Waldemar Łysiak
|
|
|
![]()
Ciąg dalszy ...
3.
Postępowy katolik B.
Geremek był za młodu stalinistą-mediewistą, a T. Mazowiecki stalinistą-katolikiem.
Czyli „katolikiem postępowym". I takim „katolikiem"
— „postępowym" — nigdy być nie przestał. Komunizm
wytworzył czerwoną „nowomowę" (której poświęcono
już całe rozprawy), a obejmowała ona również kłamliwą grypserę
haseł propagandowych, swoisty kod, gdzie treść propagandowego sformułowania
była odwrotnością stanu faktycznego, zaprzeczeniem rzeczywistości.
Termin „demokracja ludowa" w istocie oznaczał system
totalitaryzmu. „Dyktatura proletariatu"—
dyktaturę aparatu partii komunistycznej. „Siły
pokoju"— lewackie środowiska opiniotwórcze, wspierające
powojenną agresywność struktur militarnych Związku Sowieckiego. „Radziecka
myśl techniczna " — kradzież rozwiązań technicznych
Zachodu (od żarówki, fotokamery czy konstrukcji samochodowych, po
budowę broni atomowej). „Ruchy narodowowyzwoleńcze"—
bandyckie ugrupowania komunistyczne, destabilizujące krwawym terrorem
dużo państw. „Niezależne dziennikarstwo" —
dziennikarstwo agenturalne, wspierające komunizm. „Dążenia
postępowej ludzkości" — próby narzucenia całemu światu
doktryny i praktyki komunistycznej. Itd., itp. PRL miała
w tej mierze własne, czyli regionalne osiągnięcia (własne
terminologiczne wynalazki) — także wobec Kościoła. „Księżmi-patriotami"
reżim pezetpeerowski zwał tych księży katolickich, których udało się
zmusić lub nakłonić do kolaboracji proreżimowej. Zaś tych katolików,
którzy współpracowali z reżimem, zwano „katolikami postępowymi".
Czyli komunizującymi. Już w XIX wieku znakomity ówczesny politolog,
markiz A. de Custine, twierdził (całkowicie słusznie), że ci, którzy
zgadzają się na „katolicyzm liberalny" (tak wtedy
zwano „postępową" dywersję wewnątrzkościelną)
— zdradzają katolicyzm. Działalność „postępowych
katolików" w dobie PRL-u była zdradą katolicyzmu. Gdy A.
D. 1953 reżim rozpętał dziką kampanię antykościelną, i aresztowano
pod zarzutem „dywersyjnej działalności" pewną liczbę
księży, w tym kieleckiego biskupa, Cz. Kaczmarka — jeden z czołowych
„katolików postępowych", znany dziennikarz, gorąco
wspierał brutalną akcję reżimu swoim piórem, piętnując kler, a co i
rusz używał przy tym terminu „postęp": „Nastawienie
wrogie wobec postępu społecznego "', „ Wychowanie nacechowane
wrogością wobec postępu społecznego"; „Działalność wroga
wobec interesu narodowego i postępu społecznego w Polsce Ludowej",
etc. Tym „postępowcem" był T. Mazowiecki. Wiedział,
jak wiedziała cała Polska, że biskupa Kaczmarka (tudzież współoskarżonych)
ciężko torturowano, i że zarzut działalności szpiegowskiej oraz
dywersyjnej dla „amerykańskiego imperializmu" to
wredny kłam bolszewicki, i że proces przeciwko „klerowi"
jest farsą sądową a la procesy sowieckie (biskup został skazany na 12
lat!), lecz pióro mu nie drgnęło, gdy pełen „postępowego"
zaangażowania pisał: „ We
wtorek 22 września bieżącego roku Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie
ogłosił wyrok w sprawie ks. biskupa Kaczmarka oraz ks. J. Danilewicza,
ks. Wł. Widłaka, ks. J. Dąbrowskiego i siostry W. Niklewskiej —
oskarżonych o zorganizowanie ośrodka prowadzącego działalność
dywersyjną, wymierzoną przeciwko państwu ludowemu, działalność godzącą
w najżywotniejsze interesy naszego narodu (...) Na rozprawie sądowej
zanalizowana została przestępcza działalność oskarżonych, jak i jej
skutki (...) Atmosfera środowiska społecznego rozniecająca lub choćby
tylko podtrzymująca bezwzględną wrogość wobec osiągnięć społecznych
Polski Ludowej, wpływy polityczne przychodzące z zewnątrz i wyrosła
na tym wszystkim błędna postawa polityczna ks. biskupa Kaczmarka, która
doprowadziła go do kolizji z prawem — oto sumarycznie ujęte
przyczyny działalności przestępczej oskarżonych. Doprowadziły one
do czynów skierowanych przeciwko interesom własnego narodu (...) Doprowadziły
w szczególności nie tylko do postawy przeciwnej nowej rzeczywistości
naszego kraju, nie tylko do podrywania zaufania w trwałość władzy
ludowej i nowych stosunków społecznych w Polsce — ale i do uwikłania
się we współpracę z ośrodkami wywiadu amerykańskiego, które pragnęły
posługiwać się przedstawicielami duchowieństwa jako narzędziem realizacji
swych wrogich Polsce planów (...) Z tego stanowiska wynikało wiązanie
się z imperialistyczną i nastawioną na wojnę polityką Stanów
Zjednoczonych (...) Przedstawiając się jako obrońca cywilizacji chrześcijańskiej,
imperializm amerykański dokonuje nadużycia, pragnąc oszukać katolików
w krajach demokracji ludowej, w szczególności w Polsce, że nowa
wojna, wojna dokonywana przy pomocy neo-hitlerowskiego Wehrmachtu, ma
pozostawać w zgodzie z dobrem Kościoła (...) Dlatego więc nie tylko
bolejemy, ale i odcinamy się od błędnych poglądów ks. biskupa
Kaczmarka, które doprowadziły go do akcji dywersyjnej wobec Polski
Ludowej (...) Wierzymy bowiem najgłębiej,
iż przyszłość należy do ustroju społecznego, w którym żyjemy". Cały
ten proreżimowy bełkot brzmi dzisiaj zabawnie (wtedy miał wymowę
tragiczną), ale szczególnie komiczny jest tam passus piętnujący
uleganie „wpływom politycznym pochodzącym z zewnątrz",
gdy rządzący wówczas Polską renegaci nie śmieli nawet pierdnąć bez
rozkazu lub zgody Kremla. T. Mazowiecki ulegał tylko wpływom pochodzącym
z wewnątrz — nie śmiał palcem kiwnąć bez rozkazu lub zezwolenia
Wydziału Kultury KC PZPR. Dlatego aprobował represje antykościelne 1953
roku (tzw. „sprawa Kaczmarka" nie była jedyną; tego
samego roku proces księży krakowskich dał trzy wyroki śmierci, a
polscy intelektualiści — Mrożek, Szymborska etc., więcej niż pół
setki literatów — specjalną „rezolucją" piętnowali
skazanych jako „zdrajców ojczyzny, amerykańskich dywersantów
i szpiegów, powiązanych z Krakowską Kurią Metropolitalną").
I dlatego też w konflikcie między kardynałem Wyszyńskim a bezpieką
wziął stronę reżimu. Gnojenie biskupa Kaczmarka było bowiem pokazówką
treningową, ćwiczeniem do większej akcji — do aresztowania
prymasa Polski, kardynała S. Wyszyńskiego. Nastąpiło ono momentalnie,
trzy dni po skazaniu biskupa, i prymas był przez kilka lat więziony. „Sprawa
Kaczmarka" pokazała władzom, że służebne media umieją robić
dla antykościelnych represji właściwy klimat. W. Lenkiewicz: „W
ramach kampanii przygotowującej aresztowanie Prymasa Polski (sprawa
biskupa kieleckiego, Czesława Kaczmarka), właśnie Tadeusz Mazowiecki
odgrywał czołową rolę w zakłamywaniu i zniewalaniu polskiej opinii
publicznej". Wymyśliłem
(dawno temu) i puściłem w obieg (zrobiło karierę) powiedzonko: „something
pojebałoś'" (coś się pochrzaniło, coś się pomyliło, coś
się poplątało — dosłownie: coś się popier....ło). Świetnie
ono pasuje do antykościelnej postawy „katolika postępowego"
T. Mazowieckiego. Jemu właśnie „something pojebałoś'"
— utożsamił cele katolicyzmu z celami bolszewizmu (tak jak
zresztą wielu innych; żeby wymienić tylko pisarza J. Dobraczyńskiego,
czy działacza B. Piaseckiego, sterowanego przez enkawudystę I. A.
Sierowa, późniejszego szefa GRU). A to nie był dobry pomysł. T.
Mazowiecki miał wówczas dużo kiepskich pomysłów. Jednym z nich było
znalezienie się w paczce stalinowskich agitatorów, którzy wysmażyli
probolszewicką książkę „Wróg pozostał ten sam"
(1952). Wroga wyznaczał towarzysz Bierut, i oni robili co trzeba. Dzięki
temu zyskiwali duże pensje, honoraria, nagrody i popularność.
Nieliczni, którzy odmawiali (exemplum poeta Z. Herbert), mieli ciężkie
życie i ledwie wiązali koniec z końcem, wegetując (czasami głodując).
Ekonomista i pisarz, przyjaciel Herberta, W. Kieżun, powiedział o
Herbercie: „ — To był uczciwy człowiek. Ci uznani za
wielkich pisali stalinowskie panegiryki, choćby Szymborska. Przecież nie
działali pod przymusem. Oportunizm i zaprzaństwo — nie wiem skąd
się takie odrażające cechy charakteru biorą. Wszyscy oni ulegli zniewoleniu".
Potwierdził to „Kisiel", mówiąc o Mazowieckim: „Typowo
«zniewolony umysł», mózg wkolejony na jeden tor absurdalnie
jałowy i odcięty od wszystkiego, co się dzieje wokół". Wokół
działa się „budowa socjalizmu" gnębiąca społeczeństwo,
lecz apologetyzowana przez „uznanych za wielkich", których
„ wkolejono na jeden tor". Apologetyzacja obejmowała
tak skrajne formy „nowomownego" bełkotu, że nawet w
encyklopediach pojawiło się hasło „OGÓLNY KRYZYS
KAPITALIZMU", mówiące, iż „kapitalizm cechuje
stopniowe zmniejszanie się zasięgu systemu kapitalistycznego"
(1965). Oczywiście — na rzecz „socjalistycznego"'.
Kto to rozumiał — ten wygrywał. T. Mazowiecki rozumiał. „Kisiel":
„Mazowiecki zawsze wierzgał, jak przeciwko socjalizmowi coś się mówiło". W latach
60-ych i na początku 70-ych T. Mazowiecki był posłem, dzięki czemu mógł
reklamować „socjalizm" nie tylko piórem, ale i z mównicy
sejmowej. Deklarował wówczas gorąco swoje przywiązanie do „kierowniczej
roli PZPR", swoje przekonanie co do „trwałego związku
naszego społeczeństwa z socjalistycznymi formami ustroju", i
swoją obietnicę, że „nie stawia na erozję socjalizmu".
Słowem: wyrażał wiarę w przyszłość, o której członek KC PZPR, M.
