Waldemar Łysiak



RZECZPOSPOLITA KŁAMCÓW



SALON

 

 

  

 

Spis treści:

Zamiast noty edytorskiej

Część I — WSTĘP czyli „ — Wkurza mnie dosłownie wszystko!".

Część II — SALON WPŁYWU

1. Salon historyczny

2. „Dzieci Sartre'a".

3. „Coś w mózgu".

4. „Salon" PRL-u — część I (prostytucja)

5. „Salon" PRL-u — część II (klika i alibi)

6. W stronę Sartre'a

7. „Opozycja koncesjonowana".

8. Elitarne dziuple i centra

Część III — MALEFICUS MAXIMUS

1. Zło

2. Od trockizmu do KOR-u

3. Pieski przydrożne

4. Tajny cyrograf „świnksa"

5. Przejęcie władzy

6. Budowanie zrębów

Część IV — CZTERECH JEŹDŹCÓW „SALONU"

1. Czerwony harcerz

2. Gensek honorowy

3. Postępowy katolik

4. Święty guru

 

Część V —„SALONU" GRZECHY GŁÓWNE

1. Klientela

2. „Polityczna poprawność".

3. „Murzynek Bambo" a sprawa polska

4. „Salon" ci wszystko wybaczy

5. „Caritas maior iustitia”

6. Elegancja tolerancja

7. Rozdźwięki wśród tolerastów

Część VI — DYKTAT KULTUROWY „SALONU".

1. „Terroryzm intelektualny"

2. „No pasaran!”

3. Cenzura

4. „ — Panu już dziękujemy! "

5. Laur Nobla daj mi luby!

6. Literacki geniusz, „ Mirek "

7. Promocja, czyli „przemysł kreowania polskich Kunder"

8. Desperados

ZAKOŃCZENIE

 

 

 

Ciąg dalszy ...

 

 

6. Elegancja tolerancja

Rok 1995 został mianowany przez „postępowe" światowe gremia (czyli przez lewicowe „Salony") Rokiem Tolerancji. Ów Rok to najdłuższy rok w dziejach — trwa do dzisiaj (a zaczął się długo przed 1995) i nic nie wróży, by miał się skończyć rychło.

Właśnie w owym 1995 roku dostałem kuszącą propozycję wznowienia mojej powieści „Najlepszy", bo chociaż stutysięczny nakład pierwszego wydania (1992) rozszedł się już dawno, książka wciąż budziła gorące spory mediów. Figuruje tam dialog między sławnym szefem enerdowskiej bezpieki, M. Wolfem, a pracownikiem izraelskiego Mossadu, Y. Aaronehem. Cytuję fragment ich rozmowy:

„ — Ten świat jest kompletnie pojebany! — westchnął Yehuda Aaroneh.

— Zgadzam się, Herr Aaroneh, to właściwe określenie, jest kompletnie pojebany — przytaknął Wolf. — Z każdym rokiem coraz bardziej, ciekawe dokąd to wszystko zmierza? Nasi sąsiedzi hodują kwiaty z plastiku, nasze dzieci noszą w piórnikach prezerwatywy, nasze kobiety traktują swoje usta jako swój główny organ płciowy i otwarcie ścigają się między sobą w wymyślaniu lub akceptowaniu najdzikszych bezwstydów, a mężczyźni próbują dorównać kobietom w tępocie absolutnej. Masowy eksodus, ekshibicjonizm, perwersjonizm, terroryzm, dyletantyzm, despotyzm, rasizm, upadek rodziny, głód, fanatyzm religijny, klęski ekologiczne, AIDS et consortes — oto obraz naszego stulecia. Nie istnieje już żadna świętość, w niczym nie mamy umiaru, dlatego właśnie jestem ciekaw, czym się ten leseferyzm skończy?"-

Skończył się supertolerancją, wedle egzegezy parafrazującej stare porzekadło, iż nie ma tego złego, co by nie wyszło na gorsze.

Za PRL-u Polacy mieli (prócz porzekadeł) takie powiedzonko: „elegancja Francja". A Francuzi mieli za II Cesarstwa i XIX-wiecznego „fin de siecle'u" najfikuśniejsze burdele globu. Zwano je: „maisons de tolerance" — domami tolerancji. Prócz usług cielesnych każdego rodzaju (od pedofilii po sodomię) serwowano tam również spektakle mające rozochocić klienta. Były to scenki z gimnastykującymi się lesbijkami, z gwałconymi uczennicami i mniszkami, z erotycznym aerobikiem grupowym, z maszynerią chędożącą (już elektryczną!), z torturą sado-masochistyczną, i z zoofilią kobiet (przy wykorzystaniu niemieckich dogów tudzież nowofundlandów). Świat dzisiejszy jest wykapanym „maison de tolerance". Cała wzmiankowana wyżej „manière de vivre" czmychnęła z domu publicznego i rozpełzła się po całym globie, by królować w domach prywatnych, w aulach uniwersyteckich, w kinach, w teatrach i w parkach, oraz na ulicach, na placach i na salonach — wszędzie. Nie rozpełzła się sama — rozkolportowali ją członkowie lewicowych „Salonów", komiwojażerowie „europeizmu", administratorzy „humanizmu", heroldowie „postępu", vulgo: kapłani leseferyzmu typu „róbta co chceta i z kim chceta". Nie ogranicza się ów trąd do wyzwalania genitaliów. Wszelka moralność ma być całkowicie relatywna, wszelki grzech darowany prawem „carte blanche", wszelki zdrowy rozsądek eksterminowany przez „political correctness". Rajem Ery Wodnika będzie złoty wiek absolutnej „tolerancji". czyli stan swobody pozbawionej jakichkolwiek hamulców krępujących istotę biologiczną. Dzieci (wyłącznie z probówki) będą karać rodziców i reedukować dziadków; rodzice będą duetami pederastów (związki heteroseksualne zostaną obłożone rujnującym VAT-em); Murzyni będą dostawać dyplomy Yale lub Cam­bridge wraz ze świadectwem urodzenia, zaś Nagrody Nobla wraz ze świadectwem dojrzałości; akcje przemysłu kosmetycznego (krem do czernienia skóry) i koszernego (aparacik „Obrzezaj się sam!") zdominują giełdy; muzea i biblioteki zostaną wyczysz­czone z twórczości tradycyjnej, żeby dać miejsce „awangar­dowej", zaś więzienia z kryminalistów, żeby dać miejsce „fa­szystom" (prawicowcom-konserwatystom); Chrystianizm będzie można uprawiać tylko w pasach bezpieczeństwa (nieletni) i w pasach psychiatrycznych (pełnoletni); samce będą pozbawione prawa przewodzenia stadu — zarówno wśród zwierząt, jak i wśród hominidów; itd., itp.

Prof. R. Legutko machnął swego czasu felieton „Nie lubię to­lerancji" (później dał ten tytuł na okładkę książkowego zbioru szkiców publicystycznych). Pisał m.in.: „Im dłuższa lista, tym sytuacja człowieka tolerancyjnego staje się bardziej nieznośna. Okaże się szybko, że nie może on wypowiedzieć żadnego sądu wartościującego nie narażając na szwank «życzliwej otwartości» w stosunku do jakiejś grupy. Żart o «pedałach» doszczętnie go skompromituje (...); gdy popełni w towarzystwie tę gafę, że przedstawi się jako katolik, powinien natychmiast dodać, iż jest życzliwie nastawiony do religii Wschodu", etc. Lista terroryzujących człowieka wymogów „tolerancji" lansowanej przez „Salon" narzuca tyle knebli i rygorów, że normalni ludzie zaczynają marzyć o jakiejś barierze dla tego szaleństwa, czego dowód to historia z pewnym filmem:

Roku 1980 reżyser K. Kieślowski nakręcił film dokumentalny pt. „Gadające głowy". Ludzie mówili tam przed kamerą o czym marzą. Głównym asystentem Kieślowskiego był przy kręceniu tego filmu reżyser K. Wierzbicki. Dwadzieścia cztery lata później (w roku 2004) Wierzbicki zaczął kręcić własny film dokumentalny o takim samym temacie. I zrelacjonował G. Eberhardtowi dia­logiem pewną anegdotę, którą Eberhardt zrelacjonował zaraz pió­rem na łamach „Tygodnika Solidarność". Otóż w filmie Kieślowskiego występował (dziś już nieżyjący) mecenas G., a w filmie Wierzbickiego wystąpił syn mecenasa G. Marzeniem mecenasa G. (rok 1980) były demokracja i tolerancja. Marzeniem je­go syna (rok 2004) jest ustalenie... granic tolerancji! Czyli bariery dla gangrenującego świat fetysza lewicowych „Salonów".

Bariery wciąż nie ma, bo chociaż istnieją jeszcze przyzwoici ludzie, ale nie odważają się stawiać tej bariery antysalonową rewolucją. Głośny konserwatywny polityk angielski, wróg jakobinizmu, E. Burke, pisał: „Dla triumfu Zła potrzeba tylko, żeby przyzwoici ludzie nic nie robili". Wcześniej Molier nauczał tego samego przy pomocy aforyzmu: „Jesteśmy odpowiedzialni nie tylko za to, co robimy, lecz i za to, czego nie robimy". Przyzwoici ludzie ukazują plecy gębie Zła, klną w duchu Zło, modlą się na pohybel Złu, ale nie robią niczego, kiedy brudna fala bezgranicznej tolerancji dla Zła podtapia ich dom.

Kiedy to się zaczęło? W jaskini. Myślę o grzechu — nie o hagiografowaniu grzechu. Wszystkie epoki były przeniknięte ekspansją grzechu, lecz nie wszystkie były korodowane ekspansją agresywnej promocji grzechu, czyli leseferyzmem jako doktryną. Weźmy choćby rozwiązłość. Przymusu biologicznego (genetyczno-hormonalnego) nie da się powszechnie stłumić (może się to udać jednostkom) — istota ludzka została zaprogramowana do rozwiązłości przez naturę mającą na celu tylko prokreację. Lecz można chociaż zrezygnować z reklamy lubieżności, wyuzdania i zboczeń. Pod tym względem bywało różnie. Średniowiecze lansowało umiar, Rokoko głośno proklamowało erotyczny hedonizm. Starczy poczytać pamiętniki zachodnioeuropejskie tamtego czasu. Rozwiązłość ówczesnych elit (zwłaszcza chowu francuskiego) bulwersuje nawet dzisiaj, chociaż „wolna miłość" — prawem postępu i demokracji — zrównała już wszystkie warstwy społeczne. Wtedy gloryfikowały ją tylko „stany wyższe"', bo tylko one parały się każdą erotyczną perwersją, tudzież seksualną rekordomanią i kopulacją zbiorową jako normą zaspokojenia miast zdziczenia. Bazą tej mega-orgii była laicyzacja moralności — wyzwolenie umysłów (przez Woltera i spółkę) od wszelkich hamulców (narzuconych przez religię chrześcijańską), co rekla­mowano jako „antyklerykalizm Oświecenia" (zwalczanie „klerykalizmu", tak dzisiaj modne, miało więc swą źródłową podnietę między nogami, niczym anglikanizm, którym król Henryk VIII zastąpił religię katolicką). Pamiętnikarz, baron P. V. de Besenval: „Największą śmiesznością okrywało współżycie małżeń­skie, a nawet towarzystwo współmałżonka gdziekolwiek, choćby w powozie czy w westybulu. Obyczajność dzięki temu traciła, lecz rozwiązłość nieskończenie zyskiwała. Swoboda dam, uwolnionych od krępującej obecności mężów, przekraczała wszelkie granice...". Hołubiono zasadę: „nic świętego" — gdyż zasady etyczne były „dobre dla gminu". Tradycyjna moralność budziła taką pogardę, że każda innowacja w „dziele Priapa" — każda inwencja w wyuzdaniu — dawała laur olimpijski. „Aprés nous la déluge!".

Credo ówczesnych hedonistów-erotomanów — „Po nas choćby potop!" — było (jak dziś wiemy) samospełniającym się proroctwem, lecz tylko w sferze polityczno-cmentarnej (gilotyny Robespierre'a ucięły im głowy), gdyż w sferze obyczajowej Napoleon przywrócił moralność tradycyjną, a później przez cały XIX wiek panowała moralność Romantyzmu i „moralność wiktoriańska", czyli surowa (choć indywidualnie cichcem ją gwałcono, jak to się zawsze dzieje, ale bez robienia z tego doktryny). Pierwsza połowa XX wieku przyniosła już lekką reklamę wyuzdania („szalone lata 20-te"), jednak dopiero druga, od goszystowskiej „rewolucji obyczajowej 68", zadała „mieszczańskiej moralności" definitywny cios, reaktywując nieskrępowaną rozwiązłość rokokowych buduarów deklaratywnie, choć z dwiema różnicami: z upowszechnieniem na wszystkie „stany" społeczeństwa (vulgo: ze zdemokratyzowaniem „wolnego seksu") i z oficjalną, publiczną deprawacją nieletnich. Każdy przedszkolak może dziś codziennie oglądać duże telewizyjne lub internetowe dawki „ostrego seksu". „Obsiusiaj mi młode cycuszki", „Spuść mi się do mokrego pyszczka", „Poliżę ci pupcię!", „Niedoświadczona gotowa obciągnąć ci druta!", itp. — takie inseraty biznesowe zamieszczają dzisiaj nie tylko gazety dla dorosłych, lecz i pisemka dla dziewcząt. Gdy noblista I. B. Singer piętnował „makabryczną rozwiązłość kobiet dzisiejszych" — wskazywał również „wyzwolone " nastolatki bieżących czasów.

Wszystko to jest zasługą „postępowych" lewicowych „Salonów". J. Waliszewska: „W drugiej połowie XX wieku «postępowa» elita towarzyska ostatecznie odrzuciła zasady «obyczajowości mieszczańskiej», poddając się bez reszty atrakcyjnym wzorom swobodnego życia". Nigdy wszakże nie padło z ich ust słowo „rozwiązłość". Głoszą wyłącznie „tolerancję" — sartrowskie „Zakazuje się zakazywać!", owsiakowskie „Róbtą co chceta!". Nieustanna salonowa mantra o tolerancji dla „wolności wyboru" służy szlachetnemu celowi: uprzyjemnieniu, uatrakcyjnieniu życia ludzkiego. Życie ma być gładkie, słodkie i podniecające jak czarowny erotyczny sen. Mówisz przyzwoitości: dobranoc, kochanie! — i zanurzasz się w świat tolerancji wobec wszelkich wynaturzeń i wyuzdań. Zyskujesz tym i cielesną satysfakcję — i ekscytujący status partnera „Salonu" budującego „otwarte społeczeństwo". Otwarte szeroko, niczym wagina prostytutki lub odbyt pederasty.

Sukcesy „tolerancjonistów" są coraz znaczniejsze, czego przykładem choćby fakt, że kolejne kraje (Belgia, Holandia, Kanada, Szwecja, Hiszpania, Niemcy itd.) padają pod naporem homoseksualistów jak kostki domina, uprawniając pedalskie i lesbijskie śluby. Będzie tych złamanych państw więcej, być może i Polska zalegalizuje takie „małżeństwa", gdyż geje i feministki głośno deklarują, iż zmuszą całą Unię Europejską do tego samego (Y. Contassot: „ — Zmusimy wszystkich, by respektowali europejskiego ducha, który zakłada, że wszystko, co jest do­zwolone w jednym kraju, winno zostać dozwolone w pozostałych!"). Nasz rodzimy „Salon" ma zawsze gotowe swoje wielkie ikony, które żądania zboczeńców publicznie wesprą — jak ostatnio w Krakowie nobliści Miłosz i Szymborska, kochający różową tolerancję. 

Montrealski lekarz, A. Divaio, słusznie mówi:

„ — To już nie jest walka o tolerancję. To krucjata zmierzająca do zniewolenia świata i narzucenia mu homoseksualnego stylu życia. A ci, którzy się temu sprzeciwiają, zyskują etykietkę homofobów".

Dla „ homofobów " vel „pedałobójców" jedyną zdrową formą tolerancji wobec homoseksualizmu jest niestrzelanie pederastom w łeb. Tę, tak brutalnie przeze mnie sformułowaną, niekaralność homoseksualizmu, jako pierwszy monarcha wprowadził swym „Kodeksem" cesarz Napoleon Wielki, który uważał, że pederastia jest chorobą, a zatem sprawą medyków miast sędziów lub katów. Lecz owa niekaralność winna być stosowana tylko wobec nieagresywnej pederastii, czyli wobec erotycznych związków intymnych (kameralnych, zamkniętych w czterech ścianach) i wyzbytych pedalskiego łowiectwa. Tymczasem pederaści praktykują intensywne myślistwo pedofilskie, degenerujące zastępy maluchów. Terror progejowskiej „tolerancji" skutkuje również katastrofą epidemiczną (m.in. szerzenie się AIDS) i zapaścią kul­turową. Legalizacji „małżeństw" homoseksualnych towarzyszy przyznawanie tym związkom praw do adopcji szkrabów. Dzieci wychowywane w rodzinach, gdzie „mamusia" to facet (vel „tatuś" to kobieta) będą psychicznie okaleczone wręcz morderczo. Winę za tę kastrację duchową — za tę produkcję czwartej płci — dźwigać będzie ekspansywna „tolerancja" lewicowych „Salonów". Jako środek broniący społeczeństwa przed tym szambem warto chyba polecić nietolerancję dla „tolerancji". Wiem, że to oksymoron, lecz innej broni defensywnej nie widzę.

Problem pt. dzieci to zresztą osobna karta triumfów „Salonu". Elity „postępowe", szermując tolerancją, najpierw unicestwiły etos rodziny tradycyjnej, a następnie wyemancypowały dzieciarnię do stanu bezhołowia, ucząc superliberalnego (leseferycznego) wychowania maluchów. Znany amerykański psychiatra, R. Shaw, ogłosił właśnie alarmującą pracę na ten temat — „The Epidemie" („Epidemia") — pisząc m.in.: „Z rodzicami źle się dzieje. Nie chodzi o jakiś błahy problem — coś jest naprawdę mocno nie tak. Rujnujemy życie naszych dzieci, a przez to i nasze własne. Lekceważąc ostrzegawcze sygnały — pędzimy ku katastrofie o straszliwych skutkach (...) Dwa główne błędy: nie zaszczepiamy dzieciom moralności i rezygnujemy z jakiejkolwiek dyscypliny wychowawczej (...) Dzieci to dziś emocjonalnie upośledzone istoty, których wszelki kaprys jest zaspokajany, one zaś utraciły zdolność rozumienia uczuć i potrzeb innych ludzi. Wszędzie wokół słychać tylko piszczące, marudzące, narzekające i tyranizujące dzieci, chowane w dostatku i luksusie, ale nieukierunkowane moralnie przez rodziców, albo zbyt pobłażliwych, albo po prostu nieobecnych w domu. Nasze dzieci to egocentryczne ponuraki, które pójdą przez życie bez empatii i bez jakiegokolwiek poczucia obowiązku. Jest to tragedia nie tylko dla samych rodzin, ale także — ze względu na wagę problemu — dla całego społeczeństwa".

„Tolerancjoniści" starają się zmniejszyć wagę tego problemu wyłącznie jedną metodą (zmniejszaniem liczby dzieci przez propagandę aborcyjną), szerząc tolerancję dla mordowania nienarodzonych maluchów. Koroną legalizacyjną sukcesu „sił postępowych" stał się ostatnio (lipiec 2004) werdykt Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (Strasburg), iż „ochrona płodu nie musi być uznawana za część prawa do życia, które mają obowiązek chronić kraje Europy". Dominikanin, ojciec J. Salij, skomentował to następująco: „ — Chyba i legalizacja ludożerstwa będzie kiedyś możliwa w naszej Europie". Jasne, że możliwe będzie wszystko — lewicowy „Salon" działa pod hasłem: tolerancja bez granic. Kapitalnie, w swoim stylu, wypunktował problem prezydent R. Reagan: „ — Zauważyłem, że ci wszyscy, którzy są za aborcją, zdążyli się urodzić".

Apostołowie wszechtolerancji mają na takie, kłujące ich, złośliwości swój bat: demokrację. Mówią: urządźmy głosowanie kobiet, pytając, czy są za skrobankami. Wygraliby dużą przewagą głosów. Lecz jak diabeł święconej wody boją się ogłaszać referendum a propos kary śmierci, gdyż dzięki sondażom wiadomo, iż 90% społeczeństwa chce karać śmiercią bestialców. Jest to więc demokracja selektywna, czyli wybiórcza. W ogóle z demokracją zrobiło się tak, że jest ona dobra tylko wtedy, gdy służy „postępowym" elitom, a zła wtedy, gdy im bruździ. Ci sami ludzie, którzy uważają, że społeczeństwo jest zbyt tępe i zacofane, by prawidłowo się wypowiedzieć wobec „głównej kary", nie widzą nic nagannego w tym, że to samo durne społeczeństwo wybiera rządzących państwem. Czyż nie śmierdzi tu bezwstydna, relatywistyczna sprzeczność, typowa dla lewicowych Salonów Wpływu?

Paryż — lato 2004. Tuż po wielkiej paradzie homosów (700 tysięcy!) demonstrujących na rzecz „gejów dyskryminowanych w Polsce", odbywa się druga (mniejsza) demonstracja — marsz lewicowych pisarzy, dziennikarzy, intelektualistów i artystów, którzy protestują przeciwko planom ekstradycji do Włoch wielokrotnego mordercy, lewackiego terrorysty, C. Battistiego, bo tam może spotkać go kara za morderstwa. Szczególną wściekłość tolerastów budzą kary surowe — wyroki długoletniego więzienia i „czapy". Propaganda „Salonu", potępiając je, chwyta się szulerskiej żonglerki statystyką — surowa kara rzekomo wcale nie odstrasza, nie zmniejsza liczby ciężkich przestępstw. Realia (jak w USA, gdzie stany, które przywróciły karę śmierci, odnotowały radykalny spadek morderstw) — nie mają znaczenia. Wyniki badań naukowych również. „Nowe Państwo" (luty 2003): „Wyni­ki wieloletnich badań prowadzonych w USA przez zespól kryminologów i psychologów pod kierownictwem profesora Ernesta Von De Haaga, potwierdzają to, co podpowiada zdrowy rozsądek: za każdym razem, gdy maleje ryzyko poniesienia kary i jej surowość — przestępczość wzrasta". Polski profesor, Łysiak, bez badań dostrzegł i drugą zbieżność: za każdym razem, gdy społeczeństwo chce zwiększenia karalności i surowości — maleje wstrzemięźliwość „Salonu", by lansować dominację praw bandytów nad prawami ofiar. „Postępowcom" nie zezwala bowiem rezygnować z tego „humanitaryzmu" doktryna „tolerancji". Dlatego wyroki śmierci są w Polsce (i nie tylko w Polsce) egzekwowane regularnie, przez bandytów. Jak mówią Niemcy: „Das ist eure Toleranz!" („To jest wasza tolerancja!").

 

7. Rozdźwięki wśród tolerastów

Elegancja tolerancja jest przywilejem ludzi kulturalnych, czyli intelektualnie eleganckich — ludzi zionących dobrym wychowaniem tout court. A jednak zdarzają się w tym dobranym towarzystwie konflikty, gdyż nie zawsze oraz nie wszędzie lewicowe „Salony" są solidarne. Występują tam i grymasy między salonowe, i wewnętrzne rozdarcia (walki frakcyjne wewnątrz jednego „Salonu"), tyczące właśnie tolerancji. Najpierw przykład międzysalonowych zadrażnień:

Muzyka marszowa tolerastów wtóruje ich mantralnym hymnom, które — chociaż nie stronią od brzydkich wyrazów (exemplum warszawskie stowarzyszenie feministek, które nosi dumną nazwę: Koedukacyjna Unia Rewolucyjno-Wyzwoleńczo-Anarchistyczna — KURWA) — głoszą czystą, idealistyczną „political correctness". Chodzi po prostu o tolerancję dla innych lub „alternatywnych" ras, kultur, ludów, obyczajów, religii i działań, które trzeba szanować (za wyjątkiem religii chrześcijańskiej, bo ta lansuje restrykcyjny, kontrsalonowy, a więc z gruntu „faszystowski" Dekalog). 

Między lewicowymi „Salonami" istnieją tu wszakże różnice względem wektorów. Na przykład dominujący „Salon" francuski i frankofoński, wbrew „Salonowi" filosemickiemu (choćby amerykańskiemu, polskiemu czy drugiemu francuskiemu) upodobał sobie islam. Głosi więc, że muzułmanie, nawet jeśli masowo mordują dzieci, wysadzając je i bez zmrużenia oka strzelając im w plecy (jak w Osetii) — to nasi mili bracia (tym bardziej, iż liczne kraje muzułmańskie represjonują chrześcijaństwo), zatem trzeba ich kochać i trzeba im dawać wszystko czego chcą. Nie wolno nawet relegować islamskich terrorystów (kiedy minister D. Villepin chciał wyrzucić z kraju mułłę podburzającego „wiernych” przeciwko „niewiernym", francuski sąd eksmisję zablokował!). We Francji mieszka już ponad 6 milionów muzułmanów (!), którzy zupełnie nie identyfikują się z tym państwem, nie asymilują, gardzą goszczącym i pieszczącym ich krajem, wyczekując chwili, gdy minaret Eiffla zawiśnie nad meczetem Luwru. Prof. N. Ferguson (kwiecień 2004): „Młode społeczeństwa islamskie z terenów na południe i wschód od Morza Śródziemnego już się szykują do kolonizacji starzejącej się Europy (...) Trwa pełzająca islamizacja dekadenckiego świata chrześcijańskiego. W miarę dalszego starzenia się społeczeństw europejskich i postępującego osłabienia ich religijności, muzułmańskie kolonie w europejskich miastach będą się rozrastać i coraz jawniej kierować zasadami religii (...) Amerykańscy komentatorzy [amerykański „Salon" — W. Ł.] podejrzewają Europejczyków o zamiar pójścia na ugodę z radykalnym islamem".

„Pełzająca islamizacja" to już nie tylko problem Francji, Hiszpanii, Niemiec (Turcy) czy Beneluksu — również Anglii. W jednej z najsławniejszych książek historycznych wszechczasów — w „Zmierzchu cesarstwa rzymskiego" E. Gibbona (1788) — padło pytanie: czy Europa zostałaby całkowicie zislamizowana, gdyby król Karol Młot nie zwyciężył Arabów pod Poitiers (732)? Rzuciwszy to pytanie, Gibbon zażartował, że gdyby tak się stało, to „w szkołach Oxfordu nauczanoby teraz interpretacji Koranu i głoszono z ambony świętość i prawdę objawienia Mahometa". Wówczas był to kiepski dowcip, gdyż wizja zmuzułmanizowanego Oxfordu wydawała się czystym nonsensem. Minęło 216 lat i w Uniwersytecie Oxford powstaje właśnie meczet, minaret i Ośrodek Studiów Islamskich! Filosemickiemu „Salonowi" to się bardzo nie podoba. Ale chrześcijanom taka „tolerancja" również się nie podoba, bo w wielu krajach islamskich wznoszenie kościołów jest zakazane.

