|
2007-05-02
Pierwsza część tytułowej tezy, jakkolwiek oczywista dla każdego Polaka z
krwi, kości i duszy (czytaj: nie tylko po mieczu i kądzieli ale także po
wierze, języku, historii oraz dumie narodowej wypływającej z wszystkich
wymienionych "parametrów") jest coraz częściej używana i nadużywana
przez politycznych hochsztaplerów usiłujących zbijać kapitał na
deklarowanym - bo przecież nie faktycznym - związku ze społeczeństwem,
które chcą okraść, ogłupić i przyporządkować własnej nacji.
Niech nikt nie myśli, że sięgnę tutaj po przykład "najwybitniejszych z
Polaków" w rodzaju Władysława Bartoszewskiego czy Bronisława Geremka. To
byłoby zbyt proste, znacznie poniżej intelektualnych możliwości
przeciętnego Polaka (bez cudzysłowu). Chociaż... Nie od rzeczy przy tej
okazji wydaje się zaakcentowanie wyjątkowej bezczelności obydwu ww.
obywateli PRL/RP narodowości żydowskiej. Żaden z nich nie potrafi do
dzisiaj wypowiedzieć poprawnie po polsku choćby jednego zdania,
preferując charakterystyczny dialekt żydłacząco-memłający. A przecież
jedzą polski chleb od lat z górą siedemdziesięciu. Ba, określenie
"jedzą" wydaje się wyjątkowo nie na miejscu, zważywszy uzyskiwane przez
obydwu koczowników plemiennych przywileje, apanaże, honoraria,
splendory, tytuły, ordery i funkcje. Oni po prostu zażerają się polskim
chlebem, za nic mając odrobinę szacunku dla narodu, któremu to wszystko
zawdzięczają.
Mimo wszystko, stawiam sobie dekonspiracyjną lub - jak kto woli -
lustracyjną poprzeczkę znacznie wyżej. Odpuszczam Bartoszewskiego i
Geremka na rzecz obywateli PRL/RP z absolutnie najwyższej półki -
prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Jarosława Kaczyńskiego.
Zwłaszcza, że obydwaj co rusz podkreślają, że "warto być Polakiem".
Sęk w tym, iż tutaj same deklaracje nie wystarczą. Polskość bowiem to
określenie narodowości, a tej nie uzyskuje się z samego faktu posiadania
obywatelstwa RP, czy - wcześniej - PRL. Przypisane konstytucją prawa
obywatelskie dla marszałka Rokossowskiego lub piłkarza Olisadebe wcale
nie są równoznaczne z obowiązkiem uznawania ich za Polaków. Takie same
zasady kwalifikowania dotyczą Kaczyńskich i faktu tego nie są w stanie
zmienić nawet rekomendacje "Gazety Polskiej" czy Radia Maryja.
Moi anonimowi informatorzy podający się za "narodowców" co rusz
przysyłają na adres "MOTO" ulotki z których wynika, że tak naprawdę
Kaczyńscy to Żydzi o nazwisku Kalkstein, koszerni zarówno ze strony
matki (w judaizmie rzecz najważniejsza), jak i ojca, byłego lektora PZPR
na Politechnice Warszawskiej.
Przyjmuję te informacje w dobrej wierze, choć dla żydowskości
Kaczyńskich znajduję potwierdzenie przede wszystkim w ich wyborach
politycznych, bardzo łatwych do rozszyfrowania i udokumentowanych m.in.
takimi faktami jak działalność w KOR, kolaboracja z komunistycznymi
oprawcami (Jaruzelski, Kiszczak) przy "okrągłym stole", wstrzymanie
ekshumacji w Jedwabnem czy wyjątkowa łatwość w podejmowaniu decyzji o
wysyłaniu polskiego "mięsa armatniego" do Iraku i Afganistanu.
Pod względem genealogicznym najważniejsi obywatele RP też nie za bardzo
mają się czym chwalić. W specjalnym dodatku do żydokomunistycznej
"Polityki" przedstawia się ich jako potomków rodów rosyjskojęzycznych z