Rakowski, mówił: „ — Warunkiem wszelkiego skutecznego
wychowania jest zdolność wzbudzenia w każdym kolejnym pokoleniu wiary
w przyszłość, zaszczepienie przekonania, ze znamy drogę ku przyszłości
i że będzie ona lepsza niż teraźniejszość". Wielki
francuski pisarz, A. de Saint-Exupery, odpowiedział na taki bełkot dawno
temu: „A jeśli
twierdzę, że poświęcam swoje pokolenie dla szczęścia pokoleń przyszłych
— poświęcam ludzi. Nie tych czy innych, lecz wszystkich. Zamykam
ich po prostu w ich nieszczęściu. Cała reszta to słowa puste jak
wiatr". Pytanie:
co robił Mazowiecki, gdy A. D. 1968 partia wszczęła nagonkę przeciwko
Żydom? Posłował i wyrażał swoje uznanie dla „kierowniczej
roli PZPR". 22 lipca 1969 (był to czas, kiedy z Polski uciekała
masa Żydów) partia przywiesza Mazowieckiemu Krzyż Oficerski Orderu
Odrodzenia Polski (nagrodzono wtedy orderami także B. Piaseckiego, J.
Turowicza, S. Stommę, obu Morawskich i in.). „Kisiel"',
komentując ów fakt, zauważył, że kryterium przyznawania było proste:
„stopniowanie wazeliny, czyli lizusostwa". Mimo to (a może
właśnie dlatego), gdy później A. Michnik zacznie szukać kontaktu z „postępowymi"
kręgami okołokościelnymi, by stworzyć salonowy sojusz między „lewicą
laicką" a lewicą katolicką (tzw. „katolewicą" )
— wybierze grupę Turowicza i Mazowieckiego, czyli właśnie „postępowych
katolików". „Postępowi
katolicy" zrzeszali się już (lub byli zrzeszani) za stalinizmu,
czego dowodem Stowarzyszenie PAX (Mazowiecki był członkiem PAX-u w
latach 1946-1955). Gdy tylko aresztowano prymasa Wyszyńskiego (wrzesień
1953) — J. Dobraczyński i T. Mazowiecki zostali etatowymi członkami
(październik 1953) Komisji Duchownych i Świeckich Działaczy Katolickich
przy Ogólnopolskim Komitecie Frontu Narodowego. W 1956 powstał OGPIK
— Ogólnopolski Klub Postępowej Inteligencji Katolickiej. Rok później
podzielił się on na pięć KIK-ów — Klubów Inteligencji
Katolickiej (Warszawa, Kraków, Toruń, Poznań i Wrocław). Mazowiecki
współzakładał warszawski KIK (i został tam prominentem). Ów „koncesjonowany"
twór stał się znaczącą siłą środowiskową, choć jego przekaz
intelektualny był płaski jak biust kulturystki; środowisko to zyskało
potęgę opiniotwórczą dopiero wówczas, gdy dzięki przymierzu ze środowiskiem
KOR-u weszło w skład nowego „Salonu", który po dziś
dzień kręci Rzecząpospolitą. Z władzą partyjną „pan
Tadeusz" dalej miał dobre stosunki. W. Lenkiewicz: „W
sierpniu 1980 roku i w lipcu 1988 roku, tak jak w grudniu 1970 roku.
Mazowiecki delegowany był do Gdańska jako osoba ciesząca się pełnym
zaufaniem władz sowieckiego w Polsce namiestnictwa". Sierpień
1989 — Mazowiecki zostaje „naszym premierem", pierwszym
szefem rządu III Rzeczypospolitej. Na dzień dobry zarządził „grubą
kreskę" („... odkreślenie przeszłości grubą kreską"),
by skasować całą swoją niechlubną przeszłość i takąż przeszłość
wszystkich „umoczeńców", jak również wszystkich
konfidentów (TW) tudzież „prowadzących" ich esbeków,
oraz wszystkich komunistów. G. Herling-Grudziński nazwał to „Zamazaniem
" („ Tadeusz Mazowiecki odkreślił przeszłość, uniemożliwił
konieczną lustrację i dekomunizację, przyczynił się do upragnionego
przez komunistów Zamazania"). Musiał — taki „numer"
był w sekretnym cyrografie „okrągłego stołu" warunkiem
sine qua non. Prof. A. Nowak mówi: „ — «Gruba kreska»
Tadeusza Mazowieckiego oznaczała pełną zgodę na funkcjonowanie
peerelowskiej agentury w życiu publicznym III RP, bez jakiejkolwiek możliwości
jej wyeliminowania". Pierwszym strzegącym tego wymogu szefem
MSW III RP został eks-wódz agentur peerelowskich, gen. Kiszczak, a
jego zastępcą (wiceministrem) kumpel Mazowieckiego, K. Kozłowski (późniejszy
minister MSW, po ustąpieniu Kiszczaka), prominentny członek „Salonu".
Od strony medialnej, jako szef TVP, interesu pilnował drugi kolega „pana
Tadeusza", też gwiazdor „Salonu", notoryczny
lewak A. Drawicz („... niestety, człowiek agenturalnie uwikłany",
jak zaświadcza red. naczelny „Arcanów", cytowany
już prof. A. Nowak), gdy w prasie karty opiniotwórcze rozdawał salonowy
sojusz — „Tygodnik Powszechny" ze strony „postępowych
katolików" i „Gazeta Wyborcza" ze strony „lewicy
laickiej" (A. Nowak: „ — «Tygodnik
Powszechny » i «Gazeta Wyborcza», medialny tandem, którego
rolę w procesie «amputacji» świadomości historycznej Polaków
trudno wprost przecenić"). „Amputacja
świadomości historycznej Polaków" przez katolika to rzecz
szczególnie obrzydliwa jeśli się zważy, że najgłośniejszych mordów
lat 80-ych bezpieka Kiszczaka dokonała na księżach (Popiełuszko,
Niedzielak, Zych, Suchowolec i kilku innych). Niekochany przez
Mazowieckiego kardynał Wyszyński lubił powtarzać tekst z drewnianej
tablicy cmentarza zakopiańskiego: „Ojczyzna to ziemia i groby.
Narody tracąc pamięć, tracą życie". Ziemia polska dźwiga
groby księży, prawdziwych patriotów, którym śmierć zadali znani „nieznani
sprawcy", a etatowy katolik nie chce łapać tych sprawców, czy
nawet wspominać tych mordów — chce, by naród utracił pamięć
patriotyczną. Co więcej — ów zawodowy katolik będzie wkrótce
bez sprzeciwu tolerował wściekłą kampanię antykościelną, jaką
rozpęta różowy „Salon", ta sama „lewica
laicka", która przez całe lata 80-e szukała azylu w murach kościołów
i wsparcia u kościelnej hierarchii. Otrzymała tam i azyl, i pomoc, a
gdy zdobyła władzę, przeszła metamorfozę, bluznęła wobec dobroczyńcy
(Kościoła) nienawiścią przypominającą stare żydowskie porzekadło: „Jakie
dobrodziejstwo ci uczyniłem, że mnie tak nienawidzisz?". J.
Mikke (1993): „Kto ma długą pamięć, wie, że dla elity intelektualnej
ta metamorfoza jest powrotem do źródeł". Zaroiło się od
tekstów i wrzasków typu: „Księża na księżyc!",
„Buldożery na kościoły!", „Czarni",
„Kruchta", „Józef Glemp — pazerny sęp!",
itp. B. Geremek sugerował: „ — Być może konkordat jest błędem",
J. Turowicz kwękał: „Działania i gesty Kościoła szkodzące...",
K. Orłoś parskał: „ — Błędy hierarchii Kościoła...",
A. Michnik puentował: „ — Zagraża nam fundamentalizm
religijny! (...) Uważam, że klerykalizm bardzo źle służy polskiemu państwu!",
a „katolik" Mazowiecki milczał jak ta trusia, bo był „postępowy",
i był filarem „Salonu" różowego. W sferze
gospodarczej „nasz premier" również zaczął od kiksów
— od tolerancji dla seryjnych nomenklaturowych przechwytów majątku
państwowego i dla mega-afer finansowych. T. Bochwic pisała: „Nomenklatura
partyjna wije sobie zasobne finansowo gniazdko w spółkach, tymczasem
ludzi wskazujących na proces zawłaszczania przez nią majątku państwowego
okrzykuje się zwolennikami «spiskowej teorii dziejów»".
Podobnie zwano tych, którzy doszukiwali się drugiego („okrągłostołowego")
dna w multiplikacji gigantycznych afer drenujących skarb kraju. W.
Lenkiewicz: „Prawda tymczasem jest taka, że w FOZZ, w aferze
alkoholowej, tytoniowej, elektronicznej, a w szczególności w aferze
rublowej, rola premiera Mazowieckiego nie polegała tylko na nieudolnościach
i zaniechaniach". Rola ta była wyjątkowo denerwująca dla patriotów przy zaniechaniach opóźniających działania „z definicji" konieczne w państwie demokratycznym i suwerennym, takie jak likwidacja peerelowskiej cenzury czy usunięcie z kraju okupacyjnych garnizonów Armii Czerwonej. T. Bochwic: „Na przełomie 1989/1990 premier Mazowiecki wygłaszał oświadczenia o... obronnej roli wojsk radzieckich w Polsce! ". Ruscy wyszli z naszego kraju dopiero w roku 1993. Jedenaście lat później (2004) ujawniono nam dlaczego; prawdę (fragmencik prawdy) poznaliśmy z opublikowanych przez IPN „moskiewskich szyfrogramów". Pracownik IPN-u, historyk A. Dudek, tak je komentował: „ — Oczywiste było od początku, że ZSRR nie zrezygnuje z dominacji nad Europą Wschodnią bez gwarancji bezpieczeństwa dla swoich interesów. Rozmowy toczone przez Michnika w Moskwie były wstępem do takich gwarancji, których realnie udzielił dopiero rząd Mazowieckiego (...) Z późniejszej polityki rządu Mazowieckiego można się domyślać, że gwarancje obejmowały to, iż władze polskie nie podejmą sprawy wyprowadzenia wojsk radzieckich (...) Pytanie, czy zapadły również zobowiązania w kwestii służb specjalnych...". Cóż, z późniejszej polityki różowego „Salonu" można się domyślać, że zapadły, i to bardzo solidne. Nikt nie mógłby nam lepiej tego objaśnić niż A. Michnik, najważniejszy spośród czterech jeźdźców tworzących sztab dzisiejszego polskiego Salonu Wpływu. 4.
Święty guru Że
A. Michnik jest święty, to rozumieją i głoszą wszyscy jego
wielbiciele, a on sam to potwierdził, mówiąc: „ — Nie
mam cienia wątpliwości, że Chrystus mnie umiłował" (1994).
Ja tedy, będąc (w przeciwieństwie do Michnika) wyznawcą Chrystusa, mogę
się poniższym fragmentem książki (tudzież całą tą książką)
silnie narazić Opatrzności Niebieskiej, ale co tam, jak już rzekłem: „Prawda
przeciw światu!", choćby i pozagrobowemu. Uczyniwszy
wyznanie, że Jezus Chrystus go umiłował, Michnik — w trakcie tej
samej rozmowy (z bardzo „postępowym" księdzem J.
Tischnerem i ze swym giermkiem, redaktorem J. Żakowskim) — ujawnił
też inne swoje sekrety, o które nikt by go nie posądzał prócz fanów:
a to, że żyje „według przykazań", a to, że
praktykuje „dobre uczynki" nie tylko dlatego, „by
sobie zasłużyć na życie wieczne", itd., itp. Fazę wyznań
katechetycznych zamknął konkluzją: „
— Nie zdarzyło się w moim życiu nic ważniejszego niż to
poczucie, że zrobiłem coś dobrego. Nie było dla mnie nic cenniejszego
niż «być w zgodzie z tym, co się uważa za prawdę i dobro»".