Dużo gorzej, patrząc od strony „Salonu", ma się sprawa z gejami i faszystami. Dla „postępowych" elit — vulgo: dla lewicy inteligenckiej — świat był pod tym względem prosty do niedaw­na. „Geje" to byli ci „dobrzy ludzie", których trzeba wspierać, a wszelka prawica, konserwa, kler, narodowcy, antykomuniści, antysemici itp., wszelki „ciemnogród" i „ oszołomstwo " — to byli „faszyści", marszałka Piłsudskiego nie wyłączając. Jasne i proste jak drut. Ale ten drut stanął „Salonowi" kością w gardle, gdy holenderski „faszysta", „rasista" i „antysemita", do tego zdeklarowany, jawny gej, P. Fortuyn, słysząc zarzut, iż nienawidzi muzułmanów, publicznie parsknął: „ — Ja miałbym ich nienawidzić?! Przecież wczoraj wieczorem obciągnąłem jednemu druta!". Fortuyna dało się uciszyć kulą strzeloną mu w łeb przez „ekologa", lecz nie dało się wyciszyć wewnątrzsalonowej kontuzji. Wszystko zaczęło się biedakom terminologicznie mieszać: „faszysta" + „rasista" + „gej" + wielbiciel Arabów — trochę tego było za dużo. Owszem, są terminy nieprecyzyjne, choćby słowa „liberał" czy „liberalizm", które w ustach różnych ideologów w różnych miejscach świata znaczą coś zupełnie innego (wręcz przeciwstawnego), albo słowo „różowi", którym wschodnioeuropejczycy nazywają niezupełnie czerwoną, lewicowo-liberalną, salonową orientację, gdy Zachód zwie tak pedałów. Ale słowo „geje" i słowo „faszyści" były wszędzie klarownie jasne — dla każdego „Salonu" to były ekstrema, dwa bieguny. Jednak przestały być — „geje" okazali się „faszystami" i vice versa:

Przypadek Fortuyna można dziś określić jako drobiazg, pestkę. Wydarzyły się ważniejsze rzeczy. Choćby takie, jak powstanie silnych antysemickich organizacji pederastów: Geje Przeciwko Semityzmowi, Korpus Aryjskiego Oporu, Gejowska Rasa Białych Panów, etc., lejące Żydów czym popadnie. Internet pęka dziś od takich stron. Kosmopolityczny „Salon" zgłupiał, zaczęły go rozdzierać spory i pytania bardzo „niepoprawne politycznie": dlaczego, u diabła, bronimy pedałów?! Koniec z poparciem dla tych świń, które walą swoim dobroczyńcom nóż w plecy! Rytualny „coup de grace" (dobijający „cios miłosierdzia" sztyletem — aż się prosi, by rzec: cios „tolerancji") wymierzyło „Salonowi" sztandarowe pismo anglosaskich homoseksualistów, „Attitude" (lipiec 2004), piórem czołowej figury „ruchów gejowskich", J. Hariego, który wielostronicowym artykułem udowodnił, że prawie wszystkie (z wyjątkiem jednej) organizacje faszystowskie globu (partie, stowarzyszenia, grupy neohitlerowskie, grupy skinheadów, itp.) są dowodzone przez gejów i w dużym stopniu składają się z gejów! Pedryle uwielbiają faszyzm! Dla „Salonu" to jest niewyobrażalny szok. „Ręka w nocniku" par excellence!

Hari zaczął od przypomnienia rzeczy dobrze znanych histo­rykom. Mianowicie od przypomnienia faktu, iż ruch nazistowski w III Rzeszy był bardzo mocno przesiąknięty homoseksualizmem. Faraon tego nurtu pedalskiego, szef SA, E. Röhm, polecał starogrecki zwyczaj wysyłania do boju par homoseksualistów, gdyż uważano w Antyku, że pedalskie tandemy najzacieklej walczą (głośnych Termopili broniło 300 Spartan, czyli 150 par pederastów) i — co przedkłada historyk L. Snyder — „marzył o porządku społecznym z homoseksualizmem traktowanym jako chlubny wzorzec ludzkich zachowań". Hitler później wykończył Röhma i mordował homoseksualistów, by uciszyć ciągłe pogłoski i spekulacje na temat własnego homoseksualizmu (miał być „ chłoptasiem Röhma", a znaleźli się też świadkowie jego młodzieńczych stosunków z płcią własną). Hari detalicznie przypomniał całe to nazistowskie „gejstapo", zacytował wypowiedzi różnych znanych gejów (m.in. Szefa Korpusu Aryjskiego Oporu, W. Powersa: „ — Zawsze wiedziałem, że faszyzm i homoseksualizm są tożsame. Nie widzę żadnego konfliktu między jednym a drugim. To opanowana przez Żydów światowa prasa próbuje nam wmówić, ze jest inaczej" i podsumował krótko: „Paradoksalnie prawda jest taka, że homoseksualiści znajdowali się w centrum wszelkich ruchów faszystowskich, jakie narodziły się kiedykolwiek, nie wyłączając Trzeciej Rzeszy i nazistów. Z wyjątkiem Jean-Marie Le Pena — wszyscy najbardziej znani faszyści europejscy ostatnich trzydziestu lat (Edouard Pfeiffer, Neil Griffin, Jörg Heider, Pim Fortuyn i in.), neonaziści (Michael Kuhnen i in.), skini (Nicky Crane i in. ) byli i są gejami!".

„Salon" światowy wciąż nie może otrząsnąć się z tego szoku. Tymczasem „Salon" polski „rżnie głupa" i siedzi cicho. Kiedy latem tego roku (2004) organizowano w Krakowie szumną paradę homosów, nasz „Salon" nie znał jeszcze tekstu Hariego, więc salonowe ikony, mistrz Cz. Miłosz oraz mistrzyni W. Szymborska, mogły głośno poprzeć zboczeńców, co mi przypomniało Goethe'owskie słowa Mefistofelesa:

„I wiedzę swoją opierają mistrze

Na obracaniu niskiego w najwyższe"*.

* — Tłum. F. Konopka.

Wiadomo wszakże, iż to obracanie pedalstwa w górnolotność przez noblistów nie wzbudziło aplauzu u wszystkich koryfeuszy (faryzeuszy) „Salonu" nadwiślańskiego — „Salon" się podzielił wobec pedalstwa na dwie frakcje. Pytanie, co teraz zrobi: będzie popierał tylko „żeńską" frakcję pedałów (tzw. „cioty"), a zwalczał „męską" (gejowskich faszystów i skinów)?

Wobec „sztuki alternatywnej" vel „awangardowej" dzisiej­sze „Salony" również jednomyślne nie są. Fakt, że to lewicowy „Salon" jako całość („ludzie postępu", „ludzie światli", etc.) wypromował w całym obszarze zachodniej kultury zdegenerowaną karykaturę sztuki, patologię sztuki — pseudosztukę. J. Waliszewska: „Dziś to właśnie z tzw. salonów płynie inspiracja do nieustannego festiwalu skandali, bluźnierstw, «obalania tabu» i wszelakiego typu wygłupów". Bogaci pseudointeligenci, pragnący należeć do salonowej elity, płacą za te „wygłupy" bajońskie sumy, i są dumni, że kupują ultranowoczesną „antysztukę". Kupują, bo tak każe „polityczna poprawność". Nie rozumieją, że —jak słusznie mówi reżyser A. Konczałowski — „Przyzwoiciej byłoby odbijać się lewą nogą do skoku wzwyż, niż malować coś lewą nogą na płótnie i później to drogo sprzedawać ".

W książce o kłamcach ten temat ma prawo zaistnieć pośród koronnych dowodów, gdyż estetyczne grafomaństwo, któremu lewicowe „Salony" przyznały miano sztuki, dowodzi naocznie, że nie jest to twórczość autentyczna, lecz szarlataneria będąca intelektualnym-wizualnym-plastycznym humbugiem — czyli oszustwem tout court. Francuski filozof, J. Baudrillard, wydał kilka lat temu książkę pt. „Le complot de 1'art" („Spisek sztuki"), której główna teza i konkluzja brzmi tak: „Sztuka współczesna jest niczym innym jak wielkim oszustwem — oszustwem praktykowanym na skalę masową". 

Bazą nakręcającą i alibijną tego oszustwa stała się pupilka „Salonu", wszechtolerancja, co zresztą prorokował już kilkadziesiąt lat temu sam Picasso, mówiąc:

„ — Sztukę współczesną zepchnie do kresu przyzwolenie absolutne. Będzie to sztuka wyzbyta smaku i sensu, zero". 

Jest to rzeczywiście zero. G. Sello (znany krytyk niemiecki): W galeriach i muzeach walają się przedmioty zwane sztuką wyłącznie dlatego, ze znajdują się tutaj, a nie gdzie indziej". A znajdują się tam dlatego, że to „Salon" jest rozprowadzającym — on obsadza swoimi członkami stanowiska szefów galerii i muzeów (jak choćby w warszawskiej Zachęcie osławioną panią A. Rottenberg, której miłość do „anty sztuki" spowodowała parę publicznych skandali) lub terroryzuje szefów kastetem „tolerancji" i pałką „poprawności politycznej".

Przemianę sztuki w „anty sztukę" F. Illies wykpił jako przemianę czystej wody w kiepskie wino, dając za przykład twórczość bożka pop-artu, A. Warhola: „ Warhol przemienił wodę w wino. Dobrze, nie był pierwszy, lecz drugie miejsce to też coś. Namalować puszkę zupy czterdzieści lat po Duchampie nie było żadną rewolucją, znaczyło tylko: stosować mechanizm produkcji zupy do produkcji obrazów. Tak więc zupę przemienił w malowidło, malowidło w dolary, a dolary w wino kalifornijskie, sprzedawane dziś z jego etykietką". Lecz Warhol — cokolwiek o nim sądzić — byt artystą wobec późniejszych producentów bohomazów, „instalacji", „performances" i wszelakich happeningowych dezynwoltur, mianowanych sztuką przez „Salon". J. Clair (dyrektor dwóch francuskich muzeów sztuki współczesnej): „Dzisiejsza awangarda jest destrukcją, a świat jest pełen pseudoartystów, dla których wszystko jest sztuką". A. Romano (brazylijski poeta i krytyk): „Dzisiaj sztuką jest wszystko, co się komuś zechce za sztukę uznać. Polityka rozliczyła się już z szarlatanerią marksizmu, czas więc, by sztuka zrobiła to samo w stosunku do królującej dziś pseudoawangardy. Ale nikt nie chce tego robić serio. Ze strachu".

Ja przełamałem swój strach trzydzieści dwa lata temu (1976), publikując duży (tłumaczony na kilkanaście języków, od USA po Japonię) esej „Quo vadis ars?" („Dokąd zmierzasz sztuko?"), w którym wydrwiłem i wychłostałem pseudotwórczość, zwąc ją (na bazie mnóstwa przykładów) „patologią sztuki". Ale mnie było łatwo, ponieważ nigdy nie należałem do żadnego „Salonu", żadnej koterii środowiskowej, żadnego twórczego stowarzyszenia — wyłącznie do siebie i do paru kobiet (też nieśrodowiskowych), c'est tout. Członkom inteligenckiego „Salonu" było trudniej się buntować, bo tam panuje restrykcyjna dyscyplina towarzyska, która nie wybacza niezależności, nielojalności, wątpliwości. A poza tym wstyd okazać się człowiekiem niekulturalnym — nierozumiejącym „sztuki współczesnej" (G. Herling-Grudziński:

„ — Dzisiaj jest już taki terror nowoczesnej sztuki, iż bardzo wiele osób wstydzi się powiedzieć, ze «król jest nagi», że to, na co patrzą, to jest bzdura").

Ale wszystko ma swoje granice — nawet skurwienie czy też strach. Członek „Salonu" nowojorskiego idzie do Centrum Sztuki Współczesnej (gdzie widzi „Szczynowego Chrystusa" mistrza A. Serrano, tudzież „NMPannę" ulepioną z ekskrementów) lub do Sonnabend Gallery (gdzie widzi głośnego „artystę", V. Acconiego, stojącego na pudle i masturbującego się; Acconi masturbował się tak trzy miesiące, po czym zszedł z pudła, więc „dzieło" funkcjonować przestało) — i trafia go szlag. Belgijski członek „Salonu" idzie (obowiązkowo) na brukselską inscenizację „Tannhausera" Wagnera (gdzie widzi masturbującą się gołą damę w ciąży); szwajcarski na zurychską wersję spektaklu „Attambi" (gdzie widzi reżysera kąpiącego się w wannie pełnej ekskrementów); niemiecki na berlińskie operowe przedstawienie „Uprowadzenia z seraju" Mozarta w Komische Oper (gdzie widzi aktorkę obsikującą śpiewaków, sadomasochizm, gwałt, orgię seksualną tudzież scenę ucinania brodawek sutkowych, które tryskają juchą) — i trafia ich szlag. Polski członek „Salonu" idzie (obowiązkowo) do nadbałtyckiej galerii (gdzie widzi penis przybity przez „artystkę" D. Nieznalską do krzyża, a la Golgota) — i trafia go szlag. Et cetera, et cetera — można dać setki przykładów. Wspomniany szlag niektórych wrażliwców sprawia, że „ Salon " zaczyna pękać od środka, jeśli chodzi o oceny głośnych „dzieł sztuki" — sztuki „politycznie poprawnej" (bluźnierczej itp.). Wszystko ma swoje granice, nawet programowa „tolerancja" — gdy człowieka „zalewa krew" przez taką tfurczość, vulgo: gdy się on (choćby po gojowsku) wkurza. Salonowa sztama doznaje wtedy uszczerbku.

Jeszcze skuteczniej kruszą sztamę lewicowych „Salonów" głośne publiczne kompromitacje salonowych autorytetów od „awan­gardowej sztuki". Gdy w Niemczech krytycy, historycy sztuki, koneserzy, słowem: eksperci, przez prawie miesiąc wynoszą pod niebiosa ekspozycję „dzieł nowoodkrytej, genialnej Japonki", a później organizator ekspozycji (marszand B. H. Feddersen) ujawnia, że wszystkie te obrazy namalowała szympansica Berbelchen z frankfurckiego ZOO — to opiniotwórcza renoma „Salonu" się wali. Lub inny casus: gdy podczas otwarcia bostońskiego Muzeum Sztuki Współczesnej gromada ekspertów stała wianuszkiem wokół dużej „instalacji" z rur i desek, licytując się peanami gloryfikującymi „wspaniałe dzieło" — nadbiegł dyrektor i przeprosił, że robotnicy nie zdążyli usunąć murarskiego rusz­towania. Za każdym takim razem „Salon" cierpi męki wstydu. I wówczas pojawiają się odszczepieńcy — członkowie „Salonu", którzy mają tego farmazoństwa dość.

Takie, jak wyżej przytoczone, kompromitacje salonowych au­torytetów, nie tyczą zresztą jedynie sztuki, lecz wszystkich dziedzin kultury oraz sfery filozoficznej, socjologicznej, astrofizycznej itp. — każdej. Symbolem może tu być artykuł głośnego fizyka, A. Sokala, „Transgresja granic; ku transformatywnej hermeneutyce kwantowej grawitacji". Opublikowany w prestiżowym periodyku „Social Text" (1996), elitarnym piśmie salonowych intelektualistów — wywołał uczone polemiki i (przede wszystkim) grad zachwytów ze strony koryfeuszy „Salonu". Wówczas Sokal ujawnił, że zrobił sobie żart, i że cały tekst jest jedną wielką bzdurą, pozbawioną jakiegokolwiek sensu, a pełną mętnych, głupich, „politycznie poprawnych", na chybił trafił sklejonych cytatów z bredni wypisywanych przez współczesnych francuskich i anglosaskich filozofów, intelektualistów, przedstawicieli nauk ścisłych i humanistycznych, słowem: mędrców „Salonu" światowego. Później Sokal i J. Bricmont wydali książkę szyderczo rozliczającą „mętniactwo" współczesnej salonowej myśli intelektualnej. Komentując ten casus, M. Iłowiecki wykpił (sierpień 2004) „cmokanie opiniotwórczych salonów" nad pseudointelektualnym lub pseudonaukowym „mętniactwem"', i dodał:

„Mętniactwo to nie tylko żargon pseudonaukowy czy pseudointelektualny w ogóle, to nie tylko nadużywanie pojęć i przeróżnych chwytów, ale przede wszystkim przykrywanie zasłoną słów rzeczywistych dylematów i sprzeczności. Po to, byśmy nie wie­dzieli co wybrać, co wspierać, co potępiać, i byśmy słuchali w tym zakresie tych, którzy wiedzą lepiej — i byli od nich uzależnieni". Niejednego salonowca skandale w rodzaju „numeru" Sokala zmuszają do zastanowienia się, czy czasem nie jest uzależniony od farmazonów.

Również feministki, kiedy zbyt często „przeginają pałę" (jak choćby „siostrzyca" K. Dunin i jej koleżanki na łamach „Wysokich Obcasów", dodatku „Gazety Wyborczej") — budzą złość lub strach niejednego członka „Salonu”. Chociaż taki członek całym sercem jest za „tolerancją” i za „polityczną poprawnością" — to jednak wolałby, żeby jego żona, córka bądź wnuczka nie prowadziły się kiej te prostytutki, czyli jak nauczała prababcia dzisiejszego feminizmu, bolszewiczka z ferajny leninowskiej, towarzyszka A. Kołłontaj, autorka pysznej „Autobiografii seksualnie wyzwolonej komunistki", gdzie czytamy, że tradycyjną moralność i małżeństwo wymyślili mężczyźni, by zrobić kobietę niewolnicą, a wyzwolenie kobiety to wyzwolenie damskiego ciała z wszelkich zakazów i rżnięcie się („zgodnie z własną naturą" — sic!) gdzie popadnie, tudzież jak popadnie, z każdym. Ergo: „Róbta co chceta i z kim chceta!" nie jest ulubioną dewizą każdego członka „Salonu".

*   *   *

Oczywiście, wśród „Salonu”grzechów głównych — grzechem najgłówniejszym jest wielopalczasty (promocyjny, dyskryminacyjny, cenzuralny, opiniotwórczy, modotwórczy, również Noblotwórczy) terror kulturowy stosowany bezwzględnie i umiejętnie przez „Salon". Lecz to zbyt rozległy „temat sam w sobie", więc trzeba dać mu własną, kolejną (ostatnią już) część książki.

 

3

 

Część   VI

DYKTAT KULTUROWY „SALONU"

1. „Terroryzm intelektualny"

W roku 1992 prof. T. Strzembosz pisał: „Dzieje się wiele rzeczy gorszących, lecz najbardziej alarmujące są procesy zachodzące w środowiskach opiniotwórczych (...) Zatrucie niesprawiedliwością, kłamstwem, tajeniem prawdy o ludziach, dziełach i sprawach...". Miał na myśli ówczesną kulturową dyktaturę różowego „Salonu", czyli terror „rodzimych intelektualnych mułłów od politycznej poprawności" (jak ich określa pisarz-publicysta-satyryk M. Wolski — palce lizać!), tych „warszawkowo-krakówkowych" macherów, co autorytarnie narzucają kryteria smaku literackiego, filmowego, scenicznego, muzycznego bądź estetycznego, sterują opinią publiczną w zakresie wartości hierarchicznych, lansują sezonowe mody i wzorce, promują wedle reguły „sami swoi — samym swoim", negują wedle „wrogom precz!", etc. Jest to zresztą repertuar wszystkich lewicowych „Salonów" globu, i tam, na Zachodzie, krytycy tej mafijności zwą ją „lewicowym terroryzmem intelektualnym", ale ja wolę słowo: dyktat.

J. F. Revel („Le Figaro Litteraire", 2000): „Lewicowy terroryzm intelektualny to sposoby, jakimi posługują się ludzie, którzy bardzo dobrze wiedzą, że nie mają racji. Posługują się tymi sposobami dla własnych korzyści, dla obrony swoich interesów i dla blokowania zarzutów pod swoim adresem. Ich metody są brudne, ale oni innych metod nie znają. Te metody wypracował przed laty bolszewizm, za sprawą Lenina, który był wielkim terrorystą intelektualnym".

Owe metody służą gnojeniu przeciwników „Salonu". Co prawda bolszewizm — Lenin i Stalin — preferowali „terroryzm intelektualny" polegający na eliminacji fizycznej, lecz później ta metoda przeszła do lamusa. W książce „Pajęczyna" (1992) by­ły oficer SB, Adam G., zwierza się jej autorom (B. Stanisławczyk i D. Wilczak): „ — Zgnoić przeciwnika było lepiej niż go zabić. Zamordowany mógł się stać męczennikiem. Zgnojony był już nieszkodliwy". Identycznie rozumuje „Salon", lecz salonowe metody terroru służą nie tylko gnojeniu przeciwników — służą również łamaniu „wolnych strzelców", by zechcieli się oni zaprząc do rydwanu salonowego, gdzie będzie można ich głaskać, dając cukier. Wybitny peruwiański pisarz, M. Vargas Llosa, ujął to chłodno, bez piany (2004): „ — Na autora, który nie myśli kolektywnie — socjalistycznie, kosmopolitycznie lub przynajmniej «postępowo» — szybko zaczyna się kręcić nosem. Taki pisarz bardzo szkodzi swojej karierze, gdyż kulturowy establishment ma poglądy lewicowe, więc tych, którzy ich nie podzielają, czeka kara. Stąd wielu moich kolegów opowiada się po stronie salonowej lewicy, jedni ze strachu, inni z oportunizmu, dla wygody".

Cztery lata temu (1999/2000) ukazało się we Francji dzieło J. Sévillii „Le terrorisme intellectuel" („Terroryzm intelektualny"), analizujące i komentujące historię francuskiego lewicowego Salonu Wpływu. Na pierwszej stronie autor zapowiada temat wersami, które idealnie pasują do polskiego lewicowego Salonu Wpływu, jeśli tylko Paryż będziemy rozumieli jako Kraków i Warszawę (zwłaszcza Warszawę). A więc zapowiada, że powie „wszystko co trzeba powiedzieć o tych kilkudziesięciu figurach, które w Paryżu nadają opiniotwórczy kierunek plus ton, i narzucają swoją własną prawdę metodą odbierania przeciwnikom wiarygodności, często przy użyciu oszczerstw typu «rasista» albo «faszysta», będących ulubionym słownictwem intelektualnego terroru. Ci ludzie panują nad mediami, nad opinią publiczną, nad całym życiem kulturalnym, mimo że fakty nie­jednokrotnie zadawały im kłam, a rzeczywistość nie chciała przyznać racji ich werdyktom tudzież ich obelgom (...) Doprowadzili oni do perfekcji metodę diabolicznego wykręcania kota ogonem, jak choćby wtedy, gdy świętoszkowato przeciwstawiają się usuwaniu ludzi poza nawias, a sami rzucają klątwy na myślących inaczej, i wtedy, gdy reklamują tolerancję, mimo ze sa­mi przejawiają skrajną nietolerancyjność ". Z tym (jakże celnym) oskarżeniem „Salonu" idealnie współbrzmią słowa Jana Pawła II: „ — Wbrew pozorom, praw sumienia trzeba bronić także i dzisiaj. Pod hasłami tolerancji, w życiu publicznym i w środkach masowego przekazu szerzy się bowiem coraz większa nietolerancja".

Stawiano już nad Wisłą pytanie: czy można skutecznie się przeciwstawić salonowemu dyktatowi nietolerancji noszącej szaty tolerancji? A. Waśko (1995) uzależniał możliwość „w głównej mierze od tego, czy ludzie myślący w Polsce przejrzą na oczy i uzmysłowią sobie przerażającą po prostu nicość podwiąza­nego do mafijnych układów ekonomicznych świata polityki, kul­tury i mediów. Świata urabiającego nasz język, sposób myślenia i normy «politycznie poprawnych» zachowań, tak abyśmy ani przez chwilę nie mieli szansy przetrzeć oczu i zobaczyć, że wszystko jest inaczej (...) Tak jak od dwustu lat za granicą legiony Diderotów (opłacanych przez ambasadę Jej Cesarskiej Wysokości) opowiadają światu o tym, jacy to my Polacy jesteśmy prymitywni, anarchiczni i nietolerancyjni — tak i na rynku wewnętrznym utworzyła się już klasa mówców i słuchaczy rozdzierających wspólnie szaty nad naszym opłakanym charakterem narodowym. Ci wspaniali arystokraci ducha (któżby nie chciał do nich należeć!) heroicznie niosą na sobie ciężkie brzemię wychowania polskiego ludu w duchu wiary, że wartości są względne, chrześcijaństwo to klerykalizm, rzeczywistość jest niczym, a liczą się tylko fantomy rozumu".

Krytykując rodzimy „Salon", Waśko słusznie podkreślił, że ta grająca „duchową arystokrację" żandarmeria kulturowo-opiniotwórcza to „elita wychowana na tygodniku «Polityka» i na «Tygodniku Powszechnym»". Co jest konstatacją oczywistą, dokonywaną wielokrotnie. R. W. Matuszak piętnował „Salon" jako klasyczny gang, posiadający korzenie w PRL-u i typowo mafijną, lewicową mentalność, pisząc: „Krzykliwa, wręcz rządząca i terroryzująca polskie życie kulturalne grupa ludzi «Gazety Wyborczej» i Unii Wolności (...) Grupa «lewicowych demokratów», którzy już, w drugim i trzecim pokoleniu sprawują rząd dusz w mediach i w sferze kultury". 

Ten sam aspekt wielopokoleniowości (spuścizny pokoleniowej) uwypuklała L. Wójcik:

„Robią to dzieci, a może już wnuki autorów hymnów do Stalina, dzieci stalinowskich oficerów. Mają własne gazety, wydawnictwa, a więc własne narzędzia kształtujące opinię publiczną". P. Skórzyński: „ Wielu byłych inżynierów dusz zabiera głos i w pełni korzysta ze społecznej pozycji, którą uzyskali dzięki «władzy ludowej». Zapełniają oni łamy wysokonakładowej prasy, są stałymi gośćmi programów telewizyjnych, penią rolę kulturalno-ideowego establishmentu ".

Ta salonowa wielopokoleniowość terrorystów i reaktywowanie żywych upiorów komunizmu jako „inżynierów dusz" — to problem nie tylko nasz. „Salony" zachodnie (włoski, francuski etc.) przerabiają gry identyczne. J. F. Revel, gdy go zapytano o „terroryzm intelektualny" we Francji, powiedział: „ — Nie jestem zwolennikiem określenia «terroryzm intelektualny». Czymś ważniejszym niż ów salonowy terror jest zrozumienie z jakich powodów ludzie, którzy go uprawiają, mają takie, a nie inne przekonania. Czy wyciągnęli nauczkę z doświadczenia? Nie. Jesteśmy świadkami odmowy przyjęcia do świadomości tego, co wykazała historia (...) Jeśli się dyskredytuje Stephane'a Courtois i obrzuca błotem jego «Czarną księgę komunizmu», to dlatego, że on tam podkreśla, iż mnóstwo autorów podręczni­ków szkolnych, intelektualistów, artystów, dzisiejszych «moralnych autorytetów» —popierało zbrodniczy reżim. Im nie jest miło to słyszeć. Inaczej zareagowano na książkę Francois Fureta «Le passe d'une illusion» («Przeszłość pewnej iluzji») Mówienie o komunizmie jako o iluzji, zwłaszcza jeśli uchodzi ona za szlachetną, dużo łatwiej znieść niż wytykanie zbrodniczości komunizmu".

