jego ekstremalna wrogość wobec czegoś, czego dokonały, gwoli oczyszczenia życia publicznego, wszystkie (za wyjątkiem Polski) dawne KDL-e — wobec tzw. lustracji, czyli demaskacji prominentnych agentów bezpieki komunistycznej. „Gazeta Wyborcza" piętnaście lat temu rozpętała wściekłą propagandę kontrlustracyjną i trzyma ten kurs do dzisiaj, nie dając się wyprzedzić nikomu między Bałtykiem a Tatrami w deza­wuowaniu „polowań na czarownice". Wszyscy zwolennicy lustracji zwani są więc przez różowy „Salon" nikczemnikami, inkwizytorami, jaskiniowcami, oszołomami, etc. Tymczasem antysemici przypominają, że pierwszej „lustracji" dokonała osławiona, działająca zupełnie bezprawnie, tzw. „Komisja Michnika" (1990). Michnik i trzej jego salonowi „podwładni" weszli sobie, tak po prostu, do archiwów MSW, i buszowali tam przez dwa i pół miesiąca bez żadnej kontroli! Kto ich wpuścił? Delegat „Salonu", K. Kozłowski, minister MSW za rządów innego salonowego kumpla, premiera T. Mazowieckiego. Po co? Żeby sobie „Adaś" poszperał w „teczkach" według woli własnej. 

Oddaję głos fachowcowi, byłemu pracownikowi UOP-u, antysemicie M. Greckiemu, autorowi pracy „Konfidenci są wśród nas...":

Tak zwana «Komisja Michnika» działała na terenie MSW mając dostęp do najtajniejszych materiałów w okresie od 12 kwietnia do 27 czerwca 1990 roku (...) W jej skład weszli: Andrzej Ajnenkiel, Jerzy Holzer, Adam Michnik i Bogdan Kroll. Jeden z nich figurował w kartotekach jako TW. Jedynym materiałem, który po sobie pozostawiła «Komisja», jest liczące dwie strony sprawozdanie wraz z enigmatycznym spisem materiałów archiwalnych i wnioskiem o przekwalifikowanie kategorii dokumentów z tej wyrywkowej listy. Nie wiadomo do jakich dokumentów członkowie «Komisji» mieli dostęp. Nie wiadomo, czy z tych materiałów nie zostały sporządzone kopie bądź odpisy, nie wiadomo wreszcie, gdzie takowe — jeśli istnieją — są przechowywane. Wiadomo, że jej członkowie mieli dostęp do akt współ­pracowników UB i SB. Nie wiadomo w jaki sposób pracowała «Komisja», nie istnieją żadne dokumenty, które mogłyby wskazać, z jakich obszarów archiwum MSW korzystali jej członko­wie. «Komisja» miała zapewne wgląd do wszystkich dokumen­tów, o jakie jej członkowie prosili — mówili pracownicy Biura Ewidencji i Archiwum UOP. Na pewno mieli też dostęp do ma­teriałów operacyjnych, wszystkich opatrzonych klauzulą «tajne specjalnego znaczenia». Nie ma jednak żadnej podstawy prawnej działania «Komisji». Korzystanie z dokumentów odbywało się poza wszelkimi procedurami obowiązującymi w MSW".

Owo kilkumiesięczne „korzystanie z dokumentów" przez Michnika uskrzydla spekulatywność poszlakową antysemitów trójtorowo. Primo: czy piewca tolerancji był tolerancyjny dla dokumentów z „teczki" własnej? Secundo: czy w ogóle zaglądał do własnej, którą jego przyjaciel, Kiszczak, mógł po przyjacielsku już wcześniej wyczyścić? Tertio: ile „haków" na przeciwników znalazł w cudzych „teczkach”?  Ja bym dołożył jeszcze quarto: ile rozczarowań przeżył samowolny „lustrator" wertując „teczkę" śmiertelnego wroga swojego i esbecji nie zawierającą „haków”?  Taka absencja kijów rodzi bezradność „lustratora" — można wroga opluwać epitetami rodzaju literackiego (grafoman bądź plagiator), ale nie można trzymać go za jaja, wymuszając prosalonową kolaborację bądź milczącą uległość. Kłopot, psiakrew!

Największy lustracyjny kłopot Michnika to pewna lista „tajnych współpracowników" bezpieki. Były wiceprzewodniczący NSZZ „Solidarność", antysemita A. Gwiazda, opowiedział o niej w 2002 roku australijskiemu „Tygodnikowi Polskiemu". Wywiad ten (wieloodcinkowy) zawiera mnóstwo negliżujących świętego guru smaczków, choćby relacjonowane przez Gwiazdę wyznania robotników o tym, jak „Michnik namawiał ich w zakładzie do porozumiewania się z Sowietami ponad głową PZPR". I tu Gwiazda kontynuuje: „ — No, ale było to już wtedy, kiedy nie mieliśmy wątpliwości, że Michnik przeszedł na stronę wroga (...) Jak wiemy z analiz dokonanych przez byłego ministra Spraw Wewnętrznych, Antoniego Macierewicza, Michnik był współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa od 1968 roku (...) Na pierwszym Zjeździe Neo-«Solidarności» krążyła wśród uczestników lista agentów SB z byłego KOR-u, na której był Michnik, obok zresztą wielu innych prominentnych nazwisk. Podobną listę opublikowało pismo «Poza Układem »". Widziałem tę listę. Przy nazwisku Michnika figuruje tam dopisek: „Kolaboracja z SB od 1968 r. «Nie za ostro, dostaniesz czasem w mor­dę, ale wam się to opłaci» — cytat z archiwizowanej rozmowy werbunkowej". Lista owa może być, rzecz jasna, antysemicką fałszywką. Ale nawet gdyby nią nie była — „gdyby okazało się, że słuszne są nawet najbardziej ponure podejrzenia wobec Adama Michnika" (A. Zybertowicz, „W uścisku tajnych stużb") — to i tak trudno byłoby zaprzeczyć, że antysemityzm jest dużo gorszy od antylustracjonizmu i od życia salonowego.