Pewnie dlatego „ W
mokrej pościeli miota się, A
potem marzy cale dnie, Że
tylko ciebie chce". „Ciebie",
czyli wolności od wszechobecnego antysemityzmu. Michnik marzy — jak
to święty — by antysemici dali mu wreszcie święty spokój. Oni
jednak — jak to antysemici — nie ustają już kilkadziesiąt
lat. Niżej garść przykładów: •
Antysemita Z. Herbert wypowiedział się kilkakrotnie o A. Michniku: „
— Wierzyłem w jego intelekt, a także w zwykłą uczciwość
— zawiodłem się "; „ — On stacza się po równi
pochyłej"; „ — Cynizm i najpospolitszy nihilizm";
„ — Jest on klasycznym przykładem kariery komunistycznego
Dyzmy"; „ — Zawiódł niemal wszystkich swoich przyjaciół".
Konkluzja Herberta: „ — Michnik jest manipulatorem. To jest
człowiek złej woli, kłamca, oszust intelektualny". Konkluzja
moja: Herbert się myli, bo autentycznym Dyzmą III RP był L. Wałęsa
— Michnik to inna kategoria mentalna i losowa, jego literackim
pierwowzorem jest Mefisto. •
Antysemita S. Remuszko (były przyjaciel Michnika, były dziennikarz
„Gazety Wyborczej"): „Michnik jest faryzeuszem o
mentalności Kalego (...) Obłudy Michnika, «Wybiórczej» i
całego tego środowiska nie przebije w Polsce nikt, to pewne". •
Antysemita A. Besancon (francuski historyk i filozof) nazwał Michnika
człowiekiem gorszym od targowiczan, człowiekiem pokroju kolaborantów
Vichy, twierdząc, że jego działalność „budzi niesmak, usuwa
w cień wszelką sprawiedliwość i wszelką odwagę". •
Antysemita R. Lazarowicz: „Adam Michnik ma szczególną
inklinację do otaczania się kanaliami". •
Antysemita L. Dymarski: „Michnik zerwał wiele przyjaźni lub
z nim zerwano, odmawiając po prostu wpuszczenia do domu. Lukę tę
snadnie wypełnił m.in. p.p. Jaruzelskim, Kiszczakiem, Urbanem. Są na
«ty», lubią się, rozumieją, i ten stan rzeczy demonstrują
w telewizji. Niektórzy tłumaczą to paranoją". Dymarski dodał
jeszcze, że dawniej Michnik tylko „majaczył", lecz później
„wszedł w fazę jakiejś aberracji", która wymaga „diagnozy
psychiatrycznej". •
Antysemita G. Herling-Grudziński: „ — Michnik winien pójść
do dobrego psychiatry". •
Antysemita R. A. Ziemkiewicz: „Michnik to leninowski «pożyteczny
idiota» (...), człowiek nieopisanie szkodliwy". •
Antysemita J. R. Nowak: „Michnik to cyniczny,
instrumentalny krętacz. Prawdziwy «homo sovieticus», który
nigdy faktycznie nie wyzwolił się spod ducha skrajnej komunistycznej
nietolerancji wobec wszystkich inaczej myślących". •
Antysemita S. Kisielewski („Kisiel"): „Przecież
ten dzisiejszy Michnik to totalitarysta. Demokratą jest ten, kto jest po
mojej stronie. Kto się ze mną nie zgadza, jest faszystą i nie można mu
podać ręki. A tylko Michnik wie na czym polega demokracja i tolerancja.
On jest tutaj sędzią, alfą i omegą". •
Antysemita S. Michalkiewicz jako bazę ideologiczną werdyktów
Michnika wskazał „płynne kryteria towarzysko-polityczne
wypracowane w sanhedrynie warszawsko-krakowskim"'. •
Antysemita A. Lenkiewicz: „Za swojego wroga numer 1 uznał
Michnik naród polski, zarzucając mu przy każdej okazji, a także bez
okazji: antysemityzm, ciemnotę, klerykalizm i szowinizm. «Gazeta
Wyborcza», która miała służyć całej antykomunistycznej
opozycji, stała się obrońcą peerelowskich struktur w środkach
masowego przekazu, w wojsku, w służbach specjalnych, w bankach i w całym
życiu społeczno-politycznym PRL-bis". •
Antysemita W. Łysiak opublikował esej („Ministerstwo
Prawdy") o działalności Michnika, dając jako motto słowa
Mefistofelesa z „Fausta" Goethe'ego: „To
wszystko razem, co wy zwiecie Grzechem,
zniszczeniem, krótko: zła zespołem, Najistotniejszym
moim jest żywiołem (...) Słów i złudy
kłam Zmysły zmąci
wam"*. *
— Tłum. P.
Konopka. W tekście
eseju Łysiak antysemita napisał m.in.: „Czuję do Michnika i do
jego stachanowszczyzny pogardę i obrzydzenie. Cóż bowiem innego jak
wstręt można czuć do byłego «dysydenta», który pije z
Urbanem, Kiszczakiem, Jaruzelskim i Kwaśniewskim, toczy rozpaczliwą walkę
przeciw lustracji (a więc przeciw deagenturyzacji Rzeczypospolitej), ogłupia
i deprawuje Polaków apologią relatywizmu moralnego, leseferyzmu,
permisywizmu etc., całe lata trzyma nad komuną ochronny parasol i staje
się heroldem-symbolem tej różowej koterii udeckiej, co doprowadziła
Polskę do stanu zawałowego pod względem etycznym? (...) Sianie
relatywizmu moralnego (zwane przez michnikowców «tolerancją»),
antykatolicyzmu (zwanego «anty-klerykalizmem»),
antypatriotyzmu (zwanego «otwarciem na świat»), różowego
lewactwa (zwanego «demokracją»), niesprawiedliwości (zwanej
«praworządnością»), etc. — to wypaczanie prawdy
metodą wypaczania języka. Wracamy tu do żonglerki słowem, z której
jakobinizm i bolszewizm uczyniły sztukę mistrzowską. Młody mózg jest
często bezbronny wobec szalbierstwa semantycznego. Można ów mózg łatwo
wyuczyć tej wizji świata i własnego kraju, której nauczyciel pragnie
wyuczyć (...) Michnik robi Polakom wodę z mózgu. Fakt, że jego
wielbiciele nie pojmują, iż jest to klasyczne szachrajstwo typu «trzy
karty » lub «trzy lusterka», przejdzie do annałów głupoty
zbiorowej". •
Antysemita K. Wojtyła (Jan Paweł II): „ — Armia
Czerwona przyniosła Polsce nie tylko wyzwolenie od hitlerowskiej
okupacji, ale także nowe zniewolenie (...) Lata panowania nowej władzy
były dalszym ciągiem znęcania się nad wielu Polakami. Nowi panujący
uczynili wszystko, ażeby ujarzmić naród, podporządkować go sobie pod
względem politycznym, ideologicznym, ekonomicznym". Cóż było
antymichnikowskiego w tym fragmencie przemówienia do narodu? To, że owa
wypowiedź dezawuowała tezę, którą szerzy Michnik; według Michnika: „Nie
można dorosłemu społeczeństwu opowiadać, iż ono żyło pod sowiecką
okupacją". Rozeźlony Michnik zrewanżował się, nazywając
papieża „byłym autorytetem naszych czasów". Później,
kiedy Michnikowi nie spodobały się poglądy Wojtyły a propos
liberalizmu, zarzuci papieżowi myślenie „w kategoriach, które
zdają się pochodzić z Soboru Trydenckiego". •
Antysemita S. Wyszyński (prymas Polski), kiedy Michnik i Kuroń
proponowali mu współpracę, odmówił, pisząc: „Kościół
zawsze broni interesów narodu i nie da się wykorzystać do
koniunkturalnych celów ugrupowań politycznych". Co znaczyło:
Kościół nie da się wciągnąć w rozgrywkę o żłób między różowymi
a czerwonymi, nie zostanie kooperantem „Salonu", bo nie
sądzi, by służyło to interesom narodu. Kardynał wyraźnie nie był „postępowym
katolikiem". Michnik i Kuroń wiedzieli to zresztą już od 1963
roku. „Postępowy katolik", S. Stomma (przyjaciel T.
Mazowieckiego), opublikował wówczas w „Tygodniku Powszechnym"
(piśmie innego „postępowego katolika", J. Turowicza)
lizusowski tekst, karcący Polaków za antycarskie bunty, zwłaszcza za
Powstanie Styczniowe; Stomma nazwał je chorymi przejawami antyrosyjskich
kompleksów narodu. Oburzony Wyszyński ripostował wspaniałym kazaniem,
mówiąc, że nie chodziło o żadne kompleksy, tylko o niezbywalne prawo
narodu do suwerenności. Wiele lat później Michnik wyzna (w książce
„Między Panem a Plebanem"): „ — Nikt z nas
nie potrafił wówczas zrozumieć, co się Prymasowi stało...".
Gdy Wyszyński odtrącił rękę różowego „Salonu"—
przestali mieć złudzenia. Zaczęli zwać „Prymasa Tysiąclecia"
konserwatystą „anachronicznym", „nacjonalistą"
i „wstecznikiem". Później (w tej samej książce)
Michnik dołoży jeszcze jeden zarzut — że Wyszyński nigdy nie potępił
antysemityzmu polskiego. •
Antysemita L. Kaczyński: „ — Metody walki politycznej
uległy znikczemnieniu, ale trzeba wreszcie powiedzieć, że palma
pierwszeństwa należy się nie komu innemu, tylko Adamowi Michnikowi
(...) Naczelny «Wyborczej » wierzy, iż można się posuwać
do wykorzystywania skrajnie nikczemnych metod". Według
międzynarodowego porzekadła: „Jeśli ktoś ci powie, że jesteś
świnią — nie przejmuj się. Ale jeśli powie ci to pięciu ludzi
— czas wyjść z chlewa". A jeśli stu, dwustu, tysiąc?