Wkraczamy tu znowu na niezwykle istotne (analizowane już przeze mnie w rozdziałach wcześniejszych) pole semantyczne „poprawności politycznej" lansowanej przez „Salon". Ów językowy terroryzm żongluje terminami. „Iluzja" brzmi lepiej niż „dyktatura proletariatu" czyli aparatczykowska zbrodnia, podobnie jak choćby „społeczeństwo otwarte" brzmi lepiej niż „internacjonalizm", który promowano za komunizmu, bądź salonowy „kosmopolityzm", oparty nie tylko na wrodzonym kosmopolityzmie Żydów, lecz i na takich gojowskich heroldach ko­smopolityzmu jak Miłosz czy Gombrowicz (patrz rozdział 3 czę­ści III — „Pieski przydrożne"). Miłosz był mniej poręczną iko­ną apatriotyzmu, bo chociaż nieustannie opluwał Polskę i polskość, lecz deklarował patriotyczne przywiązanie do litewskości i do Litwy. Tymczasem Gombrowicz był kosmopolitycznie nienaganny, więc stał się biblią dla koryfeuszy „Salonu" — tak pod względem apatriotyczności, jak i pod względem estetyki formal­nej, czysto literackiej. Nawet dla tych, którzy ze znajomością li­teratury polskiej i światowej byli bardzo na bakier i pletli o niej czyste bzdury, nieodmiennie wypowiadane autorytatywnym to­nem superznawców, gdyż terror kulturalny pewności osądu wymaga. Exemplum J. Kuroń. Pisarz W. Woroszylski, eks-stalinista, a późniejszy prydupas „lewicy laickiej" (czyli michnikowskiego „Salonu"), wyznał dekadę temu (1995): „ — Ja się boję Jacka Kuronia... Przebywałem jak inni w obrębie Jackowego magnetyzmu, ale raz po raz zdarzało mi się zżymać na prymitywizm jego wypowiedzi o czymś, na czym się nie znał, na przykład o książkach i filmach, połączony z lekceważeniem okazywanym upodobaniom odmiennym od własnych i z demagogicz­nym ustawianiem sobie mniemających inaczej do łatwego wyśmiania".

Do łatwego wyśmiania jest każdy przeciwnik, który uwiera, czego smacznym przykładem rozpisana przez komuszą „Politykę" ankieta „Zdobywamy szczyty chamstwa" (1993). Wyniki „sondażu" opublikowano triumfalnie — we wszystkich katego­riach parlamentarnego chamstwa zwyciężył prawicowiec J. Kaczyński: „ Walkę o tytuł najbardziej brutalnego polityka Trzeciej RP wygrał w naszej ankiecie bezapelacyjnie Jarosław Kaczyński"; „Wśród najgorzej wychowanych polityków («złota spluwaczka») zwyciężył Jarosław Kaczyński", itd. Przy okazji „Polityka" zaprezentowała również ludzi godnych szacunku, lu­dzi fair: „Dość już jednak czarnej listy, pora na najlepiej wychowanych, dżentelmenów Sejmu i Senatu (...) Oto LISTA DŻENTELMENÓW parlamentu: złoty medal Bronisław Geremek; srebrny — Krzysztof Skubiszewski; brązowy — Ryszard Bugaj i Józef Oleksy ex aeąuo; a następnie pp. Frasyniuk, Bu­jak, Kozłowski, Kuratowska, Kwaśniewski, Kuroń, Suchocka, Pawlak, Mazowiecki i Ziółkowska". Ergo: „sami swoi". Jako zwieńczenie elity dżentelmenów (i dżentelmenek) redakcja wymieniła „osoby z klasą, które w Sejmie i Senacie nie zasiadają: Ewa Łętowska, ksiądz Tischner, Leszek Balcerowicz i Adam Michnik", solidarnie nie bacząc na neurotyczne michnikowskie napady szału i bluzgi (zaś J. Tischner nie był tu żadnym listkiem figowym ankiety, gdyż tak jak T. Mazowiecki za PRL-u — tak w III RP Tischner grał rolę głównego katolickiego sprzymierzeńca „lewicy laickiej", będąc pupilkiem, agentem i apologetą „Salonu", czyli okołosalonowym kościelnym „pożytecznym idiotą", lansowanym przez różowe i czerwone media nieustannie; już w 1995 A. Waśko pytał a propos terroryzmu salonowego: „Jak długo jeszcze ksiądz Tischner będzie występował w publicznej dyskusji tych elit w roli ultimatywnego autorytetu?").

Współpraca pism „postkomunistycznych" (na czele z „Polityką") i różowych (na czele z „Gazetą Wyborczą") to od piętnastu lat sojusz stanowiący medialną bazę polskiego „ intelektualnego terroryzmu" (do czego dochodzi siła telewizji, której wszystkie stacje mają czerwono-różową salonową proweniencję tudzież obsadę, i to się nie zmieni nawet wówczas, jeśli przyszłe wybory parlamentarne wygra PO, gdyż duża część członków Platformy Obywatelskiej wywodzi się z Unii Wolności, partii geremkowsko-michnikowskiej). Antysalonowy i wskutek tego gnębiony ostro przez „Salon" pisarz K. Kąkolewski: „Potężny jest sojusz pism takich jak «Polityka», «Wiadomości Kulturalne», «Przegląd Tygodniowy», «Gazeta Wyborcza», «Wprost», «Nie», które nagonkami starają się usunąć z rynku pisarzy nie myślących według nakazów lewicowych stereotypów".

Królową prasy prywiślińskiej od piętnastu lat pozostaje „GW" Michnika — ambona, estrada, tuba i „bejsbol" (kij) różowego „Salonu". Choć może „bejsbol" brzmi zbyt anglosasko — lepiej metaforyzować jej siłę represyjną jakimiś innymi drągami: mega-marchwią lub mega-ogórkiem. Gdyż „Gazeta Wyborcza" posiada wszystkie cechy warzyw i owoców wyhodowanych przez I. W. Miczurina, wśród których była i metrowej długości marchew, i ogórek, na którym dało się nosić, niczym na koromyśle, dwa wiadra z cieczą. Jedno wiadro z cieczą różową, drugie z cieczą czerwoną (exemplum głośny „plan Michnika-Cimoszewicza" — projekt zawiązania formalnej różowo-czerwonej spół­ki do sprawowania rządów). Można to, rzecz jasna, obśmiewać, opluwać, krytykować, płakać, jęczeć i zrzędzić, można wylewać wiadra słów przeciwko temu konszachtowi terrorystów-tolerastów i sierpomłotów — a różowo-czerwona karawana triumfalnie je­dzie dalej. Niech cię nie zmylą, szanowny Czytelniku, rozliczne kontrsalonowe piski. Fakt, że cytuję tak wiele głosów demaskujących „terroryzm intelektualny" gangu michnikowskiego — owej prawdziwej „grupy trzymającej władzę" — wcale, niestety, nie oznacza, że medialne sztuczki „Salonu", zmierzające do elimi­nowania adwersarzy i do wybielania jego reputacji, są tylko łata­niem dziur w tamie, która już została przerwana. Jest na odwrót, wszystkie te głosy bowiem (jak też i większość kontrsalonowych głosów, które cytuję pisząc niniejszą książkę) pochodzą z anty­komunistycznych gazet lub czasopism tzw. „niszowych" (ergo: niskonakładowych, mających wąskie grona odbiorców — konserwatystów, prawicowców itp.), a nadto siłę „Salonu" coraz to wzmacniają dezerterzy z obozu przeciwnego!

„Kolaboracja" jest brzydkim słowem. Formalnie oznacza współpracę, lecz słowo „współpraca" nie ma automatycznej konotacji ze znaczeniem pejoratywnym, gdy słowo „kolaboracja" samo przez się pachnie brzydko. Dlaczego nawet ludzie niechętni „Salonowi" zasilają jego szeregi? Tak jak mówił Vargas Llosa — intelektualiści (twórcy) tudzież inteligenci (wykształceni), którzy stali się kolaborantami lewicowego „Salonu", uczynili to wskutek oportunizmu (by dobrze zarabiać) lub wskutek strachu (by nie dostać się pod obuch „terroru intelektualnego"), bądź wskutek tych dwóch przyczyn razem. Niektórzy próbują przechytrzyć „Salon" markowaniem kolaboracji. J. Sévillia („Le terrorisme intellectuel"): „Tchórzostwo sprawia, że drżą z obawy, iż nie będą się podobać salonowym dyktatorom-opiniotwórcom. Wyobrażają sobie, że przyjmując z lekkimi, łagodzącymi modyfikacjami, język «Salonu», wygrają swoją grę dzięki mimikrze parakolaboranckiej". Ale różowy „Salon" jest na to zbyt mądry — żąda hołdów i pełnego wtórowania, lub przynajmniej postawy „morda w kubeł", czyli milczenia grobowego.

Hołdy bywają pisemne (drukowane), ale mogą też być wido­wiskowo publiczne (spektakularne). Wzór takiego hołdu klasy super dał wieloletni szef dziennika „Życie", uchodzący za prawicowca (według jednych) bądź centroprawicowego liberała (według drugich) — T. Wołek. Panu Wołkowi, jako lizydupowi michnikowszczyzny, wystawił swego czasu miażdżącą opinię S. Remuszko, pisząc, iż Wołek to człowiek „solidarnie kryjący kłam­stwa «Gazety Wyborczej»" (chodziło o solidarność między Wołkiem a „Salonem"). Notabene — Remuszko oddał przeciw Wołkowi sprawę do sądu i proces wygrał. Lecz Wołek wygrał dużo więcej, swym hiperspektakularnym hołdem przed dużo większą niż sądowa widownią — gdy w telewizyjnym studiu wyborczym (lata 90-e), na oczach milionów telewidzów, zawiesił się Michnikowi u szyi, krzycząc jakim to on jest przyjacielem i wielbicie­lem „Adasia". Powiedzieć, że było to niesmaczne, bliskie ekshibicjonizmu i pełne serwilizmu — znaczy powiedzieć mało.

A cóż można rzec o szefie antykomunistycznego tygodnika „Gazeta Polska", P. Wierzbickim? „GP" przez prawie całą ostatnią dekadę stulecia XX walczyła z „GW" na noże, chłoszcząc bezpardonowo Unię Demokratyczną, Unię Wolności, J. Kuronia, B. Geremka i inne gwiazdy „Salonu" (zwłaszcza zaś ostro A. Michnika), by raptownie zmięknąć i ku osłupieniu swoich czytelników zacząć kadzić Michnikowi, a „Gazecie Wyborczej" wchodzić, jak to mówią, bez wazeliny do odbytu. Cóż spowodowało tak radykalną (o 180 stopni!) zmianę stanowiska? Szepcze się, że spowodowały to „haki" (wcześniej wykryto w zarządzie „GP" faceta, który był TW), ale szepcze się również, że nie żadne „haki", tylko Wierzbicki zrozumiał, iż „Salon" jest siłą nie do pokonania, więc lepiej być z nią niż przeciwko. Zaczął wychwalać Michnika („śmiały polityczny wizjoner" itp.), i dzisiaj nie uświadczysz w „GP" jednego, już nie złego, lecz choćby dwuznacznego słowa o Michniku, a sam Wierzbicki publikuje także w „GW" (!), gdzie został łaskawie przyjęty jako skruszony-wybaczony. Wielu dziennikarzy nie musi się tak upadlać, bo już dawno zrozumieli kto tu tasuje i rozdaje karty, wskutek czego nigdy nie zadzierali z „Salonem" i z Michnikiem. Boją się na­wet tego, czego sami nie drukują. Gdy R. A. Ziemkiewicz wydał książkę „Polactwo" (2004), gdzie Michnik trochę obrywa — przerażony „Newsweek" (przerażony, bo Ziemkiewicz jest tam publicystą) bezzwłocznie odciął się od swego pracownika tekstem broniącym świętego (nietykalnego) guru, tekstem spod pió­ra P. Bratkowskiego, który w „Newsweeku" pilnie strzeże „poprawności politycznej" jako recenzent. Vulgo: jako jeden ze współudziałowców strachu i prosalonowego serwilizmu, którzy ułatwiają „Salonowi" to, co Sevillia zwie „intelektualnym terroryzmem", a Łysiak dyktatem kulturowym.

Dyktat jest realizowany za pomocą różnych narzędzi i metod; o nich dalej:

 

2. „No pasaran!"

D. Barry przedstawił tego roku (2004) na łamach prasy zachodniej swoją teorię „Paliatywu Ukrytych Pośladków" (PUP), wywiedzioną w oparciu o „służbowe badania tłumu plażowego", i tak konkludował: „Stwierdzam, że statystycznie od 100% do 115% pań mających wiek średni lub bardziej niż średni stosuje systemy osłony brzydkich pośladków takie jak ręcznik, sarong czy niewychodzenie z plażowego kosza". „Paliatyw".

 to środek uśmierzający ból, nie usuwający wszelako przyczyny dolegliwości. Otóż „Salon" nie może usunąć (zupełnie wygłuszyć) krytyki pod swoim adresem, gdyż nie może fizycznie zlikwidować ani krytyków („krytykantów", wedle nowomowy PRL-u), ani niezależnych wydawnictw (choćby i „niszowych"), które tę krytykę drukują. Pozostaje stosowanie tarczy ochronnej, która amortyzuje kopniaki wymierzane w pupę „Salonu". Tarcza to różne środki (od recenzyjnych i kalumnijnych, po dymisyjne i cenzuralne), których efektem ma być taka degradacja wrogów, by ich kopiące nogi stały się zupełnie cherlawe, niezdolne do wymierzenia kopa powalającego. Tarcza, póki co, skutecznie pełni swą rolę (już piętnaście lat), ergo: środki ją zapewniające maskują co trzeba. Nie likwidują wszakże choroby, przyczyny ataków — gangreny, którą jest „Salon".

Taktyka defensywna lewicowego „Salonu" mogłaby dzisiaj zostać nazwana taktyką piłkarską („atak z kontry", czyli kontratak), lecz jej autentycznym wzorcem od początku była zasada realizowana kilkadziesiąt lat temu przez hiszpańskich komuni­stów, których wspierało sowieckie NKWD i „towarzysze " z innych krajów. Czerwoni przechwycili wówczas władzę w Hiszpanii i masowo mordowali hiszpańskich antykomunistów tudzież hiszpański kler. Walczyły z tymi ludobójcami oddziały generała Franco. Taktyka komunistów była prosta: „No pasaran!" — nie przejdą! Różowy „Salon" robi to samo: zwalcza antysalonowców i kler, a wobec twórców krytykujących jego działalność mówi : nie przejdą! Żaden antysalonowy intelektualista czy artysta nie ma prawa przebić się do dużych laurów! Trzeba stosować wszelkie środki, by go umniejszyć! „No pasaran!".

Zacznijmy przegląd tych środków od końca listy:

 

„Antysemityzm". Gdy inne środki zawodzą (rzadko zawodzą zupełnie), lub gdy nie ma pomysłu jaki środek stosować (bo brak mocnych punktów zaczepienia), lub z rozpędu, rutynowo (gdy krytykowana przez antysalonowców osoba jest pochodzenia żydowskiego) — „Salon" strzela epitetem typu „ultima ratio regum" (ostateczny argument królestwa): zarzutem antysemityzmu. Zresztą sama antysalonowość, jakakolwiek, bez żadnego innego dowodu, już może usprawiedliwiać taki chwyt. „Kisiel" pisał o tym: „ Głupie Źydy, aby się ratować, napiszą z patosem każdą bujdę". Amerykanie zwą tę bujdę „pocałunkiem śmierci". W. Wierzewski (przewodniczący Komisji Polskiej Kongresu Polonii Amerykańskiej): „ — Zawsze ten sam obuch, straszak antysemityzmu, czyli «pocałunek śmierci», a więc skreślenie delikwenta spośród figur, które się liczą. Po czymś takim jesteś skończony. To zrozumiale, że i w Polsce ta technika odstrzału jest dla określonych kręgów bardzo na rękę (...) Jak bezsensowne jest to rozwiązanie, dyktowane li tylko przez pokrętną strategię «politycznej poprawności» i cele jej ideologów — pozostawiam inteligencji krajowych Czytelników".

Salonowa „grupa trzymająca władzę" opiniotwórczą składa „pocałunek śmierci" na niejednym polskim czole, lecz w Polsce nie ma on mocy śmiertelnej, gdyż społeczeństwo zbyt już jest przyzwyczajone do tych taktyczno-strategicznych wybryków „Salonu" i wie co o nich sądzić. Dla porządku dam kilka przykładów.

Publiczna krytyka prawicowa wobec dyrektorki Zachęty, pani A. Rottenberg (wielbicielki postmodernistycznej tandety i plastycznych, czasami bluźnierczych ekscesów), została bezzwłocznie skontrowana przez „Salon" jako ofensywa antysemityzmu, lecz rozsądni ludzie czytający te bzdury pukali się wymownie w czoło. Gdy J. Siedlecka, książką „Czarny ptasior", skompromitowała „Malowanego ptaka" J. Kosińskiego (dziełko rzekomo autobiograficzne), wytykając autorowi mnóstwo kłamstw, szkalowanie Polaków, krzywdzenie nawet jego dobroczyńców (rodzina Kosińskiego uniknęła Holocaustu dzięki polskim chłopom) — salonowe media („Gazeta Wyborcza", „Polityka", „Wiadomości Kulturalne" i in.) rozszarpały Siedlecką, czytelnie sugerując antysemityzm. Sprawa odbiła się głośnym echem w USA i przyjechał stamtąd J. P. Sloan, by sprawdzić kto ma rację. Sprawdził (później wyłuszczył to na łamach „The New Yorkera"). Okazało się, że prawdę mówi Siedlecka, a „Salon" łże sugerując jej motywację antysemicką. Takie usilne „sugestie" są równie częste jak kalumnie rzucane expressis verbis. Przykład najświeższy: P. Bratkowski zakończył swą kontrziemkiewiczowską obronę Michnika („Newsweek", sierpień 2004) sugestią jednoznaczną, pisząc a propos krytykowania szefa różowego „Salonu" i „GW", że te ataki „słyszy w różnych wariantach od dzieciństwa" (vulgo: od dziecka słyszy jak polscy goje czepiają się Żydów).

Salonowe „ultima ratio regum" doczekało się, ze strony właśnie R. A. Ziemkiewicza, świetnej analizy na łamach „Rzeczypospolitej" (luty 2004). Jest to duży artykuł pod szyderczym ty­tułem „Antysemityzm postępowy", gdzie Ziemkiewicz pisze m.in.: „Opiniom w kwestii antysemityzmu lewicujące elity nadają moc nieodwołalnego wyroku (...) Instrumentalizując walkę z antysemityzmem do swoich celów politycznych, lewicowo-liberalne media dokonały znacznego zafałszowania historii i istoty zjawiska, w taki sposób, aby móc jednoznacznie skojarzyć je z prawicą (...) Wedle ukutego przez lewicę i skutecznie przez nią spopularyzowanego stereotypu, antysemityzm ma być wręcz wyznacznikiem prawicowości (...) Słowem, od dawna walka z antysemityzmem stała się pozorem: przestało w niej chodzić o rzeczywiste potępienie tej groźnej i brzydkiej przypadłości, a zaczęło chodzić o «moczenie» w antysemityzmie politycznych i ideowych przeciwników. Znamy to zresztą i z Polski, gdzie zachodnioeuropejski zwyczaj wywijania oskarżeniem o antysemi­tyzm jak pałką przyjął się już w latach «wojny na górze». Żeby nie mnożyć przykładów, sięgnijmy tylko po stosunkowo najświeższy: kuriozalne dziełko Sergiusza Kowalskiego i Magdaleny Tulli pt. «Zamiast procesu», z którego wynika, że antysemitami nie są bynajmniej Bubel czy Tejkowski, tylko prymas Glemp, Waldemar Łysiak czy Janusz Korwin-Mikke (wcześniej zresztą autor tej pracy pomówił publicznie o antysemityzm Cezarego Michalskiego i profesora Ryszarda Legutkę). Takie «demaskacje» są nieodmiennie przyjmowane przez tzw. środowiska opiniotwórcze cmokierskimi zachwytami (patrz — recenzja w «Gazecie Wyborczej»)".

Na drugiej stronie mojego pamiętnika o moich kłopotach z peerelowską cenzurą („Lepszy", 1990) możecie przeczytać passus o posiadanej przeze mnie fotografii pewnego żydowskiego dziecka: „Zostałem anty komunistą jak każdy, kto się dowiedział, że komuniści swym przymusowym rozmówcom kradną paznokcie podczas dialogu, a głos odbierają ludziom przestrzeliwując im język od strony potylicy, lub zamrażając go w lodówkach Gulagu, lub ucinając nożyczkami Lepszego (cenzora). Tak samo zostałem Żydem, odkąd poznałem Holocaust, i będę nienawidził Niemców tyle razy, ile razy spojrzę na zdjęcie chłopczyka numer 156, które umieściłem w moich «Wyspach bezludnych» — do końca mojego życia żadne zdjęcie nie będzie mi tak rozdzierało serca jak ono; ten maluch to mój syn". W rozdziale 15 „Wysp bezludnych" ukazałem koszmar Holocaustu. W „Najlepszym" (1992) mój powieściowy bohater (swoiste moje „alter ego"} bezlitośnie rozprawia się (za szmalcownictwo) ze szmalcownikiem. W „Empireum" rozstrzelałem „Protokoły mędrców Syjonu", jako apokryf, produkt carskiej Ochrany. Itd., itp. Ale, niestety, maskując tak biegle mój antysemityzm, nie ustrzegłem się błędu, który mnie zdemaskował. Popełniłem mianowicie dwa artykuły prasowe, kłamliwie twierdząc, że Holocaustu dokonali Niemcy, a nie Polacy, więc obwinianie nas o to przez Żydów amerykańskich, australijskich i kanadyjskich (cytowałem mnóstwo przykładów) jest bezczelnym fałszem. Żydzi się wściekli (sic!), australijscy oddali nawet sprawę do sądu (sic!), pozywając tamtejszy „Tygodnik Polski", który moje artykuły przedrukował. Zrozumiałem wtedy, że żyję w świecie purenonsensu (jeśli nie obłędu), gdy oszczercy mogą stawiać szkalowanych przed sądem za bronienie się prawdą, i spytany jak zdefiniowałbym antysemityzm, warknąłem: „Antysemityzm to postrzeganie Żydów takimi, jakimi są, miast takimi, jakimi chcą być postrze­gani". Wystarczyło. To dlatego znalazłem się (obok kardynała Glempa i kilku innych figur) jako antysemita w „kuriozalnym" (co słusznie rzecze Ziemkiewicz) dziełku, sponsorowanym przez „GW". Lecz i bez tych artykułów, i bez tego warknięcia, nie zdjąłbym z siebie odium antysemityzmu, choćby jako „wróg numer 1 Adama Michnika" (tak mnie mianował pewien dziennikarz) i wróg całego „Salonu" różowego.

Zacząłem wyliczankę od końca (od „obucha antysemityzmu"); teraz czas przedstawić i przeanalizować resztę salonowych chwytów dyscyplinarnych. Ciekawostką tu jest, że ja sam mogę starczyć za personalny przykład wszystkich możliwych restrykcji różowego „Salonu" wobec wroga „Salonu", ergo: gdyby chciało się upersonifikować metody represyjne stosowane przez „Salon" — W. Łysiak wypełnia całą ich listę, wszystkie punkty, bez wyjątku. Oto one:

„Kontrowersyjność". Ten paraepitetowy termin służy „ustawianiu" ludzi dla „Salonu" nieprzyjemnych, niegrzecznych, niezblatowanych, niepotrafiących zachować się salonowo czyli „comme il faut". Mówi się: „człowiek kontrowersyjny", krzywiąc usta lub dając wzrokiem do zrozumienia, że to typ nieprzyjemny, „osobnik" nie zaś osoba, ktoś raczej odpychający niż sympatyczny, półcham. W sumie — to najdelikatniejsza forma represji stosowana przez „Salon". Grzechem głównym „kontrowersyjnych " jest szczerość i bezpośredniość formułowanych sądów, czyli brak ogłady uczenie zwany weredyzmem (słownikowo „weredyzm" to „Mówienie prawdy bez względu na konsekwencje", jak rzecze „Słownik wyrazów obcych" PWN-u). Wyrazami swojskimi ujmujemy to per: „nieowijanie w bawełnę".

Pierwszy raz usłyszałem, że jestem „kontrowersyjny", dawno temu, będąc studentem, gdy przyjechał do Warszawy gensek Breżniew i na moim wydziale radio robiło sondę hagiograficzną. Zadawano „braci studenckiej" m.in. takie pytanie: „ — Który aspekt braterskich stosunków polsko-radzieckich chciałbyś po­ruszyć jako najważniejszy, mogąc rozmawiać z towarzyszem Breżniewem? ". Moja wypowiedź do mikrofonu była krótka:

„ — Powiedziałbym: oddaj Lwów!", co rozśmieszyło świadków i spowodowało gniew radiowców, którzy poskarżyli się władzom uczelni, że ten student jest „kontrowersyjny". Później często słyszałem o sobie to samo. Podobno również w kontaktach towarzyskich (dyskusyjnych etc.) jestem „kontrowersyjny"', ale tam chodzi o moją „apodyktyczność", czyli o ten typ grzechu, którego przeciwieństwo to bezkrytyczne wyznawanie poglądów aktualnego rozmówcy, vulgo: cnota potakiwania.

By nie wskazywać tylko własnego przykładu, daję niżej casus G. Herlinga-Grudzińskiego. Ten wielki pisarz nienawidził „Salonu", czyli „krakówka" i „warszawki". Brzydzili go twórcy wy­sługujący się „Salonowi"; ich działalność nazwał „atrofią zwykłej ludzkiej godności i odwagi cywilnej wśród polskich intelektualnych karmazynów". Byłby za to został zgnojony, lecz o ile tak samo mówiącego Z. Herberta jeszcze zdążono przed śmiercią zgnoić, o tyle Herlinga nie zdążono, bo tylko to powiedział, już umarł. Nie wypadało pluć na świeży grób, więc została jedynie „kontrowersyjność". Zacytuję kilka głosów pośmiertnych. B. Geremek ubolewa, że Herling „w swoich pasjach bywał nie­sprawiedliwy, zarówno w pochwałach, jak i w naganach". A. Michnik martwi się, że Herling oceniał ludzi „niesprawiedliwie" (zwłaszcza Michnika, któremu wytykał m.in. hańbę bruderszaftowego bratania się z gronem komuni­stycznych oprawców, radząc: „ — Adam Michnik winien pójść do dobrego psychiatry"). Włoski lewak, L. Marinelli, puentuje: „Byl człowiekiem apodyktycznym i kontrowersyjnym. Często niesprawiedli­wym". Wykorzystano tu więc i „apodyktyczność", i „kontrowersyjność". Obie są uniwersalnymi kluczami, których fałszywe moralne autorytety chwytają się dla sugerowania publice, iż człowiek przyzwoity, człowiek będący prawdziwym moralnym autorytetem — nie był kryształowy, nie był ideałem, miał swoje ciemne, brzydkie strony, ergo: wicie, rozumicie, ino udawał świątka! Człowieka sprawiedliwego (rzadkość na tej Ziemi) mienią „niesprawiedliwym", ku radości diabła. Za to Pan Bóg daje takiemu dobre towarzy­stwo. „Kontrowersyjni" byli również L. Tyrmand, M. Hemar, J. Mackiewicz, S. Kisielewski („Kisiel") i Z. Herbert (póki mu „kontrowersyjności" nie zamieniono na zupełne „oszołomstwo"). „Kontrowersyjny" jest R. A. Ziemkiewicz, R. Legutko i cała dzisiejsza gromadka niewielbicieli „Salonu". Ale dla tych ludzi — „kontrowersyjny" to (jak u Gorkiego) brzmi dumnie.