Odessy i Galicji, nie wykluczając wariantu białoruskiego. Ot, na moje
wyczucie internacjonalizm typowy dla koczowników plemiennych określanych
mianem tzw. Żydów chazarskich, masowo najeżdżających wschodnie rubieże
niegdysiejszej "Rzeczypospolitej Obojga Narodów".
Jest jeszcze ślad najbardziej wiarygodny, bo pochodzący ze specjalnego
informatora prasowego wydanego przy okazji ubiegłorocznej, majowej
wizyty Papieża Benedykta XVI w Polsce. Tego rodzaj wydawnictwa podlegają
kontroli zarówno ze strony kościelnej, jak i rządowej. Jadwiga
Kaczyńska, matka prezydenta i premiera, przedstawiona jest tam jako
reprezentantka "spolonizowanej rodziny litewskiej". Kłóci się to
wprawdzie z jej wizerunkiem fizycznym (takie "Litwinki" spotkać można
było najczęściej wśród żydowskich "elit" dawnego ZSRR), rodowym
nazwiskiem jej matki (Fyuth) oraz faktem pracy naukowej w Instytucie
Badań Literackich PAN, okraszonej wydaniem monografii żydomasona Jana
Józefa Lipskiego ale niech tam...
Przyjmijmy zatem wariant z Litwą, jako ziemią rodową Jadwigi Kaczyńskiej
i jej przodków. Sęk w tym, że akurat tam, po zawarciu unii
polsko-litewskiej, najłatwiej było można uzyskać status "polskiego
szlachcica". Bez względu na to, czy było się Litwinem czy też Żmudzinem,
Żydem, Tatarem lub Rusinem. Praktycznie wystarczyło przyjąć chrzest, aby
dołączyć do szlachty i to szlachty nie byle jakiej, bo herbowej. Cóż z
tego, że zazwyczaj był to herb typu "rów przez dupę". Z czasem
prozaiczne początki "stanu szlacheckiego" szły w zapomnienie na rzecz
legend np. o bojarskiej przeszłości.
Zresztą, nawet gdyby ta bojarska przeszłość znajdowała odbicie w
faktach, to i tak utożsamianie rodowodu litewskiego z polskością uznać
trzeba za ewidentne nadużycie. Nie tylko dlatego, że Litwa to kraj
mieniący się suwerennym, a na dodatek równoprawnym Polsce w strukturach
unijnego kołchozu. Bezprecedensowa - nawet w zestawieniu z Katyniem -
skala i okrucieństwo mordów dokonanych ponad 60 lat temu przez Litwinów
na polskiej inteligencji (vide: Ponary pod Wilnem) jednoznacznie
przekreśla jakiekolwiek manipulacje w tym względzie.
Obydwaj Kaczyńscy powinni być zatem bardziej ostrożni w szermowaniu
swoją polskością i głoszeniu, że ich wersja RP jest najlepsza i jedynie
słuszna. Polak z krwi, kości i duszy potrafi bowiem - jak nikt inny na
świecie - oddzielić ziarno od plew. Ba, nie da się nawet złapać na
"polskość" demonstrowaną w wymiarze pozapolitycznym. Gdy widzę osobników
o jednoznacznie łajzowatych posturach, nigdy nie kojarzonych z
jakimkolwiek sentymentem do sportu (czego nie sposób odmówić np.
Kwaśniewskiemu czy Tuskowi), a teraz próbujących robić za super kibiców,
to ogarnia mnie pusty śmiech. Zwłaszcza, że "kibicowanie" Kaczyńskich
vel Kalksteinów dotyczy akurat tych dyscyplin, w których Polacy coś
znaczą (skoki narciarskie, siatkówka, piłka ręczna) lub znaczyć mogą
(piłka nożna).
Z drugiej strony, ta żydowska para dobrze wie, na czym można zrobić
geszeft. I nie waha się zaryzykować nawet wariantu z postawieniem
Kaczyńskiego - premiera na czele komitetu organizacyjnego finału
futbolowych mistrzostw Europy. Finał dopiero w roku 2012, natomiast
wybory parlamentarne już za dwa lata. Kalkulacja wydaje się prosta;