Widać każdy ma swoją miarę, i dlatego właściwy czas jeszcze nie
nadszedł. Kiedy nadejdzie? Któż to wie — u „świnksa",
przepraszam: u sfinksa, wszystko jest tajemnicą. Tymczasem antysemici
— jak to antysemici — nie ustają w strzelaniu do świętego
salonowego guru pociskami ciężkimi niby głazy. Przyjrzyjmy się temu
kamienowaniu męczennika: • Antysemici zarzucają Michnikowi, że bezpodstawnie nosi wetkniętą mu przez jego fanów buławę współwyzwoliciela kraju spod opresji peerelowskiej, nieustraszonego partyzanta, dzięki któremu tamten reżim wykoleił się na swych świetlanych torach, prowadzących ze stale złej codzienności w niezmiennie lepszą przyszłość. I dowodzą, że szyn nie rozkręciła różowa „lewica laicka" inteligentów (ta tylko szarpała się o koryto z czerwonym), lecz „Solidarność" robotnicza, plus troje-czworo ludzi mieszkających za granicą: Ojciec Święty (dzięki sile swych natchnieniodajnych słów) tudzież prezydent R. Reagan (przy pomocy szefa CIA, W. Caseya, i brytyjskiej pani premier, M. Thatcher), wdrażając genialną politykę restrykcyjną wobec ZSRR i komunizmu. Usiłowania tej głównej dwójki zostały szybko rozszyfrowane przez KGB, więc obydwu (i papieża, i prezydenta) próbowano zastrzelić. Obydwu trafiono, lecz strzelające marionetki (i turecki terrorysta, i amerykański „psychol") nie trafiły dość precyzyjnie, oba cele się wykurowały, zostały lepiej zabezpieczone i kontynuowały dzieło, aż czerwony pociąg spadł z nasypu. Do członków polskiego „Salonu" nikt nie strzelał. Dlatego antysemici pytają Michnika: jak to jest, że w latach 80-ych bezpieka mordowała skrytobójczo tylko księży (Popiełuszkę plus innych, około dziesięciu) tudzież opozycjonistów nieróżowych (Bartoszcze i innych, około stu), a nawet nie próbowała dokonać choćby jednego zamachu na kogoś z „Salonu", czyli z KOR-u i z lewicowej, inteligenckiej frakcji „Solidarności"? • Antysemici mają za złe Michnikowi permanentną miłość do komunizmu, wyssaną z mlekiem rodziców, jako że jego ojciec, O. Szechter, był walczącym komunistą (antysemita J. R. Nowak: „ Ozjasz Szechter był starym, wypróbowanym agentem Moskwy w Polsce"), i matka, H. Michnik, autorka stalinowskich podręczników, była komunistką również. Sam
Michnik deklarował: „ — Środowiskiem, z którego pochodzę, jest liberalna żydokomuna. To jest żydokomuna w sensie ścisłym". Dla antysemitów
określenie „liberalna żydokomuna" brzmi identycznie
jak: białoskóry Murzyn, prostooki Chińczyk, kolosalny Pigmej lub
demokracja leninowska, wypominają wszakże Michnikowi nie pochodzenie,
lecz poglądy, czerpiąc z jego wyznań („ — Należałem
do komunistów w sześćdziesiątych latach. Uważałem, że komunistyczna
Polska to moja Polska"), wskazując jego wrogość
wobec kapitalizmu (roku 1989, pytany o system, który ludziom by odpowiadał,
Michnik rzekł: „ — Niekiedy słyszy się opinię, że
powinien to być system kapitalistyczny. Dla mnie jest to absurdalne.
Obecnie w niektórych kołach w Polsce powstał kult słowa «prywatyzacja».
Co to znaczy? Co prywatyzować? Koleje, samoloty? Przecież to bajki,
absurd"), tudzież piętnując jego stałą wrogość
wobec antykomunistów, nie tylko zresztą na terenie Polski. Antysemici przypominają kilka faktów. Roku
1990 gościł A. Michnika Uniwersytet Hebrajski w Jerozolimie; Michnik dał
tam wykład, tłumacząc, że „Polsce grozi antykomunistyczna
dyktatura, antykomunizm z bolszewicką twarzą, któremu towarzyszyć będzie
szowinizm, klerykalizm, populizm i ksenofobia, nie mówiąc o groźbie
antysemityzmu" (prof. J. R. Nowak za Ch. Hoffmanem). Gdy
prezydent Gruzji, antykomunista Gamsahurdia, robił co tylko mógł, by dać
swej ojczyźnie suwerenność, „Gazeta Wyborcza" konsekwentnie,
artykuł za artykułem, prezentowała go jako psychopatę, „faszysto-nacjonalistę",
tyrana, maniaka, etc., a Gruzję pod rządami Gamsahurdii jako despotię
współczucia godną. Gdy agenci Kremla zamordowali Gamsahurdię, i gdy
sowieckie wojska, na prośbę renegata Szewardnadze, zlikwidowały gruzińską
niezależność — Gruzja przestała budzić obrzydzenie
michnikowskiej gazety. Gdy w Bułgarii antykomuniści walczyli przeciwko
komunistom (1992-1993) — Michnik pofatygował się do Sofii i wystąpił
gwałtownie na rzecz komunistów, zwąc ich przeciwników „neofaszystami".
Dla bułgarskich patriotów, którzy wcześniej słyszeli, że Michnik to
polski rycerz wolności i demokracji, był to szok. Trzech znanych pisarzy
(B. Christow, D. Korudżijew i J. Wasiliew) opublikowało wówczas gniewny
anty-michnikowski tekst pt. „Cynizm i nietolerancja",
pisząc m.in.: „ Wizyta
A. Michnika głęboko zraniła wszystkich bułgarskich demokratów.
Przyjechał, żeby stanąć w obronie komunistów. Zrobił to w sposób
butny. Jego wypowiedzi były demagogiczne, nieodpowiedzialne i bardzo dla
nas bolesne (...) Jak można nazwać setki tysięcy demonstrujących
przeciw komunizmowi demokratów neofaszystami! Kto Michnikowi pozwolił
obrażać tych najmniej podatnych na konformizm Bułgarów? (...) Dawni
idole typu Michnika gotowi są dzisiaj wspierać fasadową demokrację, za
której kulisami wszystkie sznurki są znowu w rękach komunistów (...)
Michnik to człowiek cyniczny, nietolerancyjny wobec bułgarskiej
demokracji, i dlatego utracił nasz szacunek". Okazało się, że
w Bułgarii też jest pełno antysemitów. •
Antysemici polscy utracili resztki szacunku dla
A. Michnika, kiedy ten „dobry człowiek", głoszący bez
przerwy tolerancję jako cnotę główną, okazał „cynizm i
nietolerancję" wobec wszystkich, którzy uważają abolicję za
zły sposób rozliczania win. Takie głupie stanowisko patriotów
(antysemitów), którzy żądają wymierzenia sprawiedliwości
peerelowskim reżimowcom (konfidentom, kolaborantom, partyjnym szychom,
bezpieczniackim oprawcom i przestępcom sądowym) — wymierzenia jej
choćby tylko werbalnym napiętnowaniem — uznał za „polowanie
na czarownice", tout court. Pierwszy
znaczący (rozgłośny) występ abolicyjny mecenasa Michnika miał miejsce
w Sejmie 28 kwietnia 1990 roku. Usłyszawszy tam propozycję
nacjonalizacji mienia PZPR, guru „Salonu" ryknął z
trybuny: „ — Co ja tu słyszę? ! Nienawiść!...", przezwał
te żądania „jaskiniowym antykomunizmem" i wylał kubeł
pomyj na głowy „jaskiniowców"'. „Jaskiniowcy"
(antysemici) wściekli się słysząc takie dictum, i wylali podobne kubły
na adwokata nomenklatury partyjnej, zarzucając mu, że broni łupu złodziejskiego.
Antysemita R. Bieliński pisał: „Adam Michnik i jego
parlamentarni koledzy bronią praw spadkobierców PZPR. Bardzo to
chwalebne, ale wydaje mi się, ze winni bronić najpierw moich praw, bo
bardziej (chyba) są moimi posłami niż posłami PZPR. Otóż przez
wiele lat, via budżet, mnie i wielu milionom bezpartyjnych wyjmowano z
kieszeni pieniądze na rzecz
PZPR, bez pytania nas o zgodę. Dlaczego, nie będąc członkiem
partii, przez wiele lat musiałem ją finansować, a obecnie mam się
godzić z tym, ze to, co zostało mi zabrane, będzie dalej służyć
ludziom, którzy mnie ograbili?". Dwa lata
później (czerwiec 1992) miał miejsce kolejny ogólnopolski show
abolicyjny mecenasa Michnika — gdy antykomunistyczny rząd
premiera J. Olszewskiego rozpoczął lustrację peerelowskich kapusiów od
sporządzenia listy prominentnych konfidentów, i został za to
skasowany w ciągu jednej „nocy długich noży" przez L.
Wałęsę (trzęsącego się o akta TW „Bolka") i przez
całą czerwono-różową ferajnę złajdaczonych. Jak pisze antysemita R.
A. Ziemkiewicz — ta ferajna odpowiedziała na to nie tylko likwidacją
zbyt dociekliwego rządu, lecz i „swoistym tournee Adama
Michnika, który jednego dnia wystąpił w trzech telewizjach (dwóch
prywatnych i państwowej), w każdej zionąc właściwym sobie miłosierdziem
wobec każdego, kto ma czelność domagać się ujawnienia prawdy.
Nikogo to oczywiście nie zaskoczyło: Michnik zawsze zachowuje się tak
samo, i niczego nowego raczej się już nie nauczy. Jego występ jak
zwykle był popisem histerii, egzaltacji i typowego michnikowskiego wrzasku".
„Gazeta Wyborcza" do dzisiaj przeklina lustrację kiedy
tylko może. Abolicyjna
kampania Michnika objęła również prokuratorskie i sędziowskie środowisko.
Według antysemitów dlatego, że brat Michnika, kpt. S. Michnik, był
stalinowskim sędzią wojskowym, który skazywał patriotów (głównie
akowców, za to, że zwalczali Hitlera bez rozkazu Stalina) na ciężkie
więzienie i na śmierć (na śmierć skazał kilkakrotnie!). Antysemita
J. Sęk pisze: „Pan Adam Michnik niepotrzebnie martwił się w
Sejmie o stosunek narodu polskiego do komunistów, którzy sprawili tu po
wojnie nie jeden, a dziesięć Katyniów. Zabili w polskich więzieniach
ponad 40 tysięcy ludzi. My komunistów nie nienawidzimy. My nimi
gardzimy. Również podporucznikiem Stefanem Michnikiem, stalinowskim sędzią-mordercą,
pojętnym uczniem katyńskich oprawców". • Antysemici wściekli się na Michnika jeszcze bardziej — dostali wprost białej gorączki — gdy jego gadzinówka (antysemita W. Łysiak przezwał ją „Gadułą Wyrodną") zaczęła brukać świetlaną legendę Armii Krajowej, zarzucając jej m.in. premedytacyjne Żydobójstwo. Antysemita A. Lenkiewicz: „W roku 1994, w związku z 50 rocznicą Powstania Warszawskiego, Michnik opublikował całą serię perfidnych i absurdalnych tekstów, sugerujących, że jednym z celów Powstania było dobijanie resztek Żydów". Wśród tych nikczemnych tekstów szczególnie agresywny był duży artykuł jednego z fagasów Michnika do brudnej roboty, M. Cichego, mówiący expressis verbis, że powstańcy z AK programowo mordowali niedobitków z getta warszawskiego (ten właśnie artykuł sprawił, iż antysemici uznali, że gazeta Michnika przekroczyła nikczemności ostatnią granicę). Expressis verbis nie znaczy, że w oparciu o dowody. Były tam głównie mętne spekulacje, pomówienia, przeinaczenia, szemrane i manipulowane „cytaty", vulgo: kupa kalumnijnego łajna (stąd antysemici mogli opublikować aż dwie niezależne listy tych „przekrętów" — pierwszą ułożył prof. T. Strzembosz; drugą zamieściła „Trzecia Rzeczpospolita"). Ale był
tam również jeden silny „dowód" — M. Cichy wskazał
konkretny przypadek i konkretny dzień akowskiego mordu na Żydach, mordu
dokonanego przez kaprala „Unruga"'. Gdy antysemici
zweryfikowali tę informację, okazało się, że kapral „Unrug"
nie mógł tamtego dnia mordować Żydów, z prostej przyczyny: nie żył
już od dwóch tygodni, bo AK rozstrzelała go za rabunek! To antysemickie
detalistyczne czepiactwo (jakby głupie dwa tygodnie robiły jakąś różnicę!)
spłynęło po „GW" niby woda po kaczce
(dziennikarskiej). Przypominanie przez antysemickich historyków, że AK
nie mordowała Żydów, lecz odwrotnie, pomagała Żydom ile tylko mogła,
a tzw. szmalcowników rozwalała bez litości — też nic nie pomogło
(jakby fakty miały jakieś znaczenie!). Ergo: historyczne realia nie
zmieniły zdania „Salonu" o akowskich współsprawcach
Holocaustu uprawianego pod parawanem antyniemieckiej rebelii. Przypomina
się diagnoza antysemity P. Johnsona na temat rzetelności różowych
Salonów Wpływu: „Lewicowa inteligencja zawsze jest gotowa stłumić
prawdę w imię popieranej przez siebie wyższej prawdy". Tego
roku (2004), po raz pierwszy za piętnastolecia III RP, miały miejsce
godne uroczystości obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego. Czemu
dopiero teraz? Bo wcześniej burmistrzami stolicy byli albo czerwoni, albo
różowi (członkowie UW: M. Święcicki i P. Piskorski). Dopiero gdy społeczność
Warszawy wybrała prawicowca L. Kaczyńskiego — można było stworzyć
Muzeum Powstania i solennie czcić pamięć herosów. T. Kuczyńska: „Dlaczego
przez te piętnaście lat niepodległej Polski stosunek władz i najpotężniejszych
mediów do Powstania byt tak niechętny i pomniejszający jego znaczenie?