„Oszołomstwo" mentalne. W gradacji ujemnych cech oso­bowych wytykanych oponentom przez „Salon" — „kontrowersyjność" to dół skali, zaś „oszołomstwo" typu pomieszanie zmysłów to jej szczyt. Zwykłym „oszołomem" jest każdy, kto podważa dogmaty lewaków — antykomunista, konserwatysta, tradycjonalista, zwolennik lustracji itp. Obłąkańcami są wybrańcy. Salonowe „Wprost" (piórem niejakiego W. Rzehaka) stwierdziło, że Waldemara Łysiaka „zaatakowała choroba" wskutek patologicznej nienawiści do A. Michnika. To było w 1992 roku. Kilka lat później „Gazeta Wyborcza" wlepiła tę samą umysłową chorobę Z. Herbertowi, bo źle się wyrażał o ludziach dobrych (m.in. Michnika nazwał „manipulatorem", „człowiekiem złej woli", „kłamcą" tudzież „oszustem intelektualnym"), a dobrze o złych (m.in. ośmielił się uznać Łysiaka za „wcielenie honoru", mówiąc w wywiadzie, iż „Tygodnik Solidarność" słusznie zwie Łysiaka „Sumieniem Polaków", i że gdyby się pojedynkował, to chciałby mieć Łysiaka za swego sekundanta). Niewybaczalne. Odpowiedziano mu gradem bezprecedensowych epitetów. Skomentował to wieszczo fragmentem swej „Potęgi smaku":

„Zaiste ich retoryka była aż nazbyt parciana

Łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy

Dialektyka oprawców żadnej dystynkcji w rozumowaniu".

„Gaduła Wyrodna" istotnie użyła „pojęć jak cepy", równając Z. Herberta ze stevensonowskim wampirem Hyde'em, zwąc zgrzybiałym alkoholikiem („... uważaliśmy, że mówił to po alkoholu"), i wreszcie „potworem Minotaurem" expressis verbis. Gdy się myśli o obrzucanym tak ciężkimi kamieniami Herbercie, przypominają się słowa, które napisał J. Swift (autor „Guliwera"): „Łotry i głupcy bywają dla siebie wzajemnie pobłażliwi, ale kiedy zjawi się człowiek o rzeczywistym talencie, rozumie, od­wadze i prawości — natychmiast powstają przeciwko niemu, i jeśli nie mogą ściągnąć go w dół, to przynajmniej próbują oczernić jego charakter, zamordować reputację". Reputację Herberta mordowali znani literaci z psiarni różowego „Salonu", między innymi pisarz J. Bocheński (eks-stalinista), który na łamach „Gazety Wyborczej" użył właśnie Minotaura jako cepu: „Mityczny Minotaur żywił się młodzieżą ateńską; ten, który siedział w gasnącym Herbercie, tez niestety pożerał ludzi... Jak to było możliwe? Choroba?...". Sugestia czytelna stuprocentowo.

Ale sugestia to zbyt mało — prymus „Salonu", wierny wyznawca Michnika, T. Jastrun (syn żydowskiego poety ze stajni PRL-u), przywdział kitel lekarski i na łamach „Polityki" zdiagnozował „ chorobę " Z. Herberta jako „ cyklofrenię ": „W każdym człowieku mieszka kilku ludzi, są też upiory, mieli je nawet święci, mocowali się z nimi. I są choroby, które powodują, ze jesteśmy słabsi od swoich demonów. W Polsce osoby publiczne nie cierpią na psychiczne schorzenia. Czy nie czas ze­rwać z tą tradycją? Herbert był chory na cyklofrenię (depresja, z fazami obniżonego nastroju i pobudzenia). To zapewne w tej ostatniej fazie szokująco brutalnie zaatakował wielu, jakoś nisko, niemądrze". S. Remuszko celnie skomentował tę nikczemność Jastruna: „Dzięki Bogu, że Herbert nie żył w kraju osławionych «psychuszek»". Istotnie — gdyby żył w ZSRR, doktor Jastrun mógłby go wsadzić za kraty represyjnej „psychuszki" ordynatora Michnika. Mielibyśmy łóżka w tym samym pawilonie przybytku, bo kilka lat później podręczny Michnika, A. Pawlak, mnie też zdiagnozował i skierował (via „GW") na terapię tworkową: „Przykro mi bardzo, panie Łysiak — powinien pan jak najszybciej rozejrzeć się za jakimś kompetentnym lekarzem. Zarówno dla swojego dobra, jak i dla bezpieczeństwa najbliższego otoczenia".

Słowem: anty,, Salon" to dom wariatów — Herling, Herbert, Łysiak, e tutti quanti. Dzięki Bogu, są jednak i zdrowi wśród Polaków — to nasz swojski, różowy „Salon". Gdyby nie ona, elitarna, postępowa, tolerancyjna, politycznie poprawna „lewica laicka" —- trzeba byłoby wsadzić w kaftan całe to maniakalne społeczeństwo, które wskutek swej schizofrenii i cyklofrenii bez przerwy, wzorem AK, gnębi Żydów !

„Zoologizm". Ludzi klasycznie wykształconych kołysało w Orient-Expressie lewantyńskie staccato rytmicznych sylab: Kon-stan-ty-no-pol, albowiem człowiek tak wykształcony brzydził się mianem Stambuł, czyli prostackim zredukowaniem melodii tradycyjnej. „Salon", wykształcony nieklasycznie (nie po łacińsku, tylko po lewacku, czyli „postępowo" — vide „paraliż postępowy"), również redukuje swe militarne słownictwo do wspomnianych „pojęć jak cepy". Exemplum ulubiony przymiotnik salonowców: zo-o-lo-gicz-ny. „Zoologiczny antykomunizm" (lub „zoologiczny antykomunista"), „zoologiczny antysemityzm" (idem), „zoologiczny rasizm" (idem), „zoologiczny szowinizm" (idem), „zoologiczna ksenofobia" (idem), etc. (z zamiennikiem: „jaskiniowy") — to ulubione grudy błota, którymi „Salon" strzela do wrogów. Przykładów personalnych nie ma co dawać, ponieważ salonowe media są ich pełne dnia każdego. Znosimy to dzielnie i miłosiernie, bo przepełnia nas duch zoologicznej tolerancji.

„Grafomaństwo". Zarzut grafomaństwa wobec niepokornych (a już zwłaszcza wobec bojowo antysalonowych) ludzi pióra to łatwy cios, gdyż samo wybranianie się przed takim zarzutem ośmiesza delikwentów. Tych, którzy jeszcze mogą się bronić. G. Herling-Grudziński nie mógłby, nawet gdyby bronić się chciał, bo dopiero dzień po jego śmierci kolaborant „Salonu", włoski lewak L. Marinelli, zaczął publicznie truć, że teraz przyjdzie „czas weryfikacji" dla Herlinga-pisarza („Czy był wielkim pisarzem?..."}. Mówiłem już — dyskretny urok sugestii to „bejsbolowo" finezyjna broń „Salonu".

Ale kiedy trzeba — przywala się bez ogródek. Cytowany wyżej A. Pawlak, hajduk Michnika do „mokrej roboty", na łamach „GW" (artykuł pt. „Łysiak zbawiciel") zrecenzował pisarstwo Łysiaka jako „kompletne brednie, których skomplikowanie intelektualne nie jest wyższe niż poziom froterki", zwąc mnie „Lepperem polskiej literatury i publicystyki", nie ukrywając, że to z powodu mojej wrogości wobec „Salonu" oraz A. Michnika, i ubolewając, że „książki Łysiaka szturmem zdobyły rynek". Nie zastosował jednak wyrazu „grafomaństwo" — ten przywilej zostawił swemu patronowi, i sam święty guru „Salonu" był łaskaw nazwać mnie „trzeciorzędnym grafomanem" (wywiad dla tygo­dnika „Wprost"). Bardzo mnie to ucieszyło, gdyż różnimy się tu z panem Adamem w poglądach na moje pisarstwo („de gustibus") — ja uważam się za czwartorzędnego. Ale ponieważ robię wszystko, by się wydobyć na poziom grafomana drugorzędnego, więc jako średnia między moimi osiągnięciami (czwartorzędny) a moimi aspiracjami (drugorzędny) wychodzi trójka (trzeciorzędny), w sumie zatem pan Adam ma słuszność. Od czasów „wielkiego literaturoznawcy " gruzińskiego nikt inny nie stawiał not równie trafnych. „Grafomaństwo" to jedyny punkt z listy ofensywnej „Salonu", co do którego zachodzi między nami pełna zgodność.

„Plagiat". Marzenie „Salonu" — przydybać na plagiacie! Oczywiście tylko wroga; swój może plagiatować „skolko ugodno", i będzie nawet za to chwalony. Tę rasistowską „filozofię Kalego" „Gazeta Wyborcza" przejawiła wobec swego pupila, J. Kosińskiego, wyrażając podziw dla jego notorycznych plagiatów: „... stał się autentycznym mistrzem sklejanek" (sic!).

Łysiakowi „GW" wytknęła plagiat dziesięć lat temu. Tym razem nie powodowało nią umiłowanie kłamstwa, lecz kiepska forma jakiegoś redaktorka, który zbyt pobieżnie przeczytał mój inkryminowany tekst i przeoczył miejsce, gdzie Łysiak wymienia źródło celowego pastiszu. Dlatego bez trudu — wskazując ów przeoczony „copyright" — ośmieszyłem zarzut, ergo: dowiodłem, iż jest on strzałem w płot. Co jednak niewiele mi dało. Fałszywe oskarżenie wydrukowała bowiem gazeta mająca ponad 600 tysięcy egzemplarzy nakładu, zaś obalenie fałszu wydruko­wał „Tygodnik Solidarność" mający kilkanaście tysięcy egzemplarzy nakładu (do czego trzeba dodać przedruk tego obalenia w mojej książce publicystycznej — 45 tysięcy egzemplarzy nakładu), a więc ledwie jedna dziesiąta czytelników „GW" (lub dużo mniej, bo chyba niewielu fanów „GW" czyta „Tysola" i moje książki) dowiedziało się, iż jestem niewinny stuprocentowo. Te cyferki to Wunderwaffe „Salonu". Wobec nich prawda nie ma większego znaczenia.

Prócz już wymienionych metod, salonowe „No pasaran!" obejmuje także represje typu administracyjnego (urzędowego), egzekwowane przez instytucje znajdujące się pod wpływem „Salonu" (jak np. telewizje) lub reagujące w obawie przed „Salonem". Są to wszelkie formy cenzury i biurokratycznych „szlabanów", utrudnianie promocji antysalonowych twórców, blokowanie nagród dla tych twórców, a wreszcie i etatowe dymisje wrogów. Tę sferę dyktatu salonowego omawiają kolejne rozdziały:

3. Cenzura

Brak cenzury prewencyjnej to podręcznikowy wprost fundament wolności słowa, a tam, gdzie cenzura taka istniała — jej zniesienie uchodzi (razem z wolną elekcją) za papierek lakmusowy przywróconej (bądź nowowprowadzonej) demokracji. Wszelako, wbrew pozorom, cenzura jest nieśmiertelna, zawsze i wszę­dzie, przybiera tylko różne maski i różne formy (np. środowiskowe, które bywają bardziej restrykcyjne od urzędowo-administracyjnych). Ględy, że są takie państwa, w których nie ma choćby śladu cenzury (np. państwa anglosaskie, gdzie można dowolnie krytykować, wręcz „flekować", głowę państwa) — to czysty mit. W USA rzeczywiście można jeździć po prezydencie jak po łysej kobyle czy burej suce, lecz nawet astrofizycy miewają tam duże kłopoty cenzuralne, jeśli np. nie wyznają „jedynie słusznej prawdy" o Wielkim Wybuchu jako genezie wszechświata (P. Waldman, „The Wall Street Journal Europe", rok 2000:

„Chluba Uniwersytetu Kalifornijskiego, znany astronom Geoffrey Burbidge, tudzież inni dysydenci z obozu Wielkiego Wybuchu, doświadczają silnej cenzury, można rzec: kosmicznej, w mafijnie powiązanym środowisku zawodowym astrofizyków. Utrudnia się im publikacje i nawet dostęp do wielkich teleskopów"!. Sfera polityczna jest równie zabagniona — wszystkie brytyjskie telewizje odmówiły wyemitowania dokumentalnego filmu reżyserki Y. Wright, którego tematem są brutalne, masowe deportacje polskich Kresowian przez ZSRR w latach 1939-1940 (A. Donde: „Tymczasem te same stacje nieustannie pokazują różnorakie materiały o żydowskim Holocauście"), gdyż Anglia nie chce drażnić putinowskiej Rosji przypominaniem męczeństwa Polaków. Identyczne casusy mógłbym mnożyć długo, lecz nie temu jest poświęcona ta książka.

Mnóstwo ludzi marzy o cenzurze lub tęskni za cenzurą typu peerelowskiego. Nawet pisarze, których tamten reżim zmuszał do wymyślania antycenzuralnych trików (vide szeroki ich przegląd w moim „Lepszym"), co czasami bardzo sprzyjało jakości tej literatury. Aż się prosi, by sparafrazować słynne kennedy'owskie „ — Nie pytaj, co Ameryka może zrobić dla ciebie. Spytaj, co ty możesz dla niej zrobić" — nie pytaj, czy Cervantes, Molier bądź Szekspir mogliby stworzyć więcej, gdyby w tamtych czasach nie było królewskiej cenzury; zapytaj: czy zrobiliby to, co zrobili, gdyby jej nie było? Dzisiaj dużo ludzi pyta: czy nie możnaby przywrócić urzędu cenzorskiego, choćby gwoli wyhamowania szerzącej się agresji pornobezwstydu? Nie rozumieją, że gdyby go hamowano, gorzej rozpoznawalibyśmy bliźnich, tajemnice płci, biologię, naturę i tak dalej. Gdyby od ćwierćwiecza (od „Historii O" pani D. Aury) nie mnożyły się książki, w których pisarki dumnie relacjonują swoje seksualne rekordy i perwersyjne sekrety płci pięknej tak, jak nigdy nie odważył się żaden pisarz, nawet markiz de Sade, o żadnej płci (aktualne hity światowe to „Sto pociągnięć szczotką" Melissy P., piętnastoletniej Sycylijki, która lubi uprawiać seks z kilkoma obcymi mężczyznami równocześnie, i dziełko pani C. Millet, która kocha zbiorowe orgie i codzienne zmiany partnerów — czytelniczki zachodnioeuropejskie, i tylko czytelniczki, kupują te książki milionami) — nie mielibyśmy pojęcia, że nimfomania to norma, żaden wyjątek. Czy bez naszej M. Gretkowskiej wiedzielibyśmy, że są dwułechtaczkowe damy? W życiu! Ale mimo tego (wielce użytecznego) triumfu „postępu", „politycznej poprawności" i salonowej „tolerancji" — coraz więcej ludzi marzy o cenzurze. Nawet patrioci, których wkurza, że godność Chopina, Kopernika i Sobieskiego jest hańbiona etykietkami butelek z rodzimą wódką (protesty przeciwko temu mają już charakter zbiorowych petycji do władz).

Tymczasem nikt nie protestuje przeciwko lewackiej cenzurze, która trwa w mediach pod patronatem i z inspiracji „Salonu". „Salon" zagraniczny skupił się na cenzurowaniu tekstów łamiących „polityczną poprawność"', vulgo: obrażających rasy, narody, kultury i kulty (wyłączone są spod restrykcji tylko paszkwile antykatolickie i antypolskie, exemplum tzw. „polskie żarty" — „Polish jokes"). „Salon" rodzimy więcej uwagi przykłada do kwestii historycznych, politycznych, biograficznych i personalnych aktualnościowo. Gdy dyrektor Instytutu Historycznego na Uniwersytecie Warszawskim nie zezwolił (1995) wyemitować filmu „Hiszpania 1936" — to dlatego, że film pokazuje jak prawicowy generał F. Franco uniemożliwia zniszczenie Kościoła w Hiszpanii i stalinizację Hiszpanii. Kiedy TVP zdjęła (2000) planowaną emisję filmu J. Zalewskiego „Poeta obywa­tel" — to dlatego, że tam Z. Herbert określa Michnika jako główną kanalię III Rzeczypospolitej. Kiedy dzienniki TVP nie pokazały jak pijany w sztok prezydent Kwaśniewski (kumpel Michnika, przez tegoż wypromowany do urzędu) chwieje się, bełkocze i wiesza na ramionach cudzoziemców podczas obchodów przy charkowskich grobach męczenników (cmentarz ofiar NKWD) — to dlatego, że telewizja publiczna ma zakaz propagowania alkoholizmu. Kiedy TVN zdjęła z wizji audycję, w której wyraziłem protest przeciwko twierdzeniu australijskich muzealników, iż „polskie wojsko wściekłymi rozstrzeliwaniami stłumiło powstanie Żydów getta warszawskiego" — to dlatego, że kangury są objęte ochroną. Wielu prasowych i telewizyjnych dziennikarzy III RP, gdyby tylko przemogło strach lub utraciło instynkt samozachowawczy — rzucałoby Wam garściami anegdoty na temat cenzury wewnątrzredakcyjnej, która nie dopuszcza do emisji lub do druku materiałów mogących rozsierdzić różowy „Salon". R. Legutko stwierdził kilka lat temu, że „feminizm jest ruchem neobarbarzyńskim". Dokładnie takim samym ruchem jest michnikowski Salon Wpływu.

Przeciętnemu obywatelowi, słabo zorientowanemu w niuansach szulerni medialnej, wydaje się, że TVP to domena „postkomunistów", a telewizje prywatne są niezależne lub przynajmniej bardziej niezależne (bardziej prawdomówne i mniej cenzurogenne). Błąd. Telewizją Publiczną rządziła podczas minionych piętnastu lat cicha koalicja czerwono-różowa (SLD—UW), a TVN i Polsat bardzo mocno liczyły się z „Salonem", chociaż Polsat (trzeba mu to przyznać) czasami wyróżniał się większą odwagą w łamaniu tabu prosalonowego, póki nie zrodziła się koncepcja kupna Polsatu przez A. Michnika, zakłócona „aferą Rywina" i działaniem sejmowej Komisji Śledczej. Lecz o ile „afera Rywina" ujawniła różne smaczne i bardzo brzydkie detale na stykach SLD—„Agora" (koncern „Salonu") — Polsat, o tyle wcześniej­sza „afera szkalowania braci Kaczyńskich" ujawniła równie ciekawe zbieżności między TVP a TVN, tyczące proweniencji ludzi, którzy władają telewizjami z błogosławieństwem „Salonu"'.

J. Kaczyński oraz L. Kaczyński to para bliźniaków, którzy w dzieciństwie filmowo „ukradli księżyc", ale wyrośli na dwie gapy — w dorosłym życiu nie kradną. Ergo: jedni z nielicznych uczciwych polityków III RP (osobliwość etyczna par excellence). Jako konsekwentni prawicowcy, ludzie honoru i autentyczni mężowie stanu (znowu rzadkość) — są od piętnastu lat ulubionym duetem „chłopców do bicia" dla czerwonych i różowych elit.

Na nikim „Salon" nie powiesił tylu psów, co na tych czołowych „oszołomach". Gdyby nienawiść mogła sama zabijać — leżeliby już w grobach dziesięć lat z okładem. Kulminacyjny punkt permanentnej kampanii szczucia przeciwko nim to spreparowany łapami TVP film, którym kłamliwie chciano wmanewrować Kaczyńskich w „aferę FOZZ" (wcześniej urbanowskie „NIE" opublikowało fałszywkę esbecką, mającą skompromitować jednego z braci, i dopiero sąd stwierdził, że to prowokatorska lipa). Po emisji tego filmu (kilkuodcinkowej emisji zrobiono dużą reklamę) ściągnięto z Ameryki Płd. do kraju jako świadka byłego es-beka, który tam uciekł, bo nad Wisłą groziła mu kara za pospoli­te przestępstwa. Zgodził się przyjechać, gdyż dostał tzw. „list żelazny". I kiedy przyjechał, na konferencji prasowej mówił m.in., że boss telewizji TVN, M. Walter, to były kadrowy oficer któregoś tam wydziału MSW. W każdym normalnym kraju taki „news" o głośnej figurze spowodowałby medialny huk, tymczasem w Polsce sprawę całkowicie wyciszono. W środowiskach dziennikarskich szeptano, że ów esbek z Wenezueli czy Peru nie mógł kłamać a propos tej akurat sprawy, bo jego „ list żelazny " chronił go na czas wizyty w Polsce tylko wobec przestępstw popełnionych wcześniej, lecz nie wobec innych, nowych, gdyby więc jego oświadczenie tyczące Waltera było nieprawdą, Walter mógłby oddać sprawę do prokuratury czy do sądu, i oszczercę można byłoby aresztować. Jednak M. Walter tego nie uczynił, milczał jak grób, a sprawie ukręcono łeb ciszą medialną. Głęb­szą nawet niż dużo wcześniejsza sprawa rozlicznych paszportów (o ile dobrze pamiętam — sześć!) bossa Polsatu, Z. Solorza — wtedy mały huczek prasowy jednak był. Cenzura widać okrzepła, chociaż pono nie istnieje w III Rzeczypospolitej.

Inna jeszcze ciekawostka, świeża (lipiec 2004): lubiany aktor i satyryk, J. Rewiński, gdy jego i K. Piaseckiego program „Ale plama!" został skasowany przez TVN, bo denerwował polityków (od prezydenta Kwaśniewskiego, zdenerwowanego wyśmiewaniem „Joli" w roli potencjalnej pani prezydent, po bossów partyjnych) — opowiedział „Kulisom" jak w III RP wariuje cenzura. M.in. opowiedział o serialu „Tygrysy Europy", który prze­leżał prawie trzy lata na półce, bo się nie podobał wpływowemu biznesmenowi, A. Gudzowatemu (serial puszczono, gdy już satyryczne aluzje filmu przestały być aktualne) — Gudzowaty uważał, że to o nim. J. Rewiński: „ — Biznesmena toczyło pod skórą, ze ten Edek, bohater serialu, to on. No, to już jest poziom strasznego barchanu!".

Wśród dziennikarzy III RP głośna jest metoda represyjna stacji telewizyjnych zwana „paragrafem 22". Audycję (program), która denerwuje polityków lub członków „Salonu", władze danej stacji telewizyjnej przesuwają w „nowej ramówce" z czasu dużej oglądalności na godziny późnowieczorne (po godzinie 22°°). Spada wówczas drastycznie oglądalność audycji, można ją więc znowu przesunąć, na godziny jeszcze gorsze, nocne. J. Rewiński: „ — A potem mówi się: no, sama pani widzi, musimy panią puszczać o trzeciej w nocy!".

Najlepiej wcale nie puszczać — kompletne „No pasaran!". Faworyzowanym przez „Salon" bękartem cenzury jest cisza medialna wokół wrogów. Schłostanie dzieła adwersarza na łamach „GW", „Polityki", „Wprost" czy innych mediów okołosalonowych ma bowiem feler niweczący zamiar — przynosi smagane­mu dziełu rozgłos, wedle amerykańskiego „Źle czy dobrze, byle po nazwisku". Śmiertelna cisza jest lepsza, gdyż jest śmiertelna właśnie. To stary sposób. Jedną z najstraszliwszych kar stosowanych przez Żydów (zdaniem niektórych uczonych, jak śp. profesor T. Zieliński — karą główną według żydowskiego obyczaju) było zapomnienie. Egzekucja taka miała zawsze nieskomplikowaną formę, którą A. Libera (mówiąc o kasowaniu nimbu Herberta przez kręgi komunistyczne i michnikowskie) określił jako „metodę wyciszania nazwiska, unikania nazwiska". a pani profesor J. Staniszkis jako „przerażający mechanizm"'. „ Chodzi głównie o treści niepasujące do zasad «poprawności politycznej». Poprawność polega na tym, aby ważne rze­czy mówili tylko swoi. Albo żeby wyglądało, iż tylko swoi mają coś do powiedzenia. To jest przerażający mechanizm". Zwie się on — zamilczeniem. A skuteczność tego mechanizmu bierze się stąd, że wyrzuca on karanego nim delikwenta poza nawias rzeczywistości (świadomości publicznej), gdyż, jak słusznie mówi aktualny premier Czech, S. Gross: „ — Jedyną rzeczywistością jest to, co relacjonują media".

Mechanizm ów stosuje się nie tylko wobec żywych; exemplum regulaminowo przemilczani w kręgach „Salonu" pisarze, „zoologiczni antykomuniści", F. A. Ossendowski, J. Mackiewicz (dodatkowo „faszysta"), S. Piasecki i in. O Mackiewiczu rzecze G. Eberhardt: „Z Mackiewiczem jego przeciwnikom nie sposób polemizować, jest zbyt konkretny. Za duży ma talent! Jego można zniszczyć tylko jednym — przemilczeniem". O Piaseckim mówi M. Klecel: „Głos Piaseckiego jest ostry i bezkompromisowy, ale potrzebny jak haust świeżego powietrza w zatęchłym od poprawności i układności salonie, który dorobił się już własnej nowomowy, języka szantażujących eufemizmów, dyskretnej cenzury, przemilczeń i wykluczeń".

Przemilczenia i wykluczenia realizuje się rutynowo, bez ustan­ku. Exemplum casus gniewającej „Salon" książki W. Kieżuna „Niezapomniane twarze" — Z. Herbert: „Książka znakomita i całkowicie zignorowana przez krytykę. Sto kilkadziesiąt stron olśniewająco czystej polskiej prozy nie znalazło uznania w oczach aptekarzy i trucicieli naszej literatury". Czasami jednak ukaże się recenzja (wbrew zakazom „Salonu"), lub ktoś udzieli głosu antysalonowcom. Taki błąd popełniła L. Wójcik, szefowa „Nowych Książek", dając miejsce dwóm pisarzom „zoologicznym anty komunistom", K. Kąkolewskiemu i B. Urbankowskiemu. To kosztuje. T. Kuczyńska: „«Gazeta Wyborcza» i «Polityka» urządziły nagonkę na Lidię Wójcik, nową naczelną miesięcznika «Nowe Książki», za to, że udostępniła jego łamy autorom książek opisujących peerelowską przeszłość naszych literatów (...) Najwięcej nienawiści warszawskiego salonu ściągnęło wprowadzenie na łamy miesięcznika nazwisk Krzysztofa Kąkolewskiego i Bohdana Urbankowskiego".

Kapturowy wyrok cenzury „Salonu" dźwigam już dość długo, i jakoś mnie specjalnie nie uwiera. „Niszowe" (prawicowe) tudzież emigracyjne (polonijne) pisma piszą o tym bardzo często. B. T. Parol: „To jak taki większy brydż — licytują tylko ci, którzy rozdawali karty przy «okrągłym stole». Proszę spojrzeć jak skutecznie zostały wykluczone z obiegu i świadomości społecznej osoby, które nie chciały się bratać wzorem Michnika z Kiszczakiem i Jaruzelskim. W polityce choćby Gwiazda, Morawiecki czy pani Walentynowicz. W literaturze gracze lansują Gretkowską, Tokarczuk czy literaturę dresiarską Masłowskiej, lecz ani się zająkną o wybitnej prozie Waldemara Łysiaka". A. Zięba: „Łysiak raczył zezować w inną stronę niż lewi­ca, więc musiał za to oberwać. Póki pisał pasjonujące książki o przeszłości — póty był nazywany pisarzem wybitnym. Ale odkąd zabrał się za czasy bliższe naszemu sercu i ciału, w dodatku zabrał się nie tym tramwajem co trzeba — znikł z pola widzenia krytyki". J. Dudkiewicz: „Łysiaka czytają tysiące, a jego książki biją wszelkie rekordy nakładów, lecz nie reklamuje się go w popularnych czasopismach i nie nagradza. Samo przyznanie, że jego poglądy trafnie oddają rzeczywistość społeczną i polityczną, uchodzi za nietakt i budzi niesmak w pewnych kręgach. Ponieważ Łysiak upiera się przy tradycyjnych wartościach moralnych i cywilizacyjnych, wyraźnie rozdzielając dobro od zła — cichcem urabia się mu opinię «oszołoma», zaś oficjalnie przemilcza jego nazwisko". B. Zaremba: „Wokół osoby Łysiaka panuje zmowa milczenia, głównie w mediach lewicowo-liberalnych. Czy przyczyn tego stanu rzeczy należy szukać w jego jednoznacznej postawie politycznej? (...) Można odnieść wrażenie, że Łysiakowi wcale nie zależy na poprawnych stosunkach z otoczeniem". Itp. — mógłbym takie frazy cytować długo.