• Antysemici są wreszcie tak perfidni, że zarzucają Michnikowi krzewienie w Polsce antysemityzmu, twierdząc, iż wielki żydowski pisarz-noblista, antysemita J. B. Singer, myślał o Michniku, kiedy mówił w noweli „Mentor": „Żyd współczesny nie może żyć bez antysemityzmu. Jeśli antysemityzm gdzieś nie istnieje — on go stworzy". Naczelny mentor polskiej inteligencji salonowej, istotnie, niczym naczelny rabin wojującego semityzmu, bez przerwy znajduje w kraju pokarm dla swych obsesji. Antysemitami są wszyscy przeciwnicy, żywi i umarli, powstańców warszawskich nie wyłączając. Roku 1993 Michnik napisał, że „składnikiem polskiego dziedzictwa" jest m.in. „podłość antysemitów"', jaką przejawiali również niektórzy „bohaterowie antyhitlerowskiego podziemia". Co zatkało antysemitów (zwłaszcza akowców), i to dosłownie, dzięki czemu nie było protestów medialnych. 

Antysemita J. R. Nowak dziwił się temu:

„Zdumiewające, że nikt w całej prasie polskiej nie postawił wówczas Michnikowi pytania: na czym oparł swoje obrzydliwe pomówienie? Dlaczego nie zażądano, by wymienił choć jedno nazwisko bohatera antyhitlerowskiego podziemia, który byłby jakoby «podłym antysemitą»! Bo tak przyparty do muru Michnik mógłby tylko przepraszać za haniebne pomówienia, tak jak to musiał zrobić w przypadku fałszywie oskarżonych przez nie­go działaczy «Mazowsza ». Bo mógłby najwyżej powołać się na fałsze stalinowskiej kuźni kłamstw, którymi obsypywano skazanych na śmierć bohaterów AK, takich jak generał «Nil»-Fieldorf. Prawda o czasach wojny mówi, ze właśnie AK robiła co tylko było możliwe dla ratowania Żydów (słynna zainicjowana przez nią Akcja «Żegota»), i że dowództwo AK wprowadziło wyrok śmierci na wszelkie przejawy donosicielstwa na Żydów, tzw. szmalcownictwa".

Wedtug antysemitów główną krzewicielką rzekomego polskie­go antysemityzmu stała się główna medialna tuba różowego „Salonu". Każda okazja jest dobra. Jakieś prymitywne bydlę spaskudziło mur antyżydowskim graffiti, i już „Gazeta Wyborcza" krzyczy: antysemityzm szaleje w Polsce!, ani się zająknąwszy, że sto razy częściej bezczeszczone są w Polsce nagrobki chrześcijańskie (przez nygusów, których właśnie „GW" uczy „antyklerykalizmu" i luzackiego stylu życia typu „róbta co chceta"). Troglodyci kupują rasistowskie pisemka maniaka L. Bubla, i już wrzask, że „literatura antysemicka" ma u nas powodzenie. Skini lgną do psychopaty B. Tejkowskiego, i już Michnik ma dowód, że naród polski to naród urodzonych faszystów. Tymczasem nikt bardziej nie nagłośnił Tejkowskiego (notabene: ubeka i Żyda z pochodzenia, podobnie jak jego rosyjski odpowiednik, W. Żyrynowski) niż „Gazeta Wyborcza", która opublikowała z nim dwukolumnową pogawędkę. Opublikowała roku 1991. Chyba nie za to A. Michnik był honorowany tego samego roku w Nowym Jorku jako „Żyd roku 1991"? Raczej za inne metody krzewienia antysemityzmu w Polsce. Znowu antysemita J. R. Nowak: „Z perspektywy lat coraz bardziej widoczna będzie rola Adama Michnika jako tego, który zrobił niebywale wiele dla sprowokowania antyżydowskości w Polsce przez swój fanatyzm i jawne prowokacje, czy haniebne ataki na polską historię (w stylu ataku Cichego na Powstanie Warszawskie). Nikt bardziej niż Michnik nie przyczynił się do utrudnienia autentycznego dialogu polsko-żydowskiego; on sam jest jego widocz­nym przeciwstawieniem".

Jak to zwykle bywa u „świnksów" — przepraszam: u sfinksów — wszystko u Michnika jest tajemnicą. I jego moskiewskie pertraktacje 1988-1989, i przyczyny jego komfortowego (literackiego) męczeństwa więziennego, i wiele innych fragmentów życiorysu, z których on nie chce się nikomu opowiadać. Wśród tych tajemnic jest również zagadka jego moralnego relatywizmu względem antysemityzmu. Nienawidzący antysemitów guru lubi wysokiego aparatczyka PZPR, S. Cioska, który u schyłku lat 80-ych narzekał: „Zauważa się tworzenie swoistego lobby ży­dowskiego". Gardzący antysemitami rycerz ściska się i biesiaduje z generałem W. Jaruzelskim, naczelnym „aryzatorem" LWP, który w 1986 roku ubolewał: „Niedawno ksiądz Jankowski zaprosił Michnika do św. Brygidy i ten Żyd zawładnął całym kościołem, wydawało się, że przystąpi do ołtarza i będzie celebrował mszę!". Prawdziwi antyse