Odpowiedział na to pytanie w swoim przemówieniu Prezydent Warszawy, Lech
Kaczyński. Przede wszystkim działały w tym kierunku pewne potężne
grupy, traktujące niepodległość i uczucia patriotyczne Polaków jako
zagrożenie dla swoich wpływów, swoich interesów". Kaczyńskiemu
nie chodziło tu o czerwonych, lecz o michnikowszczyznę, gdyż wyraźnie
podkreślił, że „te dominujące grupy posługiwały się
sztandarami «Solidarności»". • Antysemici wytykają Michnikowi, że jest permanentnym kłamcą, królem kłamców, więc gdyby był Pinokiem, czubek jego nosa sięgnąłby już Księżyca lub może nawet Marsa. Zarzut ten mija się całkowicie ze zdaniem oskarżanego, który głosi w tej kwestii poglądy ekstremalnie odmienne — że kłamstwo go mierzi („Uporczywy nawyk kłamstwa jest brzydkim rysem charakteru") i że on sam jest królem prawdomówców. W TVP Michnik oświadczył swego czasu: „ — Moim obowiązkiem jako dziennikarza są dwie rzeczy: walka o wolność i walka o prawdę. Jeśli ja to zdradzę — to zdradzam swoje dziennikarskie powołanie". Zapytany przez „Życie Warszawy": „ — Czego by pan nigdy w swej gazecie nie zamieścił ?” odparł: „ — Nigdy nie zamieściłbym czegoś, co byłoby nieprawdą". Tymczasem antysemici — jak to antysemici — nie wierzą mu. Antysemita
Z. Herbert: Antysemita J.
R. Nowak: „Jarosław Kaczyński, opisując kiedyś zachowanie
Michnika, podkreślał jego niebywałą skłonność do kłamstwa, to, ze
potrafi łgać w żywe oczy, dosłownie iść w zaparte". Tegoż
antysemity Kaczyńskiego brat-bliźniak, również antysemita, L. Kaczyński,
gada bliźniaczo: „ — Michnik wierzy, że można co innego
mówić, a co innego robić, zachowując przy tym opinię człowieka o moralności
nieskalanej". Kolejny antysemita, O. M. Rudak: „Wobec
swoich czytelników «Gazeta Wyborcza» posługuje się
wrednymi uproszczeniami i kłamstewkami". Antysemici
gotowi są podać mnóstwo dowodów, wskazując same tylko „sprostowania"
w „Gadule Wyrodnej". Nigdzie indziej geremkowskie „fakty
prasowe" nie święcą większych triumfów jak tam. Organ
Michnika skarżył już niewinnych, grzebał żywych, szkalował
przyzwoitych (np. Z. Herberta), siał fałszywie antypolonizm, majstrował
cyferkami, datami, życiorysami, etc., a przyłapywany wielokrotnie na „przekrętach"
— zamieszczał setki sprostowań drukowanych małą czcionką
obok kolejnych wieloczcionkowych bałamuctw. Chcąc skompromitować
znanego antykomunistycznego polityka, „GW" wydrukowała
list komplementujący go, a podpisany przez... mordercę prezydenta
Narutowicza! Chcąc zgnoić człowieka, który przeszkadzał kandydującemu
do prezydentury T. Mazowieckiemu, „GW" opublikowała
precyzyjne (całkowicie kłamliwe) dane paszportowe owego konkurenta.
Itd., itp. Dzięki temu właśnie zyskała wśród antysemitów anglojęzyczną
ksywkę: „ The paper of dirty tricks" („Gazeta
brudnych sztuczek"). Antysemita W. Łysiak zakończył swój esej
o niej i o Michniku („Ministerstwo Prawdy") zdaniem: „Nie
wiem czy grozi nam świat Orwella. Wiem tylko, że idealnego kandydata na
stanowisko szefa w kluczowym orwellowskim ministerstwie — w
Ministerstwie Prawdy — mamy już". •
Antysemici czepiają się Michnika „względem
antykościelność", wypominając mu niewdzięczność. Chodzi o
ten wzmiankowany przeze mnie, azylowo-pomocowy dług, który „lewica
laicka" zaciągnęła wobec Kościoła w latach 80-ych. Walka różowej
(salonowej) lewicy z nomenklaturową (partyjną) lewicą o żłoby i
koryta przyszłej Polski stawała się, wzorem wszelkich wojen domowych,
bolesna. „Lewica laicka" (opozycyjna), jako dużo słabsza,
chroniła się przed kopami i kuksańcami pod skrzydła Kościoła. Nie była
to współpraca ideowa vel polityczna (tę wykluczył prymas S. Wyszyński)
— była to ze strony Kościoła chrześcijańska opieka i wsparcie
materialne represjonowanych (nawet B. Geremkowi i B. Labudzie dał wówczas
pracę zakon ojców Jezuitów!). Kiedy wreszcie, dzięki „paktowi
z Magdalenki", ogrzana na kościelnym piecu różowa żmija wzięła
władzę — zmieniła front. Niedawny opiekun (Kościół) stał się
dla niej ciężarem, gdyż zawsze i wszędzie konkurent do „rządu
dusz" jest ciężarem. Zaczęto więc konkurenta flekować,
szermując bez skrupułów epitetami: „fundamentalizm
religijny", „klerykalizm", „czarna władza",
„Kruchta" itp. Bez skrupułów i z genetyczną wprawą, bo
masoneria zwalczała Kościół odkąd istniała, a wśród salonowych
dygnitarzy było masonów jak psów. Mając w ręku telewizję i gazetę
bezkonkurencyjną pod względem nakładu — dało się skutecznie
prowadzić wojnę antykościelną. Michnik
grał w tej bajce o żmiji i piecu główną rolę. Antysemita J. R.
Nowak: „Środowiskom Kościoła katolickiego Michnik też «się
odwdzięczył». Póki obronny puklerz Kościoła był mu potrzebny,
kadził Kościołowi jak mógł i bił się w piersi za swe dawne antykościelne
wyzwiska, wołając o potrzebie dialogu. Jak został naczelnym «GW»,
robił wszystko dla maksymalnego dyskredytowania Kościoła i wartości
chrześcijańskich. Nawet Jarosław Gowin, redaktor naczelny «Znaku»,
jeden z czołowych przedstawicieli «katolewicy», którego
Michnik tylekroć nagłaśniał na tamach «GW», w
pewnej chwili nie mógł już dłużej kryć irytacji z powodu ciągłych
uszczypliwości «GW» w stosunku do Kościoła. I uznał
postępowanie Michnika za «przejaw zepsucia obyczajów i porażki
rozumu»". •
Antysemici oskarżają Michnika o brutalny,
inwektywowy, lżący, pełen nienawiści język wystąpień przeciwko
adwersarzom. Sam Michnik ma znowu zupełnie inne zdanie wobec tej kwestii:
„Adam Michnik wielokrotnie, w mowie i w piśmie, twierdził,
ze przeraża go język obelg, nienawiści, insynuacji, kłamstwa i pomówień"
(T. Bochwic). Przykład: roku 1994, w telewizji, „zionąc miłosierdziem",
katechetyzowat: „ — Jeżeli my, dziennikarze, będziemy kłamać
i lżyć naszych adwersarzy, to nasi czytelnicy odmówią nam
zaufania". Zaufania pierwsi odmówili mu antysemici. Antysemita L. Kaczyński: „ — Niewielu ludzi ma taki udział w szerzeniu nienawiści w życiu publicznym, jak Adam Michnik. Na pewno zaś nikt nie potrafi łączyć jej krzewienia z zapewnianiem o własnej szlachetności. Michnik przyjmuje postawę chuligana, który napada przechodnia i jednocześnie krzyczy: «Ratunku! Policja! ». Zachowuje się tak w sposób konsekwentny". Antysemita
R. A. Ziemkiewicz rzekł o Michniku to samo: „Kompletna schizofrenia.
Można nazywać rywali do władzy «chorymi z nienawiści»,
krzycząc do kamery, z nabrzmiałymi żyłami i z nabiegłą krwią twarzą.
Ten sam publicysta «GW» potrafi w tym samym numerze gazety na
jednej stronie potępiać po faryzejsku używanie «pełnego nienawiści
języka», a zaraz na drugiej określać twórczość jednego z
najwybitniejszych polskich pisarzy mianem «fekaliów»".
Tu akurat Ziemkiewicz bronił mnie, lecz byłem w dobrym towarzystwie, bo
równe bluzgi co ja dostawało od „GW" kilku innych
uprawiających literaturę antysemitów, choćby Z. Herbert („alkoholik",
„potwór Minotaur", „stevensonowski wampir Hyde",
„malał w żenujący sposób", itd., itp.) czy J.
Mackiewicz. Antysemitka T. Bochwic: „Najlepszym przykładem języka
obelg i nienawiści jest wypowiedź Michnika o Józefie Mackiewiczu i o
czytelnikach jego książek". Zasób
leksykalny Michnika jest bardzo bogaty — twierdzą antysemici. Od
epitetów prostych („ świnie! ", „faszyści ! ",
„neofaszyści! " itd.), do złożonych —
dwuwyrazowych („barbarzyńskie schamienie!" itd.), a
nawet wyrafinowanych, czyli trójwyrazowych („tępy zoologiczny
antykomunizm!"). Wali tak po łbach ludzi żywych i umarłych,
pomników nie wyłączając (marszałka Piłsudskiego nazwał „twórcą
faszystowskiej konstytucji, wrogiem postępu"). Antysemita J. R.