Kuriozalną areną salonowej strategii przemilczania wrogów są naukowe i popularnonaukowe kompendia, tyczące rodzimej literatury współczesnej. W jednych W. Łysiak robi za primadonnę, w drugich jest chłodno (rzeczowo) lecz obszernie uwzględniany, a w trzecich jest... zupełnie nieobecny. Zajrzyjmy do słownika autorstwa L. M. Bartelskiego „Polscy pisarze współcześni 1939-1991" (1995). Kogo tu mamy? J. Łysakowski, P. Łysek, M. Łyskanowski, i jeszcze ponad półtora tysiąca polskich pisarzy współczesnych, często autorów jednej ksiąźczyny o przyjaźni polsko-radzieckiej lub o wielkości Kraju Rad. A Łysiaka ni śladu; według Bartelskiego polski pisarz współczesny o takim nazwisku nie istnieje. Lub weźmy wolumin R. Matuszewskiego (zasłużony komuch, jeszcze z naboru PPR) „Literatura polska 1939-1991" — 520 stron dużego formatu, tysiące nazwisk pisa­rzy, o Łysiaku nawet jednej sylaby, nul, zero. Albo „Słownik literatury polskiej XX wieku" (1992), autorstwa pań Brodzkiej, Puchalskiej, Semczuk, Sobolewskiej i Szary-Matywieckiej — 1500 stron dużego formatu, znowu tysiące ludzi pióra, są wszyscy debiutanci, twórcy jednego rymu lub dwóch artykułów prasowych, jest kilku panów o nazwisku Łysek — tylko Łysiaka nie ma. Nie było i nie ma takiego pisarza w kraju nad Wisłą! Rumienić się ze wstydu musi prof. J. Kołodziejska, która ogłosiła (1997), że pisarzami najwyżej cenionymi przez Polaków są Dostojewski, Vonnegut, Marquez, Tołstoj, Szekspir, Wharton i Łysiak.

Cenzuralnie wysługują się „Salonowi" również układacze prasowych „list bestsellerów". Te listy są notorycznie fałszowane prosalonowo, a fałszerzy wielokrotnie przyłapywano już na „przekrętach". Powodzenie moich książek (200 tysięcy sprzedanych w ciągu roku egzemplarzy „Konkwisty", 175 tysięcy egzemplarzy „Dobrego", itd.) uniemożliwia całkowite rugowanie ich z list bestsellerów, ale można nie dopuszczać Łysiaka na pierwsze miejsca tych list. Już w roku 1992 skrytykował to publicznie znany edytor i księgoznawca, P. Szwajcer, piętnując machlojki rankingowe, którymi umniejszano sukces rynkowy mojego „Najlepszego": „Na cytowanej liście nie znalazła się dosko­nale się sprzedająca ostatnia książka Łysiaka, «Najlepszy» (nakład większy niż co najmniej trzy tytuły z pierwszej dziesiątki literatury polskiej!)". Rytualne dyskryminowanie Łysiaka przez rankingowców „Gazety Wyborczej" oraz przez innych układaczy książkowych list bestsellerów zgromił wtedy również R. A. Ziemkiewicz, obszernym, dwukolumnowym tekstem analitycznym (1993), lecz takich niezależnych (nieskorumpowanych przez „warszawkę" i „krakówek") piór jest tyle, ile niezapominajek na syberyjskich stepach. Sam również poświęciłem rankingowemu procederowi cały artykuł, w roku 2000, gdy ubódł mnie fakt, że moją książkę „Stulecie kłamców" (wtedy 60 tysięcy egzemplarzy; do dzisiaj 185 tysięcy) zepchnięto na drugie miejsce, za książkę S. Lema (20 tysięcy), bo moja była bardzo antysalonowa, a tamta była „politycznie poprawna". Hurtownicy książkowi, czytając takie rankingi, ryczą ze śmiechu (sic!).

Trochę mniej do śmiechu jest tym, których się wywala z roboty za antysalonowość. Dymisje tudzież źonglerka nagrodami stanowią wyższy, stricte urzędowy szczebel represji w wykonaniu „Salonu".

 

4. „ — Panu już dziękujemy!"

„ — Panu (pani) już dziękujemy!" to kulturalna wersja rosyjskiego „ — Paszoł won!" i anglosaskiego „ — You're fired! ". Iluż ludzi doświadczyło w III RP takiej decyzji tylko za niepokorność wobec różowo-czerwonego „Salonu" lub za przeciwsalonowy bunt! Rzesza. Mogliby coś o tym powiedzieć choćby pracownicy mediów, a już zwłaszcza dziennikarze telewizyjni. W TVP masowe „czystki" niepokornych (bądź ludzi jawnie niesalonowych) były przez ostatnie piętnaście lat czkawką. To wytwarzało i wytwarza permanentny klimat terroru, atmosferę strachu, która gnie karki i każe dusić wewnątrz sumień obrzydzenie do michnikowszczyzny, tak jak pół wieku temu mnóstwo ludzi mimikrowało swój wstręt do „bermanowszczyzny". Lód ściska usta, zamarzają długopisy, tężeją kamery, byle nie palnąć czegoś, co się nie spodoba opiniotwórczym hegemonom kulturalnej i me­dialnej sfery demokratycznego cyrku. Wiadomo, że „Salon" potrafił nawet całkowicie zlikwidować (prostym odcięciem od reklam) takie antysalonowe firmy, jak krakowski dziennik „Czas", warszawski tygodnik „Spotkania" czy telewizję RTL-7.

Rzadko dymisje są gromkie — to się załatwia cicho i wszystko pokrywa milczenie publiczne, gdyż trudno wejść z protestem na łamy prasy, która robi w portki ze strachu przed sforą Michnika. Dużych huczków pamiętam ledwie trzy lub cztery. Głośne było usunięcie z telewizji W. Cejrowskiego, który manierą kowbojską wykpiwał „political correctness". Huczek „niszowy" (na łamach prawicowych mediów) spowodowało relegowanie dziennikarki łódzkiej, E. Więcławskiej, bo zuchwale zrobiła program o korupcji w TVP. Za zbytnią antysalonową zuchwałość można błyskawicznie dać łeb nawet wtedy, gdy się jest szefem rządu. „Przećwiczył" to premier J. Olszewski — zrobił (rękami A. Macierewicza) listę agentów-renegatów wśród dużych figur, i nie minęło kilka nocnych godzin, a usłyszał: „ — Panu już dziękujemy!".

Ja usłyszałem to samo w tym samym miesiącu (czerwiec) te­go samego, 1992 roku. I równie szybko po anty salonowym przestępstwie. Tylko wydałem „Najlepszego" (gdzie źle się mówi o wredności „Salonu" tudzież o Michniku), a natychmiast, równocześnie z wściekłym atakiem salonowych mediów (rozpoczę­tym przez „Wprost", gdzie szefem jest M. Król, były sekretarz KC PZPR, TW „Rycerz"), zostałem wyrzucony na bruk „wskutek przyczyn ekonomicznych" (sic! — jako szef katedry Historii Kultury i Cywilizacji Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej zarabiałem normalne akademickie grosze). Studenci dostali szału — grozili, że ogłoszą strajk. Również kilka prawicowych partii i stowarzyszeń opublikowało protesty przeciwko relegowaniu Łysiaka. Wszystkie one wskazywały ewidentny motyw polityczny, mścicielski tout court. Cytuję fragment prote­stu Stowarzyszenia Patriotycznego „Viritim": „To zwolnienie — zwolnienie mimo sprzeciwu studentów — jest przejawem stosowanej za rządów H. Suchockiej czystki wobec osób inaczej myślących (...) Widzimy w tym zastępowanie dawnego modelu «siły przewodniej», PZPR, przez Unię Demokratyczną".

Także prasa („niszowa" i katolicka) podniosła raban przeciwko zwolnieniu. Cytuję fragment tekstu Z. Lipińskiego („Dziennik Katolicki SŁOWO"): „«0perację Łysiak» przeprowadzono finezyjnie. Studenci protestowali, ale «różowi» okazali się sprytniejsi (...) Protestujących studentów uspokojono, że za kilka miesięcy Łysiak znowu przystąpi do wykładów, bowiem nowy system nauczania i zatrudniania polega m.in. na zblokowaniu wykładów z jednego przedmiotu w krótkim czasie. System zafunkcjonował, ale bez Łysiaka (...) Wiele środowisk podejrzewa , iż nie tylko prezentowane podczas wykładów poglądy oraz. wykrywanie afer dziejących się na wydziale (związanych z zaliczeniami, egzaminami itp.) przyczyniło się do jego usunięcia. Ich zdaniem zadecydowały dwie książki Łysiaka — «Lepszy» i zwłaszcza «Najlepszy» — w których autor nie zostawił suchej nitki na lewicy solidarnościowej, a szczególnie na jej guru, Adamie Michniku (...) Uruchomiono mechanizm vendetty, twierdzą ci, którzy podejrzewają polityczne motywy zwolnienia Łysiaka".

Motyw „Najlepszego" wskazał również R. A. Ziemkiewicz, dużym tekstem pt. „Niebezpiecznie, panie Łysiak!" (tygodnik „Spotkania", 1993); „Żadna w Polsce książka nie spotkała się w minionym roku z tak zmasowanym atakiem jak «Najlepszy» Waldemara Łysiaka. Żadnej nie potraktowano równie pretekstowo, pod pozorem oceny dzieła rozprawiając się z jej autorem (...) Fala ataków prasowych i Łysiak, po dwudziestu latach pracy na Wydziale Architektury PW, znalazł się na bruku. Wymówienie nastąpiło «z przyczyn ekonomicznych» i zapewne tylko zbiegowi okoliczności należy przypisać fakt, ze niemal jednocześnie z usunięciem Łysiaka rektor Politechniki wydał także polecenie niewpuszczenia zwolenników Jana Olszewskiego do auli Politechniki, mimo że za jej wynajęcie wniesiono już wcześniej uzgodnioną opłatę". Tekst ów narobił równie dużo szumu co sama dymisja, i sprawił, że nawet czerwona „Polityka" uznała, iż warto poinformować swoich czytelników o karze dla wroga „Salonu" i komuny: „Waldemar Łysiak, autor wielu bestsellerów, po 20 latach pracy na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej (gdzie był kierownikiem katedry Historii Kultury i Cywilizacji) został usunięty z pracy. Wymówienie uzasadniono przyczynami ekonomicznymi — informują «Spotkania». Tygodnik sugeruje, że wyrzucenie Łysiaka z pracy ma związek z jego ostatnią książką pt. «Najlepszy», w której autor — zdaniem krytyków — szkaluje bohaterów dawnej opozycji demokratycznej".

Tak więc „bohater" A. Michnik, pewnie nawet nie brudząc sobie rąk (samoistnie zadziałała moc różowego dyktatu?...), wykopał mnie na zbitą twarz. Ale jako człowiek przeniknięty duchem zoologicznej tolerancji, dawno mu już wybaczyłem, i nawet mam tego dowód. Gdy ostatnio (2004) miesięcznik „Opcja na prawo" robił sondę wśród znanych osób, zadając m. in. pytanie: „Gdyby mógł pan kupić liczne billboardy, co by na nich było?", pisemnie odpowiedziałem (vide numer lutowy): „Hasło: «Redaktor Michnik na prezydenta! Posłanka Beger na pierwsza damę!»". Rzecz jasna — mielibyśmy wówczas dwóch prezydentów (co wzmocniłoby polską mocarstwowość), bo moi fani noszą koszulki z dwubarwnym (biało-czerwonym) nadrukiem: „Waldemar Łysiak na prezydenta!" (ostatnio jeden dopadł mnie w bydgoskiej Bibliotece Głównej i wybłagał wspólną fotkę — vide reprodukcja). Tylko że sobie to ja na pierwszą damę wybrałbym kogoś innego, bez „owsa" i „kurwików". „Pionowe korytarze" też mi nie pasują — wolę układy poziome.

Od kpin wróćmy do dymisyjnego wątku. Siebie nie zdołałem uchronić, lecz uchroniłem przed relegowaniem pewną damę ze stajni świętego guru „lewicy laickiej". Był październik roku 2003 (zanotowałem, bo anegdota palce lizać). Telefon. Dzwoni młode dziewczę — ten typ („ten typ tak ma"), jaki znam świetnie, gdyż identyczne panienki dzwoniące z różnych instytucji, które reklamują (z banków, z towarzystw ubezpieczeniowych, z agencji badania opinii publicznej, et cetera — kto im daje mój telefon?!), zawsze (zawsze!) rozpoczynają od łamania polszczyzny:

„ — Przepraszam, czy ja rozmawiam z panem Waldemarem Łysiak?" (kiedy, do cholery, ktoś je nauczy, że polskie nazwiska odmienia się również?). Panienka przedstawia się jako dziennikarka gazety „Metro" („Metro" wydaje michnikowska „Agora"!). Pyta, czy zechcę udzielić wywiadu. Osłupiałem, więc odpowiadam pytaniem (ergo: manierą, której nie lubię):

— Czy pani wie, na co się pani naraża? To ją wyraźnie skonfundowało:

— Ja?... A na co się narażam?...

— Czy pan Michnik wie, że pani chce zrobić ze mną wywiad?

— Nie... A dlaczego?

Tłumaczę tedy dziewczęciu, które najwyraźniej „urwało się z choinki", że jeśli da taki wywiad do druku — straci pracę w dwadzieścia cztery godziny, lub prędzej, w dwadzieścia cztery minuty, bo jej pryncypał i ja miłujemy się niczym pies i kot. Chwila ciszy, westchnienie, panienka dziękuje mi za uratowanie etatu, i odkładamy słuchawki. Czyż nie powinienem zostać nagrodzony za ten dobry uczynek?

Ponieważ, wedle starej maksymy (którą bardzo szanuję, bo wielokrotnie w życiu doświadczyłem tego efektu): „Za każdy dobry uczynek spotka cię zasłużona kara" — nagrody (za książki) mnie omijają. Chciałbym rzec: dzięki Bogu! (mam awersję wobec nagród), lecz nie mogę, gdyż to dzięki „niewidzialnej ręce rynku", przepraszam: dzięki różowej ręce „Salonu"'. By nie zanudzać Czytelników przykładami, weźmy jeden tylko (choć dubeltowy) — moje „Stulecie kłamców". „Salon" chciał rzecz karnie (i rytualnie) przemilczeć, ale pospieszyła się „Nowa Res Publika" (periodyk Smolara, Króla, Jastruna-juniora i podobnych salonowców), piórem pewnego mydłka opluwając książkę jako produkt — cytuję — „ anty liberała ", „anty komunisty", „ciemnogrodzianina", „wroga grubej kreski" itp. Autor „recenzji" nie krył, że swym tekstem broni A. Michnika, A. Małachowskiego, T. Mazowieckiego oraz innych tuzów „Salonu", i przepraszał (sic!) „samych swoich", iż w ogóle pisze o Łysiaku. Zakończył „w nadziei, że to już ostatni tekst, jaki ukazał się o twórczości Waldemara Łysiaka" (sic!). Cisza medialna nie została wszelako zbytnio zakłócona tym paszkwilem, ergo:

wszystko szło dobrze, „comme il faut". Póki nie zagroziły „Salonowi" inicjatywy nagrodzenia „Stulecia kłamców":

Pierwsza chciała tej książce przyznać swą doroczną nagrodę Fundacja Polsko-Amerykańska. Szefowa Fundacji, pani M. Ginter, zadzwoniła do mnie i poinformowała, że „Stulecie kłamców" jest więcej niż faworytem — jest absolutnym „pewniakiem". Nie doceniła siły „Salonu". Jego nacisk na jury sprawił, że „pewniak" padł (czołową rolę dywersyjną wewnątrz jury odegrał tu J. Odrowąż-Pieniążek, nieusuwalny i za PRL-u, i za III RP dygnitarz, którego jako „literata popieranego przez władze" lansował dawniej nieświętej pamięci Wydział Kultury KC PZPR). Wobec tego kolejne „prawicowe" gremium chciało przyznać „Stuleciu kłamców" laur w swym pierwszym, inauguracyjnym rozdaniu Nagrody Literackiej im. J. Mackiewicza (prawicowa przeciwwaga dla salonowej, mającej za patrona „Gazetę Wybor­czą", Literackiej Nagrody „Nike"). Dwa tygodnie przed ogłoszeniem wyników zostałem poinformowany (zadzwonił sponsor nagrody), że zwyciężyłem. Historia się powtórzyła — „Salon" przycisnął i „zwycięzca" przegrał. Kilku znajdujących się w kilkunastoosobowym jury literatów (grających prawicowców, lecz merdających ogonami przed „Salonem") łatwo poddało się dyk­tatowi, a rozprowadzającym kontrłysiakowego sprzeciwu był K. Orłoś, który oświadczył (tak mi relacjonowano): „ — Po moim trupie!". Ja ich rozumiem (zazdrość — rzecz ludzka), i „Salon" rozumiem (w „Stuleciu kłamców" „Salon" obrywa jako arcykłamca), i Orłosia też rozumiem. Prócz prosalonowych, miał również własne powody sprzeciwu:

A. D. 1994 K. Orłoś opublikował tekst pt. „Antysemityzm", gdzie można przeczytać, że Polacy (exemplum W. Łysiak) są nieuleczalnymi antysemitami („ W Polsce jakby wciąż kiełkowal antysemityzm", itp.), bo złoszczą się na rabina Weissa, który jest dobrym człowiekiem. Przypomnę: amerykański rabin Weiss urządzał wtedy dzikie burdy przeciwko stawianiu krzyży blisko obozów zagłady, lekceważąc fakt, że fabryki śmierci mordowały i Żydów, i chrześcijan. Żydzi nie uznają krzyża Chrystusowego, więcej: nienawidzą, zatem krzyże precz! Ponieważ Orłoś swoim artykułem proponował (w sposób szkalujący Polaków) zrozu­mienie dla żądań Weissa, wydrukowałem („Tygodnik Solidarność") tekst krytyczny wobec „tolerancyjnej" argumentacji Orłosia. Cytuję fragment: „Orłoś demonstruje brawurowy «odlot rozumu», gdy twierdzi, że «porozumienie z rabinem Weissem jest konieczne». Uzasadnia te «konieczne» swaty drogocennym argumentem ze skarbca humanizmu, tłumacząc polskim rasistom, że «kultura i cywilizacja oparte są na porozumieniu między ludźmi, wzajemnym zaufaniu i przyjaźni». Czarnosecińców, których nie nęci przyjaźń do rabina Weissa, tudzież zaufanie doń i porozumienie, Orłoś upomina pryncypialnie, znowu tłumacząc jak głupiemu, iż przeciwieństwem wymienionych cnót są «związane z nacjonalizmem agresja i wrogość». Wszyscy winniśmy dać braterskiej buzi bezczelnemu bojówkarzowi, którego furię wywołują katolickie krzyże stawiane w miejscach gdzie mordowano Polaków. Krzyże won! — i wtedy rabin Weiss zastanowi się, czy wybaczyć krzyżofilom ich chrześcijański tupet".

Mój artykuł był długi. Puenta polemiki brzmiała tak: „Tekst Orłosia karygodnie doprawdy (przytaczaniem incydentalnych ekscesów skinów, lumpów i prowokatorów) broni kłamliwej tezy o polskim wszechobecnym antysemityzmie, a mnie plasuje wewnątrz tej całkowicie marginalnej u nas dewiacji, i to metodą fałszowania cytatów oraz wyrywania ich z kontekstu tak, że słowa całkowicie zmieniają swoje znaczenie (...) Dawniej oszczerców pokroju Orłosia biło się zwyczajnie kandelabrem w mordę i wyrzucało za drzwi bez dyskusji; gdzie te dobre czasy! Dziś człowiek musi się tłumaczyć, że nie jest wielbłądem (...) Panie Orłoś! Przerobienie Łysiaka na antysemitę (bądź jakiegokolwiek rasistę — zbyt lubię Mulatki i Kreolki) jest rzeczą absolutnie niemożliwą, to się nie uda nikomu. Dlatego panu się nie udało, mimo że bardzo się pan starał. Identycznie myślę o wmawianiu przez pana rodakom ciąży antysemityzmu. Pańskimi elukubracjami, które uważam za więcej niż naganne — za rzecz odrażającą — przerobił mnie pan nie na antysemitę, tylko na antyorłosia. Gdy tacy ludzie, jak pan, próbują mnie kompromitować fałszywką, czuję niesmak, ale nie czuję bólu. Ból czułbym, gdyby tacy ludzie chwalili mnie, albowiem — wedle celnego japońskiego przysłowia — «Nie ma gorszego wstydu, niż kiedy głupcy nas chwalą». Czymś żenującym jest także pańskie filosemickie lizusostwo, którym brzydzę się równie mocno co antysemityzmem, gdyż czuć tam ten sam zapaszek rasizmu".

Trudno się dziwić, że literacką nagrodę można mi przyznać wyłącznie „po jego trupie" (jak i „po trupie" Michnika), gdy w jury zasiada pan Orłoś.

„Salon" zresztą mierzy dużo wyżej — lubi rozgrywać samego Nobla. Nie chodzi nawet o blokowanie zgłaszania kandydatur do literackiej Nagrody Nobla (co mnie spotkało dwukrotnie), lecz o „ustawianie gonitwy". Międzynarodowy „Salon" sprawił, że od końca lat 80-ych XX wieku nagrodę tę dostają wyłącznie lewicowcy (m.in. stalinowcy i ekstremalni goszyści, jak Włoch D. Fo). Polski „Salon" załatwił Nobla dla W. Szymborskiej tylko w tym celu, by nie dostał owych laurów genialny poeta, zawzięty antysalonowiec-antymichnikowiec, Z. Herbert.

 

5. Laur Nobla daj mi luby!...

W. Szymborska jest dobrą poetką. Nawet bardzo dobrą (że Z. Herbert był poetą lepszym, nie jej wina — nie każdy zostaje przez Boga tknięty iskrą geniuszu). Ta kobieta ma wszakże wieczną skazę charakteru — lubi służyć silniejszym. Dlatego typowo salonowe kłamstwo stanowi opinia A. Międzyrzeckiego, iż Szymborska jest „wzorem moralnym", bo „jej zachowanie było zawsze bez zarzutu". Odwrotnie — Szymborska jest antywzorem etycznym, a jej zachowanie było zawsze pełne nikczemnego serwilizmu wobec ludzi terroryzujących kraj. W erze stalinowskiej chwaliła swym piórem wszystko, co Stalin kazał apologetyzować, i piętnowała wszystko, co było antybolszewickie i patriotyczne. Lenina wprost deifikowała, zwąc go „Adamem nowego człowieczeństwa"; Stalina hagiografowała, twierdząc, że „nic nie pójdzie z jego życia w zapomnienie"; partię mordującą akowców opiewała jako „to najpiękniejsze co może się zdarzyć"; religię katolicką opluwała jako „cichą truciznę" i „nieczystą wodę "; rewolucję bolszewicką sławiła jako „ wodę źródlaną, z miłością podaną pragnącemu", etc., etc., etc. Notabene — te prostalinowskie wierszydła Szymborskiej są (gdy się patrzy na ich stronę formalną) ekspozycją dobrej poezji, ujawniającą duży talent, zupełnie tak samo jak bolszewickie rymy W. Broniewskiego. Marni ludzie często tworzyli arcydzieła; sztuka nie musi brać ślubu z przyzwoitością, żeby wykuwać jakość klasy olimpijskiej.

Skandynawskie gremium, które daje literackie Noble, lubi polityczne przełomy. Gdy w 1980 roku triumfalnie zaistniała „Solidarność" — jasne było, że nagrodzony zostanie Polak, i tak się stało, od ręki uhonorowano Cz. Miłosza (twórcę miłego międzynarodowemu „Salonowi" choćby dlatego, że był filokomunistą, że był kosmopolitą, że się nauczył hebrajskiego języka, i że — jak pisze „The Jewish Journal"„Od wczesnych lat swego życia był ściśle związany z Żydami i sprawami Żydów"), Kiedy dekadę później Polacy skasowali PRL — mówiono, że znowu literacki Nobel przypadnie Polakowi. Za „pewniaka" uchodził Z. Herbert. Tymczasem w 1989 uhonorowano Hiszpana C. J. Celę. Wywołało to zdziwienie, ale tłumaczono werdykt faktem, że noblowskie jury kocha lewicowców, a ów Cela to salonowy lewak pełną gębą. Zobaczycie — w przyszłym roku Polak murowany! W roku 1990 Nobla dostał Meksykanin O. Paz; w 1991 bardzo „poprawna politycznie" królowa „antyrasizmu", Afrykanka N. Gordimer; w 1992 taki sam „etniczny pc-boy", D. Walcott z Karaibów; w 1993 amerykańska feministka T. Morrison, itd., itp., słowem drugorzędne miernoty (prócz Paza), których dziś nie pamięta nikt, nawet wśród literaturoznawców. Wtedy już coraz głośniej szeptano o dziwnej dywersji. Sztokholm tłumaczył się za kulisami (1991), że owszem, chce dać Polakowi nagrodę, lecz sami Polacy to utrudniają — z Polski płyną fluidy szlabanujące Herberta. Wówczas Szymborska zwietrzyła swą szansę i zagrała numer będący klasyczną recydywą.

Początek czerwca 1992 roku. Chwilowy (niespełna półroczny) rząd premiera J. Olszewskiego ujawnia listę agentów (samych VIP-ów) i zostaje za to zlikwidowany przez tychże gagatków w trybie pożarowym. „Gazeta Wyborcza" drukuje na pierwszej stronie antyteczkowy wrzask „Salonu". Obok tytułu „Prezydent: teczki sfabrykowane" Michnik pisze: „Wisława Szymborska, Wielka Dama polskiej literatury, przysyła nam swój nowy wiersz. Niechaj jego przesłanie będzie i naszym głosem w sporze z nikczemnością i nienawiścią". Obok tekstu Michnika duży (52 wersy), wymierzony w Olszewskiego i w jego ekipę, wiersz Szymborskiej pt. „Nienawiść". Że niby „ olszewiki" zrobiły to, co zrobiły, bo przepełnia ich karygodna antylewicowa nienawiść.

Słowo bardzo lubiane przez Szymborska. Za komunizmu pisała chętnie jak to nienawidzą Polaków (nawet niemowląt) „imperialiści" (Amerykanie itp.); exemplum:

„Nienawidzą naszego węgla.

Nienawidzą naszych cegieł i przędzy.

Nienawidzą tego, co już jest.

Nienawidzą wszystkiego, co będzie.