miliony polskich kibiców raczej nie będą chciały ryzykować
organizacyjnego bajzlu po ewentualnej zmianie władzy. Koszerny duet
pozostanie zatem nienaruszony.
Tak będzie zawsze, jeśli nie zrozumiemy podstawowej prawdy: Skoro
podkreśla się żydowskość osób kojarzonych pozytywnie, że wymienię np.
Alberta Einsteina (fizyk) czy Artura Rubinsteina (pianista) to dlaczego
nie zastosować tego samego klucza wobec osób publicznych, piastujących
najwyższe funkcje lub uchodzących za niekwestionowane autorytety.
Zwłaszcza w kraju, który a priori kojarzony jest z antysemityzmem i
prześladowaniem osób innej narodowości niż polska, innego wyznania niż
rzymskokatolickie i innych preferencji seksualnych niż naturalne,
damsko-męskie.
Lech i Jarosław Kaczyńscy lokowani są aktualnie na pozycjach pierwszego
i trzeciego obywatela RP. Dodajmy gwoli ścisłości, że formalnie drugie
miejsce przypisane jest nowemu marszałkowi Sejmu RP Ludwikowi Dornowi,
akurat Żydowi przechrzczonemu od niedawna na katolika, a i marszałek
Senatu RP Bogdan Borusewicz też nie psuje tezy o żydowskim rodowodzie
namiestników "Rzeczpospolitej" - jak często określają oni sami Polskę.
Od bliźniaków i ich wasali zależy czy pod skrótem RP będziemy rozumieli
Rzeczpospolitą Polską czy Republikę Przybłędów. Póki co, potomkowie
"spolonizowanej szlachty litewskiej" zdecydowanie mocniej realizują
wizję drugiej wersji RP. To ich bandyckie prawo. Ale my, Polacy z krwi,
kości i duszy nie musimy tego prawa przyjmować za swoje.
Rzeczywiście, warto być Polakiem. Tyle, że to wymaga przynajmniej
odrobiny intelektualnego wysiłku i starannego przypatrywania się
rodowodom, poglądom i czynom osób bardzo chętnie zaciągających się pod
biało-czerwone sztandary, a następnie wznoszących je w miejscach, gdzie
rozgrywane są interesy zupełnie innych nacji.
Henryk Jezierski
Gdańsk, 2 maja 2007
P.S.
Wymowną puentą do powyższego felietonu jest fragment dzisiejszej (o
godz. 7.15) wypowiedzi prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Programie I
Polskiego Radia:
"... to poczucie narodowe jest dzisiaj bardzo istotne.
Poczucie nie nacjonalistyczne, w żadnym wypadku nie plemienne, natomiast
to nie względy etniczne decydują o tym, czy ktoś jest, czy nie jest
Polakiem..."
Jak zatem widać, pierwszy obywatel czwartej RP bezustannie i usilnie
pracuje nad nowa definicją Polaka. Tylko czekać gdy wraz z innymi
koczownikami plemiennymi ogłosi się Polakiem najczystszym, 24-karatowym.
H. Jez.

...

Lech Kaczynski-Kalkstein w swojej prawdziwej ojczyznie Izraelu

Lech Kaczynski-Kalkstein w swojej prawdziwej ojczyznie Izraelu

Belweder, Lech Kaczynski-Kalkstein i żydzi, żydowskie swieto Hanukah

Lech Kaczynski-Kalkstein i zydzi, zydowskie swieto Hanukah
|
|
z
pełnym poszanowaniem i respektem dla autorów, wydawców i praw
autorskich, w dzisiejszych czasach powszechnego przemilczania i fałszowania
historii i faktów historycznych, uważamy za szczególnie ważną
powinność i obowiązek rozpowszechniania informacji, celem
edukacji i uświadamiania, oraz bezpardonowej walki z owymi
przemilczeniami i fałszami. |
|
wersje internetową
przygotowała, opracowała i fotografiami opatrzyła Polonica.net
Polski Związek
Patriotyczny
Katolicko-Narodowy Ruch Oporu
kontrjudaizacji i kontrdepolonizacji
O.R.K.A.N.
|