Nowak: „Zdumiewa wprost, do jakiego stopnia Adam Michnik potrafi
dziś twórczo rozwijać pełną jadu i nienawiści stylistykę (...) Przypomnijmy
tylko niektóre z rozlicznych michnikowskich wyskoków jadu i nienawiści,
w stylu słów «świnie» pod adresem politycznych oponentów,
«kurwiosum» pod adresem grupy profesorów z KUL, «bestiarium»
pod adresem telewizyjnego programu z udziałem Parysa, Kaczyńskiego i
Macierewicza. Czy epitety Michnika o «młodocianych, głupawych
olszewikach», wyzywanie Waldemara Łysiaka, ataki na Zbigniewa
Herberta, napaści na ojca Józefa M. Bocheńskiego, zatrute strzały posyłane
pod adresem Ojca Świętego przez Michnika i jego podwładnych, etc.,
etc.". Antysemici zacierają ręce, kiedy Michnik pieni się i bluzga na oczach widowni wielomilionowej — „na wizji". To są niezapomniane telewizyjne „reality-shows". Antysemici
J. M. Jackowski i S. Żaryn („Interpelacje. Kulisy
manipulacji"): „Michnik potrafi kopać swoich przeciwników
politycznych i ideowych bezwzględnie, z dziką zaciętością. Gdy mu nie
staje argumentów, rzuca inwektywy, nieelegancko przerywa, nie odpowiada
na pytania, zmienia temat, krzyczy, i wychodzi z niego jakaś zapiekła
agresja w stosunku do tych, którzy się z nim nie zgadzają".
Ostatnio cała Polska mogła kontemplować te eksplozje michnikowskiej
furii dzięki telewizyjnym relacjom z przesłuchań Sejmowej Komisji Śledczej
badającej „sprawę Rywina" i dzięki telewizyjnym
migawkom z procesu L. Rywina. •
Antysemici wmawiają społeczeństwu, że w „aferze
Rywina" Michnik był bardziej „umoczony" od
samego bohatera tytułowego, gdyż — co wykazały indagacje
rzeczonej Komisji — przez dłuższy czas mataczył cichcem, utrzymując
tajne kontakty z kancelarią czerwonego premiera, L. Millera, dla
przyklepania sekretnego konszachtu, który dałby koncernowi Michnika,
„Agorze", jeszcze większy zasięg medialny —
telewizyjny. Podnoszą przy tym, że trefną taśmę magnetofonową,
kompromitującą Rywina, Michnik upublicznił dopiero pół roku od czasu
jej nagrania, i że tłumaczył to kłamliwie „śledztwem
dziennikarskim", gdy w istocie służyła mu ona przez ten czas
jako instrument kombinacji podczas walki o wchłonięcie WSiP
(Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne), którą bossowie „Agory"
prowadzili, by móc indoktrynować na różowo także dzieci i młodzież
ze szkół. Kiedy tę walkę przegrali (bo nie dali im wygrać czerwoni)
— rozwścieczony Michnik ujawnił taśmę artykułem
„Przychodzi Rywin do Michnika". Antysemici bezzwłocznie
sparodiowali rzecz po antysemicku: „Przychodzi Żyd do Żyda",
wskazując jako alibi dla tej złośliwości fragment nagranego dialogu:
„ — Rozumiesz, Adaś, to jest koszerny interes...".
No i wykorzystali fakt, że publiczne spektakle tyczące „afery
Rywina" wzbudziły niechęć rzesz telewidzów wobec świętego
guru „Salonu" i wobec „Agory" jako ośmiornicy
— poinformowali, że „afera Rywin-Michnik" stworzyła
nad Wisłą zupełnie nowe znaczenie terminu „agorafobia"'. Fobia
antysemitów wobec „Agory" posiada długą brodę. Już u progu
lat 90-ych antysemici krzyczeli, że „Gazeta Wyborcza"
miała być gazetą całej opozycji solidarnościowej, tymczasem Michnik
zawłaszczył ją i uczynił z niej wyłącznie tubę różowego „Salonu",
wspomagającą UD (później UW), ergo: przeznaczył całe pieniądze, które
przyszły z zagranicy dla niekomunistycznych mediów, na prywatną salonową
spółkę „Agora". Szczególnie głośno eksponował taką tezę
antysemita J. Maziarski, więc Michnik oddał do sądu sprawę przeciwko
Maziarskiemu i po wielu rozprawach (ciągnęło się to prawie dwa lata)
wygrał proces, gdyż sąd zawyrokował, że „otrzymanie kredytu
bankowego nie może być równoznaczne z otrzymaniem pieniędzy"
(sic!). Kredyty kredytami (bezpieniężnymi?), lecz antysemitom chodziło
o coś mniej kredytowego, raczej darowiznowego — m.in. o pieniądze,
które Amerykanie dali (według przewodniczącego Komisji Polskiej
Kongresu Polonii Amerykańskiej, antysemity W. Wierzewskiego — l
milion dolarów) na całą polską „prasę niezależną".
Wierzewski: „ — Kto mógł przewidzieć, że te pieniądze
trafią akurat w ręce «Gazety Wyborczej»?". Tak czy
owak, sąd polski uznał, że wszystko było okey, bo kredyty to nie pieniądze,
i szlus! Lecz Amerykanie to mieszkańcy Stanów Zjednoczonych, a tam nie
znają się na żartach obejmujących finansowość, rachunkowość i księgowość.
Dlatego czołowy publicysta amerykańskiej prasy polonijnej, antysemita
A. Jarmakowski, skomentował wyrok konkluzją: „Malarski miał
rację, a Michnik łgał w żywe oczy". Antysemici
podtrzymują ów sąd i dzisiaj, głosząc, że mocarstwowość
„Agory" została kreowana dorwaniem się do tej forsy, którą
Zachód przeznaczył na solidarnościowe media, vulgo: Michnik to złodziej,
ukradł cały księżyc. I sugerują, że ma on złodziejstwo we krwi, a
jako dowód wskazują nieopatrzne wyznanie kolegi „Adasia",
J. Kuronia, o bibliofilstwie Michnika: „ — Adaś jest książkowym
wariatem. Swego czasu wylansował modę na kradzież książek. Kradł, to
znaczy brał u kogoś z półki i sobie zabierał". Ten akurat
chwyt antysemitów (zoologiczny) nie znalazł w społeczeństwie polskim
zrozumienia, bo bibliofilstwo nie jest nad Wisłą uważane za ciężki
grzech — każdy Polak wie, że „kradzież chleba i książki
nie hańbi". Prócz kradzieży książeczki czekowej. •
Antysemici dywagują, że być może
najbardziej zhańbił się Michnik agenturalnością esbecką bądź
kagiebowską, czyli łubiankową par excellence. IPN, odtajniając „moskiewskie
szyfrogramy", dał antysemitom powód do spekulacji, że Michnik
czuł się w Moskwie jak u siebie w domu, z czego rychło zmajstrowano
antysemicki kawał: „Roku 1989 Jaś pyta nauczycielkę: «
— Proszę pani, czy pan Michnik jest zegarmistrzem?».
Nauczycielka: « — Ależ nie, Jasiu, pan Michnik jest
politykiem-opozycjonistą. Skąd ci się wziął pomysł, że jest zegarmistrzem?
». Jasio: « — Bo mój tata mówił wczoraj mamie, że
pan Michnik jeździ do Moskwy po wskazówki»". Teraz coś
bardziej serio. Niewiele już osób pamięta dzisiaj młodego antykomunistę
M. Falzmanna — człowieka, którego śmierć na początku lat 90-ych
spowodowała dużo szumu. Był tym inspektorem NIK-u, który wykrył
mega-aferę FOZZ, zdobył przerażające dokumenty, rozpoczął nagłaśnianie
sprawy i raptownie umarł, rzekomo wskutek zawału, lecz powszechnie mówiono
i pisano, że to bardzo dziwna śmierć (przypomniano sobie o tej sprawie,
gdy w 2004 IPN ujawnił, że SB namówiła koleżankę działaczki
„Solidarności", A.Walentynowicz, do podania jej herbaty ze
specyfikiem wywołującym „naturalny" zawał). Żona zmarłego
opublikowała wstrząsający tekst pt. „Dlaczego mój mąż musiał
umrzeć" (1992). Jest tam m.in. taki wspominek: „ Pamiętam,
że kiedyś powiedział, iż dojście do władzy grupy Michnika będzie
następną tragedią Polski, ponieważ jest to elita promoskiewska. Wybuchła
kolejna afera towarzyska. Michał argumentował, że środowisko to
najlepiej będzie chroniło interesy Moskwy w Polsce. Wskazywał na
liczne absurdy sytuacyjne — w jaki sposób represjonowany
opozycjonista może w więzieniu pisać książki, mieć dostęp do tekstów
źródłowych i jeszcze wydawać je...". Tym
opozycjonistą, o którym mówił antysemita Falzmann, był A. Michnik, zaś
sprawa jego szokująco ekskluzywnych (nie jest znany drugi taki przypadek)
warunków więziennych — to jedna z kilku przesłanek, jakie każą
antysemitom wnioskować, że był konfidentem. Gdy w Czechach i w
Niemczech ujawniono tamtejszych współpracowników bezpieki, okazało się,
że rutynową metodą stosowaną przez czerwone służby dla
uwiarygodniania szpicli pośród dysydentów-opozycjonistów było ciągłe
represjonowanie takiego gościa, i pakowanie go do celi na niezbyt długi
czas. W NRD uwiarygodniono tą metodą czołówkę „opozycjonistów"
— Böhme'ego, Andersena i innych piesków Stasi, czyniąc z nich
antykomunistycznych bohaterów. Metodę wypracowało KGB i nauczyło „służby"
wszystkich satelickich państw. W początkach lat 90-ych oficer SB
kierujący siatką TW opowiedział dziennikarce o wsadzaniu do więzienia
tych, z których MSW robiło herosów: „ — Nagłaśnianie
nazwisk odbywało się pod nasze dyktando i według schematu: represja,
informacja o represji, nagłośnienie (...) To takie dziecinnie łatwe
sposoby uwiarygodniania". Antysemici mówią: więc w Polsce działano
identycznie jak wszędzie! I wskazują zamienioną na pisarskie studio celę
Michnika. Te
spekulacje były często poprzedzone zdziwieniem tzw. bezbrzeżnym.
Antysemita L. Antonowicz: „Nie mogłem zrozumieć jak
znienawidzony i więziony przez «Czerwonego» działacz jest w
stanie pisać wewnątrz celi skierowane przeciw temuż «Czerwonemu»
obszerne teksty z licznymi, bardzo długimi i trafnymi cytatami, do których
wyboru potrzebna jest cała biblioteka? Jak to się odbywa? Zanim klawisz
zerknie w judasz, to sprytny więzień zręcznym ruchem chowa rękopis i
bibliotekę pod siennik ? A jeśli robią kipisz, to co ? Łyka to
wszystko na czas rewizji? Posiada skrytkę w ścianie? Miałem wątpliwości,
i chodziły mi po głowie różne dziwne myśli...". Antysemita
W. Łysiak: „Michnikowi zezwalano pisać w pierdlu książki,
dostarczano ryzy papieru i biblioteczny «aparat naukowy», choć
innym politycznym zabierano skrawek ołówka i gazety, by nie napisali
kilku zdań. Owe teksty wędrowały z celi do druku". Antysemita
S. Murzański ujął to celniej i krócej: „Jedni, jak Adam
Michnik, pisali w więzieniu książki, drudzy zbierali na posadzce zęby". Michnik uznał, że takie sugestie — takie antysemickie „dawanie do zrozumienia" — godne jest tylko wyniosłej ciszy ze strony szkalowanego, nie będzie się zniżał, żadnych ripost. Antysemita
A. Zybertowicz: „Nigdy nie spotkałem się z wyjaśnieniem przez
samego Michnika fenomenu jego więziennej twórczości. I choć rzeczywiście
poszlaki nie są dowodami, to dobrze byłoby wątpliwości wyjaśniać".