 

Naszych okien i kwiatów w oknach.

Naszych lasów i ciszy leśnej.

Nawet wiosny, bo to nasza wiosna.

Nawet szkoły z wesołymi dziećmi.

 

Rozpruli atom jak pancerną kasę,

lecz nic prócz strachu nie znaleźli w kasie.

O, gdyby mogli, gdyby mogli tym strachem

uderzyć w domy i fabryki nasze ".

Minęło trochę lat i „ Wielka Dama polskiej literatury " znowu wlepia nienawiść antyczerwonym ludobójcom, tym razem na użytek bezpieki, sfory TW i „Salonu". Cytuję fragment:

„Religia nie religia —

byle przyklęknąć na starcie.

Ojczyzna nie ojczyzna —

byle się zerwać do biegu.

Niezła i sprawiedliwość na początek.

Potem już pędzi sama.

Nienawiść. Nienawiść.

Twarz jej wykrzywia grymas

ekstazy miłosnej".

Robiąc szkolną tak zwaną „analizę wiersza", zwróciłbym w tym fragmencie uwagę żaków na arcysmaczne wykpiwanie sprawiedliwości (wersy piąty i szósty), lecz wróćmy do Nobla. Zasłużyła się. Jeszcze przez cztery lata można się było łudzić, że Herbert weźmie laur. Ciekawiło mnie jaką mowę (obowiązkową) wygłosi przy wręczaniu mu Nagrody. Roiło mi się, że jako pierwszy laureat Nobla palnie mowę antysalonową, chłoszczącą dostojne grono uczestników ceremonii. Później taką mowę zamieściłem w onirycznym fragmencie powieści „Kielich", gdzie poeta, laureat Nobla, smaga szamerowaną sztokholmską salę. Oto ów fragment „Kielicha":

Bohorowi wręczono literackiego Nobla! Potem wygłosił rytualną mowę:

— Drogie panie, panowie, tudzież obojnaki! Daliście mi tę nagrodę nie z chęci, lecz z konieczności — z musu! Od wielu lat przyznając literackiego Nobla samym lewakom, komunistom, «postępowym» nihilistom i goszystowskim pajacom — doczeka­liście się krytyki tak szyderczej, tak już was uwierającej, że postanowiliście zrobić wyjątek, ergo: zaprzeczyć, iż lewactwo to główne kryterium waszych werdyktów. Miło, że pamiętacie jeszcze kulturę klasyczną, czego dowodem pamięć o łacińskim «si fecisti, nega!» —jeśli zrobiłeś, zaprzecz! Zaprzeczyliście laurem dla «wstecznika», dla «anty postępowca», dla «zoologicznego konserwatysty». To dobry wybór. Dzięki temu werdyktowi piekło otrzyma dzisiaj publiczną chłostę, a widownią będą miliardy ludzi, bo towarzyszy nam telewizja.

Upił kilka łyków lemoniady ze szklanki stojącej na mównicy, i kontynuował tym samym imperialnym tonem:

— Panie i panowie jurorzy — wam przysoliłem już; teraz czas waszych gości. Elitarna zebrana tu publiko! Delegaturo globalnej opiniotwórczej masonerii musztrującej świat!... Tak, do was się zwracam, szanowni instruktorzy opinii publicznej!

Po sali przeszedł wrogi mu szmer, lecz nie wytrącił Bohora z konceptu:

— Kim wy jesteście ? Przyznaliście sobie prawa bogów, gdy tymczasem jesteście delegatami Lucyfera i mordujecie duszę człowieka, hamujecie jego lot ku celom wyższym! Wskutek złej woli, lecz częściej wskutek głupoty, plagiatowości intelektualnej tych, którzy małpują Mefistofelesów «w dobrej wierze», chcąc «wyzwalać ludzi» — unicestwiacie «Logos»! Robicie to nachalnie, bezlitośnie i wszechstronnie. Wtedy, gdy czyściec braku swobody zastępujecie piekłem braku jej ograniczania. Wte­dy, gdy kulturę tłumicie kontrkulturą, a moralność — globalnym stręczycielstwem. Wtedy, gdy Dekalog odsyłacie do lamusą, a Boga do bajkopisarstwa dla prostaczków. Wtedy, gdy jako wzorce powszechne lansujecie prawidła przynależne wcześniej ludziom marginesu, analfabetom i dewiantom. Wtedy, gdy telewizję czynicie bronią masowego rażenia. Transcendencję wymieniliście na dialektykę. Tęsknotę za niedościgłym — na pogoń za trywialnym byle zyskownym. Branie wzoru z Chrystusa i Bayarda — na małpowanie komedianta ekranowego. Wertykalizm sprowadziliście do horyzontalizmu — Gotyk do asfaltu, a wodospad Szekspira do poziomej kałuży sitcomów. Desakralizujecie świat, czyniąc go płaskim korytem pomyj reklamowanych jako wyzwolenie. Wyzwalacie istotę ludzką z godno­ści, prawości, rozsądku i honoru! Daliście człowiekowi zatrute jabłko węża! Jesteście dziwką grającą boginię! Szerzycie kłam­stwo i brud! Szczury ze średniowiecznych statków przynosiły dżumę mniej zabójczą od gangreny, którą stanowi wasze dzieło zniszczenia!...".

Z. Herbert nie mógłby wygłosić takiej mowy, nawet gdyby chciał, gdyż Nobla wręczono nie jemu, tylko W. Szymborskiej (1996). Nobel zaś nie mógł być przyznany Z. Herbertowi, gdyż nie można tak nagradzać człowieka, który publicznie demaskuje Michnika jako łotra i cały różowy „Salon" jako pandemię. Plotkowano wewnątrzśrodowiskowo, że ambasadorem-pełnomocnikiem zagranicznym „Salonu" był w tej grze wcześniejszy noblista, wpływowy u międzynarodowych kół Cz. Miłosz, który — sam syty już lauru — nie miał nic przeciwko Szymborskiej, i nie mierziła go wcale jej stalinowska przeszłość („ Miłosz ci wszystko wybaczy..."), bo i on też wówczas „uprawiał prostytucję" (jego własne słowa). Miał za to dużo przeciwko Z. Herbertowi, z dwóch powodów: bo twórczość Herberta jest lepsza niż twórczość Miłosza, oraz dlatego, że Herbert toczył z nim (jako z salonowcem i niepoprawnym lewakiem) wojnę śmiertelną. Również rymami. Charakterystycznym przykładem są ich wiersze o moczu. 

Miłosz w wierszu „Toast" gdakał następująco:

„Nie cierpię ludzi,

którym uderza do głowy

ten moczopędny środek narodowy,

czyli nadmierny patriotyzm".

Rozwścieczony taką ostentacyjnie antypatriotyczną apologią kosmopolityzmu, tudzież „moczopędną" metaforą — Herbert (jak ustaliła J. Salamon) ripostował cudownym, przejmującym wierszem „Wilki", który jest hołdem dla wszystkich antykomunistycznych „wyklętych żołnierzy"', owych „zaplutych karłów reakcji", członków „band leśnych" Armii Krajowej, co jeszcze za PRL-u zwalczali sowieckie jarzmo. Użył tam „moczowego" akordu, gwoli obsikania Miłosza:

WILKI

Ponieważ żyli prawem wilka,

historia o nich głucho milczy.

Pozostał po nich w kopnym śniegu

Żółtawy mocz i ten ślad wilczy.

 

Nie opłakała ich Elektra,

nie pogrzebała Antygona,

i będą tak przez całą wieczność

w głębokim śniegu wiecznie konać.

 

Przegrali dom swój w białym borze,

kędy zawiewa sypki śnieg.

Nie nam żałować, gryzipiórkom,

 i gładzić ich zmierzwioną sierść.

 

Ponieważ żyli prawem wilka,

historia o nich głucho milczy.

Został na zawsze w dobrym śniegu

żółtawy mocz i ten trop wilczy".

Oni przegrali, i on przegrał. Oni ze złem, i on ze złem. Lecz oni stracili życie, gdy on, Boży „gryzipiórek", tylko hiperlaur. Prawicowe polskie media sugerowały bez patyczkowania się, że ów antyherbertowski Nobel 96 to medal dla poetyckiej formalnej zręczności, którą wyniesiono nad poetycki geniusz dzięki wpływom „Salonu" rodzimego. J. Biernacki: „Literacka Nagroda Nobla dla Wisławy Szymborskiej jest wyraźnie wymierzona przeciwko Zbigniewowi Herbertowi i powoduje, że ten bezwzględnie największy polski poeta współczesny nigdy zapewne noblistą nie zostanie". Różowi salonowcy wyśmiali takie gadki.

Sam Herbert prorokował sobie wcześniej w „Przesłaniu pana Cogito":

„A nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką

chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku".

Zabili. „ — Panu już dziękujemy!".

 

 

6. Literacki geniusz, „Mirek"

Wspomniałem przed chwilą, iż nawet literaturoznawcy nie pamiętają już wszystkich tych salonowych lewaków, których taśmowo, rok w rok, „politycznie poprawny" Sztokholm nagradza Noblem od wielu lat. A czy państwo pamiętają jeszcze „wielkiego pisarza", mistrza Szczypiorskiego? Pewnie tak, gdyż lata 90-e dopiero minęły. Lecz jeśli ktoś nie pamięta, lub jeśli nie będą pamiętały nasze dzieci i wnuki, to będzie dziwne, bo przecież A. Szczypiorski to najwybitniejszy rodzimy prozaik współczesny! Wpajał nam ten werdykt michnikowski „Salon" po 1989 roku, i nie wiadomo czemu zaprzestał wpajać dzisiaj — może uznał, że werdykt jest wpojony wystarczająco solidnie, by trzeba go było dalej głosić.

Szczypiorski to najbardziej symptomatyczno-syndromatyczny przykład forowania „samych swoich" przez różowy „Salon". Poświęcam temu grafomanowi (klinicznemu grafomanowi) cały 6 rozdział VI części książki, bo w życiorysie i w twórczości Szczypiorskiego skupiają się wszechstronnie i wprost drastycznie wszystkie charakterystyczne cechy polskiego intelektualisty-twórcy na usługach komunizmu tudzież „Salonu", oraz wszystkie aspekty promocyjnych manipulacji opiniotwórczych „Salonu". Dzisiaj (mimo terroru salonowego) mogę już pisać o tym. Za PRL-u nie mogłem, bo Szczypiorski był nietykalny. Kopnąć go mógł tylko emigrant, i M. Hemar uczynił to w oddaleniu swego Londynu:

Wezmę z kąta jakiegoś

Pokątnego autorka,

Jakiegoś Szczypiorskiego,

Szczypiórka, czy Szczypiorka.

I dobrodusznie — bo choćbym

Złośliwie chciał, to nie mogę —

Zamiotę nim parę razy

Emigracyjną podłogę".

 

Szczypiorski rozpoczynał typowo, pracą „na czerwonym froncie ideologicznym", vulgo: jako agitator wygłaszający regularne pogadanki radiowe i piszący artykuły o spełnieniu się ziemskiego raju dzięki dobroczynnej interwencji Kremla, sierpa i młota. Później (1990) ujmie tę swoją „prostytucję" tłumaczeniem łagodzącym alibizująco: „Olbrzymia większość środowisk intelektualnych zbłaźniła się, mówiąc najłagodniej, współpracą ze stalinizmem (...) Myśmy się wszyscy upaprali cokolwiek w tym śmietniku. Ja tutaj także bez winy nie jestem". Równocześnie „upaprał się cokolwiek" współpracą agenturalną, sformalizowaną ubecko-esbecko, a kontynuowaną przez prawie ćwierć wieku. Ponieważ jednak sam nigdy nie pisnął słowa o tym, muszę posłużyć się słowami oficera UOP-u, M. Greckiego:

„S., znany i ceniony polski pisarz i publicysta, został pozyskany na tajnego współpracownika w latach pięćdziesiątych. Przyjął kryptonim «Mirek». Niemal cala jego bliższa i dalsza rodzina miała od dawna silne związki z U B. Wyjątkiem był tu jego ojciec. Ale już wszyscy bracia i siostry ojca pracowali dla bezpieki w randze kapitanów i majorów. Wszyscy należeli do Polskiej Partii Robotniczej i później do PZPR. Wśród najbliższej rodziny S. było około siedmiu takich osób (...) On sam w młodości byłf aktywistą ZMP, potem PZPR. W 1954 roku wszedł w kontakt z jednym z wydziałów Departamentu I Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Dwukrotnie wyjeżdżał do Anglii, pomagając bezpiece w sprowadzeniu do kraju własnego ojca. Jako współpracownik wywiadu wyjechał do Danii na placówkę dyplomatyczną. Został przeszkolony w zakresie służby wywiadowczej. Zobowiązanie i pisemnie postawione zadania podpisywał własnoręcznie nazwiskiem i pseudonimem. W Danii przebywał stosunkowo krótko. Został stamtąd wyrzucony za malwersacje. Udowodniono mu prowadzenie nielegalnych kom­binacji o charakterze finansowym. W 1963 roku oficer wywiadu przeprowadził z nim dwie rozmowy operacyjne, w czasie których S. potwierdził swą wolę współpracy z SB. Jeszcze wielokrotnie, przy okazji wyjazdów zagranicznych, był «zadaniowany» przez wywiad. Podpisywał wyznaczane mu zadania i kolejne zobowiązania. Nigdy nie odnaleziono dokumentów, które świadczyłyby o zaprzestaniu współpracy. W latach sześćdziesią­tych S. był aktywnym publicystą głoszącym ideały PZPR. Dopiero w latach siedemdziesiątych zaczął odgrywać rolę jednego ze sztandarowych opozycjonistów".

„Opozycjonistą" (bezwzględnie przy użyciu cudzysłowu, albowiem mówimy o „opozycji koncesjonowanej" vel „licencjonowanej"; jako „opozycjonista" Szczypiorski regularnie wizytuje... szefa bezpieki, generała Kiszczaka!) — TW „Mirek" został widząc, iż różowy „Salon" (finansowany przez międzynarodowy „Salon") zaczyna dawać lepszy żłób niż reżim (koniecznie muszę tu jeszcze raz przypomnieć słowa świętej pamięci L. Tyrmanda, iż tacy jak A. Szczypiorski przeszli na antyreżimowość „kiedy nieszkodliwym krzykiem i niezgadzaniem się można już było w Polsce wybornie zarobkować, lepiej niż dotychczasowym służalstwem"). Mimo że cała ta „opozycja" to była swoista „commedia dell'arte" — SB postanowiła inwigilować „opozycjonistę" A. Szczypiorskiego („sicher ist sicher"). Skaptowała więc jego syna, który jako TW „Gaweł" donosił na tatusia, lecz nie ideowo, tylko: dla grosza, panie, dla grosza (M. Grocki: „Zażądał wówczas tak wielkiej sumy za swe usługi, że w pierwszej chwili nawet SB miała trudności ze zgromadzeniem pieniędzy"). Ot, siła tradycji rodzinnej — „Mirek" i „Gaweł" w jednym stali domku, i młodszy kontrolował starszego jak najbardziej intymnie, co stara dobra SB ceniła bardzo.

Po dogoworce okrągłostołowej „dano mu skrzydła" (tatusio­wi). J. R. Nowak: „Wysławiany jako «wielki pisarz-moralista», Szczypiorski zyskał sobie niebywałą klakę w «czerwono-różowych» mediach po 1989 roku. Jakiś chwalca posunął się nawet do nazwania «Początku» Szczypiorskiego nowym «Quo vadis» (!). Do rangi niebywałego autorytetu wywindowa­no jednego z dawnych peerelowskich «inżynierów dusz», przez wiele lat operującego najbardziej wyświechtanymi kłamstwami propagandowymi. Po czerwcu 1989 zdobył sobie jednak szczególne zasługi w oczach różnych postkomunistycznych dziennikarzy i polityków — za konsekwentne wybielanie PRL-u, za zaciętą obronę szańców «grubej kreski», za pełne nieukrywanej furii ataki na wszelkich prawicowych «oszołomów» i «frustratów» ".

Nie oszczędzał nikogo komu „Salon" niemiły. Różaniec modlitewny porównywał z harapem (sic!), a cały Kościół z terrorem („Nigdzie na świecie nie ma takiego zagrożenia klerykalnego jak u nas"). Terrorem więc nie mógł być antykościelny system PRL-u — był to, wedle Szczypiorskiego, „system operetkowy", a czyż operetka może być opresyjna? Ćwierć wieku wcześniej ten sam człowiek głosił z emfazą: „Polska Ludowa jest ukoronowaniem tysiąca lat narodowej historii" (sic!). Dlatego już w PRL-u robił za dużą figurę. W III RP robił za giganta. Transakcja między literatami-renegatami a UD i całą michnikowszczyzną wypromowała ku szczytom kilkanaście nazwisk, lecz sam wierzchołek zajął TW „Mirek" jako literacki król. Co mocno degustowało niezależnych. R. A. Ziemkiewicz: „Najbardziej udanej z takich transakcji dokonał oczywiście Putrament Unii Demokratycznej, Andrzej Szczypiorski (...) Gdy kolaboracja i małość stają się postawami godnymi pochwały, gdy autorytetem moralnym czyni się człowieka, który strawił życie na podlizywaniu się władzy — to, doprawdy, lepiej od razu zamknąć sklepik. W takiej sytuacji pozostaje jedynie nurzać się w gorzale i szukać u Urbana potwierdzenia, ze przecież na świecie są same świnie, więc kto się świni, nie robi nic złego".

Wątpliwości pod adresem „ Szczypiora" jako „moralnego autorytetu" mieli również Niemcy. Szczypiorski przypodchlebiał się ze wszystkich sił naszym zachodnim sąsiadom. Wygłaszał tam liczne odczyty, którymi opluwał Polskę i Polaków; exemplum:

„ — Cechy charakterystyczne społeczeństwa polskiego to: alkoholizm, nieuczciwość, brak tolerancji względem inaczej myślących, nieposzanowanie pracy zarówno cudzej, jak i własnej. Wypadałoby zapytać, czy takiemu społeczeństwu przysługuje miano chrześcijańskiego". Równocześnie chwalił „elitę" (różową inteligencję) jako światłą i nieskorumpowaną, a PRL bagatelizował po swojemu jako „system operetkowy". To pierwsze zdumiało warszawskiego korespondenta prasy niemieckiej, K. Bachmanna, który wyśmiał tezę o niekolaborującej inteligencji polskiej; to drugie zdenerwowało byłego enerdowskiego dysydenta, J. Reicha: „ Szczypiorski przedstawia nam polski operetkowy komunizm, ze skorumpowanymi i gotowymi do kapitulacji władzami i leniwą tajną policją. Jednak nie bardzo pasuje mi do tego obrazu zabójstwo ks. Jerzego Popiełuszki, internowanie tysięcy przeciwników systemu po wprowadzeniu «stanu wojennego», setki ofiar: zabitych i rannych, w Gdańsku, Radomiu, Nowej Hucie, czy wreszcie morderstwa zlecone przez sądy kapturowe, a popełnione na działaczach «Solidarności»".

Dlaczego akurat Niemcy byli tak zainteresowani wszystkim, co A. Szczypiorski pisze i gada? Dlatego, że o ile „Salonowi" michnikowskiemu nie udało się wypromować Szczypiorskiego na całym świecie jako geniusza współczesnej literatury (przeszkodziła temu rażąco licha jakość tej pisaniny), o tyle w Austrii i w Niemczech się udało. Dlaczego akurat w Austrii i w Niemczech? Z dwóch powodów. Pierwszy (lub drugi, kolejność jest tu bez znaczenia) to fakt, że o tym, kogo spośród cudzoziemskich autorów tłumaczyło się, wydawało i reklamowało w Austrii i w Niemczech decydował przez kilkadziesiąt lat tamtejszy „papież krytyki" vel „papież literatury niemieckiej", legendarny M. Reich-Ranicki. Człowiek-instytucja. Świat XX wieku nie znał drugiego tytana, który niczym M-R-R — jednoosobowo — decydowałby o karierach literackich w całym obszarze jednego spośród czterech głównych języków globu. U schyłku XX stule­cia wyszło na jaw, że od 1945 roku ten polsko-niemiecki Żyd był oficerem bezpieki komunistycznej (najpierw NKWD, później UB, wreszcie Stasi). To on wprowadził kolegę, TW „Mirka", na niemieckojęzyczne (niemieckie i austriackie) salony literackie, to on wmówił Niemcom i Austriakom, że Szczypiorski jest wir­tuozem współczesnej literatury, i to on uczynił tam pewną kiep­ską literacko książkę Szczypiorskiego (o niej za chwilę) arcydziełem prozatorskim XX wieku (funkcjonowało tu zresztą pikne „sprzężenie zwrotne"'. Ranicki wskazywał nadwiślańską chwałę swego pupila, a im bardziej w Niemczech i w Austrii sławiono Szczypiorskiego, tym łatwiej było go lansować nad Wisłą polskiemu „Salonowi", wskazującemu i cytującemu „zagranicę").

Lecz był i drugi powód niemieckojęzycznego sukcesu grafomana. Niemcy uwielbiają czytać, że Polacy są wredni, kołtuńscy i antysemiccy. Bez takich treści nawet Ranickiemu promocja A. Szczypiorskiego nie udałaby się tam bez kłopotów. We wspomnianej książce „Początek" (Niemcy dali jej tytuł: „Piękna pani Seidenmann") czytamy o Polsce: „Święta Polska, cierpiąca i mężna. Polskość święta, zapita, skurwiona, sprzedajna, z gębą wypchaną frazesem, antysemicka, antyniemiecka, antyrosyjska, anty ludzka. Pod obrazkiem Najświętszej Panienki". Wokół tej kalumni (ze szczególnym uwzględnieniem polskiego anty­semityzmu) została osnuta cała treść: Polacy wydają Żydówkę Niemcom, ale hitlerowski oficer i drugi Niemiec (również przyzwoity człowiek, jak to Niemcy) wypuszczają kobietę na wolność i ratują jej życie, tyle że cały ten ich wysiłek jest długo­dystansowo bezowocny, bo ćwierć wieku później (1968) Polacy i tak ją załatwią we właściwy im sposób. Wszystko. To nie my — to Polacy gnębili i mordowali Żydów! Czytelnicy za Odrą szaleli ze szczęścia. Superbestseller. Do dzisiaj Szczypiorski jest dla Niemców chlubą literatury XX-wiecznej. Oczyścił Zygfrydów, ujawnił swym genialnym piórem prawdziwych antysemitów !

Antysemici winni zaleźć Szczypiorskiemu za skórę już w 1968 roku, gdy komunistyczny reżim, będący według Szczypiorskiego „ukoronowaniem tysiąca lat narodowej historii"', wszczął kampanię „antysyjonistyczną". Lecz tak się nie stało — Żyd Szczypiorski jeszcze parę lat politrukował dla tego reżimu przez radio, bo jako TW „Mirek" był pod czułym protektoratem SB. Antysemicki rok 1968 jakoś mu nie wadził. I już zawsze tak się będzie działo z jego awersją do rasizmu. Swoim niemieckim idolem uczyni pułkownika von Stauffenberga, nie bacząc, że ten głośny zamachowiec był równie zoologicznym antysemitą co Hitler — postulował wyżenięcie Żydów z prasy, teatru, muzyki, z całej kultury, a wreszcie i z całego obszaru Niemiec. Stauffenberg osobiście Żydów nie mordował, podobnie jak Hitler, który nie zamordował własnoręcznie ani jednego Żyda. Szczypiorski do końca życia hagiografuje pułkownika, zwąc go (takie było zapotrze­bowanie Niemców) „człowiekiem honoru", czyli identyczny­mi słowy jak Michnik generała, który też osobiście nie eksterminował żadnego Żyda, mimo że „aryzował" wojsko. Obaj — i Michnik, i Szczypiorski — mieli w tym swój interes. U Szczypiorskiego był to interes wydawniczy na niemieckojęzycznym rynku. „Gescheft ist Gescheft".

J. Stoła opublikował w roku 1997 artykuł pt. „Ci straszni Po­lacy, ta straszna Polska. Dlaczego Andrzej Szczypiorski jest promowany w Niemczech". Cytuję fragment: „Sale, w których odbywają się spotkania autorskie Szczypiorskiego, czy też zwykłe dyskusje, są zawsze wypełnione po brzegi. Przychodzą na nie nie tylko Niemcy, ale w dużym procencie Żydzi, aby nasłuchać się o polskim antysemityzmie". Były to o antysemityzmie wieści kluczowe i dla Żydów, i dla Niemców. Dla Żydów, ponieważ Herr Szczypiorski przytakiwał Żydom, że ich głównym wrogiem — motorem i mocodawcą antysemityzmu — jest Kościół katolicki. A dla Niemców — bo im tłumaczył, że do Holocaustu popchnęło ich chrześcijaństwo. Teza Szczypiorskiego (pierwszy raz wyłożona w 1990 roku) brzmiała tak: „Kościół rzymski nie był bez ciężkiej winy. Jeśli istnieje w ogóle jakaś dialektyka historii, to w jej świetle można by zaryzykować pogląd, że naród niemiecki wziął na siebie wykonanie tej zbrodni, która się przewijała przez stulecia w brudnych, złych snach chrześcijańskiej Europy".

Patriotów polskich to bolało (prof. T. Strzembosz nazwał Szczypiorskiego „człowiekiem bez czoła"). Krytyków literackich niepodporządkowanych „Salonowi" śmieszył zaś diadem chwały ofiarowany grafomanowi przez „Salon". Niezależni komentatorzy literatury pewnie by zresztą w ogóle nie ruszali pisaniny Szczypiorskiego, ale rozsierdziła ich ciągła salonowa wrzawa wokół jego rzekomej pisarskiej maestrii, prasowe raporty o jego niemieckich tudzież austriackich nagrodach, wreszcie bezczelność samego laureata owych splendorów, któremu tak uderzyła do łba woda sodowa, iż publicznie równał się z Witkacym, Gombrowiczem i Mrożkiem. Wtedy się posypało. R. A. Ziemkiewicz zgrzytnął: „Pisarz Szczypiorski z ledwością szyje drętwe produkcyjniaki bez krzty oryginalności i talentu". L. Dymarski orzekł: „ Andrzej Szczypiorski dowiódł, że nie umie pisać, a literatura jest dla niego żywiołem całkowicie obcym". T. Łubieński i K. Mętrak uznali mistrza A. Szczypiorskiego za „literata, który zrobił karierę szczególnie niewspółmierną do swego talentu". Itd., itp. —jakość pisarstwa Szczypiorskiego analogicz­nie ocenili R. Tekieli, T. Burek, K. Koehler; A. Nowak i J. Sławiński. Wcześniej krakowski konserwatywny dwumiesięcznik „Arka" przyznał Szczypiorskiemu laur „Amnezji 45-lecia", oraz nagrodę „Intelektualnego Knota Sezonu" salonowym hagiografom — „wszystkim (a imię ich legion) polskim apologetom literackiego mistrzostwa, intelektualnej wrażliwości i moralnej bezkompromisowości Andrzeja Szczypiorskiego". Szczypiorski odrzekł na to, iż jego książek nienawidzi „polski Ciemnogród".

Trzeba dyktatorskiego tupetu, żeby tak promować miernotę, i trzeba antyterrorystycznej śmiałości, by tak tę promocję zwal­czać. Owemu tupetowi macherów i owej śmiałości ludzi suwerennych poświęcam dwa rozdziały kończące moją książkę.