Podobno jednak raz komuś Michnik wyjaśnił — wyjaśnił swą
przemyślnością więzienną. Antysemita J. R. Nowak: „O dziwo,
z jego celi swobodnie wychodzą na świat kolejne listy, artykuły i książki,
podczas gdy inni współwięźniowie nie mogą się doprosić nawet ołówka.
Czy wszystko to dzieje się rzeczywiście przypadkowo — dzięki wyjątkowej
zręczności Michnika, której nie umiał przeciwdziałać cały personel
MSW, jak to przedstawiał sam Michnik ? A może było tak dlatego, ze o
wyjątkowym uprzywilejowaniu Michnika w więzieniu decydowały pewne wpływowe
kręgi partyjne, te same, które tak zabiegały o poparcie Żydów dla
Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (żydowski publicysta, Abel Kainer,
pisał w 15 numerze podziemnej «Krytyki» z 1983 roku,
że «WRON grała rolę wielkiej opiekunki Żydów»)". W roku
1992 dziennikarka M. Olejnik spytała Michnika o to (wywiad dla
„Wprost"): „ — Waldemar Łysiak w swojej książce
zasugerował, że był pan agentem. Miał pan lepsze warunki pobytu od
innych więźniów. Mógł pan pisać książki, gdy tymczasem innym
odbierano najmniejszy strzęp gazety. Czy poda pan Łysiaka do sądu?".
Michnik odrzekł: „ — Nie, nie podam go do sądu. Dlatego,
że byłoby to zrobienie mu niesłychanej reklamy. Nagle z trzeciorzędnego
grafomana, insynuatora, stałby się ważną postacią. Jak chce, niech się
stanie, ja mu w tym nie będę pomagał. A co do moich luksusowych warunków
w więzieniu — nigdy nie opowiadałem o swojej martyrologii, nie
lubię tego, nigdy też nie napisałem żadnych wspomnień z więzienia
ani z ośrodka dla internowanych. Nie udzielam też na ten temat wywiadów,
chociaż się o to do mnie zwracano. Ale oczywiście można powiedzieć,
że miałem lepsze warunki niż Łysiak. Żeby się o tym przekonać,
starczy przeczytać jego książki i moje. I porównać". Myślący
spekulatywnie antysemici wymieniają jako drugą więzienną przesłankę
dla swoich podejrzeń pewne dzieło filmowe, które ukazuje najbardziej
dramatyczny moment „martyrologii" A. Michnika. Chociaż
on sam nie chciał i nie chce puścić pary z gęby na temat „swojej
martyrologii", ale od czego są przyjaciele? — zrobił to
za niego bliski przyjaciel, generał Cz. Kiszczak. Tak, ten sam, który „Adasia"
uwięził. Wystąpili razem (1993) w programie telewizyjnym „Portret".
Chodziło o zbiorowy portret dwóch serdecznych kolegów, lecz głównie o portret
bohatera walki narodowowyzwoleńczej. W trakcie programu puszczono film „dokumentalny",
ukazujący wstrząsającą scenę więzienną: jakiś ciemny loch
(aczkolwiek rozświetlony reflektorami na stojakach, bo inaczej nie można
byłoby kręcić filmu), kilku oprawców szamocze się z wściekle walczącym
Michnikiem, próbują wykręcić mu ręce i powalić, ten się miota
niczym dzik opadnięty przez sforę zajadłych psów, mordercza walka,
bitewny kłąb, trzeszczą kości, duuuże wrażenie! Film przekazał
telewizji generał Kiszczak — jako dowód, że jego katowany w lochu
przyjaciel (którego on sam wpakował do tiurmy) był prawdziwym bohaterem
lochu, znaczy podziemia. Antysemitami ten film nie wstrząsnął, albowiem uznali, że nastąpiła tu pomyłka w rozróżnianiu filmowych gatunków — mylenie farsy z „thrillerem". I zaczęli stawiać nieeleganckie (niesalonowe) pytania o twórców (o reżysera tudzież o autora scenariusza), dzięki którym bohater filmu wypada jak prawdziwy bohater. Anonimowy
antysemita M. W. pisał wówczas w „Nowym Świecie"
(tytuł: „Z życia... bohaterów"): „16
stycznia telewizja nadała program z panem Adamem Michnikiem, program
ilustrowany migawką filmową ze sceną turbowania go przez służbę więzienną
(...) To robi wrażenie. Ale kiedy się już ochłonie, nasuwają się
pytania: skąd ten film? Czy był w więzieniach zwyczaj filmowania scen
maltretowania więźniów? Czy były to praktyki rutynowe, czy wyjątkowe?
Kiedy je stosowano i dlaczego? Sprawa o tyle istotna, że może moglibyśmy
zobaczyć więcej takich filmów (...) Jeszcze jedno pytanie: dlaczego
tamto kierownictwo MSW, tak skrupulatnie niszczące różne trefne
dokumenty ze swej działalności — oszczędziło właśnie ten film
? Może na to pytanie mógłby udzielić odpowiedzi gość programu, gen.
Kiszczak, który tak wzruszająco mówił o bohaterze programu?".
Rzeczywiście, mówił wzruszająco. Antysemitka Z. Jaszcza: „Kiszczak
w nadanym ostatnio przez TVP programie tak mu [Michnikowi — W.
Ł.] kadził, tak kadził, że ciarki szły po plecach...".
Jeszcze większe ciarki szły antysemitom po plecach, gdy równocześnie
Michnik kadził Kiszczakowi jako wspaniałemu facetowi, „człowiekowi
honoru", itp. Antysemita K. Brodacki skomentował te filmowe
wzruszenia, to picie sobie przed kamerami z dzióbków, oraz tę bratnią
zażyłość „kata i ofiary", parafrazując
Majakowskiego: „Mówimy
«Michnik», a w domyśle — «Kiszczak», mówimy
«Kiszczak», a w domyśle — «Michnik». Tego
samego roku antysemitka E. Barańska-Jamrozik wyłożyła to samo okładkowym
projektem graficznym dla zbioru felietonów R. Legutki „Nie
lubię tolerancji": z lewej Kiszczak dźwiga na plecach Michnika
(faza PRL-u), z prawej Michnik dźwiga na plecach Kiszczaka (faza III RP). Siedem
lat później (2001) „Gazeta Wyborcza" opublikowała
wielokolumnowy dialog między Michnikiem a Kiszczakiem, reinterpretujący
najnowszą historię Polski. Czytelnicy dowiedzieli się, że zerwanie półwiecznych
pęt komunizmu zawdzięczają dwóm spiskowcom, duetowi K.—M. Resort
Kiszczaka mordował patriotów, księży nie oszczędzając, ale wszechwładny
szef resortu parł do wyzwolenia narodu spod pięści resortu, zaś
Michnik to rozumiał i doceniał. Dlatego szef „GW" będzie
bronił generała „jak niepodległości" (sic!), bo to
przyzwoity człowiek. Kiszczak zaś dał dowód, że jest przyzwoitym człowiekiem,
mówiąc, iż kazał wstawiać więźniom politycznym telewizory do cel,
ale „klawisze" sabotowali ten rozkaz. Pewna prawicowa
gazeta skomentowała to chęcią przeczytania teraz wywiadu z Himmlerem,
który się skarży, iż kazał wstawiać telewizory do baraków
Auschwitzu, jednak nieposłuszni „kapo" zignorowali
rozkaz i nie wstawili. Lecz odbiegliśmy od wątku filmowego, wróćmy więc
tam: Michnik,
swoim zwyczajem, znowu nie odpowiedział na antysemickie sugestie tyczące
filmu, a zwłaszcza na pytanie: dlaczego bezpieka nikomu innemu spośród
tylu więźniów nie wykonała podobnego filmu? Lub: jeśli wykonała, to
czemu żaden inny tego rodzaju „thriller" nigdy nie
został wyemitowany? Udzielając wtedy wywiadu czerwonej
„Trybunie" (1993) Michnik rzekł, iż należy do osobników,
którzy „przebierają się w różne stroje", ale o
stroju filmowym nie wspomniał. Antysemici,
sugerując po antysemicku, że Michnik przebrał się w strój cichego
kolaboranta bezpieki, nie tworzyli formacji solidarnej. Wyłamał się
antysemita R. A. Ziemkiewicz, pisząc (1994): „Każdy, kto
udeckiego guru nazywa agentem, niepotrzebnie i niezasłużenie go dowartościowuje.
Michnik był tylko, jak to zwał Lenin, «pożytecznym idiotą»,
miotanym jakimiś zapiekłymi kompleksami i urazami, urabiającym milionową
rzeszę udeckich potakiwaczy podług swych neurotycznych odlotów. Jeśli
go czymś kupiono, to daniem mu możliwości nadymania się do woli,
daniem mu mesjanistycznego poczucia, że prowadzi masy ku rajowi
tolerancji. Zdaje się, że to wystarczyło, by się pan Michnik swym
mesjanizmem upił do nieprzytomności, tak, że nawet nie zauważył, iż
mu ktoś włożył kijek w d... i kręci nim jak kukiełką. To by miał
być agent? Kpiny. To pajac. Szmaciany pajacyk na patyku, nic więcej. Kto
by na jego werbowanie marnował pieniądze? ". „Jeśli
go czymś kupiono" — rzekł
Ziemkiewicz. Abstrahując od tego czym — przekonanie, że jednak
czymś „kupiono", wyrazili roku 1995 również
antysemici proletariaccy. Michnik przyjechał wówczas na Śląsk, by
zeznawać jako świadek w procesie Kiszczaka oskarżonego o współsprawstwo
mordu, którego ZOMO dokonało na dziewięciu górnikach kopalni
„Wujek". Widząc jak czule ci dwaj się witają, górnicy nie
wstrzymali gniewu, powiedzieli Michnikowi wprost: „ — Mamy
prawo sądzić, iż jest pan kupiony!". A że wcześniej już
pewien major SB, charakteryzowany przez swe ofiary jako szczególnie
bestialski oprawca, publicznie się wyraził o Michniku: „ —
Cóż za wspaniały, mądry człowiek!" — komitety
strajkowe Związku „Solidarność" zaczęły wywieszać
transparenty brzmiące tak: „«Psom» [czyli
esbekom — W. Ł.] ; i dziennikarzom «Gazety
Wyborczej» wstęp wzbroniony!". Notabene: przyszłych
historyków-antysemitów winna zainteresować ciekawostka, o której się
dziś w Polsce milczy — „dziwna" prawidłowość
„klasowa" tycząca tortur. SB torturowała nie gorzej niż
Gestapo i NKWD — strasznie! Jeden z katów esbeckich, Z. Kmietko (później,
za III Rzeczypospolitej, szanowany biznesmen), opowiedział dziennikarzowi
jak w latach 80-ych, w katowniach SB, bito prawdziwych opozycjonistów.
Bito tak, że słychać było „już nie krzyk człowieka, ale
wycie zarzynanego zwierzęcia". I spytał retorycznie: „
— Widział pan kiedyś osobę bitą po stopach?...".
Ciekawostka, o której wspomniałem, to fakt, że katowano tak (i
zabijano) wyłącznie plebs miejski i wiejski, proletariuszy, czyli należących
do opozycji robotników bądź chłopów — nigdy inteligentów (nie
licząc zabitych antykomunistycznych księży — to była osobna
kategoria do odstrzału). Nie jest znany ani jeden przypadek maltretowania
dysydenta-inteligenta, członka „Salonu" różowego! Kolejna poszlakowa przesłanka, która prowokuje wymierzone w Michnika spekulacje antysemitów, to jego ekstremalna wrogość wobec czegoś, czego dokonały, gwoli oczyszczenia życia publicznego, wszystkie (za wyjątkiem Polski) dawne KDL-e — wobec tzw. lustracji, czyli demaskacji prominentnych agentów bezpieki komunistycznej. „Gazeta Wyborcza" piętnaście lat temu rozpętała wściekłą propagandę kontrlustracyjną i trzyma ten kurs do dzisiaj, nie dając się wyprzedzić nikomu między Bałtykiem a Tatrami w dezawuowaniu „polowań na czarownice". Wszyscy zwolennicy lustracji zwani są więc przez różowy „Salon" nikczemnikami, inkwizytorami, jaskiniowcami, oszołomami, etc. Tymczasem antysemici przypominają, że pierwszej „lustracji" dokonała osławiona, działająca zupełnie bezprawnie, tzw. „Komisja Michnika" (1990). Michnik i trzej jego salonowi „podwładni" weszli sobie, tak po prostu, do archiwów MSW, i buszowali tam przez dwa i pół miesiąca bez żadnej kontroli! Kto ich wpuścił? Delegat „Salonu", K. Kozłowski, minister MSW za rządów innego salonowego kumpla, premiera T. Mazowieckiego. Po co? Żeby sobie „Adaś" poszperał w „teczkach" według woli własnej. Oddaję
głos fachowcowi, byłemu pracownikowi UOP-u, antysemicie M. Greckiemu,
autorowi pracy „Konfidenci są wśród nas...": „ Tak
zwana «Komisja Michnika» działała na terenie MSW mając dostęp
do najtajniejszych materiałów w okresie od 12 kwietnia do 27 czerwca
1990 roku (...) W jej skład weszli: Andrzej Ajnenkiel, Jerzy Holzer, Adam
Michnik i Bogdan Kroll. Jeden z nich figurował w kartotekach jako TW.
Jedynym materiałem, który po sobie pozostawiła «Komisja»,
jest liczące dwie strony sprawozdanie wraz z enigmatycznym spisem materiałów
archiwalnych i wnioskiem o przekwalifikowanie kategorii dokumentów z tej
wyrywkowej listy. Nie wiadomo do jakich dokumentów członkowie «Komisji»
mieli dostęp. Nie wiadomo, czy z tych materiałów nie zostały sporządzone
kopie bądź odpisy, nie wiadomo wreszcie, gdzie takowe — jeśli
istnieją — są przechowywane. Wiadomo, że jej członkowie mieli
dostęp do akt współpracowników UB i SB. Nie wiadomo w jaki sposób
pracowała «Komisja», nie istnieją żadne dokumenty, które
mogłyby wskazać, z jakich obszarów archiwum MSW korzystali jej członkowie.
«Komisja» miała zapewne wgląd do wszystkich dokumentów, o
jakie jej członkowie prosili — mówili pracownicy Biura Ewidencji i
Archiwum UOP. Na pewno mieli też dostęp do materiałów operacyjnych,
wszystkich opatrzonych klauzulą «tajne specjalnego znaczenia».
Nie ma jednak żadnej podstawy prawnej działania «Komisji».
Korzystanie z dokumentów odbywało się poza wszelkimi procedurami obowiązującymi
w MSW". Owo
kilkumiesięczne „korzystanie z dokumentów" przez
Michnika uskrzydla spekulatywność poszlakową antysemitów trójtorowo.
Primo: czy piewca tolerancji był tolerancyjny dla dokumentów z „teczki"
własnej? Secundo: czy w ogóle zaglądał do własnej, którą jego
przyjaciel, Kiszczak, mógł po przyjacielsku już wcześniej wyczyścić?
Tertio: ile „haków" na przeciwników znalazł w cudzych
„teczkach”? Ja bym dołożył jeszcze quarto: ile rozczarowań przeżył
samowolny „lustrator" wertując „teczkę" śmiertelnego
wroga swojego i esbecji nie zawierającą „haków”?
Taka absencja kijów rodzi bezradność „lustratora"
— można wroga opluwać epitetami rodzaju literackiego (grafoman bądź
plagiator), ale nie można trzymać go za jaja, wymuszając prosalonową
kolaborację bądź milczącą uległość. Kłopot, psiakrew! Największy
lustracyjny kłopot Michnika to pewna lista „tajnych współpracowników"
bezpieki. Były wiceprzewodniczący NSZZ „Solidarność",
antysemita A. Gwiazda, opowiedział o niej w 2002 roku australijskiemu
„Tygodnikowi Polskiemu". Wywiad ten (wieloodcinkowy)
zawiera mnóstwo negliżujących świętego guru smaczków, choćby
relacjonowane przez Gwiazdę wyznania robotników o tym, jak „Michnik
namawiał ich w zakładzie do porozumiewania się z Sowietami ponad głową
PZPR". I tu Gwiazda kontynuuje: „ — No, ale było
to już wtedy, kiedy nie mieliśmy wątpliwości, że Michnik przeszedł
na stronę wroga (...) Jak wiemy z analiz dokonanych przez byłego
ministra Spraw Wewnętrznych, Antoniego Macierewicza, Michnik był współpracownikiem
Służby Bezpieczeństwa od 1968 roku (...) Na pierwszym Zjeździe Neo-«Solidarności»
krążyła wśród uczestników lista agentów SB z byłego KOR-u, na której
był Michnik, obok zresztą wielu innych prominentnych nazwisk. Podobną
listę opublikowało pismo «Poza Układem »". Widziałem
tę listę. Przy nazwisku Michnika figuruje tam dopisek: „Kolaboracja
z SB od 1968 r. «Nie za ostro, dostaniesz czasem w mordę, ale wam
się to opłaci» — cytat z archiwizowanej rozmowy
werbunkowej". Lista owa może być, rzecz jasna, antysemicką fałszywką.
Ale nawet gdyby nią nie była — „gdyby okazało się, że
słuszne są nawet najbardziej ponure podejrzenia wobec Adama
Michnika" (A. Zybertowicz, „W uścisku tajnych stużb")
— to i tak trudno byłoby zaprzeczyć, że antysemityzm jest dużo
gorszy od antylustracjonizmu i od życia salonowego. • Antysemici są wreszcie tak perfidni, że zarzucają Michnikowi krzewienie w Polsce antysemityzmu, twierdząc, iż wielki żydowski pisarz-noblista, antysemita J. B. Singer, myślał o Michniku, kiedy mówił w noweli „Mentor": „Żyd współczesny nie może żyć bez antysemityzmu. Jeśli antysemityzm gdzieś nie istnieje — on go stworzy". Naczelny mentor polskiej inteligencji salonowej, istotnie, niczym naczelny rabin wojującego semityzmu, bez przerwy znajduje w kraju pokarm dla swych obsesji. Antysemitami są wszyscy przeciwnicy, żywi i umarli, powstańców warszawskich nie wyłączając. Roku 1993 Michnik napisał, że „składnikiem polskiego dziedzictwa" jest m.in. „podłość antysemitów"', jaką przejawiali również niektórzy „bohaterowie antyhitlerowskiego podziemia". Co zatkało antysemitów (zwłaszcza akowców), i to dosłownie, dzięki czemu nie było protestów medialnych. Antysemita
J. R. Nowak dziwił się temu: „Zdumiewające, że nikt w całej prasie polskiej nie postawił wówczas Michnikowi pytania: na czym oparł swoje obrzydliwe pomówienie? Dlaczego nie zażądano, by wymienił choć jedno nazwisko bohatera antyhitlerowskiego podziemia, który byłby jakoby «podłym antysemitą»! Bo tak przyparty do muru Michnik mógłby tylko przepraszać za haniebne pomówienia, tak jak to musiał zrobić w przypadku fałszywie oskarżonych przez niego działaczy «Mazowsza ». Bo mógłby najwyżej powołać się na fałsze stalinowskiej kuźni kłamstw, którymi obsypywano skazanych na śmierć bohaterów AK, takich jak generał «Nil»-Fieldorf. Prawda o czasach wojny mówi, ze właśnie AK robiła co tylko było możliwe dla ratowania Żydów (słynna zainicjowana przez nią Akcja «Żegota»), i że dowództwo AK wprowadziło wyrok śmierci na wszelkie przejawy donosicielstwa na Żydów, tzw. szmalcownictwa". Wedtug
antysemitów główną krzewicielką rzekomego polskiego antysemityzmu
stała się główna medialna tuba różowego „Salonu".
Każda okazja jest dobra. Jakieś prymitywne bydlę spaskudziło mur antyżydowskim
graffiti, i już „Gazeta Wyborcza" krzyczy: antysemityzm
szaleje w Polsce!, ani się zająknąwszy, że sto razy częściej
bezczeszczone są w Polsce nagrobki chrześcijańskie (przez nygusów, których
właśnie „GW" uczy „antyklerykalizmu"
i luzackiego stylu życia typu „róbta co chceta"). Troglodyci
kupują rasistowskie pisemka maniaka L. Bubla, i już wrzask, że „literatura
antysemicka" ma u nas powodzenie. Skini lgną do psychopaty B.
Tejkowskiego, i już Michnik ma dowód, że naród polski to naród
urodzonych faszystów. Tymczasem nikt bardziej nie nagłośnił
Tejkowskiego (notabene: ubeka i Żyda z pochodzenia, podobnie jak jego
rosyjski odpowiednik, W. Żyrynowski) niż „Gazeta
Wyborcza", która opublikowała z nim dwukolumnową pogawędkę.
Opublikowała roku 1991. Chyba nie za to A. Michnik był honorowany tego
samego roku w Nowym Jorku jako „Żyd roku 1991"? Raczej
za inne metody krzewienia antysemityzmu w Polsce. Znowu antysemita J. R.
Nowak: „Z perspektywy lat coraz bardziej widoczna będzie rola
Adama Michnika jako tego, który zrobił niebywale wiele dla sprowokowania
antyżydowskości w Polsce przez swój fanatyzm i jawne prowokacje, czy
haniebne ataki na polską historię (w stylu ataku Cichego na Powstanie
Warszawskie). Nikt bardziej niż Michnik nie przyczynił się do
utrudnienia autentycznego dialogu polsko-żydowskiego; on sam jest jego
widocznym przeciwstawieniem". Jak to zwykle bywa u „świnksów" — przepraszam: u sfinksów — wszystko u Michnika jest tajemnicą. I jego moskiewskie pertraktacje 1988-1989, i przyczyny jego komfortowego (literackiego) męczeństwa więziennego, i wiele innych fragmentów życiorysu, z których on nie chce się nikomu opowiadać. Wśród tych tajemnic jest również zagadka jego moralnego relatywizmu względem antysemityzmu. Nienawidzący antysemitów guru lubi wysokiego aparatczyka PZPR, S. Cioska, który u schyłku lat 80-ych narzekał: „Zauważa się tworzenie swoistego lobby żydowskiego". Gardzący antysemitami rycerz ściska się i biesiaduje z generałem W. Jaruzelskim, naczelnym „aryzatorem" LWP, który w 1986 roku ubolewał: „Niedawno ksiądz Jankowski zaprosił Michnika do św. Brygidy i ten Żyd zawładnął całym kościołem, wydawało się, że przystąpi do ołtarza i będzie celebrował mszę!". Prawdziwi antyse |