 

7. Promocja, czyli „przemysł kreowania polskich Kunder"

Promowanie przez „Salon" tandety, zberezeństw, bluźnierstw i klinicznych głupot nie ma żadnej miary. Miarą jest „róbta co chceta", i beztalentowi „twórcy", rozmaici pseudoartyści, kochają tę dewizę tak samo, jak ją kochają wyemancypowane feministycznie „towary" (vel „laseczki", „dupeńki", „rury") oraz „ćpuny", „kibole", „menele", „blokersi" czy wszelka żulia. „Hulaj dusza, piekła nie ma!". Mimo że artykuł 196 Kodeksu Karnego rzecze: „Kto obraza uczucia religijne innych osób, znieważając przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat dwóch" — wandale bezkarnie profanują świątynie, a „kontrkulturowi" grafomani estetyki spokojnie plugawią krzyż, wieszając na nim penisa jako Chrystusa (exemplum D. Nieznalska), lub pławiąc symbole religijne w słoikach pełnych moczu. „Salon" nazywa to „kulturą". Ale to nie jest kultura. Dramaturg E. Bond: „Żyjemy w epoce postkultury. Wszyscy mówią co prawda o «postmodernizmie», lecz właściwym słowem jest postkultura". Czyli: wtórne barbarzyństwo.

Historia udowodniła nam ciekawą rzecz: od ery Średniowiecza polityczne totalitaryzmy, których tak dużo przeżyły społeczeństwa szeroko rozumianego Zachodu, ani trochę nie zachwiały kulturą — jej ciągły rozwój nie ulegał załamaniu. Tymczasem dzisiaj, w erze rządzącej światem Zachodu demokracji, kultura ciężko choruje. Jak mówi J. Wocial (socjolog): „Jesteśmy świadkami procesu znikania ciągłości kultury, obserwujemy przerwanie tej ciągłości. Kultura zdaje się wygasać". Słowem: coś pięknego i mocnego, coś, czego nie potrafiły zniszczyć żadne totalitaryzmy polityczne, pada pod ciosami totalitaryzmu duchowego vel „terroru intelektualnego" (pseudointelektualnego) szerzonego przez współczesny lewicowy „Salon". Jest to terror pseudopostępu, pseudotolerancji, pseudonowoczesności, czyli „kontrkulturowa" propaganda lewaków i libertynów, którzy mianowali się skutecznie „arbitrami elegancji" współczesnego świata. Mają tytuły „autorytetów" i klientelę dwojakiego rodzaju. Pierwszym jest charakterystyczny dla drugiej połowy XX wieku półinteligent (bezrefleksyjny niedouczek, który uważa się za inteligenta, bo czyta, ogląda i „dyskutuje" przy kawiarnianym stoliku lub przy imieninowym drinku w kręgu takich samych jak on, zlewicowanych mentalnie ludzi; wszystko, co „autorytet" wkłada mu do głowy — „inteligent" traktuje jako prawdę objawioną). Drugim zaś rodzajem baraniej klienteli „Salonu" jest ciut niżej stojący tzw. „szary odbiorca", który ulega syrenim śpiewom modotwórczej loży farmazonów budujących w mediach drogowskazy smaku artystycznego, lansujących werdykty katechetyczne dla publiki, kształtujących nie autentyczny zbiorowy gust, lecz gust regulaminowy, „politycznie poprawny", czyli kulturowe prawo.

Istnieje, oczywiście, jeszcze trzecia strefa, radykalnie niższa i najrozleglejsza — gigantyczna masa zupełnych prymitywów, dla których jedyną wyrocznią jest telewizor. Nie chodzi tu nawet o to, że — jak pisał (1997) „Le Figaro" (tzw. „artykuł redakcyjny ") — „ Wśród czynników determinujących dzisiejsze życie intelektualne, pierwsze miejsce przypada straszliwej machinie telewizji, która likwiduje odstęp między myśleniem a propagandą". Chodzi o coś innego — o ten większościowy elektorat telewizora, który V. Zucconi dotyka frazą: „Dzisiejsze czasy to czasy telewizji dla idiotów o zdolności koncentracji na miarę chomika". U znacznej bowiem większości mieszkańców globu „życie intelektualne" sprowadza się do codziennego absorbowania — prócz wodnistej papki publicystycznej (tu kran i ekran niewiele się różnią) — krwawych jatek, erotycznych macanek, sercowych bajek „dla kucharek" (vulgo: ckliwych tasiemców zwanych „operami mydlanymi") i pseudokomediowych „ sitcomów " dla zupełnych kretynów, gdzie bohaterami są również kliniczni debile, a producenci tego gówna wskazują telewidzom, w którym miejscu trzeba się śmiać. „Sitcomy" — z ich humorem na pozio­mie „wiców" piłkarskiego kibica, bywalca pijackich melin lub bazarowego handlarza „disco-polo"; z żarcikami niezbyt się róż­niącymi od dialogu koszarowego i od graffiti klozetowego — sta­nowią międzynarodowy symbol poziomu kultury u jej przeciętnego zjadacza na progu XXI wieku. Do tego dojechaliśmy po stu latach obowiązkowej szkoły.

Papierowe media mają swój odpowiednik „sitcomowej" telewizji — to tzw. „tabloidy" (dawniej mówiło się: brukowce). Raz zaproponowano mi publikację w „tabloidzie", rok temu. Zadzwonił redaktor J. Borkowski z „tabloidu" „Fakt". Już długo nie mam ochoty uprawiać publicystyki prasowej, a w „tabloidzie" bym się nie produkował nawet wtedy, gdy taką publicystykę uprawiałem, więc nie byłoby dialogu, lecz pan Borkowski zaproponował coś niezwykłego, temat wzruszający: artykuł o historycznych malarskich wyobrażeniach Dzieciątka Jezus, do świątecznego (wigilijnego 2003) „Magazynu" brukowego dziennika „Fakt". Dla Dzieciątka Jezus zrobiłbym wszystko, więc się zgodziłem. Mój rozmówca prosił tylko (i to kilkakrotnie, z dużym naciskiem), by tekst był pisany bardzo prostym, szalenie prostym językiem, z unikaniem jakichkolwiek wyrazów obcych czy scjentycznych, a treść żeby była przedstawiona w uproszczeniu nieomal dziecięcym, gdyż czytelnicy „Faktu" innych form prezentacji nie akceptują. Napisałem ów tekst tak jak chciał, łopatologicznie i anegdotycznie, upraszczając treść do wykładu nieomal prymitywnego, który — myślę — spowodowałby złość niejedne­go historyka sztuki. Kilka dni później red. Borkowski poinformował mnie, że tekst się nie ukaże, gdyż szefowie „Faktu" orzekli, iż „jest to tekst zbyt inteligentny" (sic! — cytuję ów werdykt dosłownie; nie: zbyt intelektualny, zbyt skomplikowany, zbyt naukowy czy zbyt akademicki, lecz właśnie: „zbyt inteli­gentny"). Osłupiałem i jęknąłem w słuchawkę:

— Ludzie, czy wy naprawdę uważacie swoich czytelników za zupełnych kretynów?!

Odpowiedź była bardzo cicha:

— Wie pan... to nie moja decyzja, nie ja tu decyduję. Ponieważ nigdy nie miałem w dłoni „tabloidu", dopiero wtedy bez reszty zrozumiałem, iż są gazety dla półgłówków, tak jak są rozliczne programy telewizyjne dla widzów o inteligencji chomika.

Formalnie „Salon" nie trafia i nie chce trafiać do tych ludzi; mówiłem już o tym szeroko w rozdziale l części V. Lecz fakt, że ta horda „rozumnych inaczej" tabloidogłupków i teległupków jest poza obrębem formalnej („inteligenckiej") klienteli „Salonu", nie zmienia faktu innego — że mnóstwo elementów, którymi „Salon" deprawuje świat (zwłaszcza rozbuchany permisywizm i libertynizm), trafia rykoszetem do każdego kręgu społeczeństwa. Od antytradycjonalizmu i dzisiejszego rozluźnienia więzów rodzinnych tudzież międzypokoleniowych, po „wolny seks", zboczenia, narkotyki i ośmielające przestępczość łagodzenie kar dla kryminalistów — „Salon" ma pierwszorzędny udział w gangrenowaniu całej ludzkości. „Maleficus maximus". Natomiast do swojej formalnej klienteli — do inteligentów, tudzież do półinteligentów i ćwierćinteligentów uważających się za inteligentów — „Salon" kieruje ofertę „elitarną"'. To dla nich lansuje się „politycznie poprawne" normy kultury i języka, oraz dla nich kreuje się „postępowych" geniuszów, ergo: modnych „wybitnych" twórców.

Potrzebne są do tego — rzecz prosta — duże pieniądze. Lewica dysponuje gigantycznymi funduszami różowych sponsorów (miliarderzy Soros, Turner itp.) tudzież socjalistycznych bądź kryptosocjalistycznych (ergo: socliberalnych) rządów wielu bogatych państw. Media świata zachodniego są w większości lewicowe. Dlatego tak łatwo jest ogłupiać i deprawować ludzkość subkulturą totalnego permisywizmu, i jednocześnie promować nawet szumowiny na idoli, na ulubieńców elit, na gwiazdy współczesnych czasów. Vide „genialny Pasolini". Zwyrodniałego pedała o „in­teligencji i talencie rozlepiacza afiszów" (jak słusznie zawyrokował A. Rinaldini) lewicowi iluzjoniści wylansowali na geniusza, bo był równocześnie marksistą i homoseksualistą. Jego filmów nijak nie da się oglądać, jego literatury nie można czytać (exemplum powieść „Nafta", której bohater, Carlo, cały czas zajmuje się świadczeniem usług oralnych swym męskim partnerom) — wszystko to były produkcje obleśne, skatologiczne, w najlepszym razie tandetne, nigdy artystyczne. Lecz europejscy dyrygenci snobistycznego gustu wzniecili kult „wielkiego Pasoliniego".

Byłoby im trudniej dokonywać takich promocji, gdyby dziennikarze w swej masie odznaczali się większą inteligencją, uczciwością, wrażliwością i niezależnością. Wszelako właśnie pracownicy mediów, uważający się za „crême" inteligencji, za subprofesorskich mentorów (a nie za listonoszów, którymi na ogół są) — to duża barania grupa klienteli salonowej. Jedni wyznają salonowość z głupoty, wierząc każdemu słowu koryfeuszy „Salonu”; drudzy ze strachu; trzecich przeżera faryzeuszostwo. Ta ostatnia przypadłość jest zazwyczaj wadą cichą, skrywaną, maskowaną, lecz zdarza się, że mimowolnie eksploduje, jak choćby tego lata (2004), gdy zginął w Iraku reporter W. Milewicz i fotografię jego zwłok wyeksponowano na pierwszej stronie pewnej gazety. Paczka dziennikarzy ogłosiła wówczas gromki protest, piętnujący szefa owej gazety i mówiący, że pokazywanie takich zdjęć to właściwie bezczeszczenie zwłok. Protest upubliczniły, nie bez emfazy, sieci telewizyjne, które codziennie epatują swoich widzów jatkami z Iraku, z Czeczenii tudzież z innych wojennych miejsc globu.

Słabość charakterologiczną tej profesji znały świetnie już peerelowskie służby specjalne — na początku lat 90-ych kilku oficerów MSW ujawniło, że dziennikarze byli grupą zawodową, w której zwerbowano największą liczbę konfidentów („ — Jak się znalazł któryś jeszcze czysty, to biliśmy się między sobą o to, kto ma go werbować'"). Stąd właśnie wtedy (1992 rok) KPN żądała na forum Sejmu, by lustracją objąć również środowisko dziennikarskie. I właśnie dlatego, gdy w owym roku ukazał się „Najlepszy", a tygodnik „Wprost" (gdzie szefem jest TW „Rycerz", M. Król) rozpoczął piekielną salonową nagonkę przeciw Łysiakowi — było dla mnie jasne, że oni wcale nie muszą czytać tej książki, starcza motto, które jej dałem (był nim fragment mojego „podziemnego" tekstu z 1985 roku): „Bezpieka to mafia alfonsów, której dziwki to konfidenci (...) Nawet w wewnętrznej terminologii KGB konfident bezpieki jest obiek­tem seksualnym: kagiebowcy określają swoich szpicli terminem «seksot». Ów termin stanowi skrót od «sekrietnyj sotrudnik» — tajny współpracownik". Czytając samo motto dostawali piany. R. A. Ziemkiewicz tytułem swego felietonu („Wścieklizna") przezwał wówczas „wścieklizną" tę nagonkę na „jednego z najwybitniejszych pisarzy polskich".

Bóg zapłać!, ale Ziemkiewicz się mylił. W III RP wybitnym pisarzem nie jest się za pióro, tylko za szczebel na drabinie hierarchicznej „Salonu" lub za zasługi dla „Salonu". Chcąc wiedzieć kto jest „pisarzem wybitnym", starczy sięgnąć do encyklopedii, zwłaszcza jednotomowej, bo tam oczywista kondensacja haseł wymusza selekcję drastyczną — zostają sami arcymistrzowie literatury. Otwieramy „Małą Encyklopedię PWN" z 1995 roku. Dział „Polska literatura 1976-1989"'. Tylko sześciu „pisarzy", wśród nich A. Michnik. Czego nie wymyśliliby Ionesco razem z Mrożkiem nawet po pijanemu. Takie mamy kompendia w III Rzeczypospolitej, funkcjonującej pod dyktatem „Salonu"; przykładów można dawać bez liku. Choćby PWN-owski wolumin „Literatura polska XX wieku — przewodnik encyklope­dyczny" (2000), pełen biogramów grafomanów i pękający od hagiografii czerwonych literatów, którzy swój sterowany centralnie wzlot przeżywali za PRL-u, a całość pisana marksistowską frazeologią godną „Trybuny Ludu". G. Filip, recenzujący tę cegłę na łamach „Nowego Państwa", słusznie zapytał: „Jak długo jeszcze będziemy musieli czytać takie brednie ? Przecież to kompromitacja naszej polonistyki w dziesięć lat po komunizmie (...) Trzeba po prostu napisać od nowa całą tę encyklopedię".

Tak więc „Salon" wskazuje „wybitnych", i „Salon" mianuje „arcydzieła". Co roku kilka, zawsze produkty autorów „politycznie poprawnych", trafiające później na listę kandydatów do salonowej nagrody „Nike". Są to z reguły książki nieszkodliwe, wy­starczy ich nie kartkować. Wielki poeta, T. S. Eliot, rzekł: „Czy w ogóle istnieją nieszkodliwe książki, tego nie jestem pewien, ale spotyka się książki zdecydowanie nieczytelne — tak nieczytelne, iż chyba nie mogą zaszkodzić nikomu". O takich lansowanych przez „Salon" pierdołach „Kisiel" mówił: „Wymizdrzone, wypozowane, zawartość intelektualna żadna, problemy nieistotne. Wyciągnięte za uszy — świat głupstwa". Jednak gdy „Salon" orzeka, iż jest to świat Pegaza literackiego — dziennikarze wszystkich nieprawicowych mediów pieją fetujące hymny, świę­cie (szczerze) przekonani, iż sławią perły, bo przecież autorytety nie mogą się mylić. T. S. Eliot: „Zachodzi tu zjawisko podboju osobowości niedojrzałej przez silniejszą osobowość". Zupełnie jak w przypadku głośnej „Kolekcji Porczyńskich", której rzeko­mą światową klasę dekretowali rodzimi eksperci od sztuki (w tym uznane profesorskie autorytety z kręgów „Salonu"), a biedni żurnaliści, którzy również na sztuce się nie znają — niczym „za panią matką" całymi miesiącami sławili ów „polski Luwr", mi­mo że jest to śmietnik trzeciorzędnych replik, kopii, pastiszów, „warsztatów"', „kręgów" i lichych podróbek. Tak promuje „Salon"', używając swych „autorytetów" do indoktrynowania dzien­nikarzy, których rolą jest indoktrynowanie szerokich mas. P. Sarzyński: „To nieprawda, że prasa, radio i telewizja zajmują się jedynie rejestrowaniem artystycznych sukcesów i informowaniem o tym ludzi. Środki masowego przekazu w znacznym stopniu same te kariery kreują. Największy sukces można przemilczeć, najdrobniejszemu głupstwu zaś nadać wymiar wydarzenia epoki". Lecz nie według widzimisię własnego — to „Salon" wskazuje kogo do odstrzału, kogo do piedestału.

Casus „Kolekcji Porczyńskich" (jego szerszą analizę daję wewnątrz tomów I i VIII mojej pracy „Malarstwo białego człowieka") przytoczyłem, bo jest on spektakularnym dowodem ignorancji vel dyletantyzmu salonowych „autorytetów". Bezsensownie reklamowały tę „drogocenną kolekcję" (wyśmianą przez zachodnich ekspertów jako „muzeum osobliwości" tudzież „panoptikum z magazynowych piwnic galerii prowincjonalnej"), a później broniły jej (gdy dr M. Morka i dr W. Łysiak publicznie zaczęli na nią pluć) — profesorskie tuzy „elity intelektualnej" (M. Rzepińska, J. Białostocki, M. M. Drozdowski, M. Janion, A. Krawczuk, A. Wyczański, M. Kwiatkowski, W. Fijałkowski i in.); tylko prof. Rzepińska zaczęła się w końcu wycofywać ze swych pierwszych „ochów i achów", głosząc, iż została przez Z. Porczyńskiego zmanipulowana. Pupil „warszawki", J. Waldorff, przyrównał „Kolekcję Porczyńskich" do kolekcji Zygmuntowskich Arrasów i do zbiorów Luwru, a jeden z najcenniejszych gmachów zabytkowych Warszawy (dużo cenniejszy niż cała ta nędzna zbieranina), dawny Bank Polski A. Corazziego, dała Porczyńskim gwiazda geremkowskiej „partii ludzi światłych", faworytka różowego „Salonu", pani minister kultury, I. Cywińska, która (cytuję opinię B. Piaseckiej-Johnson) „nie potrafi odróżnić Rembrandta od Picassa, a stylu gotyckiego od barokowego ".

I dokładnie tak samo jest w literaturze — wiele salonowych „autorytetów" nie umie odróżnić Masłowskiej od Twaina, Gretkowskiej od Flauberta, a Huellego od Kafki. Działania reklamowo-promocyjne „Salonu" wobec faworyzowanych ludzi pióra przypominają nadmuchiwanie gumowych baloników, aby unosiły się pod niebo. Gdy francuski „Salon" zwariował na punkcie Czecha M. Kundery — K. Rutkowski (obserwator życia kulturalnego Francuzów) rzekł o tamtejszych „autorytetach", iż są to salonowi farmazoni, tumaniący czytelników reklamowaniem grafomaństwa, a ich działalność nazwał „mechanizmem dmuchania wielkości literackich". Po czym dodał: „Drukowane w polskiej prasie serie artykułów w tak zwanej nowej literaturze czytam ze starczym chichotem, choć czasami wyrwie mi się z piersi i jęk (...) Moje opinie mogą się przydać kandydatom do pisarskiej sławy oraz ich dmuchaczom nad Wisłą (...), ponieważ polskim przemysłowym promotorom gwiazd i bestsellerów brak jeszcze odpowiedniego zahartowania i cynizmu. Mylą oni byt i powinność, interes i wartości duchowe". Z dalekiej perspektywy (znad Sekwany) tak to wyglądało, ale Rutkowski pisał te słowa dekadę temu (w maju roku 1995) — później salonowi „ dmuchacze" zahartowali się cynicznie jeszcze bardziej, „comme il faut".

To, co K. Rutkowski zwał „przemysłem kreowania polskich Kunder" (czyli literacką opiniotwórczą lewatywę, aplikowaną „inteligentom" werdyktami „autorytetów" różowego Salonu Wpływu) — L. Tyrmand zwał (trochę wcześniej) „przepisem na robienie kogoś z nikogo za państwowe pieniądze". Dziś uprawia się takie hagiografie nie tylko za gotówkę państwową, choć dalej są to pieniądze durniów dystrybuowane przez farmazonów. Dzięki temu — chociaż zdecydowana większość rodzimej twórczości demaskuje impotencję artystyczną, bo ma grafomański styl i plagiatowy (wtórny) charakter — codziennie słyszymy o arcydziełach szybujących (chwilowo) z błogosławieństwem lewicującej michnikowskiej psiarni, wszystkich tych jurorów „politycznie poprawnych", „postmodernistycznych", „postępowych", „europejskich", a postkulturowych par excellence. Lecz dlaczego ma być inaczej? Państwo, którego dyplomaci nie znają języków, którego moraliści nie mają wstydu, i którego intelektualiści cierpią na brak inteligencji — nie urodzi prawdziwych arcydzieł kręceniem biczów z piasku i lepieniem buław z łajna.

 

8. Desperados

Brak właściwych słów uznania — słów oddających im pełną sprawiedliwość — dla tych nielicznych desperatów (śmiałków), którzy w dobie „Salonu" peerelowskiego i w dobie „Salonu" III RP odważali się krytykować, piętnować lub ośmieszać „święte krowy". Trzeba na to nie tylko prawdziwej inteligencji tudzież prawdziwego estetycznego smaku — lecz i serca wielkiego jak Mount Everest. Czapką zamiatam u ich stóp.

Gdy w sierpniu 2004 roku zmarł Miłosz — pewien pracownik Instytutu Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, dr hab. J. Majda, odważył się publicznie zaprotestować (był to wywiad, pytania zadawał red. M. Żelazny) przeciwko złożeniu na Skałce jako „wielkiego Polaka" człowieka „obsesyjnie" (wyznaniowe słowo Miłosza) nienawidzącego Polski i niemieniącego się Polakiem. Protestowali też inni, lecz gdy ksiądz prof. J. Bajda drukuje w „Naszym Dzienniku" antymiłoszowski tekst zatytułowany „Pogrzebanie Skałki" — to robi to na bezpiecznej platformie kościelnej. Tymczasem dr J. Majda zaprotestował na platformie „ krakówka" salonowego, co jest aktem swoiście samobójczym. Jego protest był niczym innym jak rejestrem cytatów — Majda cytował tylko antypolskie teksty Cz. Miłosza („polskie świnie", „katolickie małpy" itp.). „Salon" zareagował szybko — grupa polonistów UJ (trzynaście osób, same profesory) opublikowała list piętnujący Majdę bez żadnych (ani jednego!) rzeczowych kontrargumentów (jeśli nie liczyć sofizmatycznego wiersza), zarzucający mu wrogość wobec „tolerancji i otwartości"', „ksenofobiczny nacjonalizm" tudzież podobne brednie z represyjnego słownika „politycznej poprawności" (superciekawostka: gdy dwa lata wcześniej J. Majda dużo bardziej szczegółowo atakował kontrpolskość Miłosza w swej książce, żaden jego kolega-polonista, żaden sygnatariusz listu, nie tylko przeciwko tej książce nie protestował, lecz onże Instytut Polonistyki UJ sfinansował wyda­nie książki!!!). W całym Krakowie znalazł się jeden uczony, prof. R. Broda (Instytut Fizyki Jądrowej), który publicznie, na łamach „Dziennika Polskiego", zbeształ wspomnianą trzynastkę, krytykując jej „kompromitujące i nieetyczne opinie", „dominującą w dzisiejszej Polsce atmosferę zakłamania" i „niszczące procesy relatywizacji wszystkiego co stanowi fundament świadomości Narodu". O samym liście trzynastki rzekł: „Jestem przekonany, że podpisy pod tym listem będą w przyszłości po­wodem do wstydu, zarówno w związku z jego przesłaniem, z jego treścią, jak i z formą właściwą dla zgoła innych czasów". Dr Majda i prof. Broda to rzadcy ludzie wielkiego ducha, mitologiczni sprawiedliwi w Sodomie.

Nim wszakże oddam takim ludziom głos a propos kwestii estetycznych — trzeba rozróżnić „odbrązowianie" i krytykę artystyczną. Terminy „brązownictwo" i „odbrązowianie" (stąd „ brązownicy " i „ odbrązowiacze") narodziły się przed II Wojną Światową, gdy T. Boy-Żeleński, w eseju „Brązownicy", upublicznił alkowiane sekrety „świętej krowy narodowej", Mickiewicza, oraz jego demoniczną żydowską metresę, X. Deybel. Atakowany Boy bronił się, że chciał ukazać „Mickiewicza żywego", wbrew tym, którzy sprzedają „Mickiewicza z brązu" vel „Mickiewicza jako brązowy posąg". „Odbrązowianie" zazwyczaj sprowadza się rzeczywiście do przyłapywania tytanów na normalnych ludzkich świństewkach, kłamstewkach i nikczemnostkach bądź niekonsekwencjach, a szczególnie chętnie na brudach politycznych tudzież na higienie seksualnej. Nie ma to nic wspólnego z kulturą wyższą, twórczą. 

Kiedy w Rosji wybuchły spory o A. Puszkina, tamtejszą „świętą krowę narodową" ćwierćkrwi (Mickiewicz był ćwierćkrwi Żydem, Puszkin ćwierćkrwi Murzynem) — reżyser A. Konczałowski dał taki głos: „ — Zacznijmy od tego, że kultura to nie Puszkin. Kultura polega na tym, że chodzicie państwo do toalety. Puszkin, wielki poeta, pisywał takie oto listy: «Posyłam ci dziewkę, zaopiekuj się dzieckiem». Co to znaczy? To znaczy, ze Puszkin był normalnym właścicielem niewolników. Pisał cudowne wiersze o wolności i miłości, i jednocześnie posyłał przyjacielowi «dziewkę» jak jakąś rzecz. Co więcej, uważał to za sprawę całkiem normalną i nie hamletyzował, nie rozdzierał z tego powodu szat. To też kultura. Puszkin chodził do czystej toalety, a cały prosty lud chodził do brudnej, i nie ma w tym nic złego. Po prostu inna kultura".

„Odbrązowianie" to coś innego niźli demaskowanie bądź wskazywanie mizerii artystycznej „świętych krów" — po prostu inna kultura. Exemplum wspomniane już przed chwilą krytykowanie największej „świętej krowy" różowego „Salonu" — noblisty Cz. Miłosza. „Odbrązowiano" go politycznie, a było co „odbrązowiać"'. Gdy zmarł, wszystkie telewizje lały nonsensowną wodę o chwalebnym „patriotyzmie wielkiego poety" — nie wiedząc (lub udając nieświadomość), iż Miłosz przez całe życie głosił poglądy będące całkowitym zaprzeczeniem patriotyzmu. Uważał, że jest Litwinem, więc nie musi stać w chórze Lachów. Autorzy dytyrambów epitafijnych rozumieli, że zupełnie ukryć się tego nie da, dlatego od ręki formułowali różne zgrabne alibi tej postawy; cytuję J. Surdykowskiego: „ Tacy jak on — urodzeni na dawnych litewskich Kresach — najlepiej wiedzą, co miał na myśli ich krajan, Adam Mickiewicz, zaczynając «Pana Tadeusza» słowami: «Litwo, ojczyzno moja». Inny wilniuk, Józef Piłsudski, powiadał, że Polska jest jak obwarzanek: wszystko, co najwartościowsze, pochodzi z Kresów, obojętnie — wschodnich czy zachodnich, środek jest pusty. Ci, którzy potem czepiali się Miłoszowego patriotyzmu, zarzucając mu, że jest Litwinem, nie mają pojęcia ani o Mickiewiczu, ani o Piłsudskim". Mają, mają, proszę pana. Gorzej jest u nich — jak to u „polskich świń" i „katolickich małp" — z pojmowaniem relatywizmu, pojmowaniem zgrywania przysłowiowego „Greka" (czyli pojmowaniem tzw. „rżnięcia głupa") i pojmowaniem ahistorycznej żonglerki faktami. A. Mickiewicz był polskim patriotą (póki nie namieszał mu we łbie „ słowianobraterską" rusofilią carski agent, A. Towiański), zaś J. Piłsudski był zawsze wielkim (wedle salonowej nowomowy „zoologicznym"', wedle A. Michnika wręcz „faszystowskim") polskim patriotą.

Problem antypolskiej litewskości i antypolskiego kosmopolityzmu Miłosza wyłuszczyłem dokładnie w rozdziale 3 („Pieski przydrożne") części III, a gdy teraz mówię o „udawaniu Greka" przez „brązowników" Miłosza — mam raczej na myśli coś innego: udawanie przez nich amnezji. Oni, zwyczajnie, nie pamiętają, że był dyplomatą za granicą (USA i Francja) w dobie stalinowskiej (czyli w dobie najkoszmarniejszego terroru bolszewickiego), co wówczas absolutnie nie mogło mieć miejsca bez poparcia UB i NKWD. Ta agenturalna „prostytucja" Miłosza wyleciała im z salonowych głów. Umknęło również z ich pamięci, że jeszcze w 1969 roku (a może i później, lecz ostatnie świadectwo pochodzi z 1969 roku) — Miłosz marzył o przyłączeniu Polski do ZSRR! Wyłuszczył owo marzenie (zupełnie serio) Herbertowi, co osłupiło Herberta. Herbert próbował wtedy wymusić na Miłoszu przyznanie, że to tylko głupi żart, lecz Miłosz upierał się, iż tego sobie serdecznie życzy. Więc Herbert zerwał stosunki, bo zerwano mu bielmo z oczu.

Tyle „odbrązowiania". Krytyka literacka poezji Miłosza — to materia inna zupełnie. Jego hagiografowie i tu „rżną głupa" amnezyjnego. Z lubością przywołują (prócz Nagrody Nobla) opinię bratniego autorytetu, rosyjskiego poety J. Brodskiego, który mienił Miłosza największym poetą XX wieku. Zapominają, że L. Navrozow (wybitny amerykański krytyk literacki rosyjskiego pochodzenia), usłyszawszy tę opinię, parsknął (a później dał parsknięcie do druku), iż Miłosz to miernota — „poeta gorszy nawet od Brodskiego". Egzegeza Brodskiego identycznie rozśmieszyła innych znawców; przeważały głosy, że poziom Cz. Miłosza wobec poziomu takich geniuszy jak J. M. Rilke, D. M. Thomas, W. H. Auden, T. S. Eliot, E. Pound czy W. B. Yeats plasuje ją w kręgu mądrości z zakładu dla chorych umysłowo. Analogiczne głosy rodzimych komentatorów twórczości poetyckiej Miłosza są również zupełnie przemilczane (nie tylko zresztą poetyckiej — Miłosza prokomunistyczną epistolografię J. Narbutt słusznie określił jako „przykład bełkotu i demagogii"), „Święta krowa" różowego „ Salonu " ma być nietykalna !

Już w 1953 roku świetny poeta, J. Lechoń, pisząc na emigracji swój „Dziennik", zanotował: „W «Kulturze» znowu wypociny dziesięciorzędnych poetów na temat rzekomo nowej poezji (...) Ani mi wypada z tym polemizować, ani nie chcę. Ale uważam naprawdę, że Miłosz jest talentem trzeciej klasy". Ciekawa konstatacja, zważywszy, że ówczesne poezje Miłosza były i tak lepsze niż późniejsze. Dokładnie czterdzieści lat później (1993) poeta Z. Bieńkowski wyraził uznanie dla eseistyki Miłosza, lecz zanegował jego poetycki talent: „ — Miłosz wtedy był poetą, kiedy jeszcze jak najmniej sięgał do półfabrykatów (...) Nie cenię poezji Miłosza. Ona mnie nie grzeje". Nie grzeje wielu, chociaż „Salon" rozgrzewał kocioł jej chwały niczym palacz tender lokomotywy. Oto czemu niewielu zdobyło się na odwagę mó­wienia, że król jest golasem. Sam, chociaż nie przepadam za po­ezją Miłosza (poststalinowskie wiersze W. Szymborskiej lubię), nigdy jej nie krytykowałem własnymi słowy — uważam, że do tego trzeba kompetencji, więc ja, nie będąc poetą, nie mam prawa. Lecz gdy w 1996 roku dziennikarze „Expressu Poznańskiego" prosili, bym wymienił dziesiątkę najlepszych według mnie poetów rodzimych XX stulecia, Miłosz się tam nie załapał, nie mógł.

Poezja nowoczesna — rzeknie ktoś — jest materią tak skomplikowaną, iż normalne muszą być nawet drastyczne różnice ocen, którymi będzie sterował naturalny subiektywizm jurorów. Czy materia przekładów literackich też jest taka obiektywnie nieuchwytna? Miłoszowe tłumaczenia „Starego Testamentu" były potrzebne tylko Miłoszowi, a jednak „Salon" sławił je jako robotę „non plus ultra" — przekłady bez konkurencji. W tej dziedzinie można wszelako pokazać lepszy przykład salonowego terroru i bezsensu — barańczakowe tłumaczenia Szekspira. Ekspezetpeerowiec S. Barańczak stał się od roku 1989 jednym z czołowych pupilów różowego „Salonu" III RP (i jako poeta, i jako tłumacz poezji), stąd niewielu krytyków ośmielało się mu przyłożyć. Barańczaka to salonowe „dmuchanie" nadęło, co ośmielił się wyśmiać poeta Z. Bieńkowski: „ — Barańczak czasem bywa kompromitujący. Te wierszyki o zwierzętach... Kiedy się patrzy, jak się wytęża, napina, wysila, by dowcip sklecić! Przecież tylko on się śmieje (...) Małostkowość Barańczaka jest śmieszna po prostu, śmieszniejsza niż jego zwierzaki". Ale że w III RP „głupstwu można nadać wymiar wydarzenia epoki" (P. Sarzyński) — S. Barańczaka lansowano jako mistrza. Kolejny śmiałek, K. Mętrak, spytany o twórców, którzy „zrobili kariery szczególnie niewspółmierne w stosunku do ich talentu" — tuż za Szczypiorskim wymienił Barańczaka.

Ugruntować i uhistorycznić swą salonową chwałę postanowił Barańczak przełożeniem dzieł geniusza ze Stratfordu. Były to tłumaczenia absolutnie niepotrzebne (kongenialne dawne przekłady L. Ulricha i J. E. Paszkowskiego wryły się już w świadomość kultury rodzimej niczym „Pater noster", a gdyby ktoś chciał nowszych — miał do dyspozycji subtelnie uwspółcześnione przekłady M. Słomczyńskiego). I były to — co gorsza — tłumaczenia kiepskie, pełne szukania na siłę nowych sformułowań i nowych wyrazów. Alibi: miał to być przekład dokładniejszy (ściślejszy) językowo. Barańczak nie rozumiał tej oczywistej prawdy, że przekład jest dobry nie wtedy, kiedy jest precyzyjny leksykograficznie, lecz wtedy, kiedy jest dobry — kiedy oddaje (prócz treści) melodię, klimat, ducha i sens frazy oryginalnej. Znowu Z. Bieńkowski: „ — Barańczak założył fabrykę przekładu i ma się za monopolistę, a przecież nie przeskoczy Paszkowskiego, choćby nie wiem co zrobił. Po co on z «Hamleta» zabrał «łosia» i wsadził «jelenia», a jeszcze rymem go przyszpilił, żeby nie uciekł? Być może ten «jeleń» jest nawet bliższy angielszczyźnie, ale «łoś» jest bliższy polszczyźnie. Powinien być chyba trochę skromniejszy... Dzisiaj Barańczaka jest wszędzie tak wiele..." (1993). Rzeczywiście było wiele. Tego samego roku (1993) L. Wójcik pisała: „Od jakiegoś czasu teatry, z uporem zupełnie niezrozumiałym, wystawiają Szekspira według Barańczaka, rezygnując z pięknych starych przekładów, czy choć­by z nowych, dobrych tłumaczeń Słomczyńskiego". Błędem w tej słusznej opinii jest tylko ów „niezrozumiały upór", gdyż był on zupełnie zrozumiały — promował Barańczaka dyktat „ Salonu ". Bieńkowskiego można było ukarać przemilczaniem, lecz nie dymisją urzędową, bo nie piastował żadnego etatu — tymczasem pani Wójcik (szefowa „Nowych Książek") za swój weredyzm doczekała się wściekłej nagonki salonowych mediów i „autorytetów", prowadzącej do odebrania jej stanowiska.

Przypadek Barańczaka to tylko element pewnej reguły, dającej właściwie syndrom: ulubieńcami michnikowszczyzny stawali się zazwyczaj dawni sługusi reżimu PRL, czego potwierdzeniem kolejni idole „Salonu": M. Brandys (którego już wytykałem), T. Konwicki (którego również cytowałem) bądź R. Kapuściński. Wszyscy oni przekonywali społeczeństwo, że największy zbrodniarz w dziejach ludzkości, Stalin, to największy geniusz i dobroczyńca ludzkości (kochany „Soso"), że AK była filią Gesta­po, że kablowanie do UB na rodzinę i sąsiadów to obywatelska cnota, a komunizm („socjalizm") to ziemski raj. Żarliwość tej propagandy budzi dzisiaj większe rozbawienie aniżeli obrzydzenie; cytuję „mistrza reportażu", R. Kapuścińskiego: „Chciałbym całym sobą, jako członek Partii, służyć nieśmiertelnej idei Stalina, który nam wszystkim pozostawił doprowadzenie swego dzieła do końca. Przyczynić się jak najwięcej na ile potrafię do wykonania tego testamentu — to moje najświętsze pragnienie". Pragnienia Kapuścińskiego obejmowały również działalność bezpieki, stąd wysmażył rymowany hymn na cześć UB, pt. „Brygada Dzierżyńskiego". T. Konwicki poszedł jeszcze dalej, gdyż etatowo sprawował cenzuralno-nakazowy urząd w brygadzie żandarmerii kulturowej reżimu.

Lecz takie przypominanie-wypominanie to jest znowu „ odbrązowianie", a co z krytyką literacką? I tym razem niewielu odważyło się dać choćby klapsa. Znowu więc cytować muszę niezawodnego desperado, Z. Bieńkowskiego: „ — Filmy Konwickiego — wszystkie straszne. W książkach też pokazał siebie od najgorszej strony — wszystkie okropne, sentymentalne, czułostkowe, ploty, życie towarzyskie, łażenie po znajomych, to pisarstwo bez dyscypliny. To nie jest literatura. Pokazał się także jako lichy poeta. To geniusz bez talentu. Drugą taką osobowością, którą uważam za bardzo wybitną, a która nie zrealizowała się w sztuce, jest Kantor. To także geniusz bez talentu. «Umarła klasa» — w porządku. On tylko to powinien zrobić, reszta, także malarstwo, to śmietnik".

Drugą (obok czerwonej proweniencji, a różowej afiliacji) kategorią kryteriumiczną, jaką posługuje się „Salon" w wyborze swych faworytów, jest pochodzenie rasowe — rasizm par excellence. Nie ma tu lepszych przykładów niż w telewizji wojująca Żydówka (regularnie gnojąca swym „Kabarecikiem" Kościół i prawicowców) O. Lipińska, a w literaturze zaciekły gojobójca A. Szczypiorski (ten casus już omawiałem), czy J. Kosiński, również wojujący Żyd i również grafoman, z którego „Salon" bombastyczną klaką uczynił kolejnego geniusza współczesnej literatury. A. Libera (świetny pisarz i krytyk) był tym odważnym, co pierwszy powiedział wprost, iż Kosiński to „zwykły hochsztapler, farmazon i grafoman", którego „cielęca otwartość szerokiej polskiej publiczności na bałamuctwo " uczyniła gwiazdorem, mimo że „wartości literackie i myślowe jego twórczości są bliskie zeru".

Trzeba istotnie dużej odwagi, by tak chłostać „święte krowy" dyktatury różowego „Salonu". Analogiczną odwagę wykazał R. A. Ziemkiewicz, gdy wskazywał nędzę pisarską Szczypiorskiego, lub gdy negliżował kościelnopochodną „świętą krowę" klakierującą michnikowszczyźnie, i mediami michnikowszczyzny usilnie lansowaną — księdza J. Tischnera: „Wielki pono filozof, ksiądz Tischner, to w istocie lokalna sława «warszawki» i «krakówka», którą tylko bełkotliwy i śmiertelnie nudny styl broni przed zdemaskowaniem umysłowej płycizny". Identycznie przyłożył dwóm literackim beniaminkom „Salonu", J. Andermanowi i J. Pilchowi: „Pisze o nich «literaci», choć «GW» i lewicowe media obu panów nazywają pisarzami (i to wybitnymi), gdyż osobiście nie zetknąłem się z niczym, co by opinię tych mediów potwierdzało. Przeciwnie". Anderman Andermanem (to już wyliniały kotek „Salonu") — lecz demaskować najnowsze salonowe pieścidełko, rodzimą gwiazdę literacką pierwszych lat XXI wieku, J. Pilcha, którego hołdują zwarte eszelony cmokierów Michnika — to już trzeba być Kozietulskim! Ziemkiewicz bez pardonu sumuje twórczość Pilcha jako „biegunkę słowną" i „postawangardowe badziewie"', a jego sztandarowe dzieła (nagroda „Nike" — stempel prymusowski „Salonu") jako „bardzo mierne"', „zwyczajnie głupie", „równie głębokie co serial «Na dobre i na złe»", a do tego pisane „krańcowo złą polszczyzną".

Ci nieliczni „los desperados", ratujący przed Historią honor krytyki polskiej, są godni szacunku najwyższego. Stawiają czoło opiniotwórczej potędze imperium Zła, niczym sprawiedliwi w Sodomie i Gomorze. Pokazują „gest Kozakiewicza" terrorystom. „Grupie trzymającej władzę" rzucają rękawicę bez strachu. Gdybym musiał (choć to pewnie głupi ranking) wskazać wśród nich numer l — wskazałbym właśnie R. A. Ziemkiewicza, prawdziwego arystokratę nadwiślańskiej publicystyki (przynajmniej dotąd; oby jego współpraca ze „ssącym dwie matki" „Newsweekiem" i z usalonowioną „Gazetą Polską" nie stępiła zbyt radykalnie jego pióra!). Klnę się, iż bez znaczenia dla tej oceny jest fakt, że Ziemkiewicz zwie Łysiaka „jednym z najwybitniejszych pisarzy polskich", bo to mówią także inni, od pisarki W. Czapińskiej, publicysty A. Zięby, dziennikarki A. Poppek czy poety S. Listosza, po literaturoznawcę, prof. S. Mikołajczaka (edytora Serii Językoznawczej Poznańskich Studiów Polonistycznych). Przyczyna wręczenia Ziemkiewiczowi tego berła jest inna. Któż celniej niż Ziemkiewicz, który już piętnaście lat zwalcza różowy „Salon" III RP (zwąc go „salonem warszawsko-krakowskim" oraz „Familią Michnika, Geremka i Kuronia") potrafiłby scharakteryzować michnikowszczyznę przy pomocy zaledwie paru zdań? Ja potrzebowałem kilkuset stron; Ziemkiewicz kilkaset razy mniej i zawarł wszystko:

„Salonowe bractwo, śmietanka polskich elit, ludzie rozumni, najlepsze towarzystwo z możliwych, i tak dalej (...) Towarzystwo, w którym często opowieści o strasznym, endeckim ciemnogrodzie służyć mają wybielaniu rodziców, odznaczanych za wyrywanie paznokci «polskim nacjonalistom», i rozgrzeszaniu własnej wieloletniej kolaboracji z komuną. Towarzystwo, w któ­rym oddaje się nabożną cześć różnym szemranym «autorytetom moralnym», na które niejednokrotnie wylansowano zwykle sta­re dziwki z grubo zacerowaną cnotą. Towarzystwo, gdzie gromki rechot nad dowcipami z kabarecików Lipińskiej stanowi legitymację, że się jest prawdziwym inteligentem, Europejczykiem, człowiekiem rozumnym i postępowym. Jeśli jesteś z Familią, jesteś inteligentem; jeśli przeciwko — nie jesteś inteligentem. Proste jak konstrukcja cepa (...) Intelektualne wygibasy publi­cystów «Gazety Wyborczej», udowadniających, że sprawiedliwość jest zemstą, donoszenie za pieniądze nieszczęściem dla donosiciela, czerń bielą, religijność fanatyzmem, uczciwość świństwem, a świństwo cnotą (...) Boże mój, przecież michnikowszczyzna była w stanie zrobić wariata i hunwejbina nawet ze Zbigniewa Herberta, i nie miała w tym żadnych skrupułów".

Rzadko różnimy się opiniami, ale to się zdarza (choćby wobec L. Balcerowicza, którego R. A. Ziemkiewicz ceni, a którym ja gardzę jako niszczącym naszą ekonomię podwykonawcą G. Sorosa tudzież innych międzynarodowych spekulantów). Różnimy się i a propos Michnika. Ziemkiewicz rzecze: „Niebawem nadęta wielkość Michnika pęknie jak balon" (2004). Sądzę, Rafale, że niestety się mylisz. Zwłaszcza gdy chodzi o proroctwo: „niebawem". Bo na razie przegrywamy (rządzi „Salon"), i obawiam się (chciałbym się mylić), że to długo potrwa, a nam zostanie „Gloria victis".

Iżby wszystko było jasne: nie twierdzę, że „Salon" wygra definitywnie tudzież bezterminowo. Być może w przyszłości jego ideologia dozna powszechnej klęski, tak jak doznał jej „materializm dialektyczny", wiodąca ideologia komunizmu. Lecz uważam to za mało prawdopodobne. Prawdopodobniejszy wydaje mi się czarny scenariusz. Czarny bardziej niż mógłby sądzić niejeden pesymista. Demoralizująca siła „Salonu" polskiego forsownie bowiem gangrenuje Polskę, a „Salonu" europejskiego — Europę. Jeżeli nie wydarzy się cud, który tę degrengoladę cywilizacyjną wstrzyma — nasz kontynent zostanie osłabiony w sposób tak silny propagandą apatriotyzmu, szerzeniem laicyzmu i tolerancją dla obcokulturowego barbarzyństwa, że jeszcze przed upły­wem tego wieku cała Europa padnie łupem islamu. Muzułmanie planują to zimno i nie kryją tego. Strona internetowa dyplomacji Arabii Saudyjskiej oznajmia: „Muzułmanie mają nieść chorągiew świętej wojny, by słowo Allaha zapanowało na całym świecie". Przywódca Bractwa Muzułmańskiego, M. M. Otoman Akef, twierdzi: „ — Jestem przekonany, że islam dokona inwazji na Europę, bo taka jest islamska misja do spełnienia". Imam al-Karadawi (przyjmowany z honorami przez burmistrza Londynu, komunistę K. Livingstone'a) głosi: „Islam powróci do Europy. Niekoniecznie dzięki użyciu mieczów. Być może opanujemy te ziemie bez wojsk". Et cetera, et cetera. Francja będzie państwem muzułmańskim za kilkadziesiąt lat. W Anglii już dzisiaj więcej ludzi modli się wewnątrz meczetów niż wewnątrz kościołów...

Kraczę? Gdy podobnie krakałem piętnaście lat temu — wzruszano z politowaniem ramionami: Łysiak bredzi! Dziesięć lat temu (patrz „Łysiak na łamach 4", str. 223) skomentowałem to wzruszanie-politowanie, mówiąc: „ — Ktoś, kto nie rozumie, że siła islamu, siła fanatycznego «dżihadu», to największe ze wszystkich zagrożeń, jakim cywilizacja chrześcijańska będzie musiała stawić czoło w wieku XXI — ten nic nie rozumie!". Wtedy również uważano, że przesadzam, bo nie było jeszcze ben Ladena, al-Sadra, al-Zarkawiego, Al-Kaidy i całej jawnej antyzachodniej wścieklizny islamu. Dzisiaj — po ataku na World Trade Center i po rzezi w osetyjskim Biesłanie — wszyscy się trzęsą ze strachu i nikt mi już w czoło nie puka. Miałem słuszność. Oby Bóg sprawił, żebym nie miał jej i tym razem, gdy prorokuję islamizację Europy katastrofalnie osłabionej przez terrorystyczną doktrynę antypatriotyczno-antychrześcijańskiej „tolerancji", którą szerzy lewicowy „Salon". To dżuma. Szykujemy naszym wnukom straszny los.

 

Zakończenie

Nikt nie jest tylko dobry, i nikt nie jest tylko zły — to wiadomo. Niewiele natomiast wiadomo o przyczynach zła u ludzi, u których zło dominuje silnie nad dobrem. Trzeba by znać cały życiorys takiego człowieka, wszystkie szczegóły, i wyłowić ten jeden kluczowy szczegół. Wtedy nawet zbrodnie takiego człowieka ocenia się — nolens volens — inaczej.

Horst D., „dusiciel z Ratyzbony", był statecznym małżonkiem, dobrym ojcem dwojga dzieci, solidnym pracownikiem zakładu malarskiego, szanowanym członkiem związku strzeleckiego, klubu kręglarskiego, klubu piłkarskiego, etc., etc., a w latach 1981-1993 udusił pięć starszych kobiet. Nie umiał wytłumaczyć dlaczego, mówił tylko: „ — Wtedy znowu przestałem nad sobą panować...", lub: „ — I wtedy to się znowu stało...". Powiecie: „psychol!". Tymczasem Horsta D. przebadało wielu psychiatrów (bo sąd tudzież obrona wciąż były niezadowolone z werdyktów), i wszyscy rozkładali bezradnie ręce — „dusicielowi" w żaden sposób nie można było wlepić choroby psychicznej. Psychiatra Paul H. tłumaczył tę klęskę mówiąc, że „psychiatria nie umie takich spraw wyjaśnić". Horst D. był więc zdrowym człowiekiem, który nie wiadomo czemu czasami doznawał zaćmienia vel dostawał ataku, i mordował obcą kobietę, to wszystko. Ktoś jednak wreszcie zauważył (pewien policjant) dziwną zbieżność: wszystkie kobiety duszone przez Horsta D. były w momencie swej śmierci dużo starsze niż morderca. Pierwsza ofiara miała lat 59 (on wtedy 45); ostatnia 85 lat (on wówczas 57). Nigdy nie próbował zabić kobiety, która by wyglądała jak jego rówieśnica lub jak osoba tylko trochę starsza od niego. Jeszcze raz (tym razem bardziej wnikliwie) zbadano jego życiorys. I co się okazało? Gdy miał pięć lat, jego matka uciekła ze Śląska (była Wojna, Śląsk zajmowali Rosjanie). Na dworcu w Hof porzuci­ła dziecko. Zwyczajnie — zostawiła w tłumie ludzi, z kartką wiszącą u szyi (imię, nazwisko, data urodzenia). Czy ktoś spośród Państwa może sobie wyobrazić traumę pięcioletniego, bezradnego szkraba, porzuconego przez matkę w obcym miejscu, które wojna zrobiła akurat piekłem? Sądzimy, że możemy to sobie wy­obrazić — ten ogrom bólu, strachu, paniki, łez i cierpienia — ale tylko się nam tak wydaje. Nie możemy — nie może nikt, prócz niego. Psychiatrzy, kiedy im o tym doniesiono, zawyrokowali: „Pamięć dziecka musi kiedyś skasować tak bolesne przeżycie, bo inaczej to dziecko nie mogłoby w ogóle żyć jako dorosły. Ale w jego dorosłym życiu mogą się zdarzyć sytuacje, że wytłumione wspomnienia powodują spontaniczny atak szału i prowadzą do czynienia zła, a sprawca nie umie później objaśnić przyczyn".

Ile razy zastanawiam się nad fenomenem dusiciela z Warsza­wy, Adama M. — człowieka, co skrzywdził mój kraj jak nikt inny po 1989 roku, i który dalej krzywdzi mnóstwo inteligenckich, półinteligenckich i ćwierćinteligenckich kobiet i mężczyzn, robiąc im z mózgów brudnoróżową wodę lewactwa, „tolerancji"', „politycznej poprawności", „postępu", filosemityzmu, apatriotyzmu, leseferyzmu, relatywizmu moralnego itp. — zawsze sobie myślę: kto tego człowieka zostawił we wczesnym dzieciństwie samiuteńkiego na dworcu Szeol?

Mój ulubiony pisarz, A. de Saint-Exupery, rzekł przed laty kilkudziesięciu: „Jeśli pozwolisz, by robactwo się rozmnożyło — rodzą się prawa robactwa. I rodzą się piewcy, którzy będą je wystawiać". Tak się stało, dlatego znany brytyjski filozof, R. Scruton, powiedział przed dziesięciu laty: „Żyjemy w warunkach «totalitarnego liberalizmu», w których prawo zabrania nam zabraniać. Nasze prawo, skrajnie pobłażliwe dla czyniących zło, jest bezlitosne dla ludzi próbujących zapobiegać złu lub przeciwstawiać się złu (...) To my sami jesteśmy temu winni. Ilekroć zezwalasz, by przestępstwo nie zostało właściwie ukarane, stajesz po stronie zła (...) Musimy znowu odkryć elementarny pogląd na moralność".

Temu służy moja książka. Służy odkrywaniu, a nie leczeniu. Nie będzie miała siły terapeutycznej, a tym bardziej siły rewolucyjnej. W latach 90-ych socjolog K. Prendecki swoistym apelem przekonywał członków i sympatyków różowego „Salonu", że „ winni obowiązkowo trzy razy dziennie brać jako lek Łysiaka, wraz z informacją, iż nieprzystąpienie do tej kuracji grozi trwałym odmóżdżeniem". Powątpiewam w aż tak radykalną moc terapeutyczną książkowych kuracji. Już lord Byron, znając nieskuteczność walki piórem przeciwko Złu i Kłamstwu, pytał:

„Had not Cervantes, in that too true tale

Of Quixote, shown how all such efforts fail? ".

[ „ Czyż Cervantes, w tej swojej nazbyt prawdziwej opowieści

O don Kichocie, nie pokazał, że wszelkie takie wysiłki zawodzą?"]

Czemuż więc, będąc pesymistą, podjąłem wysiłek pisania? Gdyż utożsamiam się z pewną tezą M. Buonarrotiego. Zapytany, dlaczego o rzeczy nie do wygrania trzeba bić się z największą choćby potęgą, z najsilniejszym wrogiem, ów mistrz Renesansu odparł: „ — Ze względu na godność człowieka, choćby nie było szans sukcesu".

Warszawa, 9 września 2004.

 

 

 

 

 

 
      >  >  >     K O N I E C

 

 

 
* * *

 

z pełnym poszanowaniem i respektem dla autorów, wydawców i praw autorskich; w dzisiejszych czasach powszechnego przemilczania i fałszowania historii i faktów historycznych, uważamy za szczególnie ważną powinność i obowiązek rozpowszechniania informacji, celem edukacji i uświadamiania, oraz bezpardonowej walki z owymi przemilczeniami i fałszami.

 

 

wersje internetową przygotowala  Polonica.net

 

Polski Niezależny Związek Patriotyczny      Katolicko-Narodowy Ruch Oporu kontrreformacji i kontrjudaizacji

 

O.R.K.A.N.

 

 

 

> > >  Kliknij -  Wróć do góry - do początku strony  < < <

 

 

 

Zamknij to okno